Licencja na dorosłość - Małgorzata Karolina Piekarska

-
Proszę czekać

STANCJA

- Panie Aleksandrze... - Głos pani Basi, który Aleks usłyszał w słuchawce, nie brzmiał zbyt miło. - Jest prośba, by nie chodził pan po mieszkaniu bez ubrania, bo sąsiedzi się gorszą.

Gdy wieczorem myślał o tej rozmowie, doszedł do wniosku, że jeśli idzie o właścicielkę mieszkania, w którym od kilkunastu dni wynajmował pokój, nic go już chyba nie zdziwi.

* * *

Łódź przywitała Aleksa smogiem. "Czy to dobra wróżba?" - zastanawiał się, jadąc tramwajem pod wskazany adres, pod którym miał zarezerwowany, a właściwie już wynajęty pokój. O swoim nowym miejscu zamieszkania wiedział tyle, że jest to lokal trzypokojowy, którego wszystkie trzy pokoje zajmują studenci. On miał być jednym z nich. Mieszkanie załatwiał tata wtedy, gdy Aleks był jeszcze nad morzem z całą paczką, w tym także z Aśką. Tata twierdził, że to dobra okazja, bo panią Basię polecił mu ktoś znajomy, więc postawił Aleksa przed faktem dokonanym.

- Będziemy z matką spokojni o ciebie - powiedział, wręczając mu wizytówkę właścicielki mieszkania.

Widniał na niej telefon, imię i nazwisko "Barbara Kukiełka" oraz wpisany pod spodem zawód: "księgowa". Aleks zaśmiał się i od razu pomyślał, że osoba z takim nazwiskiem musiała się minąć z powołaniem. Adres, pod którym miał zamieszkać, został wpisany z tyłu wizytówki obcym mu, ale całkiem wyraźnym pismem drukowanymi literami. Widać było, że właściciel, czyli zapewne pani Kukiełka, jest bardzo dokładny. Aleks schował wizytówkę w portfelu.

Pierwotnie ojciec miał go zawieźć na miejsce wraz ze wszystkimi rzeczami, które mogły być mu potrzebne, ale w ostatniej chwili okazało się, że musi pilnie wyjechać służbowo na drugi koniec Polski. Dlatego umówili się, że Aleks pojedzie do Łodzi sam z jedną walizką. Resztę rzeczy przywiozą z ojcem w następny weekend.

Jadąc tramwajem w kierunku ronda Solidarności, Aleks wyglądał przez okno i zastanawiał się, czy niczego z domu nie zapomniał. Był w Łodzi drugi raz. O tej porze roku miasto wydało mu się szare. Może to przez ten smog? Wrzesień był wyjątkowo zimny i w wielu domach ludzie zaczęli już się dogrzewać. Tu w Łodzi chyba węglem, bo gdzieniegdzie widział wydobywający się z kominów czarny dym. Miał wrażenie, że to dlatego w powietrzu unosiło się coś w rodzaju szarej mgły.

Po kilku minutach jazdy Aleks wysiadł z tramwaju i bez problemu odnalazł niewielkie podwórko, a na nim czteroklatkowy blok. W mieszkaniu, którego adres znał z wizytówki, czekała na niego właścicielka, pani Basia Kukiełka - łódzka księgowa. Wraz z nią było dwóch innych studentów - Szymon, student prawa, i Robert marzący o zostaniu reżyserem.

Pani Basia przedstawiła Aleksa pozostałym, a potem błyskawicznie przeszła do podpisywania umowy najmu.

- Bardzo proszę, by w mieszkaniu nie było imprez - powiedziała, składając swój egzemplarz na pół i chowając do torebki. - Nie chcę konfliktów z sąsiadami.

Aleks chciał wzruszyć ramionami, bo nie bardzo wyobrażał sobie zrobienie balangi w mieście, w którym na razie nikogo nie znał. Na dodatek Szymon, jak domyślił się z rozmowy, choć już na trzecim roku studiów, też nie prowadził bujnego życia towarzyskiego. A Robert, podobnie jak Aleks, dopiero przyjechał tu na studia. Patrząc jednak na minę pani Kukiełki, powiedział grzecznie:

- Oczywiście, proszę pani.

Właścicielka szybko się pożegnała, mówiąc na odchodne, że przyjdzie za kilka dni...

- ...zobaczyć, jak panowie sobie radzą.

Ta zapowiedź zdumiała i Roberta, i Aleksa, ale nie zdążyli nic dodać, gdyż odezwał się Szymon:

- Oczywiście, pani Basiu, będziemy oczekiwać. - To powiedziawszy, zamknął drzwi za właścicielką, a widząc miny chłopaków, skomentował: - Księgowa to nie zawód. To charakter. Sami się przekonacie. Jej najlepiej przytakiwać.

Nie minęło kilka dni, a Aleks już wiedział, co współlokator miał na myśli.

* * *

Pokój, który zajmował w mieszkaniu, był nieduży, ale za to ze sporym balkonem. W środku stały wersalka, niewielki stół, szafa i regał. Niestety w większości zapełniony szpargałami właścicielki, wśród których królowały zakurzone kryształy. To dlatego na swoje rzeczy nie miał już zbyt wiele miejsca.

W ogóle mieszkanie pachniało PRL-em, ale akurat to Aleksowi nie przeszkadzało. W końcu przyjechał na studia. Gdzie jednak będzie trzymał swoje książki czy płyty? Czy ojciec widział ten pokój, wpłacając za niego kaucję? Zastanawiał się nad tym, wypakowując to, co przywiózł z domu w niewielkiej walizce.

Po trzech kwadransach poszedł do kuchni. Szymon z Robertem siedzieli przy stole i pili herbatę.

- Z Warszawy? Do Łodzi? - zdziwił się Szymon, gdy zaczęli rozmowę o tym, skąd kto przyjechał.

Jednak Aleks szybko wytłumaczył, że jego wymarzony kierunek studiów na Uniwersytecie Warszawskim był zbyt oblegany.

Szymon pochodził z niewielkiej wioski koło Tomaszowa Mazowieckiego. U pani Kukiełki mieszkał już trzeci rok.

- Ciekawe, jak długo wytrzymacie - powiedział, podając Aleksowi kubek z herbatą.

- Moim zdaniem przesadzasz - stwierdził Robert.

- Sami zobaczycie - westchnął Szymon. - Ja najpierw byłem w szoku, gdy badała czystość wanny, zlewu i tak dalej, ale potem pomyślałem, że może to i dobrze. Dzięki temu sprzątam. Natomiast fakt, że grzebie mi w lodówce, jest wnerwiający.

- Grzebie w lodówce? - zdziwił się Robert. - Ale po co? Bada, jak się odżywiasz?

- Nie. - Szymon się zaśmiał. - Sprawdza, czy nie pijesz alkoholu.

- Nie każdy alkohol trzyma się w lodówce - zauważył Aleks.

- Tak. Dlatego przegląda też kuchenne szafki - dodał Szymon.

- Te w pokoju też? - spytał z niedowierzaniem Aleks.

Szymon wzruszył ramionami i powiedział, że tego nie wie, bo w pokoju, który wynajmuje, jest tylko jeden regalik i akurat bez rzeczy właścicielki mieszkania.

* * *

Pierwsze dni mieszkania w Łodzi Aleks poświęcił na zwiedzanie okolicy i zaznajamianie się z zasadami panującymi na uczelni. Podobnie było z Robertem, który przychodził właściwie dopiero na noc. Dlatego obaj w wynajmowanym mieszkaniu nie spędzali zbyt wiele czasu, w przeciwieństwie do Szymona, który mając mniej zajęć na uczelni, a sporo pisania, niemal bez przerwy siedział w swoim pokoju i stukał w klawisze komputera. W przerwach, kiedy tego nie robił, zamykał się u siebie ze swoją dziewczyną Zosią i puszczał muzykę. Zosia była jego dziewczyną dopiero od wakacji, więc Szymon wykorzystywał każdą wolną chwilę, by pobyć z nią sam na sam.

Robert i Aleks dość późno zorientowali się, że pod ich nieobecność pani Kukiełka gruntownie lustruje ich pokoje. Sprawa zresztą być może nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby pewnej nocy Szymona i Aleksa nie obudził wrzask Roberta. Poderwali się na równe nogi i każdy tak jak stał, a raczej tak jak wstał, wybiegł ze swojego pokoju.

- Kto ruszał moją kamerę?! - Robert aż spurpurowiał z gniewu. Stał na środku swojego pokoju i wymachiwał rękoma, w których trzymał osobno niewielką amatorską kamerę, a osobno obiektyw.

- Ciszej - syknął Szymon i spojrzał na zegar, który wskazywał pierwszą w nocy. - Pobudzisz sąsiadów, oni zadzwonią do Kukiełki i będzie awantura.

- Awantura i tak będzie - powiedział Robert, nie obniżając tonu. Zaraz wezwę policję i wyjaśnię sprawę. Kto z was to brał?

- Ja nie - odparł Aleks i ziewnął. - Wróciłem po weekendzie z Warszawy i od razu padłem. - Szymon potwierdził.

- Prawda - przyznał Szymon i dodał: - Ja też nie wchodziłem tu, bo była u mnie Zosia i... - Chłopak urwał nagle speszony.

- Ale ktoś musiał wchodzić. - Wściekły Robert ani na chwilę nie obniżył głosu. - Musiał ktoś tu być i dotykać kamerę, a przede wszystkim upuścić ją, bo ma uszkodzony obiektyw. Samo się to nie zrobiło.

- Pani Kukiełka tu była - powiedział Szymon.

- W moim pokoju???

- Chodziła po całym mieszkaniu, sprawdzała czystość wanny, grzebała w lodówce... - Szymon powoli i beznamiętnie wymieniał czynności, które pod nieobecność pozostałych lokatorów wykonywała właścicielka mieszkania.

- U mnie też była? - spytał Aleks i po chwili tego pożałował, okazało się bowiem, że nie tylko była, ale jeszcze w rozmowie z Szymonem skomentowała to, co zastała u Aleksa.

- Ględziła, że brudnych skarpetek nie trzyma się na podłodze, tylko chowa w miejscu do tego przeznaczonym. - Szymon przedrzeźniał panią Basię Kukiełkę tak udanie, że Aleks mimo woli jednak parsknął śmiechem, bo właścicielka mieszkania stanęła mu przed oczami jak żywa.

Tylko Robertowi wcale nie było do śmiechu. Wyjął z kieszeni telefon i nie patrząc na to, która godzina, zaczął wybierać numer do właścicielki mieszkania.

- Lepiej nie dzwoń o tej porze - powiedział Szymon, ale Robert machnął ręką z uszkodzonym obiektywem, jakby odganiał natrętna muchę. Pani Basia jednak nie odebrała. Chyba na własne szczęście, bo do rana Robert zdołał ochłonąć i przygotował strategię rozmowy.

- Zażądam zwrotu za naprawę albo odmieszkam swoje - powiedział, gdy o siódmej spotkali się we trzech w kuchni.

- Powodzenia - mruknął Szymon i nalawszy kawę do kubka termicznego, wyszedł z domu. Aleks wyszedł tuż za nim.

- Robert nie wie, w co się pakuje - westchnął Szymon, gdy rozstawali się na przystanku.

* * *

- Powtarzam: albo zapłaci pani za naprawę, albo potrącę sobie z czynszu najmu - usłyszał Aleks wzburzony głos Roberta, gdy tylko wszedł do mieszkania. Oboje z właścicielką siedzieli przy stole w kuchni i rozmawiali podniesionymi głosami. - Pani nie robi mi łaski, że pani mi wynajmuje, bo ja za ten wynajem płacę! A grzebanie w moich rzeczach jest po prostu niedopuszczalne!

- Ale tam były moje kwiaty, ja przyszłam sprawdzić, czy są podlane... - próbowała się bronić pani Kukiełka, jednak Robert nie dawał sobie w kaszę dmuchać.

- W podpisanej umowie najmu nie ma słowa o tym, że mam obowiązek opiekować się pani kwiatami. Robię to z własnej woli. Jeśli uważa pani, że kwiatki są źle podlewane, proszę je sobie zabrać. W umowie jest tylko o tym, że mam nie zniszczyć mebli. Nie ma też w niej słowa, że będzie pani robiła inspekcję i grzebała w moich rzeczach...

- Ja nie grzebałam... - Właścicielka mieszkania skuliła się w sobie, a wtedy Robert mocniej na nią natarł.

- Kamera sama spadła na podłogę? Tak sama z siebie?

- Może spadła. - Barbara Kukiełka nagle odzyskała pewność siebie. - Jaki pan ma dowód na to, że jej dotykałam?

- To w takim razie ja zawiadomię policję, że było włamanie, bo skoro pani nie dotykała kamery, to niech zbadają, kto jej dotykał. Myślę, że odciski palców...

- Odciski palców? - Barbara Kukiełka aż podskoczyła na krześle. - Oczywiście, że są na niej moje odciski palców, bo sam pan mi ją przed chwilą dał do obejrzenia. Wydało się! Sam pan kamerę zepsuł i próbuje zwalić na mnie. Jak pan udowodni, że ona wcześniej nie była uszkodzona?

- Po co miałbym brać ze sobą uszkodzoną kamerę? - spytał wściekły Robert i walnął pięścią w stół. - Dotykała pani mojej kamery czy nie?

- Oczywiście, że dotykałam. Sam pan mi ją dał do ręki! I niech pan tak nie wrzeszczy! Sąsiedzi i bez tego się na pana skarżą!

- Na mnie? Ciekawe o co? Że nie podlewam pani kwiatków?

- Że gości pan przyjmuje i jest głośno!

- Gości? Jakich gości? Przecież całe dnie nie ma mnie w domu! Teraz wyjątkowo przyszedłem, ale tylko po to, by z panią porozmawiać. Widzę, że się nie porozumiemy. Chyba będę musiał znaleźć sobie nowe lokum.

- Proszę bardzo - powiedziała pani Kukiełka z wyrazem triumfu na twarzy. - Umowa najmu została podpisana na czas określony do końca września przyszłego roku.

- Każdą umowę można rozwiązać - stwierdził Robert już mniej pewnym tonem.

- Owszem, ale tu obowiązuje pana trzymiesięczne wypowiedzenie - odparowała pani Barbara i podniosła się z krzesła z zamiarem wyjścia z mieszkania.

- W takim razie uprzedzam panią, że w drzwi swojego pokoju wmontuję zamek, by pod moją nieobecność nie mogła pani w nim myszkować. A kwiatki proszę z niego natychmiast zabrać.

- Kwiatki mogę zabrać, a pan będzie płacił za zniszczenie drzwi.

- To kwota i tak mniejsza niż zniszczenie kamery.

- Gdyby trzymał ją pan w odpowiednim pokrowcu, pewnie nic by się nie stało. Sam jest pan sobie winien - odparła właścicielka mieszkania i ruszyła w kierunku drzwi wejściowych. Spostrzegłszy jednak, że wrócił Aleks, weszła do jego pokoju.

- Bardzo pana proszę, by sprzątał pan swoje rzeczy i nie rozrzucał ich po podłodze - powiedziała.

Aleks spojrzał na nią rozbawiony i pokiwał głową na znak, że się zgadza. Chciał, by właścicielka wyszła z domu jak najszybciej. Ta jednak jeszcze zajrzała do łazienki i do pokoju Szymona, który siedział przy stoliku i na dźwięk otwieranych drzwi, nie podnosząc głowy znad komputera, przekonany, że to któryś z chłopaków, rzucił:

- Nie przeszkadzać!

Dopiero gdy odpowiedziała mu cisza, podniósł głowę, a ujrzawszy właścicielkę mieszkania, dodał:

- Pamiętam! W piątek odkurzyć.

- To jest jakiś terror - stwierdził wieczorem Robert, ale nikt tego nie skomentował.

Aleksowi nie chciało się rozmawiać na temat pani Basi, a Szymon, który w jej mieszkaniu wynajmował pokój już trzeci rok, po prostu się przyzwyczaił. Dlatego Robert z kubkiem kawy poszedł do siebie i tylko przez dłuższy czas z jego pokoju dochodziły odgłosy rozmowy, którą podniesionym głosem z kimś prowadził. Ale z kim? Ani Aleksa, ani Szymona tak naprawdę to nie interesowało.

* * *

Zajęcia z historii literatury były ciekawe, jednak Aleks zupełnie nie mógł się skupić na tym, co mówił wykładowca. Rozmyślał o Aśce. W najbliższy weekend wybierał się do domu. Umówili się całą paczką na imprezę w piwiarni. Mieli być Marcin, Maciek, Ewa, oba Michały, Kamila, Kinga... Czy Aśka będzie? Teoretycznie mógłby zadzwonić do niej i spytać. Albo wysłać maila. Albo esemesa. W końcu, gdyby wszystko poszło dobrze, to spotkaliby się na jednym roku, na jednej uczelni, a tak... miał słabsze świadectwo i wtedy, gdy ona spokojnie studiowała anglistykę w Warszawie, on wylądował tu. I teraz zastanawiał się, czy dzwonić do niej, czy nie? Było mu trochę głupio. Z rozmyślania wyrwał go dźwięk własnego telefonu, który zadzwonił w środku wykładu.

- Proszę albo wyłączyć, albo wyjść i odebrać - zarządził profesor i spojrzał karcącym wzrokiem na Aleksa, który z telefonem przy uchu przeciskał się w kierunku drzwi prowadzących z sali na korytarz.

- Słucham?

- Panie Aleksandrze... - Głos pani Basi nie brzmiał zbyt miło. - Jest prośba, by nie chodził pan po mieszkaniu bez ubrania, bo sąsiedzi się gorszą.

- Słucham? Czego mam nie robić?

- Nie paradować bez majtek, rozumie pan? - powiedziała pani Kukiełka, podnosząc głos. Aleksa zatkało.

- Rozumie pan?

- Nie bardzo...

- A co tu jest trudnego do zrozumienia? - Właścicielka mieszkania wyraźnie się zezłościła. - Jak nie chce pan chodzić ubrany, to proszę zasłaniać okna albo rozwiążemy umowę. Nie chcę kłopotów z sąsiadami.

Aleks westchnął ciężko i obiecał, że więcej nie będzie paradował goły, choć wydawało mu się, że jakoś musi się przebierać. Nie będzie pod ręcznikiem wciągał na tyłek majtek, kiedy jest sam w pokoju. Przez myśl przeszło mu też, że sąsiedzi są nie mniej szurnięci od pani Basi, skoro zaglądają mu w okna. Jednak to nie był koniec rozmowy. Druga prośba właścicielki mieszkania po prostu zwaliła go z nóg.

- Proszę jeszcze, by porozmawiał pan z panem Szymonem, żeby ciszej uprawiał seks ze swoją dziewczyną. Sąsiedzi się skarżą. Ci z piętra niżej, że im nad głową łupie łóżkiem, a ci zza ściany, że ona hałasuje. Chcieli nawet kartkę na drzwiach przyczepić. Bo podobno ta Zosia to...

Aleks wyłączył słuch. Jedyne, na co się zdobył, to powiedzenie pani Basi, że on nic takiego nie słyszy i żeby sama na ten temat rozmawiała z Szymonem. Był natomiast pewien dwóch rzeczy. W październiku przyszłego roku już go w tym mieszkaniu nie będzie. No i wyjaśniło się wreszcie, czemu co roku zmieniają się tu wynajmujący. Ale dlaczego Szymon tu tkwi? Tego Aleks nie mógł zrozumieć. Zwłaszcza że kilka dni temu pani Basia zażądała od niego dodatkowej opłaty za... śmieci. Twierdząc, że gdy raz na jakiś czas odwiedzi go Zosia, to tak jakby na stałe mieszkały tu i śmieciły cztery, a nie trzy osoby.

KARTECZKA

- Panie Marcinie, gdyby mógł pan przyjść na rozmowę w sprawie Mateusza... - usłyszał w słuchawce głos dyrektorki swojej dawnej podstawówki.

Dyrektor Zdzieszyńska, gdy widzieli się jeszcze przed maturą w "słynnej sprawie z wielorybem", czyli wypadkiem, kiedy Mateusz wbił w głowę kolegi długopis, mówiła do Marcina per ty, a teraz... traktowała tak, jakby przez ten rok minęło co najmniej dziesięć lat. "Niektórzy naprawdę wierzą, że matura czyni dorosłym" - pomyślał Marcin.

Gdyby kilka tygodni temu przewidział, że z pozoru niewinne rozmowy z Maćkiem dotyczące dzieciństwa będą miały takie skutki, być może kazałby przyjacielowi zmienić temat. Kto jednak mógł przypuszczać, że Mateusz, który w ten piątkowy wieczór za ścianą układał z Magdą puzzle, nagle przyjdzie, stanie niepostrzeżenie w drzwiach i będzie podsłuchiwać?

Z drugiej strony, gdy teraz wracał do domu z rozmowy z dyrektor Zdzieszyńską, właściwie triumfował. Wyszło na to, że może i Mateusz zachował się głupio, ale... ten, który mu dokuczał, przestał to robić. I to jak ręką odjął!

Dyrektorka długo słuchała tłumaczenia starszego brata. Nawet był moment, kiedy znów zaczęła do niego mówić per ty, ale po chwili zasypana rzeczowymi argumentami spojrzała z uznaniem. Zwłaszcza że Marcin zakończył wywód słowami:

- Chłopcy załatwili konflikt między sobą. Przecież nikt by się nie dowiedział o całej sprawie, gdyby nagle wszyscy nie zaczęli się bawić karteczkami.

To niezaprzeczalny fakt.

* * *

Siedzieli we dwóch w pokoju Marcina i wspominali swoje najfajniejsze wakacje. Marcin oczywiście opowiadał o tych, kiedy jeszcze nie było na świecie Mateusza i Magdy, a tylko oni dwaj z Markiem. Pojechali wtedy z rodzicami nad morze. Chyba to zaciekawiło Mateusza, który stanął w drzwiach. Chciał zapytać o coś starszego brata, ale opowieść o mamie, której prawie nie pamiętał, wybiła go z rytmu. Cofnął się i tak ukryty w przedpokoju stał i słuchał. Nie ruszył się nawet wtedy, gdy o swoich wakacjach zaczął opowiadać Maciek. Kumpel najstarszego brata najmilej wspominał obozy zuchowe, chociaż... wiązała się z nimi pewna skaza.

- Na jednym był taki druh, który się nad nami pastwił - wyjaśnił. - Miał ksywkę "Chlebek". I wiesz... jakoś jesienią przypomniały mi się jego zagrywki, i strasznie się popłakałem. Mama była bardzo zajęta jakimś przesuwaniem mebli, a ja ni stąd, ni zowąd ryczę. No to mama pyta, co się stało. A ja jej na to, że już nigdy nie chcę jechać na obóz z druhem "Chlebkiem".

- A do wakacji kupa czasu - wtrącił Marcin.

- No właśnie! I mama jak to usłyszała, to dokładnie to powiedziała! Ale jak! Żebyś ty ją słyszał! Strasznie się wściekła i taka zła zaczęła krzyczeć: "Do wakacji kupa czasu, ja tu siłuję się z kanapą, a ty mi o jakimś zasranym druhu Chlebku-samojebku!". Zaraz ugryzła się w język, ale słowo padło... Ja parsknąłem śmiechem, a potem wszystkich w szkole poinformowałem, że druh "Chlebek" to samojebek. Była afera! Koledzy strasznie chcieli tego druha poinformować, kim naprawdę jest dla nas. No i mamę wzywano, że uczę kolegów brzydkich wyrazów.

- Twoja mama to ma pomysły - stwierdził rozbawiony Marcin.

Nie zauważył, że najmłodszy brat cały czas stoi za drzwiami i również z trudem powstrzymuje śmiech. Tymczasem Maciek opowiadał dalej.

- To jeszcze nic. Kiedyś na wakacjach w jakimś domu wczasowym dokuczał mi strasznie taki Mikołaj. Miałem cztery czy pięć lat i nie umiałem wymawiać niektórych słów. Przestawiałem po prostu sylaby albo litery. Na przykład: "wchila" zamiast "chwila". Ten Mikołaj był ze dwa lata starszy i wołał na mnie "pierdoła". Rozpaczałem! Wyobrażasz sobie? Kilka razy dziennie nazywał mnie pierdołą! I to przy innych dzieciach! Okropne. Mama dowiedziała się o wszystkim i nauczyła mnie piosenki, którą poleciła zaśpiewać, gdy Mikołaj będzie mi dokuczał. Piosenka była strasznie głupia.

W tym momencie Maciek zaśpiewał:

Miała baba Mikołajka

i ciągnęła go za jajka.

Raz za jedno, raz za drugie,

a najczęściej za to długie.

- No i co? - spytał Marcin ubawiony opowieścią.

- Minęło jak ręką odjął - odpowiedział Maciek. - Wystarczyło, że tylko raz zaśpiewałem. Ale wiesz... usłyszał to jakiś facet w tym domu wczasowym i popłakał się ze śmiechu. Potem zagadnął mamę przy obiedzie, ale jakoś tak głośno, że sprawa doszła do rodziców tego Mikołaja. I tym razem to oni zrobili mojej mamie awanturę.

- Dorośli to mają pomysły - stwierdził Marcin.

- Chciałem zauważyć, że my też już jesteśmy dorośli.

- Ale my nie dajemy dzieciom takich rad.

- Ty może nie dajesz, ale ja ostatnio synowi kuzynki udzieliłem rady, jak zniszczyć przeciwnika. Ma w klasie jakiegoś kolegę, który mu dokucza.

- No i?

- I teraz ciekawi mnie, co będzie, jak z niej skorzysta. Czy nie będzie przypadkiem afery. Wiesz, że ludzie są teraz strasznie przeczuleni. Często robią z igły widły. Podejrzewam, że dziś, gdyby jakiś dzieciak zaśpiewał jakiemuś Mikołajowi piosenkę mojej mamy, to miałby obniżone sprawowanie. Być może wzywany byłby do pedagoga, a nawet wysyłany na badania psychologiczne.

- A co to za rada?

- Taka stara. - Maciek chciał nadać swojemu głosowi obojętny ton, ale wyraźnie trochę go to bawiło. - Z karteczką.

- Z karteczką? Z jaką karteczką? - zainteresował się Marcin.

- No nie znasz numeru z karteczką? Jak pokonać wroga małą karteczką z jednym zdaniem?

- Nie znam - przyznał Marcin, a Maciek nieświadom, że za drzwiami stoi Mateusz i nadstawia ucha, rozpoczął opowieść.

Była to historia, która zdaniem Mateusza mogła odmienić jego szkolne życie.

* * *

Od początku września Mateusz często przychodził do domu nieswój. Marcin próbował dochodzić, w czym problem, ale młodszy brat jakby się zaciął. Nie chciał nic powiedzieć, zapewniając, że wszystko jest w porządku i absolutnie nic się nie dzieje.

Dopiero Magda, która po raz pierwszy poszła do szkoły, zdradziła sekret Mateusza. Otóż w jego klasie jest nowy chłopak, który mu dokucza. Ma na imię Filip i jest starszy, bo powtarza rok. A co za tym idzie - jest większy. Na dodatek nie o głowę, a dwie głowy, no i rzecz jasna jest silniejszy.

- A czemu Mateusz nic o tym nie mówi? - spytał zdziwiony Marcin.

- Bo Piotrek Koperski mu mówił, że ten Filip tak się zachowuje, bo jest drugoroczny. Według Kopra wszyscy drugoroczni są idiotami, bo gdyby nie byli, toby zdawali z klasy do klasy. No i Mateusz się zdenerwował. Powiedział mu, że nie wszyscy, bo ty też byłeś drugoroczny, a teraz jesteś na studiach. A jak jesteś na studiach, to nie jesteś idiotą - zakończyła wywód Magda i spojrzała na najstarszego brata.

Marcin tylko westchnął, po czym zmierzwiwszy jej czuprynę, poszedł do Mateusza.

- W szkole w porządku? - spytał.

- W porządku - burknął Mateusz, wypakowując książki i zeszyty na biurko.

- Na pewno? - spytał Marcin.

- Na pewno - odburknął Mateusz i dodał: - Dużo zadają.

- Hm - mruknął Marcin i wyszedł. Najmłodszy brat nie chciał nic powiedzieć sam z siebie.

"Jaki będzie ze mnie pedagog, skoro nie umiem sprawić, by rodzony brat zwierzył mi się ze swoich kłopotów" - pomyślał smętnie Marcin, który od kilku tygodni studiował na pierwszym roku pedagogiki. Po czym usiadł do swoich książek.

Następnego dnia Marcin poszedł rano do szkoły młodszego brata. Podstawówka, którą sam skończył, przywoływała wspomnienia. Chciał spytać wychowawczynię o tego drugorocznego. Była to już inna wychowawczyni. Poprzednia, która odpowiadała za nauczanie początkowe, rozstała się już ze swoimi podopiecznymi. Obecna - polonistka Magdalena Burek była osobą młodą i uczyła w szkole od niedawna. Usłyszał od niej jednak, że nikt Mateuszowi nie dokucza.

- Jest pani pewna? - spytał z nieskrywanym niedowierzaniem.

- Tak - odparła nauczycielka, ale uciekła wzrokiem gdzieś w bok i Marcin pomyślał, że chyba jednak nie mówi prawdy.

"Pewnie głupio jej powiedzieć, że nic nie zauważyła. A może to jeszcze za wcześnie? W sumie dopiero miesiąc chodzą do szkoły" - pomyślał, a głośno dodał: - Ale jakby coś pani zauważyła, to proszę interweniować.

- Oczywiście - obiecała polonistka. Marcin już chciał się z nią pożegnać, gdy nauczycielka nagle powiedziała: - Ja też mam do... - zawahała się.

Marcin czuł, że nie wie, czy powiedzieć do niego per ty, czy per pan. By pomóc jej podjąć decyzję, podrapał się po swoim dwudniowym zaroście. Poskutkowało. Wybrała formę per pan i... wyłuszczyła prośbę. Chodziło o to, by pomógł bratu z interpunkcją.

- On kompletnie nie wie, do czego służy przecinek - wyjaśniła na pożegnanie.

Dlatego wieczorem Marcin siadł z Mateuszem do lekcji. Z przecinkami uporał się szybko. Zadał najpierw jedno pytanie:

- Mateusz, czy ty wiesz, gdzie się stawia przecinki?

- Hm... - mruknął młodszy brat i strzelił oczami na boki. Najwyraźniej nie miał pojęcia. Klepnął go więc po przyjacielsku w ramię.

- Nie martw się. Ja też nie wiem, a maturę zdałem.

- Jak to? - Mateusz z niedowierzaniem podniósł oczy na brata, jakby chciał sprawdzić, czy ten nie żartuje.

Ale Marcin był poważny.

- Zapamiętałem, że przecinek musi być przed "że", "bo", "gdy", "kiedy", "to", "co", "ale", "a", chociaż nie wtedy, gdy się coś z czymś porównuje, no i wtedy, kiedy wymieniamy w tekście kilka rzeczy. A poza tym stawiam je intuicyjnie. Jak słyszę, że zdanie składa się z dwóch, to dzielę je przecinkiem. Kapujesz?

- Hm... - odparł Mateusz.

I choć Marcin nie wiedział, czy to oznacza, że zrozumiał, czy wręcz przeciwnie, to na tym skończył się jego wkład w nauczanie młodszego brata zasad interpunkcji.

* * *

Gdy teraz Maciek opowiadał mu historię o karteczce, Marcin przypomniał sobie przejścia Mateusza z drugorocznym, ale potem skupił się na opowieści.

- Pytasz swojego wroga, z kim się wczoraj całował... - zaczął Maciek.

- A on mi mówi, że to nie moja sprawa - stwierdził Marcin, przerywając kumplowi w pół zdania.

- No może i tak mówi, ale chodzi o to, że ty masz sprowokować go, by powiedział, że "z nikim".

- Z nikim?

- No tak. Jak on ci mówi, że to nie twoja sprawa, to ty mu natychmiast mówisz na przykład, że słyszałeś, że robił to z najbrzydszą dziewczyną w klasie. Albo jakąś starą woźną czy szatniarką. Musisz jednak dążyć do tego, by on powiedział, że z nikim. I kiedy już to wreszcie z niego wydusisz, wówczas z triumfem na twarzy wyciągasz z kieszeni wcześniej przygotowaną karteczkę, na której jest napisane...

* * *

- Czy coś się stało? - spytał zaniepokojony Marcin, gdy dawna dyrektorka z podstawówki zadzwoniła z prośbą o spotkanie.

Właśnie szykował się do swojego pierwszego kolokwium. Miało być następnego dnia i to z przedmiotu, który nazywał się "techniki uczenia się". Nie chciał wypaść gorzej niż inni. Zwłaszcza że na roku większość stanowiły dziewczyny. Warto byłoby okazać się na ich tle dobrym studentem, a nie takim ogonem, na którego zwracają uwagę tylko dlatego, że jest rodzynkiem w cieście, a właściwie w spodniach.

- Nic bardzo poważnego, ale wolałabym porozmawiać z panem niż z pańskim ojcem - odpowiedziała dyrektor Zdzieszyńska.

Marcin zdecydował, że wizytę w szkole brata złoży natychmiast.

Gdy po kwadransie usiadł w gabinecie na wprost dyrektorskiego biurka, usłyszał, że Mateusz używa brzydkich wyrazów, a przecież nie ma jeszcze jedenastu lat. Wciągnął chłopców w klasie w głupią zabawę z karteczkami, a poza tym ma zainteresowania... - Tu dyrektorka próbowała znaleźć odpowiednie słowo, ale najwyraźniej nie znalazła.

Dlatego zaproponowała "panu Marcinowi" kawę, a gdy podziękował, w milczeniu położyła przed nim na biurku jakiś papier. Marcin zerknął i aż podskoczył na krześle. Na małej, żółtej, samoprzylepnej karteczce widniało napisane charakterem pisma młodszego brata zdanie: "Jakby co, to mój fiut ma na imię Niki".

"Ale przecinek postawił tam, gdzie trzeba" - zauważył z triumfem Marcin i ku zdumieniu dyrektorki ryknął niepohamowanym śmiechem.

PRETEKST

- Bardzo żałuję, że nie studiujemy razem - słowa Aśki brzmiały Aleksowi w uszach jak najpiękniejsza melodia.

Wspominał je w czasie jazdy pociągiem i chyba dzięki temu powrót do Łodzi nie wydawał mu się koszmarem. A i pani Basia Kukiełka już nie takim potworem jak jeszcze kilka dni temu, kiedy po raz kolejny zwróciła mu uwagę, że za często nastawia pranie, bo... zużywa jej pralkę.

* * *

Tego roku pierwszy dzień listopada wypadał w czwartek, dlatego wiele uczelni, by przedłużyć weekend, wprowadziło w piątek dzień rektorski. Dla Aleksa oznaczało to przyjazd do Warszawy już w środę i to dość wcześnie, bo tego dnia kończył zajęcia przed południem.

Gdy wsiadał do pociągu, pomyślał, że Opatrzność nad nim czuwa. Miał bilet i to z miejscówką, który kupił kilka dni wcześniej. Wszystko dlatego, że w ten długi weekend, w piątek wieczorem całą paczką umówili się w pubie Lolek na Polu Mokotowskim, a on najzwyczajniej w świecie nie mógł się doczekać.

Na dworcu Łódź Fabryczna tłum, który nacierał, by dostać się do pociągu, był tak koszmarny, że gdyby nie miał biletu z miejscówką, pewnie nie dałby rady wsiąść. A przynajmniej nie do pociągu jadącego do Warszawy wczesnym popołudniem. Chciał jak najszybciej być na miejscu. Umówił się z Maćkiem na wędrówkę po cmentarzach jeszcze dziś. Obaj nie lubili chodzenia na groby pierwszego listopada, bo tłumy na warszawskich nekropoliach były tak straszne, że ludzie bez przerwy potykali się o siebie.

- Czy na pewno Aśka będzie pojutrze w pubie? - spytał Maćka, a ten spojrzał na niego zdumiony.

Siedzieli w Maćkowym pokoju na podłodze i gadali, popijając gorącą herbatę z sokiem malinowym. Spacer po cmentarzach nie tylko ich zmęczył. Przede wszystkim obaj byli przemarznięci. Niby pogoda była wyjątkowo ładna, ale temperatura wyjątkowo niska. Dlatego pili herbatę i wdychali zapach racuchów, które smażyła mama Maćka. No i siedząc na podłodze, bawili się wypuszczonym z klatki Gogusiem, który szybował po mieszkaniu, by raz po raz siadać na ich głowach i skubać im włosy. Do Maćka dopiero teraz zaczynał docierać, że Aśka, którą obaj znali tyle lat, to dla Aleksa zarówno problem, jak i poważna sprawa. Choć w czasie wędrówki po grobach nawet nie zająknął się na jej temat. Opowiadał Maćkowi o Łodzi, studiach, stancji i kłopotach z właścicielką mieszkania. Teraz nagle zaczął o Aśce.

