1
Korzenie
Dwunastolatek chciwie chłonął nową rzeczywistość i wciąż wodził wzrokiem po mieszkaniu, w którym przebywał od kilku minut. W końcu wyjrzał za okno, a jego oczom ukazał się księżycowy krajobraz: hałdy ziemi, głębokie dziury i wszechobecny gruz. W tle wznosiły się wysokie, sześćdziesięciometrowe kominy. Wychowywał się na robotniczej Woli, więc był przyzwyczajony do widoku fabryk, ale ceglane kolosy zrobiły na nim piorunujące wrażenie. Pomyślał, że niektóre sięgają chmur.
Dymiące słupy były nieodłącznym elementem współtworzącej warszawską Hutę kuźni. I nadzieją na lepsze jutro. Zainstalowani w kraju przez Stalina komuniści ochoczo kopiowali radziecki model ekonomiczny i co rusz ogłaszali kolejne plany gospodarcze, które miały wskrzesić spustoszoną wojną krainę. Ten sześcioletni przewidywał stworzenie kombinatu metalurgicznego w Krakowie, fabryki samochodów na Żeraniu czy prężącej muskuły Huty.
Jej powstanie przyniosło temu miejscu cywilizację. Wcześniej po bielańskich nieużytkach hasały zające, a skromne żwirowe drogi czuły wstyd przed brukowanymi koleżankami z sąsiedniego Żoliborza. Jednak teraz na terenie dawnego lotniska jak grzyby po deszczu rosły bloki z wielkiej płyty. Nie imponowały ani urodą, ani nowoczesnością, ale w niepewnych czasach stały się dla setek rodzin ziemią obiecaną. Również dla chłopca, jego matki i siostry. Cała trójka trafiła na poprowadzoną w kształt podkowy ulicę Wrzeciono.
Był rok 1968. Kraj ściskał za gardło ascetyczny Władysław Gomułka, komunista posłuszny Moskwie, podobnie zresztą jak jego partyjni towarzysze. Nadciągały antysemickie nastroje zakończone marcową emigracją Polaków pochodzenia żydowskiego oraz grudniowe protesty, które na Wybrzeżu zostaną utopione we krwi czterdziestu jeden zabitych i tysiąca rannych. Mieszkańcy nowo wybudowanego bloku przy ulicy Wrzeciono mieli jednak swoje zmartwienia. Diabelskie połączenie wypełzającej z każdego kąta biedy, braku perspektyw i lejącego się litrami alkoholu przetrącało ludzkie kręgosłupy.
Dziki proces degeneracji pamięta Stanisław Szymczak, kiedyś utalentowany oszczepnik, dziś programista, który mimo sześćdziesięciu pięciu lat wciąż odwiedza siłownię, gdzie wyciska ważącą ponad sto kilogramów sztangę. Na Wrzeciono 17 wprowadził się tuż po oddaniu budynku do użytku.
- W te okolice zwożono rodziny z całej stolicy. Ludzie byli sobie obcy, brakowało integracji. Różnili się historią, statusem. Po prostu straszna zbieranina - wyjaśnia. - Pyta pan, dlaczego żyje tu tak niewielu pierwotnych lokatorów? No cóż, zmienili kwatery. Dziś rezydują na Wólce, o, tam - mówi i kieruje palec w stronę ogromnego Cmentarza Północnego.
Powody zgonów były różne. Zdzisiek Cudny z parteru zapił się na śmierć, Witkowski umarł ze zgryzoty po powrocie z więzienia, a kobieta z sąsiedniego bloku po prostu wyskoczyła z okna. Nic dziwnego, że nazywany Pekinem rejon szybko okrył się fatalną sławą: w ciepłe miesiące ludzi budziły wrzaski bijatyk, a gdy temperatura zbliżała się do zera, hałas dobiegał z zamienianych w meliny kawalerek. Szymczak przyznaje:
- Znajomych z innych części miasta, którzy nas odwiedzali, należało odprowadzać na przystanek, bo inaczej mogliby wrócić do domu bez butów albo jeansów.
Częścią tego westernowego klimatu stał się Krzysztof Lewan-dowski. Kiedy z podziwem obserwował kominy Huty, nie zdawał sobie sprawy, że ich nowe mieszkanie, choć skromne, jest luksusem. Czterdzieści sześć metrów, widna kuchnia, nawet niewielki balkon. I tylko troje lokatorów. Tymczasem część z blisko trzystu mieszkańców istniejącego do dziś budynku musiała gnieździć się w siedemnastometrowych klitkach. W książce Leszka Lachowieckiego Huta Warszawa autor cytuje jedną z najemczyń: "To okolica biedniejszych i bogatszych [...]. Pierwsi mieli kawalerki lub dwa pokoje na parterze. Drudzy po trzy pokoje na piętrze". Dziś nie da się już ustalić, z jakiego powodu Lewandowscy dostali przydział na lokal nie tylko z największym dostępnym metrażem, ale i na ostatnim piętrze.
Na Bielany trafili z Woli. Dla Warszawy to miejsce święte. Od 1575 roku na tamtejszych polach elekcyjnych wybrano jedenastu królów Polski. Kilka wieków później dzielnica rozwinęła się gospodarczo i stała się zapleczem stołecznego przemysłu. Większość z ponad stu sześćdziesięciu zakładów zniszczyli jednak Niemcy, którzy w trakcie Powstania wymordowali tam około pięćdziesięciu tysięcy osób. Po wojnie Wolę reanimowano, a pracujący w Polfie, Zakładach Radiowych czy Fotonie robotnicy w pocie czoła budowali socjalizm. Jednym z nich był ojciec Krzysztofa.
Przez wiele miesięcy prac nad tą książką wydawał się człowiekiem widmem. Nie przewijał się we wspomnieniach moich rozmówców, nikt nie znał jego imienia czy adresu, nie kojarzył twarzy. Ktoś słyszał, że wciąż mieszkał na Woli, ktoś inny podobno widział jego stare zdjęcie z wojska, ale nie miał pewności, że to właśnie on. Lewandowskiego seniora brakuje też w rodzinnej mogile na Cmentarzu Wolskim. I gdy wydawało się, że pozostanie zagadką, w moje ręce trafiła niepozorna teczka. Przez czterdzieści lat leżała na dnie archiwum, kryjąc losy mężczyzny.
Najpierw zdjęcie. Małe, popękane. Na nim gęste, bujne włosy, na pewno czarne, niemal identyczne jak u Roberta. Do tego pociągła twarz, bystre oczy. Nos prosty, usta wąskie. No i lekko odstające uszy - będące pierwowzorem uszu piłkarza.
