2
Montevista jest willową miejscowością sąsiadującą i koegzystującą z miastem portowym Pacific Point. Ma jedno małe centrum handlowe, nazywane Rynkiem, w którego pseudowiejskich sklepikach mieszkańcy bawią się w udawanie wieśniaków, tak jak dworzanie w Wersalu bawili się w udawanie kmiotków.
Zrealizowałem czek Petera w miejscowym oddziale National Bank. Operacja wymagała cyferki samego kierownika, bystrego młodego człowieka w dystyngowanym popielatym ubraniu, który się nazywał McMinn, Nie omieszkał się pochwalić, że zna bardzo dobrze rodzinę Jamiesonów; Peter Jamieson senior zasiada nawet w radzie nadzorczej banku. Powiedział to z ledwo powściąganą satysfakcją, nie pozbawioną namaszczenia, jakby pieniądze zapewniały stan łaski, do którego dostąpienia wystarczało się powołać na osobę majętną. Rozpromienił się jeszcze bardziej, gdy spytałem, jak trafić do willi Bagshawów.
- To kawałek drogi stąd, w jednym z kanionów. Nie trafi pan bez mapy. - Pogrzebał w dolnej szufladzie biurka i wyciągnął mapę, na której zaznaczył kilka punktów. - Wie pan, że generał Bagshaw nie żyje?
- To przykre.
- Wszyscy w banku jesteśmy niepocieszeni. Generał był przez całe życie naszym klientem. Oczywiście pani Bagshaw nadal korzysta z naszych usług. Jeśli pan jej szuka, to się przeprowadziła do jednego z letnich domków w Klubie Tenisowym. Willę wynajął niejaki Martel.
- Zna go pan?
- Z widzenia. Korzysta z usług naszej centrali w Pacific Point. - McMinn obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem. - Jest pan znajomym pana Martela?
- Jak dotąd nie.
Zawróciłem w kierunku wzgórz. Zbocza były jeszcze zielone po wiosennych deszczach. Białe i fioletowe kwiaty wśród zarośli pachniały sennym tchnieniem słońca.
Zatrzymałem się przy skrzynce na listy z nazwiskiem Bagshawów. Pod stopami miałem ocean, zawieszony na horyzoncie jak nierówno ufarbkowane pranie na sznurze. Wywindowałem się zaledwie paręset stóp w górę, a już odczuwalna była zmiana temperatury, jakbym znacznie się zbliżył do słońca w zenicie. O dalsze paręset stóp nad szosą, u szczytu własnego kanionu, przycupnęła willa. Wydawała się z tej odległości niewiele większa od karmnika dla ptaków. Od miejsca, gdzie się zatrzymałem, wznosiła się ku niej serpentynami czarna asfaltowa droga.
Od strony miasta, ze zgrzytem przełączanych biegów, piął się za mną wysłużony kabriolet. Minąwszy mnie zatrzymał się. Był to czarny Cadillac, poszarzały od kurzu. Wysiadł z niego niewysoki mężczyzna w marynarce w rzucik i w eleganckim perłowym edenie, zsuniętym zawadiacko na oko. Zbliżył się krótkim kroczkiem, w którym niepewność walczyła o lepsze z agresywnością. Nie miałem wątpliwości, że to detektyw Petera, chociaż niczym nie przypominał detektywa. Jak wonią nie mytego ciała zalatywało od niego frustracją.
Wyjąłem z kieszeni czarny notes i zapisałem numer Cadillaca. Miał kalifornijską rejestrację.
- Co pan pisze?
- Wiersz.
- Zobaczymy - powiedział głośno, ale bez zbytniego przekonania.
Sięgnął przez otwarte okno. Oczy miał niespokojne.
- Nigdy nie pokazuję nie dokończonych utworów.
Zatrzasnąłem notes i schowałem do wewnętrznej kieszeni. Zacząłem zakręcać okno. W ostatniej chwili cofnął rękę. Zamiast tego przytknął twarz do szyby, aż zapotniała.
- Co pan tam o mnie napisał? - Wyjął z kieszeni miniaturowy aparat fotograficzny i zaczął nim stukać w szybę, bez sensu, za to zapamiętale. - Chcę wiedzieć, co pan o mnie napisał.
Była to sytuacja z rodzaju tych, których staram się unikać bądź też jak najszybciej je rozładowywać. W miarę upływu naszego stulecia - a czułem wyraźnie, jak upływa - takie bezsensowne gniewne konfrontacje prowadzą coraz częściej do gwałtu. Wysiadłem na prawą stronę i obszedłem auto z przodu.
