Lewy. Chłopak który zachwycił świat - Yvette Żółtowska-Darska

-
Proszę czekać

 

Podziękowania

Kochani, to moja czwarta książka - ale za to jaka! Pierwszy polski bohater, nowa odsłona i... Można by rzec: wszystko nowe.

Wiem, że za sukcesem moich książek stoicie Wy, Czytelnicy. Dlatego Wam dziękuję w pierwszej kolejności. Za to, że pokochaliście moich bohaterów, że dajecie mi na co dzień ciepło i zainteresowanie, że prosicie o więcej. To bardzo motywujące.

Dziękuję Robertowi Lewandowskiemu, bez którego ta książka nie mogłaby powstać. Dziękuję za to, jakim jest Pan człowiekiem, piłkarzem i jak ogromną siłę ma Pan w sobie. Spotkanie w Monachium pokazało mi bardzo wiele.

Dziękuję osobom, dzięki którym mogłam poznać Roberta. Tomkowi Zawiślakowi - wyjątkowemu człowiekowi, od którego można uczyć się, jak być dobrym przyjacielem (i którego serdeczności nie zapomnę). Cezaremu Kucharskiemu - znakomitemu menedżerowi. Mariuszowi Siewierskiemu i Monice Rebizant - wiem, że bierzecie na siebie wszystko to, czego nie widać, a co jest takie ważne.

A teraz kolej na tych wszystkich, którzy są ze mną przez cały czas i bez których tej książki by nie było:

Milo, Synku - Twoje zaangażowanie w życie, pytania, które mi zadajesz, wyjazdy, rozmowy, spacery - są najlepszą inspiracją.

Pani Dominiko - to niewiarygodne, ile mogą zdziałać Pani ciepło i mądrość. Cieszę się, że dane nam było się spotkać. Dzięki Pani jestem innym człowiekiem i... inną mamą.

Panie Arnoldzie - skrzydła, które mi Pan daje, punkty widzenia, które Pan pokazuje i ta nieustająca wiara we mnie - bezcenne.

Dziękuję Wydawnictwu Burda, które zaprosiło mnie do współpracy i dzięki któremu udało się stworzyć Super Team (Űber Team, jak powiedziano by w Monachium).

Katarzynie Sobańskiej-Helman - Kasiu, Twoja wrażliwość i inteligencja rokują zawojowanie świata. Dziękuję za Wyprawę do Monachium, a Patrykowi gratuluję właściwej już prawie tylko dzieciom kreatywności (rozwijajcie ją!).

Agnieszce Radzikowskiej, mojej fantastycznej redaktor prowadzącej za pełen profesjonalizm, szybkość działania i uspokajający uśmiech.

Łukaszowi Wolakowi - bo od Ciebie zaczęła się nowa przygoda.

Maćkowi Maćkowiakowi - za pomysły i dobrą energię.

Mariuszowi Telerowi - wiem, że poddałam Twój wrodzony spokój wielkiej próbie.

Edycie Urbanowicz, wspaniałej redaktorce i przyjacielowi - za Twoją pracę, za kumpelskie rozumienie i bycie Najprzytomniejszą w Całym Towarzystwie.

Jackowi Sarzało - Twoja wiedza sportowa jest imponująca, a dobry duch otula każdą moją opowieść. Dziękuję.

Trójce wspaniałych grafików: Albertowi Wallinowi - bo byłeś ze mną od pierwszej książki, Piotrowi Dziurianowi - bo zawsze jesteś kołem ratunkowym na ostatniej prostej i Annie Wizgird-Todorov - za Twoje piękne ilustracje i entuzjazm. A także Państwu Joli i Markowi Ugorowskim za najbardziej czarną robotę pod słońcem, czyli ogarnięcie całości pod - oczywiście - presją czasu.

Pani Dorocie Lech oraz Fantastycznej Ekipie Empiku, gdyż dostrzegliście, że moje książki są nową wartością i wierzycie w każdą kolejną, którą piszę.

Dorocie Koman i Ewie Świerżewskiej - bo odczytujecie wszystko to, co chciałam przekazać.

Robertowi Łoszakiewiczowi - za oddanie atmosfery młodzieńczych lat Znicza Pruszków (fajnie, że się poznaliśmy!). Adrianowi Stykowskiemu - za to, że nie namyślając się wiele, wsiadłeś w samochód i sfotografowałeś Leszno. Trenerom Partyzanta Leszno oraz pracownikom Varsovii - za przybliżenie dziecięcych lat Roberta.