Tuż obok fotografii podstawowe dane: Zbigniew Lewandowski, syn Feliksa i Stefanii. Urodził się w 1929 roku w Warszawie. Pochodził z proletariackiej rodziny, z którą aż do wybuchu powstania mieszkał w robotniczej dzielnicy. Przed Rzezią Woli wywieziono go na tereny Trzeciej Rzeszy, po wojnie przebywał na Ziemiach Odzyskanych oraz w Koszalinie, gdzie odbył służbę wojskową. Do cywila wyszedł w 1953 roku w stopniu kaprala. W tym samym czasie ożenił się z rok młodszą Krystyną Zarzeką, a także zatrudnił w Zakładach Wytwórczych Lamp Elektrycznych imienia Róży Luksemburg. Spędzi w nich blisko trzydzieści lat, aż do wcześniejszej emerytury. Zostanie szanowanym pracownikiem, zapisze się też do partii.
Mniej stabilna będzie jego sytuacja osobista. Wraz z małżonką doczeka się trójki dzieci: Mirosława, który umrze w 1960 roku w wieku sześciu lat, Krzysztofa i Bożeny. To, co wydarzyło się później, jest niejasne: wiadomo, że związał się z kobietą, z którą wychowywał jej syna. Chociaż w dokumentach jako adres zameldowania wciąż podawał ulicę Wrzeciono 17 - gdzie mieszkała Krystyna wraz z dziećmi - to dawne życie zostawił za sobą.
Tak samo jak małżonkę. Ta przez niektórych sąsiadów do dziś nazywana jest "ciocią Krysią". Po przeprowadzce na Bielany chorowała: narzekała na kłopoty z sercem, z powodu przepukliny miała trudności z poruszaniem. Do niewielkiej renty dorabiała więc w spółdzielni inwalidów.
- Gratowała kostki do warcabów. Przywozili tu wielkie wory tych kostek, a ona je obcinała - tłumaczy jeden z lokatorów.
Robert nie zdążył jej dobrze poznać, zmarła w 1993 roku, gdy miał pięć lat. Na Cmentarzu Wolskim spoczęła wraz z matką i synami. Zbigniew odszedł sześć lat później, pochowano go na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.
Mimo dorastania bez ojca Krzysztof nie narzekał na brak męskiego towarzystwa. Jego najbliższym przyjacielem został sąsiad z dziewiątego piętra, Sławomir Matracki. Byli w tym samym wieku, obaj chodzili do Szkoły Podstawowej numer 247 (a potem 273). Wiele lat później poproszą się wzajemnie o świadkowanie na swoich ślubach.
W paczce znalazł się także młodszy brat Sławka, Leszek, który swój los związał z Kanadą. Gdy przenosi się myślami z Calgary, gdzie mieszka, do Polski lat siedemdziesiątych, nie kryje wzruszenia - a wspomnienia nagle odżywają.
Z młodzieńczą werwą przekonuje, że chociaż czasy były trudne, to wesołe. No, może poza piątą klasą, którą Gruby, jak na osiedlu nazywano Lewandowskiego, musiał powtarzać. Latem palili ogniska w Lesie Bielańskim albo przy robotniczych barakach, gdzie nie brakowało desek i ropy, zimą przed każdym blokiem pojawiały się dzikie lodowiska, więc grywali w hokeja. Próbowali też śmierdzących papierosów na klatce schodowej, choć bez przerwy przeganiał ich stamtąd dozorca. Na czarno-białym telewizorze Zefir u Matrackich podziwiali Orły Górskiego, które na mundialu w RFN wywalczyły trzecie miejsce na świecie, a później słuchali hitów Beatlesów puszczanych z gramofonu Bambino. Gdy byli starsi, zaglądali do baru Hutnik, zakładowej piwiarni, w której co miesiąc, po wypłatach hutników, trzeba było wstawiać nowe szyby.
Innym kumplem Lewandowskiego był Sylwester Lasocki. On także mieszka obecnie w Kanadzie. Trzy lata temu spadł ze schodów, a wypadek odcisnął na jego zdrowiu trwały ślad. Na Wrzecionie spotykam się z jego siostrą, Jolantą Paskudzką.
- Oni tworzyli jedną wielką paczkę. Wszędzie chodzili razem - mówi i wylicza: - Krzysiek trafił na dziesiąte piętro, na dziewiątym byliśmy my, a obok Leszek i Sławek, na ósmym urzędował Waldek Żychowicz.
Chłopców połączyło coś jeszcze - sport.
Paskudzka nagle przypomina sobie o pokrytym kocim futrem kartonie, z którego wyciąga sfatygowany album. W środku odkrywam trzydzieści sześć czarno-białych fotografii, na których widać dwóch młodych mężczyzn. Blondyn to Sylwek, czyli Laser, brunet to Gruby. Wspólnie prezentują techniki judo: chwyty, rzuty, podcięcia. Zdjęcia są dobrej jakości, wyglądają jak pomoc dydaktyczna dla adeptów pochodzącej z Japonii dyscypliny. Młodzieńcy mają poważne miny, na ich kostiumach można odczytać nazwę sekcji: Siobukai Warszawa.
Dziś nikt już nie pamięta, kto wpadł na pomysł, aby wybrać się na pierwszy trening. Na pewno zaczęło się od chłopaków z Olsztyna, którzy podczas wakacji opowiedzieli im o tym egzotycznym sporcie. Grupkę kolegów zaczęła zżerać ciekawość. Chcieli nawet jechać na Gwardię, gdzie istniała odpowiednia sekcja, ale Racławicka okazała się strasznie daleko. W końcu ktoś znalazł notkę w gazecie, że judo można uprawiać także na Akademii Wychowania Fizycznego. A że na uczelnię mieli dwadzieścia minut spacerem, to się zdecydowali.
Głowy stracili nie tylko dla kimon, ale także dla trenera Jana Żytkowa. Pracujący na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego naukowiec, który w latach osiemdziesiątych wyjedzie do USA, by tam zająć się pracami nad będącą w powijakach sztuczną inteligencją, wieczorami ściągał okulary i zamieniał się w superbohatera prowadzącego pełne pasji szkolenia początkujących judoków.
- Najmądrzejszy facet, jakiego spotkaliśmy - mówią zgodnie jego uczniowie.
Ciepły, choć stanowczy Żytkow uczył ich, że judo to sport przepełniony filozofią pokory, szacunku i dyscypliny. Że to styl życia, droga rozwoju. Dlatego młodzi sportowcy poświęcili się mu bez końca.
