Lewa, wspomnienie prawej - Krystyna Kofta

-
Proszę czekać

 

STYCZEŃ 2002

1 stycznia, wtorek

W tym zielonym zeszycie z napisem: University of Glasgow, który dostałam od Wawrzyna z wyjazdu naukowego do Szkocji, zanotowałam kiedyś parę szczęśliwych pomysłów. Dziś zrobiłam z niego kalendarz. Starczyło kartek do połowy maja, potem w nowym notatniku dorobię następne miesiące.

Dobrze, że każdy rok jest tajemnicą, wielowątkową powieścią pełną zdarzeń, o których główny bohater nie ma pojęcia. Autor zsyła na niego, co mu się żywnie podoba.

Kto mógł przypuszczać, że Grzegorz Ciechowski, wydawałoby się całkiem zdrowy, odwróci się na pięcie i zostawi swoich przyjaciół, fanów i wrogów, choć zdaje mi się, że mimo swej bezkompromisowości wrogów nie miał.

Pamiętam, jak w marcu zeszłego roku siedzieliśmy u nas do czwartej rano, gdy zostało jeszcze tylko kilka osób; rozmawiało się o rzeczach najważniejszych, jak to zwykle bywa o czwartej nad ranem. Mam swoją teorię, że na dogasających party, kiedy jest się we własnym gronie, wszyscy mówią prawdę.

Teraz, gdy zapraszałam go na moje urodziny, Ania, skupiona i zwykle cicha, druga żona Grzegorza, powiedziała, że on leży w szpitalu, że miał operację. Piliśmy nawet toast za jego zdrowie, bo wiele osób poznało go tutaj w zeszłym roku. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że umarł. Miał tylko 44 lata.

Nic na to nie wskazywało... Tak się mówi w kondolencjach.

Przypomniałam sobie dzień promocji mojej powieści Krótka historia Iwony Tramp w piwnicach u architektów. Poprosiłam Grzegorza, żeby razem z Izą Filipiak poprowadził ten wieczór, zgodził się od razu. Przyjechał po mnie i Mirka.

Gdy szliśmy razem kawałek z parkingu do klubu, powiedział szybko, że będzie chyba musiał pójść do szpitala, ale to drobiazg, tylko zabieg, nawet nie operacja. Nie wypytywałam, bo nie zadaję pytań. Wiem tyle, ile mi kto powie, a to i tak jest za dużo.

Widywaliśmy go często na spacerze z psami, w czarnej skórzanej kurtce, ubarwiał pejzaż tej niezbyt ładnej okolicy. Nie widziałam nikogo, kto byłby tak naturalny w kontaktach z ludźmi i z psami.

Obywatel G.C., chociaż był gwiazdą pierwszej wielkości, nie był zmanierowany. Nietknięty wyuczoną mową ciała, rozumiał psy, żonę, dzieci, przyjaciół, nawet wrogów. Stanowił z tą całą menażerią spójną całość. Pewnie teraz bawi się z rajskimi psami w rajskim ogrodzie, komponuje muzykę i ma znów bujne jasne włosy, jakie miał, kiedy go poznałam, dawno temu w letnim domu Magdy i Maćka.

Takie nagłe odbieranie nam cudzego życia to podły aspekt ludzkiej egzystencji. Cokolwiek tu napiszę, nic nie zmienię. Walenie łbem w ścianę, które fizycznie nic nie boli.

Kilka dni temu z okazji urodzin zapisałam w dzienniku:

"Starość w zasięgu ręki, ale tej ręki nie chce się po nią wyciągnąć. Śmierć już nie tylko gdzieś na horyzoncie. Dla mnie zresztą nigdy nie była odległa. Może nawet bliższa niż starość, łatwiej ją przyjąć. Starość i śmierć, dwa ciche psy. Karmią się tobą.

Zamiast rozpaczać nad koleją rzeczy i nad tym, że Bóg, jeśli w niego wierzysz, ma cię głęboko w swej boskiej, kosmicznej sempiternie, to oczywiście brzmi lepiej niż w dupie, ale znaczy to samo, lepiej" - nie dokończyłam zdania. Nie wiem, jak bym to dziś skończyła. Co zamiast? Co lepiej?

Wczorajszy sylwester inny niż wszystkie do tej pory, spokojny, elegancki, w olbrzymim wnętrzu, w którym tych kilka osób wyglądało na zagubionych. Jak w pustym kościele, mówiło się przyciszonymi głosami, celebracja jedzenia, alkohol w normie, nikt się nie upił, bez tańców, bez szaleństw, do jakich zawsze u nas dochodziło.

W nocy, gdy wróciliśmy do domu, wypiliśmy hałaśliwy toast, wrzeszczeliśmy, śpiewaliśmy, stukaliśmy się kielichami, aż dziwne, że nie posypało się szkło. Potem słuchaliśmy Jacka Kleyffa i Salonu Niezależnych.

Kiedyś odwiedziliśmy małą O. I jej małego męża L. Oboje po około półtora metra wzrostu. Parka dobrze przystosowanych liliputów. Podawali na dużych talerzach mikroskopijne porcje podczas wytwornej kolacji. W nocy, gdy wróciliśmy, jeszcze wtedy na Mokotowską, rzuciliśmy się na kości z rosołu, ogryzaliśmy mięso, śmiejąc się do łez.

Postulaty na ten rok są bardzo proste.

Mniej jeść, bo zwłaszcza w święta była to konsumpcja rozbuchana, udokumentowana wagą - dwa kilogramy więcej. Może winna temu zima z zadymkami? Stracić na wadze jak zwykle.

Więcej ruchu fizycznego i psychicznego.

Mniej telewizji.

Więcej czytać.

Lepiej pisać.

Poprawić sztukę.

Rysować.

Słuchać muzyki w filharmonii.

Być bliżej.

Teraz, w pierwszy dzień roku cieszymy się domem. Długo leżymy w łóżku.

Wawrzyn dzwonił z Pragi, tam spędza sylwestra.

Po południu Jacek Kleyff zadzwonił z życzeniami.

- Komu dałaś akwarelę, ważki rozpięte na skrzydłach na trzech krzyżach? - pyta.

- Markowi Edelmanowi - mówię.

A Jacek, że właśnie na nie patrzy, bo ze swoją żoną lekarką są u Marka.

Dałam go temu niepoprawnemu bohaterowi, który zawsze się wszystkich czepia, nienawidzą go antysemici i Żydzi, bo mówi prawdę jednym i drugim.

Zajrzałam do swojego pokoju i posiedziałam rytualnie przy wielkim biurku. Pogłaskałam blat, jakby to było żywe, ukochane zwierzę.

Napisałam kilka zdań na dobry początek końca.

Cieszę się, smucę się. I to się nie miesza. Radość i smutek nie dają sumy czegoś innego. Po tych wszystkich magicznych czynnościach wracam do Mirka i przy kielichach czerwonego wina świętujemy siebie samych w naszej bliskości.

2 stycznia, środa

Dostałam mejl od Izy Filipiak, która przeczytała Czarownice i wie, że nad nimi jeszcze pracuję. Pisałam jej, że nienawidzę ideologizacji tekstu, że moja powieść nie jest Manifestem Feministycznym ani też Manifestem Czarownicy.

Pisze, żebym zapomniała o strachu przed ideolo, żebym myślała konstrukcją.

Mnie by właściwie wystarczyło, żebyś gdzieś pod koniec powiedziała to, co napisałaś do mnie, o co chodzi w tych romansach, żeby się od Ciebie odwalili z tymi morałami, bo widzisz to tak i tak, robisz, co Ci się podoba.

Napisałam jej, że seks to seks, kobieta też może mieć ochotę tylko na akt, i spływaj, chłopcze!

Mój mejl do Izy:

Co do romansów, to rzecz dla mnie całkiem jasna. Suczy popęd, wielkie potrzeby, a to, że krzywdzi się żonę, wybacz, Izo kochana, ale to wszystko dorośli ludzie. Jeśli żona widzi, że on nie jest z nią, jak trzeba, to niech kopnie go w tyłek i żegnaj, zły mężu! Tak właśnie ma być. Nie mam sentymentalnego ani mieszczańskiego stosunku do romansu, bo też nie traktuję łóżka i seksu jako romansu. To branie tego, co się chce, cielesność jest wartością samą w sobie.

Powoływanie się na krzywdę kobiet, którym odbija się męża, jest nierozsądne, bo jeśli można go odbić, żony powinny być wdzięczne, że stało się to szybciej, a nie później.

Małżeństwo nie musi być polką odbijaną.

4 stycznia, piątek

Mówię wszystkim, żeby telefonowali między 10.00 a 11.00, potem muszę mieć spokój.

Mejl od XX.

Wielka, a może raczej mała emigracja.

Spróbuję przejść na płaszczyznę bezpiecznej rzeczowości. Co jakiś czas widzę twarze, które przypominają mi Ciebie. Na ulicy, w telewizji. Na przyjęciu poznałem kobietę, która była do złudzenia podobna do Ciebie. Niestety, tylko aparycyjnie. Po zamienieniu z nią paru słów zdecydowałem się wycofać na resztę wieczoru. W rezultacie tego zwyczajnego wydarzenia zapragnąłem z Tobą porozmawiać - stąd mój telefon. Słyszę, jak myślisz: nic takiego, normalne.

Jak zawsze masz rację.

Nigdy nie myślałem, że jako pisarka mogłabyś opuścić Polskę. Byłoby to w jakimś sensie samobójcze.

Mnie fascynują względności narodowościowe: względność naszych środowisk, względność naszych tradycji i przekonań, względność naszych języków, nawet względność tego, w co wierzyliśmy wczoraj i w co wierzymy dzisiaj. Dlatego ciągnęło mnie i ciągnie do zmian i nowych ludzi. Na pewno znasz więcej i bardziej ciekawych ludzi niż ja. Ale wszyscy oni pochodzą prawdopodobnie z tego samego polskiego środowiska. Możesz pomyśleć, że jest to z mojej strony nędzna próba uzasadnienia decyzji emigracyjnej, której teraz żałuję. Może tak, a może nie, kto wie?

