Upierdziny! Upierdziny!
Wysypisko śmieci w Szmelcu było dla Lichotków prawdziwym rajem. Myszy i szczury ganiały się między kryjówkami z zardzewiałych stelaży od łóżek, na starych oponach przysiadły rechoczące ropuchy. Po przerdzewiałych beczkach od oleju pełzały tłuste, leniwe ślimaki, a tysiące pracowitych mrówek tuptało po ziemi w niekończących się szeregach.
Lichotki rozkoszowały się gnilnobagiennymi oparami, unoszącymi się stale nad ich wysypiskiem. Drapały się delikatnie po brzuszkach, spoglądały w słońce i czekały na deszczową pogodę. Życie nie mogło być piękniejsze! Ale nawet w najbardziej ropuszańskim raju potrzeba od czasu do czasu odmiany.
- Upierdziny! Mamy dziś upierdziny! - krzyczały Lichociątka. Waliły długimi kijami w starą beczkę po oleju, robiąc przy tym piekielny hałas.
Tata-Lichotek próbował się właśnie zdrzemnąć w wannie wypełnionej śmieciami. Ale w tym zamieszaniu, robionym uparcie przez Lichociątka, nie mogło być mowy o spaniu.
Tata-Lichotek zatkał sobie uchorogi i jęknął:
- Mieliście przecież upierdziny w zeszłym tygodniu! Musicie znowu świętować?
- Lichotek obchodzi upierdziny, kiedy chce, gdzie chce i tak długo, jak chce! - krzyknęły Lichociątka i dla odmiany zaczęły uderzać kijami w wannę Taty-Lichotka.
- Rdzawe niechluje, dobrze poznałem tę zasadę - burknął Tata-Lichotek. - Ale co z tego! Powoli zaczynam tracić cierpliwość do tych wiecznych urodzin.
- Dziś nie chcemy prezentów - powiedziało jedno Lichociątko.
- Chcemy wycieczkę do zoo w Rupieciu - dodało drugie.
- Dobry pomysł! - zawołała Mama-Lichotka z lichociej jaskini. - Tata-Lichotek mógłby raz w życiu zająć się dziećmi, na śmierdzące buciory! - Zajmowała się właśnie rozgarnianiem kurzu po dużym pokoju. Rozbiła też kilka zgniłych jaj, dzięki czemu w jaskini panował miły lichoci zapaszek.
- Kiedy ja właśnie biorę kąpiel w śmieciach! - jęknął Tata-Lichotek. To, że Lichociątka zapragnęły świętować upierdziny akurat teraz, było mu bardzo nie na rękę.
- Chcemy zobaczyć jadowite węże i śmierdzące zwierzątka! - wołało jedno Lichociątko.
- Do zoo! Do zoo! - marudziło drugie.
Tata-Lichotek westchnął.
- A dziadek nie może z wami pójść? - Rozejrzał się z nadzieją za Dziadkiem-Lichotkiem.
Ale ten był akurat zajęty. Siedział przed jaskinią na zużytej oponie i tresował swoje pchły.
Dziadek-Lichotek został bowiem niedawno dyrektorem cyrku. Założył niewielki pchli cyrk i traktował swoje zwierzątka jak największe skarby. Umiały już ciągnąć miniaturowe wagoniki (które własnoręcznie zrobił), skakać przez przeszkody i balansować z miniparasoleczkami na rozciągniętej nici.
Wobec tego Dziadek-Lichotek naprawdę nie miał czasu.
Ale może Babcia-Lichotka mogłaby poświętować razem z wnukami?
Niestety, ona też nie miała czasu. Babcia-Lichotka próbowała właśnie uspokoić płaczące najmłodsze Lichociątko. Biedactwo znów dorwało się do czegoś świeżego, a że Lichotki w ogóle nie mogą jeść takich rzeczy, na całym ciele wyskoczyły mu kolorowe plamy. Babcia-Lichotka robiła mu okłady z cuchnących skarpetek i dawała do ssania stare ości. Właśnie kołysała malutkie Lichociątko na rękach i nuciła mu do uchoróżków lichocią kołysankę.
Tata-Lichotek wygrzebał się ze swojej śmieciowej kąpieli i burknął:
- No dobra, do stu tysięcy kurzych pierdów! W takim razie ja z wami pójdę, skoro już nie ma innego wyjścia.
Lichociątka się ucieszyły. Za chwilę będą mogły wyprowadzić z garażu i zatankować śpiącego jeszcze smoka Ogniopierda.
Ogniopierd wyżłopał cały gar naparu z łuskiewnika, który napędzał go tak, jak paliwo samoloty, i był gotowy do drogi.
Lichociątka razem z tatą wspięły się na pokryty łuskami grzbiet smoka. Ogniopierd ziewnął - kilka much, które przysiadło mu na nosie, straciło przytomność i upadło bez życia na ziemię.
Smok wypuścił jeszcze nosem żółtawą chmurę odoru, a potem wystartował z rykiem paszczy w kierunku Rupiecia, gdzie znajdowało się najpiękniejsze zoo na całym świecie.
Wysypisko śmieci dopiero co zostało za nimi, a już szybowali nad dachami Szmelca. Lecieli wzdłuż długiej drogi prowadzącej do Rupiecia, nie zdając sobie sprawy, że zmierzają ku wielkiej przygodzie.