- Mam świetną książkę! - krzyknął pewnego razu podekscytowany Sławek.
W dłoniach trzymał wysłużoną publikację Jak stać się silnym i sprawnym. Stanisław Zakrzewski, prekursor kulturystyki w Polsce, zachęcał w niej młodych ludzi, aby pracowali nad własnym ciałem. Chłopcy zaczęli więc trenować w pokoju Lewandowskiego, gdzie robili pompki na krzesłach, korzystali też z zalanych betonem puszek po ogórkach, które zaczepili na drewnianych uchwytach.
- To były nasze hantle - tłumaczy Leszek Matracki, który po ćwiczeniach szedł wraz z kolegami na dach swojego bloku, smarował się tłustym kremem Dermosan i korzystał z naturalnego solarium.
Żyli pełnią życia.
***
Kilkunastu mężczyzn biegało po boisku, na którego zniszczoną przez trenujących tam rugbistów murawę strach było wyprowadzić psa. Nie przeszkadzało im to jednak świetnie się bawić - w każdą niedzielę spotykali się o dziewiątej rano, bo chociaż dla żadnego z nich futbol nie był główną dyscypliną, to kochali ten sport i cenili jego towarzyskie walory. Czasami przychodziło ich czterdziestu: lepsi - i trzeźwiejsi - tworzyli jedną grupę, gorzej dysponowani szli na saunę i wracali dopiero po odparowaniu procentów. Któregoś dnia wesołą kopaninę przerwał zdyszany dozorca, którego wybałuszone oczy przypominały teraz piłeczki do ping-ponga.
- Chłopaki! Władek o mało się nie zabił!
W tym samym czasie leżący na podłodze pobliskiej siłowni olbrzym próbował łapać oddech. Kilka minut wcześniej nałożył na sztangę ważące dwieście kilogramów talerze i po którymś powtórzeniu stracił siły.
- A ćwiczył sam. Na szczęście dozorca usłyszał charczenie i Władka uratował - relacjonuje doktor Stanisław Kuźmicki, który tamtego poranka także ganiał za piłką.
Władek miał na nazwisko Komar i status legendy. Medalista igrzysk olimpijskich miał za sobą wspaniałą karierę atlety, a przed sobą - przygodę z estradą. Mierzący blisko dwa metry kulomiot dla utrzymania formy zaglądał na obiekty AWF, by korzystać z pierwszego w Polsce atlasu do ćwiczeń. Ale gdy widział biegających po boisku chłopaków z Pawilonu Sportów Walki, chętnie do nich dołączał.
Jednym z boiskowych znajomych Komara był Krzysztof Lewandowski. Kiedyś sam próbował sił w piłce. Na boisko grającego w okręgówce Hutnika miał przecież rzut kamieniem. W niektórych publikacjach pojawia się informacja, że występował tam w trzecioligowym zespole, ale to nieprawda. Futbol okazał się dla niego wyłącznie hobby.
Krzysztofa zapamiętał Ryszard Milewski, który trafił do reprezentacji Polski i Galerii Sław Legii Warszawa.
- Przez jakiś czas uczęszczaliśmy wspólnie do technikum budowlanego przy Młynarskiej. Wyróżniałem się jako junior, więc gdy przychodziło do wyboru reprezentacji szkoły, wuefista konsultował ze mną skład - wspomina mój rozmówca, który na Krzyśka wskazywał ze względu na atletyczną budowę ciała. - Miał moc, siłę. Gdy potrzebowaliśmy kogoś przetrącić, aż się wyrywał. Nie przebierał w środkach, umiał zdemolować przeciwnika. Jak grał? Coś tam potrafił.
Młodego sportowca jak przez mgłę przypomina sobie Krzysztof Branicki:
- Pojawił się u nas niespodziewanie i niespodziewanie zniknął - twierdzi trener, który z Hutnikiem związany jest od sześciu dekad. - Do futbolu się nie nadawał, choć był wyżyłowany. W trampkarzach stał chyba na bramce, przez chwilę prowadził go nieżyjący już Mieczysław Bicz.
Innemu działaczowi wydaje się, że Lewandowski występował w pomocy. Obaj są pewni jednego: na Marymonckiej okazał się jedną z setek komet.
W końcu Krzysztof postawił na judo.
Trafił do wagi średniej, wówczas najmocniej obsadzonej w kraju. Od parteru wolał stójkę. Lepiej operował rzutami nożnymi niż barkowymi czy biodrowymi. Dobrze podcinał, preferował techniki ashi-waza. Słabe strony? Judoka Janusz Chlebowski uważa, że psychika.
- Prezentował się jak na obrazku: wyprostowany, postawny. Kiedyś na kortach Legii robiliśmy pokazy i aż miło się na niego patrzyło - mówi. - Ale jak przychodziło do walki o coś, to pękał. Był zbyt elegancki, dostojny. A do wygrywania potrzebna jest chamska siła.
Lewandowski miał świetne warunki fizyczne. Sto osiemdziesiąt centymetrów osiągnął już w podstawówce. Dyrektor Pawlicki spojrzał kiedyś na niego zdezorientowany:
- Obywatelu, przecież wy się już golicie. To ile tak naprawdę macie lat? Osiemnaście?
- Piętnaście... - odparł speszony chłopak.
Młodego atletę spotkał Antoni Zajkowski. Dziś mimo siedemdziesięciu siedmiu lat wciąż jest aktywny, pod Warszawą prowadzi serwis samochodowy, w którym od rana panuje zgiełk. Pierwszy polski medalista olimpijski w judo rozpoczął karierę trenerską jesienią 1972 roku. To wtedy otrzymał swoją pierwszą grupę do prowadzenia w akademii.
- Przyszli do mnie także chłopcy od Żytkowa. Na początku nie mogłem ich opanować, strasznie się nosili - opowiada, wycierając brudne od smaru dłonie.
W Siobukai żartowano, że paczka jest tak zgrana, iż na sparingach toczono walki Wrzeciono kontra reszta świata.
Pytam, jakim Lewandowski był sportowcem. Zajkowski charakteryzuje go jako "masywnego", "ociężałego", "wytrzymałego".
- Brał też udział w otwartych mistrzostwach kraju. Żeby się na nie dostać, należało wyjść z okręgu, a miejsc gwarantujących start było niewiele. Jemu zdarzało się zakwalifikować, a to już coś - twierdzi i podsumowuje: - Był judoką przeciętnym, choć solidnym.