- Wie, że jutro wszyscy się spotykamy - powiedział Maciek, przyglądając się uważnie kumplowi i starając się nadać swojemu głosowi uspokajający ton.

- Ale czy przyjdzie? - W głosie Aleksa brzmiał niepokój. Chciał go ukryć, ale... nie umiał. Wszystko dlatego, że obawiał się najgorszego. Aśka może kogoś poznać. A może już kogoś ma? Myślał o tym przez ostatnie tygodnie. Czy Maciek coś wie? Spytać go? Ale jak?

- Czy ona ma... Czy ona tam... - zaczął, jąkając się.

Maciek spojrzał na kumpla i po raz kolejny nie mógł uwierzyć w to, co widzi i słyszy. Ten wyszczekany Aleks. Ten zawsze głośny i roześmiany kumpel! A tu nagle zachowywał się tak, jakby tracił grunt pod nogami. Niesamowite.

- Słuchaj, masz świetny i naturalny pretekst, by do niej zadzwonić i sam o wszystko spytać. - Maciek brutalnie przerwał to dziwne dla Aleksa jąkanie. - Studiujecie to samo na dwóch różnych uczelniach w dwóch różnych miastach. Ja na twoim miejscu dzwoniłbym do niej bez przerwy i dopytywał. Jak jest u niej na uczelni? Co im zadają? Opowiadał, jak jest u mnie na uczelni, no i tak dalej. Poza tym... po pierwszym roku sporo studentów odpada. Będziesz mógł przenieść się do Warszawy. Jeżeli przez ten rok uda ci się...

Aleksa zatkało i dalej Maćka nie słuchał. O tym, że ma naturalny pretekst, by kontaktować się z Aśką, w ogóle nie pomyślał. "Chyba naprawdę miłość odbiera rozum". Miłość. Teraz był pewien, że to jest to. W końcu tam w Łodzi myślał o Aśce bez przerwy. Przypominał sobie, jak w Świnoujściu na plaży szydełkowała kwiatki. Do tej pory nie wiedział po co. Na dodatek ciągle pluł sobie w brodę, że w liceum nie uczył się na tyle dobrze, by teraz móc studiować razem z nią.

- Zadzwonić... - powiedział ni to do siebie, ni to do Maćka i wyciągnął z kieszeni telefon.

Aśka odebrała natychmiast.

- Fajnie, że się odezwałeś - dobiegł go w słuchawce jej głos. - Jesteś już w Warszawie? - spytała, a usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, choć składającą się tylko ze zdawkowego "aha", ciągnęła: - Pewnie jak się spotkamy całą paczką, to nie będzie tyle czasu, by pogadać o tym, jak tam u ciebie na uczelni, a ja mam trochę pytań. Może byśmy się spotkali wcześniej?

- Kiedy?

- No nawet dziś, jeśli dla ciebie to nie za późno...

Gdy po chwili żegnał się z Maćkiem, jego mama wnosiła właśnie do pokoju racuchy.

- Nie zostaniesz? - zdziwiła się.

Aleks wymówił się w pośpiechu i wybiegł, nie biorąc do ust nawet jednego racucha. Po kilku sekundach słychać było na schodach już tylko jego kroki kończące się na każdym półpiętrze solidnym tupnięciem zdradzającym, że tak naprawdę biegł, przeskakując po kilka stopni.

Mama Maćka spojrzała pytająco na syna, ale on nic nie powiedział, tylko machnął ręką, by przegonić Gogusia, który właśnie miał zamiar wylądować na talerzu z racuchami.

Chwilę później Maciek pałaszował je sam, myśląc, że właściwie to zazdrości Aleksowi. Ma szanse u Aśki. Teraz będzie przed nim wszystko, co najpiękniejsze. Wszystko to, co jest już poza nim, bo Małgosia cały czas nie dała znaku życia. A on nie tylko traci nadzieję, ale nie jest w stanie otworzyć się na nikogo nowego.

* * *

- Dzień dobry! - zawołał w głąb mieszkania.

- Rodzice poszli do teatru - powiedziała Aśka i zamykając za Aleksem drzwi wejściowe, spytała: - Jesteś głodny?

- Nie... to znaczy, tak... to znaczy... nie bardzo...

- To tak czy nie?

Aleks kiwnął głową. Aśka popatrzyła na niego rozbawiona, ale po chwili zarumieniła się pod spojrzeniem chłopaka. Patrzył na nią jakoś tak... Aśka znała to spojrzenie. Podchwyciła je już kilka razy. Czy to możliwe, że to, co mówiła Ewka, jest prawdą? Że ona mu się podoba? Miała wrażenie, że Aleksa zupełnie nie interesują dziewczyny, ale to spojrzenie nie dawało jej spokoju. Dziwne jakieś. Choć z drugiej strony, gdyby się nią interesował, toby choć raz zadzwonił do niej z Łodzi, a tak...

Nie wiedziała, że dla Aleksa to wszystko nie było takie proste. Jako ten, który we wszystkim musiał być pierwszy, któremu wszystko się udawało, niczego tak bardzo się nie bał, jak porażki. Tymczasem taką porażką był dla niego sam fakt, że nie dostał się na studia w Warszawie i musiał mieszkać w mieście, które mu się wydawało po prostu zapyziałe. Choć zdawał sobie sprawę, że na odbiór Łodzi wpływ miała przede wszystkim osoba pani Barbary Kukiełki. Gdyby do tego doszło odrzucenie przez Aśkę... nie chciał nawet o tym myśleć.

Ale ona tego po prostu nie wiedziała. Nie miała też pojęcia, że tego dnia Aleksowi na jej widok odebrało mowę. Wszystkiemu zaś winna była żółta, szydełkowa sukienka, która wreszcie wyjaśniała tajemnicę szydełkowych kwiatków. Tych kwiatków, które wtedy, gdy całą paczką byli w Świnoujściu, Aśka zrobiła niemal worek, ale nikomu, nawet dziewczynom, nie chciała zdradzić, do czego one są.

"Tajemnica" - mówiła, dobierając kolory do kolejnego kwiatka i sprawdzając, by nie było dwóch takich samych. Teraz wszystkie te kwiatki zdobiły sukienkę. Otaczały wycięty dekolt, a także kloszowany dół. Dziewczyna wyglądała po prostu jak letnia łąka. A fakt, że ubrała się tak w zimny, jesienny dzień, sprawiał, że wydawała się Aleksowi jeszcze ładniejsza niż zazwyczaj.

- Rozgość się. - Aśka otworzyła przed nim drzwi do swojego pokoju, a sama poszła do kuchni.

Rozejrzał się po wnętrzu. Do matury z angielskiego uczyli się tu często całą paczką. Pokój wyglądał tak jak wtedy. Zmienił się tylko plan lekcji.

"Trochę inne zajęcia" - pomyślał Aleks, wpatrując się w plan i dochodząc do wniosku, że rzeczywiście mógł zadzwonić do Aśki już na początku października.

Gdy po chwili wróciła z talerzem kanapek z serem, szynką, pomidorem i rzodkiewkami, zagadnął o ten plan zajęć.

- No właśnie chciałam porównać - powiedziała, stawiając talerz na biurku koło komputera i przysuwając drugie krzesło.

Aleks wbił zęby w kanapkę. Dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo zgłodniał.

Przez chwilę milczeli. W pokoju słychać było tylko odgłosy chrupania rzodkiewek. Pierwszy odezwał się Aleks:

- Ty w ogóle nie masz czegoś takiego, co się nazywa wstęp do nauki języka angielskiego.

- A co to za zajęcia? - spytała Aśka.

- Zastanawiam się, czy to nie jest to coś, co u ciebie nazywa się... - Aleks przez chwilę gryzł kanapkę, starając się zjeść ją jak najszybciej.

- Spokojnie! Nie spiesz się! Widzę, że jesteś strasznie głodny. Kiedy ostatnio jadłeś?

- Rano. Jakoś koło siódmej...

Aśka spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta.

- To co do tej pory robiłeś? O której przyjechałeś do Warszawy?

- Wcześnie, ale najpierw zawiozłem rzeczy do domu, potem byliśmy z Maćkiem na grobach, a to trwało, potem poszliśmy do niego...

- Maciek nie dał ci nic do zjedzenia?

- Jego mama zrobiła racuchy, ale nie zdążyłem zjeść.

- Jak to nie zdążyłeś?

- No... zadzwoniłem do ciebie i...

Zapadła krępująca cisza. Aleks myślał, że teraz to Aśka już wie, że mu zależy, a ona po raz kolejny zastanawiała się, czy to w ogóle możliwe, by Aleks się nią interesował. Jednak żadne nie poruszyło tego tematu.

Gdy zjedli, Aśka pokazała Aleksowi swoje książki, spis lektur i opowiedziała, co omawiają na zajęciach z literatury. Okazało się, że w sumie na obu uczelniach uczono dość podobnych rzeczy, ale zajęcia prowadzono inaczej. Rozmowa na ten temat zajęła im dobrą godzinę i pewnie ciągnęłaby się jeszcze długo, gdyby rodzice dziewczyny nie wrócili do domu.

Na ich widok Aleks zerwał się z krzesła:

- O matko! Która godzina? Dwudziesta druga?!

Czas spędzony razem zleciał błyskawicznie. Aleks z ociąganiem zaczął iść w kierunku drzwi. Aśka go nie zatrzymywała, choć dałaby wiele, by jeszcze został. Lubiła Aleksa. Miała też wrażenie, że jeszcze nie wszystko sobie powiedzieli. Na uczelni czuła się samotna. Właściwie z nikim jeszcze się nie zaprzyjaźniła.

- Bardzo żałuję, że nie studiujemy razem - westchnęła.

Te słowa zabrzmiały dla Aleksa jak miłosne wyznanie, choć przecież nim nie były. Ale dawały mu ogromną nadzieję. Rozejrzał się po pokoju. Nagle wzrok jego przykuło zdjęcie w ramce. Zrobione na świnoujskiej plaży przedstawiało niemal całą ich paczkę i Spytka. Brakowało Maćka. Aleks dobrze pamiętał moment, kiedy to zostało uchwycone. Zrobiła je Marta i to tuż po tym, jak odwiozła Maćka do Szczecina. Ciekawe, co się z nią dzieje?

- Czy ty masz kontakt z Martą?

- Z Martą? - zdziwiła się Aśka, bo nie kojarzyła żadnej Marty, ale podążywszy wzrokiem za spojrzeniem Aleksa, zrozumiała, o kogo pyta. - Tylko w sieci - stwierdziła. - A czemu pytasz?

- A właściwie tak sobie - odparł. - Po prostu spojrzałem na zdjęcie i przypomniała mi się ona i to, jak uczyłaś ją szydełkować. Udał jej się choć jeden kwiatek?

- Nie wiem. - Aśka wzruszyła ramionami. Sama nie wiedziała czemu, ale nagle zrobiło jej się strasznie smutno. - Przy mnie skończyła jeden, ale był średnio udany. Może potem zrobiła postępy.

- Tobie pewnie i tak nigdy nie dorówna w szydełkowaniu - stwierdził Aleks, a w jego głosie brzmiało najwyższe uznanie. - Ta sukienka jest bombowa! - wypalił i zaraz pożałował. Czy nie za bardzo odsłonił swoje uczucia? Zwłaszcza że zdumiona Aśka spojrzała na niego i powiedziała jakimś dziwnym głosem:

- Myślałam, że faceci nie zwracają uwagi na takie rzeczy...

Chciał to obrócić w żart. Jak to on, więc dodał:

- Gdybyś zrobiła trzy kwiatki, może bym nie zauważył, ale wyszła ci cała łąka...

Aśka uśmiechnęła się, co go ośmieliło.

- Może teraz ty do mnie wpadniesz.

- W porządku - powiedziała i spytała: - Jutro wieczorem?

Skinął głową.

* * *

Weekend spędzili we dwójkę. Cały czas rozmawiali o uczelniach, literaturze, obgadywali profesorów. Do Lolka na spotkanie całej paczki przyszli razem, co nikogo nie zdziwiło. Być może dlatego, że przywitał ich Maciek wesołym:

- Witamy naszych anglistów! Czy już ustaliliście, kto studiuje w Oksfordzie, a kto w Cambridge?

To jego pytanie odsunęło podejrzenia, że jest między nimi cokolwiek innego niż wspólnota jednego kierunku studiów, a co za tym idzie, naprawdę świetny pretekst do tego, by kontaktować się ze sobą i przebywać razem.

GARFIELD

- Marcin! Zabierz to bydlę z mojej szuflady! - Głos ojca wyciągnął chłopaka z kuchni.

Wigilia była za dwa dni. Dziś rano ojciec z wędkarskiej wyprawy nad jakiś skuty lodem hodowlany staw przywiózł karpia. Marcinowi polecił natychmiast sprawić rybę i przygotować do zrobienia w galarecie. Na szczęście umiał to zrobić. W dzieciństwie, gdy jeszcze żyła mama, często wędkował z ojcem. To wtedy ojciec nauczył go sprawiać ryby. Twierdził, że rybę trzeba zabijać szybko, by się nie męczyła. A w ogóle to nie wolno łowić więcej ryb, niż jest się w stanie zjeść. Marcin wziął sobie tę naukę na tyle mocno do serca, że chciał do sprawiania ryby wziąć się zaraz po powrocie ojca z wyprawy.

I owszem, pozbawił karpia życia natychmiast, ale... brakowało mu kilku produktów, poszedł więc na zakupy i tak się zeszło. Teraz był już wieczór. Martwa ryba leżała na kuchennym stole, bo Marcin przymierzał się do roboty, a ojciec, który już zdążył odpocząć po wędkarskiej wyprawie, wybierał się na jakieś ważne spotkanie. Tymczasem kot, który od kilku miesięcy mieszkał wraz z nimi, coraz bardziej dawał się wszystkim we znaki. Marcin twierdził, że to sprawka nadanego mu imienia, za co winę ponosił Mateusz. To on uparł się nazwać kocisko Garfieldem. Miał zresztą ku temu mocny argument. Kot był rudy - zupełnie jak Garfiled. I choć nie był leniwy jak Garfield, to na pewno był niszczycielem, jak komiksowy pierwowzór.

Najpierw zniszczył sukienkę Magdusi. Nikt nie zauważył, że kot wślizgnął się do niedomkniętej szafy, nikt też nie usłyszał jego dobywającego się ze środka miauczenia, które zagłuszał włączony telewizor. Dopiero po jakimś czasie brak kota zaniepokoił domowników. Rozpoczęli poszukiwania. Niestety, nie pomagało wołanie. Kot i tak nie reagował na swoje imię. Na kici-kici też zresztą nie przychodził. Gdzie był? Na to, by ściszyć telewizor, wpadł Marek. On też błyskawicznie otworzył szafę, z której dobiegało kocie miauczenie. Ogromnie się zdziwili, gdy w szafie oprócz kota znaleźli wszystko to, co normalnie kot zostawiał w kuwecie, a wisząca w środku elegancka sukienka Magdusi przeznaczona na ważne wyjścia w gości nadawała się już tylko do śmieci. Wyglądała bowiem jak szmata, a właściwie nawet jak porwany na kawałki strzęp szmaty.

Tym razem kot siedział w szufladzie w komodzie ojca. Ale gdy tylko chłopak chciał go stamtąd przegonić - Garfield syczał. Zupełnie jakby dawał tym samym do zrozumienia, że szuflada należy do niego. Szuflada w komodzie zbyt duża nie była, bo należała do tych mniejszych, w których trzyma się drobne rzeczy, na przykład bieliznę. Ojciec chował tam zarówno majtki, jak i skarpetki. Niestety za sprawą kota kilka par skarpetek zwiniętych w kłębuszki leżało teraz na podłodze dookoła komody, a wszelkie próby wrzucenia ich z powrotem do szuflady spotykały się ze sprzeciwem zwierzaka. I to sprzeciwem tak ostrym, jak jego pazury.

Gdy Marcin wszedł do sypialni, Garfield po raz kolejny mościł się w szufladzie.

- Czy ty to widzisz? - spytał ojciec, pokazując kota, który zmrużył oczy i szykował do położenia się w swoim nowym legowisku.

Sprawa z kocią okupacją szuflady ze skarpetkami zdawała się początkowo błahostką. Zwłaszcza że Marcin w pamięci miał pierwszą dramatyczną historię. Z muchą.

* * *

Garfielda przygarnęli na początku września. O tym, że do wzięcia jest kotek, powiadomił Marcina Maciek. Był z Gogusiem u weterynarza i zauważył w przychodni na tablicy kartkę z ogłoszeniem: "Oddam kotki w dobre ręce". Osobą oddającą kociaki była starsza pani, która w osiedlowym śmietniku znalazła pudło z kociakami. Gdy Marcin do niej zadzwonił, zostały jej tylko dwa - rudy kocurek i trzykolorowa kotka. Zdaniem staruszki, która powoływała się na rozmowę z weterynarzem, kociaki miały nie mniej niż sześć tygodni.

Marcin zdecydował się na kocurka. Jak tylko przyniósł go do domu, Mateusz nazwał go Garfieldem i postanowił, że kot będzie spał z nim. Zwierzak jednak miał swoje plany co do tego, gdzie i z kim będzie spał. Początkowo nieporadnie wskakiwał na krzesła, a z nich na stoły, ale błyskawicznie nauczył się wchodzić nawet na dość wysoką lodówkę i to jednym susem od razu z podłogi.

Garfielda bawiło wszystko. Szybko okazało się, że liczba zabawek, które otrzymał od Marcina i reszty rodzeństwa Niewiadomskich, nie zaspokaja jego apetytu na psoty. Garfielda interesowały więc różne rzeczy, które do zabawy mógł wykorzystać. Zostawiona na biurku gumka do ścierania? Bardzo chętnie! Już po chwili znalazła się na podłodze, potem pod szafą. Tylko z rzadka udawało się uchwycić moment, jak była zrzucana z blatu i wrzucana pod szafę. W większości przypadków zarówno Magdusia, jak i Mateusz bezskutecznie poszukiwali po domu swoich gumek do ścierania, temperówek, skuwek od flamastrów i tym podobnych przedmiotów. Magdusia co rano rozpaczała, że położone koło łóżka spinki do włosów lub kolorowe gumki nie są na miejscu.

Niestety. Jak wyjaśnił weterynarz, dla kota w wieku Garfielda zabawa stanowiła, obok jedzenia i spania, podstawę jego życia. Łapanie much po prostu uwielbiał. Wrzesień tego roku był ciepły, więc much pojawiało się jeszcze sporo, a Garfield interesował się niemal każdą. Dlatego gdy jedna, tłustsza niż inne, niezmordowanie latała po mieszkaniu, wzbudzając wielkie zainteresowanie Garfielda, nikt się tym nie przejął. Zachowanie kota biegającego za muchą i raz po raz próbującego ją złapać przestało wszystkich bawić. Początkowo to, że wyskakiwał w powietrze, bił łapami nad głową, byle tylko dorwać bzyczącego owada, wywoływało salwy śmiechu, zwłaszcza u Magdy i Mateusza, ale potem i oni nie zwracali już uwagi na kocie zabawy z muchami. Aż do momentu...

- Marcin! Ratunku! Marcin! Szybko! - Mateusz stanął w progu kuchni wyraźnie przerażony.

Marcin akurat szykował się do odcedzania makaronu do rosołu, ale widząc minę brata, odstawił garnek z powrotem na kuchnię i pobiegł za Mateuszem do dużego pokoju, z którego dobiegało głośne miauczenie.

Tym razem Garfield miauczał dlatego, że... bujał się na żyrandolu i najwyraźniej zupełnie nie dawał rady z niego zeskoczyć. Gdy Marcin próbował odczepić kota z żyrandola, Mateusz opowiadał o tym, czego był świadkiem.

- Oglądałem film, a on jak zawsze skakał za muchami. Nie wiem, jak to zrobił, ale nagle usłyszałem jego wrzask i zobaczyłem, że wisi na żyrandolu i jeszcze się buja.

Mieszkanie w bloku, który powstał jeszcze w latach siedemdziesiątych, miało sufit dość nisko. Marcin był wysoki, dlatego raz po raz uderzał głową w żyrandol. Nikt jednak nie przypuszczał, że kotek, który nie tak dawno miał problem, by wskoczyć na szafę, teraz wskoczy na... żyrandol! Co gorsza, sam nie mógł się od niego odczepić i zeskoczyć, bo pazurami zahaczył o pnący się po ramionach żyrandola kabel.

"Dobrze, że światło nie było włączone" - pomyślał Marcin, starając się uwolnić pazury kota wczepione w kabel, bo oczami wyobraźni widział scenę, w której porażony przez prąd kot wysadza w powietrze korki w mieszkaniu, a może i w całym bloku.

Najgorsze jednak, że gdy Marcin zdejmował kota z żyrandola, został przez przestraszone zwierzę strasznie podrapany i to nawet po twarzy. A na koniec okazało się, że w kuchni rozgotował się makaron do rosołu i trzeba było gotować drugą porcję.

- Dobrze, że garnek się nie spalił - stwierdził Marcin i kazał Mateuszowi natychmiast wynieść rozgotowane kluski do śmietnika, a sam zajął się powtórnym gotowaniem makaronu.

* * *

Zabranie kota z ojcowskiej szuflady ze skarpetkami do prostych zadań nie należało, ale... Marcin miał swój sposób. Garfield ze wszystkich smakołyków najbardziej lubił ryby. Dlatego Marcin przyniósł suszoną rybkę z pudełka z kocimi łakociami i podsunął Garfieldowi pod nos, a ten... od razu jak oparzony wyskoczył z szuflady i powędrował za przysmakiem prosto do kuchni, gdzie stała jego miska.

Marcin rzucił do niej przysmak i już miał wrócić do patroszenia leżącej na stole ryby, gdy Garfield błyskawicznie wskoczył na blat. Przygotowany przez Marcina do wypatroszenia karp stał się nagle obiektem pożądania kota. Marcin próbował go zrzucić ze stołu, ale kot bronił się zaciekle pazurami.

Ledwie Marcinowi udało się wyrzucić kota z kuchni, gdy z sypialni ojca znów dobiegło wołanie o pomoc. Okazało się, że Garfield natychmiast wrócił do komody, a ujrzawszy zamkniętą szufladę, zaczął niemiłosiernie miauczeć, by zmusić pana Niewiadomskiego do jej otwarcia.

Nie było innej rady, jak... zamknąć kota w łazience. Marcin chwilę użerał się z drapiącym go stworzeniem, aż w końcu jakoś mu się to udało. Uwięziony w łazience kot przez moment miauczał, a potem wszystko ucichło.

Ojciec wyszedł z domu, a Marcin wrócił do kuchni. Magda była u koleżanki w klatce obok, Mateusz u kolegi w sąsiednim bloku, a Marek na siłowni. W mieszkaniu został więc sam. Włączył dość głośno muzykę i zajął się sprawianiem ryby. Wnętrzności wyjął błyskawicznie. Nie zdążył jednak ich wyrzucić, gdy do domu wszedł Marek. Dwa lata młodszy brat wrócił zziajany z treningu.

- Marcin! Jesteś w kuchni?

- Tak!

- To nastaw czajnik! - krzyknął w jego stronę i wbiegł do łazienki, wypuszczając z niej zamkniętego kota, a nastawiwszy w pralce pranie swoich rzeczy po treningu, skierował się w stronę kuchni. Był bardzo głodny. Ledwo otworzył drzwi, gdy okazało się, że wypuszczony z łazienki Garfield jakby na to czekał. Błyskawicznie wpadł do środka, wskoczył na blat i dopadł odłożonych obok deski wnętrzności. Zatrzymał się przy nich. Jego koci wzrok przykuł pęcherz pławny. Kot uderzył go łapą, a strąciwszy z blatu na kuchenną posadzkę, zaczął się nim bawić. Marcin podniósł pęcherz z podłogi i wyrzucił do przedpokoju, a ponieważ kot zainteresował się pęcherzem i wyskoczył za nim jak z procy, więc chłopak zamknął za nim drzwi.

Przez chwilę gadał z bratem o treningu, zbliżającej się Wigilii i prezentach, które szykowali dla glutów, jak czasem nazywali młodsze rodzeństwo. Marek podgrzewał w mikrofalówce pierogi ruskie, a Marcin szykował zalewę do karpia. Nie uwierzyłby, gdyby trzy lata temu ktoś mu prorokował, że będzie mistrzem gotowania. Ale życie nauczyło go już takich sztuczek kulinarnych, że karp w galarecie był przy nich niczym.

- Ja nic ci tu nie pomogę - powiedział Marek, zabierając pierogi i wychodząc z kuchni. Marcin skinął głową i rzucił przez ramię:

- Tylko kota mi tu nie wpuść!

Marek jednak nie miał zamiaru wpuszczać kota.

Gdy kilka minut później Marcin, zbierając z podłogi książki, poprawiając poobrywane karnisze, zasłony i firanki, pytał, co wpadło do głowy uchodzącemu za rozsądnego chłopca Markowi, by przywiązać kotu rybi pęcherz do ogona, młodszy brat nie umiał odpowiedzieć na to pytanie inaczej jak jednym zdaniem:

- Gubił mu się ten pęcherz, więc pomyślałem, że będzie miał przy sobie.

- Matko boska! - Marcin westchnął tak ciężko, jak chyba jeszcze nigdy dotąd.

Fakt był jednak taki, że rudy kot z przerażenia, stresu i tylko koci Bóg wie czego jeszcze, po przywiązaniu papierową wstążką rybiego pęcherza do ogona, dostał takiego szału, że zanim go z Markiem złapali i uwolnili od pęcherza, to w ciągu dosłownie kilku minut zdemolował całe mieszkanie.

- Może ojciec się nie zorientuje... - powiedział Marek, wieszając pozaciągane kocimi pazurami zasłony.

- Może - powiedział Marcin bez przekonania.

Tymczasem kot z nerwów i stresu, w jaki wpędziła go przygoda z pęcherzem, zdążył nalać do miski, w której leżało nierozwieszone jeszcze pranie Marka. Oprócz tego nalał mu w buty, co nastolatek odebrał jako zemstę za przyczepiony pęcherz.

Dwa dni później, w wigilijny poranek ubrali choinkę. A ponieważ tuż przed wigilią została przez Garfielda trzy razy ostrzykana moczem, a na dodatek ze cztery razy przewrócona, czemu towarzyszyło rozbicie całej masy bombek, w tym takich, które Marcin i Marek dostali od mamy jako bardzo mali chłopcy, decyzja zapadła. Kastracja. Bo to, co ten kot wyprawiał, z dnia na dzień coraz bardziej stawało się nie do zniesienia.

SPOTKANIE

- To wszystko przez ciebie - powiedział Maciek i nie czekając na odpowiedź, z całej siły uderzył przeciwnika pięścią między oczy.

Ten zatoczył się i wywrócił na środek podłogi, roztrącając zszokowanych gości. Takiego Maćka nie widzieli. Cóż... w gronie ludzi, którym przyszło razem witać Nowy Rok, nie było zbyt wielu osób, które znałyby tajemnicę łączącą tych dwóch.

* * *

- Maciek?

Na dźwięk swojego imienia obrócił się. Twarz pytającej wydała mu się znajoma, ale przez chwilę zupełnie nie wiedział skąd. Miała na sobie grubą, futrzaną czapkę, pikowany płaszcz do kolan i długie śniegowce. Akurat padał pierwszy w tym roku śnieg. Warszawa szykowała się do sylwestra, który miał być za trzy dni, a on szedł do Zamku Królewskiego na wystawę. Potrzebował przygotować się do zajęć tuż po Nowym Roku. Jej wołanie wyrwało go z zamyślenia.

- Nie pamiętasz mnie. - Dziewczyna się zmartwiła.

Maciek nie miał pojęcia, co powiedzieć, więc milczał. Stali tak na środku placu Zamkowego. Oboje zażenowani. Maciek czekał na jakiekolwiek słowo przypomnienia z jej strony. Gdzie wcześniej się zetknęli? Dziewczyna jednak milczała. Przez chwilę patrzyła na niego. Było w jej spojrzeniu coś szczególnego. Jakby szukała czegoś w jego twarzy. Ale szybko to coś, co miała w oczach, zgasło.

- To cześć - rzuciła i odwróciwszy się na pięcie, ruszyła przed siebie w kierunku Podwala.

- Poczekaj! - zawołał Maciek, próbując złapać ją za rękę, ale dziewczyna odsunęła ją.

- Nie pamiętasz mnie, więc to bez sensu - powiedziała, odwracając twarz tylko na chwilę w jego stronę, a potem niemal sprintem pobiegła w stronę ulicy.

Maciek stał jak wryty. Dziewczyna biegła tak szybko, że zanim zdecydował się ruszyć za nią, odbiegła już zbyt daleko. Zobaczył tylko, jak wsiadła do samochodu. Grafitowego opla astry. Dopiero teraz ją poznał. To była Marta. Ta, która zawiozła go do Szczecina, by wtedy, w wakacje, zdążył na pociąg do Warszawy.

Maciek miał wyrzuty sumienia, że poznał ją dopiero po samochodzie. Zwalał wszystko na zimowe ubranie, na wielką futrzaną czapę, którą dziewczyna miała na głowie, na to, że wtedy w Świnoujściu miał myśli zajęte czymś innym i niedokładnie zapamiętał jej twarz. Jedno było pewne. Marta była i... zniknęła. Prawie jak Małgosia. Czy jeszcze ją spotka? Chociażby po to, by przeprosić, że nie poznał? Myślał o tym, zwiedzając po raz kolejny w życiu zamkowe sale. I nagle dotarło do niego, że pierwszy raz zwiedzał je zupełnie sam.

* * *

- Co w końcu robisz w sylwestra? - zapytał Marcin, któremu ojciec obiecał, że w ten wieczór sam zaopiekuje się swoimi najmłodszymi dziećmi, więc on będzie mógł wyjść z domu na jakąś imprezę.

- Nie wiem - odparł Maciek, bo prawda była taka, że nie miał żadnego pomysłu.

Podobnie jak Marcin. Obaj na studiach nie znaleźli swojego towarzystwa. Nie interesowali się więc, czy ktoś na ich roku robi jakąś imprezę, czy też nie. Siedzieli więc tak w zupełnym milczeniu w korytarzu przychodni weterynaryjnej i czekali na odbiór Garfielda z zabiegu. W ostatnie sobotnie przedpołudnie starego roku w przychodni był mały ruch. Marcin zdecydował się wykastrować kota jeszcze w starym roku, bo wyczytał w internecie, że do końca roku można to zrobić na koszt miasta. Wystarczy tylko zgłosić się do jednej z wyznaczonych przychodni i wypełnić odpowiedni formularz.

Przychodnia, która miała podpisaną umowę z miastem, nie znajdowała się niestety zbyt blisko domu. Dojazd z kotem nie najlepiej znoszącym transport w kontenerze, nie był więc niczym łatwym ani przyjemnym. Zwłaszcza gdy na dworze padał śnieg. Marcin poprosił Maćka, by mu towarzyszył, a Maciek się zgodził. I tak nie miał nic do roboty. Do przychodni na Grochowską przyjechali tramwajem z przesiadką. Jak wrócą? Marcin zastanawiał się nad tym, bo śnieg nie przestawał padać. Teraz obaj z Maćkiem siedzieli w poczekalni i czekali na wybudzenie się Garfielda z narkozy. To jednak trwało. Wreszcie drzwi gabinetu się otworzyły. Doktor zawołał Marcina, który wszedł do gabinetu i aż jęknął na widok kota. Niedawny niszczyciel wydał mu się tak bezbronny, że aż żal mu się go zrobiło.

- On dziś może być senny, przewracać się po zabiegu, więc proszę go obserwować - powiedział lekarz i podał Marcinowi karteczkę. - Tu jest recepta. Ten lek proszę wykupić i podać mu za dwanaście godzin jedną tabletkę. Najlepiej pokruszoną w jedzeniu. I jakby coś było nie tak, proszę natychmiast dzwonić. Tu jest do mnie telefon. - Lekarz zapisał numer na kartce z adresem przychodni. - A teraz proszę przede wszystkim zabrać kota do domu.

Marcin spojrzał za okno. Westchnął i... zamówił taksówkę, informując, że będzie wiózł kota po operacji i że kot będzie w kontenerze. Na szczęście taksówkarz się zgodził.

- Będziesz miał w razie czego pożyczyć parę groszy? - spytał Maćka, gdy wsiadali do auta.

- Jasne! - odparł Maciek i dodał: - W sumie mogliśmy zadzwonić do Michała. Podwiózłby nas i byłoby nam wszystkim raźniej...

Podobno nie ma przypadków. Tak twierdziła kiedyś Małgosia. Chyba dlatego Maćka w ogóle nie zdziwiło, że Michała spotkali pod domem Marcina, gdy wysiadali z taksówki. Od słowa do słowa... wszyscy trzej weszli do domu. Magdusia popłakała się na widok Garfielda. Mateusz nie płakał, ale jego zaciśnięte usta zdradzały, że jest wstrząśnięty tym, jak zwierzak wygląda. Bo wyjęty z kontenera Garfield zataczał się, a w pewnym momencie opadł z sił i położył się na podłodze. Marcin ostrożnie przeniósł go na kanapę i ułożył koło Magdy, która szlochając, głaskała go po rudym futrze. Mateusz siadł z drugiej strony.

- Jeszcze leki - przypomniał Maciek.

- Faktycznie. - Marcin skinął głową.

Michał dowiedziawszy się, że muszą iść do apteki, zaproponował tę, w której swój sobotni dyżur miała Kinga. Wprawdzie miał po nią iść dopiero za godzinę, ale... może przejść się tam z kumplami już teraz. Zresztą... Michał spojrzał na zegarek. Zanim dojdą do apteki tymi jeszcze nieodśnieżonymi do końca chodnikami, Kinga już będzie kończyć pracę.

Po drodze zgadali się na temat sylwestra i szybko okazało się, że Kinga dwa dni temu zdecydowała, że tak jak kiedyś w gimnazjum, tak i teraz zaprasza gości do siebie. Rodzice wyjeżdżali gdzieś poza Warszawę, zostawiając mieszkanie pod opieką córki i jej starszego brata Kuby, który zapowiedział, że może na chwilę wpadnie z jakąś nową dziewczyną.

- Na pewno nie będzie miała nic przeciwko wam - uznał Michał.

Jego słowa już po chwili potwierdziła sama Kinga, która ucieszyła się na widok dawno niewidzianych kolegów, zwłaszcza Maćka, bo Marcina znała trochę słabiej, i sama zaproponowała, by do niej wpadli. Poprosiła też, by ściągnęli Aleksa, Aśkę, Kamilę i Olka, bo sama od kilku dni próbowała dodzwonić się do każdego z nich, ale nie miała szczęścia, a czasu było coraz mniej. Ewki i Białego Michała miało nie być, bo pojechali w góry.

* * *

Te kilka dni do sylwestra zleciały jak z bicza trzasnął. Przed wyjazdem do Kingi umówili się we czwórkę u Aśki: Maciek, Aleks i Marcin, który z Aśką mieszkał na jednym podwórku. Choć Marcin do Aśki miał najbliżej, to właśnie na niego czekali najdłużej.

Siedzieli u Aśki w pokoju. Maciek wziął do ręki fotografię stojącą na regale z książkami. Tę, która przedstawiała ich paczkę na plaży.

- Nie pamiętam, żebym robił wam takie zdjęcie - stwierdził.

- Bo to nie ty robiłeś - powiedział Aleks i dodał szybko: - To Marta.

- A ja? Gdzie wtedy byłem?

- Pojechałeś już do Warszawy.

- Wiecie, że ją spotkałem? - powiedział bardziej do siebie niż Aśki czy Aleksa.

- Ja wiem - odparła Aśka.

- Skąd niby wiesz?

- Gadałam z nią. Najpierw na czacie, a potem przez telefon. Twierdziła, że jej nie poznałeś...

- No bo najpierw nie poznałem - mruknął Maciek i się zamyślił. - Jak masz z nią kontakt, to daj - poprosił po chwili, a zanim nadszedł Marcin, Aśka podyktowała mu numer telefonu dziewczyny.

* * *

Impreza u Kingi rozkręcała się powoli. Było trochę znajomych, bo oprócz Michała, Kingi, a także Aleksa, Aśki i Marcina pojawili się jeszcze Kamila z Olkiem oraz wbrew zapowiedziom Biały Michał i Ewka, którzy nie pojechali w góry ze względu na niesamowitą zamieć, a także Spytek ze swoją dziewczyną, którzy mieli jechać z nimi, a z powodu zmiany planów również nie mieli pomysłu na spędzenie sylwestra.

Kinga zaprosiła też kilka koleżanek ze studiów, a Michał kilku swoich nowych kolegów i przy dźwiękach muzyki powoli na prowizorycznym parkiecie w salonie pojawiały się pierwsze pary.

