Lichotki i rekin w kratkę. Tom 3 - Erhard Dietl

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podłużny pies

?W Szmelcu padało już od trzech tygodni. Wiosna kazała w tym roku czekać na siebie wyjątkowo długo, panował okropny ziąb. Wszyscy chodzili w gumiakach, okutani w grube płaszcze przeciwdeszczowe, a niebo było ponure jak miny mieszkańców Szmelca. Co sprytniejsi zostawali w domu, gotowali sobie garnek rosołu z makaronem i popijali ciepłą herbatę. Parszywa pogoda coraz bardziej działała na nerwy zwłaszcza dzieciom, które zwykle przecież uwielbiały bawić się na dworze. Tylko zamieszkujące wysypisko śmieci w Szmelcu Lichotki były zachwycone. Kochały kałuże i błoto na drodze, więc dla nich te deszczowe tygodnie były w sam raz.

Dziadek-Lichotek siedział na starej skrzynce przed wejściem do lichociej jaskini i nucił wesoło. Przed nim rozciągał się widok na wysypisko pełne wszelkich gratów, których mieszkańcy Szmelca już nie potrzebowali. Niektóre rzeczy były rozmiękłe, a wszystkie porządnie przemoczone: stare kartony, porwane skrawki materiałów, zepsute telewizory, zardzewiałe piece, oślizgłe materace, dziurawe buty, potłuczone butelki, podarte reklamówki, pogniecione gazety - wysypisko było prawdziwym lichocim rajem.

Dziadek-Lichotek zdjął buty i zanurzył stopy w kałuży lepkiego szlamu. Przebierał palcami, a między nimi przelewało się cudownie gładkie i śliskie błotko.

- Mysie bąki, lep na muchy, życie piękne jak ropuchy - nucił zadowolony pod nosem.

Obok małe Lichociątka bawiły się w błocie. Bliźnięta zbudowały właśnie naturalnej wielkości pomnik Lichotka z wilgotnej ziemi.

- Patrz, dziadku, wygląda zupełnie jak ty! - zawołało jedno Lichociątko, a drugie włożyło wgnieciony kapelusz na głowę błotnego Lichotka. Rzeczywiście wyglądał teraz trochę jak skrzyżowanie Dziadka-Lichotka i grubego, brązowego bałwana.

- Nawet całkiem podobny - uśmiechnął się Dziadek-Lichotek.

Mama-Lichotka siedziała w wejściu do jaskini z najmłodszym Lichociątkiem na kolanach. Głaskała je po malutkich zielonych uchorogach, a niemowlę ssało zadowolone kościany smoczek, całkiem wytarty od lizania i ciamkania.

Obok Tata-Lichotek stał przy rozchwianym stole. Zabierał się właśnie do pieczenia ciasta i ucierał lichocie składniki w plastikowej misce: wodę z błotnistej kałuży, trociny, pastę do zębów, posiekane podeszwy i sporo mączki kostnej.

- Nie zapomnij o skorupkach ślimaków! - upomniała go Mama-Lichotka.

- Nigdy o niczym nie zapominam! - odburknął Tata-Lichotek i wrzucił garść drobno zmielonych skorupek do ciasta.

Mama-Lichotka się ucieszyła. Tata-Lichotek nie każdego dnia z własnej woli piekł ciasto. To samo w sobie było wyjątkowe. W dodatku tego dnia Mama-Lichotka obchodziła upierdziny i Tata-Lichotek postanowił, że przez cały dzień będzie ją rozpieszczał. Chciał ugotować obiad, dobrudzić mieszkanie, upiec ciasto, przygotować miłą kąpiel w śmieciach, wyszorować Mamie-Lichotce plecy, a potem może nawet zaskoczyć ją masażem stóp. Mama-Lichotka nie mogła się doczekać, co jeszcze przyjdzie mu do głowy.

- Jak skończysz ciasto, możesz mi zapalić kilka świec odorowych. Usiądziemy sobie razem w jaskini i pośmierdolimy - zaproponowała.

Mama-Lichotka uwielbiała świece odorowe. Wystarczyło wrzucić kilka zgniłych jajek do blaszanej puszki i rozpalić pod spodem ogień, a powietrze wypełniał cudowny lichoci zapach.

Tata-Lichotek westchnął. Mama-Lichotka ostatnio bardzo często obchodziła upierdziny, w tym tygodniu już po raz trzeci. Wprawdzie Lichotki obchodzą upierdziny, kiedy chcą, i tak często, jak chcą, ale tę częstotliwość uznał za lekką przesadę.