Jako siedemnastolatek - po dwóch latach treningów - Krzysztof zajął trzecie miejsce w mającej rangę mistrzostw Polski juniorów Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w Tarnowie. Nieprawdą jest natomiast powielana przez rodzinę informacja, jakoby wygrał juniorskie mistrzostwo Europy. Taką możliwość wykluczyli wszyscy moi rozmówcy, jego nazwiska nie ma też w wykazie medalistów imprez międzynarodowych znajdującym się na stronie Polskiego Związku Judo. Już jako senior startował za to w lidze indywidualno-drużynowej, w której rywalizował z zawodowcami.
Litry potu przelane na treningach pozwalały mu nie tylko utrzymać formę, ale także rodzinę. W tamtych latach z usług judoków chętnie korzystali ludzie zarządzający takimi dyskotekami jak Hybrydy, Stodoła czy Remont. Dyrektor tego ostatniego, Waldemar Dąbrowski, późniejszy minister kultury, wolał ich od pięściarzy, których ciosy demolowały klientów. Dąbrowski do Remontu ściągnął więc Chlebowskiego, a ten Lewandowskiego.
- Szefowałem tam na bramce i czasami korzystałem z jego usług - mówi z uśmiechem Chlebek.
Przyznaje, że podczas imprez bywało niebezpiecznie, ochroniarze musieli uważać, aby nie skończyć w szpitalu. Wojciech Borowiak, który niepełnoletniego jeszcze Krzysztofa poznał na sali treningowej, dodaje:
- Ale były też plusy. Czasami zaczynało brakować biletów, ale chętnych nigdy. Wpuszczało się więc ludzi na lewo, a kasa szła do kieszeni. Moja najwyższa gaża za jedną noc wyniosła trzy tysiące złotych. Robotnik zarabiał dwa tysiące. Miesięcznie.
Lewandowski ochroniarzem bywał jednak okazjonalnie, raczej jako pomocnik niż etatowiec. Część tego, co zarobił, oddawał mieszkającej z nim matce.
Nie bał się także innych prac. Pomagał na przykład w budowie kopuły kościoła Świętego Zygmunta przy placu Konfederacji. Występował też jako kaskader. Mistrzem w tym fachu został Chlebowski, który zaliczył około trzystu produkcji, ale i Krzysztofowi zdarzyło się pojawić na ekranie. Był obecny choćby na planie kryminału Marka Piwowskiego Przepraszam, czy tu biją. Za cały dzień pracy Zespół Filmowy "Silesia" wypłacił mu trzysta czterdzieści złotych.
Innym razem wraz ze Sławkiem Matrackim wcielili się w role żołnierzy Waffen-SS w serialu Polskie drogi. Przez cały dzień biegali z karabinami po podwarszawskim lesie, a na końcu ich scenę... wycięto. Zdążyli się jednak pokazać na mieście w mundurach, w których pojechali na piwo.
- Jeszcze wzięli ze sobą wojskowego volkswagena! Ludzie się wystraszyli, myśleli, że zaczęła się kolejna okupacja - opowiada ze śmiechem Leszek Matracki.
Dzięki członkostwu w klubie Lewandowski wyjechał także na Zachód. A to w kraju leżącym za żelazną kurtyną było nie lada wyczynem. Odwiedził między innymi Strasburg, dokąd przemycił kilka przeznaczonych na sprzedaż butelek wódki Wyborowa. Miał też ze sobą kupiony na bazarze Różyckiego radziecki aparat Zenit, z którego zysk po upłynnieniu wyniósł sto dolarów. We Francji Lewandowski stworzył biznesowy tercet z Chlebowskim i jeszcze jednym kolegą, ale handlowali absolutnie wszyscy - od trenerów po kierowcę autobusu - i absolutnie wszystkim: poza wódką i aparatami także kryształami, produktami z Cepelii, futrami.
Krzysztof startował w barwach Siobukai do 1981 roku. Zanim opuścił akademię, zrobił specjalizację trenera. U pierwszego prezesa PZJ Tadeusza Kochanowskiego napisał także pracę magisterską pod tytułem Analiza walk judo na podstawie obserwacji XXV Mistrzostw Polski Seniorów. Oprawione w niebieską okładkę, zawierające odręcznie rysowane wykresy opracowanie do dziś spoczywa w archiwum AWF.
Gdy żegnał się z ukochaną uczelnią, mógł jej podziękować nie tylko za wykształcenie, ale i miłość.
***
Nieco zagubiona studentka z Grudziądza czekała w kolejce do doktora. Nie chorowała, po prostu musiała zaliczyć obowiązkowe badania w przychodni sportowej przed rozpoczęciem nauki. Po raz kolejny spojrzała na korytarz i głęboko westchnęła. Wijąca się kolejka żaków wydawała się nie mieć końca. Nagle usłyszała typową dla takich miejsc frazę: "Ja tylko na momencik!".
Wypowiedział ją atletycznie zbudowany chłopak z wąsem, który wykorzystując chwilę nieuwagi czekającej dziewczyny, wślizg-nął się do gabinetu. Zrobił to tak szybko, że nie zdążyła zareagować. Pomyślała tylko: "Cwaniaczek".
Kiedy kilkanaście minut później wyszedł na korytarz, od razu natrafił na jej bystre spojrzenie. "Już ja cię zapamiętam" - syknęła czekająca wciąż na swoją kolej dziewczyna. "Te oczy to ja zapamiętam" - odparł z urokiem, po którym mija nawet największy gniew. Zresztą był przystojny, a takim wybacza się szybciej.
Jakiś czas później spotkali się na imprezie w klubie Relax. Ją zaprosiła znajoma siatkarka, jego przyprowadził kolega z judo.
- Krzysiek Lewandowski - przedstawił się i wyciągnął dłoń.
- A ja jestem Iwona Dembek.
***
Jej brązowe oczy zapamiętał nie tylko on. Mimo upływu pięćdziesięciu lat pamięta je także Irena Smereka. Na początku 1976 roku to ona przejęła kobiecy zespół siatkarski Olimpii, który marzył o awansie do drugiej ligi. W Grudziądzu traktowano jednak ten sport jako dyscyplinę drugiej albo i trzeciej kategorii. Wielosekcyjny klub więcej pieniędzy przeznaczał na lekkoatletykę, tenis stołowy, piłkę nożną, a nawet wioślarstwo. Ale chociaż w hali, w której rozgrywano mecze, kibice musieli zakładać szaliki, bo przez powybijane okna do środka wdzierał się lodowaty wiatr, to Iwona kochała Olimpię. Trafiła do niej jeszcze jako uczennica Szkoły Podstawowej numer 17, gdzie wypatrzył ją trener Marian Guzek. A wszystko przez... alergię na pyłki, która utrudniała dziewczynie trenowanie lekkiej atletyki. "Spróbuj jakiegoś sportu w hali" - podpowiedział jej jeden z trenerów, a ona skorzystała z rady i w siódmej klasie podstawówki zaczęła odbijać piłkę.