Jedno jest pewne, te eksperymenty emigracyjne prowadzą do zaniku języka. Wydaje mi się, że łatwiej mi pisać po angielsku niż po polsku. Miałbym ochotę mieszać polski i angielski. Mój polski pewnie pomału zanika, w angielskim brak mi ciągle pełnej swobody, nie mówiąc o finezji językowej. Czytam dość dużo po angielsku i z przerażeniem stwierdzam, że denerwuje mnie polskie pisanie. Przesadny, nieco napuszony styl, nadmiar słów, silenie się na pseudopoetyckie określenia i porównania, nadużywanie zdrobnień. To ostatnie zawsze doprowadzało mnie do szału.

Chyba kiedyś wspomniałaś, że podobały Ci się Pieniądze Amisa. Jeśli tak, to powinnaś wiedzieć, co mam na myśli. Dla zabawy przetłumaczyłem pierwszą stronę Pieniędzy. Nie muszę Ci chyba pisać, jaki był efekt. Książka jest ostra, ciekaw jestem, jak wypadło polskie tłumaczenie.

Przepraszam, rozgadałem się. Do następnego listu.

Ściskam Cię mocno

XX

Odpisałam. To Forsa, a nie Pieniądze. Pisałam o tej książce, świetnie przetłumaczonej, do "Nowych Książek", żałowałam, że nikt u nas nie potrafi tak napisać, ja sama nie mam nerwu społecznego. Poznałam Amisa, gdy promował w Polsce swój tryptyk. Mały obiad we Fliku, kilka osób. Julia Hartwig, Jerzy Jarniewicz, Janusz Głowacki. Znużony Amis kopcił jednego papierosa za drugim, objechał pół świata, bo to przewiduje kontrakt. Był w Oświęcimiu. Obejrzeć muzeum. Zapytałam go (Janusz G. tłumaczył), jak widzi teraz swoją Strzałę czasu, powieść o Holokauście. Odpowiedział, że spodziewał się tego, co zobaczył. Janusz mówił mi, że gdy Amis miał promocję w Nowym Jorku, setki ludzi pchały się do klubu na spotkanie z nim. Tymczasem u nas, w Czytelniku, było zaledwie kilka osób, nasze zadupie woli Jonathana Carrolla. Krytycy natomiast nie interesują się niczym, co nie przynosi im bezpośrednich profitów. Piszą tylko o tych, którzy piszą o nich, bo większość krytyków pisze teraz książki. No, a Amis o Vardze nie napisze...

Jadłam awokado z gęstym sosem, musiały być w nim jakieś cholerne owoce morza, na które jestem uczulona. A Janusz G., znawca knajp, ostrzegał mnie: "Zawsze, jak nie jesteś pewna, co jest w środku, bierz kaczkę wyluzowaną". I miał rację. Wracając do domu, jechałam z kierowcą z TV, bo po spotkaniu brałam udział w programie, i nagle na moście Poniatowskiego mówię do kierowcy: "Wiem, że damie nie wypada, ale chyba zaraz zwymiotuję", a on na to, że damie wszystko wypada, stanął, otworzyłam drzwi auta i puściłam pawia.

5 stycznia, sobota

Mejl od Magdy Środy:

Wiadomość o Ciechowskim też mną wstrząsnęła. Nie znałam Go, ale ceniłam. W najbliższy poniedziałek kończę 45 lat, On nie skończył... poza tym ten rok cały jakiś był pod znakiem chorób i śmierci tym dziwniejszych, że dotyczyły naszego pokolenia... bliskich, znajomych, nie lubię tego. Mimo wszystko - wszystkiego dobrego, Krysiu, w Nowym Roku! I mam nadzieję, że spotkamy się wreszcie na zwykłe pogadanie.

Magda Środa

6 stycznia, niedziela - Trzech Króli

Rano przygotowuję obiad.

Święto, ale dużo zrobiliśmy z Mirkiem dla domu. M. odkurzył cały dom, zdjął firanki z trzech okien, ja je wyprałam i wyprasowałam. To fizyczne zajęcie było po prostu niezbędne. Nie chcę doprowadzić się do konsystencji przewalającej się masy. Nie będę gruba i ciężka.

Myśli krążą w całkiem innej strefie. Jakie trudne, sama siebie osaczam.

Zima, śnieg, lód - nie mogę czekać do wiosny na przebudzenie. Natura domaga się ciepła, snu, jedzenia.

Teraz sama, przy biurku, z myślami wciąż niezapisanymi. Muszę każdego dnia odgrodzić się od spraw domowych i siedzieć w swojej pustelni. Kiedy zamykam drzwi, zaczynam istnieć tylko dla siebie. Nawet jeśli nie myślę o sobie, a piszę o innych ludziach. Ten zamknięty pokój działa magicznie. Nie mam w nim klaustrofobii, tak jakby sufit i ściany mogły otwierać się na kosmiczną nieskończoność.

Choć trochę tej kosmicznej nieskończoności, zanim trzeba się będzie zabrać, jak mawiał mój ojciec, do dalszej bezowocnej pracy.

Dla mnie najbardziej owocna jest praca bezowocna.

Mirek ogląda skoki Małysza. Woła mnie. Biedny chłopak, uwiesiły się na nim wszystkie kompleksy polskie, naród żąda patriotycznego wzruszenia. A tu forma biednego chudziaczka pękła, Niemiec wygrał, więc dalejże głupoty gadać, że może czymś jest szprycowany, no i oczywiście wiatr historii, zawsze wieje przeciw Polakom, w każdej sprawie.

8 stycznia, wtorek

Poszłam na Paszporty "Polityki", do nowej siedziby przy Słupeckiej. Wielki szklany dom, sala duża, lecz niska, z sufitem walącym się na głowę. Rozmawiałam z trzydziestką ludzi.

Z niektórymi płytko, krótko, z tymi, których lubię, dłużej, inaczej. Istnieją specjalne techniki rozmowy o niczym. "Polityka" daje Paszporty tym, którzy i tak już je mają, wręcz uchodzą za klasyków, jak dzisiejszy laureat Paweł Huelle.

Wróciłam do domu dość późno, Mirul zaziębiony, ja też mam kluchę w gardle. Martwię się o jego ucho, więc wezwaliśmy doktora Z. Zbadał. Wypisał. M. dostał antybiotyk, bo musi pójść jutro na uroczysty doktorat: togi, birety, łacina.

Ze mną nie jest źle, prócz gardła. Doktor powiedział, że ciśnienie mam jak dwudziestolatka, płuca jak sportowiec, a serce jak niemowlę. A może odwrotnie, nie pamiętam. No więc skąd ta cholerna przypadłość z gardłem, która męczy mnie od tak dawna? Może to dziedziczne, mówi doktor Z. Może, mój ojciec też chrypiał codziennie rano, ale on przynajmniej palił, no i pił tę swoją ćwiarteczkę, a ja? Za co? Za niewinność?

9 stycznia, środa

Na Człowieku Roku w Victorii.

Część towarzystwa warszawskiego zbojkotowała imprezę ze względu na rolę "Wprost" w różnych politycznych aferach. Okładka z kłębowiskiem węży i tytuł ZDRADA, dotyczący SLD, może to uzasadnić. Mnie to śmieszy, że ktoś chce dziennikarzy gazet oceniać moralnie. To byłoby coś dla Marusi, mojej teściowej, wyciągała zawsze daleko idące wnioski z takich przesłanek, kto przyszedł, kto nie, kto zaproszony, a kto niezaproszony, ten spadł, a ten idzie w górę.

Najserdeczniej witał się premier z Piggy, tym razem przyrumienioną w Egipcie. Spędziła tam sylwestra. Potem Miller wyściskał się z Mariolą Bojarską, z którą, jak fama głosi, premierostwo spędzili pierwszy dzień świąt.

Jola Fajkowska poprosiła mnie o wypowiedź dla TVP2 na temat tej nagrody. Mówiłam o języku Millera, o tym, że przeszedł długą drogę od formalnego partyjnego żargonu, poprzez dowcipy z seksualnym podtekstem, aż do normalnego języka literackiego.

Bardzo sympatyczna rozmowa z Barbarą Piwnik. Wcale nie obraziła się na mnie za felieton w "Przeglądzie" dotyczący sprawy Kaucza. Baśka natomiast poczuła się dotknięta i dała temu wyraz nocnym telefonem do mnie.

"Przegląd" (3 grudnia 2001), felieton Parawalcz boks.

10 stycznia, czwartek

Mirul leży, cały przeziębiony i kichający. Od wczorajszego popołudnia stale śpi. To dobrze, sen leczy.

Jadę do kawiarenki Wiedzy Powszechnej przy ul. Zgoda. Wczoraj, a może we wtorek podszedł do mnie dyr. Nagraba i przypomniał, że się spotykamy. Nie wiem, po co tam idę, przecież na takie spotkania prawie nikt nie przychodzi. Chyba że dają lampkę wina i pączka, wtedy może jakiś zabiedzony krytyk zahaczy o to miejsce. Potem jest opłatek w SPP, ale chyba nie zdążę.

Było sympatycznie, przyszła dziewczyna ze "Zwierciadła" z listem od Beaty Dzięgielewskiej, przyniosła mi w prezencie piękny szal jedwabny od Beaty. Był także Żółciński, mam do niego słabość, bo jest autorem pierwszej recenzji, jaką napisano o mojej powieści Wizjer, nawet pamiętam jej tytuł: Okrutny Wizjer. Trudno trafić. Miałam kłopoty. Jakieś kobiety długo szukały tego miejsca. Czytelniczki prawie nigdy nie mogą przekroczyć koszmarnej granicy, oddzielającej mnie od nich. Jakby między nami był drut pod napięciem. Staram się przeskoczyć przez barierę.

Trochę rozmawiałam ze studentem informatyki.

W programie Elżbiety Jaworowicz, podsumowującym rok, podpisali mnie: publicystka. Nie oglądałam go, wyszłam z pokoju, nie rozumiem, jak można wgapiać się w siebie, to jak choroba.

Przygotowuję lekki jarski obiad.

11 stycznia, piątek

Ślęczę nad Czarownicami, ale jestem mało twórcza, poprawiam, wyrzucam.