Nagle zza rogu wyszła Babcia-Lichotka w gumiakach.

- Patrzcie, kogo wam przyprowadziłam! - zawołała.

Lichotki otworzyły szeroko oczy ze zdumienia. Obok Babci-Lichotki szedł pies. Jego ciało było podłużne jak kiełbaska, do której doczepiono nieco za krótkie nóżki. Grzbiet miał czarny, nogi były jasnobrązowe, a na piersi widniał duży biały placek. Wyglądał jak skrzyżowanie owczarka niemieckiego z jamnikiem.

Owczarkojamnik merdał ufnie ogonem i Lichociątka od razu do niego podbiegły. Głaskały go i zostawiały plamy z błota na jego futrze. Lichociątka lubiły zwierzęta, najbardziej muchy, nietoperze, szczury i oślizgłe węże.

- Sam do mnie przybiegł - wyjaśniła Babcia-Lichotka. - Wydaje mi się, że jest głodny.

- Niech to błocko, śluz i szlam! To dajcie mu coś do jedzenia - powiedział Tata-Lichotek. Od razu poczuł współczucie dla psa, który wydawał mu się dziwnie znajomy. Tata-Lichotek nie mógł sobie tylko przypomnieć, gdzie go wcześniej widział. Odstawił na bok miskę z ciastem i posunął psu pod nos zardzewiałą puszkę po konserwach. Ale zwierzak nie zwrócił na nią uwagi, widocznie nie miał ochoty na blachę.

Teraz do rozmowy włączył się Dziadek-Lichotek.

- Nie wiecie, co robicie! - zawołał i wyciągnął stopy z kałuży. - Taki zwierzak potrzebuje psiego jedzenia! Mięsa, kości i takich rzeczy. Wiem to dobrze, bo czterysta lat temu byłem przecież znanym treserem psów, opowiadałem wam już tę historię?

- Może moglibyśmy dać mu kościany smoczek najmłodszego Lichociątka? A nuż mu zasmakuje - zaproponowało jedno z Lichociątek.

- A niech mnie cuchnące serzysko! To nie wchodzi w grę! - krzyknęła oburzona Mama-Lichotka.

- Mamy przecież jeszcze trochę resztek ze śniadania - przypomniało drugie Lichociątko.

Pobiegło szybko do jaskini i wróciło stamtąd z garścią starych kości. Pies je obwąchał, ale nie uznał ich za apetyczne.

- Wygląda, jakby był smutny - stwierdziło jedno z Lichociątek. - Na pewno się zgubił i teraz tęskni za domem.

Na te słowa Tata-Lichotek uderzył się dłonią w czoło.

- Teraz mi się przypomniało, skąd znam tego psa. Należy do pewnego mieszkańca Szmelca. Wiele razy widziałem ich spacerujących razem. Mieszkają w domu z niebieskimi okiennicami.

- Jak ty wszystko wiesz! - zdziwiła się Mama-Lichotka. - Skoro tak, musimy jak najszybciej odprowadzić psa. Jego biedny pan na pewno już go szuka.

- Przyniosę smycz - powiedział Tata-Lichotek i poszedł do garażu.

Tutaj trzymał wszystkie rzeczy, które mogły mu się przydać do majsterkowania. Znalazł stary kabel elektryczny z dyndającą na jednym końcu zepsutą wtyczką. Drugi koniec kabla przywiązał psu do obroży.

- No to idziemy do twojego pana - oznajmił. - Które z was chciałoby iść ze mną, myszki-śmierdziuszki? - zapytał.

- Ja! - odpowiedziały chórem Lichociątka.

W czasie drogi do Szmelca Lichociątka prowadziły na przemian psa na smyczy. Szli bardzo wolno, bo zwierzę musiało obwąchiwać wszystko uważnie i co chwila chciało się zatrzymywać, żeby podlać jakieś drzewo, latarnię albo róg budynku.

Z powodu złej pogody na ulicach prawie nie było ludzi. Kilka samochodów przemknęło obok Lichotków, a jedna furgonetka z impetem wjechała w kałużę tuż obok nich. Ochlapała je przy tym strumieniami brudnej wody. Pies się otrząsnął, ale Lichotki były szczęśliwe. W takie dni jak ten spacery to prawdziwa przyjemność!

Gdy w końcu dotarli do Szmelca, Tata-Lichotek wskazał stary dom na obrzeżach miasta. Był otoczony zdziczałym ogrodem, na dachu wznosiły się dwie niewielkie wieżyczki, a okiennice pomalowano na jasny, błękitny kolor. Jak tylko podeszli bliżej, pies zaczął merdać ogonem i ciągnąć za smycz.

