ROZDZIAŁ 3
Przetransportowanie dwudziestokilogramowego worka ziemi z przybudówki przed drzwi Dyńci wymagało trochę kreatywności, aczkolwiek nie było niczym, z czym Arleta by sobie nie poradziła, mając do dyspozycji własne mięśnie i stary, już-nie-latający dywan.
Choć czarownica obudziła się dopiero przed południem, zmęczona jak po przebiegnięciu maratonu, z kręgami wokół oczu, które upodabniały ją do pandy, nie mogła dłużej zwlekać. Przed wejściem czekała na nią przyczyna całego zamieszania. Mandragora, nazwana Wieśkiem, w ciągu tygodnia od zawitania w skromne progi Dyńci znacznie się rozrosła i Arleta bała się, że jej korzeń ulegnie deformacji. Malachitowe, ostro zakończone liście smętnie zwisały z szarej doniczki. Na kilku z nich Leta zauważyła małe jasnopomarańczowe plamki połączone ze sobą żyłkami w nieco ciemniejszym odcieniu, więc szybko przetrząsnęła umysł, ale żadna znana jej choroba roślin nie dawała takiego symptomu.
Napełniła donicę, która sięgała Arlecie aż do pasa, wilgotną ziemią niemal po sam brzeg, a gdy założyła słuchawki wygłuszające, otoczyła ją przytłaczająca cisza.
- Raz, raz - spróbowała, ale nie dotarł do niej żaden dźwięk. - Imp, zmykaj stąd.
Zerknęła w stronę okna, jednak kota już tam nie było. Mądrala.
Upewniła się, że na horyzoncie nie pojawił się żaden niezapowiedziany gość, i z całej siły szarpnęła łodygę. Brązowy, poskręcany korzeń wyglądał jak karykatura małego człowieka. Pokracznie zamachał kończynami, rozsypując dookoła grudki ziemi. Gdy Arleta dostrzegła, że na tym, co miało pełnić funkcję twarzy, pojawiło się małe rozwarcie, serce zabiło jej mocniej. Wrzuciła roślinę do wykopanego wcześniej zagłębienia i zasypała ją grubą warstwą nawozu. Uspokoiła się dopiero, gdy liście przestały drżeć.
Zawsze powtarzała, że szczęśliwa mandragora to nieruchoma mandragora.
Po zdjęciu słuchawek zbombardowały ją dźwięki, na które zazwyczaj nie zwracała uwagi. Szum drzew, trel ptaków i szmer płynącej niedaleko rzeczki, na co dzień ignorowane, tym razem okazały się niezwykle głośne.
Arleta ustawiła donicę z Wieśkiem po lewej stronie drzwi. Liczyła na to, że każdy, kto wiedział co nieco o magicznych roślinach, zrozumie ostrzeżenie, które zdawały się szeptać piękne, ale budzące grozę liście: "Nie chcesz zadzierać z naszą właścicielką, uwierz nam, zawróć, a my wyświadczymy ci przysługę i udamy, że nigdy cię tu nie było...". Zadowoliłaby się także starym, dobrym: "Mam mandragorę i nie zawaham się jej użyć". Bo jeśli ktoś trzymał mandragorę przy wejściu, to co czaiło się za domem? "Mantykora?" - zdawała się sugerować podświadomość.
Choć Dyńcia została zasadzona na leśnej polanie, to administracyjnie przynależała do najbliżej położonej wsi - Strzygowa. Sama wieś, choć odnowiona, nie miała młodym ludziom wiele do zaoferowania pod względem rozrywki, była też znacznie oddalona od jakiejkolwiek metropolii. Na ratunek przybywały leżące nieopodal Smoczylas oraz Gryfno - miasta niewielkie, ale nastawione na zaspokojenie wszelkich potrzeb magicznych mieszkańców.
Mieszkanie w lesie miało mnóstwo zalet, ale wymagało sporej dozy samodzielności i nie zawsze szło w parze z przestrzeganiem prawa. Jeśli ktoś chciał mieć spokój od cywilizacji, to i o cywilizowanych warunkach musiał zapomnieć. W wodociągach i elektrowni nieustannie pokazywali mu figę, nieważne, ile petycji napisał i protestów zorganizował - dociąganie instalacji do środka lasu, by podłączyć jednoosobowe domostwo, po prostu się nie kalkulowało. Zostawały więc średniowieczne warunki, nielegalne przyłącza albo całkowite poleganie na magii. Arleta korzystała po trochu ze wszystkiego - wodę czerpała ze studni, prąd zapewniały jej akumulatory, które przechwytywały przepływającą w pobliżu energię, a kontakt ze światem gwarantowały lustro i kryształowa kula. O internecie już dawno zapomniała, sygnał nie potrafił się przebić przez pola magiczne wokół lasu pełnego demonów.