Wszyscy śledzą pogrążanie się "Twojego STYLU" w aferę. "Wrogie przejęcie" opisywane przez "Wyborczą" i "Rzepę" fascynuje mnie. Krysia K. z Cezarym W. niebawem pożrą się nawzajem; czuję, że zostaną same kości. Nie wiem, w jakim to się stało momencie, przecież była przyjaźń, spotykali się towarzysko, mój Boże, nawet u nas, jaki upojny był sylwester, kiedy Cezary przywiózł udziec cielęcy, jaka anarchia panowała w kuchni, krzyki, śmiechy. Gdzie to się podziało? Ludzie mówią, że chodzi o pieniądze, ale przecież oni już je mieli.

Do hotelu Maria, przy Jana Pawła. Danusia Waniek urządza noworoczne spotkanie kobiet. Zaprosiła Oleksego i Hübnerową. Wszyscy przemawiają. Oleksy leci skryptami na temat łagodności kobiet i ich urody, co rzekomo pomoże i ułatwi nam wejście do Europy. Martwe feministki przewracają się w grobach, a te, co żyją, zgrzytają zębami.

Siedzę przy stoliku z Anną Popowicz i oczywiście rozmawiamy o nieszczęsnej Unii Wolności. Potem gadanie z Małgośką Domagalik, z Pauliną Król, Krystyną Gucewicz, Bożeną Toeplitz i z dwudziestką co najmniej innych dam, bo to miejsce totalnie zakobiecone.

Podczas mojej nieobecności kurier przyniósł zaproszenie do Opery na Koncert galowy. Zaszczycą go swą obecnością Prezydent Federacji Rosyjskiej Pan Władimir Putin i Prezydent RP Pan Aleksander Kwaśniewski. Zaproszenie niestety jednoosobowe, jak ja cholernie nie lubię sama chodzić! Pójdę. Ciekawość pierwszy stopień do piekła, mawiała moja matka, a ja na to: raczej do wiedzy. Skąd ten honor? Z jakiego klucza zaproszenie? Dobre miejsce.

W programie Szymanowski i Prokofiew.

12 stycznia, sobota

Wieczorem czytam Paula Austera. Prawie nie czytam gazet i od razu czuję się jak narkoman na głodzie, który postanowił pójść na odwyk.

Zrobiłam dwa dobre rysunki.

To mi pokazało, ile czasu tracę. Ile mogłabym zrobić! A jednak polityka, choć obrzydliwa, jest interesująca, a więc w nocy trochę podczytuję "Wyborczą" i "Rzepę".

13 stycznia, niedziela

Piszę do "Nowych Książek" tekst o książce Kobiecy eunuch Germaine Greer. Trudno się czyta, nawet jeśli zgadzam się z autorką, odrzuca mnie jej ton. Jednak to klasyka i dobrze, że została przetłumaczona.

Telefonował Tomek Jastrun. Jest w dołku. Mówi, że ma obciążenie dziedziczne po matce.

Widywałam ją w Oborach, urocza, bardzo ładna starsza pani, spaceruje po alejkach, wygląda jak pogodna dobra wróżka. Brązowe włosy i brązowe błyszczące oczy dziecka. Już dawno zauważyłam, że oczy się nie starzeją, ale u niej są wyjątkowo młode, dziecięce, trudno wyobrazić sobie, że ktoś z takim wyglądem pogrąża się w zwątpieniu, miewa próby samobójcze. Tomek ma z nią problemy, bo depresyjna matka wymaga ciągłej uwagi, opieki. Poeta skupiony na sobie, swojej twórczości, nie bardzo nadaje się na pielęgniarza.

Dla mnie brak normy to norma. Czy jej granice przesuwają się aż po horyzont? Tak jak ze wszystkim, idziesz, idziesz, a on się oddala. Choć wiem, że jest we mnie taka granica, wiem, czego bym nie zniosła.

Wieczór - jaki spokój! Nagle wkracza przez ekran Owsiak ze swą Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Chociaż to rzeczywiście pomoc od święta, zawsze porusza mnie jego akcja, zawsze dajemy pieniądze i przyklejamy serduszko. Gorąco aż bije od ekranu.

Widać, ile zależy od jednego człowieka. Zło i dobro. Dobra zawsze za mało, więc wszyscy się tym ładują. I wiadomo, że to jeden z niewielu uczciwych, sprawiedliwych. Zabrzmiało prawie biblijnie, kto wie, czy nie będzie z Owsiaka nowy święty Jerzy.

Dobrze, że mam chociaż jednego ucznia, na którego dobrowolnie się opodatkowałam. Sto złotych miesięcznie, odprowadzane z naszego konta, nie dużo, ale wystarczy na bilet miesięczny i trochę zeszytów. To prawdziwie społeczna akcja na terenach objętych bezrobociem. Dzieciaki nie powinny dziedziczyć biedy, muszą mieć możliwości. Zwłaszcza gdy są zdolne. Póki możemy, będziemy to robili.

15 stycznia, wtorek

Piszę felieton do "Przeglądu".

Czy ja, do jasnej cholery, jestem już w niewoli pisania na użytek?

16 stycznia, środa

Putin w Polsce, a więc podczas jego przejazdu, gdy jadę do Miry uczesać się na tę galę, miasto jest sparaliżowane. Zwłaszcza na tej trasie, w Alejach Ujazdowskich, pustki. U Miry ruch, bo ma kilka klientek, które też na to idą, w gazetach o koncercie cicho, wszystko jest na wpół utajnione, myślę, że chodzi o Czeczenów, których w Polsce jest sporo. Putin ma się czego obawiać.

W teatrze, na sali, dwa rzędy przede mną zajmowali kagebiści i kagebistki, wyglądający trochę jak z żurnala. Wystrzyżeni, w eleganckich garniturach, kobiety w niezłych sukienkach, rozmawiali cicho po rosyjsku.

Sam program nieszczególny, ani Szymanowski nie ten, którego lubię, bo IV Symfonia koncertująca nie porywa, ani Prokofiew też nie taki, kantata Aleksander Newski jakaś bogoojczyźniana, bez wrażenia.

Wyszłam na przerwę i jakiś obcy facet wyglądający na ochroniarza mówi do mnie: "Pani Krystyno, prosimy do saloniku", i wskazuje mi drogę. Spotykam Marylę Rodowicz, która przez długie lata PRL-u była idolką także w Związku Radzieckim. W saloniku stali już Zanussi, Abakanowicz, Szurmiej, Żyd dyżurny w tym spektaklu. Był też ksiądz. Jednym słowem prawdziwy przekrój społeczeństwa, a przynajmniej jego wieko.

Skąd ja tu? Jaki klucz? Czy to, że byłam w komitecie wyborczym Kwaśniewskiego?

Stoimy, gadamy, w jakimś momencie nagły ruch, szum, gdy rozstąpił się żywy mur z ciemnych garniturów ochroniarzy, szybkim krokiem wchodzą Kwaśniewski z Putinem. Dyrektor Waldi Dąbrowski jako przy nich zbyt wysoki kulturalnie trzymał się z boku. Za nimi banda fotografów. Telewizji nie było. Ludzie, dotąd leniwie gadający pod ścianami, ruszyli nagle do przodu jak na bliskim spotkaniu trzeciego stopnia. Waldi uśmiechał się, a prezydent Kwaśniewski przedstawiał: to dyrektor banku takiego, a to prezes takiego, to reżyser, a to najsławniejsza polska rzeźbiarka. Nagle spojrzał na mnie i zawołał spontanicznie: "A Krysia jeszcze nieprzedstawiona?". Idą do mnie. Kwaśniewski mówi Putinowi, że jestem pisarką, pyta, co ostatnio napisałam, mówię, a Kwaśniewski to tłumaczy. Flesze.

Mój ulubiony prezydencki fotograf mruga do mnie, unosi kciuk w górę. Fotografują.

I wylecieli tak nagle, jak wlecieli.

17 stycznia, czwartek

Praca nad tekstem. Mały obiad.

Na 17.00, trochę spóźniona, jadę na spotkanie noworoczne SLD.

Zabrałam ze sobą Liliankę i mimo kontroli zaproszeń weszłyśmy swobodnie.

Spotkałam tam profesora Reykowskiego, Toeplitza, Urbana. Urban powiedział, że piszę coraz lepsze felietony, co sprawiło mi wielką przyjemność, bo on najlepiej w Polsce zna się na tej robocie. Czy ktoś go lubi, czy nie, musi to przyznać. Powiedziałam Urbanowi, że jego krytyczny tekst o Millerze i formacji lewicowej jest świetny. Zgadzam się z tym, że brak idei jest powszechny. Sądzę, że granice partii rozlały się szeroko, zlewają się z prawicą. Kościół zajmuje w głowach rządzących eseldeków tyle samo miejsca, ile we łbach najbardziej zakutych prawicowców. Jedni i drudzy chcą go obłaskawić, żeby podlizać się elektoratowi, ale elektorat pokazuje im wała, żyje, jak chce, nie przejmując się zasadami. O tym gadamy.

W trzech czwartych tekst Urbana przedrukowała "Gazeta Wyborcza", tak że i ci ortodoksi, co brzydzą się wziąć "Nie" do ręki, mogli sobie poczytać i wydawać okrzyki, ach i och! Urban powiedział, że ten tekst był 630 razy zacytowany w gazetach na całym świecie.

Była Krysia Kaszuba, rozmawiałyśmy, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zapytać, czy będą nam płacili odszkodowania za pracę u Niemca, ale wcale się z tego nie śmiała, i rozumiem ją, że jest jej nie do śmiechu. Tłumaczyła mi, że teraz będą pieniądze, a gdy napomknęłam o podwyżce, od razu powiedziała, że szmal będzie przeznaczony na inwestycje. Tymczasem inne, biedniejsze pisma, proponują o połowę więcej, niż płaci mi "TS". Najgorzej być w przyjaźni z kimś, kto jest twoim płatnikiem.

Spytałam premiera, dlaczego nikt z SLD nie broni Jarugi-Nowac- kiej, o której biskup Pieronek raczył się wyrazić iście po chrześcijańsku - a może raczej po katolicku, bo nasz katolicyzm zabija wartości chrześcijańskie - per "feministyczny beton, który nie zmieni się nawet pod wpływem kwasu solnego". Miller na to westchnął teatralnie i mówi, że "obyczaje upadają nawet w kurii, a może zwłaszcza w kurii".

