Walka z brudem
Po drugiej stronie Szmelca stał kanarkowożółty domek.
Świeżo pomalowany płot chronił wypielęgnowany ogródek przed psami i innymi intruzami. Trawnik zawsze był równo przycięty i zagrabiony. Mlecze i stokrotki nie miały szans się na nim utrzymać. O to dbały zamieszkujące domek Lidia i Iwona.
Siostry mieszkały tam tylko we dwie. Nie były już najmłodsze, ale nadal w dobrej formie, a gęste włosy nosiły zawsze starannie ułożone.
Zwłaszcza Lidia, młodsza z sióstr, wyglądała w sumie całkiem sympatycznie. Jej kręcone włosy były gęste jak wełna, a błękitne oczy błyszczały jasno i czysto jak kostki lodu. Okrągła twarz sprawiała wrażenie przyjaznej, a gdy Lidia się uśmiechała, w różowych policzkach robiły jej się śmieszne dołeczki.
Ale siostry były okryte złą sławą i wielu mieszkańców Szmelca plotkowało za ich plecami. Bo zwykle widywano je ubrane w szare robocze fartuchy, uzbrojone w szczotki, wiadra, miotły, ścierki i płyny do czyszczenia.
Porządek i czystość były bowiem dla Iwony i Lidii najważniejszymi sprawami na świecie. Prowadziły nieustającą walkę z wszelkimi rodzajami plam, kurzu, kamienia i brudu.
Tak, te dwie były rzeczywiście wyjątkowym zjawiskiem i mówiło się w Szmelcu, że siostry na swoich miotłach nawet czasem latają. Dostały więc przezwisko Porządnice.
Można powiedzieć, że były zupełnym przeciwieństwem Lichotków.
Tego ranka już od świtu pucowały okna i zamiatały ścieżkę przed domkiem. Umyły ciepłą wodą nawet puste śmietniki, żeby były czyste też w środku. A teraz stały na drabinach rozstawionych na chodniku i szorowały pnie drzew rosnących wzdłuż drogi.
Zabawne - pomyślała pani Niechlujka, która akurat odprowadzała do przedszkola swojego Tomeczka. Nie mogła się powstrzymać od chichotu, gdy zobaczyła dwie kobiety wysoko na drabinach. Jeszcze w życiu nie widziała, żeby ktoś mył drzewa.
- Dzień dobry - pozdrowiła je przyjaźnie. - Ależ panie dziś sumiennie pracują!
- Ktoś przecież musi zadbać o porządek, prawda?! - odkrzyknęła ponuro Iwona ze swojej drabiny.
- Poza nami nikt się nie troszczy o takie sprawy - dodała Lidia i zanurzyła swoją szczotkę głęboko w wiadrze z wodą.
- Jeśli będziecie panie miały ochotę, możecie później wymyć naszą klatkę schodową - powiedziała ze śmiechem pani Niechlujka. - Tomeczek całą zasypał dziś rano ziemią od kwiatków!
Iwona pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Cóż, jak ktoś się decyduje na dzieci, sam jest sobie winien. Wiadomo, że takie małe urwisy wszystko brudzą.
- Daj spokój, Iwono - powiedziała po cichu Lidia do swojej siostry. - Przecież nie miała nic złego na myśli.
- Miłego dnia - burknęła zirytowana pani Niechlujka i odeszła szybkim krokiem.
Serdecznie wam współczuję! - pomyślała. Jak ktoś ma takiego bzika na punkcie sprzątania, nie ma dla niego ratunku.
Dopiero co zniknęła za rogiem pani Niechlujka, a już pod domem Porządnic pojawił się burmistrz. Szedł właśnie do ratusza, gdzie jak zwykle czekało go mnóstwo pracy.
- Panie burmistrzu! - zawołała do niego Iwona. - Dobrze, że pana widzimy!
Pospiesznie zeszła z drabiny i odstawiła szczotkę.
- Musimy z panem porozmawiać.
- Znowu? - mruknął burmistrz i spojrzał na zegarek. - Niestety nie mam zbyt wiele czasu.
Lidia i Iwona już kilka razy przychodziły do niego do ratusza i za każdym razem były to wysoce nieprzyjemne wizyty.
- Więc niech pan go znajdzie! - krzyknęła Lidia, która też zeszła z drabiny. - Mamy przecież ważną sprawę!
- O co chodzi tym razem? - Burmistrz uniósł brwi. - Chyba nie znowu o Lichotki, prawda?
- A właśnie, że tak! - odparła Iwona. - Dokładnie o nie chodzi! Te Lichotki to skandal! Kiedy w końcu pozbędzie się pan tego paskudnego wysypiska śmieci? Czy przemyślał pan już tę sprawę? - Zrobiła zawziętą minę i wymachiwała palcem wskazującym tuż przed nosem burmistrza.
Burmistrz nie lubił, jak ktoś mu machał przed nosem. A te dwie Porządnice z ich bzikiem na punkcie czystości porządnie działały mu na nerwy.
- Tak, tak, już dobrze - burknął. - Ale lichocie wysypisko jest przecież po drugiej stronie miasta. Z tego domu nawet go nie widać. Dlaczego tak bardzo paniom przeszkadza?
- Zwyczajnie, przeszkadza nam - powiedziała ostrożnie Lidia.
- I to jak! Przeszkadza nam nawet nadzwyczajnie. Szmelc to schludne miasto! - krzyknęła Iwona. - A w schludnym mieście nie ma miejsca na śmierdzące wysypisko śmieci. A dla tych pomylonych Lichotków tym bardziej nie. Powinniśmy się wstydzić!
- Też coś. Po prostu są trochę inne niż my - stwierdził burmistrz. - Są spokojnymi mieszkańcami i nikomu nie robią krzywdy. Powinniśmy zostawić je w spokoju.
- Ale nie ma tu dla nich miejsca! - powtórzyła Iwona. - Śmierdzą i żywią się śmieciami. Żaden porządny człowiek się tak nie zachowuje.
- Ale Lichotki przecież nie są ludźmi! - Spróbował jeszcze raz burmistrz.
Iwona się wzdrygnęła.
- Zgroza! Nawet nie chcę o nich myśleć!
- To niech pani nie myśli! - Burmistrz się zaśmiał i wzruszył ramionami. - Przykro mi, ale nie mogę paniom pomóc. Lichotki też mają prawo żyć tak, jak lubią. A do tego potrzebują swoich śmieci. Powinny się panie nad tym zastanowić. Życzę miłego dnia. Proszę spokojnie sprzątać dalej. Do widzenia!
I odszedł.
- Niemożliwy jest ten człowiek - powiedziała Iwona. - I on się tytułuje burmistrzem.
- Kiedyś na pewno uda nam się go przekonać - stwierdziła uspokajająco Lidia. - W końcu dobro zawsze zwycięża!
Dla Lidii i Iwony dobro oznaczało porządek. A w walce z Lichotkami dalekie były od kapitulacji.