Marcie Drozd-Czerneckiej, prawdziwemu przyjacielowi. Dzięki Twoim świetnym tłumaczeniom moje poprzednie książki ruszyły w świat.

Luce Caiolemu, autorowi kultowych piłkarskich biografii - bo Pana uznanie dla mnie jest największą nagrodą.

Przyjaciołom od duszy i od spraw całkiem przyziemnych, ale decydujących. Bez Was bym nie przeżyła: Ani Antoszewskiej, Łukaszowi Bruskiemu, Borysowi, dr. Andrzejowi Kaczorowskiemu, Dorocie Kośmickiej-Gacke, Ninie Kowalewskiej-Motlik i Sarze Motlik, Robertowi Kozyrze, Ewie Kurek i Twojej Mamie, Damianowi Łukasiewiczowi (jakże szybko stałeś się przyjacielem), Basi Mietkowskiej, Tatianie Mindewicz (jeden Twój telefon i wszystko stało się łatwiejsze!), Katarzynie i Piotrowi Pamiętom (Kasiu, jak to możliwe, że rozumiesz mnie bez słów?), dr. Annie i Tadeuszowi Piotrowskim, Grażynie Romańczuk, Mietkowi i Sabinie Sieprawskim, Anecie Sroczyńskiej, Marcinowi Szuperowi, Zdzichowi i Małgosi Tobotom, Leszkowi Wasiucie, Jackowi i Monice Wawrzyniewicz, Sylwii Wysockiej, Dorocie Zawadzkiej i Robertowi Myślińskiemu oraz Monice i Marcinowi Żewłakowom.

Wojciechowi Cejrowskiemu i Twojemu chrześniakowi Wojtkowi oraz Annie Nowak-Ibisz i Vincentowi. Jesteście kochani, że "zamawiacie" kolejnych bohaterów. Dziękuję!

Urszuli i Stefanowi Eriksenom oraz cudownej ekipie Nabo - jak zawsze duża część książki napisana jest u Was.

Stefanowi Szczepłkowi, Piotrowi Metzowi i Jarkowi Kretowi - za niezmienne kibicowanie oraz Dariuszowi Wołowskiemu i Tomaszowi Smokowskiemu - za to, że czytacie moje opowieści ze swoimi synami.

Agnieszce Betlejewskiej, Magdzie Kosch-Maćkowiak, Oli Chaberskiej, Kasi Konopce, Martynie Chrzanowskiej i Joannie Jabłońskiej, a także Magdzie Rybak, Milance i José Gómez-Moreno, Kamili Trusiewicz, Dorocie Wardyńskiej i Alanowi Zacharzewskiemu - bo wciąż mam w pamięci nasze początki.

Doktorom, a teraz również Przyjaciołom: Karolowi Żyto, Piotrowi Piekarczykowi, Lei Thuesen i Marcusowi Landgrenowi - dzięki Wam przeżycia z Malmö stały się nie traumą, ale wielką lekcją uważności.

Ewie i Oskarowi - że jesteście i pamiętacie o mnie.

Cioci dr Ewie Wawrzyniewicz - za ciepłe promienie z dzieciństwa.

I wreszcie dziękuję mojej kochanej Mamie - za to, że ja też kiedyś mogłam być dzieckiem. Bo to dzieciństwo czyni nas tymi, kim dziś jesteśmy.

 

1 "Nasz syn będzie sportowcem", czyli jak Robert nie został Arnoldem

Leszno to licząca sobie osiem tysięcy mieszkańców miejscowość na przedmieściach Warszawy. Leży na skraju Puszczy Kampinoskiej, słynnego rezerwatu przyrody, a do centrum stolicy dojechać stąd można autobusem w niecałą godzinę.

To tutaj, w tej spokojnej podwarszawskiej miejscowości mieszkali w latach 80. ubiegłego wieku państwo Iwona i Krzysztof Lewandowscy. Mieli nieduży, ale przytulny dom z ogrodem przy ulicy Polnej. Uczyli wf-u w lesznowskiej szkole podstawowej i w gimnazjum imienia Stefana Batorego. Byli fantastycznymi nauczycielami, prawdziwymi pasjonatami, a ich uczniowie co roku zdobywali trofea na szkolnych turniejach. Nic w tym zresztą dziwnego. Państwo Lewandowscy potrafili doskonale zmotywować swoich uczniów, gdyż sami uprawiali wcześniej zawodowy sport. I to ze znakomitymi wynikami.