Maciek patrzył na nie obojętnym wzrokiem. Myślał o Małgosi, bo mimo usilnych starań nie potrafił przestać o niej myśleć. Miał żal do siebie, że obraził się na nią za historię z Kubą. A jednocześnie żal do niej, że zaszła taka sytuacja, za którą mógł się obrazić. I że Małgosia nie zrobiła nic, by ją wyjaśnić, bo tego, że w pewnym momencie próbowała, po prostu nie pamiętał. Pojawiła się też trzecia myśl. Najsmutniejsza. On nic już dla Małgosi nie znaczy. Nic, ale to zupełnie nic. Gdyby było inaczej, odezwałaby się do niego.

Pomyślał też o Marcie, którą spotkał kilka dni temu i nie poznał. Głupio wyszło. Trzeba ją przeprosić. Właściwie... powinien zrobić to teraz, nim zacznie się Nowy Rok. Sięgnął po telefon i wybrał numer. Po chwili usłyszał sygnał, ale równocześnie za jego plecami jakby narastał dźwięk melodyjki zwiastującej, że komuś, kto stoi niedaleko, po prostu dzwoni telefon. Po chwili usłyszał ciche "halo", ale miał wrażenie, że słyszy je podwójnie. Nie tylko w słuchawce, ale też za plecami. Obrócił się. Przed nim stała Marta. Na razie jeszcze tyłem do niego, ale już powoli zaczynała się odwracać. Gdy ich spojrzenia spotkały się, oboje opuścili telefony.

- Chciałem przeprosić... - zaczął Maciek, ale nie zdążył dodać nic więcej.

Marta podeszła do niego i położyła mu palec na ustach.

- Nie przepraszaj. Aśka powiedziała mi przed chwilą. Poza tym... zachowałam się idiotycznie. Miałeś prawo mnie nie rozpoznać. Wtedy było lato, a teraz...

- Zatańczysz? - spytał, zdejmując jej palec ze swoich ust.

Kiwnęła głową. Przez chwilę kołysali się w rytm muzyki w zupełnym milczeniu.

- W sumie to do tej pory ci nie podziękowałem.

- Za co? - spytała, a Maciek usłyszał w jej głosie szczere zdumienie.

- No... za to, że mnie wtedy podwiozłaś.

- I tak chciałam pojechać do Szczecina.

- Wystawa fajna?

- Bardzo...

Przez najbliższą godzinę tańczyli, gadali o wystawach - tej szczecińskiej i tej, na której teraz był Maciek w Zamku Królewskim. Rozmawiali też o studiach, wykładach, przeczytanych książkach i Maciek nawet nie zauważył, kiedy zaczęto wołać, że za moment północ.

Gdy Michał zarządził otwieranie szampana, nagle koło Marty, jakby spod ziemi, wyrósł Kuba - brat Kingi. Złapawszy dziewczynę ramieniem za szyję, bezceremonialnie przyciągnął do siebie, mówiąc:

- Tu jesteś! A ja cię szukam...

- Ładnie mnie szukasz - stwierdziła z wyrzutem Marta, uwalniając się z jego objęć. W tym momencie Maciek uświadomił sobie, że żadne z nich nie spytało drugiego, z kim tutaj przyszło. - To jest...

- Znamy się - warknął Maciek tak nieprzyjemnie, że Marta spojrzała na niego zdumiona. - To brat mojej koleżanki z klasy i facet, który... który...

- No wyduś to z siebie - cisnął Kuba kpiącym głosem. - Wyduś. Są postępy. Już powiedziałeś o mnie facet. Ty nawet facetem nie jesteś...

- To wszystko przez ciebie - wytknął Maciek i nie czekając na odpowiedź, z całej siły uderzył przeciwnika pięścią między oczy.

Ten zatoczył się i wywrócił na środek podłogi, roztrącając zszokowanych gości. Takiego Maćka nie widzieli. Cóż... w gronie ludzi, którym przyszło razem witać Nowy Rok, nie było zbyt wielu osób, które znałyby tajemnicę łączącą tych dwóch. Małgosia opowiedziała wprawdzie w swoim czasie Kamili o historii z Kubą, rozpiętą bluzką i tym, że o mały włos zrobiłaby z nim to, czego nie zrobiła nigdy z Maćkiem, jednak Kamila nikomu nie zdradziła tajemnicy przyjaciółki. Maciek zaś z nikim nie mówił na temat tego, co wydarzyło się, gdy pewnego dnia przyszedł niezapowiedziany do domu Małgosi. Nawet Kinga, która wiedziała, że brat podrywał Małgosię, nie domyślała się, co właściwie zaszło między nimi. Dlatego teraz także i ona zdumiona patrzyła na Maćka, który nie pozwolił Kubie podnieść się z podłogi, tylko błyskawicznie dopadł go i po raz kolejny przywalił pięścią prosto w twarz.

- Maciek! - krzyknęła Marta.

Jej głos przywołał go do porządku. Wstał. Zaciskając zęby, podał rękę Kubie i podniósł go z podłogi. A potem popatrzył na Martę, ale już zupełnie innym wzrokiem niż jeszcze kwadrans temu i zmienionym tonem powiedział:

- Współczuję ci. Trafiłaś najgorzej, jak mogłaś.

Po czym wyminąwszy ją, ruszył w kierunku przedpokoju. I choć część gości starała się go zatrzymać, a część dowiedzieć się, o co właściwie poszło, on do nikogo nie odezwał się nawet słowem. Dość szybko znalazł kurtkę na zatłoczonym ubraniami wieszaku. Zegar bił północ. Za oknami słychać było odgłosy fajerwerków, kiedy zbiegał po schodach.

"Ten nowy rok nie zaczął się zbyt dobrze" - pomyślał i ruszył w stronę domu. Za siebie nie obejrzał się ani razu.

DOKUMENT

Do urzędu wchodziła kilka razy. Wchodziła i zaraz wychodziła. Potem wracała, podchodziła do stojaka z drukami do pobrania, przeglądała je i odchodziła, by po chwili znów wrócić. Pewnie dlatego przykuła jego uwagę. Drobna, czarnowłosa okularnica z wielką torbą na ramieniu. Miała w sobie coś bezbronnego. Ona niewielka, a torba gigantyczna. Może dlatego go zainteresowała? "Ciekawe, jak się nazywa?" - pomyślał.

* * *

W Lublinie mieszkała kolejny miesiąc. Myślała, by ubiegać się o akademik, ale gdy na wydziale znalazła karteczkę od Maćka przypiętą do tablicy ogłoszeń, a potem zobaczyła go w McDonaldzie, zrozumiała, że jeśli nie chce, by przeszłość ją dopadła, musi jeszcze bardziej się ukryć. To dlatego po kilku tygodniach wynajmowania pokoi przy jakichś dziwnych rodzinach przyjęła ofertę koleżanki ze studiów - Zosi i zamieszkała u niej.

Poznały się w bibliotece wydziałowej. Zosia studiowała na tym samym roku, ale w innej grupie. Często rozmawiały o książkach, wspólne fascynacje literackie szybko je zbliżyły. Były też w tym samym wieku.

Zosia od pół roku mieszkała sama. Miała osiem lat, gdy jej ojciec zginął w kopalni Bogdanka. Wtedy, wraz z mamą i o trzy lata młodszą siostrą, przeniosła się do Lublina z Łęcznej. Zamieszkały w trzypokojowym mieszkaniu przy Lwowskiej. Trzy lata temu jej siostra utopiła się w jeziorze Białym podczas wycieczki szkolnej. Mama tak to przeżyła, że zachorowała na serce. Zmarła pół roku temu. Zosia została sama w trzech pokojach, otoczona fotografiami najbliższych.

Teraz pokój, który jeszcze trzy lata temu zajmowała młodsza siostra Zosi - Alina - stał się nowym domem Małgosi, która od razu zaproponowała nowej koleżance partycypowanie w opłatach, czynszu i dodatkowe pieniądze za to, że ma gdzie mieszkać.

Na dodatkowe pieniądze Zosia machnęła ręką. Dla niej ważne było, że czasem wieczorami miała z kim pogadać. A gadała dużo. Małgosia szybko się zorientowała, że na uczelni rozmawiały głównie o książkach, a w domu przeważnie mówiła Zosia. Najczęściej o swojej rodzinie. Tęskniła za nią. Małgosia za swoją wręcz przeciwnie. Dlatego, gdy rozmowa schodziła na prywatne tematy, milczała, słuchając trajkotania nowej przyjaciółki.

Ze wszystkich opowieści Zosi wyciągnęła jeden wniosek: trzeba jeszcze bardziej odciąć się od przeszłości. Gdy analizowała wszystko, co się ostatnio wydarzyło, znajdowała ku temu kilka powodów. Finansowych i ambicjonalnych. Ojciec zawsze zapewniał ją, że jest jego ukochaną córeczką i wszystko, co robi, robi wyłącznie dla niej. Twierdził, że to dla niej zmienił pracę, choć przecież wiedziała, że za tą decyzją stała kobieta. Tymczasem zrobił coś takiego, co naprawdę zabolało. Od kiedy opuściła dom, tylko kilka razy przelał jej obiecany tysiąc złotych, a w listopadzie na jej konto wpłynęła od niego tylko złotówka, a w tytule przelewu przeczytała: "NIE WIEM CZY STUDIUJESZ ODEZWIJ SIE A DOSTANIESZ SWOJE".

Właśnie to suche i pozbawione jakichkolwiek znaków interpunkcyjnych zdanie sprawiło, że miała żal i poczucie niesprawiedliwości. A ta coraz bardziej utwierdzała ją w przekonaniu, że nie powinna się kontaktować z nikim z rodziny. Jak mogłaby odezwać się do ojca, który po raz kolejny po prostu ją zdradził? Bo co to w ogóle znaczy "swoje"? Coś, co jej się należało, a on jej nie przesyłał, bo... chciał mieć nad nią kontrolę. I to po tym, jak w domu z matką przeżyła gehennę, gdy ta zamykała przed nią lodówkę, wyrzucała jej telefon, on sobie po prostu zamieszkał gdzie indziej.

Myślała o tym niemal codziennie. To poczucie krzywdy wracało do niej, ilekroć Zosia opowiadała o swojej wspaniałej mamie i cudownym tacie, który tak wcześnie odszedł.

Gdy dziś zdecydowała się na wizytę w miejscowym Urzędzie Stanu Cywilnego, by zasięgnąć informacji na temat procedury zmiany nazwiska, to właśnie pod wpływem rozmowy z Zosią. Ostatniej rozmowy.

* * *

- Nie ma dnia, bym nie tęskniła za mamą - powiedziała Zosia.

Siedziały w salonie. Trzypokojowe mieszkanie podzielone zostało tak, że Zosia miała swój pokój, Małgosia swój, a z salonu korzystały we dwie. Małgosia jednak starała się nie przebywać tam sama. Do salonu wchodziła tylko wtedy, gdy była w nim również Zosia, czyli przeważnie wieczorem. Teraz siedziały razem przy stole i piły herbatę, a Zosia po raz kolejny wspominała mamę.

- Jak przeprowadziłyśmy się do Lublina i w szkole mi dokuczano, że jestem ze wsi, to od razu poszła mnie bronić. Ale wiesz jak?

- No...? - spytała Małgosia, starając się, by brzmiało to w miarę zachęcająco.

- Nauczycielka powiedziała jej, że przesadza, i nie chciała się tym zająć, więc mama wyciągnęła ode mnie, kto tak o mnie mówi i jak wygląda. Potem zaczepiła tę dziewczynę przed szkołą i uprzedziła, że jeśli nadal będzie mi dokuczać, to zadzwoni do jej rodziców.

- Uspokoiła się?

- Najpierw nie bardzo, ale potem mama naprawdę zadzwoniła i dowiedziała się, że ta dziewczynka do Lublina sprowadziła się z jeszcze mniejszej miejscowości niż Łęczna. Bo wiesz, Łęczna to miasteczko, a ona była naprawdę ze wsi.

- Zaprzyjaźniłyście się potem? - spytała Małgosia z nadzieją, że historia miała szczęśliwy finał.

- Nie. Ona wróciła na wieś.

Przez chwilę milczały. Potem odezwała się Małgosia. Rzadko coś opowiadała, ale tym razem zdecydowała się podzielić z Zosią swoim wspomnieniem.

- Byłam na wsi w wakacje w gimnazjum. Pojechałam do znajomej mamy ze studiów. Miała córkę w moim wieku. Zostałam przez nią tak potraktowana, że tata musiał mnie zabrać po kilku dniach. Wspomnienia zostały mi tak koszmarne, że chyba nigdy w życiu nie chciałabym mieszkać na wsi.

- Rzadko mówisz o swojej mamie - zauważyła Zosia. - Żyje?

- Dla mnie nie - mruknęła Małgosia.

- Jak to?

- Nie zrozumiesz. - Małgosia skuliła się w sobie.

- Skąd wiesz? Może zrozumiem.

- Twoja mama nie żyje, a gdy ktoś umiera, to go sobie idealizujemy. Zapominamy złe rzeczy... Potrafisz sobie przypomnieć jakąś awanturę domową? Aferę z mamą w roli głównej? - Małgosia mimowolnie podniosła głos.

Zosia pokręciła głową, patrząc na Małgosię w zdumieniu.

- Widzisz, a ja nie umiem sobie przypomnieć mamy sprzed choroby - powiedziała Małgosia i zamilkła.

- Twoja mama jest chora?! I ty nie utrzymujesz kontaktu z chorą matką?! - Zosia nie kryła oburzenia.

- Mówiłam, że nie zrozumiesz. Będziesz patrzeć na sprawę przez pryzmat swojego doświadczenia z mamą, która była fajna. A zapewniam cię, że nie wszystkie matki są dobre dla swoich dzieci.

Zapadła cisza. Zosia patrzyła na Małgosię z najwyższym potępieniem. Małgosia wstała, wzięła ze stołu kubek po herbacie i odniosła do kuchni. W milczeniu myła go pod bieżącą wodą, chyba dłużej niż zwykle, tak jakby czekała na jakieś słowo z ust Zosi, że ona jednak rozumie. Ale żadne takie słowo nie padło. Zgorszona Zosia siedziała na kanapie w salonie i miotała w stronę Małgosi spojrzenia, jakie posyła się zbrodniarzowi. Małgosia poszła do pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Tego wieczora nawet nie poszła do łazienki, by się umyć, tylko tak jak stała, położyła się na łóżku i po raz pierwszy od wyjazdu z Warszawy wybuchnęła płaczem. Szlochała tak, że nawet nie usłyszała kroków Zosi pod drzwiami pokoju. Nie wiedziała, że Zosia w pierwszym odruchu chciała wejść i powiedzieć jej, że jednak nie chce razem z nią mieszkać; w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Małgosiny szloch, który usłyszała, był tak przejmujący, że Zosia nie wiedziała, jak się zachować. Instynkt podpowiedział jej, że chyba rzeczywiście czegoś nie rozumie. Dlatego cofnęła się spod drzwi.

* * *

- Tu pani wpisuje powód zmiany nazwiska - urzędnik w punkcie informacyjnym Urzędu Stanu Cywilnego popukał końcówką długopisu w formularz. - Musi to być dobrze uargumentowane.

- Na przykład? - spytała.

- No... - zawahał się urzędnik.

Był to ciemnowłosy, niewiele od niej starszy chłopak. Miał miłą twarz, identyfikator z imieniem i nazwiskiem "Bazyli Żarski" oraz zniewalający uśmiech. Małgosia miała wrażenie, że przygląda jej się dość uważnie, i to ją speszyło. I chyba zauważył to speszenie, bo sam speszył się jeszcze bardziej. Ale tego Małgosia nie zobaczyła, bo spuściła wzrok. Nie wiedziała też, że Bazyli Żarski od małego, gdy się denerwował, poruszał nosem, co zdaniem innych upodabniało go do konia i nawet w przedszkolu tak go ktoś kiedyś nazwał.

- Gdyby nazywała się pani za przeproszeniem "Sraczka", to mogłaby pani wpisać, że dokuczano pani w szkole... - powiedział Bazyli powoli, starając się nadać swojemu głosowi żartobliwy ton, a nie doczekawszy się na jej twarzy spodziewanej reakcji, dodał: - Przeważnie takie nazwiska zmieniają mężczyźni. Piszą wtedy, że nie chcą, by ich dzieci przeżywały tę samą gehennę. Kobiety z reguły... - Bazyli zamilkł.

Małgosia podniosła wzrok, a spojrzawszy mu w oczy, w lot zrozumiała.

- Częściej wychodzą za mąż niż zmieniają nazwisko w urzędzie? To chciał pan powiedzieć? - spytała zadziornie, wstając przy tym z krzesła przed kontuarem. Bazyli też wstał. Był czerwony na twarzy.

- Yhm - mruknął i tym razem to on spuścił wzrok.

- To ja wezmę jedną kartkę i w domu przemyślę sprawę, czy zmieniać nazwisko, czy... wychodzić za mąż. - Małgosia położyła nacisk na dwa ostatnie słowa i dopiero teraz dostrzegła komizm sytuacji i ten ruchliwy nos urzędnika. "Zupełnie jak koń" - pomyślała przekonana, że jest pierwszą, która ma takie skojarzenie.

- Przepraszam, jeśli panią uraziłem... - Bazyli Żarski zaczął się plątać, ale Małgosia mu przerwała:

- Nie uraził pan. Naprawdę muszę przemyśleć sprawę.

To powiedziawszy, schowała formularz do torby i ruszyła w kierunku wyjścia. Bazyli Żarski patrzył za nią, dopóki nie zamknęła za sobą drzwi. Drugi egzemplarz formularza, który został na jego biurku, spostrzegł później.

* * *

Gdy wróciła do domu, Zosi jeszcze nie było. Ze swojej wielkiej torby wypakowała zakupy i wyłożyła je na stół w salonie. Może wtedy spadła jej na ziemię ta kartka? Nie wiedziała. Jedno było pewne. Zosia nadeszła godzinę później. Z kartką w ręku wkroczyła do jej pokoju mocno zdenerwowana.

- Musisz mi powiedzieć prawdę - powiedziała, kładąc papier przed Małgosią na biurku. - Ja się wczoraj poczułam niepewnie. A formularz zmiany nazwiska mnie jeszcze bardziej zdenerwował. Uspokój mnie. Powiedz mi, co jest grane? O co chodzi z twoją rodziną? Wczoraj chciałam ci wymówić mieszkanie, ale usłyszałam twój straszny szloch. A teraz ta kartka... Ja nic nie rozumiem. Nawet chyba trochę się boję...

Roztrzęsiona Zosia usiadła na wersalce. Małgosia rzuciła okiem na kartkę, wstała od biurka i usiadła koło przyjaciółki.

- Ja też się boję. I to chyba bardziej niż ty - wyznała, przytulając się do jej ramienia. - Pogubiłam się.

Milczały przez chwilę, aż Małgosia powiedziała:

- Ty zawsze opowiadasz fajne rzeczy o swojej mamie, a ja już sama nie wiem, kiedy uleciały mi takie wspomnienia z moją. Mam wrażenie, że nigdy ich nie miałam. Ostatnie lata z nią to był koszmar...

I opowiedziała Zosi o awanturach, wyzwiskach, biciu, zabraniu telefonu, blokowaniu dostępu do lodówki i wreszcie maturze, którą do dziś sama nie wie, jak zdała, bo jej szalejącą przed szkołą matkę zabrało pogotowie.

- Stwierdzili chorobę psychiczną. Powiedzieli, że może da się ją ustawić. Tak mówią: ustawić lekami. Ale ojciec po pierwsze, twierdzi, że chyba zawsze taka była, a po drugie, chce ją zamknąć w psychiatryku. Wyprowadził się zresztą z domu, bo sobie znalazł jakąś babkę. Kupił sobie kawalerkę. Mnie zostawił z matką. A tu jeszcze historia z Maćkiem... z Kubą... cała ta karuzela i znikąd pomocy. Najlepsza przyjaciółka miała swoje sprawy, bo rok wcześniej zginął jej chłopak. Zresztą... mam wrażenie, że moje nigdy ją zbyt nie obchodziły...

- Nie wiem, kto to Maciek i kto to Kuba, bo nigdy o nich nie opowiadałaś, ale... naprawdę z tych powodów chcesz zmieniać nazwisko? Czemu? - Zosia ruchem głowy wskazała leżący na biurku papier.

- Bym mogła zacząć żyć zupełnie od nowa.

- Myślisz, że to wystarczy?

- Nie wiem - szepnęła Małgosia.

* * *

W tym samym czasie urzędnik Bazyli Żarski, siedząc sam w domu, po raz kolejny wyjmował z kieszeni i z powrotem do niej chował formularz zmiany nazwiska. Widniało na nim imię: MAŁGORZATA napisane równym pismem drukowanymi literami, zupełnie zwyczajne nazwisko PAWLAK i numer telefonu, pod który chciał zadzwonić, ale nie miał pomysłu, co powiedzieć, gdy jego właścicielka odbierze. Przecież nie powie: "Podobasz mi się".

Wiedział, że to zbyt banalne. Ale wiedział też, że coś zrobić musi, bo po raz pierwszy w życiu ktoś zupełnie nieznajomy aż tak mocno przyciągnął jego uwagę.

DZIADEK

- Intencje może miał pan i nie najlepsze, ale wyszło dobrze... - Słowa staruszka brzmiały mu w uszach, gdy wchodził po schodach na górę starej kamienicy. Kilka dni temu nie uwierzyłby, że jego przyjście tu jest w ogóle możliwe.

* * *

Gdyby ktoś go spytał, czemu to zrobił, czemu wysłał taki prezent, nie umiałby wytłumaczyć tego inaczej jak... kaprysem. Na szczęście nikt o to nie pytał. Wszystko zaczęło się jeszcze po nieszczęsnym sylwestrze. Obiecał Kindze, że wypyta Maćka o awanturę z Kubą. Zwłaszcza że rozmowa Kingi z rodzonym bratem zakończyła się wielką kłótnią. Kuba, po raz kolejny, nazwał ją "smarkulą" i "gówniarą", jakby zapominając, że już dawno różnica wieku między nimi, wynosząca cztery lata, stała się niezauważalna.

Jednak okazji do takiej rozmowy nie było. Wielkimi krokami zbliżała się sesja i Michał kuł prawo rzymskie. Maciek też, jak sam mówił, użerał się z jakimiś lekturami i na dodatek niemal dzień i noc oglądał jakieś filmy. Nie było więc kiedy z nim pogadać.

Okazja nadarzyła się w drugiej połowie stycznia, gdy przypadkiem spotkali się w kolejce w sklepie i od słowa do słowa zgadali się, że Maciek chce w piątek rano pojechać na cmentarz do dziadków, ale pogoda go odstrasza.

- Do dziadków? - zdumiał się Michał.

- Tak, wiesz... jest Dzień Dziadka... i...

- No i co?

- Piszę taką pracę zaliczeniową i chcę zbadać, czy ludzie w tym dniu łażą na cmentarz do swoich dziadków.

- Na studia ci to potrzebne? - Michał był coraz bardziej zdumiony.

- No... - Maciek zawahał się. Niby nikt nie kazał mu łazić na cmentarz, ale jego samego nagle zaciekawiło, co tego dnia dzieje się na Powązkach.

- Wiesz co... pojadę z tobą. Wezmę aparat. O tej porze mogą być fajne zdjęcia. Cmentarz w śniegu...

- Jak do piątku nie stopnieje - zauważył Maciek, ale Michał szybko sprawdził w komórce prognozę pogody i powiedział:

- W piątek zajęcia mam na dwunastą. Zdążymy?

* * *

Piątkowy ranek był mroźny, ale i słoneczny. Gdy Maciek przyszedł na przystanek tramwajowy na rondzie Waszyngtona, Michał czekał już na miejscu z plecakiem, w którym zmieściły się i laptop, i aparat fotograficzny z kilkoma obiektywami.

- Wiesz... ja potem od razu na zajęcia - wyjaśnił Michał.

- Czemu właściwie nie wziąłeś samochodu? - spytał po pięciu minutach bezskutecznego czekania na mrozie.

- Gdybym potem nie miał zajęć, to pojechalibyśmy autem, ale tak... Nigdy nie jeżdżę samochodem na uczelnię. Tam nie ma gdzie parkować. Pomijam już, że parkowanie jest płatne i opłata wynosi więcej niż bilety w dwie strony. Niby stać mnie, ale... - Michał urwał, bo w tym momencie na horyzoncie pojawił się tramwaj dwadzieścia dwa. Jedyny, który dojeżdżał pod sam cmentarz.

- Marta na uczelnię jeździ autem, ale tam u niej na UKSW jest parking... - stwierdził Maciek, gdy weszli do środka zatłoczonego wagonu.

Michała ten tekst ucieszył. Był świetnym pretekstem, by dopytać o sylwestra. Zwłaszcza że Kingę zajście między Maćkiem a Kubą mocno zaniepokoiło.

- Spotykasz się z Martą?

- Trochę - odparł Maciek.

W sumie od sylwestra minęły trzy tygodnie, więc właściwie sam jeszcze nie wiedział, co jest między nim a tą dziewczyną. Tyle tylko, że czuł, że jest to ktoś, kto nadaje na tej samej fali. Wtedy, po awanturze u Kingi i bójce z jej bratem, wybiegła za nim. Dogoniła go w połowie drogi do domu, więc resztę wieczoru spędzili u niego. Mama miała gości. Jeszcze przed świętami powiedziała mu, że "jako osoba samotna woli zaprosić ludzi do siebie, niż czekać na czyjeś zaproszenie". Dom pełen był więc jej starych i nowych znajomych. Zajęci sobą nawet nie spytali, czemu wrócił z sylwestra tuż po północy. Być może nie spytali dlatego, że nie przyszedł sam. Marta została wtedy do rana, kiedy to odwiozła ją do domu para znajomych mamy.

Zanim jednak się rozstali, Kuba dzwonił do niej z dziesięć razy, ale nie odebrała. Być może dlatego, że Maciek opowiedział jej o nim, Małgosi i sobie. Instynktownie czuł, że pomoże mu zrozumieć, co takiego zaszło między nim a Małgosią, że uciekła przed wszystkimi nie wiadomo dokąd. Miał nadzieję, że tak się stanie, bo Marta potrafiła słuchać.

- A to nie była dziewczyna Kuby? - spytał Michał i zaraz pożałował pytania, bo Maciek aż poczerwieniał na twarzy i wysyczał przez zaciśnięte usta:

- Kuba nie ma dziewczyn w tym znaczeniu, w jakim mają je normalni ludzie. Kuba zalicza zdobycze. Spytaj Kingę. Ile dziewczyn przyprowadza do domu w ciągu jednego roku? Spytaj też o to, czy wie, czemu podrywa te zajęte? Czemu je osacza? Czemu je...

Ostatnie słowa wzbudziły zainteresowanie kilku osób stojących obok, więc Maciek zamilkł.

- Uważasz, że on osaczył Małgosię? - spytał Michał, zniżając głos.

- Tak uważam - odparł Maciek i po chwili dodał: - I doprowadził do tego, że pogubiła się i pozwoliła mu... - Maciek urwał. Przez chwilę jakby szukał odpowiednich słów, a potem dodał: - Ty tego nie zrozumiesz. Ty jesteś na innym etapie niż ja czy ona.

- Co masz na myśli, mówiąc o INNYM ETAPIE? - spytał zdezorientowany Michał.

Ale Maciek nie odpowiedział. Złapawszy kątem oka ciekawskie spojrzenia osób stojących obok w zatłoczonym tramwaju, mruknął tylko:

- Zmieńmy temat. Jest Dzień Dziadka... Idziesz do swojego?

- Ho, ho! - Czarny Michał zaśmiał się sarkastycznie. - Nie wiedziałem, że bywasz złośliwy. Od tej strony cię nie znałem.

- Dlaczego złośliwy? - spytał szczerze zdziwiony Maciek. - Pamiętam, że mówiłeś o grobie rodzinnym na Bródnie, a jedziemy na Powązki, więc...

- Aaa! Ty o tym dziadku. - Czarnemu Michałowi jakby kamień spadł z serca. - A ja myślałem...

- Że ja o tym twoim, jak to ty mówisz... TEORETYCZNYM? - Zaśmiał się. - Do głowy by mi to nie przyszło - dodał z rozbrajającą szczerością. - A swoją drogą ciekawe, jak facet się czuje, gdy dziś w radio i telewizji bez przerwy mówi się o Dniu Dziadka. Może mu przykro?

- Już to widzę, jak mu przykro - stwierdził Michał i dodał: - Facet mówił do mnie per gnoju, bękarcie. Nie wydaje mi się, by chciał mieć wnuka, ale wiesz co? Mam pomysł...

Jednak jaki to pomysł, Maciek się nie dowiedział, bo tramwaj zatrzymał się przy Powązkowskiej.

* * *

Gdy wieczorem Maciek pisał na zajęcia referat o polskich obchodach Dnia Dziadka, z którego wynikało, że na cmentarzach panują niemal pustki, Michał wybierał numer telefonu.

- Cena nie gra roli - powiedział do słuchawki.

Rozłączył się i zatarł ręce z zadowolenia. Przed nim na biurku leżała papierowa torba w misie, a w środku pudełko czekoladek i własnoręcznie zrobiona pocztówka. Oj, naszukał się w pudłach, ale znalazł to, czego potrzebował. Dlatego, gdy po kwadransie do drzwi zapukał mężczyzna z firmy kurierskiej, Michał uśmiechnięty wręczył mu przesyłkę.

Potem nastąpiło krótkie dwadzieścia minut, kiedy wyobrażał sobie minę adresata, a potem... zadzwoniła Kinga, by opowiedzieć mu o kolejnej zagrywce pani Leokadii, która niezrażona awanturą, jaką w swoim czasie zrobił jej klient, nadal odpytywała kupujących w aptece z ich chorób.

- Babka przyszła po taki płyn Vagothyl - zaczęła Kinga. - Obsługiwała ją pani Iza i głośno powtórzyła sobie nazwę leku, co niestety podchwyciła pani Leokadia, która nie wiedziała, że ta babka podała receptę od weterynarza, bo przecież nie widziała ani jej, ani recepty. Ale oczywiście pani Leokadia, jak to ona, wtrąciła się. I, jak to ona, zrobiła klientce wykład. Tym razem na temat podmywania się, higieny intymnych części ciała i tak dalej, bo tak w ogóle to ten Vagothyl jest do irygacji przy stanach zapalnych narządów rodnych. W każdym razie, jak się potem okazało, to kobitka kupowała go dla psa, a po tych uwagach pani Leokadii dostała po prostu szału. Zapowiedziała skargę do Naczelnej Rady Aptekarskiej na skandaliczne zachowanie, którym pani Leokadia zasugerowała, że ona się nie podmywa, i poinformowała o tym wszystkich obecnych w aptece. W rezultacie pani Iza się z nerwów popłakała.

- No i co? Będzie skarga? - spytał Michał.

- Nie wiem - odparła Kinga i opowiedziała, jak sama z siebie zdecydowała się wybiec za kobietą z apteki i prosić, by jednak nie pisała skargi. Stojąc na mrozie bez kurtki, tłumaczyła, że pani Leokadia jest po prostu stara i szurnięta i wszyscy starają się przymykać na nią oko, i ona, Kinga, błaga o to samo, bo właścicielka, czyli pani Iza, jest bardzo dobrym człowiekiem. Na to rozdygotana kobieta odpowiedziała, że się zastanowi, i odeszła. A teraz ona, Kinga, czuje, że się przeziębiła, i dzwoni z pytaniem, czy Michał nie przyszedłby do niej.

To dlatego w kwadrans spakował się i zabrawszy ze sobą książki i notatki do zajęć, w mroźny wieczór wyszedł z domu, rzucając tylko od progu w stronę pokoju mamy krótkie:

- Lecę do Kingi!

* * *

- Halo? Czy to pan Michał? - Męski głos w słuchawce, należący bez wątpienia do starszego pana, sprawił, że Czarny Michał zawahał się, czy dzwoniący na pewno chce z nim rozmawiać. Dlatego na pytanie odpowiedział pytaniem:

- Jaki Michał?

- No... - Głos w słuchawce zawahał się i dopiero po chwili dodał: - Mówi Stodulski... Pamięta mnie pan?

- Stodulski? - Michałowi to nazwisko coś mówiło, ale nie bardzo wiedział co. Telefon oderwał go od czytania. Leżeli z Kingą na jej łóżku, przytuleni każde ze swoją książką, bo każde uczyło się przecież do zupełnie innego egzaminu i to na zupełnie innym kierunku studiów. - Stodulski?

- Przyjaciel pana dziadka... - powiedział głos w słuchawce i zanim Michał zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dodał: - Czy mógłby pan się ze mną spotkać?

- Ale po co?

- To nie na telefon - odparł pan Stodulski takim tonem, że Michał poczuł, że nie będzie mógł mu odmówić. Dlatego spytał tylko:

- Dzisiaj? Bo jest już dwudziesta, a ja uczę się do egzaminu i...

- No... jest piątek... - powiedział pan Stodulski wyraźnie zmieszany.

- Egzamin mam w poniedziałek...

- Nie zajmę panu dużo czasu. Dojadę, gdzie pan sobie życzy...

- W porządku - zgodził się Michał, któremu żal zrobiło się miłego jegomościa, więc podał adres knajpy, która jego zdaniem najlepiej nadawała się do spotkania ze starszym panem - Fregata na Międzynarodowej. Ta knajpa, oprócz tego, że znajdowała się niedaleko bloku, w którym mieszkała Kinga, miała jeszcze jedną zaletę. Była czynna do dwudziestej drugiej, a to dawało pewność, że rozmowa nie potrwa długo. Pan Stodulski miał się zjawić za pół godziny.

- Czego on może chcieć? - zastanawiał się Michał, gdy odłożył słuchawkę i zdradził Kindze, z kim rozmawiał. - I czemu raptem dzisiaj?

Ale nie zdążyli o tym porozmawiać. Michał miał niecały kwadrans, by dojść do Fregaty i zająć stolik na spotkanie z panem Stodulskim.

* * *

Fregata była restauracyjką z PRL-owskim klimatem i dobrą polską kuchnią. Michał kilka razy jadł tu pierogi lub rosół. Lokal znajdował się na parterze wieżowca, więc czynny mógł być tylko do dwudziestej drugiej. Potem zapadała cisza nocna i... właściciele zamykali przybytek, co doprowadzało do rozpaczy okolicznych piwoszy zmuszonych do przenoszenia się gdzie indziej. W piątkowy wieczór we Fregacie było tłoczno. Michał znalazł tylko jeden malutki wolny stolik pod ścianą. I stało przy nim tylko jedno wolne krzesło. Barmanka z zaplecza przyniosła drugie, gdy poprosił o kawę i powiedział, że na kogoś czeka. Do spotkania ze Stodulskim zostało jeszcze kilka minut.

Starszy pan przyszedł punktualnie. Michał dopiero teraz mu się przyjrzał. Drobny, szczupły, był jakby zaprzeczeniem zwalistego pseudodziadka Józefa Ruszczykowskiego.

Stodulski zdjął płaszcz, powiesił na wieszaku staroświecką czapkę z daszkiem, przeczesał przerzedzone włosy i usiadł przy stoliku.

- Zamówić coś panu? - Michał zerwał się od stolika, a pochwyciwszy zdumione spojrzenie Stodulskiego, dodał: - Tu jest samoobsługa. Zamawia się i płaci przy barze.

Stodulski chciał wstać, ale Michał powstrzymał go.

- Ja zapraszam. W końcu przyciągnąłem pana aż na Saską Kępę.

- To tylko herbatę - odparł staruszek.

Gdy po chwili Michał wrócił do stolika z filiżanką, Stodulski zaczął:

- Prawdę mówiąc, chciałem spotkać się z panem już dawno, ale to dzisiejsze zdarzenie przyspieszyło sprawę...

- Chodzi panu o tę hipotekę? Mówiłem panu, że moja mama...

- Nie chodzi o hipotekę... - Stodulski pokręcił głową i westchnął ciężko. - Chciałbym pana jakoś namówić do zgody...

- Do zgody? Mnie? - zdumiał się Michał. - Przecież ja nie jestem w niezgodzie... Nie ja to wszystko zacząłem... - Michał był wyraźnie rozżalony. - Zapomniał pan...

- W panu jest duża agresja i złość na dziadka...

- Dziadka. - Michał prychnął z taką pogardą, że Stodulski aż się wzdrygnął. Przez jego twarz przebiegło coś na kształt chmury niezadowolenia, ale po chwili rozpogodził się.

- Wie pan... mimo wszystko to jest pana dziadek.

To powiedziawszy, Stodulski wyjął z kieszeni marynarki małą fotografię i położył ją przed nosem Michała.

- Skąd pan to ma? - spytał Michał zdumiony.

Był przekonany, że nikt nie dowie się o kawale, na który wpadł dziś, rozmawiając z Maćkiem o Dniu Dziadka. Że stary Ruszczykowski nikomu tego nie pokaże. Taka prywatna, mała zemsta za dzieciństwo pełne upokorzeń. Wysłane kurierem pudełko czekoladek i kartka pocztowa z napisem: "Wspaniały Dziadek", a w środku przyklejone jego zdjęcie z dzieciństwa. Takie specjalne zdjęcie z... dziadkiem. Jakże dziś świetnie bawił się, robiąc ten, w swoim przekonaniu, genialny psikus.