Guzek docenił to, że mimo stu siedemdziesięciu dwóch centymetrów skakała jak sprężyna. To za jego namową przeniosła się później do Liceum Ogólnokształcącego imienia Jana III Sobieskiego, w którego hali grała Olimpia.
Po tym, jak porywczego Guzka zastąpiła Smereka, zespół ruszył z kopyta. Zresztą nowa trenerka sama nie miała jeszcze trzydziestu lat, więc wciąż wychodziła na parkiet. Ona rozgrywała, a Dembek atakowała.
- Wyróżniała się, wszędzie było jej pełno, żywe srebro. Zachwycała wszechstronnością: zbijała, broniła, wystawiała - wspomina Smereka.
W dalszym ciągu trzyma w domu zapiski przypominające arkusze kalkulacyjne. Tyle że stworzone ręcznie. Z łatwością odnajduje w nich wyniki testów sprawnościowych z lata 1976 roku: w biegu na sześćdziesiąt metrów osiemnastoletnia Iwona miała najlepszy czas w zespole, na sto metrów - czwarty, na czterysta - drugi. W skoku w dal była trzecia, w skoku z miejsca - pierwsza. W klasyfikacji końcowej zgromadziła aż czterdzieści cztery punkty, zaledwie o jeden mniej od zwyciężczyni. Drugie miejsce zajęła także po serii zadań technicznych polegających na zagrywaniu piłek we wskazane sektory.
Dawid Schoenwald, kustosz działu historii muzeum w Grudziądzu, ocenia, że Dembek trafiła na złoty czas miejscowej siatkówki.
- Współtworzyła bodaj najmocniejszą drużynę Olimpii, chociaż ta w latach siedemdziesiątych o awans do drugiej ligi walczyła kilkukrotnie. Realna szansa na sukces pojawiła się w sezonie 1975/76, dziewczyny szły jak burza. Po zaskakującym wycofaniu się Andromedy Radziejów Kujawski wyniki meczów zostały jednak zrewidowane, a efekt okazał się niekorzystny dla Olimpii. I awans padł łupem Medyka Toruń - tłumaczy historyk.
W końcowej tabeli rywalki wyprzedziły biało-zielone o dwanaście małych punktów. Niektóre zawodniczki Olimpii do dziś czują się pokrzywdzone; są przekonane, że niespodziewana rezyg-nacja Andromedy to element spisku toruńskich działaczy.
Olimpia jeszcze kilkukrotnie podejmowała szturm na drugą ligę, ale już bez Dembek w składzie. Ta w 1976 roku przeniosła się do mocnych Budowlanych Toruń, co Olimpia potwierdziła w protokole sprawozdawczym z maja 1977 roku. Miesiąc wcześniej torunianki z Dembek w składzie zajęły drugie miejsce w turnieju finałowym i wywalczyły sobie występy na drugoligowych parkietach. Iwona niedługo później zdała maturę, a następnie wyruszyła do stolicy.
Jedynaczka zostawiła w Grudziądzu rodziców, Maksymiliana i Irenę. Pracująca jako księgowa matka utalentowanej siatkarki nosiła panieńskie nazwisko Hetmańska, a jej rodzina od lat mieszkała w tej okolicy. Z leżącego w Prusach Wschodnich powiatu lubawskiego wywodził się natomiast liczny ród Dembków - Maksymilian miał aż dziesięcioro braci i sióstr. Do 1924 roku Dembkowie legitymowali się niemieckimi dokumentami, a po potwierdzeniu polskiego obywatelstwa przenieśli się z Mazur do Grudziądza. To w mieście położonym tuż przy granicy z III Rzeszą dopadła ich wojna.
W walkach z najeźdźcą brał udział brat Maksymiliana, Franciszek. Po wrześniowej katastrofie trafił do Rumunii, gdzie został internowany, a następnie - przez Hajfę, Suez, Kapsztad i Gibraltar - przedostał się do Wielkiej Brytanii. W Anglii dołączył do 305 Dywizjonu Bombowego Ziemi Wielkopolskiej. Jego załoga atakowała niemieckie i francuskie miasta na tyle skutecznie, że dzielny radiooperator został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wojnie nie zdecydował się na powrót do okupowanego przez Sowietów kraju i swych dni dożył w angielskim Harrogate. Zostawił po sobie ordery, spadek, a także dziennik. Znajdują się w nim zdjęcia czy odręczne mapy, ale i lista lotów bojowych, które zaliczył sierżant Dembek. Obok Stuttgartu, Kolonii czy Hamburga przodek Roberta bombardował także... Dortmund.
To właśnie z powodu mieszkającego w kapitalistycznym kraju brata, co w komunistycznej Polsce było źle postrzegane, a także odmowy wstąpienia do partii ojciec Iwony, który przez lata pełnił funkcję dyrektora fabryki maszyn rolniczych Unia, został zdegradowany.
Wyjeżdżająca do Warszawy dziewczyna patrzyła jednak wyłącznie przed siebie. Olimpia ugrzęzła na trzecim poziomie, a zdolną zawodniczkę aż nosiło. Czuła głód sportowych sukcesów, a w ich osiągnięciu miała jej pomóc przeprowadzka do stolicy.
Przenosiny wiązały się z dołączeniem do AZS AWF Warszawa. W dziesięciozespołowych rozgrywkach pierwszej ligi prowadzony przez wicemistrzynię świata i Europy Krystynę Hajec-Wleciał zespół radził sobie przeciętnie, a sukcesy z lat sześćdziesiątych, gdy akademiczki triumfowały w klasyfikacji końcowej pięciokrotnie z rzędu, wydawały się prehistorią. Mimo to wciąż chodziło o pierwszą ligę, sen każdej dziewczyny odbijającej piłkę. Dembek spełniła marzenia w połowie listopada 1977 roku, gdy zadebiutowała w pierwszej lidze w przegranym 0:3 meczu z Płomieniem Sosnowiec. Nadal imponowała szybkością i zwrotnością, ale przy wysokich koleżankach nie błyszczała już tak jak w Grudziądzu.
- Siedziała na ławce, wchodziła głównie po to, by bronić. Strasznie latała po boisku, czasami nie trzymała sektorów, co trochę nas wkurzało - twierdzi Jolanta Dolecka.