Wesoło pogwizdując, Leta podeszła do studni. Zawiesiła poobijane, blaszane wiaderko na haku i opuściła je, kręcąc korbą. Gdy chlupot ucichł, korba poszła w ruch, tym razem stawiając zacięty opór. Być może nawet zbyt zacięty.
Te cholerne żaby znowu się zalęgły - pomyślała Arleta, napinając mięśnie.
Jeszcze trzy obroty... Dwa... Jeden... Z wiadra wyskoczył z krzykiem bladozielony stworek i pacnął Arletę w czoło błoniastą łapą. Wiedźma wrzasnęła i puściła korbę, a wiadro poleciało w dół z głośnym chlupnięciem.
- A masz! - wrzasnął stworek, opluwając dziewczynę wodą. Zakołysał się, ale ustał na cembrowinie. - Beszszszczelność! Gwałt! Żeby napadać mię we własnym domu! Życie ci niemiłe, dziewucho?!
Leta, odsunąwszy się o kilka kroków, zmierzyła kurdupla wzrokiem. Nieproporcjonalnie wielką w stosunku do reszty ciała głowę otaczała plątanina skołtunionych, ciemnozielonych włosów, spod której błyskały wściekle zmrużone żółte oczy i wyszczerzone ostre zęby. Zielonkawe ciało pokrywała delikatna, niemal przezroczysta łuska. Mocno wydęty brzuch owinięty był przepaską z wodorostów.
Utopiec. Smocza jego mać, utopiec!
Leta podbiegła szybko do kępki przytulii, która według ludowych podań skutecznie odstraszała siły nieczyste, w tym - oczywiście - potwory morskie. Na potwora z Loch Ness może i by nie zadziałała, ale na coś, co miało metr wysokości...
- Ha! Już nie takaś odważna, co? Uciekaj, uciekaj, bo jak zobaczem, to zaciongnem na dno!
Arleta urwała kilka łodyżek, a jej umysł mimowolnie zarejestrował, że na maleńkich liściach znajdują się takie same pomarańczowe plamki jak u Wieśka. Wróciła spokojnie do utopca, ściskając w garści wiązkę drobnych, żółtych kwiatków jak Excalibur.
- Mało ci, dziewucho?! - Kolejnemu pacnięciu w czoło towarzyszyło głośne mlaśnięcie.
- Jestem wiedźmą, nie dziewuchą - odparła z godnością i trzasnęła go pękiem przytulii. - A to jest moja studnia. Poszedł mi stąd!
Utopiec wyrwał jej zielsko i z zaskoczenia uderzył z całej siły. Arleta cofnęła się pod naporem ciosów.
- Imp, pomógłbyś! - wrzasnęła z rozpaczą, ale kot przeciągnął się tylko i umościł na musztardowej poduszce, którą położyła na parapecie dla jego wygody. - Czort z tobą, cholerny wodniku! Idę do miasta, a jak wrócę, ma cię tu nie być!
- Ha! Wiedźma-sredźma! - Aż się zapowietrzył z oburzenia, gdy Arleta potraktowała go jak przedstawiciela gatunku, z którym utopce prowadziły wieloletnią wojnę o terytoria.
Wparowała do domu niczym burza, złorzecząc na chamstwo utopca, niewdzięczność Impa i kłamliwe reklamy sklepów botanicznych. Lustro zamigotało, co przyciągnęło jej uwagę. Na czacie pojawiły się nowe wiadomości.
ELKA:
Eeeeeej, mam superhiperinfo! Leta, jak nie siedzisz, to usiądź! Artur będzie dawał któremuś z nas korki.
JUGLANS:
Hehe, ja juz slyszalem od siorki. On chce zdobyc licencje II stopnia, wiec musi udzielic iles h korków. A ze skonczyl szkolke Baby Jagi, to padnie na nas xD
SASZKA:
Ej, ale Arletę trzeba w takie niusy wdrażać na spokojnie, bo nam jeszcze zawału dostanie.