- Widzicie, dobrze trafiliśmy - stwierdził Tata-Lichotek. - Pies poznaje swój dom.

Na tabliczce obok furtki widniał napis: "Dzięcioł", ale to nie miało znaczenia dla Lichotków, bo i tak nie potrafiły czytać.

Otworzyły skrzypiącą furtkę i ruszyły wąską ścieżką, prowadzącą do drzwi. W ogrodzie między krzakami stały kamienny delfin i flaming z brązu. Nad drzwiami wisiało ogromne poroże jelenia.

Pies zaskomlał niecierpliwie i Lichociątka nacisnęły guzik dzwonka do drzwi.

Nie miały pojęcia, że to początek przygody pełnej niebezpieczeństw.

Fajne zwierzaki, ostre ząbki

Gdy drzwi się otworzyły, stanął w nich wysoki, kościsty mężczyzna. Miał na sobie brązową marynarkę w kratkę, a ostry podbródek wieńczyła śmieszna kozia bródka. Pies od razu radośnie do niego podbiegł.

- Nareszcie cię odzyskałem, Lolcio! - zwołał mężczyzna. - Gdzie się podziewałeś, stary włóczęgo?

Przyklęknął, żeby pogłaskać psa. Znad okularów przyglądał się z niedowierzaniem Lichotkom, które stały przed nim przemoczone do suchej nitki. Wiedział oczywiście, kim są Lichotki, bo każdy w Szmelcu je znał. Ale z tak bliska nie widział ich jeszcze nigdy. Z lichocich paszcz wystawały ostre ząbki, a wokół roznosił się ostry, przenikliwy zapaszek, coś jak mieszanka mokrego psa, proszku do prania i nadgniłej zawartości kosza na śmieci.

- Nazywam się Gustaw Dzięcioł - powiedział i wyciągnął rękę do Lichotków.

- Znaleźliśmy twojego psa. Był u nas na wysypisku śmieci - odparł Tata-Lichotek i podał rękę panu Dzięciołowi.

Tata-Lichotek miał bardzo mocny uścisk dłoni.

Pan Dzięcioł się wzdrygnął, ale dzielnie próbował nadal się uśmiechać. Zauważył, że skóra Taty-Lichotka w dotyku przypomina ośmiornicę. Uznał to za bardzo interesujące.

- Wejdźcie do środka - powiedział pan Dzięcioł. - Pogoda jest dziś znowu paskudna!

Przytrzymał drzwi, a Lichotki weszły do przedpokoju. W domu wszystko wyglądało trochę ponuro. W korytarzu na ścianach wisiały wypchane ptaki i kuny, a nad drzwiami prowadzącymi do pokoi przybito mnóstwo niewielkich poroży. Jednak największe wrażenie zrobił na nich wielki brązowy niedźwiedź, który stał w kącie z rozdziawioną paszczą.

- Mój pies niestety uciekał już parę razy - wyjaśnił pan Dzięcioł. - Taki z niego włóczęga! Bardzo dziękuję, że go przyprowadziliście z powrotem do mnie. Mogę was czymś poczęstować? Może filiżanką herbaty? Akurat zaparzyłem sobie dzbanek zielonej herbaty.

- Zzieleniała herbata? - zapytał ucieszony Tata-Lichotek, który inaczej wyobrażał sobie ten napój. - O w ropuchę, wypijemy z przyjemnością!

Pan Dzięcioł uśmiechnął się i zaprowadził Lichotki do swojego gabinetu.

Panował tam wspaniale lichoci bałagan. Cały pokój był zawalony książkami i papierami. Na wysokich regałach stały rzędy słoików, w których unosiły się dziwaczne zwierzęta zanurzone w żółtawej cieczy. Pływały w niej podobne do ropuch płazy, zwierzęta morskie wyglądające jak węże, oślizgłe i przezroczyste stwory, jakich Lichotki jeszcze nigdy nie widziały na oczy.

- Niech to błocko, śluz i szlam! - wykrzyknął z wrażenia Tata-Lichotek.

Na komodzie leżały wysuszone rozgwiazdy, koniki morskie i jeżowce, a przy oknie stało ogromne akwarium, w którym pływały kolorowe, świecące ryby. Wysoko pod sufitem wisiały ususzone rozdymki, a nawet długi, poszczerbiony szkielet miecznika.

