Fajne zwierzaki, ostre ząbki
Gdy drzwi się otworzyły, stanął w nich wysoki, kościsty mężczyzna. Miał na sobie brązową marynarkę w kratkę, a ostry podbródek wieńczyła śmieszna kozia bródka. Pies od razu radośnie do niego podbiegł.
- Nareszcie cię odzyskałem, Lolcio! - zwołał mężczyzna. - Gdzie się podziewałeś, stary włóczęgo?
Przyklęknął, żeby pogłaskać psa. Znad okularów przyglądał się z niedowierzaniem Lichotkom, które stały przed nim przemoczone do suchej nitki. Wiedział oczywiście, kim są Lichotki, bo każdy w Szmelcu je znał. Ale z tak bliska nie widział ich jeszcze nigdy. Z lichocich paszcz wystawały ostre ząbki, a wokół roznosił się ostry, przenikliwy zapaszek, coś jak mieszanka mokrego psa, proszku do prania i nadgniłej zawartości kosza na śmieci.
- Nazywam się Gustaw Dzięcioł - powiedział i wyciągnął rękę do Lichotków.
- Znaleźliśmy twojego psa. Był u nas na wysypisku śmieci - odparł Tata-Lichotek i podał rękę panu Dzięciołowi.
Tata-Lichotek miał bardzo mocny uścisk dłoni.
Pan Dzięcioł się wzdrygnął, ale dzielnie próbował nadal się uśmiechać. Zauważył, że skóra Taty-Lichotka w dotyku przypomina ośmiornicę. Uznał to za bardzo interesujące.
- Wejdźcie do środka - powiedział pan Dzięcioł. - Pogoda jest dziś znowu paskudna!
Przytrzymał drzwi, a Lichotki weszły do przedpokoju. W domu wszystko wyglądało trochę ponuro. W korytarzu na ścianach wisiały wypchane ptaki i kuny, a nad drzwiami prowadzącymi do pokoi przybito mnóstwo niewielkich poroży. Jednak największe wrażenie zrobił na nich wielki brązowy niedźwiedź, który stał w kącie z rozdziawioną paszczą.
- Mój pies niestety uciekał już parę razy - wyjaśnił pan Dzięcioł. - Taki z niego włóczęga! Bardzo dziękuję, że go przyprowadziliście z powrotem do mnie. Mogę was czymś poczęstować? Może filiżanką herbaty? Akurat zaparzyłem sobie dzbanek zielonej herbaty.
- Zzieleniała herbata? - zapytał ucieszony Tata-Lichotek, który inaczej wyobrażał sobie ten napój. - O w ropuchę, wypijemy z przyjemnością!
Pan Dzięcioł uśmiechnął się i zaprowadził Lichotki do swojego gabinetu.
Panował tam wspaniale lichoci bałagan. Cały pokój był zawalony książkami i papierami. Na wysokich regałach stały rzędy słoików, w których unosiły się dziwaczne zwierzęta zanurzone w żółtawej cieczy. Pływały w niej podobne do ropuch płazy, zwierzęta morskie wyglądające jak węże, oślizgłe i przezroczyste stwory, jakich Lichotki jeszcze nigdy nie widziały na oczy.
- Niech to błocko, śluz i szlam! - wykrzyknął z wrażenia Tata-Lichotek.
Na komodzie leżały wysuszone rozgwiazdy, koniki morskie i jeżowce, a przy oknie stało ogromne akwarium, w którym pływały kolorowe, świecące ryby. Wysoko pod sufitem wisiały ususzone rozdymki, a nawet długi, poszczerbiony szkielet miecznika.
- Do ościotrupa! - westchnęło jedno z Lichociątek.
Drugie Lichociątko obwąchiwało z zainteresowaniem wysuszonego jeżowca, ale na szczęście odłożyło go z powrotem na komodę.
Lolcio zwinął się w kłębek pod zawalonym różnymi rzeczami biurkiem.
Pan Dzięcioł postawił kilka filiżanek na stole i znów się uśmiechnął.
- Jestem badaczem zwierząt - wyjaśnił. - Moja specjalność to rzadkie ryby głębinowe.
- My też lubimy ryby! A najbardziej ości - powiedział Tata-Lichotek. Uznał, że pan Dzięcioł jest naprawdę sympatyczny.
- Co to są ryby głębinowe? - dociekało jedno z Lichociątek.
- Tutaj w Szmelcu nie ma przecież żadnych głębin - dodało drugie. - Jezioro w naszym kamieniołomie nie jest zbyt głębokie.
Pan Dzięcioł się roześmiał.
- Oczywiście nie prowadzę badań tu na miejscu. W tym gabinecie tylko opisuję swoje znaleziska, pracuję nad teorią, rozumiecie?
- Aha, aha - odpowiedział Tata-Lichotek, który niestety nic nie zrozumiał.