Pomyśleć, że polityka, kiedyś odległa o lata świetlne, tak mnie wciąga. No, ale kiedyś polityka była spójnym nienaruszalnym blokiem i wszyscy porządni ludzie trzymali się od niej z daleka.

Dziś może demokracja zmieniła ten blok w rozproszone idee, wiem jednak, że lepiej stać pod ścianą i obserwować.

18 stycznia, piątek

Cały dzień piszę, z przerwą na obiad.

Późnym popołudniem wpadła do mnie Anna Dz. Poczęstowałam ją pliską, a sama rysowałam. Patrzyła, jak powstaje rysunek, zachwycała się tym, choć ja widzę, że ręka mnie nie słucha, wyszła z wprawy, widzę w głowie, jak ma wyglądać, a narysować nie potrafię, ciągle jest to coś obok.

Tak bywa czasami z pisaniem prozy, niekiedy też z zaśpiewaniem kawałka melodii, który słyszę w głowie.

O siódmej Wawrzyn zawozi nas do Wilczeńca, na dwudziestopięciolecie Toeplitzów. Krzysztof niedawno był w szpitalu, jest chory, nie wiem, jak zniesie taką wielką imprezę. Nie chciało mi się ruszyć z domu, ale pojechaliśmy.

19 stycznia, sobota

Rano w Victorii, program Co pani na to?

Po programie Henryka Bochniarz stawia szampana, obchodzimy jej małe imieniny. Henryka jest bardzo serdeczna, myślałam, że to technokratka w całej rozciągłości, ale ona potrafi oddzielić swą robotę od prywatnych kontaktów z ludźmi. Ma w sobie ujmującą skromność, choć stwarza pozory oschłości. Wiem, dlaczego. Ciągle ktoś czegoś od niej chce.

Zauważyłam dawno, że partnerstwo polega na równorzędności. I to pełnej. Żadnej zależności, zero próśb, oczywiście można poprosić o podanie cukru, ale nic ponadto.

Inka Duch, jak zawsze ubrana w rzeczy z najlepszych firm, dba o swój wygląd jak żadna z nas. Była już wiceministrem i przestała nim być z pewnym medialnym hukiem, teraz została wzięta do jakiejś komisji Najwyższej Izby Kontroli. Będzie w związku z tym kontrolowała tych, którzy kiedyś postawili jej zarzuty.

Bardzo polubiłam Mirkę Grabowską i Magdę Środę.

Z Magdą mam ten rodzaj porozumienia, o jaki na ogół trudno przy tak krótkiej znajomości. Bliskość większa niż czas znajomości, a przecież jestem trudna w nowych sympatiach.

Więcej nawet, coraz częściej widzę wady dawnych przyjaźni, jestem krytyczna wobec innych i siebie.

Jola z Piotrem przygotowują premierę, więc Jola jak zwykle w szale. Jola to kawał aktorki, napisać dla niej dobry monolog to byłoby coś, nie miałabym tego, co miewałam, słuchając swoich kwestii wygłaszanych w teatrze. Mało mam takich doświadczeń scenicznych, ale wystarczyło, żeby się zrazić do pisania sztuk. Na premierze Pępowiny czasami aż się kuliłam, słysząc swój tekst przerobiony, upupiony aktorskimi grepsami, ustawionym głosem.

20 stycznia, niedziela

- Co za dzień, jeszcze jeden cudowny dzień, wspaniałe niebo, spokojne przedpołudnie - mówię tak, jak mawiała Winnie ze Szczęśliwych dni Becketta, choć siedziała już po pas w piasku. Była szczęśliwa, mogąc jeszcze wykonywać swoje rytualne czynności, myć zęby, malować usta, czesać się, rozpinać parasolkę, porządkować torebkę.

Jestem do niej cholernie podobna, lubię rytuały, ale też lubię ich brak. Nie poszukuję sensu, tylko celu. Od urodzenia wiem, że sensu nie ma na zewnątrz. Jest w człowieku, dopóki żyje.

Nic się nie dzieje, my dwoje sami w domu. Ten złudny, nietrwały schron jest niekiedy dojmującym szczęściem. Zwłaszcza gdy się wie za dużo i nie ma się złudzeń.

Co do doczesności.

Co do wieczności.

Zaczęłam czytać Biały oleander, modną powieść, która obleciała listy bestsellerów na całym świecie. Zręczna, trochę duszna proza.

21 stycznia, poniedziałek

Dziś ukazał się "Przegląd" z moim felietonem Precel a sprawa polska, przyjmuję mejlowe i telefoniczne gratulacje.

Piszę felieton do "Twojego STYLU" pt. Wolność na wybiegu.

22 stycznia, wtorek

O dziewiątej rano przyjechał Wawrzyn i przywiózł filtry, odwiózł Mirka na Stawki.

Poprawiłam napisany wczoraj felieton, wysłałam mejlem do Machnickiego. Co za wygoda! Miał go w pięć minut. Podobał mu się, a wiem, że w tych sprawach jest szczery, zawsze mówi, jak coś jest nie tak. Pozwalam mu majstrować przy skracaniu tekstu, bo jako poeta zna się na tym, to dobry krawiec.

Pogadaliśmy o pracy u Niemca. Pytałam o nastroje, wygląda na to, że w redakcji ludzie są zadowoleni. Chyba dobrze, że została Ania Achmatowicz, z którą zespół jest oswojony. Bali się kogoś z zewnątrz. To było ze strony Bauera rozsądne posunięcie.

Ja nie narzekałam nigdy na Kaszubę, ale też nie siedziałam pod jej skrzydłami. To kapitańskie gniazdo, z którego ogarniała całość sali, musiało im doskwierać.

Na 19.00 na premierę filmu Mai Marszałek, o polskim kinie i o Wajdzie. To, co on widzi, co dla niego ważne. Maja Marszałek jest także moją producentką. Niestety dotąd nic nie wyprodukowała, moje scenariusze leżą w Dwójce, Andrzej Barański chce je robić, ale Maja nie ma siły przebicia, co inni nazywają dosadniej. Nie wie, komu i ile, tak ludzie to widzą. Spytał mnie jeden mój dobry znajomy, który się zajmuje także filmem, czy Maja dała, czy nie dała. Ona mówi, że nawet by może dała, ale nie umie tego zrobić. Zatelefonowała do mnie i mówi: "Słuchaj, Krysiu, a może ja kogoś wynajmę? Przyjmę jakiegoś faceta, żeby zajmował się taką ekonomią". A ja po prostu pokładałam się przy telefonie ze śmiechu. Mówię jej: "Maju, jesteś już dużą panienką, jeśli się tego nie nauczyłaś, to się nie nauczysz, nie rób tego, bo będziesz nieszczęśliwa i pożrą cię wyrzuty sumienia, ja nie muszę mieć nic w telewizji, mam swoje pisanie powieści i to mi wystarcza".

Film z Wajdą ciekawy, oglądało się dobrze.

23 stycznia, środa

Z redaktorką z radia w Czytelniku. Przyżeglowała cała rozfalowana. Bluzka z materiału we wzór pantery, bez rękawów, z dekoltem balowym, wielki biust dobrze widoczny. Olbrzymi tyłek w białych spodniach, gada bez przerwy o wszystkim i niczym. Egzaltacja równie falująca. Tylko magnetofonu zapomniała i chce, żebym pojechała z nią do studia. Mówię, że jestem umówiona i nie mogę.

Przyszła Iza z Czarownicami, muszę jej zabrać, bo to jedyny egzemplarz, jaki mam. Jak tylko wyjdzie wznowienie, zaraz dostanie.

Iza jest przeciwieństwem redaktorki. Szczupła, mówi do rzeczy. Dziś ma włosy jak dziewica młodopolska. Widzę, że dostaje gęsiej skórki, gdy słucha gadania pantery. Zwłaszcza gdy ta zaczyna mówić o wierszach. I krzyczy o tym bardzo głośno, a o poezji nie powinno się wrzeszczeć.

Zetknięcie tych dwu odmienności było naprawdę śmieszne. Między nimi różnica większa niż różnica płci.

Potworna afera we wszystkich mediach. Sprzedaż zwłok zakładom pogrzebowym, jeszcze w szpitalach, a nawet przez karetki pogotowia, które wolniej jadą, żeby chory umarł, a nawet, jak krnąbrny nie chce opuścić tego świata, to podobno są tacy, co podają chorym pavulon; lek powodujący zwiotczenie mięśni szkieletowych i totalny paraliż. Śmierć w mękach przez uduszenie, a człowiek nie może się ruszyć. Na zwłoki mówiono "skóry". Jedna "skóra" warta od 1200 do 1800 złotych.

Zmowa lekarzy, pielęgniarzy, pielęgniarek, pogotowia, szpitala i zakładów pogrzebowych.

24 stycznia, czwartek

Pisze mi się dziś świetnie. Dopisałam wreszcie tę jedną poważną scenę do Czarownic, która chodziła za mną od wielu tygodni.

Sama się dziwię, że w tym kotle mogę się całkowicie wyłączyć.

Przejrzałam pismo "Inaczej", które dostałam od Izy. Dla gejów i lesbijek. Parę stron tekstów, wywiad, trochę prawa, a potem, ostatnie strony, czyste porno. Aż mnie od tego mdli. Pokazałam Mirkowi i widzę na jego twarzy to samo. Ten sam skurcz. Tak samo też reagujemy na ostrą pornografię hetero.

Gazety i TV żyją "skórami".

Uważam, że "Gazeta W." nie powinna pisać "skóry" w tekście redakcyjnym. Tylko w przytoczeniu i z cudzysłowem.

W parlamencie - klinika psychiatryczna. Najpierw grube babsko w niebieskim kostiumie odmawia Ojcze nasz z mównicy sejmowej, tak że Ojciec nasz w niebie się z boku na bok przewraca. Potem cały klub Samoobrony (powinni założyć klub samoobrony przed własną głupotą) włazi na podium, blokując mównicę.