Dawna rozgrywająca Legii i AZS AWF wciąż jest związana z siatkówką, przez lata pracowała jako prezeska warszawskiej Politechniki. Z Iwoną przyjaźni się do dziś, nie nazywa jej inaczej niż Ryba.
- Bo na początku po każdym meczu pytała: "Rybcia, no i co myślisz? Rybcia, co uważasz?". I tak została Rybą - wyjaśnia moja rozmówczyni.
Z Dembek grała także Elżbieta Ciaszkiewicz. Nazywana Ciachem przyjmująca miała status gwiazdy, była w końcu kadrowiczką, uczestniczyła nawet w mundialu. Pytam ją o pierwsze wspomnienie związane z Iwoną.
- Wszędzie było jej pełno! - wspomina. - Denerwowała nas, bo jak już pojawiła się na parkiecie, to chciała zostać zauważona. Biegała więc, jak chciała, wychodziła z szeregu. A w trakcie gry musi być porządek!
Koleżanki zapewniają, że już wtedy przyszłą panią Lewandowską wyróżniały takie cechy jak wesołość, bezpośredniość, figlarność. Nie raz przekonywała się o tym surowa i wymagająca Hajec-Wleciał, która miała jednak do Iwony słabość. Być może dlatego, że podobnie jak młoda siatkarka pochodziła z Grudziądza.
Z Dembek w składzie akademiczki zajęły szóste i siódme miejsce w lidze. Sezon 1979/80 zakończyły jednak na dziewiątej lokacie i - po rozegranym w Bielsku-Białej finale B - pożegnały się z elitą. W zespole od dawna działo się źle, w efekcie organizacyjnej indolencji na treningach pojawiało się czasem sześć, siedem zawodniczek.
- Trwał kryzys. My dostawałyśmy miejsce w akademiku i skromne stypendium, a koleżanki z Płomienia czy Czarnych zarabiały prawdziwą kasę. Przy nich jawiłyśmy się jako amatorki. Dlatego AZS gasł w oczach - ocenia Ciaszkiewicz, która w końcu opuściła zespół.
Ominął ją przez to atrakcyjny wyjazd na Wschodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych. W ramach zaproszenia z The US Volleyball Association akademiczki rywalizowały w pokazowych meczach z tamtejszymi studentkami. Do ekipy załapała się także Dembek. Razem z koleżankami pokazała klasę, młode rywalki nie potrafiły urwać im nawet seta. Przy okazji zwiedziła Waszyngton, Filadelfię, Nowy Jork.
Razem ze sportowcami za Ocean wybrali się także artyści, muzycy, aktorzy. I chociaż delegacji towarzyszyli tajniacy ze Służby Bezpieczeństwa, wielu skorzystało z okazji i pozostało w USA. Uciekali, bo czuli zaciskającą się w kraju polityczną pętlę.
Drogi siatkarek zaczęły się rozchodzić niedługo później. Ciaszkiewicz trafiła do Gwardii Wrocław, Dolecka zakończyła karierę, Dembek dołączyła do Poloneza. Skusił ją między innymi fakt, że drugoligowca sponsorowała potężna Fabryka Samochodów Osobowych, która brała sportsmenki na etaty. Iwonie trafił się etat narzędziowej. Ale choć występujący w drugiej lidze Polonez należał do czołówki, siatkarce już nie uda się wrócić na najwyższy poziom.
- Mieliśmy dobrą drużynę, a Ryba należała do jej liderek - przekonuje trener Andrzej Warych, który mimo osiemdziesięciu czterech lat pamięta wiecznie uśmiechniętą zawodniczkę i wojaże, na które jeździł z podopiecznymi: do Czechosłowacji, Jugosławii czy na Węgry. Podczas pobytu w Belgradzie, dokąd wybrali się także siatkarze Legii, Dembek zdarzyło się nawet zagrać w nieoficjalnej reprezentacji Warszawy.
Z tamtego okresu pozostało jej jednak niewiele wspomnień. W Polonezie występowała krótko, nie czuła się najlepiej w drużynie. Do dziś spotyka się za to z akademiczkami. Dwie z nich odmawiają mi rozmowy, tłumacząc to obawą przed reakcją Iwony.
- Wie pan, ona jest specyficzna. Jeśli powiem coś nie po jej myśli, to się obrazi - słyszę.
Jedna z kobiet zaraz po naszej rozmowie histerycznie obdzwania koleżanki, zniechęcając je do opowiadania o matce Roberta. Inna tłumaczy mi:
- W trakcie naszych spotkań Iwona dominuje, ciągle mówi, najczęściej o Robercie. Traktujemy ją jak pozytywnego oszołoma. Ale bywa też kapryśna i nieco przeczulona na swoim punkcie. Więc chętnie z panem porozmawiam, ale proszę mnie nie cytować i nie podawać mojego nazwiska.
Siatkarki zgodnie jednak podkreślają, że Ryba właściwie się nie zmieniła. Już w tamtych czasach tryskała energią. Borowiak nazywa ją poetycko "kobietą fertyczną", czyli zwinną, żwawą. Chociaż od lat nie musiałaby nic robić, to pracowała w szkole aż do 2024 roku, gdy przeszła na emeryturę.
Pod tym względem Krzysztof, z którym związała się na pierwszym roku studiów, nijak jej nie ustępował. Podczas ognisk chwytał za gitarę i śpiewał. Świetnie opowiadał dowcipy, brylował też przy stole. Chociaż podobał się kobietom, Iwona - także atrakcyjna: opalona, wysportowana i z szerokim jak Wisła uśmiechem - była jego pierwszą miłością. Ciaszkiewicz opowiada:
- To ja zabrałam ją wtedy do Relaxu. Spotkałyśmy się w akademiku i powiedziałam: "A co będziesz tu sama siedzieć, idziemy!". I wpadła na Krzyśka. Wyszła z tego wielka, naprawdę wielka miłość.
Jak słyszę, dzień po tamtej zabawie Lewandowski pojawił się na treningu siatkarek z bukietem kwiatów. Oczywiście dla Iwony.
Na uczelni byli kojarzoną parą. Jego znano z charyzmy, ją - z mocnej głowy. W okresie dogorywających rządów Gierka potrafili odnaleźć smaki i kolory życia. Zaglądali do prestiżowej Stolicy, w której bramkę obstawiali znajomi rugbiści, chadzali do kina Wisła. Mimo że jeździli na zgrupowania i zawody, to kilometry nie ostudziły ich uczucia. Kuźmicki wspomina, jak podczas obozu kondycyjnego w Zakopanem koledzy postanowili poszukać towarzystwa dam.