- Żeby robić badania, latam czasem na drugi koniec świata. Atlantyk, Pacyfik, byłem nawet kiedyś na Antarktydzie.
Lichotki były coraz bardziej zdumione. Ten mężczyzna opowiadał o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie słyszały.
Tata-Lichotek przyglądał się z zainteresowaniem fotografii wiszącej obok drzwi. Zdjęcie przedstawiało kobietę, obok której stało dziwaczne zwierzę o niesłychanie długiej szyi.
- To jest Gerda - wyjaśnił pan Dzięcioł. - Moja żona też jest zoologiem. Tylko że jej specjalnością są żyrafy, więc teraz jest w podróży po Afryce. Ma tam ważne zlecenie. - Pan Dzięcioł westchnął. - Od tygodni się nie widzieliśmy. Szkoda, ale tak to już jest. Oboje jesteśmy naukowcami, więc często musimy wyjeżdżać na przeciwne krańce świata. Na szczęście są telefony.
- Tele... co? - zapytał Tata-Lichotek.
- No, telefony. Dzięki nim możemy przynajmniej do siebie zadzwonić. Tylko niestety sygnał jest często beznadziejny - odparł pan Dzięcioł.
Nalał herbaty do filiżanek i podał je Lichotkom. Tata-Lichotek powąchał napój i beknął.
- Też jestem badaczem - powiedział. - Prowadzę badania w moim garażu. Buduję wyrzutnie szlamu, łapacze much, rozprowadzacze do kurzu i tym podobne rzeczy.
- Fascynujące! - odrzekł pan Dzięcioł. - W takim razie jesteśmy jakby kolegami po fachu!
Gdy Tata-Lichotek beknął po raz drugi, pan Dzięcioł uniósł brwi i wstrzymał na chwilę oddech.
- A co teraz badasz? - zapytał Tata-Lichotek.
Pan Dzięcioł odchrząknął i powiedział:
- Mam zlecenie od sułtana Abu Zabi.
- Co to jest Abu Zabi? - Chciało wiedzieć jedno z Lichociątek.
- Takie arabskie miasto - wyjaśnił pan Dzięcioł. - Jeśli chcecie, mogę wam pokazać, gdzie leży. Moment, przyniosę tylko atlas świata.
Wybiegł z pokoju, nagle pełen wigoru. Bardzo go ucieszyło, że Lichotki tak się zainteresowały jego pracą.
Tata-Lichotek skosztował ostrożnie swojej herbaty.
- Jak można pić coś takiego? - mruknął. - Na czerstwy łuskiewnik, przecież od tego wyskakują kolorowe plamy.
Podlał swoją herbatą drzewo kauczukowe, które stało w dużej donicy pod oknem, a Lichociątka wlały zawartość swoich filiżanek do akwarium.
Pan Dzięcioł wszedł z powrotem do gabinetu.
- Widzicie, tutaj leży Abu Zabi. Na Półwyspie Arabskim, dokładnie nad Zatoką Perską.
Lichociątka z zainteresowaniem patrzyły na mapę.
- Aha, a co będziesz tam robił? - zapytało jedno z nich.
Pan Dzięcioł upił łyk herbaty, chwilę rozkoszował się smakiem, a potem przybrał poważny wyraz twarzy i zaczął opowiadać:
- Sułtan Mohalla poszukuje pewnej wyjątkowo rzadkiej ryby, a ja mam mu pomóc ją złapać. Musicie wiedzieć, że sułtan Mohalla jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie.
- Jak to najbogatszych? Jak to jest być bogatym? Czy to coś dobrego? - pytały Lichociątka, które jeszcze nigdy się nie zastanawiały nad takimi sprawami.
Pan Dzięcioł patrzył na nie zdumiony.
- Jak by wam to wyjaśnić... więc tak, jak ktoś jest bogaty, to znaczy, że ma dużo wszystkiego... na przykład dużo...
- Dużo złomu! - przerwał mu Tata-Lichotek. - Jak ktoś ma dużo złomu, to jest bogaty w żelazo. A jak mu ten złom zapleśnieje, to będzie obrzydliwie bogaty. To całkiem proste.
- I sułtan ma okropnie dużo złomu? - zapytało jedno z Lichociątek.
Pan Dzięcioł się zaśmiał.
- Na pewno ma wszystko, co można kupić za pieniądze.
- A jakiej wyjątkowej ryby będzie teraz szukał? - zapytało drugie Lichociątko.
- Sułtan chciałby mieć w swojej kolekcji rekina tygrysiego w kratkę - odpowiedział pan Dzięcioł. - Na całym świecie został już tylko jeden jedyny taki rekin. I podobno widziano go w pobliżu wybrzeży Abu Zabi. Pojutrze muszę tam lecieć i go złapać.