Leta, żyjesz???
ŻYJESZ???? Widzę, że odczytałaś wiadomości. Daj znać, że nie wykitowałaś z nadmiaru emocji!
Arleta wróciła do początku i przeczytała treść jeszcze trzy razy, zanim nerwowo wystukała krótką wiadomość. Saszka zdążyła w tym czasie wysłać mrowie znaków zapytania.
ARLETA:
Ja nie chcę. Weźcie go sobie T^T
SASZKA:
To tak nie działa. Jak przydzielą, to pozamiatane.
ARLETA:
Umrę z zażenowania!
ELKA:
Będziesz miała okazję, żeby wyznać mu swoje gorące uczucia! Ile to już do niego wzdychasz, pięć lat?
ARLETA:
Cztery i pół. I weź, idź umrzyj. On ma NIE WIEDZIEĆ o moim istnieniu. Moje istnienie to pasmo nieustających porażek.
ELKA:
Zostaje się pomodlić, żeby ci go nie przydzielili.
ARLETA:
Na Pecha modlitwy do żadnego bóstwa nie pomogły... Może wyczuwają, że nie jestem wystarczająco wierząca T^T
JUGLANS:
Dziewczyny, ja spadam, bo zaczynaja sie mistrzostwa i mi blokujecie ekran!
Juglans może i niezbyt palił się do nauki magii, ale jedno przypadkowo rzucone słowo na temat wyścigów miotlarskich wystarczyło, by oczy rozbłysły mu z podekscytowania. Niestety nie miało znaczenia, jak bardzo kochał wyścigi ani jak świetnie radził sobie na pustym torze. Ustawowo każda załoga - nieważne czy narodowa, czy regionalna - musiała zatrudniać przynajmniej jednego specjalistę do spraw narzędzi domowo-ogrodowych będącego nieludziem, co stanowiło politycznie poprawne określenie całej grupy niewielkich rozmiarem, lecz silnych magią demonów takich jak domowiki, dworowi, kłobuki i chobołdy. Juglaś panicznie się ich wszystkich bał bez względu na liczbę godzin spędzonych w gabinecie terapeuty. Choć po spotkaniu z domowikiem już jako dziecko nauczył się, że dotykanie innych bez ich zgody nie jest w porządku, na pamiątkę pozostały mu blizny po ostrych zębach szpecące jego ucho.
ELKA:
Pa, Juglaś! A ty, Leta, nie smutaj. Za jakiś czas podrzucę ci kilka chochli, które powinny wytrzymać twoje wybuchające eliksiry. Zainspirowałaś mnie! Patrz, jakie ładne wzory przygotowałam:
wzory_chochli.jpg
Przetestujesz?
ARLETA:
No. Podrzuć przy okazji.
Na widok skomplikowanych run ze zdjęcia Arleta zazdrośnie westchnęła, bo Elka od najmłodszych lat wiedziała, co będzie robić w życiu. Fascynował ją rozwój magii, więc trzymała rękę na pulsie i wykorzystywała każdą możliwą nowinkę magiczną do wzbogacenia ręcznie malowanych wzorów, by zaraz po egzaminie móc założyć firmę z wyposażeniem dla czarodziejów, które byłoby równie ładne, jak funkcjonalne. Bo - twierdziła - każdy zasługiwał w życiu na odrobinę piękna.
SASZKA:
Ej, nie ma tak dobrze!! Jej się należy procent od zarobków w takim razie!! Albo za testy zapłać!! Leta, odstąpisz mi procent od procenta za załatwienie ci fuchy??? W Pod Upiorkiem słabo płacą, wszystko zależy od napiwków TT^TT
ELKA:
A skąd ja ci pieniądze wezmę, jak jeszcze nie zaczęłam sprzedaży? Najpierw muszę licencję dostać, żeby firmę założyć!
Ale... może jak już zacznę zarabiać?
SASZKA:
Obyś nie zapomniała!! A przy okazji patrzcie, jaką ładną firmową koszulkę dostałam:
pracowe_selfie.jpg.