25 stycznia, piątek

Miałam pójść na spotkanie w księgarni Liber, poświęcone Greer, ale nie mogę, muszę siedzieć na tyłku i pisać. Ta Greer to trochę jak znaleziony na strychu stary kalosz babci.

27 stycznia, niedziela

Dziś w wichrową pogodę, pod ciemnym niebem, Wawrzyn zawiózł nas do Decathlonu po sportowe maszyny, bo chcemy z Mirkiem trochę w domu ćwiczyć. Kupiliśmy wioślarza i ławeczkę do ćwiczeń na brzuch.

Próbujemy, ale idzie na razie ciężko. Zwłaszcza brzuchy, zwłaszcza Mirkowi, bo ja mam wprawę, ćwiczę zwykle ze dwa, trzy razy w tygodniu.

Felieton do "Przeglądu" pt. Bobo fiut.

29 stycznia, wtorek

Gabinet pani A. w liszajowatej kamienicy, cały biały pokoik, białe kołderki, w które nas otula, są jak pościel Królewny Śnieżki. Pieszczotliwy masaż twarzy i szyi, maseczka z alg - gdy A. ją zdejmuje, wygląda trochę jak pośmiertna - potęguje wrażenie.

Piękny domowy wieczór przerywa na chwilę telefon z radia. Gadanie na temat Krótkiej historii Iwony Tramp.

30 stycznia, środa

Zabawna Linia specjalna Basi Czajkowskiej z Millerem. Ona przerobiona na blond sexy Wenus, bez muszki i z rozpuszczonymi włosami, zadaje pytania innym niż zwykle głosem, a premier odpowiada, szemrząc. Jednym słowem flirt polityczny.

31 stycznia, czwartek

Przed południem byliśmy z Mirkiem w Czytelniku, był też Janusz Głowacki, jak zawsze w wianku dziewic młodszych i starszych, ale sympatycznie wymieniliśmy parę słów. Na co?

Na inne słowa. Słowo za słowo, wet za wet. Ząb za ząb, krew za krew. Można tak długo.

Wichura, tornado. Zaczynają jeździć karetki, słychać sygnały ze wszystkich stron.

Rozmawiałam z Y. Czy można rozmawiać z popiołem?

 

LUTY 2002

1 lutego, piątek

Rano telefon, nie poznaję głosu. To Halina, moja chrzestna córka. Nie miałam z nią kontaktu od lat. Córka niewidomej Ireny i niewidomego Józefa.

Brzmi to jak z Biblii, jak każda genealogia zresztą.

Całkowicie zapomniana gałąź rodziny. Lepiej pamiętam starszą siostrę mojej matki, grubą, zawsze zadowoloną, mimo naprawdę ciężkiego życia, ciotkę Pydę. Tęga, ale niesamowicie ruchliwa, prosta, znacznie bardziej wiejska niż moja matka, bardziej perkata. Pamiętam, jak pukała do okna piwniczki, gdzie matka urządziła kuchnię, żeby nie mieć wspólnej z ciotką Janiną, u której mieszkaliśmy wszyscy, jak spalił się dom moich rodziców i fabryka.

Nie martw się, Marychna, mówiła Pyda do mojej matki, wszystko przejdzie. No i przeszło. Ze szczętem. Babka z Winiar, zaprzeczenie tej córki, szczuplutka, zgrabna, zawsze na czarno, bo co jakiś czas umierało któreś z jej dziewięciorga dzieci i pewnie dlatego musiała pić. Tak przynajmniej utrzymywał mój ojciec, który "tę całą familię z Winiar" uważał za gorszą od własnej. Babka też była wesoła, ale jej punkt widzenia był inny, podobny do mojego. Ona nie mówiła, że wszystko przejdzie, nie pocieszała, wszystko szajs, Marychna, wszystko szajs, baw się, póki możesz.

Z Sienkiewicza skręcało się w Reja, wysokie mieszkania, obszerne klatki schodowe, to były dość eleganckie domy budowane przed wojną dla dyrekcji tramwajów.

W Poznaniu mieszkaliśmy bardzo blisko siebie. Inne światy często ze sobą sąsiadują, przenikają się, by później odpłynąć i zniknąć. Odpływa ich przyszłość, a pozostaje czysta przeszłość, nieskażona wiedzą o teraźniejszości osób, które zniknęły z mojego życiorysu.

Mejle, mejle, dużo telefonów, prawie każdy z obcych ludzi czegoś chce ode mnie, zwykle pomocy w robieniu swojej kariery. Mój Boże, czy rzeczywiście nie potrafią wejść z ulicy do wydawnictwa, ze swoją powieścią pod pachą, jak ja to zrobiłam lata świetlne temu z Wizjerem? Jest między mną a nimi zasadnicza różnica, ja miałam napisany pełny tekst powieści, a ludzie przysyłają mi opowiadanko z błędami stylistycznymi, pytając, czy można je zamieścić w "Twoim STYLU", tak jakbym była jakąś redaktorką naczelną i drukowała, co chcę. Przeważnie to gnioty. Jak coś ma wartość, to wtedy odpisuję, reaguję.

Pokazałam Wizjer Staszkowi Barańczakowi, bo byliśmy wówczas zaprzyjaźnieni i liczyłam się z jego zdaniem, ale od razu powiedziałam mu, że bez względu na to, co powie, i tak będę próbowała powieść wydać. To, że ją pochwalił, uznał za bardzo dobrą, tylko mnie ucieszyło. Potem poszłam do Czytelnika i zostawiłam Ryszardowi Matuszewskiemu. Mimo że minęło tyle lat, pamiętam, jak powiedział, żebym zaniosła tekst do pani redaktor takiej czy innej, a ja na to, że nie dam, bo może się na nim nie poznać. Ta powieść jest jak moje pierwsze dziecko, a wiem już dobrze, czym jest dziecko, i  - dodałam bezczelnie - nie daje się dzieci w niepowołane ręce; i jeszcze, że uczyłam się w liceum z jego podręcznika i chcę zostawić właśnie jemu. Wzięło go to, może trochę ujęło, ale wygrałam. Dał mi termin: jestem zajęty, proszę zgłosić się za miesiąc. Miałam rację, bo powieść miała redagować Anka Bolecka, początkująca redaktorka, to była chyba jej pierwsza książka, więc naprawdę nie miała doświadczenia i mogła się na niej nie poznać, choć była wrażliwa.

Potem już tylko czekałam.

Byłam żoną, matką, miałam wiele zajęć, prowadziłam dom. Wyjechaliśmy na długie wakacje z Wawrzynem i zapomniałam o powieści. Może nie całkiem. Miałam zatelefonować po miesiącu, nie chciałam jednak psuć sobie wakacji, gdyby wiadomość była dla mnie niepomyślna. Dlatego odezwałam się do Matuszewskiego dopiero po powrocie, a on mówi: "Drukujemy, bez skreśleń, to dobra powieść. Dlaczego pani nie zgłosiła się w terminie?".

To był jeden z najpiękniejszych dni mojego życia.

Odpowiedziałam mu szczerze. Nie mieli prawie żadnych uwag, kilka małych wskazań, bo powieść była naprawdę dopracowana, wręcz wycyzelowana, chyba nigdy potem już tak nie pieściłam tekstu.

Dlatego denerwuje mnie szukanie pomocy wtedy, gdy tekst jest słaby, nieprzygotowany, napisany z błędami.

Telefon Y. Mówi, że jest spragniona rozmów ze mną, że ma dużo głupich koleżanek, z którymi nie da się interesująco gadać. Po czym puszcza taką wiązkę nienawiści do ludzi, że robi mi się mdło. Powie parę strasznych rzeczy, mimochodem rzuci coś na temat Żydów: "Broń Boże, nie jestem antysemitką", doda sakramentalne: "Ale oni za dużo sobie pozwalają". Potem opowie o swych strasznych cierpieniach fizycznych, duchowych i moralnych. Moja rola sprowadza się do wysłuchiwania i sprzeciwów, gdy mam już dość. Kiedyś gadałyśmy trochę o sztuce, ale teraz nie sposób nakierować ją na cokolwiek innego niż ona sama.

2 lutego, sobota

Masaż.

Wieczorem przyjeżdżają po nas Michał B. z Iwoną i jedziemy razem na premierę do teatru Lothe-Lachmann. Spektakl niby egipski, ale nie tylko o Egipt tu chodzi. Jola przytroczona do łóżka wyrąbuje tekst, bujając się jednocześnie jak dziewczynka na huśtawce. Tik-tak, tik-tak. Zegar, czas obecny wszędzie. Jest w tym spektaklu stara i młoda jednocześnie. Maria Peszek śpiewa pieśni Piotra, Jan Peszek mówi tekstem Piotra i Stachury. Zlepek wieczności.

Wolałam poprzednie ich teatry, chociaż i ten jest ciekawy. Brakuje trochę mięsa. Było go więcej w spektaklu zrobionym według Krall. Tam obraz stanowił dobry kontrapunkt do dialogu. Patrzę od strony warsztatu, uczę się od nich. Piotr czuje teatr, a Jola jest kwintesencją aktorki. Uosobieniem, ucieleśnieniem i wcieleniem. Niesie rolę w sobie i jest sobą w roli. To aktorka - aktorka. Metarola.

U nich zaczynam rozumieć, o co może chodzić w teatrze.

Sympatyczne było małe przyjęcie po spektaklu, miało klimat, jakiego teraz trudno szukać gdzieś poza takimi niszami.

Rozmawiałam trochę z Hanną Krall. Jej czarne jak skrzydło kruka włosy są jak wspomnienie wszystkich tragedii, o których pisze. To przeszłość. Ma bardzo białe zęby, które pokazuje w uśmiechu, to jej teraźniejszość. Sukces. Mieszają się w niej uczucia radości i rozpaczy.

Poznałam Dwurnika. Bardzo lubię jego obrazy, a teraz, po obejrzeniu wystawy w Zachęcie, uważam, że jest naprawdę świetny jako facet, taki jak jego malarstwo, choć pewnie nieskończenie bardziej skomplikowany, bo to on wymyślił obrazy, a nie obrazy jego.

Żona artysty też artystka, ciemna, w czerni, teraz jego menedżer.