- Do ościotrupa! - westchnęło jedno z Lichociątek.

Drugie Lichociątko obwąchiwało z zainteresowaniem wysuszonego jeżowca, ale na szczęście odłożyło go z powrotem na komodę.

Lolcio zwinął się w kłębek pod zawalonym różnymi rzeczami biurkiem.

Pan Dzięcioł postawił kilka filiżanek na stole i znów się uśmiechnął.

- Jestem badaczem zwierząt - wyjaśnił. - Moja specjalność to rzadkie ryby głębinowe.

- My też lubimy ryby! A najbardziej ości - powiedział Tata-Lichotek. Uznał, że pan Dzięcioł jest naprawdę sympatyczny.

- Co to są ryby głębinowe? - dociekało jedno z Lichociątek.

- Tutaj w Szmelcu nie ma przecież żadnych głębin - dodało drugie. - Jezioro w naszym kamieniołomie nie jest zbyt głębokie.

Pan Dzięcioł się roześmiał.

- Oczywiście nie prowadzę badań tu na miejscu. W tym gabinecie tylko opisuję swoje znaleziska, pracuję nad teorią, rozumiecie?

- Aha, aha - odpowiedział Tata-Lichotek, który niestety nic nie zrozumiał.

- Żeby robić badania, latam czasem na drugi koniec świata. Atlantyk, Pacyfik, byłem nawet kiedyś na Antarktydzie.

Lichotki były coraz bardziej zdumione. Ten mężczyzna opowiadał o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie słyszały.

Tata-Lichotek przyglądał się z zainteresowaniem fotografii wiszącej obok drzwi. Zdjęcie przedstawiało kobietę, obok której stało dziwaczne zwierzę o niesłychanie długiej szyi.

- To jest Gerda - wyjaśnił pan Dzięcioł. - Moja żona też jest zoologiem. Tylko że jej specjalnością są żyrafy, więc teraz jest w podróży po Afryce. Ma tam ważne zlecenie. - Pan Dzięcioł westchnął. - Od tygodni się nie widzieliśmy. Szkoda, ale tak to już jest. Oboje jesteśmy naukowcami, więc często musimy wyjeżdżać na przeciwne krańce świata. Na szczęście są telefony.

- Tele... co? - zapytał Tata-Lichotek.

- No, telefony. Dzięki nim możemy przynajmniej do siebie zadzwonić. Tylko niestety sygnał jest często beznadziejny - odparł pan Dzięcioł.

Nalał herbaty do filiżanek i podał je Lichotkom. Tata-Lichotek powąchał napój i beknął.

- Też jestem badaczem - powiedział. - Prowadzę badania w moim garażu. Buduję wyrzutnie szlamu, łapacze much, rozprowadzacze do kurzu i tym podobne rzeczy.

- Fascynujące! - odrzekł pan Dzięcioł. - W takim razie jesteśmy jakby kolegami po fachu!

Gdy Tata-Lichotek beknął po raz drugi, pan Dzięcioł uniósł brwi i wstrzymał na chwilę oddech.

- A co teraz badasz? - zapytał Tata-Lichotek.

Pan Dzięcioł odchrząknął i powiedział:

- Mam zlecenie od sułtana Abu Zabi.

- Co to jest Abu Zabi? - Chciało wiedzieć jedno z Lichociątek.

- Takie arabskie miasto - wyjaśnił pan Dzięcioł. - Jeśli chcecie, mogę wam pokazać, gdzie leży. Moment, przyniosę tylko atlas świata.

Wybiegł z pokoju, nagle pełen wigoru. Bardzo go ucieszyło, że Lichotki tak się zainteresowały jego pracą.

Tata-Lichotek skosztował ostrożnie swojej herbaty.

- Jak można pić coś takiego? - mruknął. - Na czerstwy łuskiewnik, przecież od tego wyskakują kolorowe plamy.

Podlał swoją herbatą drzewo kauczukowe, które stało w dużej donicy pod oknem, a Lichociątka wlały zawartość swoich filiżanek do akwarium.

Pan Dzięcioł wszedł z powrotem do gabinetu.

- Widzicie, tutaj leży Abu Zabi. Na Półwyspie Arabskim, dokładnie nad Zatoką Perską.

Lichociątka z zainteresowaniem patrzyły na mapę.

- Aha, a co będziesz tam robił? - zapytało jedno z nich.