W bluzce koloru butelkowej zieleni z białym logo nietoperza i pewnością siebie gnającego przez las młodego olbrzyma Sasza za barem wyglądała, jakby od zawsze czuwała nad poziomem upojenia alkoholowego mieszkańców Smoczylasu. Ponoć gdy los rozdawał cytryny, należało z nich zrobić lemoniadę. Ona wolała podejście nie aż tak praktyczne, za to bardziej satysfakcjonujące - dźgnąć los między żebra, a potem natrzeć mu rany świeżo wyciśniętym sokiem.
Leta ciężko opadła na chybotliwy taboret. Próbowała pracy w magazynie szklanych kul, radiostacji eMki i kwiaciarni, ale Pech postanowił zrobić z niej miejską legendę. Po Smoczylesie i okolicach szybko się rozniosło, że zatrudnienie Zakrzewskiej wiąże się ze stratami, więc wszystkie drzwi, do których stukała, pozostawały zatrzaśnięte na głucho. Nie wiedziała, co zrobi po zdobyciu licencji, ale na myśl, że mogłaby nie zdać egzaminu, przeszedł ją lodowaty dreszcz. Oczami wyobraźni ujrzała pogardliwie wykrzywioną twarz babki Belviny, ukradkiem wymieniane przybite spojrzenia rodziców i złośliwy śmiech kuzynów. Otrząsnęła się i poklepała po twarzy. Musi zdać. MUSI.
Przebrała się w pierwsze czyste ubrania, które wpadły jej w rękę, a włosy przewiązała kolorową chustą. Wsadziła do kieszeni portfel, zgarnęła miotłę i trzasnęła drzwiami. Nie nakładała na nie żadnych zaklęć ochronnych - niemagiczny złodziej nie śmiałby włamać się do domu czarownicy, a magiczny... cóż, on zdjąłby wszelkie zabezpieczenia w ciągu minuty.
- Wychodzę. Idziesz ze mną? - mruknęła w stronę Impa, ale kot tylko machnął leniwie ogonem.
Utopiec pokazał język, a ona zatrzęsła się z oburzenia.
Bezczelny! - przemknęło jej przez myśl. Dosiadła miotły, która zadrżała, zaterkotała... i znieruchomiała. Arleta poczuła, jak oblewa ją rumieniec wstydu. Tylko nie teraz!
Bulgoczący rechot uświadomił jej, że utopiec połapał się w sytuacji.
- No dalej, miotełko kochana, w górę - poprosiła grzecznie.
Miotła powoli wzbiła się w powietrze i poszybowała hałaśliwie i nierówno tuż nad czubkami drzew w stronę Smoczylasu.
Smoczylas nie doczekał się infrastruktury ani lądowiska dla pojazdów latających, więc posadzenie miotły na ziemi było możliwe tylko na obrzeżach miasta. Lądowanie nie należało do najpiękniejszych, ale okazało się stosunkowo miękkie i wyważone, co w zupełności wystarczyło Arlecie. Nowsze modele mioteł, oprócz pola antygrawitacyjnego, miały zaprogramowane pole siłowe do odpychania kropel deszczu oraz system stabilizujący i wspomagający lądowanie. Miotła Lety miała ułamany trzonek i poobgryzane przez Impa witki.
Miasto, choć niewielkie, było wyjątkiem na skalę krajową - mniejszość magiczna stanowiła tu aż dwadzieścia procent mieszkańców. Średnia krajowa wynosiła zaledwie dwanaście procent, lecz - historycznie rzecz ujmując - uznawano ją za rekordowo wysoką. Czarodziejom jeszcze nigdy nie żyło się w Polsce tak dobrze, choć państwo starało się wycisnąć z nich każdą złotówkę, nie tylko w podatkach. Ale mimo iż Smoczylas miał wiele sklepów z wyposażeniem magicznym, to już sekcja ksiąg okultystycznych w bibliotece pozostawiała wiele do życzenia. Pozycje z zakresu botaniki dało się policzyć na palcach jednej ręki, a zdarte i pogięte grzbiety dobitnie świadczyły o ich wieku.
Arleta nie miała szczególnej nadziei, że natknie się w nich na istotne informacje o chorobie, która przyplątała się do ogródka, ale i tak poczuła się rozczarowana. Nie znalazła nic ponad katalogi i zielniki oraz pozycje o trujących roślinach, na które należało uważać. Kierując się do wyjścia, kątem oka zauważyła Pecha, a dokładniej słowo "pech" w tytule poradnika. Po pobieżnym przejrzeniu spisu treści zdecydowała się go wypożyczyć.