Dopóki siedziałem za kierownicą, facet wymyślał maszynie, Cadillac wymyślał Fordowi. Teraz naprzeciw siebie stali ludzie, przy czym ja byłem wyższy i szerszy w barach. Mężczyzna przestał krzyczeć. Jego cała osobowość uległa gwałtownej przemianie. Zasłonił usta wierzchem dłoni, jakby dla poskromienia złego ducha, który w niego wstąpił i pchnął go do wywrzaskiwania na mnie. Zwątpienie ściągnęło mu twarz jak niewidoczna blizna.
- Przecież nic nie zrobiłem. Nie ma pan powodu do notowania mojego numeru.
- To się pokaże - odparłem na poły urzędowym tonem. - Co pan tu robi?
- Zwiedzam. Jestem turystą. - Omiótł bladymi oczami rzadko zabudowane wzgórza, jakby był po raz pierwszy za miastem. - To jeszcze szosa publiczna, nie?
- Wpłynął raport, że jakiś mężczyzna podawał się tu wczoraj wieczorem za detektywa.
Łypnął na mnie i zaraz spuścił wzrok.
- To na pewno nie ja. Nigdy tu nie byłem.
- Obejrzymy pańskie prawo jazdy.
- Pan posłucha, możemy się dogadać - powiedział. - Nie mam wiele przy sobie, ale mam swoje chody. - Wyciągnął z wyświechtanego portfela z cielęcej skóry samotną dziesiątkę i wetknął mi do zewnętrznej kieszonki marynarki. - Proszę, niech pan coś kupi dla dzieciaków. I niech pan mi mówi Harry.
Uśmiechnął się z wymuszonym wdziękiem. Ale wdzięk, jeśli nim kiedykolwiek dysponował, dawno wyparował z jego twarzy. Z ust błysnęły ku mnie zęby jak dłuta. Wyjąłem banknot z kieszonki, przedarłem i zwróciłem mu obie połówki. Twarz mu się wydłużyła.
- To dziesięć dolarów. Musi pan być stuknięty, żeby drzeć pieniądze.
- Podklei pan taśmą. Poproszę o to prawo jazdy, zanim pan podpadnie pod następny paragraf.
- Paragraf? - zapytał tonem chorego, który powtarza usłyszaną po raz pierwszy nazwę swojej choroby.
- Przekupstwo i podszywanie się pod przedstawiciela władzy mają swoje paragrafy w kodeksie, Harry.
Popatrzył na niebo, jakby po raz nie wiadomo który sprawiło mu zawód. Wysoko na błękicie wisiał cienki blady księżyc jak niewyraźny odcisk palca na szybie.
Ze szczytu kanionu błysnęło ostrzejsze światło, niemal mnie oślepiając. Przez moment myślałem, że wydobywa się z głowy mężczyzny stojącego z dziewczyną na tarasie willi Bagshawów. Wydało mi się, że ma on wielkie okrągłe oczy, wysyłające błyski świetlne. Po chwili zrozumiałem, że obserwuje nas przez lornetkę. Oboje z dziewczyną wyglądali z tej odległości jak filigranowe figurki z porcelany. Dystans i wysokość przyprawiły mnie o nierealne wrażenie, że są nieosiągalni, jakby egzystowali poza czasem i przestrzenią.
Harry Paragraf rzucił się do swego auta. Chciał zapalić motor, ale starter obracał się niemrawo jak nieboszczyk w grobie. Zdążyłem otworzyć drzwiczki z drugiej strony i wsunąć się na powygryzane skórzane siedzenie.
- Dokąd jedziemy, Harry?
- Donikąd. - Przekręcił kluczyk, opuścił ręce na kolana. - Czemu pan się mnie czepia?
- Bo zatrzymałeś wczoraj wieczorem pewnego młodego człowieka na tej szosie, podałeś się za detektywa i wypytywałeś go o różne sprawy.
Zastygł w milczeniu, tylko na jego wyrazistej twarzy dokonywała się nowa seria przemian.
- Bo jestem właściwie detektywem.
- Masz znaczek?
Siegnął do kieszeni, prawdopodobnie po dziecinną imitację odznaki policyjnej, ale się rozmyślił.