- Panowie, ja zostaję, bawcie się dobrze - odparł Krzysztof.
- Nie pierdol, chodź.
- Poważnie, nie idę.
Kuźmicki podsumowuje ciepłym głosem:
- Naprawdę się w niej zakochał. Był bardzo lojalny. Wtedy się z niego pośmialiśmy i poszliśmy. A on został.
***
Wszystko zaczęło się od pomysłu mieszkającego kilka bloków dalej Grześka Mitury. Ten po jednym z zagranicznych wyjazdów nie oddał do urzędu paszportu - co w PRL było obowiązkowe - i niedługo później postanowił wyjechać na Zachód. Po kontuzji barku przebywał na zwolnieniu, więc czas rekonwalescencji uznał za idealny moment, by podreperować nie tylko zdrowie, ale i budżet. Na podróż namówił kolegę z judo, który także miał swoje dokumenty w domu. "Pozwiedzamy, zarobimy i wrócimy" - streścił plan Mitura.
Lewandowskiemu pomysł się spodobał. Złożył więc podanie o przeniesienie terminu obrony pracy magisterskiej i w połowie maja 1981 roku kupił bilet do Berlina. Mitura opowiada:
- Tam przekroczyliśmy granicę, potem pojechaliśmy do Hanoweru, gdzie miał nam pomóc facet o nazwisku Lewandowski. Ale roboty nie znaleźliśmy, więc skorzystaliśmy z opcji rezerwowej.
Ich wybór padł na miasteczko Lemförde, gdzie mieściła się rzeźnia. Sto kilometrów dzielące ich od tego miejsca pokonali autostopem. Mitura wspomina, jak życzliwy hipis próbował wrzucić do bagażnika swojego golfa ich wypchane konserwami plecaki. Ale nie dał rady.
- Mogły ważyć z pięćdziesiąt kilo. Kasy nie mieliśmy za dużo, to wzięliśmy tyle jedzenia, ile mogliśmy unieść - mówi.
Na miejscu Krzysiek trafił na początek linii obrabiającej drób, Grzesiek - na jej koniec. Przez jakiś czas szukali lepiej płatnego zajęcia, ale nic z tego nie wyszło. O powrocie zaczęli rozmawiać jesienią. Lewandowski tęsknił za Iwoną, ale Mitura poznał miłą Niemkę. Gruby wrócił więc sam, bo jego kumpel postanowił zostać aż do świąt. Nie zdążył się jednak nawet spakować, bo 13 grud-nia 1981 roku Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego ustami Wojciecha Jaruzelskiego wprowadziła stan wojenny. Na ulice wyjechały czołgi, funkcjonariusze MSW aresztowali tysiące działaczy Solidarności, a Huta została otoczona przez wojsko. Wyjazd za granicę - i powrót do kraju - stały się niemożliwe.
- Gdybyśmy znaleźli wtedy nową robotę, pewnie zostalibyśmy razem - zauważa Mitura. - Na szczęście Krzysiek pojechał, bo ja Polskę mogłem odwiedzić dopiero kilka lat później.
Powrót Lewandowskiego do Warszawy okazał się słodko-gorzki. Po zorganizowanym w listopadzie ślubie małżeństwo wróciło z Grudziądza na Wrzeciono, gdzie państwo młodzi z okna spoglądali już nie tylko na kominy, ale i krążące wokół zakładu transportery opancerzone. Na początku nie zdawali sobie sprawy z tego, co się dzieje. W dniu ogłoszenia stanu wojennego Iwona pojechała rozegrać siatkarski mecz. Sunące po ulicach czołgi wzięła początkowo za rekwizyty z planu filmowego. Dopiero w domu dowiedziała się, co tak naprawdę się stało.
W lutym Krzysztof obronił pracę magisterską, a niedługo później upomniała się o niego ludowa ojczyzna. Na szczęście jako absolwent wyższej uczelni musiał odsłużyć rok, a nie dwa lata, jak choćby jego ojciec. Przysięgę wojskową złożył w Elblągu, gdzie otrzymał stopień oficerski, a następnie na ochotnika zgłosił się do 62 Kompanii Specjalnej.
Powołana do życia w 1967 roku i stacjonująca w Bolesławcu formacja była jednostką powietrznodesantową. Jej żołnierze nosili czerwone berety i powszechnie nazywano ich komandosami. Właśnie w takim nakryciu głowy Lewandowski miał być uczestnikiem wydarzeń tyleż słynnych, co tragicznych.
Ostatniego dnia sierpnia 1982 roku na ulice Wrocławia wyszło około pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Pokojowy protest szybko zmienił się w bitwę z zomowcami. Na ulicach pojawiły się barykady, a demonstranci podpalili milicyjny gazik. Spanikowane władze do tłumienia zamieszek wysłały ponad cztery tysiące funkcjonariuszy milicji i dwa tysiące żołnierzy, między innymi jednostki Wojsk Ochrony Pogranicza, Wojskowej Służby Wewnętrznej i Ludowego Wojska Polskiego. W tym komandosów z Bolesławca, którym wydano ostrą amunicję. Wielu żołnierzy nie paliło się jednak do walki z cywilami - nie do tego byli szkoleni, a poza tym po cichu często sympatyzowali z So-lidarnością.
Wśród nich znalazł się Lewandowski. Nie był zresztą jedynym sportowcem wysłanym do rozpędzania demonstracji. W gronie wyznaczonych do tego zadania funkcjonariuszy znalazł się także Artur Olech, wielokrotny bokserski mistrz Polski w wadze muszej. Po latach będzie on uważany za jednego z milicjantów, którzy nie tylko strzelali do protestujących ostrą amunicją, ale także zabili jednego z nich, Kazimierza Michalczyka (śledztwo ostatecznie zostało umorzone z powodu śmierci Olecha w 2010 roku).
Trudno jest dokładnie odtworzyć działania Lewandowskiego tego sierpniowego popołudnia. Także dlatego, że - jak nieoficjalnie zdradził mi jeden z dolnośląskich archiwistów - dokumenty świadczące o udziale komandosów w tej operacji prawdopodobnie zostały usunięte, aby nie dało się udowodnić wydania konkretnych rozkazów. Pozostała jednak relacja samego Krzysztofa, którą przekazał mi jeden z jego przyjaciół:
- Oddział Krzyśka unikał zadymy, ale jakaś baba zrzuciła im na głowy akwarium i nagle zrobiło się gorąco.