Stojąc już przed witryną Occultusa, potrząsnęła portfelem, który zadźwięczał zbyt cicho jak na jej potrzeby, i weszła do środka z ciężkim sercem. Zaczęła od włożenia do koszyka drewnianej chochli, bo z ostatniej po wybuchu zostały tylko drzazgi. Po namyśle dorzuciła jeszcze jedną, zapasową.
W sekcji z książkami o roślinach spędziła prawie dwie godziny. Choć regały sięgały pod sam sufit, tytułów o samomaterializujących się w czyimś ogródku śródziemnomorskich bylinach, które przywlokły ze sobą zakaźną chorobę, nie było. Cherlawy sprzedawca zatrudniony na miejsce Saszy nie umiał albo nie chciał pomóc, więc w końcu rozgościła się w alejce i zaczęła przeglądać wszystko po kolei. Przy dziesiątej pozycji przeciągnęła się, aż strzeliło jej w karku. Przypadkiem powędrowała wzrokiem ku witrynie i dostrzegła Artura Krzeszowskiego. Rozmawiał ze starszą panią, energicznie tarmosząc wielkiego owczarka, który próbował podstawić mu do głaskania wszystkie części ciała naraz. Arleta przyglądała się z lekkim uśmiechem znad książki, jak Artur kiwa głową i śmieje się w odpowiedzi na to, co mówiła jego rozmówczyni. Całą wieczność później, kiedy Leta zdążyła się roztopić niczym lodowiec od ciepła bijącego z chłopaka, Artur poklepał zwierzaka, ukłonił się starszej pani i - o bogowie! - wszedł do Occultusa.
Na dźwięk otwieranych drzwi sprzedawca podniósł głowę, zmierzył nowego klienta wzrokiem i wrócił do czytania księgi w twardej oprawie, burknąwszy pod nosem odpowiedź na powitanie. Artur zagłębił się w alejkę Arlety, która nie miała się gdzie schować. Obróciła się przodem do regału i schowała twarz w książce.
Zignoruj mnie! Zignoruj mnie! Zignoruj mnie! - modliła się w duchu. Pech niezmiernie by się ucieszył, gdyby zbłaźniła się na oczach chłopaka, w którym była beznadziejnie zakochana.
Nie potrzebowała wiele, by wpaść po uszy. Wystarczyło, że niemal pięć lat wcześniej Krzeszowski nakrył ją, gdy ćwiczyła zaklęcie przywołujące, którym wywichnęła kurzą stopę chatki Baby Jagi. Raz-dwa wyjaśnił, dlaczego nie wychodziło, i pomógł rzucić je poprawnie.
Przekalkulowała potencjalne wyjścia z sytuacji. Ostrożnie zamknęła książkę i wsunęła ją z powrotem na miejsce. Ledwie obróciła się w stronę drzwi, gdy usłyszała pękanie drewna gdzieś wysoko nad głową. Skoczyła w stronę Artura, zwalając go z nóg. Stęknął zaskoczony, kiedy grzmotnął o podłogę z dodatkowym balastem na sobie. Szybko połapał się w sytuacji i rzucił zaklęcie ochronne. Dookoła pękały drewniane półki, a spadające z nich woluminy w twardych oprawach odbijały się od magicznej bariery.
- Nic ci nie jest? - Głos Arlety przypominał pisk.
- Eee... Nie, chyba nie. - Artur stracił w zamieszaniu okulary, więc próbował przyjrzeć się Arlecie, mrużąc oczy i odsuwając głowę. - A tobie?
Leta zerwała się jak oparzona, z twarzą czerwoną jak burak. Dostrzegła leżące niedaleko okulary w trochę wygiętych oprawkach, więc wcisnęła mu je szybko i wybiegła z Occultusa, nie zważając na oburzone okrzyki pracownika.