- Chętnie wybierzemy się z tobą i ci pomożemy - zaproponowało jedno Lichociątko. - Znaleźliśmy twojego psa, to znajdziemy też rekina.
- Hau! - dobiegło spod stołu, gdzie leżał Lolcio.
- Pies się zgadza, żebyśmy pojechali - powiedziało drugie Lichociątko.
Pan Dzięcioł śmiał się i gładził po koziej bródce.
- Zabawni jesteście! A dlaczego miałbym was zabrać?
- Bo możesz nas potrzebować w Abuczymśtam - stwierdził Tata-Lichotek. - Możemy ci pomóc przy badaniach i przy polowaniu na rekina. Umiemy wiele rzeczy! Na przykład wstrzymywać oddech pod wodą przez długi czas. Patrz, udowodnię ci!
Tata-Lichotek podbiegł do akwarium.
- Tak, pokaż mu, tato! - cieszyły się Lichociątka. - Trzymaj głowę pod wodą!
- Nie, proszę, niech pan tego nie robi! Wierzę panu! - krzyknął przerażony pan Dzięcioł. - Te ryby są bardzo wrażliwe. Mógłby pan zanieczyścić wodę.
- Co to znaczy "zanieczyścić"? - zapytał Tata-Lichotek, bo pan Dzięcioł używał naprawdę dziwnych słów. Ale odszedł od akwarium i wrócił do pozostałych.
- A co jeszcze potraficie? - zainteresował się pan Dzięcioł.
- Dobrze słyszymy! - powiedziało jedno z Lichociątek. - Za pomocą naszych uchorogów słyszymy, jak dżdżownice czkają, mrówki kaszlą, a ryby prukają!
- To ryby prukają? - zdumiał się pan Dzięcioł. - Nigdy o tym nie słyszałem.
- No pewnie - odparło Lichociątko. - Bekają i prukają bardzo cichutko. Ale my to słyszymy.
- To naprawdę niebywałe! - zachwycał się pan Dzięcioł. - Tylko nie myślcie, że będzie łatwo. Takie polowanie na rekina jest bardzo niebezpieczne. Rekiny tygrysie są nawet groźniejsze od żarłaczy ludojadów, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.
- Nie ma problemu! - zawołało Lichociątko. - My się rekinów nie boimy! Nasze szczęki są silniejsze niż szczęki żarłacza!
- Nie no, teraz to przesadzacie - powiedział pan Dzięcioł.
Wtedy jedno z Lichociątek chwyciło atlas świata w obie dłonie, wbiło w niego swoje spiczaste ząbki i odgryzło spory kawałek. I zrobiło to bez trudu, jakby gruba książka była mięciutkim pulpetem.
Panu Dzięciołowi ze zdziwienia opadła szczęka.
- Jesteśmy też bardzo silne! - dodało drugie Lichociątko i złapało pana Dzięcioła za kieszenie z tyłu spodni. W mgnieniu oka poderwało go do góry i na wyprostowanych rękach przytrzymało poziomo nad głową.
- Ratunku! Odstaw mnie na ziemię! - krzyczał przerażony pan Dzięcioł, wierzgając długimi nogami jak bobas. Wyglądało to bardzo zabawnie.
Spod stołu rozległo się szczekanie zdenerwowanego psa, więc Lichociątko postawiło biednego pana Dzięcioła z powrotem na podłodze.
- Coś takiego! - Pan Dzięcioł oddychał ciężko i poprawiał przekrzywioną marynarkę. - To jest naprawdę niesamowite.
- Możemy ci też pokazać, jak się przegryzamy przez ścianę - zaproponował Tata-Lichotek. - Chcesz zobaczyć?
- Matko kochana, nie! - krzyknął pan Dzięcioł. - Wydaje mi się, że musimy się już pożegnać. Mam jeszcze dużo pracy. - Powoli zaczynał się bać i chciał się pozbyć Lichotków jak najszybciej. - Było mi bardzo miło was poznać...
- Nam też. I jesteśmy do usług! - powiedział Tata-Lichotek i na pożegnanie uścisnął mocno dłoń panu Dzięciołowi.
- Auć! - wrzasnął pan Dzięcioł.
Cofnął rękę, żeby sprawdzić, czy nadal może poruszać palcami. Na szczęście mógł.
Lichociątka podeszły do biurka, żeby jeszcze raz podrapać Lolcia za uszami.
- Chodźcie, dzieciaki, idziemy! - zawołał je Tata-Lichotek.
- W porządku, to do zobaczenia - wymamrotał pan Dzięcioł. - Jeszcze raz dziękuję za odprowadzenie psa!
- Nie ma za co! - odkrzyknęły Lichotki i wyruszyły w drogę do domu.
Nareszcie! - pomyślał pan Dzięcioł i z jękiem osunął się na fotel.
Potem nalał sobie resztę herbaty do filiżanki i wypił ją duszkiem.