Wieczorne lektury łóżkowe, niestety tylko prasa, bo już późno. Czy to możliwe, że ja dawniej w ogóle nie czytałam gazet? Tak, polityka była tak jednoznaczna, a literatura tak wieloznaczna, że wybór był tylko jeden: książki.

3 lutego, niedziela

Robimy z Mirkiem ćwiczenia.

Piękna pogoda, zupełnie niesłychane, pierwsze siedzenie na leżakach w słońcu. Nakryci pledami, w grubych swetrach, wystawiamy głodne słońca twarze do ciepła. Trochę jak państwo Biltz, ze starej książki Nowe lecznictwo przyrodne, trochę, jednak!, jak Sanatorium Pod Klepsydrą.

Czuję to ciepło w taki sposób, jakbym podłączyła ciało i duszę do źródła energii. Ładujemy się. I pomyśleć, że są kraje, miejsca, w których słońce jest przeklęte. Nawet u nas, pamiętam w górach, palące promienie, których nie mogłam wytrzymać. Co pięć kroków odpoczynek.

Dobry, wczesny obiad.

Potem siadam do roboty, piszę aż do wieczora jeden, zupełnie nowy kawałek do Czarownic.

Telefonował Jacek Kaczmarski, że 20 lutego będzie miał koncert w Harendzie, że rezerwuje nam miejsca na liście. Bardzo bym chciała pójść, ale z moją klaustrofobią nie wysiedzę wśród tłumu. A głupio wychodzić w trakcie koncertu.

4 lutego, poniedziałek

Za dużo gazet! Cholerne czytanie, wciągająca polityka.

Robię ostatni rachunek pisarskiego sumienia: winien, ma. Ostatnie poprawki. Będzie lepiej, brakowało mi tych dopisanych rzeczy. Miałam je wcześniej, ale wtedy wydawało mi się, że psują całość, konstrukcję, że są niepotrzebne, teraz wywaliłam pewne doraźności, bo nic nie starzeje się w powieści tak szybko jak teraźniejszość. Zastanawiam się, czy moment, w którym oddaje się powieść, może aż tak wpływać na to, co w niej się znajdzie, a co z łaski pańskiej wyląduje w Salonie Odrzuconych. Do tej pory chowam maszynopisy kawałków wyrzuconych z różnych powieści i opowiadań.

Niekiedy, jak w przypadku Landszaftu świadomości, jest to przeszło sto stron. Kilkadziesiąt weszło potem do Pawilonu małych drapieżców jako powieść Hilmara Firciga, wymyślonego przeze mnie niemieckiego pisarza. Jeden z krytyków napisał w recenzji, że w książce jest dużo cytatów literackich, a także filozoficznych, bo jeden z moich bohaterów pisał doktorat z Kanta, z imperatywu kategorycznego, co wiązało się z tematem książki, wymyśliłam więc kawał doktoratu. Recenzja ubawiła mnie, lubię tego rodzaju zabawy, ale kto by to zauważył w kraju, w którym literatura jest ponurą misją, a pisarz sumieniem narodu.

O 11.00 Kasia Merta zabrała Czarownice.

Na 19.00, na damskie party do B. Obiecuję sobie, że to po raz ostatni, bo nie lubię zawężenia płci do tej jedynej.

Dochodzi do tego, że zaczynam bronić kogoś, kogo specjalnie nie lubię ani też nie mam powodów, by go osłaniać. Nie mam doświadczenia w takich rozmowach, nie słucham, jak ktoś gada w ten sposób. Boję się, że będzie tak jak na poprzednim damskim party, gdy słyszałam, że pewna kobieta telewizyjna "ciągnęła każdemu druta języczkiem w klozecie", przy zastawionym świetnym jedzeniem stole nagle zachciało mi się rzygać. Gdy przyszłam do domu, wszystko, co tam zjadłam, a jedzenie było wspaniałe, jeździło mi po żołądku, psychiczne nudności dały objawy fizjologiczne.

Dużo było w tym salonie "wysadzonych z siodła" kobiet, które rozpaczają, bo straciły pracę, poszły w zapomnienie. Bogusia W. radzi sobie nieźle. Jest pogodna, zadbana, nie zapada się. Wizja świata odpychającego - z powodu wieku czy choroby - zjada, nie pozwala się odbić, wsysa jak bagno.

Były nieczynne gwiazdy, czyjeś bogate żony.

Zeznawały, co najchętniej kupują, Escada (dużo się jej nosi w naszym kraju, wiele widać "w towarzystwie", bo jest wystarczająco kiczowata, żeby się podobać), Gucci, za ile buty, za ile skóry. Czas, nawet taki, nigdy nie jest dla mnie bezpowrotnie stracony.

Myślę o tym, co będę pisała, pijąc zdrowie gospodyni czerwonym winem, bo nie lubię szampana.

Bogusia W. opowiada ciekawie, choć przerażająco, o rejsie ze swoim partnerem kapitanem Krzysztofem Baranowskim (na czas party został wysłany do kina, a gdy wrócił, usiadł gdzieś w kącie), o wakacjach na Gwadelupie czy gdzieś indziej, o swej tropikalnej biegunce, o facecie z załogi, co sobie pływał przy jachcie i utopił się, i co? I nic. Nic, był facet, nie ma faceta. Nic wielkiego się nie stało, płynęli dalej bez niego.

Pamiętam Przygodę Antonioniego, ile się mówiło po filmie o tym, że zaginięcie dziewczyny jako chwyt jest drastyczne, a to czysty realizm.

Po powrocie do domu opowiadam wszystko Mirkowi. Siedzimy jeszcze długo, żeby się wykręcić. Jak mechaniczne zabawki.

5 lutego, wtorek

Do Wandy zawiozłam koronkę, grubą, mięsistą. Zachwyciła się, więc będzie chętnie szyła. Wanda taka jest. Szyje głównie z tego, co jej się podoba, i to, co jej się podoba. Pamiętam, jak pojechałam z Iwoną, a Wanda na jej czysto wełniany drogi materiał ledwo spojrzała, a zapytana, co o nim sądzi, odpowiedziała szczerze, że najlepszy byłby na ścianę jako kilim, bo ma odpowiednią sztywność.

Dawno nic nie szyłam, muszę mieć parę nowych rzeczy, dla higieny psychicznej.

O 18.00 Ewa N. z młodym, dość tęgim mężem, polecona przez Jac- ka Kaczmarskiego, młoda autorka powieści dla młodzieży. Do Jacka mam zadawnioną słabość, łączy mnie z nim pewne wyjątkowe wspomnienie, kiedy pewnej nocy śpiewał tylko dla mnie w kuchni na Mokotowskiej, aż trzęsły się mury tej starej gomułkowskiej kamienicy, a Wawrzyn spał spokojnie w pokoju. Dlatego, jeśli Jacek chciał, żebym tej dziewczynie pomogła, nie odmówiłam.

Ewa N., wypukłe czoło i policzki, włosy rozdzielone pośrodku głowy, mówi głośno, jak do przygłuchych. Może sama niezbyt dobrze słyszy albo jest nauczycielką?

Jacek prosił, żebym jej poradziła, co robić, jak kręcić się wokół książki.

Pokazała mi umowę, niestety już podpisaną. Ludzie na początku zawsze podpisują straszne umowy. Płacą frycowe. Ta dziewczyna oddała tekst "bezterminowo". Chociaż to pewnie bezprawne, chyba można odebrać tekst od takiego wydawcy.

Gdy mówi jej mąż, ona milknie i słucha z oddaniem. Patrzy miłośnie w swojego grubaska jak na malowane wrota. Są trochę jak sympatyczna para z dziewiętnastowiecznej literatury.

Gdy wychodzą, biorę się do czytania.

6 lutego, środa

Od rana do późnego popołudnia pracuję.

Potem odpadam od komputera, ubieram się, czekam na Mirka, przyjeżdża Wawrzyn i odwozi nas do nowego gmachu giełdy, na rozdanie twojostylowych Alicji.

Krysia Kaszuba, zobaczywszy nas, podbiegła, wyściskała, wycałowała. Widać, że zależało jej na tym, byśmy przyszli. Była bardzo wzruszona. Mam wrażenie, że ona jest po tych wszystkich zawirowaniach dookoła pisma na granicy.

Jak zwykle cała na czarno, elegancka, świetne buty, dobrze ostrzyżone, czarno błyszczące, proste włosy zamykają białą płaszczyznę twarzy. Usta bez pomadki. Surowość, którą w niej lubię. Podszedł Roman Wysocki, także z serdecznymi uściskami.

Mimo że miałam mało czasu, nie żałuję, że przyszliśmy, gdy widzę, że to jest im potrzebne, kiedy coś się wali. Mam zwyczaj wtedy ludzi wspierać, a nie opuszczać.

Co z pismem? - pytam. Krystyna obiecała, że kiedy nie wytrzyma i odejdzie, powie mi wcześniej.

7 lutego, czwartek

O 13.00 w Czytelniku. Jaś Ordyński przyniósł obiecany kalendarz "Rzeczpospolitej".

Rozmówki przy stoliku.

Wracam do domu obładowana tomami Prousta. Oprócz trzeciego tomu są wszystkie. Gdy zamówią trzeci, zatelefonują do mnie z księgarni. Sprzedają na sztuki, stąd bałagan.

Cieszę się z nowego wydania, bo mieliśmy już tylko dwa tomy, reszta rozdziobana przez ptaszyska, co to pożyczają, a nie oddają. Będę sobie czytała tę nudną, wspaniałą prozę. Lubię to, co uchodzi wśród większości za nudne. Nudne filmy, książki. Ostatnio nawet nudną dotąd klasykę w muzyce. Jedna z odtrutek na głupie książki, jakie teraz się czyta, i TV, która jest słodką watą.

9 lutego, sobota

Masaż, potrzebny, bo siedzę dużo na tyłku, ćwiczenia są OK, ale kark spięty.

Napisałam felieton do "Mojego Psa". Piszę tam jako osoba, która patrzy na właścicieli psów i ich zwierzęta inaczej, bo sama nie potrzebuje miłośnie wpatrzonych ślepiów.