Prawdopodobnie chodzi nie o akwarium, a słoiki z przetworami, którymi zgodnie z miejską legendą mieszkańcy mieli obrzucać z balkonów bliżej nieokreślony odział, ale roztrzaskujące się o bruk szkło i pryskająca ciecz mogły zostać wzięte przez żołnierzy za akwarium.
Bilans starć był dramatyczny: podczas demonstracji śmiertelnie postrzelony został wspomniany Michalczyk, a setki uczestników zostało pobitych oraz poddanych brutalnym represjom.
Według relacji świadków Lewandowski po powrocie do koszar miał być tak poruszony tym, co zobaczył, że przez dwie godziny uderzał łyżką stołową w kolano, aby spuchnięta kończyna uniemożliwiła mu wyjazd na kolejną akcję. Wielu znajomych nigdy nie poznało tej historii, ale przyjaciółka domu, której ją opowiedziałem, przyznała:
- Miał wyrzuty sumienia, że brał w tym udział, nie mógł sobie tego wybaczyć. To go dręczyło.
Stan wojenny został zawieszony 31 grudnia 1982 roku, a całkowicie zniesiony pół roku później.
***
Leżące na południowych obrzeżach Puszczy Kampinoskiej Leszno oddalone jest od Warszawy o trzydzieści kilometrów. Miasteczko do dziś przypomina osadę z banalnego serialu i kierowcy zwykle mijają je całkiem obojętnie. Trzy dekady temu tamtejsi mieszkańcy mogli pochwalić się wielką topolą, najgrubszym drzewem w kraju, a także działającą od 1852 roku cukrownią. Drzewa już nie ma, bo złamało się w 2012 roku, osiem lat wcześ-niej zamknięto cukrownię. Do dziś przy jednej z ulic stoi za to pewien dwupiętrowy dom. Nie jest to willa, chociaż w połowie lat osiemdziesiątych budynek mógł budzić podziw. Właśnie wtedy zamieszkali w nim Lewandowscy.
- Dyrektorka miejscowej szkoły rozpaczliwie szukała nauczycieli wychowania fizycznego. W tej placówce pracowała moja żona, mnie też namawiali, ale wolałem stolicę - mówi judoka Antoni Zajkowski. - Temat jednak nakręciłem Krzyśkowi.
Małżeństwo skusiła obietnica otrzymania jednego z kilku wybudowanych za pieniądze kuratorium segmentów. Zanim wymarzony budynek powstał, szkoła wynajęła im kwaterę przy Sochaczewskiej, tuż obok jedynego w Lesznie skrzyżowania ulic. Odległość od stolicy i uciążliwe dojazdy autobusem sprawiły, że Krzysztof, który pracę w szkole rozpoczął jako pierwszy, podjął kolejną ważną decyzję - o zakupie samochodu. Właściwie to myślał o motocyklu, ale podczas wizyty na giełdzie kolega rzucił złośliwe: "To ci w zimę dupa zmarznie". I Gruby wybrał wehikuł produkcji FSO.
Kupiona od rolnika syrena, nazywana "syrenką" lub "skarpetą", miała odcień płyty chodnikowej, odwrotnie otwierane drzwi i niewiele wspólnego z fabrycznym modelem. Okazało się to już dzień później, gdy Lewandowscy postanowili spontanicznie wyjechać na wakacje.
- Krzysiek przyjechał do mnie, żeby pochwalić się autem. Mówi: "Fajna, co? Tylko jest problem, hamulce nie działają". Złapałem się za głowę, bo mieliśmy zabrać z nami naszą dwuletnią córkę - mówi Borowiak i aż się wzdryga.
Po opuszczeniu uczelni Lewandowscy będą utrzymywać z Borowiakami bliskie relacje. Wojciech, późniejszy trener Pawła Nastuli, złotego medalisty igrzysk w judo, będzie przyjacielem domu, jego małżonka zaniesie Roberta do chrztu.
Spotykamy się na AWF. Oczywiście w klubie Relax. Borowiak imponuje fotograficzną pamięcią, wspomnienia sprzed lat odtwarza z prędkością superkomputera. Jak relacjonuje, hamulce udało się naprawić, ale w trakcie podróży do Giżycka okazało się, że zepsute są też kolektor dolotowy i skrzynia biegów, w której nie wskakuje trójka, pod maską jest akumulator z traktora, a w oknach brakuje uszczelek.
- Żar lał się z nieba, a pęd powietrza zamykał małe boczne lusterka. W końcu wycięliśmy kijek, którym je zablokowaliśmy. I tak jechałem z tym badylem przed nosem. Dwanaście godzin, bo auto co jakiś czas gasło - opowiada i dodaje, że podczas eskapady to on pełnił funkcję kierowcy. A to dlatego, że właściciel syrenki nie miał jeszcze prawa jazdy.
To na szczęście nie było potrzebne, aby nad jeziorem Kisajno nauczyć się jazdy na nartach wodnych. Uczyli się jej też belgijscy judocy, których wczasowicze z Warszawy przypadkiem spotkali w ośrodku Almaturu. Sportowcy z Zachodu byli tak zaskoczeni widokiem wehikułu Lewandowskiego (i faktem, że w ogóle jeździ), że zrobili sobie z autem kilka pamiątkowych fotek.
Leszno okazało się dla Lewandowskich bezpiecznym portem. Mieli pracę - Iwona w końcu rzuciła siatkówkę i również zatrudniła się w szkole - kupili samochód, niedługo czekała ich przeprowadzka. Pierwsza ciąża, o której dowiedziała się latem 1984 roku, pomogła jej w decyzji o zakończeniu wyczynowej kariery. O dziecku rozmawiali zresztą od jakiegoś czasu, więc złożyło się idealnie. "Jeśli będzie dziewczynka, to Milenka, a jeśli chłopak, to Robert" - ustalili z wyprzedzeniem. Urodziła się córka. Gdy trzy lata później Iwona oznajmi mężowi, że znów jest w ciąży, ten na początku nie uwierzy. A później dowie się, że to chłopak, i upije się z radości.
Robert Lewandowski przyszedł na świat w niedzielę 21 sierpnia 1988 roku o 11.05.
Jak zdradza mi osoba bliska rodzinie, przez chwilę miał mieć na imię... Arnold. Ostatecznie jednak wrócono do pierwotnego pomysłu. W obu przypadkach zamysł Krzysztofa był podobny: imię miało być proste do wymówienia na całym świecie.
To, które wybrał, wywodzi się od starogermańskich słów hroth i beraht.
Hroth oznacza sławę, chwałę, beraht - wspaniałość.
W wolnym tłumaczeniu Robert to ten, który żyje w sławie.