Na zdjęciu on - Michał ma niecałe pięć lat. Zostało zrobione w przedszkolu w Dzień Dziadka i Babci. Można to poznać po dekoracji i napisie "Doskonała miłość czasem nie przychodzi, aż do pojawienia się pierwszego wnuka". Tego dnia wszystkie dzieci fotografowano na tle tego napisu. Pozowały z dziadkami i babciami. A Michał był jedynym dzieckiem, do którego nikt nie przyszedł. Cóż... na co dzień miał tylko jedną babcię, czyli mamę jego mamy, która akurat wtedy trafiła do szpitala. Dlatego na fotografii widniał sam, z misiem pod pachą i miną, na której pod sztucznym uśmiechem skrywał smutek. Dziś, po powrocie z cmentarza, gdzie z Maćkiem odwiedzili jego dziadka i oglądali groby, które wśród śniegu fotografował, postanowił odszukać to przedszkolne zdjęcie. Wiedział, że w domu jest kilka odbitek, bo dzieciom robiono komplety, by mogły podarować je dziadkom. Fotograf najwyraźniej nie zwrócił uwagi, że przygotowuje kilka odbitek dla jedynego dziecka, które na zdjęciu stoi zupełnie samo. Wśród tych jego odbitek była jedna szczególna i w porównaniu z innymi dość zniszczona. Teraz leżała przed nim na stoliku we Fregacie.

- Wkurzył się? - spytał Michał z nadzieją w głosie.

Stodulski pokręcił głową. Michałowi mina zrzedła, ale wtedy Stodulski powiedział:

- Popłakał się...

- O! - Michał nie krył zadowolenia. - Ze złości? - W głosie Michała znów dało się słyszeć nadzieję, która jednak szybko zgasła, bo Stodulski pokręcił głową i z kieszeni wyciągnął inną fotografię. W przeciwieństwie do jego zdjęcia z przedszkola ta była czarno-biała. Przedstawiała chłopca tak niezwykle do niego podobnego, że Michał aż oczy wytrzeszczył. Na dodatek ten chłopiec też miał w ręku misia. Uśmiechał się dość podobnie, a obok niego stał mężczyzna w stroju Świętego Mikołaja.

- To jest...

- Pański ojciec - dokończył za niego Stodulski.

- Ten człowiek... - szepnął Michał.

- Chyba pański dziadek dopiero teraz uświadomił sobie, że jest pan jego wnukiem.

- I?

- Prosił, bym jakoś pana przekonał, by pan przyjechał do niego.

- Po tych wyzwiskach?! Po tych wszystkich strasznych słowach?! - Michał nie mógł uwierzyć w to, co słyszy, więc podniósł głos, aż siedzący przy sąsiednich stolikach odwrócili się w jego stronę.

- Pan zapomni o tym - powiedział Stodulski, lekko dotykając dłoni Michała, jakby chcąc w ten sposób przekazać mu najcieplejsze uczucia. - To stary człowiek, który stoi nad grobem.

- Wie pan co... to jest chyba u nich rodzinne. W imieniu jego syna dzwoniono do mnie z hospicjum z informacją, że umiera i prosi o to, bym przyjechał i mu wybaczył.

- Nie pojechał pan. - Stodulski pokiwał głową. - Nie żałuje pan?

- Nie - odparł szybko Michał.

- Na razie - stwierdził Stodulski, kładąc nacisk na oba słowa. - Za jakiś czas może przyjść moment, że pan pożałuje. A już jest za późno. W przypadku dziadka ma pan jeszcze szansę.

- To chyba on ma szansę - szepnął Michał i wziął do ręki swoje zdjęcie.

- Właśnie dzięki panu ją wykorzystał - powiedział Stodulski i spojrzał na trzymaną przez Michała fotografię. - Niech pan do niego pójdzie.

Michał pokiwał głową na znak zgody.

- Intencje może miał pan i nie najlepsze, ale wyszło dobrze... On jest pana dziadkiem, a pan jego wnukiem. Upartym jak on, ale on już ustąpił. Teraz pana kolej. - Stodulski zamilkł.

Przez chwilę patrzył na fotografię, którą Michał trzymał w ręku. Obok małego chłopczyka z misiem ktoś niewprawną ręką czarnym mazakiem dorysował prymitywnego ludzika. Miał patykowate ręce i nogi, a na piersi napis "Dziadek" z literą ZET napisaną lustrzanym odbiciem. Na środku widniał ślad po łzie. Była to łza mamy, która przed laty przyłapała go, jak robił ten rysunek. Teraz na fotografii pojawił się drugi ślad. Michał zdumiał się. Nie myślał, że kiedykolwiek ktokolwiek jeszcze z tego powodu się popłacze.

EGZAMIN

- To jest po prostu kretyn - tłumaczyła Aleksowi Asia, starając się go pocieszyć.

Nie było to łatwe. Nawet nie dlatego, że trójka z egzaminu z praktycznej nauki języka angielskiego oznaczała dla Aleksa, który lubił być zawsze pierwszy i najlepszy, kompletną porażkę. Bardziej dlatego, że nie znała Prusaka. Wykładowcy, który potraktował go niesprawiedliwie, choć Aleks zrobił wszystko, by dostać lepszy stopień. I to, że była to niesprawiedliwość, widzieli wszyscy z roku. Asia znała to jednak tylko z opowieści Aleksa.

* * *

O ile wszyscy wykładowcy wydali się Aleksowi przesympatyczni, o tyle magister Prusak budził niechęć właściwie od pierwszego dnia. I tę niechęć odczuwał nie tylko Aleks. Magister Edward Prusak do studentów odnosił się z wyższością i pogardą, których nie umiał ukryć. Mówił z egzaltacją, która większość przyszłych anglistów po prostu irytowała. Na dodatek co rusz podkreślał, że ukończył uczelnię na Zachodzie, dając do zrozumienia, że to czyni go lepszym od nich wszystkich, a także od innych wykładowców. Nawet tych, którzy mieli poważne tytuły naukowe.

Aleks sprawdził w internecie wykształcenie Prusaka. Rzeczywiście, magister Prusak był absolwentem Columbia University w Nowym Jorku. Czemu nie napisał doktoratu? Tego nie wiedział nikt.

Edward Prusak, mężczyzna około sześćdziesiątki, wyglądał tak, że przeważnie budził wśród studentów politowanie. Po pierwsze, na głowie miał pożyczkę, czyli włosy zaczesane z jednej strony na drugą, by przykryć łysinę. Aleks pierwszy raz w życiu na własne oczy widział taką fryzurę. Wiedział, że coś takiego mężczyźni kiedyś nosili. Widział nawet ten koszmar na kilku starych filmach w telewizji, ale na żywo zobaczył pierwszy raz i dosłownie odebrało mu mowę.

- Jak można w dwudziestym pierwszym wieku nosić takie coś na głowie? - pytał potem Asię, której musiał tłumaczyć, czym jest fryzura na pożyczkę. - Pożyczasz włosy z jednej strony i zaczesujesz na drugą.

Ale pożyczka nie była jedynym obciachem charakteryzującym wygląd Prusaka. Otóż po drugie, ubranie pana magistra zawsze wyglądało tak, jakby jego właściciel w nim spał, i to nie w łóżku z pościelą ani nawet na łóżku bez pościeli, ale na trawie lub w najlepszym razie parkowej ławce. Do nogawek jego spodni często były przyczepione liście, drobne gałązki czy igły z drzew. Karolina, drobna blondynka z Łowicza, która została wybrana starościną roku, twierdziła, że magister Prusak albo chodzi w poprzek przez trawnik, albo w ogóle nie patrzy pod nogi. Zbyt wiele razy przyszedł na zajęcia w butach tak brudnych, że na uczelnianych parkietach i posadzkach zostawiał ślady błota, a czasem nawet psich odchodów.

Uczniowie grupy Aleksa podpadli Prusakowi w styczniu. To wtedy Kacper - jeden z niewielu, z którym Aleks po kilku tygodniach dość mocno się zakolegował - zwrócił uwagę na spodnie Prusaka. Jasnobeżowe, garniturowe i niemiłosiernie wymięte miały na siedzeniu plamę. Niewielką, ale jednak plamę. Kacper na korytarzu przed zajęciami powiedział do Aleksa i kilku innych osób:

- Prusak popuszcza.

- Co popuszcza? - spytała Karolina, ale zaraz pożałowała pytania, bo odpowiedź Kacpra niemal zwaliła ją z nóg.

- No... w majtki popuszcza.

- Leje? - zdziwił się Aleks.

- Gorzej - odparł Kacper i teatralnie zatkał nos.

W słowa Kacpra nikt nie chciał wierzyć, choć chłopak zapewniał, że widział Prusaka w bufecie, bo stał za nim w kolejce po obiad, no i właśnie wtedy dokładnie się przyjrzał tylnej części Prusakowej garderoby.

- Zwróciłem uwagę na spodnie i odpadłem - wyznał Kacper i dodał: - Jak mi nie wierzycie, to sprawdźcie sami, jak przyjdzie do sali.

- Nie wierzę - powiedział Aleks.

- Zakład?

- O co? - spytał Aleks.

- O książkę - wyjaśnił Kacper.

- Jaką książkę? - zdumiał się Aleks. Po Kacprze prędzej spodziewałby się zakładu o piwo, a tu... książka. Tymczasem kumpel wyjaśnił:

- Jak wygram, to ty mi kupisz książkę, jaką zechcę, a jak ty wygrasz, to ja tobie.

Jeszcze wtedy Aleks nie wiedział, że Kacper pochodzi z biednej, wiejskiej rodziny, i fakt, że wybrał się na studia, został przez jego najbliższych odebrany jako wychowawcza klęska. Książki były mu potrzebne, ale na rodziców liczyć nie mógł. Pomysł, by wygrać je w ramach zakładu, wpadł mu do głowy zupełnie przypadkiem. Wygranej był zresztą pewien, choć Aleks, rzecz jasna, o tym również nie miał bladego pojęcia.

Gdy po kilkunastu minutach na horyzoncie uczelnianego korytarza pojawił się Prusak, wszyscy studenci pierwszego roku z grupy Aleksa niemal rzucili się, by oglądać tylną część spodni wykładowcy.

Aleksowi wystarczył jeden rzut oka, by wiedzieć, że przegrał. Tuż koło szwu czaiła się ciemna smuga.

- Masakra - szepnął do Kacpra. - On po prostu się zes... - zaczął i urwał, bo Prusak odwrócił się w ich kierunku i spojrzał z pogardą zmieszaną z nienawiścią.

"Czyżby usłyszał?" - przemknęło Aleksowi przez głowę.

Na tych zajęciach miało być kolokwium. Aleks nie bał się. Znał już kartkówki Prusaka. Kilka pytań, do których trzeba było dobrać prawidłową odpowiedź. Nagle... w czasie sprawdzianu Prusak odebrał telefon. Ktoś pilnie wzywał go do domu w jakiejś niecierpiącej zwłoki sprawie. Aleks zrozumiał, że w mieszkaniu Prusaka jest jakaś awaria. Prusak, na oczach całej grupy, rozpoczął wydzwanianie do koleżanek i kolegów z wydziału z prośbą, by przyszli go zastąpić na sprawdzianie i popilnowali studentów, by ci nie ściągali. Prusak miał obsesję na punkcie ściągania. Na co drugich zajęciach opowiadał, że w Stanach Zjednoczonych nikt nie ściąga, że takie nieuczciwe praktyki ludzie mają tam w pogardzie.

Teraz Aleks kątem oka obserwował, jak wykładowca miota się wokół biurka, wykonując kolejne telefony. Niby mówił szeptem, ale wszyscy obecni w sali wiedzieli jedno: facet ma kłopot ze znalezieniem zastępstwa, a to był dla nich sygnał, że nikt go nie lubi. Wreszcie powiedział do słuchawki "dziękuję", ale po chwili ku zdumieniu wszystkich w progu sali nie pojawił się żaden wykładowca, tylko pan Sławek z sekretariatu. Prusak podziękował mu, polecił zebrać prace i zostawić w sekretariacie, po czym ruszył w kierunku drzwi. Aleks myślał, że już wyszedł, gdy rzucił do Kacpra teatralnym szeptem:

- Może sobie te zafajdane spodnie wreszcie upierze.

- Wreszcie! Co? Też zauważyłeś, że to musi być plama nie z dziś? - odparł Kacper, a wtedy zza pleców ich obu dał się słyszeć głos Prusaka.

- Panowie niech się lepiej skupią na pracy - wysyczał wściekle pan magister i wyszedł z sali.

* * *

Z tego ostatniego w semestrze kolokwium wszyscy dostali dobre stopnie. Ale egzamin nie polegał już na zaznaczeniu właściwej odpowiedzi. Gdy Prusak podał wyniki, Aleks ze zdumieniem zobaczył, że dostał trójkę. Niedobrze. Trója krzyżowała plany i marzenia o stypendium naukowym, które bardzo by mu się przydało.

Wykładowca wywiesił kartkę z punktacją na tablicy przy sekretariacie i wszedł do środka. Wtedy wyniki z egzaminu mogli przeczytać wszyscy. Szybko okazało się, że zaprzyjaźniona z Karoliną Michalina, która miała taką samą liczbę punktów co Aleks, dostała czwórkę. Z kolei Kacper miał tyle samo punktów co Karolina, której Prusak postawił tróję, a on miał postawione trzy z dwoma minusami.

- Jest w ogóle taki stopień? - spytał głośno, pokazując palcem ocenę przy swoim nazwisku.

- Idźcie do niego i pokażcie mu, że się pomylił - powiedziała Michalina, jeżdżąc palcem po kartce z wynikami.

- A jeśli tobie obniży? - spytał Aleks.

- Raczej nie - stwierdziła Michalina i pokazała, że punkt więcej dawał już czwórkę z plusem, dwa więcej piątkę z minusem. - Moim zdaniem to po prostu pomyłka.

W tym momencie w drzwiach sekretariatu pojawił się Prusak. Posłał swoim studentom mordercze spojrzenie i poszedł.

Wieczorem wszyscy spotkali się na piwie w Bierhalle na Piotrkowskiej. Aleks położył przed Kacprem na stole wydane w jednym tomie obie części Alicji w Krainie Czarów w oryginale, bo to właśnie taką książkę zażyczył sobie Kacper. Zdobycie jej nastręczyło Aleksowi sporo trudności, ale koniec końców udało mu się kupić egzemplarz, i to na dodatek nowy.

- Wkurzyło mnie to z tróją - powiedział.

- Ja bym na twoim miejscu poszła do niego i pokazała, że się pomylił. Słyszysz, Aleks? - Michalina szturchnęła go łokciem. - Idź do niego jutro.

- Raczej w poniedziałek - poprawił Aleks i popadł w zadumę.

- Czemu w poniedziałek?

- Muszę przemyśleć sprawę. Naradzę się z Aśką.

- Przecież ona nie zna Prusaka.

- Nic nie traci - zauważył Kacper i dodał: - Lepiej nie idź.

- A co? Nie chcesz zostać sam z tróją?

- Na szynach! - wykrzyknęła Karolina i zachichotała.

Ale Kacprowi nie było do śmiechu. Siedział przy stole poważny jak nigdy, gładząc przy tym okładkę książki, którą wygrał od Aleksa.

- Jedyny jasny punkt dzisiaj - powiedział w zamyśleniu.

* * *

- To kretyn jest - powiedziała Asia. - Jak można się tak pomylić i jednej osobie dać tróję, a drugiej czwórkę, kiedy obie mają tyle samo punktów. No kretyn.

- Kretyn nie kretyn, ale przez tę tróję tracę szanse na stypendium naukowe.

- No to pójdź do niego wyjaśnić sprawę.

- Myślisz?

- No pewnie! - Aśka, przysunąwszy się do chłopaka, dodała: - A teraz przestań już myśleć o panu Prusaku. Jestem tu. Nie zauważyłeś?

Aśka wtuliła się pod pachę Aleksa. Tak objęci spędzili wieczór, oglądając jakiś brytyjski serial bez napisów i bez lektora. Pomysł Aleksa, by sprawdzić swoją znajomość angielskiego. Było ciężko. Ach, te akcenty!

* * *

Gdy w poniedziałek Aleks chciał zapukać do pokoju, w którym urzędował zazwyczaj magister Prusak, drzwi nagle otworzyły się i ze środka wyszedł Kacper.

- Co ty tam robiłeś? - spytał zdumiony Aleks.

- Chciałem go spytać, kiedy będzie drugi termin egzaminu.

- Przecież już go zdałeś.

- Nie zdałem.

- No przecież dostałeś trzy, wprawdzie na szynach, ale trzy - przypomniał Aleks.

- Daj spokój. - Kacper pociągnął Aleksa za rękaw. - Chodź stąd.

- Ale ja chcę wyjaśnić sprawę swojego stopnia...

W tym momencie drzwi pokoju Prusaka otworzyły się i magister z pożyczką na głowie stanął w nich, a na twarzy jego malował się triumfalny uśmiech.

- Pan do mnie? - spytał Aleksa.

Odezwał się takim tonem, że Aleks zaprzeczył. Bąknął, że przyszedł po kolegę i wraz z Kacprem oddalili się spod drzwi gabinetu Prusaka.

- Nie chciałem tego wczoraj mówić - tłumaczył się Kacper, gdy stanęli przy automacie z napojami. - Ja po zajęciach, a przed naszym spotkaniem na piwie, zobaczyłem go na przystanku. Podszedłem i powiedziałem, że mam prośbę, by zajrzał w moją pracę jeszcze raz, bo mam tyle samo punktów co koleżanka, a stopień niższy.

- I co?

- I ta menda uśmiechnęła się i wróciła na uczelnię, a po dwóch godzinach dostałem maila, że bardzo mi dziękuje za uwagę, bo dzięki temu przeczytał moją pracę uważnie jeszcze raz i znalazł jeszcze trzy błędy, co powoduje, że jednak tego egzaminu nie zdałem.

- Żartujesz!

Aleksa dosłownie zamurowało. Stał przez chwilę przy automacie i nie odbierał kawy, choć maszyna dawno wydała stosowny dźwięk.

- Bierze pan czy nie? - spytał go jakiś głos obok.

Aleks podniósł wzrok. Obok stał pan Sławek z sekretariatu. Mężczyzna najwyraźniej słyszał rozmowę chłopaków, bo wrzucając monety do automatu, powiedział:

- Prusakiem się nie przejmujcie. Jest tak paskudny jak jego nazwisko. I na dodatek musimy go tu trzymać mimo braku doktoratu, bo jest już w tym wieku, że jest objęty ochroną przedemerytalną. A pan, panie Kacprze, niech się po prostu lepiej przygotuje i zda. Potem nie będzie pan już miał z nim do czynienia. To jedyny taki facet tutaj. I jedyny taki egzamin, który można zdać, a pięć minut później dowiedzieć się, że się go jednak nie zdało. Szukanie błędów, gdy ktoś podważy ocenę, to jego stały numer. Co roku minimum jedna osoba pada ofiarą tego jego prześmiesznego żartu, jak sam nazywa wystawianie różnych stopni mimo tej samej liczby punktów.

To powiedziawszy, pan Sławek wziął z automatu swoją kawę i powolnym krokiem oddalił się w stronę sekretariatu, zostawiając Aleksa i Kacpra w zupełnym osłupieniu.

WEDEL

- Nie wiesz, co to jest życie! I co dla zwykłych ludzi jest ważne - powiedział Michał do Spytka.

Siedzieli w domku w Zakopanem, gdzie całą czwórką przyjechali na ferie. Kawalarka, czyli kabaret Ewy, Spytka i jego dziewczyny Ani, miał mieć dwa występy w miejscowych knajpach. Jeden tu, w zimowej stolicy Polski, czyli w Zakopanem, a drugi w Białce Tatrzańskiej.

Michał pojechał z nimi, by nie rozstawać się z Ewą, a poza tym jako kabaret potrzebowali samochodu, by przewieźć zarówno stroje, jak i rekwizyty, a autem dysponował tylko on, bo jesienią zrobił prawo jazdy i dostał od mamy jej stare seicento. Wprawdzie podróż do Zakopanego tak małym samochodem w cztery osoby z bagażami okazała się wyjątkowo męcząca, ale... po wielu godzinach, z których połowa przypadła na stanie w korku na zakopiance, dojechali.

* * *

Wyprawa miała stanowić tak zwane połączenie przyjemnego z pożytecznym, bo oprócz występów kabaretu całą czwórką mieli po prostu pojeździć w ferie na nartach. Miejsce w Zakopanem załatwiła Ania. Były to pokoje gościnne u gaździny, u której zatrzymywała się wraz z rodzicami w dzieciństwie. I to Ania powiedziała, że najlepiej, by pewne produkty przywieźli ze sobą, bo w Zakopanem w sezonie zimowym jest drogo.

Zakupy mieli zrobić Michał z Ewą i po prostu zostawić je w samochodzie. Dlatego w piątkowe popołudnie oboje wylądowali w zatłoczonym hipermarkecie w centrum handlowym na Wileńskiej.

- Cześć, Michał! - usłyszał koło siebie znajomy głos.

Spojrzał w bok, ale wypowiadający te słowa nawet się nie zatrzymał. Poszedł dalej. Michał przez chwilę zastanawiał się, kto kryje się pod zawadiacko założoną czapką z daszkiem, ale postać zniknęła między regałami. I dopiero, gdy dobiegło go drugie "cześć, Michał", ale nadciągające z zupełnie innej strony, skojarzył postaci. Pierwsze "cześć, Michał" wypowiedział zezowaty Edzio, a drugie szczerbata Julia, co poznał po tym, że mówiąc "cześć", charakterystycznie zaświstała. Brak dolnych zębów powodował, że nie mówiła zbyt wyraźnie.

- Co to za ludzie? - spytała Ewa, przeglądając na regale puszki z konserwami i gotowymi daniami w słoikach. - Leczo i grochówa to dobry pomysł, prawda? - dodała, nie czekając na odpowiedź.

Ta zresztą nie nadchodziła, bo Michał nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Na szczęście Ewa skupiła się na wybieraniu gotowych potraw z kolejnych regałów i więcej nie pytała. Określenie "koledzy z Wedla" nie bardzo mogło mu przejść przez gardło. Zwłaszcza od kiedy bardziej poznał fabryczne towarzystwo. Cóż... pierwsze spotkanie z nimi w pokoju socjalnym fabryki Wedla było dla Michała prawdziwym szokiem.

* * *

Pierwszą w ich gronie znajomych osobą, która na studiach podjęła dodatkową pracę, była Kinga. Apteka nie do końca spełniła jej oczekiwania, bo właściwie ciągle coś sprzątała, układała albo liczyła, ale z sobotnich przedpołudni była w sumie zadowolona. Praca w aptece jest na pewno ciekawsza od bycia nauczycielką, o czym przez chwilę myślała jeszcze w gimnazjum.

Czarny Michał, dzięki rencie po ojcu i oszczędnościom w banku, pracować nie musiał, ale... rozmyślał nad jakimś zajęciem, które i jemu przynosiłoby zastrzyk gotówki zapracowany, a nie darowany. Na razie jednak nie wymyślił nic poza robieniem zdjęć na ślubach, choć w tej dziedzinie miał sporą konkurencję.

Ewa dorabiała kabaretem, choć wcześniej nikt z ich trójki nie podejrzewał, że będzie można na tym zarobić. Jednak już we wrześniu okazało się, że jeden występ w miesiącu przynosił ich kabaretowej ekipie dochód będący równowartością kieszonkowego, a ponieważ czasem trafiały się nawet dwa występy, cała trójka mocno chwaliła sobie pomysł powołania do życia Kawalarki.

Bez pracy był Biały Michał i nie miał pomysłu, gdzie się zaczepić. Chciał w jakimś wydawnictwie publikującym komiksy, ale w trzech usłyszał, że zapraszają z licencjatem, a bez licencjatu może przyjść na bezpłatne praktyki, więc na razie dał sobie spokój. Nie o to mu chodziło. Chciał mieć swoje pieniądze, a nie tylko te, które dawali mu rodzice.

W pobliskiej fabryce Wedla zaczepił się przypadkiem. Jesienią z Ewą i Maćkiem poszli w czasie niedzielnego spaceru na Kamionek. Namówił ich Maciek. Chciał zobaczyć cmentarz Kamionkowski, o którym sporo wiedział, ale nigdy mu się nie przyjrzał. Cmentarz obejrzeli szybko, bo było to zaledwie kilkadziesiąt nagrobków. Ale ten dzień do najcieplejszych nie należał, więc... w końcu zmarznięci wylądowali w jednej z grochowskich rogatek. Tu mieściła się cukiernia Wedla. Pytanie o to, jak też może wyglądać praca w pobliskiej fabryce, zadał Maciek. Potem wywiązała się dysputa, czy to praca ciężka, czy nie. Kumple kłócili się zażarcie, bo mieli przeciwne zdania. Maciek twierdził, że ciężka, a Biały Michał, że lekka. Jak rozwiązać ten spór? Najpierw chcieli obaj zatrudnić się, by osobiście sprawę zbadać i ocenić, ale Ewa słusznie zauważyła, że i tak każdy pozostanie przy swoim zdaniu.

- Ja nie mogę, bo załatwiam sobie robotę w kinie w Iluzjonie - poinformował Maciek, przypominając przy tym, że studiuje kulturoznawstwo i szuka czegoś związanego z kierunkiem studiów. No i na koniec dorzucił: - Michał, ty powiedziałeś, że chcesz jakąkolwiek dodatkową pracę. Idź do Wedla, skoro twierdzisz, że to taka lekka robota...

- Spacerkiem przez park... - dodała Ewa zachęcająco.

- No ale jak to pogodzić ze studiami? - spytał nagle Michał, któremu trudno było się przyznać nawet przed sobą, że może przesadził co do lekkości tej pracy.

- Na pewno mają nocne zmiany, a poza tym prawdziwi herosi Marvela zawsze ciężko pracują - stwierdziła Ewa i poklepała go po ramieniu.

- Przecież tu jest lekka praca - zażartował Maciek i mrugnął znacząco.

- Niektórzy herosi Marvela są milionerami... - bąknął pod nosem Michał, ale Ewa chyba nie usłyszała, bo w tym momencie rzuciła:

- Może przyniesiesz trochę słodyczy? Ja najbardziej lubię wafle torcikowe.

* * *

Załatwienie pracy nie było tak trudne, jak się Michałowi zdawało. Ewa bez problemu znalazła mu przyjmującą studentów agencję pracy tymczasowej, która obsługiwała Wedla, zapewniając fabryce zastępstwa za pracowników etatowych, gdy ci nagle zachorowali. Dzięki temu produkcja mogła trwać nieprzerwanie.

Michał nie mógł się już wykręcić. Zwłaszcza gdy odebrał wyniki badania na nosicielstwo, z których wynikało, że jest zdrowy i może pracować przy słodyczach. Wedel, jak każda fabryka pracująca non-stop, działał w systemie trzyzmianowym. Robotnicy mieli więc zmiany albo od szóstej rano do czternastej, albo od czternastej do dwudziestej drugiej, albo nocami od dwudziestej drugiej do szóstej rano. Przeważnie chętnych potrzeba było właśnie na noce, a nocne godziny pracy zupełnie nie kolidowały z zajęciami na uczelni Michała.

Pierwszy raz do pracy poszedł w grudniu jeszcze przed świętami. Przekonany, że nocne układanie czekoladek lub cukierków to nic takiego, nawet się nie wyspał.

"Jakoś to będzie" - pomyślał, gdy przekraczał próg fabryki.

Już na wstępie otrzymał specjalne ubranie. Wiedział o nim, bo przecież wcześniej uczestniczył w specjalnym szkoleniu BHP, podczas którego usłyszał, że w fabryce trzeba przebywać w odzieży roboczej, na głowie mieć specjalne nakrycie, by włosy nie wpadały do jedzenia, nie wolno mieć na sobie biżuterii, a jeśli się ją ma, to zamykać w szafce. Niepotrzebny jest nawet zegarek, bo te i tak wiszą w każdej z fabrycznych hal produkcyjnych, by pracownicy nie tracili poczucia czasu.

Usłyszał też wtedy, że do pracy trzeba przychodzić trzeźwym. Bardzo go to ubawiło. Zwłaszcza że szkolącym był jakiś młody Wietnamczyk, który kulawym polskim tłumaczył, jakie są skutki spożywania w pracy alkoholu. Opowiedział przy tym kilka anegdot, z których Michał zapamiętał jedną, bo szkoleniowiec zilustrował ją, korzystając z tablicy magnetycznej z kolorowymi flamastrami. Historia dotyczyła młodego człowieka, który pił alkohol w zakładzie pracy na drugim piętrze i chciał z tym alkoholem schować się przed nadchodzącym szefem. Na tablicy młody szkoleniowiec narysował więc plan korytarza, a potem widok budynku z oknem. Michałowi wydało się to bardzo zabawne, nawet... komiksowe. Po chwili szkoleniowiec grobowym głosem powiedział:

- Gdy sief zaciął się zbliziać do placiownika, to on baldziej psitulił się do siba i... - W tym momencie szkoleniowiec zawiesił głos, starając się nadać swojej opowieści jeszcze bardziej tragiczny ton, a potem narysowawszy grubą strzałkę wiodącą od namalowanego okna na drugim piętrze budynku do ziemi, zakończył tragicznym głosem: - Śpadł ź dlugiego piętla na ziemia i się połamać. A siba i alkohol źbić. I nie mógł juź pić. W śpitalu musiał lezieć!

Michał ryknął śmiechem, aż wszyscy pozostali uczestnicy szkolenia z zasad bezpieczeństwa i higieny pracy spojrzeli na niego z dezaprobatą.

Teraz jednak nie było mu do śmiechu. Z minuty na minutę, z godziny na godzinę przekonywał się, że robota w fabryce to nie bułka z masłem ani kaszka z mlekiem, a zajadane ze smakiem słodycze to wynik ciężkiej pracy całej rzeszy ludzi, którzy w fabryce uwijali się niczym mrówki. Tego pierwszego dnia Michała posadzono w dziale zajmującym się produkcją sezamków. Lubił sezamki. Twarde karmelowe tabliczki z ziarnami sezamowymi zawsze mu smakowały. Teraz przez osiem godzin siedział przy taśmie i rękoma obleczonymi w niebieskie rękawiczki obłamywał rogi sezamkowej płachty. Koleżanki i koledzy byli wprawdzie zdumieni, że robi to oburącz, ale jakoś wydawało mu się, że używanie jednej ręki zwalnia pracę. W hali produkcyjnej puszczano muzykę. Dla Michała obcą, ale ze zdumieniem stwierdzał, że wszyscy wokół znają teksty piosenek, których twórcy śpiewali: "Żono moja, serce moje, nie ma takich jak my dwoje" albo: "O, Małgorzato, co ty na to, żeby na lato kupić saturator". Po jakimś czasie zaczął żałować, że nie wziął ze sobą zatyczek do uszu, bo piosenki zaczęły doprowadzać go do szału.

Michał już tego pierwszego dnia zorientował się, że lepiej koleżankom i kolegom z pracy nie mówić, że studiuje. Pomógł mu w tym Edzio, zezowaty dwudziestopięciolatek, który szybko powiedział, że będzie tu pracował, dopóki nie wygra w totka lub na automatach.

- A ty? - spytał Michała.

- Jeszcze nie wiem. Najpierw muszę zrobić licencjat.

- Jaki licencjat? - spytał Edzio. - Jak Bond? Na zabijanie?

- Raczej zawijanie - wyjaśniła Julia i sepleniąc, powiedziała, że do obsługi maszyny zawijającej cukierki potrzebne jest specjalne przeszkolenie. Michał dopiero po chwili zorientował się, że kobieta, która na pewno nie przekroczyła czterdziestego roku życia, kompletnie nie ma zębów.

Z rozmowy szybko wynikło, że poza nim nie ma w fabryce żadnego studenta. A wspólnych tematów z pracującymi tu ludźmi również prawie nie ma.

Gdy w niedzielny poranek o szóstej trzydzieści otworzył drzwi mieszkania, padł na łóżko bez mycia i rozbierania się. Przedramiona bolały go tak strasznie, że nie był w stanie nawet wymyć zębów. Zasnął niemal natychmiast, niezdarnie naciągając na siebie kołdrę. Gdy trzy godziny później mama zajrzała do pokoju i chciała go przykryć, wymamrotał przez sen:

- Jestem trup... - i ponownie zapadł w sen, w którym cały czas odłamywał boki w sezamkowych płachtach.

* * *

Każdy dyżur w Wedlu był dla Michała niespodzianką. Przede wszystkim z tego względu, że robił różne rzeczy i szybko okazało się, że to jednak Maciek miał rację: praca przy produkcji czekoladek to nie jedzenie ptasiego mleczka. To orka na ugorze.

Chwilę zajęło mu przyzwyczajenie się do fabrycznego slangu, ale dość szybko nauczył się, że "słonina" to po prostu nadzienie do ptasiego mleczka, które równo szło taśmą, a potem cięte na kostki było oblewane czekoladą. W miarę szybko pojął obowiązujące tutaj obyczaje. Wynosić z fabryki nie wolno było nic. Na bramce ich kontrolowano i zaglądano do siatek. Dlatego już na drugi dyżur Michał przyszedł bez niczego. Nawet telefon komórkowy zostawił w domu. Potem, w mroźne dni, kiedy przyjeżdżał samochodem, wszystkie swoje rzeczy osobiste zostawiał w bagażniku zaparkowanego przed fabryką auta.

Nie podjadał za wiele, choć wolno było, bo od słodyczy szybko dostawał mdłości. Inni też nie podjadali za bardzo, bo każdemu to wszystko już się przejadło, ale... jedną rzecz niektórzy uwielbiali zanadto. To baryłeczki z alkoholem. Michał szybko dowiedział się, że spożycie więcej niż trzech baryłeczek może powodować podwyższone stężenie alkoholu we krwi i wyrzucenie z pracy. Najpierw się śmiał, ale potem... zrozumiał, czemu fabryka zatrudnia nie tylko ludzi na etacie, ale też takich jak on. Po prostu minimum raz w tygodniu zdarzało się, że etatowy pracownik albo przychodził pijany, albo spijał się na hali fabrycznej baryłeczkami i... dostawał albo naganę, albo wręcz tracił pracę.

Największym szokiem byli dla niego jednak pracujący tu ludzie. Gdy myślał o nich, dochodził do wniosku, że właściwie ich jedynym celem jest wygrać pieniądze.

- Nawet nie zdobyć! - tłumaczył kiedyś Maćkowi, gdy spotkali się na partyjkę szachów. - Oni nie chcieliby lepiej zarabiać. Oni chcieliby iść ulicą i znaleźć nikomu niepotrzebną walizkę ze złotem.

- No ale taką walizkę trzeba zgłosić - zauważył Maciek.

- To im powiedziałem.

- No i co?

- Edzio był w szoku. Jego zdaniem jak coś leży na ulicy, to jest niczyje. Nawet jak w środku jest wizytówka czy dokumenty. Jak mu mówiłem, że gdyby sam zgubił, toby chciał, by ktoś mu zwrócił, to się zaśmiał, że jest tak biedny, że nie ma co gubić. A ci, którzy mają co gubić, to od tej jednej zguby nie zbiednieją.

- No ale często w mediach jest o znaleźnym... - zaczął Maciek, ale Michał mu przerwał.

- Człowieku! W jakich mediach! Oni nie czytają prasy, a w telewizji nie oglądają żadnych programów informacyjnych! Facebook służy im do publikowania głupot.

- To o czym gadają?

- O imprezach, o tym, kto ile wypił i co wypił, o seksie. Czasem dziewczyny o ślubach. A faceci o tym, który bokser ma cięższą łapę.

- Który bokser ma cięższą łapę?

- Człowieku! Raz była taka kłótnia o to, kto komu stłukł pysk, bo żaden z nich tej walki nie oglądał, ale jedni byli za jednym bokserem, a drudzy za drugim.

- No i jak się skończyło?

- Nijak. Nie doszli do porozumienia, a gdy potem w domu sprawdziłem, który wygrał, i po tygodniu zagadnąłem o to, czy wiedzą, to okazało się, że nadal nie wiedzą, jaki był wynik, ale to już nie jest ważne. Tego dnia była afera o piłkę nożną.

- Czyli na mecze chodzą?

- Raczej oglądają w telewizji, choć nie wiem, czy do końca w trzeźwości.

- Masakra - podsumował Maciek i wracając do gry, rzucił: - Czyli jednak praca ciężka?

- To taka siłownia, za którą jeszcze mi płacą - wyjaśnił Biały Michał i spojrzał na planszę. Jego sytuacja nie była zbyt wesoła. Jeszcze kilka ruchów i Maciek postawi mu mata.

