Rozdział 2NÓŻKI JAK PATYCZKI, czyli witamy w Varsovii
Krzysztof Lewandowski miał oczywiście rację. Mając takich rodziców, Milena i Robert byli skazani na sport. Po latach ładnie ujmie to ich mama:
- Nie mogli wytrzymać bez sportu. Nic zresztą dziwnego. W końcu byli dziećmi nauczycieli WF-u. Nie wychowywali się w piaskownicy, tylko w sali gimnastycznej i na boiskach.
Kiedy mały Robert kończył leżakowanie w przedszkolu, mama albo tata natychmiast zabierali go do siebie do szkoły. Do podstawówki, podobnie jak wcześniej jego siostra, poszedł już wszechstronnie przygotowany. Szybko zaczął reprezentować szkołę we wszelkich zawodach, z których prawie zawsze wracał z medalem. Biegał, skakał, grał w tenisa, ping-ponga... Znał też judo, gdyż pan Krzysztof nie byłby sobą, gdyby nie nauczył syna podstaw tej dyscypliny. Jednak mimo niezaprzeczalnych sukcesów w bieganiu czy tenisie serce chłopca najmocniej biło dla... piłki nożnej.
Piłka towarzyszyła mu wszędzie. Od razu po szkole lądował z kolegami na boisku klubu piłkarskiego Partyzant Leszno, który nie dość, że sąsiadował ze szkołą przez płot, to w dodatku jego kierownikiem był... pan Krzysztof. Klub ma piękną tradycję, bo został założony w 1934 roku, a dzięki temu, że znajdował się tak blisko szkoły, mały Robert niejedną lekcję WF-u "rozegrał" właśnie tutaj.
Wracając do domu, chłopiec już myślał o ponownej grze w piłkę. Lekcje odrabiał ekspresowo i bez przypominania, bo wiedział, że dzięki temu będzie miał więcej czasu na grę. Jedząc obiad czy kolację, już podbijał piłkę nogą pod stołem. Po przełknięciu ostatniego kęsa natychmiast ruszał z nią do ogrodu, gdzie poprzyczepiane przez rodziców do drzew linki służyły mu za bramki. Ponieważ nie zawsze znajdował partnera do gry, w rolę bramkarza często wcielała się... Kokusia, ukochany pies rodziny Lewandowskich. Pyskiem lub łapami broniła jego rzuty karne!
Koka - piękny, czarny podpalany pies rasy bokser - była nietypowym, ale bardzo wiernym sparingpartnerem naszego bohatera. Nie tylko zresztą w piłce nożnej. To właśnie jej Robert zawdzięczał szybkie sprinty i niejeden medal zdobyty w biegach przełajowych. Podczas porannych czy wieczornych spacerów bezustannie ścigali się po ścieżkach przepięknej Puszczy Kampinoskiej, żeby na koniec, oboje identycznie zziajani, wpaść na posesję domu przy Polnej. A wszystkim tym, którzy są ciekawi, skąd państwo Lewandowscy wzięli tak nietypowe imię dla psa, wyjaśniam, że słowo koka pochodzi z terminologii judo i oznacza najniższą z 4 not, jaką można w tym sporcie otrzymać*.
Początkowo tata myślał, że jego syn, tak jak on, będzie judoką. Z czasem zmienił zdanie.
- Zostawmy to judo. Tu się nie wybijesz. Tu rządzi przypadek - powiedział pewnego razu i przerzucił się na ćwiczenie z Robertem biegów przełajowych.
Po pewnym czasie chłopiec przyszedł do ojca i powiedział poważnym tonem:
- Tato, nie każ mi więcej biegać. Ja chcę już tylko grać w piłkę.
Panu Krzysztofowi, w młodości zawodnikowi klubu piłkarskiego Hutnik Warszawa, nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
- Dobrze, synku. Skoro tak czujesz... Ale wiesz, że aby być piłkarzem, musisz naprawdę trenować? No i musisz się temu bez reszty poświęcić. W sporcie liczy się przede wszystkim wytrwałość.
- Wiem, tato. I chcę. Bardzo chcę.
Kiedy Robert miał 8 lat i chodził do 2. klasy podstawówki, tata postanowił zaprowadzić go na treningi piłkarskie z prawdziwego zdarzenia. Pierwszą myślą pana Krzysztofa było oczywiście zapisanie syna do Partyzanta Leszno. Niestety, chłopiec był za młody. W Partyzancie w tamtych czasach istniała tylko jedna drużyna młodzików i grali w niej chłopcy, którzy mieli po kilkanaście lat, dużo starsi i dużo więksi od Roberta. Trzeba więc było znaleźć coś w Warszawie.
Rodzice usiedli nad planem miasta i zaczęli rozważać klub po klubie. Ponieważ ich kryterium był jak najlepszy dojazd z Leszna, wybór padł na Varsovię, znany warszawski klub sportowy mieszczący się przy ulicy Międzyparkowej w dzielnicy Żoliborz, która leży na trasie z Warszawy do Leszna. Krzysztof Lewandowski działał wówczas w SZS, Szkolnym Związku Sportowym, i od razu przypomniał sobie, że zna jednego z trenerów Varsovii, Marka Siweckiego. Czym prędzej do niego zadzwonił i umówił syna na spotkanie.
W Varsovii pojawił się jednak podobny problem co w Partyzancie: tu też nie było rocznika 1988 ani nawet 1987. Najmłodszą drużyną byli chłopcy starsi od Roberta o 2 lata, a to mogło wydawać się przepaścią. Czemu? Dziś pewnie trudno będzie Wam w to uwierzyć, ale jako dziecko Robert Lewandowski był wyjątkowo... chudy i niski. Ot, takie chucherko. Nic dziwnego, że kiedy Marek Siwecki zobaczył chłopca, osłupiał.
- Jaki mały!!! - wykrzyknął. - Krzysiek, na Boga, on ma nogi jak patyczki. Toż nasze chłopaki zaraz mu je połamią.
- Marek, to jest skarb. Sam zobacz - odrzekł z pewną miną tata.
To super, kiedy tata tak wspiera syna, prawda?
Trener Siwecki zwrócił się do Roberta:
- Na co czekasz, kolego? Zakładaj strój i pokaż, co potrafisz.
A kiedy tylko zobaczył, co chłopczyk wyprawia z piłką, natychmiast zmienił zdanie.
- OK. Niech ćwiczy z rocznikiem 1986 - powiedział do pana Krzysztofa, a do Roberta rzucił z uznaniem: - Zaczynasz od dzisiaj, młody. Powinieneś sobie poradzić.
Tym sposobem w 1996 roku 8-letni Robert zaczął regularne treningi w Varsovii z chłopcami o 2 lata starszymi i... o głowę wyższymi od niego. A
* W judo koka przyznawana jest za rzut na pośladki lub bark, a także za założenie trzymania trwającego 10-14 sekund. Kolejne noty to yuko, waza-ari oraz ippon, który oznacza zwycięstwo, a co za tym idzie - zakończenie walki.