- Nie mam - przyznał. - Jestem detektywem amatorem, prowadzę sprawę dla mojej... - Ugryzł się w język. -...no, dla jednych takich. Nie uprzedzili mnie, że mogę podpaść.
- Może się jednak dogadamy. Pokaż to prawo jazdy. Wyjął swój wyświechtany portfel i podał mi prawo.
HARRY HENDRICKS
10750 Vanowen, lokal nr 12
Canoga Park, Kal.
PŁEĆ m. KOLOR WŁOSÓW ciemnobl. KOLOR OCZU nieb.
WZROST 1,75 WAGA 76 STAN CYWILNY wolny
DATA UR. 12.4.1928 WIEK 38
Z lewego dolnego rogu uśmiechała się do mnie krzywo twarz Harry?ego. Zapisałem w notesie adres i numer prawa jazdy.
- Po co panu te dane? - zapytał zaniepokojony.
- Żeby cię mieć na oku. Z czego żyjesz, Harry?
- Sprzedaję samochody.
- A-ha!
- Używane, za prowizję - wyjaśnił z goryczą. - Byłem likwidatorem ubezpieczeniowym, ale bo to człowiek może się ostać przy tych wszystkich cwaniakach. Robiłem w życiu różne rzeczy. Może pan pytać, wszystko robiłem.
- Kiblowałeś też?
Posłał mi obrażone spojrzenie.
- Co pan?! Wspominał pan o jakimś dogadaniu się.
- Lubię wiedzieć, z kim mam przyjemność.
- Rany, może mi pan wierzyć. Mam stosunki.
- W handlu używanymi samochodami?
- Zdziwiłby się pan - oświadczył.
- I co twoi mocodawcy kazali ci zrobić z Martelem?
- Z Martelem nic. Mam tylko kikować i wywiedzieć się, co to za jeden, jeśli się da.
- I?
Harry rozłożył ręce na kierownicy.
- Jestem niecałą dobę w mieście. Miejscowe chłopaki nic nie wiedzą. Jeśli pan jest gliną, jak pan mówi...
- Tego nie powiedziałem. Jestem detektywem prywatnym. To jest teren strzeżony.
Oba fakty były prawdziwe, tyle że się z sobą nie wiązały. Harry je powiązał.
- Jak tak, powinien się pan bez trudu wywiedzieć.
To forsa, człowieku. Podzielimy się po połowie.
- Ile?
- Stówkę gwarantuję.
- Zobaczę, co się da zrobić. Gdzie się zatrzymałeś w mieście?
- Hotel,,Falochron". Na nabrzeżu.
- Co to za kobieta napuściła cię na Martela?
- Nikt nic nie mówił o żadnej kobiecie.
- Powiedziałeś mojej.
- Może myślałem o żonie. Ale ona nie ma z tym nic wspólnego.
- Bujaj zdrów. W prawie jazdy masz stanwolny.
- Ale jestem żonaty. - Obruszył się, jakbym podał w wątpliwość nie fakt jego małżeństwa, lecz przynależności do rasy ludzkiej. - W prawie jazdy jest błąd. Wolałem tego dnia zapomnieć, że jestem żonaty. To znaczy....
Przerwał mu cichy szum auta, zjeżdżającego z góry krętą asfaltową drogą. Był to czarny Bentley Martela. Mężczyzna za kierownicą miał prostokątne okulary przeciwsłoneczne, zakrywające mu górną część twarzy jak maska. Siedząca obok dziewczyna była również w okularach od słońca, które czyniły ją nieco podobną do wszystkich hollywodzkich blond bóstw.
Harry wydobył swój miniaturowy aparat fotograficzny, niewiele większy od zapalniczki. Przebiegł na drugą stronę szosy i ustawił się u wylotu asfaltowej drogi, z aparatem ukrytym w dłoni. Kierowca Bentleya wysiadł. Był niewysoki, ale silnej, muskularnej budowy, ubrany w tweedowy garnitur i sportowe półbuty w stylu angielskim. Strój nie bardzo pasował do jego smagłej cery i gładkich włosów.
- Szuka pan czegoś? - zapytał opanowanym głosem o lekko cudzoziemskim akcencie.
- Tak, proszę pana. Proszę o miły uśmiech. - Harry podniósł aparat i pstryknął. - Dziękuję, panie Martel.
- Ja nie.- Grymas wykrzywił mięsiste wargi Martela. - Pan będzie łaskaw oddać ten aparat.