Pan Dzięcioł upił łyk herbaty, chwilę rozkoszował się smakiem, a potem przybrał poważny wyraz twarzy i zaczął opowiadać:

- Sułtan Mohalla poszukuje pewnej wyjątkowo rzadkiej ryby, a ja mam mu pomóc ją złapać. Musicie wiedzieć, że sułtan Mohalla jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie.

- Jak to najbogatszych? Jak to jest być bogatym? Czy to coś dobrego? - pytały Lichociątka, które jeszcze nigdy się nie zastanawiały nad takimi sprawami.

Pan Dzięcioł patrzył na nie zdumiony.

- Jak by wam to wyjaśnić... więc tak, jak ktoś jest bogaty, to znaczy, że ma dużo wszystkiego... na przykład dużo...

- Dużo złomu! - przerwał mu Tata-Lichotek. - Jak ktoś ma dużo złomu, to jest bogaty w żelazo. A jak mu ten złom zapleśnieje, to będzie obrzydliwie bogaty. To całkiem proste.

- I sułtan ma okropnie dużo złomu? - zapytało jedno z Lichociątek.

Pan Dzięcioł się zaśmiał.

- Na pewno ma wszystko, co można kupić za pieniądze.

- A jakiej wyjątkowej ryby będzie teraz szukał? - zapytało drugie Lichociątko.

- Sułtan chciałby mieć w swojej kolekcji rekina tygrysiego w kratkę - odpowiedział pan Dzięcioł. - Na całym świecie został już tylko jeden jedyny taki rekin. I podobno widziano go w pobliżu wybrzeży Abu Zabi. Pojutrze muszę tam lecieć i go złapać.

- Chętnie wybierzemy się z tobą i ci pomożemy - zaproponowało jedno Lichociątko. - Znaleźliśmy twojego psa, to znajdziemy też rekina.

- Hau! - dobiegło spod stołu, gdzie leżał Lolcio.

- Pies się zgadza, żebyśmy pojechali - powiedziało drugie Lichociątko.

Pan Dzięcioł śmiał się i gładził po koziej bródce.

- Zabawni jesteście! A dlaczego miałbym was zabrać?

- Bo możesz nas potrzebować w Abuczymśtam - stwierdził Tata-Lichotek. - Możemy ci pomóc przy badaniach i przy polowaniu na rekina. Umiemy wiele rzeczy! Na przykład wstrzymywać oddech pod wodą przez długi czas. Patrz, udowodnię ci!

Tata-Lichotek podbiegł do akwarium.

- Tak, pokaż mu, tato! - cieszyły się Lichociątka. - Trzymaj głowę pod wodą!

- Nie, proszę, niech pan tego nie robi! Wierzę panu! - krzyknął przerażony pan Dzięcioł. - Te ryby są bardzo wrażliwe. Mógłby pan zanieczyścić wodę.

- Co to znaczy "zanieczyścić"? - zapytał Tata-Lichotek, bo pan Dzięcioł używał naprawdę dziwnych słów. Ale odszedł od akwarium i wrócił do pozostałych.

- A co jeszcze potraficie? - zainteresował się pan Dzięcioł.

- Dobrze słyszymy! - powiedziało jedno z Lichociątek. - Za pomocą naszych uchorogów słyszymy, jak dżdżownice czkają, mrówki kaszlą, a ryby prukają!

- To ryby prukają? - zdumiał się pan Dzięcioł. - Nigdy o tym nie słyszałem.

- No pewnie - odparło Lichociątko. - Bekają i prukają bardzo cichutko. Ale my to słyszymy.

- To naprawdę niebywałe! - zachwycał się pan Dzięcioł. - Tylko nie myślcie, że będzie łatwo. Takie polowanie na rekina jest bardzo niebezpieczne. Rekiny tygrysie są nawet groźniejsze od żarłaczy ludojadów, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.

- Nie ma problemu! - zawołało Lichociątko. - My się rekinów nie boimy! Nasze szczęki są silniejsze niż szczęki żarłacza!

- Nie no, teraz to przesadzacie - powiedział pan Dzięcioł.

Wtedy jedno z Lichociątek chwyciło atlas świata w obie dłonie, wbiło w niego swoje spiczaste ząbki i odgryzło spory kawałek. I zrobiło to bez trudu, jakby gruba książka była mięciutkim pulpetem.

Panu Dzięciołowi ze zdziwienia opadła szczęka.

- Jesteśmy też bardzo silne! - dodało drugie Lichociątko i złapało pana Dzięcioła za kieszenie z tyłu spodni. W mgnieniu oka poderwało go do góry i na wyprostowanych rękach przytrzymało poziomo nad głową.