Ledwo starcza mi uczuć, by dawać bliskim ludziom, a gdzie tu jeszcze pies? Już naczelna, Małgosia Nowotny, przysłała mejle z pytaniem: kiedy?

Wieczorem chwila TV, potem zamykam się w swoim pokoju, a Mirul ogląda transmisje z Salt Lake City, później Bonda. A ja piszę, potem czytam Biały oleander.

10 lutego, niedziela

Myślę, jak zrobić całość z tych opowiadań, by tom nie przypominał worka, do którego można wrzucać wszystko.

Kiedy szukałam moich niepublikowanych nigdzie opowiadań w szafce, wypadła kartka, na której zapisałam:

Ekspres do kawy jest dla niektórych parowozem dziejów.

Było to po wizycie u *. Nigdy więcej przymusu.

Kretyński sen, w którym wydaje mi się, że odkryłam jakieś nowe prawo matematyczne, czy raczej rachunkowe, dotyczące tabliczki mnożenia. Idąc od końca mnożonych liczb, możemy je liczyć przez odejmowanie: 10 × 8 = 80, a tu 80 - 8 = 72, 72 - 8 = 64. I tak głupio i nudno przewalam całą tabliczkę, nawet we śnie, ćwicząc pamięć, tępię umysł.

11 lutego, poniedziałek

Piszę tekst do "Przeglądu", trochę się odleżał, poprawiam i wysyłam.

Nie lubię wysyłać tekstów zbyt świeżych, rzadko zdarza się, by felieton napisany z marszu i od razu pchnięty do gazety zawierał wszystko, co powinien. Choć tak się czasami dzieje, zwłaszcza wówczas, gdy wcześniej napisało się go w głowie.

Wokół monologu Molly.

Przychodzi mi do głowy, że mogłabym pogłówkować trochę nad nim, jak nad gadulstwem Winnie ze Szczęśliwych dni nad gadaniem-monologowaniem wielu kobiet, które wciąż słyszę, to czysty realizm! Idealne przykłady do analizy w mojej pisanej od dawna książce Gdyby zamilkły kobiety.

Robię notatki, żeby nie zagubić myśli, żeby nie wpadły w czarną dziurę.

Chciałoby się uzyskać dostęp do tego magazynu, w którym można z pewnością znaleźć brakujące ogniwa do wielu zabałaganionych tekstów. Do snów.

Lektura. Dziś spokojne czytanie tego, co lubię, choć czytanie sztuk nie jest łatwe, ale Becketta to nie dotyczy. Zresztą teatr czytany to jedyny, jaki respektuję, ten spektakl wszelkich możliwości, pod kopułą czaszki. Pod Kopułą, odnosi się do Szekspira, do jego teatru, i sądzę, że i jego teatr wystawiany pod czaszką mógł być tym idealnym, a nie ten wystawiany przez zbieraninę ludzką, czyli trupę. Chociaż to byli angielscy aktorzy, więc może mógł oglądać ich bez obrzydzenia.

Literatura, a nie ta gazetowa narkomania. To już dobrze.

12 lutego, wtorek

Rano burza, cholerne pioruny i błyskawice, tak że zrobiło się całkiem ciemno. Grad, deszcz wściekle wali w parapety.

Na 13.30 spotkanie BRE Banku, w teatrze rewiowym u Potockiej.

Przy stoliku siedzę z dwiema atrakcyjnymi, dobrze ubranymi bankowymi kobietami, z których jedna jest dyrektorem Departamentu Współpracy z Korporacjami. To brzmi dobrze, choć nasuwa na myśl sensacyjne filmy o wielkich korporacjach, walczących ze sobą jak prehistoryczne gady. Czy za komuny coś takiego byłoby możliwe?

Przy stolikach siedzą kobiety, które się z pewnością odchudzają, nawet widzę znajome twarze tych, co wciąż mówią o drakońskich dietach, ale nakładają sobie na talerze olbrzymie porcje, zjadają wszystko, biorą jeszcze i jeszcze, i popijają to wielkimi kielichami wina.

To nowy rodzaj odżywiania, który wykształcił się w epoce lunchów i branchów, promocji itd. Żarcie za darmo, wtedy należy się najeść, ile wlezie, a potem można się odchudzać. Większość bankietujących w taki sposób jest nieźle otłuszczona, bo dopóki są w obiegu, pracują w redakcji znanego pisma, są wziętymi aktorkami - choć te muszą bardziej uważać, bo nie dostaną roli, jak się rozedmą - no więc te osobistości z kolorowych magazynów dostają niekiedy po trzy zaproszenia na ten sam dzień. Wiem coś o tym, bo ja też dostaję miesięcznie kilkadziesiąt sztuk, ale chodzę na co dziesiąte, no i, na swoje szczęście, poza domem prawie nie jem.

Te diety to pic na wodę, jak mówiło się na moim podwórku przy Asnyka i Sienkiewicza w Poznaniu. Taki sam jak wielki pic z ćwiczeniami na siłowniach: chodzą, owszem, dwa, trzy, pięć razy, i koniec.

To tworzona na cudzy użytek zafałszowana rzeczywistość, w którą zaczynają wierzyć jak w Boga.

To samo odnosi się do tak zwanego modnego pracoholizmu. Widzę te głupie rady w różnych pismach kobiecych, jak w pięć minut zrobić makijaż, jak błyskawicznie robić zakupy, jak sprzątnąć mieszkanie w pół godziny, wszystko szybko, jak najszybciej, po to, żeby pracować, zrobić jak najwięcej, bo wszyscy podobno namiętnie pracują.

Akurat. Dupa w kwiatach.

Gdzie są efekty?

13 lutego, środa

Masaż, ćwiczenia.

Od lat wchodzę do kuchni, żeby przygotować herbatę, i czekając na wodę, myślę o tym, co w tej chwili piszę, nad czym pracuję. Gapi się człowiek na ulicę i widzi czas. Upływający, płynący, odpływający, przepływający, uciekający, odnaleziony w twarzach dorosłych, choć młodych ludzi, którzy wczoraj, jak się wydaje, siedzieli w wózkach, jeździli na rowerkach, jasne, na trzech kółkach, potem na dwóch, ale wtedy ojciec trzymał kij przymocowany z tyłu, biegł za dzieciakiem, żeby się nie wywrócił. Widziałam dzieci sąsiadów smutno wlokące się do szkoły, ze spuszczoną głową, z plecakiem ciężkim, jakby niosły w nich obciążenie całego późniejszego życia. Teraz idą już jako rodzice ze swoim potomkiem w wózku, powtarzają los swój i swoich rodziców, małpują go.

To zresztą jest najwyższe szczęście, o czym nie mają pojęcia.

Wychodzę z domu, widzę ogolonych na łyso facetów z rozbieganymi oczami. Na nogach adidasy, kurtki, zawsze z kapturem, i plecaczki, większe lub mniejsze. Spotykają się, naradzają, rozchodzą w różne strony charakterystycznymi krokami, szybkimi, choć drobnymi. To młodzi złodzieje.

Zaczynam pisać felieton do "Twojego STYLU". Mam pomysł, nie mogę dopuścić do takiej zgęstki jak ostatnio.

14 lutego, czwartek

Pracuję przez całe przedpołudnie i popołudnie, z przerwą na obiad, który zresztą przygotowuje Mirul, chce coś zrobić, pomóc, mimo że jest w depresji. A może właśnie dlatego. Widzi, ile pracuję, ale wiem, że depresja jest nieprzemakalna, cudza praca, czułość, starania, nawet gdy jest to ktoś najbliższy, nic nie pomagają. To, że coś robi dla domu, dobrze rokuje.

Pamiętam, gdy miałam swoją trzęsionkę depresyjną, a potem stupor, katatonia psychiczna, zatrzymane w czarnym kadrze. Wtedy usiłowałam sobie przypomnieć, co czułam, jaką bliskość mieliśmy, ale to było słabe echo tamtych uczuć, już prawie niewidoczna fotografia w sepii. Dziwne, że uczucia wracają z lodowatej drogi, choć gdy trwa depresja, ten powrót wydaje się niemożliwy. Uczucia odrastają jak stracony jaszczurczy ogon.

Dobrze, że miałam kiedyś ten pieski stan, lepiej rozumiem, mogę przeczekać, choć trudno.

Co dać?

Oprócz dobrego obiadu.

Oprócz uśmiechniętej twarzy.

Trudnej miłości.

Nie chcę o tym za długo rozmawiać, bo to tylko powiększa czarną dziurę.

I tak jakoś wleczemy się, czołgamy, jakby ta sztuka o nas miała trwać wiecznie. Czy nie szkoda czasu na depresje? Czy to ma znaczenie, jeśli końcówka jest zawsze taka sama? Ma, bo poszczególne akty mogą być lepsze lub gorsze.

Cudza depresja jest jak ospa, zaraża.

Nie ma na nią żadnej szczepionki. Trzeba samemu być wynalazcą, próbować po omacku. Robię to z różnym skutkiem od lat. Różne w różnych okresach mojego życia znajdowałam lekarstwa. Ale wirus depresji uodpornia się.

Taki układ.

Biorę herbatę i idę pisać, bo muszę. Nie mam etatu, moja pensja nie wpływa na konto. Jest prosta zależność między pisaniem a stanem kasy. Proste? Może to lekarstwo na depresję? Choć ja znam tę panią. Madame Depresja, jak w Złodziejce pamięci. Znam ją dobrze. Pamiętam swoją, dlatego znoszę stany M.

Nie jęczę nad swoją dolą prawie nigdy, rzadko. Wtedy rozpaczam i płaczę, kiedy nie mogę już znieść niemocy.

Ostateczne wyjście, o którego istnieniu dobrze wiem i czasami myślę, przynajmniej na razie zamknęłam na cztery spusty. Zabiła je dechami moja ordynarna ciekawość życia.