* * *

Gdy w ferie zimowe wylądowali z Kawalarką w Zakopanem, Michał był po zaliczeniach, egzaminie, a dodatkowo dwóch nockach w Wedlu z rzędu, no i... kilku godzinach prowadzenia samochodu. Nic więc chyba dziwnego, że po prostu padł. Następnego dnia Ewa próbowała go budzić, by wstawał na stok, ale bąknął tylko:

- Zostaw. Jestem trup. Idźcie beze mnie.

Gdy po pięciu godzinach cała trójka wróciła zmarznięta na kwaterę, Michał dopiero się mył i nadal nie miał na nic siły. Stało się to nawet przedmiotem drwin reszty towarzystwa, co mocno go ubodło, bo w drwinach wzięła też udział Ewa, wypominając mu, że przecież twierdził, iż praca w Wedlu jest lekka.

Nie chciał tego komentować. Nawet nie dlatego, że musiałby przyznać, że się przeliczył w ocenie, ale cały czas myślał o ostatnich wedlowskich rozmowach. Na szczęście Ewa z Anką i Spytkiem szybko przeszli do omawiania repertuaru Kawalarki i gotowania obiadu, na który miała składać się między innymi grochówka z puszek i pieczony kurczak. On zajął się obieraniem ziemniaków i tak został sam na sam ze swoimi myślami ostatniej przed wyjazdem noce w Wedlu.

Rozmawiali o feriach i wspominali sylwestra. Szczerbata Julia nagabywana przez Michała, by powiedziała, gdzie się bawiła, przyznała, że nie wychodziła z domu. A na pytanie dlaczego z rozbrajającą szczerością odparła, że nie chciała wychodzić, by "nie dostać w mordę".

- Jak to w mordę? Czemu akurat... - Michał nie bardzo rozumiał, dlaczego wyjście kobiety w sylwestrową noc na jakąś imprezę miałoby się koniecznie łączyć z dostaniem w mordę, ale nie dokończył pytania, bo w tym momencie Edzio kopnął go w kostkę.

Michał urwał. Pytanie, które pozostało bez odpowiedzi, padło na hali w czasie obrywania sezamków, która to czynność Michałowi już się znudziła, ale niestety co jakiś czas zleceniodawca wysyłał go właśnie na ten dział. Teraz Julia uciekła gdzieś wzrokiem, a po chwili zaczęła podśpiewywać sączącą się z głośników piosenkę, którą Michał po prostu już rzygał: "Żono moja, serce moje. Nie ma takich, jak my dwoje". Twarz Julii wydała się przy tym rozmarzona, co w zderzeniu z tym, że była szczerbata i śpiewając, sepleniła bardziej niż wtedy, gdy mówiła, czyniło w pojęciu Michała tę scenę jeszcze bardziej groteskową.

Dopiero potem w pokoju socjalnym Michał usłyszał od Edzia, że Julka nie nadaje się do wychodzenia z domu na imprezy, więc siedzi w domu albo łazi do sąsiadów.

- Po alkoholu jest agresywna i dlatego zębów nie ma - powiedział Edzio i dodał: - Raz poszła u nas do klubu i ktoś jej tak sklepał ryja, że połowę kłów wypluła. Zresztą za chlanie odebrano jej dziecko, które jest w domu dziecka. Opanowała się, więc znalazła tu pracę i stara się dzieciaka odzyskać, ale czarno to widzę, bo nadal puszcza się na lewo i prawo.

- A ojciec dziecka? - spytał Michał.

- A kto tam wie, kto jest jego ojcem? To znaczy ona może wie, ale się nie przyzna, bo pewnie powodu do chwały i tak nie ma.

- Skąd to wiesz?

- A bo my oboje z Tłuszcza. Tam się wszyscy znają - wyjaśnił Edzio i spytał: - A ty skąd?

- Stąd... to znaczy z... Pragi - powiedział Michał i uświadomił sobie, że pierwszy raz w życiu nie chciał przyznać się do mieszkania na Saskiej Kępie, ale uznał, że tym ludziom lepiej nie mówić, że mieszka się w ekskluzywnej dzielnicy.

Gdy teraz w wynajętym u gaździny pokoju siedzieli nad ukończonym wreszcie obiadem, jego myśli krążyły wokół Wedla i szczerbatej Julii, która marzyła o wielkiej miłości, puszczając się, jak wynikało z opowieści zezowatego Edzia, na lewo i prawo.

- Dla zwykłych ludzi ważna jest kasa - stwierdził Syptek, kontynuując najwyraźniej jakąś wcześniejszą rozmowę z Ewą i Anią.

- Skąd to wiesz? - spytała Ania.

- I kto to jest według ciebie ZWYKŁY CZŁOWIEK - dorzuciła Ewa.

- No taki... zjadacz chleba.

- Wszyscy jesteśmy zjadaczami chleba - zauważyła Ewa, urywając sobie piętkę, by wytrzeć nią do sucha dno talerza po grochówce. - Widzisz? Zjadam chleb! Uwielbiam chleb! - Była wyraźnie głodna. - A znacie dowcip o dwóch dziadkach? Jak jeden drugiemu radził, że na potencję najlepszy jest ciemny chleb? - Ponieważ odpowiedziało jej milczenie, odstawiając talerz po zupie i nakładając sobie ziemniaki, kontynuowała: - "Naprawdę pomaga?" - zdziwił się ten drugi, ale tego samego dnia poszedł do sklepu i poprosił ekspedientkę o ciemny chleb. "Krojony czy w całości?" - spytała ekspedientka. Dziadek na to zdziwiony spytał ją, co to za różnica, a ekspedientka mówi: "Jak chleb jest krojony, to szybciej twardnieje". W tym momencie zrozpaczony dziadek do siebie: "Boże! Czyli wszyscy wiedzieli!".

- Możemy zrobić taki skecz, ale pogadamy o tym później - stwierdził Spytek i dodał, jakby się tłumacząc: - Mówiąc o zwykłych zjadaczach chleba, miałem na myśli ludzi pozbawionych ambicji.

- Przecież każdy ma jakieś ambicje - odezwała się Ania.

- Ale jemu pewnie chodzi o tak zwane wyższe ambicje, a te mają nie wszyscy. - Głos milczącego dotąd Michała sprawił, że cała trójka spojrzała w jego kierunku.

- Co masz na myśli?

- Nic. Tyle tylko, że są ludzie, których jedyną ambicją jest przeżyć.

- Przeżyć? Ale co? - Spytek spojrzał na Michała, nic nie rozumiejąc.

- Przeżyć kolejny dzień albo dotrwać do końca miesiąca - wyjaśnił Michał.

- O czym ty mówisz? - spytała Ewa, nic nie rozumiejąc.

- O Wedlu - odparł Michał, wzdychając ciężko. - Naprawdę fajne miejsce - dodał z przekąsem. - I wiecie co? Ono niesamowicie uczy pokory. No i paradoksalnie najbardziej tego, żeby się w życiu jak najwięcej kształcić i nie skończyć jak ci ludzie tam.

Michał dopiero teraz zrozumiał, co go tak naprawdę w koleżankach i kolegach z fabryki przerażało. To, że miał często wrażenie, że oni nie mają już marzeń, a jeśli nawet mają, to nie robią nic, by je spełnić, tylko biernie czekają na cud. A on, będąc od nich tyle młodszy, wie, że ten ich cud nigdy nie nastąpi.

Gdy tego wieczora w zakopiańskim klubie występował kabaret Ewy, Ani i Spytka, rozglądał się po sali, czy są tam twarze podobne do tych, które widywał w fabryce. Nie znalazł ani jednej. A więc miał rację, przypuszczając, że to ta szara strefa, która nie chodzi do teatru, klubu, kina, a w telewizji ogląda niewybredną rozrywkę. I nagle doszedł do wniosku, że jest potwornie wszystkim przemęczony, bo oto w głowie coś mu zaśpiewało piosenkę. A choć starał się odpędzić to od siebie, to słyszał ją w wykonaniu sepleniącej Julii: "Żono moja, serce moje...".

FACEBOOK

- Chciałem ci powiedzieć, że już wiem... - Maciek chyba piętnasty raz zaczynał to krótkie zdanie, ale jakoś nie umiał go napisać.

Pamiętał, że wtedy w stosunku do tego chłopaka nie zachował się zbyt elegancko. Czy odzywanie się do niego po takim czasie nie będzie odebrane jako nietakt? Z drugiej strony to była ostatnia nadzieja. Jak zagadać? Pomysł miał idiotyczny, ale może skuteczny?

* * *

- Gdzie to jest? Na Fejsie? To zaraz sprawdzę - powiedział Maciek i gdy tylko odłożył słuchawkę, pochwycił spojrzenie Marty.

Siedzieli u niego w pokoju i grali w szachy. Pogoda była tak ohydna, że zrezygnowali z wyjścia do pubu, gdzie pierwotnie mieli spotkać się z Olkiem i Kamilą. - Czemu tak patrzysz?

- Mówiłeś, że nie masz konta na Fejsie...

- Musiałem założyć.

- Jak to musiałeś?

- Normalnie. - Maciek wzruszył ramionami i przesunął pionek na planszy, jakby nic się nie stało.

Dostanie się na studia wymusiło na nim założenie konta na Facebooku. Szybko bowiem okazało się, że właściwie wszyscy wykładowcy lektury podają studentom skupionym w specjalnej grupie na portalu społecznościowym. Również tam wrzucają linki do informacji o filmach, książkach czy wystawach, które trzeba zobaczyć. Przez Facebooka odwołują zajęcia, a także zmieniają terminy kolokwiów czy egzaminów. Maciek założył więc konto, ale portalu nie wykorzystywał do niczego więcej, jak tylko do komunikowania się z ludźmi z roku i odbierania informacji dotyczących zajęć.

- Czemu tak patrzysz? - spytał Maciek.

- No ten Facebook...

- Co?

- Nie powiedziałeś? Czemu?

- Bo to mało istotne jest - stwierdził Maciek i zbił gońca Marty.

- Jak to mało istotne?

Przez ostatnie tygodnie bardzo zbliżyli się do siebie. Marta coraz mocniej czuła, że zależy jej na Maćku, i szukała w jego zachowaniu potwierdzenia, że jemu na niej też. Informacja, że ma konto na Facebooku, a ona o tym nic nie wie, sprawiła jej przykrość. Była w jej pojęciu dowodem na to, że Maciek ma ją gdzieś. Przestała skupiać się na grze i po chwili dostała mata.

- Martuś? Co ci chodzi po głowie? - spytał Maciek i przesiadłszy się koło dziewczyny, objął ją ramieniem i mocno przytulił. - Mam w dupie tego Facebooka, bo widzę, że to straszny złodziej czasu. Założyłem, bo mamy na roku grupę i...

Nie dokończył. Marta położyła mu palec na ustach. Pocałował opuszek.

- A próbowałeś szukać przez Facebooka Małgosi? - spytała, patrząc mu w oczy.

- Nie - przyznał zaskoczony.

- To może sprawdź - powiedziała i ruchem głowy wskazała stojący na biurku komputer.

Maciek się jednak nie ruszył. Nie puścił też dłoni Marty, tylko bawił się jej palcami. Miała ładne, zadbane dłonie o wąskich paznokciach pomalowanych bladoróżowym lakierem.

- No, sprawdź.

- Nie będzie jej tam.

- Skąd wiesz?

- Bo wtedy można by ją było znaleźć.

- Ale może jest pod jakimś pseudonimem? - podpowiedziała Marta.

- Czemu ci tak zależy, bym to sprawdził? - spytał i ująwszy jej twarz pod brodę, spojrzał głęboko w oczy. Zacisnęła usta. - No, powiedz.

- Bo chciałabym mieć pewność, że to, co jest między nami, to coś ważnego...

- I uważasz, że jak sprawdzę na Facebooku, czy jest tam Małgosia, to właśnie to da ci taką pewność? - Maciek był zdumiony.

Marta zaśmiała się.

- Nie... pewność da mi dopiero moment, kiedy ją odnajdziesz, a jednak wybierzesz mnie... - Ostatnie słowo powiedziała tak cicho, że Maciek z trudem je dosłyszał, ale jednak dosłyszał. Przytulił Martę mocno do siebie i trwali tak przez chwilę, dopóki nie oderwał się od niej, by powiedzieć krótkie:

- Chodź, poszukamy Małgosi. Przy okazji przeczytam tę wiadomość na grupie.

Informacja dotyczyła Oscarów. Wykładowca od filmoznawstwa prosił, by prześledzili, jakie filmy na przestrzeni dziesięcioleci dostawały Oscara. W końcu zbliżało się rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej i o tym mieli dyskutować na zajęciach. Oczywiście pod informacją od razu rozgorzała dyskusja koleżanek i kolegów, którzy prześcigali się w komentarzach dotyczących oscarowych paradoksów. Pisząc na przykład o amerykańskim rasizmie i przypominając, że kiedy przyznano Oscara za drugoplanową rolę Mummy w Przeminęło z wiatrem aktorce Hattie McDaniel, to nie pozwolono jej wejść do teatru, w którym te nagrody wręczano, bo była czarnoskóra. A gdy umarła, to z tego samego powodu nie zgodzono się na jej pochówek w Hollywood.

- Co za straszne to były czasy - skwitowała Marta, siedząc Maćkowi na kolanach i czytając całą dyskusję.

- Ano straszne - przytaknął Maciek i wpisał w facebookową wyszukiwarkę imię i nazwisko Małgosi.

Małgorzat, Małgoś i Gosiek Pawlak wyskoczyło mu prawie sto. Szybko przejrzał zdjęcia, jednak żadna nie była tą, której szukał.

- Widzisz, że nie ma? - powiedział i chciał wyłączyć komputer, kiedy nagle postanowił wpisać jeszcze: "Małgorela Pawlak", ale i w tym wypadku nie wyskoczyło mu nic.

- A jacyś wspólni znajomi? - spytała Marta.

- Masz na myśli Kamilę czy raczej Kubę?

- Nie mów mi o nim - żachnęła się Marta. - Mam żal do siebie.

- O co?

- O to, że w którymś momencie nabrałam się na te jego słodkie słówka.

- Mówił słodkie słówka?

- Tak... - odparła niechętnie Marta i szybko dodała: - Ale proszę cię, nie gadajmy o nim. Daję ci słowo, że naprawdę nie ma o czym. Kamila ma konto?

- Chyba nie... - zaczął Maciek niepewnie. - Jestem pewien, że gdyby miała kontakt z Małgosią, toby mi cokolwiek powiedziała.

- Przecież to jej przyjaciółka!

- Tak... - Maciek się zamyślił. - Ale jestem pewien, że gdyby cokolwiek wiedziała o Małgosi, to powiedziałaby Olkowi, a wówczas on...

- Rozumiem.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Marta na Maćkowych kolanach, a on w fotelu przed komputerem. Obydwoje wpatrywali się w ekran, aż włączył się wygaszacz.

- A może jest ktoś z jej znajomych, kto ciebie nie lubił?

- Mnie nie lubił?

- No wiesz... taki jej znajomy niezbyt dobrze nastawiony do ciebie. Gdybyś go odnalazł na Facebooku, zajrzał, jakich ma znajomych, zajrzał tam, czy ma jakieś zdjęcie z Małgosią...

Serce Maćka zaczęło nagle mocniej bić.

- Paweł! - wykrzyknął, aż Marta podskoczyła mu na kolanach.

- Kto to jest Paweł?

Maciek opowiedział o amerykańskiej znajomości Małgosi i o chłopaku, o którego był zazdrosny, bo Małgosia przez kilka miesięcy nie zająknęła się nawet słowem, że z nim koresponduje.

- No to wpisuj jego imię i nazwisko.

- Wpisuj, łatwo powiedzieć... - Maciek westchnął, bo nagle uświadomił sobie, że nijak nie mógł sobie tego nazwiska przypomnieć. Zadzwonić do Kamili?

- Nie znasz nazwiska? - zdumiała się Marta i dodała: - Byłeś zazdrosny o faceta, którego nazwiska nie pamiętasz?

- Widziałem go krótko i półtora roku temu. No nie pamiętam.

- A Kamila?

Rad nierad wykręcił numer jej komórki i włączył głośne mówienie.

- Cześć, Maciek - usłyszał po chwili wesoły głos trochę tłumiony przez słyszane w oddali szmery rozmów. - Zdecydowaliście się jednak wpaść do pubu? - spytała.

- Nie... ja w innej sprawie.

- Szkoda.

- Kamila, czy ty pamiętasz nazwisko tego Pawła, kolegi Małgosi?

- Pawła... kolegi... Małgosi? - powtórzyła Kamila, cedząc słowa, jakby nie rozumiała ich sensu. - Czemu raptem...?

- Bo gadamy tu z Martą o nazwiskach i coś mi się tak jakoś przypomina, że on miał takie leśne...

- Leśne? - Kamila najpierw zdumiała się, a potem zaczęła śmiać i wydukała: - Raczej obleśne. Facet nazywał się Drygas.

- Dlaczego nazywał? Nie żyje?

- Oj, tak mi się powiedziało - odparła Kamila i dodała: - Jak nie przyjeżdżacie, to kończę, bo siedzimy tu ze znajomymi i...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

POSTE RESTANTE

- Naprawdę chcesz mu zaproponować, by z nami jechał? - spytała Kamila.

Siedziała z Olkiem u niej w ogrodzie na huśtawce i razem wsłuchiwali się w śpiew świerszczy.

- Przecież i tak tam jedziemy - odparł, obejmując ją ramieniem.

- Ale w innej sprawie...

- No to co?

- Nie chcesz, żebyśmy pobyli tylko we dwoje?

- Cały czas jesteśmy we dwoje, a przecież to nasi przyjaciele.

- No, ale... to urodziny... i takie... wiesz... - urwała w pół zdania i odwróciła głowę.

Przez chwilę milczeli. Olek wiedział. Co jak co, ale to wiedział świetnie. Od ubiegłego roku już na zawsze dzień jej urodzin będzie dniem śmierci Wojtka. I nic tego nie zmieni. Kamila od kilku tygodni, właściwie od zdania matury, mówiła, że chciałaby pojechać na jego grób do Lublina. Tłumaczyła, że jeśli tego nie zrobi, będzie się źle czuła.

"Muszę. Rozumiesz?" - powtarzała raz po raz z taką mocą, że Olek dawno skapitulował.

Kamila zaś wdzięczna była, że nie pytał dlaczego. Nie umiałaby mu opowiedzieć o wyrzutach sumienia. O poczuciu winy nie tyle z powodu śmierci Wojtka, ile z przekonania, że chyba za krótko trwała jej żałoba, co może oznaczać, że może nie kochała Wojtka aż tak bardzo, jak myślała... A to z kolei stawiało pod znakiem zapytania w ogóle jej zdolności do przeżywania głębokich uczuć. Często sama czuła, że właściwie robi to wszystko, bo tak wypada. Wielekroć łapała się na rozmyślaniu, co ludzie powiedzą, jeśli nie pojedzie i nie będzie pielęgnować pamięci o Wojtku. Bo on był w jej życiu, był w jej sercu, ale teraz, po prawie roku, już jakby to wszystko zbladło.

Już prawie nie pamiętała jego zapachu. Zostały zdjęcia. Miała oczywiście w pamięci jego głos. Babcia twierdziła, że tego nigdy się nie zapomina. Poza tym zostało w komputerze kilka filmów z nim, ale sam Wojtek stał się już bardzo odległy. Czy zadziałał fakt, że zabrakło go podczas przygotowań do matury? Czasem owszem, odzywała się w niej tęsknota. Ale coraz rzadziej. Zdarzało się, że brała za niego jakiegoś obcego chłopaka na ulicy, i wtedy dopadał ją dziwny niepokój. Ale ostatni raz... coś takiego miało miejsce chyba w lutym. Dlatego z powodu tego duchowego odejścia od Wojtka było jej zwyczajnie głupio i wstyd.

Najbardziej ciążyło jej jednak to, że nie miała z kim o tym porozmawiać. Małgosia? Zniknęła przecież. Ale nawet jakby była tuż obok... Czy Kamila dałaby radę opowiedzieć jej o tym tak szczerze? Przecież nawet przed samą sobą nie bardzo umiała się przyznać. A teraz pojawiła się sprawa zabrania ze sobą w podróż Maćka, który chyba myśli, że uda mu się tam na miejscu znaleźć Małgosię. Co za naiwność... I pomyśleć, że to wszystko przez zamieszanie ze świadectwem maturalnym.

* * *

Wyniki rekrutacji nie rozwiały wątpliwości Maćka. Dostał się i na filologię polską, i na kulturoznawstwo, i na bibliotekoznawstwo. Teraz ruch należał do niego. Co wybrać? Nie wiedział. Lista przyjętych na studia bibliotekoznawcze została wprawdzie opublikowana w sieci i nie znalazł tam nazwiska Małgosi, ale też i rekrutacja na ten kierunek nie została zakończona. Może aplikowała gdzie indziej? Może złoży dokumenty później? Może nie złożyła właśnie ze względu na niego? Tego bał się najbardziej. Myśli, że mogła wybrać studia poza Warszawą, odpędzał jak natrętną muchę. Co robić? Chętnie by się kogoś poradził, ale kogo? Mama wcześniej namawiała go na języki obce, na historię ze specjalnością archiwistyka, ale on już i tak złożył dokumenty gdzie indziej, a teraz sam się w tym wszystkim pogubił.

I właśnie wtedy, gdy pełen rozterek zastanawiał się, co ostatecznie wybrać, zadzwonił telefon. Dzwonił ojciec Małgosi. Błagał o rozmowę. Nie przez komórkę, bo jak powiedział, to ważne i wymaga osobistego spotkania.

- Nie chcieli mi wydać jej świadectwa maturalnego - żalił się, gdy spotkali się na chwilę na herbacie w jednej z nowych knajpek na Francuskiej.

- Więc mnie tym bardziej nie wydadzą - odparł Maciek mocno rozczarowany tym, co powiedział mu pan Henryk. Jeśli Małgosia nie odebrała świadectwa, a przecież nie było jej na zakończeniu roku, to jak miała złożyć dokumenty na studia? Nic więc dziwnego, że nie znalazł jej na liście przyjętych na bibliotekoznawstwo.

- Ale ona odebrała świadectwo.

- Jak? - spytał Maciek.

- No właśnie w tej sprawie mam do ciebie prośbę - powiedział pan Henryk, ciężko wzdychając i tłumacząc, że szkoła nie chciała udzielić mu żadnych informacji. Usłyszał nawet, że córka jest dorosła i wyraźnie prosiła, by o jej sprawach nie informować nikogo. - Nawet mnie - dorzucił smętnie. - Policja już zakomunikowała, że nie będą jej szukać, bo nie jest zaginiona, tylko nie życzy sobie kontaktu z rodziną. A ja od zmysłów odchodzę. Jej matka obwinia o wszystko mnie. Cały czas jest w szpitalnym sanatorium, ale nie bardzo można się z nią dogadać, choć lekarze wyciszyli ją lekami. Wiem, że uspokoiłaby się, gdybym jej powiedział, że Małgosia żyje.

- Ależ na pewno żyje! - wykrzyknął Maciek z taką pewnością w głosie, że pan Henryk spojrzał na niego uważniej. Może chłopak coś wie?

Ten jednak szybko rozwiał i nadzieje, i wątpliwości.

- Gdyby cokolwiek jej się stało, tobyśmy od razu wiedzieli. Przecież sam pan powiedział, że policja uznała, że nie jest zaginiona, tylko nie życzy sobie kontaktu z rodziną. Brak wiadomości to podobno najlepsza wiadomość.

- A może tobie uda się czegoś dowiedzieć w tym sekretariacie? - w głosie pana Henryka zabrzmiała nadzieja.

Maciek spojrzał na jego poszarzałą twarz. W ciągu miesiąca ojciec Małgosi postarzał się chyba o dekadę, dlatego Maciek zgodził się, choć zaznaczył, że nie wie, czy uda mu się czegoś dowiedzieć. Decyzję jednak podjął. Spróbuje.

* * *

I właśnie dlatego następnego dnia pojechał do szkoły. Wprawdzie były już wakacje, ale sekretariat działał.

- A ty po co? - powitała go sekretarka, robiąc przy tym tak niechętną mu minę, że nie odważył się spytać. Bąknął pod nosem, że szuka wychowawczyni i... ku jego zdziwieniu profesor Janecka w tym momencie stanęła w drzwiach.

- Co ty tu robisz? - spytała zdumiona.

- Chciałbym z panią porozmawiać na osobności - mruknął.

Wyszli na korytarz. Przez chwilę stali w milczeniu. Janeczka, jak ją pieszczotliwie nazywali uczniowie, czekała, aż zacznie mówić, a ponieważ on milczał i przestępował nerwowo z nogi na nogę, zaproponowała kawę w pokoju nauczycielskim. Wahał się, ale posłusznie poszedł za niedawną, ale już byłą wychowawczynią.

W pokoju byli sami. Usiedli przy szerokim stole i to chyba wtedy podjął decyzję, że właśnie jej wszystko opowie. W końcu jako dawna wychowawczyni znała go dobrze, a teraz nie mogła ani nikomu znajomemu tego powtórzyć, ani w żaden sposób przeciwko niemu tej wiedzy wykorzystać. Chociaż o to profesor Janeckiej nigdy by nie posądzał. Przyznał, że nie wie, który kierunek wybrać. Że na bibliotekoznawstwo zdecydował się ze względu na Małgosię. Że nie ma jej na liście przyjętych, co chyba oznacza, że nie aplikowała na ten kierunek. Zwierzył się też, że choć właściwie już nie są razem, to myśli o niej ciągle. Że nie może sobie miejsca znaleźć. Opowiedział nawet o tym, jak to wtedy przyszedł do niej i zastał ją w krzywo zapiętej koszuli, a na podłodze leżał męski sweter. Że to wtedy tak naprawdę nastąpiło zerwanie, choć jeszcze nie wiedział, że sweter należał do Kuby - brata ich koleżanki z gimnazjum. Wreszcie opowiedział o kłopotach Małgosi z rodzicami. O jej matce, która dla niego była przez ostatnie lata okropna, ale tak samo okropna była dla własnej córki. O ojcu, który znalazł sobie inną i odszedł. O tym, że teraz tenże ojciec postarzały przez zniknięcie Małgosi odchodzi od zmysłów i błaga, by dowiedzieć się, czy dziewczyna odebrała świadectwo.

- Wiesz, Maćku... - Pani Janecka zaczęła powoli i powoli, jak nigdy wcześniej, mówiła, ważąc słowa. - To nie jest prosta sprawa. Małgosia... jakby to powiedzieć... jest dorosła. Przynajmniej w świetle prawa. Rozumiesz?

Pokiwał głową. Rozumiał. Sam z tego przywileju bycia dorosłym korzystał. Nawet ostatnio, kupując mamie butelkę wina na przyjście gości.

- No i Małgosia... napisała list do szkoły... och! Jakie to trudne! - dodała nauczycielka, wzdychając ciężko. - Ojciec Małgosi wie o tym, bo ja mu wspominałam, że taki list jest i że ona zaznaczyła, by jego treści nie ujawniać nikomu. Nawet tobie nie mogę.

- Ale tak zupełnie nic? Nic pani nie może mi powiedzieć? - spytał Maciek i złapał nauczycielkę za rękę i błyskawicznie ucałował jej dłoń. - Błagam! Niech pani powie cokolwiek! Co ona napisała?! Czy jakoś wyjaśniła? Czy to moja wina?

- Och! Maćku! Nie twoja! To nie ma nic wspólnego z tobą! Ja ci troszeczkę powiem, ale niech to zostanie między nami. Dobrze? - Nauczycielka uważnie spojrzała mu w oczy.

Pospiesznie skinął głową. Każda informacja mogąca wyjaśnić sprawę zniknięcia Małgosi była na wagę złota. Była warta każdej przysięgi.

- Małgosia przysłała list z takim notarialnym upoważnieniem dla szkoły do przesłania świadectwa i jego odpisu na pocztę główną na poste restante na jej nazwisko i za potwierdzeniem odbioru.

- Na pocztę główną?

- Ale nie w Warszawie...

- Aha. - Maciek zamilkł i w zamyśleniu tarł dłonią brodę. - Na poste restante? Ale... Jak to na poste restante? - spytał, próbując sobie przypomnieć, co to właściwie jest to poste restante.

- Moment. Poczekaj. W tym liście napisała, że prosi, by nikomu nie podawać nazwy miasta, z którego pisze...

- Czyli jej na pewno nie ma w Warszawie?

- No mówię, że nie ma.

- A daleko...

- Maćku... ja naprawdę nie mogę...

- Ale ja nikomu nie powtórzę. Ja tylko dla siebie...

- Nie mogę... naprawdę. Jej ojciec też o to pytał. Ja nie wiem, czy wiesz, ale Małgosia napisała do niego list, że żyje i prosi, by jej nie szukać. Nawet poszła na policję z tą informacją. To wszystko było w tym jej liście napisanym do nas do szkoły. Dlatego jak jej ojciec nasłał tu jakiegoś detektywa, to pani dyrektor wzięła naszego radcę prawnego, który szybciutko mu wyjaśnił, że nie mamy obowiązku udzielać mu żadnych informacji na jej temat. A nawet w związku z pismem Małgosi nie powinniśmy nic mówić. Dlatego tobie też nic nie mogę powiedzieć.

Maciek spuścił smętnie głowę. Tak... do ojca to napisała. Do niego nie. Choć wysłał jej przecież e-maila z prośbą, by dała znak, że żyje. Czy Kuba też to zrobił? Czy napisał e-maila? Czy jemu odpisała? Myśli kotłowały się w głowie Maćka. Wychowawczyni spojrzała na niego badawczo, klepnęła go w ramię i potargała mu czuprynę, jakby chcąc tymi gestami dodać otuchy.

- Ja się strasznie męczę - wyznał, podnosząc na nią wzrok.

- Rozumiem. I jeśli mogę ci jakoś pomóc, to... - Pani Janecka zawahała się, ale widząc pełne nadziei spojrzenie Maćka, dodała: - Coś ci poradzę. Małgosia wybrała bibliotekoznawstwo poza Warszawą i wiem, że się dostała. To dla ciebie znak. Jeśli nie wiesz, jaki kierunek wybrać, a o bibliotekoznawstwie myślałeś tylko ze względu na nią, odpuść sobie. I tak nie spotkacie się na jednym roku. Jeśli dostałeś się też na kulturoznawstwo, to idź tam. To kierunek w sam raz dla ciebie. Wiem, co mówię. W końcu jako wychowawczyni dość dobrze was poznałam.

* * *

- Wynotowałem wszystkie uczelnie, na których jest bibliotekoznawstwo i informacja naukowa - powiedział Olkowi.

Siedzieli we dwóch w Złotych Tarasach i czekali na Kamilę, która biegała po sklepach w poszukiwaniu jakichś spodni i butów. Od rozmowy z profesor Janecką minęło kilka tygodni. Teraz Maciek opowiadał Olkowi, jak okłamał tatę Małgosi, że niczego nie udało mu się dowiedzieć. Bo sprawę dostania się przez nią na bibliotekoznawstwo zataił.

- Zresztą... - dodał - jeśli jej tata najął detektywa, to pewnie on już to wykrył. Prawda?

- Pewnie tak... - odparł Olek, ciesząc się, że wtedy, gdy zginął Wojtek, Kamili nie przyszło do głowy znikać. Jakże by się teraz męczył. Tak jak Maciek, który właśnie opowiadał o sprawdzaniu w internecie list studentów przyjętych na bibliotekoznawstwo...

- Nie wszystkie uczelnie zamieszczają listy, ale na jednej znalazłem imię i nazwisko Małgosi. - Na potwierdzenie tych słów wyjął wydrukowaną z internetu listę przyjętych na studia na bibliotekoznawstwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. - Widzisz? - Wskazał palcem miejsce, w którym widniało: "Małgorzata Pawlak".

- No ale... to może być przypadek - skomentował Olek, przyglądając się liście.

- Dlaczego tak myślisz?

- No wiesz... popatrz sam. Ilu tu Pawlaków na tej liście.

Rzeczywiście, oprócz Małgorzaty na liście byli jeszcze Katarzyna, Anna, Magdalena i Wojciech. Maciek się zasępił. Na to nie zwrócił uwagi. Tymczasem Olek ciągnął:

- Poza tym... jak byliśmy wtedy na cmentarzu w Lublinie i szukaliśmy grobu Wojtka, to wydaje mi się, że to było dość popularne nazwisko w tamtym rejonie Polski.

- Ale ja muszę sam to sprawdzić.

- Chcesz tam pojechać?

- Tak.

* * *

I właśnie dlatego teraz, gdy planowali z Kamilą jej urodziny i wyjazd do Lublina na grób Wojtka, Olek zaproponował Kamili, by zabrali Maćka. "Przecież on i Małgosia to nasi przyjaciele" - ten argument nie dawał Kamili spokoju. Zastanawiała się ostatnio dość często nad swoimi przyjaźniami. Nad tym, czy rzeczywiście nie jest egoistką. Czy nie jest tak, że więcej od ludzi oczekuje, niż sama z siebie im daje.

Kiedy Małgosia zniknęła, to ona sama uznała, że skoro Maciek wysłał do Małgosi e-maila i nie otrzymał odpowiedzi, nie musi do niej nic pisać. Zwłaszcza że Małgosia żyje. Będzie chciała - to się odezwie. Dlatego Kamila ani nie napisała do przyjaciółki listu, ani nie odezwała się do niej na Gadu-Gadu. Zresztą... po śmierci Wojtka odinstalowała komunikator. Kojarzył jej się z nim i nie chciała już z niego korzystać. Nie zarejestrowała się też na Facebooku, nie założyła konta na Instagramie i w ogóle odizolowała od wirtualnego życia.

A teraz Olek mówił o tej przyjaźni. Westchnęła ciężko. Jeśli się nie zgodzi na jego propozycję, to co on sobie o niej pomyśli? Jak wypadnie w oczach Maćka? Ech! Znów to jej myślenie, co powiedzą inni. To, z czego Małgosia tak często drwiła. Co robić? Dla dobra sprawy powinna się zgodzić. Dlatego... po krótkim wahaniu się zgodziła. Choć, gdy informowała o tym Olka, w jej głosie próżno było doszukać się entuzjazmu. Niezrażony niczym Olek błyskawicznie zadzwonił do Maćka.

- Jedziesz z nami do Lublina? - Kamila słyszała pytanie i już wiedziała, że właściwie wszystko przyklepane. Na grobie Wojtka będą we trójkę. Odpowiedzi Maćka wprawdzie do niej nie dotarły, ale dobiegło ją zadane przez Olka pytanie: - Jak to chcesz sprawdzić to poste restante? Myślisz, że się uda? Poste restante?

Poste restante? Co to jest to cholerne poste restante? Kamila poczuła w głowie kompletną pustkę. Coś jej to mówiło, ale co?

FALA

"Każdy człowiek jest jak taka fala. Wdziera się w drugiego człowieka jak woda w ląd i zawsze coś z niego zabiera ze sobą. Zabiera to coś na zawsze. Jednocześnie człowiek jest i falą, i sobą, czyli człowiekiem. Jest więc czasem tym, któremu coś się wydziera, i czasem tym, który sam coś komuś wydrze. To dlatego zetknięcie się z drugą osobą zawsze nas zmienia". Te słowa Maćka wryły jej się w pamięć. Choć przecież wtedy, gdy słyszała je po raz pierwszy, nie myślała, że będą miały dla niej aż takie znaczenie. Jak się okazało, nie tylko dla niej. Paradoksalnie on to przewidział. I chyba to ją tak rozbiło. Co to za znajomość? Dlaczego tak zaprząta jej głowę?

* * *

- Ja mam tylko jeden namiot dwuosobowy - powiedział Biały Michał do Aleksa i to takim tonem, jakby w pytaniu kumpla, czy nie ma drugiego namiotu do pożyczenia, było coś niestosownego. Aleks po prostu pytał, bo nie wiedział: kupować czy nie? A dość sporą paczką umówili się nad morze. Znów do Świnoujścia. W jakich będą konfiguracjach? Biały Michał zapowiedział, że on ma dwójkę i zamierza w tej dwójce być tylko z Ewką.

- Zresztą nikt więcej się tam nie zmieści - burknął, ucinając wszelkie spekulacje, jak rozlokować towarzystwo.

Tylko on jeden wiedział, ile go kosztował ten wyjazd. A wszystko przez Spytka. Też jechał. Wprawdzie na szczęście ze swoją dziewczyną, ale fakt pozostawał faktem. Jechali w miejsce, w którym się poznali. W miejsce, w którym on ze zdumieniem odkrył, że Ewa nie jest dla niego tylko koleżanką z klasy, ale kimś więcej. W miejsce, w którym Spytek wygrywał z nim rywalizację o nią. I choć w końcu to on ostatecznie zwyciężył, a Spytek w życiu Ewy został tylko kolegą, to nadal Michała denerwował. Czy muszą tam jechać ze Spytkiem? Nawet jeśli towarzyszy mu jego dziewczyna? Ewa przekonywała, że muszą. Ich kabaret Kawalarka ma mieć występ na scenie Miejskiego Domu Kultury. Tak czy inaczej będą jechać do Świnoujścia. No a skoro trafia się taka okazja, to mogą pojechać wszyscy i dobrze się bawić, dopingując ich na scenie.