Słowo "aparat" wymówił z francuska, z wibrującym r i akcentem na ostatniej zgłosce. Ale na Francuza był zbyt śniady.
- Już się rozpędziłem. Kosztował sto pięćdziesiąt dolarów.
- Dla mnie jest wart dwieście, razem z filmem. Rozumie pan? Nie znoszę się fotografować.
Popatrzyłem na blondynkę w aucie. Nie widziałem jej oczu za okularami, ale miałem wrażenie, że mnie obserwuje przez szerokość szosy. Dół jej twarzy był nieruchomy, jakby się bała zdradzić ze swymi uczuciami. Twarz miała martwe piękno marmuru.
Harry tymczasem kalkulował. Miałem wrażenie, że słyszę tok jego myśli.
- Oddam za trzysta.
- Tr?s bien, trzysta. Ale włącznie... jak to powiedzieć?... z pokwitowaniem. Z podpisem i adresem.
- Z-zgoda.
Miałem ilustrację całego życia Harry?ego: nie umiał zachować miary, kiedy był górą. Dziewczyna wychyliła się przez otwarte drzwiczki Bentleya.
- Nie traćmy czasu, Francis.
- Nie mam najmniejszego zamiaru.
Martel podsunął się niespodzianie do Harry?ego i wyrwał mu aparat z ręki. Cofnął się, rzucił aparat na asfalt i rozgniótł obcasem. Harry osłupiał.
- Nie może pan tego zrobić!
- Już zrobiłem. Fait accompli.
- Żądam pieniędzy.
- Nie dostanie pan. Pas d?argent. Rien du tout.
Martel wsiadł do czarnego auta i zatrzasnął drzwiczki. Harry biegł za nim wykrzykując:
- Nie może mi pan tego zrobić! Aparat nie był mój! Musi pan za niego zapłacić!
- Zapłać mu, Francis - powiedziała dziewczyna.
- Nie. Miał szansę, nie skorzystał. - Martel zrobił znowu nagły ruch i w oknie ukazał się mały czarny wylot pistoletu, ślepiący znad zakrzywionego palca jego dłoni. - Posłuchaj, przyjacielu. Nie lubię mieć na karku żadnych canailles. Jeśli będziesz się tu dalej pętał albo zakłócisz mi spokój w inny sposób, zastrzelę cię jak psa.
Cmoknął językiem. Harry jął się wycofywać tyłem. Doszedł do skraju drogi, noga mu się powinęła i o mało nie upadł. Porzucając fałszywy wstyd, poderwał się i pomknął jak sprinter do Cadillaca. Spocony i zasapany wskoczył na siedzenie.
- O mało mnie nie zabił. Jest pan świadkiem.
- Masz szczęście, że na tym się skończyło.
- Niech pan go aresztuje. Na co pan czeka. Za dużo sobie pozwala. To zwykły oszust. Taki z niego Francuz, jak ze mnie królowa angielska.
- Masz na to dowody?
- Jeszcze nie. Ale ja się dobiorę do skóry temu makaroniarzowi. Zapłaci mi. To był kosztowny aparat, na dodatek nie mój. - Jego głos nabrzmiały był żalem: życie zawiodło go po raz tysiączny i pierwszy. - Nie siedziałby pan tak, gdyby pan był gliną, jak pan twierdzi.
Martel wyjechał z asfaltowej drogi na szosę. Jedno koło przeszło po zmiażdżonym aparacie i spłaszczyło go do reszty. Czarny Bentley zaczął się oddalać statecznie w dół.
- Muszę coś wymyślić - powiedział Harry bardziej do siebie niż do mnie.
Zdjął kapelusz, jakby to on ograniczał jego inwencję, i położył odwrócony na kolanach jak żebrak czekający na jałmużnę. Napis na jedwabnej podszewce głosił, że kapelusz pochodzi ze sklepu galanteryjnego w Las Vegas. Na skórce wytłoczone było złotymi literkami nazwisko L. Spillman. Albo kapelusz jest kradziony - pomyślałem - albo prawo jazdy Harry? ego wystawione na fałszywe nazwisko.
Jakby słysząc nie wypowiedziane oskarżenie, Harry obrócił się w moją stronę i wycedził mściwie:
- Proszę się nie krępować, jeśli pan się śpieszy. Niewiele mi przyszło z pańskiej obecności.
Powiedziałem, że go odszukam w hotelu. Nie wydawał się tym zbytnio zachwycony.