Wyszarpnęła miotłę ze stojaka przed sklepem i przy okazji go przewróciła. Pędziła przed siebie, jakby goniły ją wszystkie diabły, stanęła dopiero na obrzeżach miasta, żeby złapać oddech. Nikt jej nie ścigał. Gdy serce uspokoiło się na tyle, by przestała się martwić o to, czy połamie jej żebra, dostrzegła, że zatrzymała się przy witrynie komisu miotlarskiego. Ubiegłoroczny smukły model z jasnego drewna brzozowego został podwieszony na linach, by przyciągać wzrok przechodniów, ale cena miała wystarczającą liczbę zer, by Arleta uznała, że dwoi jej się w oczach. Miotły ustawione na stojakach, choć o jedno, czasem dwa zera tańsze, wciąż pozostawały poza zasięgiem wiedźmy.
- Wytrzymaj jeszcze trochę, co? - mruknęła do miotły, gładząc z czułością ułamany trzonek.
Kilka metrów dalej Asortyment Magiczny rozświetlał szarówkę i stojący w witrynie sagan światłami migającymi z pewną nadgorliwością. Arleta niemal przykleiła nos do szyby, kiedy dostrzegła napis "Wynalazek, który zrewolucjonizuje oblicze miksturologii!". Po kolejnych zdaniach przeleciała wzrokiem z prędkością światła: "Kociułek to kociołek-gaduła, który uwarzy eliksir za ciebie!". "Tysiąc dwieście wgranych przepisów!". "Wbudowane głośniczki poinformują, kiedy i jaki składnik należy dodać oraz czy trzeba zmienić temperaturę!". Jęknęła, gdy dostrzegła cenę. Jedno zero. Drugie zero. Trzecie zero. Stuknęła czołem w zimną szybę i pociągnęła nosem. Kiedyś. Kiedyś będzie ją stać. Zdobędzie licencję na czarowanie. Pokaże rodzinie, że nie jest czarną owcą. Ale teraz... teraz eliksiry będą musiały ją jeszcze trochę pomęczyć.
Lot powrotny okazał się całkiem przyjemny, szczególnie że nie natrafiła na żaden patrol, lądowanie z kolei wypadło nieco twarde.
- Pani ...dźmo! - usłyszała stłumiony, nieco bełkotliwy głos. Rozejrzała się zdezorientowana; nie spodziewała się nikogo o tej porze. - Tu, w studni!
Te słowa podziałały na nią jak zimny prysznic. Zupełnie zapomniała o utopcu.
- Pani wiedźma przyjść na chwilem, co?
Arleta podeszła do studni z najwyższą ostrożnością, mocno ściskając miotłę.
- ...dźmo szanowna - zabulgotał utopiec. - Przecie my siem dogadać. Syn utopcątka ma, dla mnie, starego, miejsca brakło, to żem odszedł, tu pienkna studnia, pusta, to se myślem, że w sam raz. Niechże siem pani zlituje nad staruszkiem, blub? Żaby zjem, wodem wyfiltrujem, świeżom rybkem przyniosem z rzeczki co wieczór. No to co, pani ...dźmo?
Arleta przyjrzała mu się uważnie; przygarbił się i spuścił wzrok. Wyglądał na szczerze skruszonego.
- Jakieś imię masz? - zapytała w końcu.
- No mam, ale pani wiedźma nie da rady go powiedzieć.
- Zobaczymy.
Utopiec wydał z siebie dźwięk, który można było określić tylko jako bulgot w pięciu różnych tonach. Szło to jakoś tak: bluuplumblumplu. Westchnął ciężko na widok jej miny.
- Zeflik. Niech bendzie Zeflik.
- No dobra, Zeflik, jesteś tutaj na okresie próbnym. Jeden wybryk i wylatujesz z hukiem, rozumiemy się?
Zdławione blub Arleta uznała za zgodę.
- Pani wiedźmo! - zawołał za nią z przerażeniem utopiec. - Ale zabierze pani tego czorta, blub?
Dopiero teraz Arleta dostrzegła czarny cień Impa leżącego na krawędzi studni. Machał ogonem to w jedną, to w drugą stronę, nieśpiesznie i z nonszalancją, której niejeden rasowy kot mógłby mu pozazdrościć.
- Och, Imp! Mój ty rycerzu w futrzanej zbroi. Co ja bym bez ciebie zrobiła? - westchnęła Arleta w chwili rozczulenia. - Chodź, przytulę cię!
Kot prychnął i smagnął ją w twarz ogonem, zanim zeskoczył z cembrowiny.
- I tak wiem, że mnie kochasz! - krzyknęła za nim ze śmiechem, gdy znikał między drzewami.