Biały Michał skapitulował. W końcu już wtedy, gdy kabaret Ewy i Spytka zajął trzecie miejsce na warszawskim przeglądzie, przysiągł samemu sobie, że przestanie być zazdrosny i pozwoli Ewce się rozwijać. Zwłaszcza że zrezygnowała na razie ze studiów aktorskich, wybierając psychologię. Ale tylko on wiedział, jak trudno mu było dochować takiej przysięgi. No i teraz zgrzytał zębami, gdy Ewka na całe dnie przed nieuchronnie zbliżającym się występem znikała ze Spytkiem i Anią na próbach.

Koniec końców na świnoujskim kempingu Relax wylądowali z czterema dwuosobowymi namiotami. I to w konfiguracji takiej, że w jednym zamieszkał on z Ewą, w drugim Spytek z Anią, w trzecim Aleks z Maćkiem i tylko czwarty zajmowała samotna Asia. To był namiot Aleksa, który ostatecznie kupił dwójkę w Decathlonie, ale oddał ją Asi, a sam zamieszkał z Maćkiem. Miał nadzieję na wieczorne Polaków rozmowy, ale gdy lądowali w namiocie, Maciek zakopywał się w śpiwór i ciężko wzdychając, milczał, a potem zasypiał kamiennym snem. Aleks czasem wsłuchiwał się w jego oddech i zastanawiał się, czy warto tak cierpieć. Z drugiej strony sam też cierpiał. Ale mimo wszystko jednak inaczej.

* * *

- Jak jest w takim stanie, to go lepiej nie zaczepiaj - powiedział Aleks, wskazując ruchem głowy Maćka, który siedział w kąpielówkach w wodzie na brzegu morza i patrzył gdzieś daleko w przestrzeń niemal poza horyzont.

- Czemu? - spytała Marta.

Aleks wzruszył ramionami i odwrócił się plecami do dziewczyny. Nie chciało mu się z nią gadać. Ważna była Aśka. Kolejne miesiące zabiegał o jej względy i właściwie nie wiedział, jak ją zdobyć. Czy coś się mówi w takiej sytuacji? Czy coś robi? Nawet nie miał kogo spytać. Wiecznie zazdrosny o Ewkę Biały Michał nie był dla niego autorytetem. Spytka, który zjechał tu ze swoją Anią, znał zbyt słabo, by móc z nim o tym swobodnie gadać. A Maćka, który nieudolnie próbował ukrywać swój ból po stracie Małgosi, nie zamierzał męczyć żadnymi pytaniami. A już zwłaszcza takimi dotyczącymi damsko-męskich spraw. Z kolei Marcin, który Aśkę znał najdłużej z nich wszystkich, nie pojechał jednak pod namiot. Jak zwykle sprawy rodzinne nie pozwoliły mu na uszczknięcie choćby dwóch tygodni tylko dla siebie. Dlatego on - Aleks - był ze wszystkimi swoimi myślami zupełnie sam. Codziennie analizował wszystkie spojrzenia Asi, jej gesty, a przede wszystkim słowa.

Na dodatek sen z powiek spędzała Aleksowi sprawa studiów. Wybrał anglistykę. Aplikował na studia w kilku miastach, ale niestety nie dostał się w Warszawie i już wiedział, że będzie musiał studiować w Łodzi. Co od października będzie z nim i Aśką, która chyba nawet się nie domyśla, że jest dla niego ważna? To dlatego nie chciało mu się rozmawiać z jakąś obcą dziewczyną. Wprawdzie nie kwestionował tego, że Marta jest sympatyczna, miła, wesoła i inteligentna, ale wiele by dał za to, by teraz milczała.

Poznali ją już pierwszego dnia na kempingu. Mieszkała sama w namiocie tuż obok ich obozowiska.

- Miało nas być kilkoro, ale najwyraźniej mnie wystawili do wiatru - powiedziała z rozbrajającą szczerością, odgarniając z policzka ciemne włosy, które uparcie zdawały się z powrotem opadać jej na twarz.

Ewka natychmiast zaproponowała, by z nimi jadła śniadania i jeśli chce, łaziła na plażę. Opowiedziała też o tym, że ona oraz Spytek z Anią wystąpią na festiwalu ze swoim kabaretem. I po to przyjechali tu całą bandą, by ich kabaret miał ze sobą swoją publiczność.

- To będziecie mieli jeszcze mnie - powiedziała Marta i zaproponowała, że wniesie do ich śniadań płatki i mleko, bo przywiozła ze sobą na kemping kilka paczek płatków, a tu na miejscu zgodnie z umową, którą miała ze znajomymi, kupiła zgrzewkę mleka. - Miało nas być kilkoro - powtórzyła, ale jakoś tak...

Urwała raptem, ale nikt taktownie nie spytał, co kryło się za słowami "jakoś tak" i co dokładnie oznaczało wcześniej wspomniane wystawienie jej do wiatru. Marta była im za to wdzięczna. Nie chciało jej się opowiadać o odkryciu dokonanym w domu, kłótni z rodzicami. Czy to w ogóle są rodzice? Albo o nagłej zmianie kierunku studiów, która sprawiła, że dawna paczka najwyraźniej ją opuściła. W końcu oni zostali przy wyborze architektury, a ona zmieniła zdanie.

Teraz siedzieli na plaży właściwie całą paczką. Biały Michał trochę naburmuszony czytał komiks. Jednak nikt się już z niego z tego powodu nie podśmiewał. Dostał się przecież na polonistykę. Poza tym poinformował towarzystwo, że będzie zajmował się komiksem zawodowo. Musi więc czytać i być z gatunkiem na bieżąco. Tak więc czytał i tylko czasem odrywał wzrok od kolorowych kartek, spoglądając w dal na to, jak Ewka ze Spytkiem i Anią w odległości kilku metrów od nich odgrywali jakieś sceny. Niewiele jednak było widać, bo skryli się za plażowym parawanem i prosili o nieprzeszkadzanie w próbach.

Aśka szydełkowała. Aleks w milczeniu patrzył na kolejny kwiatek wychodzący spod jej zręcznych palców. Po co to robiła? Nie mógł zrozumieć. Ale chciał w milczeniu patrzeć na nią, a nie gadać z Martą o tym, czemu ma zostawić w spokoju Maćka.

* * *

- Twój przyjaciel powiedział, żebym zostawiła cię w spokoju - powiedziała Marta, sadowiąc się obok Maćka w płytkiej wodzie bałtyckiego morza.

Maciek spojrzał na dziewczynę i pokiwał głową, choć sam nie wiedział, czy kiwa na znak, że Aleks ma rację i nie chce, by Marta siadała obok, czy kiwa, bo zgadza się, by usiadła. Właściwie nie wiedział, czego chce. Za tydzień miał jechać z Kamilą i Olkiem do Lublina szukać Małgosi i myślał tylko o tym. Na pewno jednak nie chciał z nikim o tym gadać. Marta przeszkadzała w tym rozmyślaniu, ale może to i lepiej? Może powinien odpocząć od tematu?

- Jak nie chcesz gadać, to nic nie mów - powiedziała Marta i przez chwilę grzebała pod wodą w piasku. - Ja mogę gadać za nas dwoje. Albo jak chcesz, mogę nic nie mówić, tylko milczeć. Po prostu nie wiem, co mam robić. Najzwyczajniej nudzę się. Aleksowi i Aśce chyba przeszkadzam...

Maciek pokiwał smętnie głową, ale nic nie odpowiedział, tylko zamachał dłonią, jakby chciał dać znak, by siedziała tak, jak siedzi. Milczeli więc i dobre pół godziny w ciszy oboje patrzyli gdzieś daleko ponad horyzont. Maciek odezwał się pierwszy.

- W życiu nic nie jest stałe. Nic nie jest dane raz na zawsze. Ta zmienność jest i fascynująca, i czasem przerażająca. Nie uważasz?

- Co masz na myśli? - spytała Marta.

- Popatrz choćby na tę falę. Ona przypływa do nas i wraca z powrotem do morza, ale nie wraca ta sama. Zawsze coś ze sobą z brzegu zabiera.

- Przeraża cię to, że zabiera?

- Czasem tak. W końcu nigdy nie wiadomo, co taka woda zabierze. Myślę, że każdy człowiek jest jak taka fala. Wdziera się w drugiego człowieka jak woda w ląd i zawsze coś z niego zabiera ze sobą. Zabiera to coś na zawsze. Jednocześnie człowiek jest i falą, i sobą, czyli człowiekiem. Jest więc czasem tym, któremu coś się wydziera, i czasem tym, który sam coś komuś wydrze. To dlatego zetknięcie się z drugą osobą zawsze nas zmienia.

- Myślisz, że to, że tu we dwójkę siedzimy, zmienia nas? Że jesteśmy w stosunku do siebie jak fala i ląd? Chociaż nie łączą nas żadne więzy oprócz przelotnej znajomości? - Ostatnie pytanie Marta zadała niezwykle ostrożnie.

- Na pewno. Przecież ja wypowiedziałem na głos swoje myśli, których nigdy wcześniej przed nikim nie wyjawiłem. Teraz to zrobiłem, bo tu nad morzem one się we mnie jakoś ułożyły i potrafiłem je zwerbalizować. To jest jakaś zmiana we mnie. Powiedziałem je tobie, więc nastąpi zmiana w tobie, bo ty będziesz teraz analizować sens tych słów. Albo się z nimi zgodzisz, albo nie. Ale zaczniesz analizować, czy mam rację. To, że to zrobisz, już będzie jakąś zmianą w tobie.

- Filozof z ciebie.

Maciek wzruszył ramionami i znów zapadło milczenie.

- Mogę o coś spytać? - odezwała się w końcu nieśmiało Marta.

- No?

Maciek spiął się lekko. A jeśli spyta, czemu tak sam siedzi? Czemu się izoluje? O czym myśli? Zacznie dociekać, dlaczego Aleks kazał jej go zostawić w spokoju? Co odpowie? Na szczęście pytanie Marty było z gatunku banalnych.

- Co ty studiujesz? Bo właściwie zapomniałam...

- Kulturoznawstwo. Ale to od października. Jest jeszcze czas.

- A reszta? Bo zapamiętałam tylko, że Michał filologię polską, a Ewa chyba psychologię...

- Tak. Aleks z Asią zdawali na anglistykę. Co do Spytka i Ani to przyznam, że sam nie zapamiętałem. Oni tak nie bardzo są z naszej paczki...

- Jak to nie z waszej paczki? Przecież przyjechaliście tu razem.

- Tak, ale oni są tu z kabaretem i...

I Maciek opowiedział jej o poznaniu ze Spytkiem. O tym, jak rok temu właśnie tu Michał doszedł do wniosku, że Ewa nie jest mu obojętna, bo pojawił się Spytek. Wreszcie o kabarecie, nagrodzie na przeglądzie i aferze, jaka w związku z tym wynikła między Ewą a Białym Michałem. I tylko sprawę obecności Małgosi pominął. Nie chciał o niej mówić. Z nikim. A już na pewno nie z obcą dziewczyną. Nawet tak sympatyczną jak Marta.

- A czemu mówicie na niego Biały? - spytała Marta. - To brzmi trochę jak przydomek tego księcia mazowieckiego.

- To jeszcze z gimnazjum ta ksywka - odparł Maciek. - W klasie było dwóch Michałów. Jeden czarnowłosy, a drugi to ten. I tak już zostało. Czasem nawet zamiast używać imienia to do jednego mówimy "Czarny", a do drugiego "Biały".

- A czemu wybrałeś kulturoznawstwo? - Marta wróciła do sprawy studiów.

- Zawsze interesowały mnie takie ogólnokulturowe sprawy. Literatura, film, muzyka. A moja wychowawczyni powiedziała, że to kierunek jakby stworzony dla mnie. Jesienią się przekonam, czy miała rację. A ty?

- Ja? Ja wybrałam coś właściwie podobnego...

- To znaczy?

- Historię sztuki.

- Na warszawskim czy na UKSW? - spytał, choć właściwie nie wiedział, po co pyta.

Odpowiedź na to pytanie zupełnie go nie interesowała. Ale jakoś instynktownie czuł, że lepiej będzie spytać o cokolwiek, niż ryzykować pytania z jej strony. Przypadkowa znajomość może przecież potrwać dłużej niż dwa tygodnie spędzone na kempingu w Świnoujściu.

- Na UKSW - odparła.

Chciała dodać, że to zamiast architektury i chyba o to poszło jej przyjaciołom, którzy mieli z nią tu przyjechać, a do dziś nie dojechali. Ale ugryzła się w język. On się nie zwierza. Ona też nie powinna. Trzeba wykorzystać, że tu tak naprawdę nikt o nic jej nie pyta. Że może zaczynać swoje życie od nowa. Już naprawdę od nowa.

* * *

- Asia, śpisz? - Marta zapukała delikatnie w maszt namiotu.

- Nie. Jak chcesz pogadać, to wchodź.

Po chwili obie siedziały w namiocie. Aśka w śpiworze, Marta w nogach, na brzeżku jej karimaty, owinięta kocem, który wzięła ze sobą.

- Chciałam cię spytać o Maćka...

- Podoba ci się?

- Nie to... - odparła Marta, choć nie wiedziała, czy mówi prawdę. Tego, czy Maciek jej się podoba, jeszcze nie analizowała. - Po prostu powiedział dzisiaj coś takiego...

- Co?

- Takie słowa, których nie umiem powtórzyć, ale zaczęłam się zastanawiać, co się w jego życiu stało takiego, że jest małomówny i unika towarzystwa. Mam wrażenie, że nie zawsze był taki.

- Wiesz... jeżeli sam ci nie powiedział...

- No ja go nie pytałam. Jakoś nie miałam śmiałości, odwagi, jak zwał, tak zwał. Powinnam spytać?

- Ech... - westchnęła Aśka i przez chwilę milczały. - Myślę, że jeśli sam ci nie powiedział, a ty nie miałaś śmiałości go pytać, to najlepszy dowód, że to nie pora na takie rozmowy.

- No tak... za krótko się znamy.

- A co powiedział?

- Coś takiego, że każdy człowiek jest jak fala, która wgryza się w ląd. Jest też jednocześnie jak ten ląd. Gdy jest falą, wgryza się w drugiego człowieka i przez kontakt z nim coś mu zabiera... Gdy jest lądem, pozwala sobie coś zabrać.

- Cały Maciek.

- Myślisz, że gdy to mówił, to myślał o sobie jako o lądzie czy jako o fali?

- Jak go znam, to jako o jednym i drugim.

Zajęte rozmową dziewczyny nie przypuszczały, że ich szepty usłyszeli Ewka z Białym Michałem, którzy wracali właśnie spod prysznica. Po chwili sami w namiocie zaczęli dyskusję. Które z nich jest falą? Które lądem? Kto w kogo się wgryza? Kto komu coś zabiera? Kto czym przesiąka?

- Boże! Te filozoficzne dywagacje Maćka doprowadzą mnie kiedyś do szału - stwierdził Biały Michał, który właśnie przyznał, że bardziej czuje się lądem niż falą. - Wgryzłaś się we mnie. Zabrałaś mi duszę... - powiedział z wyrzutem do Ewy, która odpowiedziała w podobnym tonie:

- Raczej to ty wgryzasz się we mnie codziennie. Pilnujesz. Kontrolujesz. Zabierasz oddech i wolność. I nie wiem, czemu to robisz. Przecież on tu jest ze swoją dziewczyną.

- Masz na myśli Spytka?

- Tak. Nawet nie wiesz, jak zazdroszczę jemu i Ani, że mogą coś tworzyć razem. Że jedno jest wsparciem dla drugiego. Że u nich to wgryzanie się w siebie jest takie twórcze i pełne.

- U nas jest nietwórcze? - rzucił z rosnącym zniecierpliwieniem Michał.

- A jest? Pomogłeś nam cokolwiek przy kabarecie? Myślisz, że nie widzę, jak codziennie, gdy robimy na plaży próby, śledzisz nas znad komiksu i patrzysz z niechęcią, a nawet nienawiścią.

- Nie przesadzaj - odparł Michał tak spokojnie, jak nie on. Ten spokój najwyraźniej ośmielił Ewę. Postanowiła powiedzieć wszystko, co od kilku dni leżało jej na sercu.

- Nie przesadzam. Ja to widzę! I Spytek to widzi. Ania też to widzi. Ale oboje nic nie mówią. Tylko ja czuję, że mi współczują. Dziwią się też, że nie poświęcisz tego czasu, który przeznaczasz na pilnowanie mnie, na rozmowy z Maćkiem. Jemu chyba potrzebne jest jakieś wsparcie. Sam widzisz, że zamknął się w sobie, a rozmowa Aśki z tą Martą najlepiej to pokazują.

Gdy następnego dnia Michał z Maćkiem poszli do sklepu po bułki do śniadania, padło pytanie o falę.

- O co chodzi? - spytał Michał.

- Marta ci mówiła?

- Nie mnie. Aśce opowiadała, a my z Ewką słyszeliśmy. W końcu wiesz, że ściany namiotu to nie ściany. Na kempingu nigdy nie możesz mieć tajemnic. Powiesz, o co chodzi?

- Domyśl się.

- O Małgosię?

- Yhm.

- No ale skoro zniknęła i nie chce mieć z tobą kontaktu, to...

- To nie narzucaj się? To chciałeś powiedzieć?

- No...

- A ty sam? Na siebie spójrz! Łazisz za Ewką wszędzie, choć sto razy mówiła ci, że to ciebie kocha.

- To co innego. Ja po prostu pilnuję.

- Ale po cholerę? Przecież to ją męczy! Wszyscy to widzą!

- Gdyby męczyło, toby powiedziała - stwierdził Biały Michał, jakby zapominając wieczorną rozmowę z Ewką, która otwartym tekstem powiedziała, że właśnie ją męczy.

Maciek jednak o tym nie wiedział. Nie interesowało go też tak naprawdę, jak wyglądają relacje między przyjaciółmi. Był od wielu tygodni skupiony tylko na tym jednym. Na zniknięciu Małgosi.

- Ja chcę po prostu zrozumieć - wybuchnął. - Może mnie nie chcieć. Ale niech powie, dlaczego zniknęła. Czemu nie chce się kontaktować. Czy nie uważasz, że należą mi się wyjaśnienia?

- Po co?

- Chociażby po to, bym się tak strasznie nie męczył!

Maciek przyspieszył kroku. Właściwie podjął decyzję. Wyjeżdża stąd. Natychmiast.

* * *

- Pakujesz się? Wyjeżdżasz?

Pytania zadane przez Martę nie wymagały jego zdaniem żadnej odpowiedzi. Rolował właśnie śpiwór i upychał rzeczy do plecaka.

- Coś się stało?

- Tak i nie - odparł.

- Wszyscy jedziecie?

- Tylko ja.

- Pociągiem... - zaczęła Marta i po chwili zaproponowała: - Mam samochód. Mogę cię podrzucić do Szczecina. Stamtąd będziesz miał więcej połączeń.

- Po co... - burknął.

- I tak nie mam co robić. Sama waham się, czy nie wracać, ale głupio mi przed starymi. Spokojnie... do niczego cię to nie zobowiązuje. Do niczego! - Położyła nacisk na ostatnie słowa i po chwili dodała: - Nawet nie myśl o zwracaniu mi za benzynę. Ja się chętnie przejadę. Właściwie... już dawno powinnam pojechać tam do Muzeum Narodowego. W końcu jest okazja.

* * *

"Każdy człowiek jest jak taka fala. Wdziera się w drugiego człowieka jak woda w ląd i zawsze coś z niego zabiera ze sobą. Zabiera to coś na zawsze. Jednocześnie człowiek jest i falą, i człowiekiem. Jest więc czasem tym, któremu coś się wydziera, i czasem tym, który sam coś komuś wydrze. To dlatego zetknięcie się z drugą osobą zawsze nas zmienia" - myślała Marta, siedząc sama w ciemności na plaży. W tym samym miejscu, w którym jeszcze poprzedniego dnia siedziała z Maćkiem. Myślała teraz o nim. Drogę do Szczecina przebyli właściwie w milczeniu. Maciek odezwał się tylko raz.

- Na pewno zwiedzisz muzeum? - spytał, bo wciąż nie był pewien, czy nie jedzie do Szczecina tylko z jego powodu.

- Na pewno - odparła i jakby dla potwierdzenia swoich słów pokazała mu wystający z kieszeni samochodowych drzwi wydrukowany z internetu artykuł o szczecińskich zbiorach. - Miałam wcześniej takie plany, ale ta sytuacja, że nikt do mnie nie dojechał, mnie rozbiła.

- Właściwie czemu nikt nie dojechał? - spytał Maciek, a po chwili jeszcze szybciej dodał: - Nie. Nie odpowiadaj. Nie moja rzecz. Ty mnie nie wypytujesz o moje sprawy. Ja o twoje. Niech tak zostanie.

Pożegnali się przed dworcem nawet bez podawania ręki. Po prostu ona zatrzymała samochód, a on wysiadł. I tyle. Na odchodne powiedział tylko krótkie:

- Dzięki.

Nie odwrócił się. Gdyby to zrobił, zobaczyłby, że grafitowy opel astra stał jeszcze długo, a jego kierowca patrzył, jak odchodzi w kierunku kas dworcowych.

Nie wymienili ani telefonów, ani maili. Nie chciała się narzucać. Będzie miał taką potrzebę, to ją znajdzie. Zresztą... zostają jego przyjaciele. Ma jeszcze czas na wymianę adresów z nimi. I przemyślenie. Właściwie tylko dlatego, że chciała przetrawić, czemu znajomi ją wystawili, nie wyjechała pierwszego dnia. I teraz zastanawia się, czy ta fala, którą nowo poznany chłopak wdarł się w nią, mówiąc to, co powiedział, była przypadkiem. Czy też może nie ma przypadków? Tylko los celowo postawił na jej drodze tych ludzi, by obserwując ich związki, przeanalizowała też swoje życie, swoje postępowanie i swoje relacje z dotychczasowymi znajomymi? No i z rodzicami. Z rodzicami? Czy to w ogóle są rodzice?

TORPEDA

- Marcin! Tylko pilnuj torpedy! - powiedział Mateusz, starając się powstrzymać łzy, i wsiadł do autobusu.

Starał się być dorosły, ale rozstanie z rodziną, nawet jeśli oznaczało wyjazd tylko na trzy tygodnie na obóz, było dla jedenastolatka bolesne. Udało mu się nie płakać, bo Marcin z ojcem klepali go po plecach, poprawiali mundurek i chustę, ale on czuł jakiś żal. Jakiś smutek, że wyjeżdża. Wyjeżdża właśnie teraz, gdy w domu ma takie fajne zwierzę.

* * *

Wakacje w Urlach tak naprawdę zainicjowała... mama Aleksa. Przypadkiem usłyszała rozmowę syna z Marcinem, który żalił się, że kompletnie nie wie, co robić, bo ojciec zajmuje się unieważnianiem małżeństwa z Agnieszką, która tak podle go oszukała. Ma więc teraz mnóstwo spraw urzędowych. Musi też skupić się na zarabianiu pieniędzy. Na dodatek Marek pojechał na obóz sportowy, dlatego w wakacje opieka nad rodzeństwem spadła na Marcina. Siedzenie z dzieciakami w mieście to koszmar. Nie było forsy na codzienne kino ani siły na codzienny basen, bo trzeba ich pilnować. Jednocześnie sam wcale nie wypoczywał.

- Pojedźcie do Urli - poradziła mama Aleksa, stając w drzwiach pokoju i szybko dodała: - Sąsiad chce wynająć swój dom letniskowy na całe wakacje. Tam się zmieści masa namiotów. Obok jest rzeczka. Jest las z jagodami. Dla dzieciaków to zawsze fajne miejsce. A i wszyscy znajomi będą mogli do was dojechać. Pod warunkiem że będą mieli namioty.

Rzeczywiście. Wynajęcie działki w Urlach okazało się na kieszeń ojca Marcina, a fakt, że jeszcze niektórzy znajomi przyjechali i się dorzucili, spowodował, że lipiec nad Liwcem upłynął wszystkim bardzo przyjemnie. Kolejno na działkę, choćby na kilka dni, dojeżdżały różne osoby. Byli i Aleks, i Aśka, i Maciek, i Biały Michał, i Ewka, a nawet dołączyli jacyś znajomi Maćka i Aleksa z dawnych lat: Kamila z Olkiem i młodszym rodzeństwem, a także Czarny Michał, którego Marcin przecież już znał, a który dotarł tu z Kingą. Hałas na działce był momentami nie do zniesienia. Tak mówiła Kinga, która ku zdumieniu Marcina próbowała w tych warunkach coś czytać. Jednak wszyscy twierdzili, że jest fantastycznie i co najważniejsze - dopisuje pogoda. Dopiero pod koniec lipca spadł pierwszy deszcz. Padało przez kilka dni i gdy znów wyszło słońce, działka roiła się od ślimaków. Pierwszego pogodnego dnia to one okazały się dla dzieciaków największą atrakcją.

- Ten jest najszybszy! - wykrzykiwał dziesięciolatek Ignacy, którego rodzice także wynajęli od kogoś urlowską działkę. Z racji bycia w podobnym wieku obaj chłopcy - Mateusz i Ignacy - szybko się zakolegowali, zawiązując wspólny front przeciwko Magdzie. Wywoływało to jej liczne protesty i częste ingerencje Marcina.

- Jest mój! - krzyknął Mateusz na widok ślimaka.

- Dlaczego twój? Ja pierwszy go dostrzegłem - zdziwił się Ignacy.

- Bo jest na mojej działce.

- To nie jest twoja działka! Mama mi mówiła, że wynajęliście ją od kogoś.

- Teraz jest moja! Zapłacone! A skoro jest moja, to ten ślimak jest mój! Zresztą on już ma imię.

- Jakie znowu imię? - zainteresował się Ignacy.

- Torpeda! Bo on jest szybki jak torpeda!

- He he! Też mi imię! - odparł Ignacy, ale po chwili posmutniał, a potem... postanowił, że i on musi poszukać sobie jakiegoś ślimaka.

Nie było to trudne. Ignacy wybrał jednego, który z jakichś tylko jemu dobrze znanych przyczyn spodobał się najbardziej, i nazwał go... Odrzutowiec!

- A co! - powiedział, patrząc z triumfem na Mateusza. - Gorsze imię?

- Gorsze. Torpeda zawsze zniszczy odrzutowiec! A jeszcze nie słyszałem, by jakikolwiek odrzutowiec był w stanie zniszczyć torpedę! Mój ślimak Torpeda zawsze będzie szybszy od twojego!

- To ja ci zaraz tego twojego... - zaczął Ignacy wściekły, że jego ślimak już na wstępie traktowany jest bez szacunku, i zamachnął się w kierunku ślimaka Mateusza. Ale Mateusz szybciutko schował go w dłoni!

- Odczep się od mojej Torpedy!

W ostatnim tygodniu lipca na działce zostali już właściwie tylko Marcin z rodzeństwem i Czarny Michał z Kingą, która uznała, że dawno w żadnym miejscu tak świetnie nie odpoczywała i mimo załamania pogody postanowiła stąd nie wyjeżdżać. Deszczowe dni przesiedziała na oszklonej werandzie z książką w ręku. A Czarny Michał zachwycony okolicą bez przerwy coś fotografował, bo jak powiedział: "Deszcz sprzyja fotografii. Wystarczy jedna kropla wody, by zobaczyć świat w innym świetle".

Teraz, gdy się wypogodziło, Kinga siedziała już na rozstawionym na trawie leżaku i słuchając kłótni chłopców o ślimaki, z trudem powstrzymywała się od śmiechu. Czarny Michał, który na stole obok przeglądał zdjęcia w komputerze i pokazywał je Marcinowi, nagle wpadł na pomysł.

- Chłopaki! Nie kłóćcie się! Zrobimy sesje zdjęciowe waszym ślimakom!

Po chwili rozkładając na stole w ogrodzie cały swój sprzęt fotograficzny, tłumaczył maluchom jego budowę, pokazując jakieś szkiełko z gwintem:

- To jest filtr do makrofotografii. Dzięki temu zobaczycie swoje ślimaki trochę powiększone. Będziecie mogli obejrzeć dokładnie ich muszle, a nawet czułki i oczy.

- A co to są za ślimaki? - spytał zupełnie poważnie Ignacy. - Bo wiem, że nie winniczki - zaznaczył po chwili niezwykle poważnym głosem.

- Kinga! Czy ty wiesz, co to za ślimaki? Ty byłaś zawsze dobra z biologii. - Czarny Michał krzyknął Kindze nad uchem tak głośno, że niemal wypuściła z ręki książkę.

- Jakie ślimaki?

- No te, co chłopcy znaleźli...

- Torpeda i Odrzutowiec - dodał ze śmiertelną powagą Marcin.

- Ludzie! - krzyknęła Kinga, patrząc na nich zdumiona. - Na świecie jest, z tego co pamiętam, ponad sto tysięcy gatunków ślimaków! Skąd ja mam tak od razu wiedzieć, co to za gatunek? - Ale po chwili i ją samą coś w ślimakach zaciekawiło. - Poczekajcie... Michał, zrób szybko zdjęcia tych ślimaków i mi prześlij.

- Ale po co? - spytał Marcin.

- Sprawdzę zaraz w necie...

- A tu jest internet? - zaciekawił się Czarny Michał, spoglądając na Marcina, który przecież na samym początku zapewniał, że ze zdobyczy cywilizacji znajdą tu jedynie prąd.

- W komórce sprawdzę - wyjaśniła Kinga i po dobrych kilkunastu minutach powiedziała: - Ślimaków najwięcej jest morskich, potem słodkowodnych, a dopiero potem lądowych. Ten z żółtym paskiem to... wstężyk gajowy...

- Wężyk? Jak wężyk, kiedy to ślimak jest... - powiedział oburzonym tonem Mateusz, nie przestając głaskać ślimaka po muszli.

Marcin, Czarny Michał i Kinga od razu zorientowali się, że ślimak, o którym mówiła Kinga, należał do Mateusza i to jemu nadane zostało imię Torpeda.

- Nie wężyk, tylko wstężyk! - wyjaśniła Kinga. - Takich gatunków ślimaków, które nazywają się wstężyki, jest w Polsce kilka. Ten wstężyk gajowy należy do najpospolitszych. Jest jadalny - dodała po chwili triumfalnie.

- O nie! Nie będziecie mi go zjadać! - zaprotestował Mateusz.

- No dla ludzi to on raczej za mały - stwierdziła Kinga i zerkając w komórkę, przeczytała: - Jest przysmakiem dla drozdów...

- Czy tu są drozdy? - zaniepokoił się Mateusz.

- Jak nie ma, to przyprowadzę drozda - rzucił Ignacy. - I będzie po twojej Torpedzie!

- Chwileczkę! - zawołała Kinga. Ten drugi... to... chyba ślimak zaroślowy, najpospolitszy polski ślimak.

- Jadalny? - zainteresował się Mateusz i odłożywszy ślimaka na stół z akcesoriami fotograficznymi, złożył ręce jak do modlitwy. - Panie Boże, niech będzie jadalny, niech będzie jadalny!

- No zawsze znajdzie się jakieś zwierzę, któremu on będzie smakować - powiedziała Kinga.

- A widzisz? - Mateusz odwrócił się do Ignacego i spojrzał na niego z triumfem. - Odrzutowiec też może być pożarty! I to nie wiadomo przez kogo! Torpedę muszę chronić przed drozdami, a ty swojego przed każdym, bo nie wiesz, kto się tym żywi! Ha!

- A to jest chłopak czy dziewczynka? - spytał Ignacy, chcąc odwrócić uwagę od ewentualnej możliwości pożarcia jego ślimaka i kompletnie nie zdając sobie sprawy, że tym niewinnym pytaniem wywoła prawdziwą burzę...

- U ślimaków to jest trochę inaczej niż u ludzi - zaczęła Kinga, zastanawiając się, jak przekazać chłopcom informację, że ślimaki są obupłciowe.

- Jak to inaczej? - spytał zaciekawiony Mateusz.

- No po prostu u ślimaków to, kto jest samicą, a kto samcem, jest sprawą... można powiedzieć umowną... - Kinga urwała nagle, bo Mateusz patrzył na nią szeroko rozwartymi oczami, by po chwili dość głośno szepnąć:

- To jakieś geje są! Jak facet kocha się w facecie, to przecież gej. Ojciec Kopra mówi, że pedał. Chociaż podobno teraz nie można mówić "pedał", bo to nieładnie, ale ojciec Kopra powiedział, że on i tak będzie tak mówić. Koper twierdzi, że oni jak się kochają, to się umawiają, kto jest facetem, a kto kobietą...

- Jezu! - jęknęła Kinga i podniósłszy głowę znad komórki, wzniosła oczy do nieba. - Pomocy! Marcin, pomocy!

Ale Marcin stał obok i z trudem powstrzymywał się, by nie ryknąć śmiechem. Tłumaczenie zawiłości życia intymnego ślimaków okazało się dla całej trójki świeżo upieczonych studentów bardzo skomplikowane. Kinga zdecydowała się powiedzieć chłopcom tak:

- Przyjmijcie do wiadomości, że wystarczą dwa wstężyki w jednym miejscu, by były z tego dzieci. I nie ma to nic wspólnego z gejami.

- A te... zaroślowe? - spytał Ignacy.

- Moim zdaniem też dwa.

- A gdyby zamknąć razem zaroślowego z tym wstężykiem? To co będzie? - spytał Mateusz.

- Nie wiem, czy krzyżowanie między sobą gatunków jest możliwe - odpowiedziała Kinga, a po chwili dodała: - Chłopaki! Ulitujcie się! Ja chcę iść na farmację i robić pigułki i syropy, a nie krzyżować ślimaki. Nie muszę, nie mogę i nie chcę wiedzieć wszystkiego.

- Nareszcie! - wykrzyknął Czarny Michał.

- Co nareszcie? - spytali równocześnie Kinga i Marcin, a Ignacy, Mateusz i milcząca dotąd Magdusia, która kolejną godzinę bawiła się na ganku jakimiś lalkami i grami, podnieśli z zaciekawieniem głowy.

- No nareszcie Kinga nie chce wszystkiego wiedzieć! Proponuję wieczorem wypić z tej okazji piwo. Bo to jakieś wielkie święto jest!

* * *

Gdy wieczorem rozpalili ognisko, najmłodszych nakarmili pieczonymi na ogniu kiełbasami i położyli spać, wrócili do rozmowy o ślimakach. Zaczął Czarny Michał.

- Ten twój Mateusz to niezły jest. Jak walnął tekst o gejach, to mało nie umarłem ze śmiechu.

- Ja też - przyznał Marcin. - Nawet chciałem powiedzieć, że może to nie wstężyk gajowy, ale wstężyk gejowy! Tylko się w porę w język ugryzłem.

- No z takimi to lepiej nie żartować - przyznała Kinga. - Nigdy nie wiadomo, co przywloką do szkoły, co powtórzą i z powodu czego będzie potem afera.

- Ale co ja mam teraz zrobić z tym ślimakiem? - spytał całkiem poważnie Marcin, wskazując na stojący na werandzie słoik, w środku którego po ściance wędrował ślimak.

- Hodować - odparł Czarny Michał i przysunąwszy się do Kingi, objął ją ramieniem.

- No dobra, ale jak długo?

- Zapewne aż do śmierci.

- Mojej czy jego? - spytał Marcin i cała trójka szczerze się zaśmiała.

- No dobra - powiedziała Kinga i znów sięgnęła po komórkę. - Sprawdzę, jak długo żyją ślimaki. - Przez chwilę przy ognisku panowała cisza. Słychać było tylko trzask ognia, który przerwało dopiero głośne wypowiedziane przez Kingę jedno słowo: - Cholera!

- Co? - spytali równocześnie chłopcy.

- Te ślimaki potrafią żyć do kilkunastu lat.

- Czyli gdy Mateusz pewnego dnia pójdzie na studia, to wraz ze swoim ślimakiem! - stwierdził Czarny Michał, starając się, by zabrzmiało to bardzo poważnie. - A jak zostanie młodym pracownikiem naukowym, to być może też będzie mu towarzyszył ten ślimak... - Pod koniec tych słów Czarny Michał nie wytrzymał i zachichotał. - Wyobrażacie sobie? Dziekan spyta: "A co pan ma tam ze sobą w słoiczku?", a on odpowie: "To jest mój stary przyjaciel Torpeda, proszę pana dziekana!". "Ho ho! Widzę, że ten ślimak ma już swoje lata!" - odpowie mu dziekan.

- Tiaaa... - westchnął przeciągle Marcin. - Łatwo się śmiać. Trudno wymyślić coś rozsądnego.