- Ratunku! Odstaw mnie na ziemię! - krzyczał przerażony pan Dzięcioł, wierzgając długimi nogami jak bobas. Wyglądało to bardzo zabawnie.

Spod stołu rozległo się szczekanie zdenerwowanego psa, więc Lichociątko postawiło biednego pana Dzięcioła z powrotem na podłodze.

- Coś takiego! - Pan Dzięcioł oddychał ciężko i poprawiał przekrzywioną marynarkę. - To jest naprawdę niesamowite.

- Możemy ci też pokazać, jak się przegryzamy przez ścianę - zaproponował Tata-Lichotek. - Chcesz zobaczyć?

- Matko kochana, nie! - krzyknął pan Dzięcioł. - Wydaje mi się, że musimy się już pożegnać. Mam jeszcze dużo pracy. - Powoli zaczynał się bać i chciał się pozbyć Lichotków jak najszybciej. - Było mi bardzo miło was poznać...

- Nam też. I jesteśmy do usług! - powiedział Tata-Lichotek i na pożegnanie uścisnął mocno dłoń panu Dzięciołowi.

- Auć! - wrzasnął pan Dzięcioł.

Cofnął rękę, żeby sprawdzić, czy nadal może poruszać palcami. Na szczęście mógł.

Lichociątka podeszły do biurka, żeby jeszcze raz podrapać Lolcia za uszami.

- Chodźcie, dzieciaki, idziemy! - zawołał je Tata-Lichotek.

- W porządku, to do zobaczenia - wymamrotał pan Dzięcioł. - Jeszcze raz dziękuję za odprowadzenie psa!

- Nie ma za co! - odkrzyknęły Lichotki i wyruszyły w drogę do domu.

Nareszcie! - pomyślał pan Dzięcioł i z jękiem osunął się na fotel.

Potem nalał sobie resztę herbaty do filiżanki i wypił ją duszkiem.

Spis treści

Podłużny pies

Fajne zwierzaki, ostre ząbki

First published in German under the title: Die Olchis und der karierte Tigerhai

Copyright? by Verlag Friedrich Oetinger, Hamburg, 2009

Text and illustrations by Erhard Dietl

Published by agreement with Verlag Friedrich Oetinger, Hamburg, Germany

Copyright for Polish translation? by Zuzanna Łopatka

Copyright ? by Virtualo, 2023

Redakcja: Weronika May

Korekta: Aleksandra Wrońska, Magdalena Gonta-Biernat / To Się Wyda

Skład i łamanie: Tomasz Biernat / To Się Wyda

Projekt okładki: Tomasz Biernat / To Się Wyda

Ilustracja na okładce: Erhard Dietl

Tytuł oryginału: Die Olchis und der karierte Tigerhai

Wydanie I

Warszawa 2024

ISBN 978-83-272-8951-3

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Virtualo Sp. z o.o.

ul. Marszałkowska 104/122

00-017 Warszawa

www.virtualo.pl

Chcesz wydać książkę lub audiobook? Wejdź na virtualo.eu lub napisz do nas na adres: redakcja@virtualo.pl.

Zobacz nas na

W serii o Lichotkach ukazały się:

Lichotki i tajny eksperyment

Lichotki lecą na Księżyc

Lichotki i rekin w kratkę

Lichotki i zielona mumia

Lichotki i Diabelskie Leże

Lichotki w sidłach magika

Lichotki i ściekowy detektyw z Londynu

Lichotki i polowanie na Upiora

W trzymającej w napięciu serii o Lichotkach-detektywach ukazały się liczne książeczki i dwa zbiory opowiadań. Materiały pomocnicze i edukacyjne (po niemiecku) można znaleźć na stronie www.vgo-schule.de.

Erhard Dietl urodził się w 1953 roku w Ratyzbonie w Niemczech. Jest pisarzem i ilustratorem odnoszącym sukcesy zarówno w swoim kraju, jak i za granicą. Za swoje prace otrzymał wiele nagród, między innymi nagrodę fundacji Buchkunst za najładniej wydaną książkę czy austriacką nagrodę za najlepszą książkę w dziedzinie literatury dziecięcej i młodzieżowej.

Jednymi z najpopularniejszych bohaterów jego książek są niesforne Lichotki, które rozśmieszą i przyciągną do lektury nawet tych, którzy nie są przekonani do czytania. Czytelnicy z przyjemnością sięgną również po serię o Gustavie Gorkym - kosmicznym reporterze. Przypadnie ona do gustu zwłaszcza fanom Lichotków.