Pani Iwona była siatkarką, reprezentantką i mistrzynią Polski.

Pan Krzysztof od małego trenował judo. Był w tym tak dobry, że został mistrzem Europy juniorów, a później mistrzem Polski.

Iwona i Krzysztof poznali się, kiedy mieli po dziewiętnaście lat. Oboje w tym samym czasie dostali się na studia w warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, zwanej w skrócie AWF, i jako przyszli studenci tej uczelni musieli przejść obowiązkowe badania lekarskie. Działo się to jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego.

Wysoka, atrakcyjna brunetka, Iwona Dembek przyjechała specjalnie na badania z rodzinnego Grudziądza. Kiedy przed gabinetem zobaczyła długą kolejkę oczekujących, grzecznie w niej stanęła. Czekała już całkiem długo, gdy do poczekalni wpadł ciemnowłosy, dobrze zbudowany młodzieniec z wąsem. Na oko - warszawiak. Omiótł spojrzeniem poczekalnię i zobaczył, że z gabinetu właśnie wychodzi pacjent.

- Bardzo przepraszam, przyszedłem po wyniki badań. Wejdę tylko na chwilę, dobrze? - zwrócił się uprzejmie do oczekujących i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, czym prędzej zniknął w środku.

"Ale cwaniak!" - pomyślała Iwona.

Mijały minuty, a student, który miał wejść "tylko na chwilę" wciąż siedział w gabinecie. Kiedy wreszcie po pół godzinie wyszedł, dziewczyna popatrzyła na niego gniewnie i ostrym tonem zapowiedziała:

- Ja cię zapamiętam!

- Oj, te brązowe oczy to i ja zapamiętam - odpowiedział niczym nie zrażony chłopak i posłał Iwonie szelmowski uśmiech.

Bardzo szybko spotkali się ponownie. Iwona była na imprezie studenckiej, kiedy koleżanka-siatkarka, przedstawiła jej swojego kolegę, judokę.

- Krzysztof jestem - powiedział znajomy głos.- Czy myśmy się już wcześniej nie spotkali? Te oczy...

Iwonę zamurowało.

Przed nią stał ni mniej, ni więcej tylko... chłopak spod gabinetu lekarskiego.

Wystarczyło kilka minut, by niefortunne wspomnienie z poczekalni lekarskiej całkowicie odeszło w niepamięć. Krzysztof Lewandowski okazał się uroczym, szarmanckim mężczyzną, zdolnym rozkręcić każdego, a Iwona w jego towarzystwie czuła się znakomicie.

Między młodymi po prostu zaiskrzyło.

Stali się nierozłączni i pobrali się jeszcze na studiach.

Rok po ślubie spodziewali się dziecka i - jak wszyscy przyszli rodzice - zasiedli do wybierania imion.

- Będzie sportowcem, jak my, więc powinien mieć imię, które da się wymówić na całym świecie - powiedział pan Lewandowski. - Nie tak jak ja: K-r-z-y-s-z-t-o-f. Za granicą wszyscy sobie na mnie języki łamali.

Ponieważ nie było wiadomo, czy urodzi się syn, czy córka, postanowili przygotować się na oba warianty.

- Jeśli urodzi się dziewczynka, to nazwiemy ją Milena. Jeśli chłopak - Arnold. Co myślisz, kochanie? - spytał żonę Krzysztof.

Wzrok Iwony mówił sam za siebie.

- Nie? Trudno. Myślałem, że "Arnold" to fajne imię. Takie mocne, męskie. Ale jak nie chcesz, to może... - przyszły tata zamyślił się na chwilę, po czym rzucił: - A Robert? Zdrobniale: Bob. Podoba ci się?

Iwonie się podobało.

I w ten oto sposób w 1985 roku na świat przyszła... prześliczna Milenka.

Słodki chłopczyk o mocnym, męskim imieniu Robert urodził się dopiero trzy lata później, w pewną letnią niedzielę 21 sierpnia 1988 roku.

Jak widać, w kwestii imion swoich dzieci rodzice trzymali się wcześniejszych ustaleń.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.