- Ja hodowałam w dzieciństwie ślimaka - powiedziała nieoczekiwanie Kinga.

- I co? - Marcin spojrzał na nią z nadzieją.

Kinga wzruszyła ramionami.

- Nic. Którejś nocy po prostu wyszedł ze słoika i wszelki ślad po nim zaginął.

- Ślad... Ślimaki akurat zostawiają ślad - zauważył Czarny Michał. - Może więc źle szukaliście?

- Może...

- A co jedzą? - indagował Marcin, który coraz bardziej oswajał się z myślą, że Torpedę trzeba będzie zabrać do domu.

- Teoretycznie glony i rośliny zielne...

- Co to są rośliny zielne? - wszedł jej w słowo Marcin.

- Człowieku...

- Chodziłem do humanistycznej, więc nie znęcaj się nade mną. Mów. Jak do kompletnego idioty.

- No zielne to takie, które nie mają zdrewniałej łodygi.

- Czyli... właściwie wszystko, co nie jest drzewem?

- No można tak powiedzieć...

- Czyli będziecie hodować Torpedę i karmić go vel ją roślinami zielnymi, bo jest to wstężyk gajowy, choć nie gej - stwierdził Czarny Michał.

Nawet nie przypuszczali, że ostatnie dni na działce upłyną im pod znakiem pogłębiania wiedzy o ślimakach. W Mateuszu była bowiem tak wielka potrzeba dowiedzenia się wszystkiego o Torpedzie, że zamęczał Kingę codziennie, pytając ją dosłownie o wszystko. Gdy ostatniego dnia lipca wracała z Czarnym Michałem do domu, powiedziała:

- Jeszcze tydzień i mogłabym się chyba doktoryzować z tych ślimaków...

* * *

- Nie wiem, co mam powiedzieć Mateuszowi, jak wróci.

- Ale o czym? - spytał Marek.

- O Torpedzie.

- Jakiej znowu torpedzie? - Marek popatrzył na starszego brata jak na wariata.

Dopiero co wrócił z obozu sportowego. Był nieprzytomny ze zmęczenia, a tu Marcin mówi coś od rzeczy. Musiał wysłuchać opowieści o wakacyjnej fascynacji młodszego brata ślimakiem, który okazał się wstężykiem gajowym. A potem równie dramatycznej opowieści o tym, że tuż po wyjeździe Mateusza ślimak, który - jak wyczytała jakaś Kinga (Marek zupełnie nie wiedział - o kogo chodzi i kto to) - mógł żyć nawet kilkanaście lat, po prostu wysechł na śmierć. Prawdopodobnie było mu za gorąco w tym słoiku.

- Powiedz Mateuszowi, że ślimaczy dom zrobił się za ciasny i ślimak poszedł szukać większego.

- Nie da rady! Człowieku! On wie, że muszla rośnie wraz ze ślimakiem, że muszle porzucone to muszle martwych ślimaków, że ślimaki bez muszli po prostu nie mają muszli i są to pomrowy...

- Coś ty nagle taki spec od ślimaków?

Marcin machnął tylko ręką. Był zdenerwowany, bo nic rozsądnego, co mógłby powiedzieć najmłodszemu bratu, nie przychodziło mu na myśl. Już następnego dnia okazało się, że reakcję Mateusza przewidział perfekcyjnie. Chłopiec wrócił z obozu i zobaczywszy pusty słoik z pustą muszlą, potwornie się rozpłakał, jakby miał nie jedenaście, a najwyżej osiem lat.

- Ugotowałeś mi go! Upiekłeś na słońcu! - krzyczał. - Miałeś dbać! Mógł żyć kilkanaście lat! Buuuu! Czy ty wiesz, ile to jest kilkanaście lat? - spytał, wycierając łzy.

Marcin próbował zachować powagę, bo rozpacz młodszego brata też go bolała, ale z drugiej strony przypomniał sobie wizję Czarnego Michała, w której młodemu naukowcowi Mateuszowi Niewiadomskiemu zdobywającemu pierwsze szlify na uczelni towarzyszył słoik ze starym ślimakiem wstężykiem gajowym.

Wieczorem do Marcina wpadli w odwiedziny Biały Michał z Ewką, by opowiedzieć o triumfie ich kabaretu na scenie festiwalu i niespodziewanym wyjeździe Maćka. Drzwi otworzył im Mateusz zapuchnięty od płaczu. Ewka chciała go rozweselić kawałem, ale trafiła jak kulą w płot, bo opowiedziała o tym, jak spotkał się pomrowik z winniczkiem, który spytał pomrowika:

- Co się stało, że nie masz muszli?

- Zwiałem z domu!

Słysząc to, Mateusz nie uśmiechnął się, tylko posłał Ewie pełne nienawiści spojrzenie i wrzasnął:

- On nie zwiał z domu! On nie żyje! Marcin mi Torpedę ugotował! A ja się z Toredą zaprzyjaźniłem! Przywiązałem się do niego! A tak nie mam nikogo! Nie mam mamy, tata ciągle zajęty, Marka nigdy nie ma w domu, Magda nie chce się ze mną bawić, a Marcin ugotował mi na słońcu jedynego przyjaciela!

- Nie dramatyzuj, młody! Przywiązać się i zaprzyjaźnić to można z psem lub kotem. No... jeszcze z koniem, ptakiem czy szczurem, ale, na litość boską, nie ze ślimakiem! - powiedziała Ewa, poklepując ryczącego Mateusza po ramieniu.

A ponieważ Mateusz jeszcze długo rozpaczał, Marcin po chwili namysłu postanowił namówić ojca na kota. Wtedy jeszcze nie przypuszczał, że ściągnie sobie na głowę nowy kłopot. Ale tego dnia najważniejsze było jedno: by Mateusz przestał płakać, bo tego, że rozpacz młodszego brata jest trochę udawana, nie wziął w ogóle pod uwagę.

AUTOSTOP

- Trudno jest zacząć od nowa, ale pan jest taki młody, że da pan radę. Jestem tego pewna. A poza tym może nie warto pytać dlaczego? - powiedziała towarzyszka kierowcy, kiedy po północy Maciek wysiadał przed domem na Saskiej Kępie.

Wrócił do Warszawy autostopem. Mercedes na szwajcarskich numerach, którym podróżowała para starszych państwa, był trzecim, z których podwózki skorzystał w czasie swojej podróży z Lublina.

* * *

- Wiecie co... wracajcie sami! - powiedział Maciek i zamknął drzwi czerwonego peugeota Kamili. Stali akurat na światłach na drodze wylotowej z Lublina do Warszawy, gdy on niespodziewanie otworzył tylne drzwi i wysiadł, zabierając ze sobą plecak.

- Ale co ci się nagle stało? - Olek otworzył okno samochodu, zaskoczony zachowaniem przyjaciela. - Czy my coś zrobiliśmy nie tak? Czy coś powiedzieliśmy?

- To nie ma nic wspólnego z wami. Ja po prostu muszę zostać sam. Chcę zostać sam - dodał tak stanowczym głosem, że trochę ich zamurowało. Tak zdeterminowanego Maćka nie znali.

- No ale tak na szosie? Mamy cię tak zostawić?!

W tym momencie światło zmieniło się na zielone. Kierowcy aut stojących za samochodem Kamili zaczęli się niecierpliwić i poganiać ją klaksonami.

- Jeźdźcie! Błagam! - powiedział Maciek i odszedł w głąb pobocza. Czerwony peugeot ruszył, by po chwili za światłami zjechać na bok. Olek wysiadł z auta i ruszył w kierunku Maćka, ale ten tylko pokręcił głową i krzyknął:

- Jedźcie!

Olek stanął w połowie drogi, jakby rozerwany między migającym awaryjnymi światłami czerwonym autem, w którym siedziała Kamila, a kumplem, który stał na poboczu.

- No jeźdźcie! Pobędziecie sami! Ja chcę też pobyć sam! Proszę was!

W ostatnim zdaniu było coś takiego, że Olek uległ jego prośbie. Wzniósł rękę, a potem pomachał nią i kiwnąwszy jeszcze głową, wrócił do samochodu. Jednak Kamila ruszyła dopiero po chwili. Dobre pięć minut we wstecznym lusterku obserwowała Maćka, który stał na poboczu i patrzył w przeciwną stronę. W stronę miasta, do którego przyjechał szukać Małgosi. O czym myślał? Ani Kamila, ani Olek nie wiedzieli, bo Maciek nie zająknął się nawet słowem na temat rezultatu swoich poszukiwań.

* * *

Wszystko zaczęło się o świcie, kiedy zgodnie z planami Kamili opuszczali Warszawę. Zegar w samochodzie wskazywał szóstą. Maciek przyznał, że nie spał całą noc. Nie pytali dlaczego. Zresztą Maciek dość szybko na tylnym siedzeniu zapadł w sen. Kamila z Olkiem prawie nie rozmawiali, nie chcąc go budzić. Czasem spoglądali na siebie z porozumiewawczym uśmiechem. A Maciek... i tak tego nie widział. Spał.

W Lublinie byli po dziesiątej, bo po drodze zatrzymali się na śniadanie. Ale nie rozmawiali wtedy o Małgosi, tylko o tym, jak zorganizują swój pobyt. Maciek powiedział, że jest za rozdzieleniem się i umówieniem o konkretnej godzinie w konkretnym miejscu.

- Nie chcesz iść na grób Wojtka? - spytała Kamila, ale zaraz pożałowała pytania, bo Maciek choć nic nie odpowiedział, spojrzał na nią jakoś dziwnie.

Szybko zjadł jajecznicę, a choć wypił kawę, to po powrocie do auta znów zasnął.

Samochód zostawili niedaleko głównego wejścia do Ogrodu Saskiego. Tu też umówili się o piętnastej. Kamila z Olkiem poszli na stary cmentarz przy Lipowej. Nie byli tam jednak zbyt długo. Wprawdzie Kamila sama przed sobą nie umiała przyznać, że śmierć Wojtka, choć nie upłynął od niej rok, zdaje jej się odległą, ale Olek to zauważył. Powoli zaczynała kiełkować w nim myśl, że wbrew pozorom to nie świadczy o Kamili zbyt dobrze. A może nawet dobrze nie wróży ich związkowi? Odpędzał jednak tę myśl jak natrętną muchę. Z cmentarza poszli pospacerować po lubelskiej starówce, skąd spacerkiem przeszli do Ogrodu Saskiego.

W tym czasie Maciek najpierw poszedł na Pocztę Główną. Chwilę rozglądał się po sali, wreszcie ujrzawszy okienko z napisem "poste restante", podszedł i spytał, czy urzędniczka nie pamięta, by odbierała tu list Małgorzata Pawlak. Urzędniczka była w wieku jego mamy. Uczesana w schludny kok przez chwilę patrzyła na niego zaskoczona pytaniem, a potem odpowiedziała krótko:

- Nie. - I wróciła do przeglądania jakichś papierów.

- A jakbym pani pokazał jej zdjęcie...

- A pan co? Z policji? - W tonie urzędniczki było pewne rozbawienie. W Maćku zaświtała nadzieja, że może trafił na życzliwą duszę, i postanowił to wykorzystać.

- Nie... ja tylko... szukam... znajomej.

- No ale nawet jeśli odbierała, to niewiele to panu pomoże - zauważyła kobieta, nie przestając przekładać dokumentów na biurku.

- Czyli była tu? - Maciek bardziej stwierdził, niż spytał.

- Nie wiem, czy była... Nie pamiętam. Tu wiele osób przychodzi. Stwierdzam tylko, że jeśli nawet tu była, to co to panu da? Lublin to duże miasto...

- Ale będę przynajmniej wiedział, że jest w Lublinie...

Maciek nie wiedział, czy to jego ton głosu, czy spojrzenie sprawiły, że urzędniczka obrzuciwszy go uważnym spojrzeniem, powiedziała:

- No dobrze... Niech pan da tę fotografię.

Niestety urzędniczka nie skojarzyła Małgosi z żadnego ze zdjęć.

- Ale nie tylko ja siedzę w tym okienku - przyznała. - Poza tym nie patrzę na ludzi, nie przyglądam się im, nie zapamiętuję. Ale pana to zapamiętam... - dodała na koniec, uśmiechając się tak, jakby tym uśmiechem chciała pocieszyć Maćka i tchnąć w niego nadzieję, że będzie dobrze.

- A gdybym... gdybym... zostawił pani taką fotografię i swój numer telefonu albo e-mail i pani spytała koleżanki... Bo ja nie jestem stąd... Ja tu specjalnie z Warszawy przyjechałem...

- Mogę wziąć, ale nie liczyłabym na to, że to cokolwiek da.

* * *

Instytut Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej o tej porze roku świecił pustkami. Sekretariat jednak działał. Gdy Maciek wyłuszczył swoją prośbę, że chciałby się dowiedzieć, czy przyjęta na studia na pierwszy rok Małgorzata Pawlak jest tą, którą on ma na myśli, siedząca za biurkiem sekretarka wytrzeszczyła oczy.

- No chyba pan żartuje! Przecież gdyby się okazało, że ja takie informacje komuś podaję, toby nam karę wlepili. A ja bym pracę straciła.

- Ale to ja pani podam jej dane, a pani mi tylko powie, czy to ona. Ja nie proszę pani o żadne dane osobowe...

Ale sekretarka pokręciła głową.

- A jakbym pani... zapłacił? - spytał w desperacji, ale już po chwili pożałował, bo oczy sekretarki zapałały wściekłością.

- Proszę stąd wyjść! - krzyknęła, teatralnie wskazując palcem drzwi.

Maciek wyszedł na korytarz. Przez chwilę stał i zastanawiał się, jak inaczej dowiedzieć się, czy przyszła studentka bibliotekoznawstwa na UMCS o takim samym imieniu i nazwisku to ta, której szuka. Nagle dostrzegł na ścianie korkową tablicę z napisem: OGŁOSZENIA. Jak to w wakacje - było ich niewiele i przypięto je bardzo niechlujnie. Dwie ulotki jakichś pizzerii, dwa ogłoszenia o wynajmie pokoju dla studenta oraz kartka, na której ktoś drukowanymi literami napisał: "JOANNA BARGIEŁOWICZ. TWÓJ PIÓRNIK I KARTA BIBLIOTECZNA SĄ W BIBLIOTECE INSTYTUTU". To podsunęło Maćkowi pomysł. Zostawi tu kartkę dla Małgosi, ale... co napisać? Przecież nie napisze jej imienia i nazwiska oraz tekstu "odezwij się do Maćka", bo jeśli to nie ona, to dziewczyna o takim samym imieniu i nazwisku będzie w kropce albo odezwie się do jakiegoś swojego znajomego Maćka. A jeśli to ona, to po takim zdaniu i tak się nie odezwie. Przecież nie odezwała się do tej pory. Jak sprowokować jej odpowiedź? Co napisać, by Małgosia, jeśli jest tą Małgosią, wiedziała, że on chce tylko porozmawiać? Biedził się dobre pół godziny. Wreszcie... wykrzesał z siebie: "MAŁGO. NIE ODCHODZI SIĘ BEZ POŻEGNANIA. GOGUŚ PROSI O CHOĆBY NAWET KRÓTKIE WYJAŚNIENIE". Na dole nieudolnie narysował papugę.

Przez chwilę patrzył krytycznym okiem na kartkę. Była trochę głupia, trochę zwariowana, może nawet dziecinna, ale TA Małgosia (Maciek już od dawna nie umiał myśleć o niej, jak o swojej Małgosi) będzie wiedziała, o kogo chodzi, bo w końcu Goguś to jego ptak. Dostał go od Wojtka, kiedy jeszcze chodzili do gimnazjum. Maciek raz jeszcze rzucił okiem na kartkę i dopisał jedno słowo: "OBSZCZYMUR". TA Małgosia będzie wiedziała, że ją znalazł. I jeśli jest taką osobą, jak Maciek myśli, to odezwie się. Da choćby jakiś znak.

Gdy wieszał kartkę na tablicy, tuż obok stanęła sekretarka. Popatrzyła na niego. Powoli przeniosła wzrok na kartkę. Uniosła lekko brwi ze zdumienia, ale nie odezwała się nawet słowem, tylko odeszła w kierunku toalety. Maciek odetchnął z ulgą. Jakoś instynktownie poczuł, że jego zwariowana wiadomość jest na tej tablicy bezpieczna i jeśli los mu sprzyja, to jej treść trafi do adresatki i spotka się z jakąś reakcją.

* * *

- Musimy go chyba zostawić - stwierdziła Kamila, gdy Olek wrócił do auta.

Wprawdzie sama też otworzyła na chwilę drzwi i była gotowa iść do Maćka na rozmowę, ale... mina Olka powstrzymała ją.

- Ruszajmy - powiedział. - Maciek jest dorosły, a poza tym jest lato, do Warszawy sto osiemdziesiąt kilometrów. Jakby co... wróci autostopem.

Kamila ruszyła dopiero po chwili. Przez kwadrans jechali szosą w kierunku Warszawy w zupełnym milczeniu. Dopiero gdy zaczęli zbliżać się do Kurowa, odezwała się Kamila:

- Skręcamy do Kazimierza? Jak wtedy?

Olkowi zaświeciły się oczy, ale po chwili spoważniał.

- Do domu trzeba zadzwonić. Co powiemy?

- Że nocujemy po drodze. Wszyscy! - dodała Kamila z mocą. Nie ma co denerwować rodziców nieobecnością Maćka. - Jak myślisz? Co mu się stało? - spytała po chwili.

- Nie wiem... - mruknął Olek i włączył radio.

Przez chwilę znów jechali w milczeniu. Każde z osobna zastanawiało się nad podróżą z Maćkiem. Kamili było głupio, bo przecież wcześniej nie chciała, by z nimi jechał, a musiała sama przyznać, że w drodze do Lublina zachowywał się, jakby go w ogóle nie było. Teraz nie było go faktycznie. A ponieważ wysiadł tak nieoczekiwanie, więc nie czuła się z tym wszystkim zbyt dobrze.

Olek też czuł się nieswojo i pewnie milczeliby tak jeszcze czas jakiś, gdyby nie dźwięki obu komórek zwiastujący nadejście esemesów. Olek zerknął na wyświetlacz. "WSZYSTKO W PORZĄDKU. ZOBACZYMY SIĘ W WARSZAWIE. NIE MARTWCIE SIĘ O MNIE. MUSZĘ TO WSZYSTKO PRZEMYŚLEĆ". Po chwili Kamila odczytała identyczną wiadomość, która przyszła do niej. Fakt, że Maciek się odezwał do obojga, poprawił im humor do tego stopnia, że do Kazimierza wjechali roześmiani. Gdy zapukali do domu, w którym nocowali zeszłym razem, gospodarz powitał ich z otwartymi ramionami jak starych dobrych znajomych. I przyznał, że choć sezon w pełni, to mają wyjątkowe szczęście. Wolny pokój jakby na nich czekał.

- Ale tylko na jedną noc - zaznaczył.

- Oczywiście - odpowiedzieli i zaklepawszy miejsce noclegowe, pobiegli na obiad na rynek. Nie wiedzieli, że w tym czasie Maciek staczał z samym sobą największą walkę.

* * *

Jak przestać myśleć o kimś, kto przez tyle czasu był niemal twoją częścią? Jak to zrobić? Maciek miał chęć wrócić na UMCS do Instytutu Bibliotekoznawstwa i zerwać kartkę, którą powiesił na tablicy ogłoszeń. Miał też ochotę pójść znów na pocztę i wycofać prośbę o zawiadomienie go, czy Małgosia odbierała tu jakąkolwiek przesyłkę wysłaną na poste restante. Wszystko przez tę wizytę w McDonaldzie. Niby umówili się na jedzenie po drodze, ale szedł Krakowskim Przedmieściem i McDonald jakby wyrósł mu przed nosem. Wszedł na colę i cheeseburgera i wtedy ją zobaczył. To znaczy nie był pewien, czy to ona, ale takie miał wrażenie. Dziewczyna niezwykle podobna do Małgosi, choć bez okularów na nosie, stała za ladą, w służbowym uniformie sieciowej restauracji. Ledwo ruszył w jej kierunku, kiedy uciekła na zaplecze. Siadł z kanapką i colą przy pustym stoliku na wprost bufetu, ale dziewczyna, którą podejrzewał, że jest Małgosią, nie wracała. Tego się obawiał.

Kamili i Olkowi nie chciał po drodze mówić, że jeszcze w Warszawie wysłał do Małgosi kolejnego maila z prośbą o znak, że to nie jego wina, że tylko chce zrozumieć, co się stało, i jeśli może jakoś pomóc, to pomoże. Zaznaczył opcję potwierdzenia przeczytania, ale dostał informację zwrotną, z której wynikało, że jego adres e-mail został zdefiniowany jako spam. Nie przyznał się im też, że wysłał potem drugiego e-maila z adresu, który założył tylko po to, by napisać do Małgosi. Treść była właściwie ta sama. Dodał tylko dwa zdania: "Nie chcę Ci się narzucać. Chcę tylko wiedzieć". Odpowiedzi jednak nie dostał żadnej.

Teraz siedząc w McDonaldzie, znów wysłał e-maila do Małgosi. Znów z tego nowego adresu. Chciał zobaczyć, czy zablokowała go, ale odpowiedź, która przyszła, wydała mu się jeszcze gorsza: "Podane konto jest zablokowane administracyjnie lub nieaktywne". Maćkowi ręce opadły. Wiedział, co to znaczy. Małgosia usunęła konto e-mail. W akcie desperacji Maciek podszedł do lady i poprosił o kierownika zmiany.

- Chciałem spytać, czy pracuje tutaj Małgorzata Pawlak... - zaczął i już wiedział, że popełnił błąd. Powinien był poprosić o rozmowę z Małgosią. Gdyby powiedział to z pewnością w głosie, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nawet gdyby nie chciała z nim gadać, to kierownik zmiany, jakiś łysiejący facet, najpierw przyznałby, że Małgosia tu jest. A tak... usłyszał standardową, dobrze znaną już sobie gadkę o ochronie danych osobowych.

- A mogę jej zostawić kartkę?

- Jeśli wezmę od pana kartkę dla jakiejś osoby, to tym samym przyznam się, że ona tu jest. A jak wspomniałem, obowiązuje mnie ustawa o ochronie danych osobowych.

Maciek wyszedł z McDonalda zdruzgotany. Zadzwonił do Olka, że chciałby już wracać. Czuł, że jeśli tego nie zrobi, to pobiegnie na lubelską pocztę główną i zrobi z siebie wariata, a potem poleci na UMCS, gdzie być może też zrobi z siebie jeszcze większego kretyna. Dlatego chciał już wracać do domu.

Olek z Kamilą ucieszyli się z propozycji wcześniejszego wyjazdu z Lublina. Wspomnieli coś o obiedzie, co Maciek zbył milczeniem. Nie był głodny. Spotkali się w umówionym wcześniej miejscu, czyli przed wejściem do Ogrodu Saskiego, już po kwadransie. Ani Olek, ani Kamila nie spytali, co się stało, więc w ich mniemaniu nie było żadnego powodu, by Maciek nagle w trakcie jazdy wysiadał. A i on sam nie przypuszczał, że nieoczekiwanie zapragnie to zrobić.

Tak się jedna stało. Musiał wysiąść. Czuł, że sprawa jest niezałatwiona. Chciał jeszcze przemyśleć, czy wracać na uczelnię i pocztę, czy może wracać pod McDonalda na Krakowskim Przedmieściu i czatować, aż domniemana Małgosia wyjdzie z pracy? Po rozstaniu z przyjaciółmi kręcił się po poboczu z pół godziny. Kilka razy przechodził na drugą stronę, szedł w kierunku przystanku autobusowego, by wracać do Lublina, a potem znów przechodził na drugą stronę szosy wiodącej do Warszawy. Nagle minęło go auto, w którym wydało mu się, że na siedzeniu pasażera widzi Małgosię. "Może zdecydowała się wrócić do Warszawy i ktoś ją wiezie?" - pomyślał. Zdążył zapamiętać, że samochód to była granatowa skoda na warszawskich numerach. "Gonić? Gonić!" - zdecydował i zaczął machać na nadjeżdżające samochody.

Miał szczęście, bo błyskawicznie zatrzymał się przed nim jakiś opel i po chwili już jechał w kierunku Warszawy. Wprawdzie kierowca mówił, że będzie odbijał na Kozienice, ale Maciek uznał, że będzie się martwić później, jeśli do rozstajów nie dogoni Małgosi. Zwierzył się kierowcy ze swego problemu. Siedzący za kierownicą przystojny czterdziestolatek o wyglądzie biznesmena spojrzał na Maćka rozbawiony i powiedział:

- Ech, miłość!

Ale docisnął pedał gazu. Szybko okazało się, że nie było to potrzebne, bo koło Żyrzyna na stacji benzynowej obaj zobaczyli granatową skodę. Maciek przez chwilę myślał, że szczęście uśmiechnęło się do niego, ale kobieta, którą wziął za Małgosię, miała z nią wspólne jedynie długość i kolor włosów. Kierowca biznesmen patrzył na Maćka rozbawiony, ale po chwili spoważniał i powstrzymał się od komentarza. Wyjaśnił tylko:

- Ja cię tu zostawię, chłopie. Skręt na Kozienice niedaleko, a na stacji łatwiej złapiesz okazję do Warszawy.

- Okej, dziękuję.

Wypił kawę i... złapał okazję do Ryk. Dwaj faceci w fordzie mondeo zgodzili się wysadzić go przed dworcem PKS. Błyskawicznie sprawdził połączenia z Warszawą. Najbliższe było za półtorej godziny. Kiedy zastanawiał się, co ze sobą zrobić, tuż obok, przed przejściem dla pieszych zatrzymał się stalowy mercedes. Maciek zapukał w okno. Siedząca na siedzeniu pasażera kobieta opuściła szybę.

- Czy jadą państwo...

- Do Warszawy - powiedziała starsza pani, a potem odezwała się do kierowcy po niemiecku. Maciek jednak nie usłyszał zbyt dokładnie jej słów. - Podrzucić pana?

- Jeśli można...

- Aber natürlich! - powiedział po niemiecku kierowca.

Maciek wsiadł, ale w gębie miał kluchę. Poza zwykłe danke nie był w stanie wykrzesać z siebie żadnego słowa po niemiecku. Na szczęście kobieta znała polski. Przez dobre dwadzieścia minut trajkotała jak najęta. Maciek dowiedział się, że pan jest Szwajcarem, a pani Polką. Za mąż wyszła czterdzieści lat temu. Do Polski przyjeżdżają co kilka lat. Teraz byli na wycieczce śladami jej przodków na Zamojszczyźnie. Jadą do Warszawy, a potem nad morze.

- A pan co taki smutny? - spytała.

Maciek sam nie wiedział czemu, ale zwierzył się tej obcej starszej kobiecie. I tak jest ze Szwajcarii, i nigdy się nie spotkają. Czasem taka rozmowa z zupełnie obcym człowiekiem, który patrzy na sprawy z boku, może pomóc. Pani słuchała uważnie. I o Małgosi, o jej mamie, o Kubie, o zniknięciu, maturze, studiach, mailach, wizycie w Lublinie i powrocie stamtąd. Gdy doszedł do sprawy pościgu za skodą, pani pokiwała głową, a potem odezwała się, mówiąc bardzo powoli, z namysłem:

- Pan nie wie na sto procent, że ta Małgosia z UMCS to pana Małgosia. Nie jest pan też pewien, czy ta Małgosia z McDonalda to ona. A jednak... los zdecydował za pana. Opuścił pan Lublin. Mimo wahań nie wrócił pan ani na pocztę, ani na uczelnię, ani do tego McDonalda, tylko pojechał za, nazwijmy to, widmem w skodzie. Na darmo. Oddalił się pan od Lublina na tyle, że nie opłaca się już wracać tam ani na pocztę, ani na uczelnię, ani do McDonalda. Czy to nie jest najlepszy dowód, że może trzeba dać sobie spokój z pana Małgosią?

- Ale ja dałem sobie z nią spokój. Ja tylko chciałem wiedzieć, dlaczego się tak ukrywa. Ja po prostu chcę to zrozumieć. Czy mi się to nie należy?

- Wie pan... Pan się i tak kiedyś tego dowie. Myślę, że los sam panu pokazuje, by pan na razie nie drążył więcej tego tematu. By dał pan dziewczynie spokój. Ja panu tak szczerze powiem, bo mógłby pan być moim wnukiem, że jeśli pan tego nie zrobi, to ciężko będzie panu żyć. Ciężko będzie panu studiować. Wiem, że to trudne, ale trzeba odpuścić.

Maciek pokiwał głową. Gdy o północy szedł po schodach swojego domu, w uszach brzmiały mu słowa starszej pani: "Trudno jest zacząć od nowa, ale pan jest taki młody, że da pan radę".

- Mam nadzieję, że dam - mruknął pod nosem i wyjąwszy z kieszeni klucz od mieszkania, przekręcił go w zamku.

- Wszystko w porządku? - spytała mama, która błyskawicznie pojawiła się w przedpokoju.

- Tak... - odpowiedział cicho, ale pani Janina wiedziała swoje. Wiedziała też, że nie ma co się dopytywać.

- Będziesz chciał pogadać, to jestem - odparła i zamknęła się w sypialni.

Pokiwał głową i wszedł do swojego pokoju. Gdy zapalił światło, przywitało go gwizdanie Gogusia.

- Prosisz o wyjaśnienie? - spytał i pogłaskał ptaka po łebku. - Nie będzie wyjaśnienia. A ja zaczynam od nowa. Przynajmniej teoretycznie - mruknął i rzucił się na łóżko.

HIPOTEKA

- Panie mecenasie... - zaczął rozmowę przez telefon, ale adwokat przerwał mu i spytał krótko:

- Stary Ruszczykowski szaleje?

- Tak.

- Proszę przyjechać.

Gdy po kwadransie Michał wkraczał do kancelarii przy Nowym Świecie, mecenas już na niego czekał. Wprawdzie na drzwiach było napisane, że już nie przyjmuje, ale... ku własnemu zdumieniu Michał został przyjęty.

- Co się dzieje? - spytał adwokat.

* * *

"Przeklinam cię! Przeklinam! Będziesz nikim!". Te słowa cały czas brzmiały Czarnemu Michałowi w uszach, ale mimo że brzmiały złowrogo, to jednak nie potrafił powstrzymać się od śmiechu. Jakby go coś w środku łaskotało.

Trzęsący się staruch oparty na balkoniku krzyczał, że go przeklina. Za co? Za to, że Michała nie stać na to, żeby go utrzymywać? A musi to robić? Michał myślał o tym, idąc ulicą do samochodu, który zaparkował w śródmieściu na Lwowskiej niedaleko domu, w którym mieszkał pseudodziadek.

W starym mieszkaniu, którego jedna czwarta na mocy spadku po pseudobabci należała do Michała, był po raz pierwszy. Stare meble, srebra, książki - to wszystko nie zrobiło na nim wielkiego wrażenia. W końcu i u niego w domu trzymali sekretarzyk po jakimś pradziadku Biernackim. Ale u pseudodziadka dostrzegł na ścianie portret młodego człowieka, z którego patrzyła na niego twarz tak podobna do jego własnej, że aż się wzdrygnął.

"To naprawdę moja rodzina" - pomyślał.

Przekręcił kluczyk w stacyjce i błyskawicznie uruchomił silnik. Zapiął pas, zerknął jeszcze w lusterko wsteczne i powolutku ruszył. Po chwili skręcił w prawo w Koszykową i znów w prawo, w plac Konstytucji. "Ciekawe, co dziad teraz zrobi?" - zastanawiał się, a w uszach brzmiało mu słowo "przeklinam" histerycznie wykrzykiwane przez Józefa Ruszczykowskiego.

* * *

Decyzję o studiach prawniczych Michał podjął jeszcze w marcu, gdy okazało się, że zmarła jego pseudobabcia. Nie potrafił inaczej nazywać matki człowieka, który do niego przekonał się dopiero na łożu śmierci. Zwłaszcza że ona nie przekonała się przecież nigdy. Zmarła zapewne z nienawiścią w sercu. Michał na zawsze zapamiętał jej straszne i pełne pogardy spojrzenie, które mu kilka razy posłała, gdy siedzieli wszyscy w kancelarii adwokackiej i słuchali testamentu Michała Ruszczykowskiego.

Kiedy kilka miesięcy później dowiedział się, że pseudobabcia zmarła, a jej mąż, czyli pseudodziadek (Michał nie wyobrażał sobie, by inaczej nazywać tego człowieka), chciał zataić jego istnienie, by nie brał udział w postępowaniu spadkowym, zaczęły się takie prawnicze korowody, że Michał stwierdził jedno: prawo to nie tyle przyszłość, ile pewny chleb. Każdy człowiek choć raz w życiu będzie potrzebował prawnika. Lęk o przyszłość i strach przed biedą, które spadły na niego, gdy zachorowała matka, tak mocno wgryzły mu się w pamięć, że sam nie wiedział, kiedy stał się pragmatykiem.

Pierwsze dni na studiach przyniosły wprawdzie rozczarowanie, jeśli idzie o towarzystwo, bo wszyscy prześcigali się w nieudolnych próbach zaimponowania innym wiedzą prawniczą, ale... co do słuszności wybieranego kierunku nie miał wątpliwości. Utwierdziła go w tym również kolejna rozmowa z adwokatem. Mecenas Zbigniew Womaczka, którego poznał przy okazji spraw spadkowych, okazał się niezwykle sympatycznym człowiekiem. Był to mężczyzna w średnim wieku i średniego wzrostu, łysiejący i z lekko zarysowanym brzuszkiem.

- Ludzie zostają prawnikami z kilku powodów - powiedział jeszcze w marcu, gdy Michał przyjechał do niego sam i spytał, czy jest sens iść na prawo. - Musi pan sobie sam odpowiedzieć na pytanie, z jakiego powodu chce iść na prawo.

- Bo nie grozi mi bezrobocie. Ludziom zawsze przyda się prawnik - odparł Michał bez zastanowienia.

Mecenas Womaczka uśmiechnął się.

- Teoretycznie tak... - powiedział, wolno dobierając słowa. - Jednak i po tych studiach wielu ludzi nie pracuje w zawodzie. Trzeba mieć głębszą i silniejszą motywację, choć są tacy, którzy twierdzą, że motywacja finansowa wystarczy. Jednak w zawodzie prawnika, gdy przeważa motywacja finansowa, łatwo stać się prawnikiem na usługach ludzi, którzy niekoniecznie zasługują na naszą pomoc.

- Ale prawnik powinien pomagać każdemu - powiedział Michał.

- Zgadza się. - Mecenas Womaczka kiwnął głową. - I zawsze w granicach prawa. Trzeba jednak pamiętać, że o ile są ludzie, którzy idą na prawo po to, by go przestrzegać, o tyle nie brak takich, a ja ośmielam się twierdzić, że jest ich znacznie więcej, którzy idą na prawo po to, by wiedzieć, jak je omijać. Powinien pan przemyśleć, jakim rodzajem prawnika chce pan zostać.

Ta rozmowa miała miejsce jeszcze przed maturą i przyjęciem na studia. Wtedy, kiedy mecenas Womaczka pomagał Michałowi zmierzyć się z prawnymi komplikacjami, jakie co rusz spadały na niego z racji nabycia spadku po TYM CZŁOWIEKU. Jednak dopiero teraz, po tych pierwszych dniach na uczelni Michał wiedział już na pewno. Chce być prawnikiem po to, by pomagać ludziom w walce z tymi, którzy chcą naginać przepisy do swoich potrzeb.

* * *

- Z Michałem proszę.

Marianna Biernacka z ulgą podała słuchawkę synowi. Nie musiała nawet mówić "halo". Od kiedy na skutek wycięcia zaatakowanej nowotworem krtani straciła głos, nie znosiła rozmawiać przez telefon. Metaliczny dźwięk, jaki wydawała z siebie dzięki pomocy laryngofonu, uważała za odrażający. Zresztą... ilekroć na przykład w sklepie musiała odpowiedzieć na pytanie kasjerki inaczej niż ruchem głowy, tylekroć widziała w jej oczach przerażenie. A przecież kasjerka na pewno dostrzegła i dziurkę w szyi, i laryngofon w ręku. Ten, kto rozmawiał z nią przez telefon, tego nie widział. On to dopiero musiał być przerażony.

Ten konkretny rozmówca pozostał jednak nieświadomy tego, jak mówi. Nie pozwolił jej bowiem na "halo", a zażyczywszy sobie do słuchawki Michała, zdjął obowiązek mówienia czegokolwiek.

- Słucham. - Michał wziął z rąk matki słuchawkę i już miał zamiar wrócić do siebie do pokoju, gdy nagle aż przystanął. - Ale po co? Ale dlaczego pan krzyczy? Spokojnie. Nic nie rozumiem. Ale co ja mam z tym... Proszę nie krzyczeć! No rozumiem, że nie na telefon. Przyjadę. Moment. - Po czym zasłoniwszy dłonią mikrofon w słuchawce, zawołał: - Mamo, czy możemy pojechać do sklepu trochę później?!

Mirosława Biernacka wychyliła głowę ze swojego pokoju, by skinąć nią na znak zgody.

- To ja zaraz przyjadę - powiedział, kończąc rozmowę, i rozłączył się. - Ty wiesz, kto dzwonił? - spytał matkę po chwili.

Mirosława Biernacka znów stanęła w progu.

- Pan Ruszczykowski.

Drgnęła na dźwięk tego nazwiska.

- Ale nie wiem po co. Krzyczał, że ma przeze mnie kłopoty z mieszkaniem. Powiedziałem, by nie krzyczał, że przyjadę, to porozmawiamy.

- Jedź - powiedziała bezgłośnie, co Michał wyczytał z ruchu jej warg, i znów zatęsknił za matczynym głosem. Za chwilami, kiedy wołała go na kolację lub bajkę.

Na Lwowską z Saskiej Kępy dojechał w kwadrans. Była przecież sobota. Zaparkował samochód niedaleko domu, w którym dwupokojowe mieszkanie zajmował pseudodziadek.

- Michał Biernacki. Dzień dobry - powiedział do kratki domofonu. Usłyszawszy brzęczyk, wszedł na drugie piętro.

- Właź! - wrzasnął pseudodziadek, otwierając drzwi.

Michał aż cofnął się od progu.

- Właź, do cholery! - powtórzył Ruszczykowski.

Kręcąc głową z dezaprobatą, wszedł do środka. O ile zachowanie pseudodziadka właściwie specjalnie go nie zaskoczyło, o tyle wygląd - bardzo. Staruszek wyglądał teraz zupełnie inaczej niż wtedy, gdy widzieli się ostatni raz w sądzie. Ruszczykowski opierał się na balkoniku na kółkach. Być może wyłącznie dlatego Michał wszedł jednak do środka. Stanął w korytarzu i czekał.

Pseudodziadek, opierając się na balkoniku, zamknął drzwi, ale nie zaprosił na pokoje. Michał szybko się zorientował, że chce swój z nim interes załatwić tutaj. W przedpokoju.

- Przez ciebie nie mam z czego żyć - powiedział Ruszczykowski z wyrzutem.

- Przeze mnie? Jak to przeze mnie?

- Nie mogę sprzedać działki, bo nie jestem jej jedynym właścicielem! Nie mogę odwrócić hipoteki mieszkania, bo nie jestem jego jedynym właścicielem...

- Ale to nie moja wina, że nie jest pan jedynym właścicielem... - zaczął Michał, ale nie zdołał dokończyć, bo Ruszczykowski warknął:

- Dobrze, gnoju, że mówisz do mnie pan, bo już się bałem, smarkaczu, że zechcesz mówić dziadku! Po moim trupie będę twoim dziadkiem, zasrany bękarcie!

- Pan też mógłby mówić do mnie per pan - zauważył rzeczowo Michał, starając się nadać swojemu głosowi spokojny ton.

Nie był jednak spokojny. Udzieliła mu się agresja pseudodziadka. Bał się, że za chwilę i on wybuchnie. Tymczasem pseudodziadek wykrzykiwał słowa, z których wynikało, że dla niego Michał nie jest panem, ale bękartem jednej kurwy, która kiedyś omotała jego syna do tego stopnia, że teraz i on ma zmarnowane życie, bo rentę ma małą, a bank nie chce podpisać z nim umowy, na mocy której, w zamian za przejęcie po jego śmierci mieszkania, będzie mu wypłacać drugą dożywotnią rentę. I właśnie dlatego pseudodziadek teraz żąda. Tak! Michał się nie przesłyszał. Żąda! Dokładnie takiego słowa użył. Pseudodziadek żąda, by Michał albo płacił mu taką rentę, jaką płaciłby bank, gdyby pseudodziadek zrobił hipotekę odwróconą, albo oddał mu swoją część tego mieszkania lub swoją część działki. Bo gdyby pseudodziadek miał prawo do całej działki, toby ją sprzedał i żył z tego, co by dostał z tytułu sprzedaży.

Michał miał ochotę przypomnieć, że w spadku po pseudobabci było jeszcze konto "biednej starowinki" z czterdziestoma tysiącami, z których połowa przypadła pseudodziadkowi, ale staruch tak się darł, że Michał zrezygnował z przypominania czegokolwiek. Zastanawiał się, czemu właściwie słucha tych wrzasków, czemu tu przyjechał, skoro stoją w przedpokoju i nawet chyba chciał zadać to pytanie, kiedy z wnętrza mieszkania wyszedł drugi staruszek. Ten nie był już agresywny. Zupełnie spokojnym tonem powiedział:

- Józefie, miałeś rozmawiać merytorycznie z... - i nagle urwał, spoglądając na Michała. - Matko Boska! Michał!

- Michał - odpowiedział Michał i wzruszył ramionami.

- Chodzi mi o to, że jest pan podobny do Michała jak...

- Chuja podobny! - wydarł się pseudodziadek i prawdopodobnie chciał jeszcze coś krzyknąć, ale drugi staruszek mu przerwał.

- Józefie! - W jego głosie była taka rozpacz i nagana, że Józef Ruszczykowski zamilkł.

Michał wciśnięty pod wieszak na ubrania nie wiedział, co ze sobą zrobić. Patrzył na drugiego staruszka, który tak nagle pojawił się w przedpokoju i teraz starał się zapanować nad wściekłym pseudodziadkiem. Staruszkowie byli zupełnie inni. Wyraźnie znali się wiele lat, ale co ich łączyło poza stażem znajomości? Ruszczykowski był furiatem. Ten drugi jego zupełnym przeciwieństwem. Spokojny jak... woda w wannie. Poza tym Ruszczykowski był postawnym mężczyzną, a ten drugi drobnym i chudziutkim. Michał porównywał ich przez chwilę i rozmyślał nad odmiennością typów, aż z rozmyślania wyrwał go głos tego drugiego:

- Pan wejdzie do pokoju. Ja się nazywam Stodulski i jestem przyjacielem pańskiego dziadka. Jest pewien problem...

Stodulski nie dokończył, bo jego słowa wywołały kolejny atak furii u Ruszczykowskiego, który miotając przekleństwa, podniesionym głosem oznajmiał, że nie jest dziadkiem tego bękarta, czyli Michała, i po cholerę Stodulski mówi do bękarta per pan i zaprasza go do pokoju.

- Józefie! Uspokój się! Kultury! Zupełnie cię nie poznaję! Co się z tobą dzieje?! Masz ważne sprawy do omówienia i nie można tego robić w przedpokoju.

Znów minęło kilka minut, podczas których Ruszczykowski wrzeszczał wściekły, że Michał jest bękartem, a jego matka kurwą i oboje doprowadzili porządną i szlachecką rodzinę Ruszczykowskich do ruiny, a Stodulski wtrąca się w nie swoje sprawy, choć miał tylko pilnować, by to bydlę, czyli Michał, nie walnęło go w łeb i nie utłukło, bo ze względu na swój stan zdrowia nie mógł się z nim umówić na mieście.

Wreszcie panu Stodulskiemu jakoś w końcu udało się Ruszczykowskiego spacyfikować. Michał wszedł więc do pokoju. Siadł przy okrągłym stoliku, na krześle wskazanym przez spokojniejszego ze staruszków. Józef Ruszczykowski poczłapał w głąb pokoju i trzymając się balkonika, opadł na kanapę. Stodulski spokojnie zaczął tłumaczyć to, co wcześniej wywrzaskiwał pseudodziadek. Czarny Michał słuchał. Odezwał się dopiero na końcu, kiedy Stodulski wyjaśnił, że Józef Ruszczykowski jest ciężko chory i nie daje sobie rady, a emerytura mu nie starcza.

- Czy teraz ja mogę coś powiedzieć?

- Tak, młody człowieku - odparł pan Stodulski i po raz kolejny zgromił pseudodziadka, który otwierał usta, by się odezwać. - Józefie! Nic nie mów!

- Gdyby to ode mnie zależało, tobym się zrzekł i tego spadku, i tego wszystkiego...

- Mówiłem ci, że to ta kurwa...

- Józefie! Na litość boską! Józefie! - Stodulski wyraźnie zniecierpliwiony podniósł głos. - Niech pan mówi - zwrócił się ponownie do Michała. - Proszę powiedzieć swoje, bo ja znam sprawę tylko z jednej strony.

- Moja mama miała raka krtani. Teraz nie mówi. To znaczy... - Michał zawahał się, bo nie wiedział, czy dobrze to wszystko wytłumaczy. - To znaczy mama mówi, ale bez głosu. Musiała gwałtownie zmienić swoje życie zawodowe. Odeszła z pracy w radiu. Teraz tłumaczy książki. Ma malutką rentę. Gdyby nie tłumaczyła, nie bardzo byśmy mieli z czego żyć, bo renta jest tak mała, że chyba starczyłaby tylko na czynsz. Mama całe życie wychowywała mnie sama. Nie dostawała na mnie alimentów. Nie nosiłem nawet nazwiska swojego ojca... - Michał mówił coraz szybciej. Jakby chciał wykorzystać moment, kiedy pseudodziadek wreszcie milczy.

Opowiedział o tym, jak się z niego śmiali, że sam jest swoim ojcem i że matka jest jego żoną, bo w dokumentach ma, że imię ojca to Michał. Opowiedział też o tym, jak matka zachorowała, a on bał się, że nie będą mieli co jeść. Wspomniał, jak wpadł na pomysł, by odnaleźć ojca. Kiedyś mama mu go pokazała, bo był ciekaw, jak wygląda, więc wiedział, kogo szukać. Opowiedział o spotkaniu w bufecie i rozmowie pod gmachem radia. O słowach wypowiedzianych przez niego o matce: "Mogła ze mną. Mogła z każdym". Wreszcie o telefonie z hospicjum.

- Nie chciałem do niego jechać. W ogóle nie chciałem z nim mieć kontaktu. Ale potem, jak zmarł, to matka błagała, bym nie odrzucał spadku. Powiedziała, że będzie to rekompensata za całe dzieciństwo i szansa na kształcenie się.

- A po śmierci babci? - spytał pan Stodulski, obracając się w kierunku pseudodziadka, jakby chciał powstrzymać Ruszczykowskiego przed przerwaniem tej rozmowy.

- Babci? Moja babcia żyje... - odparł Michał zaskoczony, ale po chwili zorientował się, że pan Stodulski pyta o pseudobabcię, więc urwał. Nie wiedział, jakich słów użyć, by wytłumaczyć, dlaczego nie zrzekł się tego, co mu się prawnie należało. Wreszcie powiedział cicho: - Wtedy po śmierci tego... tego...

Michałowi brakowało słowa. Nie umiał mówić o tym człowieku "ojciec" i bardzo, ale to bardzo chciał, by Stodulski teraz go w tym wyręczył. Ale Stodulski tego nie zrobił. To, co miała do powiedzenia "druga strona", było dla niego sporym zaskoczeniem.

- Ponieważ u notariusza państwo Ruszczykowscy zachowali się w stosunku do mojej mamy okropnie, więc... gdy mama powiedziała, bym się niczego nie zrzekał, zrobiłem tak, jak prosiła.

- Okropnie? - spytał Stodulski dziwnym głosem.

- Być może jest to norma u tych państwa. Sam pan słyszał, co pan Ruszczykowski tu wykrzykiwał... Podobne rzeczy wykrzykiwali oboje u notariusza. Wtedy jednak to pani Ruszczykowska była bardziej agresywna.

Stodulski siedział jak ogłuszony. Dopiero po chwili wydusił z siebie:

- Józefie!

W tym słowie brzmiało wszystko. I rozpacz, i żal, i rozczarowanie. Rozczarowanie, którego rozmiarów nieświadom był tylko Michał. Ale skąd mógł wiedzieć, że koszmarne zachowanie pseudodziadka, którego on tyle razy doświadczył, Stodulski widział dziś pierwszy raz w życiu?

- Wie pan - mówił dalej Michał. - Gdy teraz obaj panowie mówią mi o tej hipotece, sprzedaży działki i tak dalej, to moja odpowiedź nadal brzmi: nie. Nie oddam panu Ruszczykowskiemu swojej części mieszkania, tak jak nie zgodzę się na sprzedaż działki. Mama jeszcze wtedy wiosną prosiła, bym tego pod żadnym pozorem nie robił. A to mama jest dla mnie najważniejsza. Pan Ruszczykowski miał szansę być moim dziadkiem, ale nie chciał. Jest dla mnie obcym człowiekiem i dziś po raz kolejny zrobił wszystko, by takim pozostać.

- Przeklinam cię! Przeklinam! Będziesz nikim! - wrzasnął pseudodziadek.

Ale teraz Stodulski nie zaprotestował. Siedział przy stoliku ze spuszczoną głową, jakby ogłuszony, kiedy Michał, przez nikogo niezatrzymywany, a ścigany tylko słowami klątwy Józefa Ruszczykowskiego, wychodził z mieszkania przy Lwowskiej. Śmiać mu się chciało z histerii pseudodziadka i tylko ten portret młodego człowieka tak podobnego do niego samego budził silny niepokój.

* * *

- Stodulski to ojciec chrzestny Michała i przyjaciel jego ojca - powiedział adwokat, kiwając smętnie głową, kiedy wysłuchał relacji z wizyty przy Lwowskiej.

- Michała?

- Pańskiego ojca.

- A skąd pan to wie? - Czarny Michał był wyraźnie zaskoczony, choć pewne podejrzenie zaczynało coraz silniej kiełkować w jego głowie.

- Znałem się z pańskim ojcem jeszcze z liceum. - Mecenas Womaczka pokiwał głową. - Jego rodzice zawsze byli specyficzni. Nigdy nie mogłem go odwiedzić, gdy chodziliśmy do szkoły. Podobno matce nie spodobało się moje pochodzenie. Oni zawsze pytali Michała o rodziców jego kolegów. Kim jest mamusia? Kim tatuś? Moja mama była pielęgniarką. Ojciec uciekł do Londynu, gdy miałem dwa lata. Rodzice Michała uznali, że z takim pochodzeniem nie jestem godny przyjaźnić się z ich synem. Michał zresztą ciągle żalił się, że od małego kontrolowali jego znajomości. Kiedyś panu opowiem. To nie taki drań, jak pan myśli.

- To dlatego pan zawiadomił mnie, gdy zmarła ta...

- Tak. - Mecenas Womaczka wstał z fotela i podszedł do okna. Przez chwilę patrzył na tłumek spieszący gdzieś Nowym Światem w poniedziałkowe jesienne popołudnie. - Wykorzystałem fakt, że nigdy nie chcieli mnie poznać i raczej nie zapamiętali nawet mojego nazwiska. A Michał prosił mnie o to, bym się panem zaopiekował. Pan nawet nie wie, jak bardzo jest do niego podobny. Teraz jeszcze bardziej niż wtedy, gdy zobaczyłem pana pierwszy raz.

- Chyba wiem - szepnął Czarny Michał, a przed oczami stanął mu obraz, który widział na ścianie w mieszkaniu pseudodziadka.

- Jako adwokat powiem panu, żeby nie robił pan nic, że i tak po jego śmierci wszystko będzie pana, chyba że komuś zapisze to w spadku, ale nie każdy chce dziedziczyć coś, czego jest ułamek. Poza tym nie bardzo wiem, komu mógłby cokolwiek zapisać w testamencie. Niech pan pamięta, że to stary Ruszczykowski ma kłopot. I to już teraz ma kłopot, skoro jak pan powiedział, zachorował i brakuje mu pieniędzy na życie. To byli zawsze bardzo majętni ludzie. Ale z ludzkiego punktu widzenia... Pan przemyśli sprawę. To jest jakaś szansa, by mieć dziadka...

- Jakiego dziadka! - żachnął się Michał. - Pan nawet sobie nie wyobraża, co on wykrzykiwał.

Ale to akurat mecenas Womaczka świetnie sobie wyobrażał.

- Pan pogada jeszcze raz z tym Stodulskim. Michał darzył go i zaufaniem, i szacunkiem. Twierdził, że to jedyna osoba, która potrafi jego ojcu przemówić do rozsądku. Znajdzie go pan w Związku Powstańców Warszawskich.

Kiedy Michał wychodził z kancelarii na Nowym Świecie, ciągle jeszcze myślał o pseudodziadku wrzeszczącym przekleństwa. I nagle... przypomniał mu się on sam przeklinający TEGO CZŁOWIEKA wtedy przed budynkiem Polskiego Radia. Kiedy wykrzykiwał: "Obyś nigdy nie był szczęśliwy!". Słowa przekleństwa mają wielką moc. TEN CZŁOWIEK zmarł nieszczęśliwy. A on jest krwią z jego krwi. A więc i krew z krwi pseudodziadka. A jeśli klątwa Józefa Ruszczykowskiego też będzie miała moc? Michał nie chce być nikim. Chce być kimś. Chce w życiu coś znaczyć. Nie tylko dla mamy, Kingi, ale także dla TEGO CZŁOWIEKA, który, jeśli istnieje gdzieś lepszy świat, to spogląda z niego teraz na Michała. On to czuje. Tak jak czuje jego prośbę o wybaczenie. Codziennie coraz mocniej to czuje. Sprawa hipoteki jest więc do przemyślenia.

APTEKA

- Pani Izabela zaproponowała mi podwyżkę, bylebym tylko została - powiedziała Kinga, sadowiąc się na wprost Michała.

Zanim kelnerka przyniosła talerze, Kinga zdążyła opowiedzieć przeżycia z pierwszego dnia w swojej pierwszej w życiu pracy zarobkowej. Co najciekawsze, pracy w zawodzie, który dawno temu wymarzyła sobie jeszcze jako dziecko. Gdy potem pałaszowali żurek w chlebku, Kinga wspominała wszystkie niedawne zdarzenia.

* * *

- Przecież docelowo chcesz pracować w laboratorium, a nie w aptece - powiedział Czarny Michał. Szli Saską w kierunku apteki przy Waszyngtona. Kolejnej, w której Kinga chciała załatwić sobie dorywczą pracę.

Właściwie nie mogła sobie przypomnieć momentu, od kiedy farmacja stała się jej marzeniem. Może wpływ miał na to jakiś film o odkryciach naukowych? Może jakiś artykuł w internecie? Może wizyta w zabytkowej aptece w Krakowie? A może w tej w skansenie w Sanoku? A może w warszawskim muzeum farmacji? Wszystko to zdarzyło się jeszcze w podstawówce. A ona, jako bardzo mała dziewczynka, lubiła wydawać leki swoim lalkom i karmić miksturami swoje pluszowe misie. Od tamtej pory stare apteki robiły na Kindze ogromne wrażenie. Stare meble, stare słoiki, fiolki, pudełka, a na nich napisy, czasem po łacinie - wszystko to sprawiało, że apteki wydawały się jej miejscami tylko dla wtajemniczonych. Kinga chciała być wtajemniczona.

Tak dziś myślała, że po trosze chodziło jej o wtajemniczenie, a po trosze o zrobienie czegoś wielkiego dla ludzkości. Gdyby tak wynalazła lek na raka albo na chorobę Alzheimera? Rzecz jasna chodziło o lek tani i skuteczny. Wtedy nie tylko przeszłaby do historii medycyny i farmacji, lecz także uratowałaby ludzkość. A gdyby... przeniosła się z tym lekiem na raka w czasie... może uratowałaby krtań mamy Michała? W każdym razie farmacja była marzeniem Kingi i to marzeniem zrealizowanym. Studiowała na pierwszym roku. Owszem, wiele przedmiotów ją nużyło i nie wydawały jej się specjalnie potrzebne, ale... miała świadomość, że ich zaliczenie przybliża ją do celu. A tym celem jest odkrycie cudownego leku na coś.

Co zrobić, by łatwiej i przyjemniej jej się studiowało? Kinga wpadła na pomysł. Zatrudnić się w aptece. Wprawdzie wszyscy mówili, że tam przyjmują kończących farmację lub takich z dyplomem, ale ona rezolutnie odpowiadała, że może nawet zamiatać. Chce po prostu przyjrzeć się z bliska pracy w aptece.

Załatwianie pracy rozpoczęła na początku roku akademickiego. Kiedy już wiedziała, jaki będzie miała plan zajęć. Jednak znalezienie apteki, w której zatrudniliby kogoś tylko na soboty, nie było łatwe. W kilku potraktowano ją obcesowo, a nawet niegrzecznie.

- Ale my same sprzątamy - odpowiedziano jej w pierwszej.

W drugiej pani dodała, że osoby bez wykształcenia farmaceutycznego nie zatrudnią nawet do sprzątania.

- A nuż wyrzuci pani coś ważnego do kosza na śmieci. I co wtedy?

Na nic zdały się tłumaczenia Kingi, że sama z siebie nic nie wyrzuci. Pani była nieprzejednana. Nie i tyle. W trzeciej z aptek usłyszała z kolei, że jej propozycja jest... bezczelna. Nawet nie chciała pytać dlaczego.

Teraz szła z Michałem do czwartej z aptek, coraz bardziej tracąc nadzieję, że uda jej się to, o czym marzyła. A jednak...

- To dobry pomysł - powiedziała kierowniczka, pani Izabela Krukowiecka, szczupła i niezwykle elegancka brunetka lat około czterdziestu. - Przyjdź w najbliższą sobotę przed siódmą rano - dodała, kiedy już zanotowała sobie dane Kingi i jej telefon.

Michał jęknął, słysząc to. Kinga zgromiła go wzrokiem. Natomiast pani Izabela, usłyszawszy ten Michałowy jęk, parsknęła śmiechem i wesoło powiedziała:

- Niestety, młody człowieku. Bez pracy nie ma kołaczy.

Michał pokiwał smętnie głową i pomyślał, że przez to wczesne sobotnie wstawanie będzie musiał zapomnieć o wspólnych piątkowych wieczorach. Czuł, że Kinga, jak na urodzonego kujona przystało, będzie się zajmowała przygotowywaniem do sobotniej pracy. Pracowitość i obowiązkowość Kingi działały mu czasem na nerwy.

W sobotę Kinga po raz pierwszy w życiu przekroczyła próg jednej z saskokępskich aptek jako współpracownica. Z panią Izabelą umówiły się na pracę do dziesięciu złotych za godzinę. Aptekarce pasowało, że Kinga jest studentką. Mogła jej wystawić umowę zlecenie, odprowadzić podatek i wpisać sobie w koszty firmy. Pierwsze zadanie Kingi było proste. Miała sprzątnąć półki, po kolei zdejmując z nich wszystkie lekarstwa. Jak to zrobi - będzie na dziś wolna.

- Pamiętaj, że sprzątasz po jednej półce! - powiedziała pani Izabela i pokazała, jak sprzątać. Trzeba wycierać półki. Najpierw na mokro specjalnym płynem, a potem papierowym ręcznikiem na sucho i układać z powrotem lekarstwa, sprawdzając, ile jest danego specyfiku. - Jeśli będzie poniżej pięciu opakowań, to zanotuj, co to jest, ja sprawdzę w komputerze, czy to się zgadza - powiedziała kierowniczka i dodała: - Potem zdecyduję, czy zamówić jeszcze, czy to jakiś rzadko sprzedawany lek. Najszybciej pójdzie ci ze środkami opatrunkowymi i higienicznymi. Informuj mnie, gdy czegoś jest mniej niż dwa kartony.

Kierowniczka wydawała się tak sympatyczna, że Kinga z nadzieją pomyślała, że bez problemu się z nią dogada. Może czasem coś podpowie na farmaceutyczne tematy, które ją interesują?

W aptece pracowały jeszcze trzy inne panie, ale w sobotę były na miejscu z reguły dwie osoby: kierowniczka i jej mama - pani Leokadia. Kinga już na wstępie dowiedziała się, że jest to emerytowana farmaceutka, a aptekarzami byli wszyscy jej przodkowie, czyli ojciec, dziadek, a nawet pradziadek pani Leokadii, niejaki Karol Schinke, który pod koniec XIX wieku miał aptekę na rynku w Koniecpolu. Tak więc tu zawód przechodził z pokolenia na pokolenie.

Kinga dość szybko zorientowała się, że pani Leokadia jest osobą nie tylko niezwykle gadatliwą (w końcu historię przechodzenia zawodu aptekarza z pokolenia na pokolenie opowiedziała jej w pół godziny), lecz także bardzo wścibską. Najpierw Kindze to nie przeszkadzało. Uważała, że nie robi nic, co byłoby tajne. Ale w połowie dnia zadzwonił jej telefon.

- Kiedy skończysz? - usłyszała w słuchawce głos Michała.

- Jak skończę - odparła.

- No ale tak mniej więcej. - Michał próbował dopytać nie bez powodu. Chciał zabrać Kingę na małą uroczystość. Do tego potrzebował zamówić stolik w knajpce na konkretną godzinę.

- Nie umiem ci odpowiedzieć. Po prostu mam do wykonania konkretną rzecz. Zadzwonię, jak będę w połowie pracy.

Ledwo odłożyła słuchawkę, kiedy odezwała się pani Leokadia, która na zapleczu przygotowywała jakąś maść:

- Kto dzwonił?

- Mój chłopak - odparła Kinga, chowając telefon do fartucha, który dostała od pani Izabeli.

- Co robi?

- Studiuje - wyjaśniła, zamaszyście wycierając półkę.

- A co? - spytała pani Leokadia.

Kinga westchnęła ciężko. Na szczęście z opresji wybawiła ją pani Izabela, wołając swoją mamę na pomoc, gdyż nagle w aptece zaczęło przybywać klientów. Pani Leokadia wyszła. Kinga przez jakiś czas w zupełnej ciszy porządkowała półki, dzięki czemu po mniej więcej godzinie gotowy był już jeden regał, stojące na nim lekarstwa skrupulatnie policzone, co znalazło odzwierciedlenie w postaci porządnych notatek.

"Jedna godzina - jeden regał, a jest ich pięć". Tej treści esemesa wysłała do Michała, po czym schowała komórkę do kieszeni. Po chwili usłyszała sygnał oznaczający, że Michał (Kinga dałaby sobie rękę uciąć, że to on) odpowiedział. Już miała sięgnąć po telefon, gdy usłyszała za sobą głos pani Leokadii:

- Co to za dźwięk? - spytała niby od niechcenia, ale w jej tonie zabrzmiało coś, co kazało Kindze odpowiedzieć krótko, bez wdawania się w szczegóły.

- Esemes - odparła i włożyła rękę do kieszeni fartucha.

Chciała wyjąć telefon i odczytać wiadomość od Michała, ale pani Leokadia, nakładając jakieś składniki do malutkiego fajansowego moździerza, zaczęła trajkotać. Poza tym raz po raz spoglądała w kierunku Kingi, co bardzo peszyło dziewczynę.

- Te telefony, te esemesy bardzo przeszkadzają w pracy - mówiła pani Leokadia. - Niby ułatwiają życie, ale człowiek bez przerwy jest niemal atakowany przez znajomych. I potem jak coś ma do zrobienia, to nie może się na tym właściwie skupić.

Kinga cierpliwie słuchała monologu staruszki i zdejmowała opakowania leków z kolejnej półki. Jednak raz po raz próbowała dyskretnie sięgnąć ręką do kieszeni. Co też ten Michał do niej napisał? Pani Leokadia nadal jednak mówiła swoje:

- Dzisiejsze telefony zabierają mnóstwo czasu. Albo esemes, albo rozmowa, albo nawet gra. Kto to kiedyś słyszał o graniu na telefonie! A taki smartfon to jeszcze bardziej pochłania uwagę. Ja to widziałam u wnuków...

- Raz, dwa, trzy, cztery... - Kinga zaczęła półgłosem liczyć zdejmowane z półki opakowania jednego z lekarstw. Chciała w ten sposób dać pani Leokadii do zrozumienia, że nie chce jej słuchać.

Staruszka jednak niezrażona, ucierając coś w moździerzu, ciągnęła:

- Teraz to w autobusie rzadko kto książkę czyta czy gazetę. Wszyscy patrzą w te pudełka...

Kinga zerknęła w stronę pani Leokadii. Staruszka mimo trajkotania tak zamaszyście stukała fajansowym trzonkiem o dno moździerzyka, że Kinga postanowiła dyskretnie przeczytać esemesa. Wyjęła komórkę z kieszeni.

"Zamówiłem dla nas stolik w Pikanterii na 17:00. Potwierdź".

Już miała odpisać, kiedy dobiegł ją głos pani Leokadii:

- No i co napisał?

- Nic takiego - odparła Kinga, wkładając telefon z powrotem do kieszeni zdumiona, skąd staruszka wie, że zerknęła na wyświetlacz. Dopiero po chwili zauważyła, że na wprost stanowiska do robienia leków wisi lustro, w którym odbija się całe wnętrze zaplecza.

- Jak to nic takiego? - Panią Leokadię szczerze zdumiała odpowiedź.

- Przepraszam, ale... - zaczęła Kinga.

Miała zamiar powiedzieć, że wścibstwo pani Leokadii jest nie do zniesienia, choć jeszcze w myślach nie dobrała odpowiednich słów. Nie dane jej było jednak dokończyć zdania, bo rozmówczynię zawołano do kontuaru. Pani Izabela znów stanęła w progu, prosząc mamę o pomoc, bo w aptece ponownie zrobiła się spora kolejka. Pani Leokadia wyjęła z moździerza tłuczek i przykryła go specjalnym papierkiem, a przekazawszy Kindze uwagę, by pod żadnym pozorem go nie dotykała, wyszła z pomieszczenia.

Po kwadransie Kinga uporała się z kolejnym regałem i rozpoczęła sprzątanie tego, który znajdował się najbliżej wiecznie otwartych drzwi do pomieszczenia aptecznego. To spowodowało, że świetnie słyszała rozmowy z klientami prowadzone przez panią Izabelę, ale jeszcze lepiej te, które niezwykle donośnym głosem prowadziła pani Leokadia. Jej niesamowite wścibstwo sięgało dalej, niż myślała, gdy rozmawiały we dwie na zapleczu. Kinga starała się wyłączyć słuch, skupić na liczeniu zdejmowanych z półek opakowań z lekarstwami, ale było to trudne.

- Poproszę krople żołądkowe - powiedziała jakaś pani.

- Boli żołądek czy profilaktycznie? - spytała pani Leokadia.

- Nie wiem - odparła kobieta i dodała: - Robię zakupy dla kogoś. Według listy z tej kartki.

Być może dlatego tej rozmowy pani Leokadia nie ciągnęła, ale już kolejni klienci nie mieli tyle szczęścia.

- Poproszę witaminę C... - odezwał się kolejny żeński głos.

- Przeziębienie, prawda? - spytała pani Leokadia.

- Tak, trochę - odparła kobieta niepewnym tonem.

- Bo to trzeba ciepło się ubierać - mówiła pani Leokadia, przekazując przy tym donośnym głosem sporo uwag na temat mody, obyczajów i tak dalej. Robiła to tak, by słyszeli wszyscy stojący w kolejce do okienka.

Kolejne klientki były odpytywane na każdą okoliczność, nawet zakupu podpasek. To ostatnie zamurowało Kingę do tego stopnia, że o mało nie spadła z niewielkiej aptecznej drabinki, na której stała, sprzątając wyżej położone półki. Być może jednak ten dzień skończyłby się tak, jak zaczął, gdyby nie pewien pan, który przestępując z nogi na nogę, tubalnym głosem poprosił o dwa czopki glicerynowe. W odpowiedzi na to pani Leokadia z wrodzonym sobie (Kinga już wiedziała, że to musi być wrodzone) wścibstwem zadała pytanie:

- A po co panu dwa czopki? Czemu akurat dwa?

Co w mężczyznę wstąpiło, tego Kinga nie wiedziała, bo z zaplecza wystawiła głowę dopiero wtedy, gdy mężczyzna wrzasnął na całą aptekę:

- Bo mam dwie dziury w dupie, wścibska babo!

W aptece najpierw zapadła cisza, a potem... ktoś parsknął śmiechem, potem ktoś następny i następny, aż po chwili wszyscy, łącznie z panią Izabelą, nie mogli powstrzymać się od chichotu. Jedynymi, których to nie śmieszyło, była rzecz jasna pani Leokadia, która czerwona na twarzy dygotała ze zdenerwowania, a także mężczyzna z tubalnym głosem, który całkiem podobnie do tego, jak wcześniej robiła to pani Leokadia, podjął perorę:

- Jest sobota! Ludzie chcą szybko załatwić sprawy i biec do domu, do swoich rodzin! A tu muszą wysłuchiwać pani kazań i tego, jak pani odpytuje ludzi z ich chorób. Czy pani ma coś z głową?! Przepytuje pani klientki na cały regulator z podpasek, obfitości ich krwawień i tak dalej. Toż to szczyt chamstwa! Czy jak ktoś kupuje prezerwatywy, to też go pani pyta, kiedy ich użyje? To trwa latami! Staram się tu w soboty nie przychodzić, jak nie muszę, bo zawsze wtedy trafię na panią i muszę się spowiadać jak w kościele u proboszcza! Ale ja mam tego, do jasnej cholery, dosyć! Niechże pani da mi te dwa czopki i idę stąd!

- Niech pan się uspokoi. - Pani Izabela usłużnie podsunęła mężczyźnie szklankę z wodą i jakąś tabletkę. Drugą taką samą podała matce, mówiąc: - Idź, mamo, do pokoju. Tylko nie zagaduj pani Kingi. - To mówiąc, odwróciła się w kierunku zaplecza i widząc w drzwiach kawałek jej fartucha, powiedziała: - Pani Kingo, niech pani tu do mnie przyjdzie. To z regałami dokończy pani później.

Po chwili odezwała się do Kingi:

- Pomoże mi pani, podając niektóre leki. Dobrze?

Kinga niepewnie skinęła głową. Jak pomóc? Przecież nie wie, gdzie co w aptece się znajduje. Ale pani Izabela błyskawicznie między jednym klientem a drugim podpowiedziała Kindze, by przyjrzała się regałom i napisom pod półkami.

- Zapamiętaj tylko, gdzie leki na co - rzuciła przez ramię. - W ramach jednego działu lekarstwa są ułożone alfabetycznie.

Kinga skinęła głową. Była bystra. Nie na darmo od dziecka należała do najlepszych uczennic. Szybko zorientowała się, gdzie na regałach są przeciwbólowe, gdzie na przeziębienia, gdzie do stosowania wewnętrznego, gdzie zewnętrznego. Z dwiema kolejkami, które nagle stały się jedną, poradziły sobie w dwadzieścia minut. Kinga jak fryga biegała po aptece. Cztery razy wpadła na zaplecze po środki opatrunkowe, gdzie w moździerzu ugniatała coś na proszek pani Leokadia, pociągając przy tym teatralnie nosem, jakby chciała oznajmić światu, że padła ofiarą najgorszej podłości.

Gdy po dwudziestu minutach Kinga wróciła na zaplecze sprzątać półki, zadzwonił do niej Michał.

- No i co? - usłyszała w słuchawce i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że nie odpisała na jego wiadomość.

- Okej - powiedziała szybko. - Pogadamy na miejscu. Będę.

Pani Leokadia nagle jakby się ożywiła.

- Dokąd się panna wybiera?

- Raz, dwa, trzy... - Kinga teatralnym szeptem liczyła opakowania tamponów, bo właśnie przeszła do półki ze środkami higienicznymi i opatrunkowymi.

- No? - dopytywała namolnie pani Leokadia.

- Przepraszam panią, ale boję się, że się pomylę przy liczeniu. Porozmawiamy później - odparła Kinga i chyba dzięki temu pani Leokadia się nie obraziła.

Pod koniec dnia, korzystając z chwilowej nieobecności pani Leokadii, pani Izabela zwróciła się do Kingi:

- Możesz przychodzić tu co sobotę. Podniosę ci nawet stawkę do dwunastu złotych - wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, chcąc skończyć przed powrotem mamy z toalety. - Tylko proszę cię, byś cierpliwie znosiła moją mamę. Jak nie chcesz, by się za bardzo wtrącała, to odpowiadaj na jej pytania zdawkowo. Już wiem, że umiesz to robić. Ale pozwalaj się jej wygadać. To dobry człowiek, tyle że gaduła. Ze względu na jej charakter żadna z pracownic nie chce przychodzić tu w soboty, a ja nie mogę mamie nie pozwolić choć raz w tygodniu pracować w aptece, którą dawno temu założyła. Dla niej te soboty to święto. Czeka na nie. Rozumiesz mnie?

W ostatnim pytaniu była zawarta właściwie cała prośba. Kinga wyczuła, że nie powinna odmówić. Że mimo wszystko będzie jej tu dobrze, a i z panią Leokadią sobie poradzi, skoro jej córka widzi, co matka wyprawia. Dlatego się zgodziła. A pół godziny później do Pikanterii wkroczyła z uśmiechem na ustach.

- Pani Izabela zaproponowała mi podwyżkę, bylebym tylko została - powiedziała, sadowiąc się na wprost Michała.