SEN

Czterej łysi, głowa przy głowie, tyłem. Siedzą. Widzę te głowy podobne do siebie, białe, pomarszczona skóra na karku, właściwie są to tłuste fałdy. Myślę o fotografii. Żeby zrobić takie zdjęcie. Trochę się niepokoję, że mogą mnie zauważyć. Przez myśl przemknęło mi, że te łyse łby wyglądają jak kutasy (a więc Freud zadziałał już w samej materii snu! Czym jest ta myśl, nadświadomością przeniesioną aż tak bezpośrednio w sen z jawy?). Po lewej stronie pojawia się wściekle brzydki chłopak, kwadratowy, plebejski, ze źle ostrzyżoną strzechą włosów. Wszedł przez okno. Chcę go przepłoszyć jak kurę. Sio! Sio! Śmieje się, ale gdy ja wstaję, on wylatuje przez okno, tak jak wleciał.

15 lutego, piątek

Rysuję. Ręka czynna, cienki pisak. Głowa wolna.

Czytałam swoje opowiadania z tomu Człowiek, który nie umarł: Księżycowe urodziny, Ego te absolvo, Lustro, Wiosenne przebudzenie.

Płakać mi się chce nad tamtym czasem, tamtym pisaniem i tamtym czytelnikiem. To są naprawdę dobre kawałki.

Odeszłam od tych tekstów bardzo daleko, z chęci zyskania nowych czytelników. W pragnieniu popularności.

Ja się nie zmieniłam, w mojej głowie wciąż się piszą takie zdania. Jednak znajomość rynku, czytelnika zrobiła swoje.

Spustoszenie.

Coś we mnie krzyczy ciszą, by wrócić. Wrócić! Wrócić! Czy to jest jeszcze możliwe? I dla kogo? Czy nasi inteligenci albo intelektualiści, te nasze nadmuchane polskie wielkości są w stanie docenić tego rodzaju prozę? Gówno, gówno, rzekł Żółcik. Nie są. Nigdy. To gąbczaste mózgi. I chuj z nimi. Tylko ten soczysty zwrot mi się nasuwa.

16 lutego, sobota

Hotel Victoria - Co pani na to?

Było o konkubinatach. Powiedziałam, że Kościół jednak się zmienia, że pamiętam, jak biegłam się wyspowiadać, gdy przed komunią zjadłam truskawkę; zjedzenie czegoś i przystąpienie do komunii było grzechem śmiertelnym. A dziś można pójść na hamburgera, potem wziąć hostię i spokój. Dlatego, mówię, można sobie wyobrazić, że za pięćdziesiąt lat zostanie zniesiony celibat i dwaj księża żyjący w konkubinacie będą mogli razem odprawiać mszę. Redaktor Andrzej Kwiatkowski trochę stężał i mówi: Widzę, jakie będziemy mieli w poniedziałek listy. Było śmiesznie.

Późnym popołudniem telefon. Jakiś ksiądz. Podczas naszej rozmowy bił dzwon, komu bił? Bił on tobie. Atakował mnie, zarzucał niewiedzę, ale mówię mu, że moja wiedza na temat celibatu była wystarczająca, bym wyciągnęła wnioski, jakie wyciągnęłam. Chyba siedział na plebanii, a dzwony wciąż biły. Rozmawialiśmy pół godziny, przestał być agresywny, zmienił ton, przedstawił się z imienia i nazwiska, a w końcu podał mi nawet swój telefon, na wszelki wypadek. Powiedział, że tego wymaga savoir-vivre. Podczas tej długiej rozmowy często powoływał się na kulturę i savoir-vivre. I na Francuzów. Że nie wypada we Francji, w dobrym towarzystwie, przy stole mówić o placu Pigalle i tych wszystkich patologiach. Ja na to, że ten plac istnieje, ma się dobrze, i choć siedzący za stołem o nim nie mówią, to jednak chodzą tam. A to, że się tego nie ujawnia, to jedynie hipokryzja. I pytam go, co to ma wspólnego z małżeństwem, konkubinatem i celibatem? Mówię mu, że Kościół zbytnio zajmuje się seksem, że na świecie jest wiele rzeczy znacznie gorszych niż to, że dwoje ludzi różnej albo tej samej płci robi to i owo. Wiele jest rzeczy, które znacznie bardziej przeszkadzają w życiu.

Znów to samo. Kładziesz się na lewym boku jako młoda dziewczyna, a budzisz się na prawym jako stara kobieta.

Mirulowi śnił się Jonasz. Wiedział, że on jest po tamtej stronie. Dobrze wyglądał, opalony, miał jasne włosy, jak wtedy, gdy był młodzieńcem. Mirul chciał go przeciągnąć na tę stronę, ale nie wiedział jak.

17 lutego, niedziela

Czytanie, śniadanie, pisanie, taka kolejność.

Potem, podczas pracy, gapienie się na zieleń, którą już widać, już jest inna niż zimowa. Niebo inne i ptaki przeczuwające wiosnę. Wyspokojenie organizmu.

Pragnę wiosny; choć w dzień słońce, w nocy wciąż mróz.

Telefonowała moja telefoniczna zmora, szczęściem tylko pół godziny. Nie ma poczucia czasu. Gdy pytaliśmy babcię Marusię: ile rozmawiałaś, ona zawsze odpowiadała: około dziesięciu minut, a było zwykle czterdzieści. To są te niekończące się monologi, które nie mają początku ani końca, które przerwać może cokolwiek, byle co, byle się wydarzyło. Teraz jest lepiej, bo ludzie mają dodatkowo komórkę, więc ona może zadzwonić i wtedy przerywa się ta logorea.

Nienawidzę długiego gadania przez telefon. Nie zawsze można przerwać, czasami ktoś potrzebuje pomocy, to się mu ją daje, ale to pytlowanie, obgadywanie, zasiewanie nienawiści jest po prostu nie do zniesienia.

Sen, jawa, granica. Pamięć czy tylko wyobrażenie siebie malutkiej w długiej flanelowej koszulinie, nawet czuję jej miękkość.

Mam takie najstarsze swoje zdjęcie. Okrągła głowa, długa koszulka biała w kwiaty. Matka trzyma mnie na ręce. Tu, w tej wizji, wyciągnęła ręce w górę i patrzymy na siebie. Jednocześnie wtedy i teraz.

Taką koszulę, długą aż do pięt, matka uszyła mi, gdy wyjeżdżałam na studia do Torunia, do akademika. Była bardzo śmieszna, staroświecka przy tych wszystkich przejrzystościach i jedwabiach, jakie dziewczyny nosiły. Miała być antysexy, ale nie była.

18 lutego, poniedziałek

Teresa Torańska - w telefonicznej rozmowie, jak zawsze krótkiej, rozmawiamy telegraficznie - w sprawie, bo Teresa zna wartość i czasu, i słowa. Co innego, gdy się spotykamy. Wtedy można się nagadać. Dobrze, że mieszkają z Leszkiem tuż obok.

Dowiedziałam się o nowym aspekcie handlu "skórami"; chodzi o anestezjologiczny środek - pavulon. Otóż ludzie (chyba za dużo powiedziane) z pogotowia brali go tyle, bo jest użyteczny przy skrobankach, stąd zapotrzebowanie, bo przy restrykcyjnej ustawie antyaborcyjnej podziemie ginekologiczne nie tylko kwitnie, ale i owocuje.

19 lutego, wtorek

W Czytelniku spotkałam się z Małgosią Jóźwiak, zaraz też przyleciała Lilianka, ale musiałam z M.J. pogadać oddzielnie.

Zjadłyśmy razem obiad, potem przyszedł Włodek Zawadzki, po kolejnej podróży, jak zawsze. Powinien mieć wizytówkę jak Holly ze Śniadania u Tiffany'ego, zamiast zawodu, pod nazwiskiem: "w podróży". Kiedy przyszedł Janusz Głowacki, król Czytelnika, zrobiło się wesoło. Włodek stawiał wino. Mimo różnych animozji było zabawnie i często wybuchaliśmy śmiechem, aż zerkali na nas z zazdrością ludzie przy innych stolikach.

Coraz trudniej ludziom się śmiać.

20 lutego, środa

Zaczął sypać miękki śnieg. Wielkie płaty. Gawron siedzący naprzeciwko mojego okna na dachu domu Hani, czarny, z wypiętym brzuchem, wygląda jak wiejski proboszcz; wstrząsa się, jakby w dreszczach. Jednak nie chowa się pod drzewem czy daszkiem przy wejściu. Siedzi na dachu, snajper patrolujący osiedle. Czuwa.

Wydaje się, że ten ptak mi się przygląda, choć to niemożliwe.

Może, patrząc na mnie, myśli sobie: ciekawe, jak ktoś może tak długo tkwić w bezruchu, siedząc przy biurku.

Ktoś? Tkwi? Bezruch? Siedzi? Biurko? - Nie dla Gawrona te myśli.

Czy interakcja z Gawronem nie dotyczy związku: pisarz - czytelnik?

Gawron czytelnik? Pan Gawron.

Dziwne, że niektórzy mężczyźni mówią w taki sam zawistny sposób o innych mężczyznach, jak kobiety na damskim party. Mówi jeden o drugim, że "dupczy te wszystkie kobiety, nie dając im nic w zamian". A ja na to: a co ma im dać, biedny, musi się zdrowo namozolić. Pytanie, czy one chcą czegoś "w zamian"? Czy my chcemy czegoś w zamian, a jeśli tak, to czego?

Prostytutka chce w zamian pieniędzy, dziwka - prezentu, przeciętna żona - bezpieczeństwa, kochanka - wyrzeczenia się rodziny, a jednodniówka, jętka - muszka, czy częściej jednonocka, chce uspokojenia rozedrganej waginy.

A czego ja chciałam? Kiedyś wszystkiego jednocześnie. Teraz chcę być chciana, i nie tylko o seks chodzi. Mniej nawet o seks niż o pożądanie bycia ze mną.

Mirul nigdy nie mówi o innych facetach w takim sensie. Nie obchodzą go, wie, że nie obchodzą także mnie.

Ostateczny kształt i zamknięcie projektu tomu. Siedziałam nad tym dłużej, niż sądziłam.

Czuję się podle, nie poszliśmy więc ani na Xymenę, ani na Jacka Kaczmarskiego. Bardzo chciałam usłyszeć jego koncert na żywo. Boję się jednak tłumu, moja klaustrofobia nie chce ustąpić. Czasami jest to wygodne tłumaczenie, bywa jednak denerwujące, bo uniemożliwia mi niekiedy robienie tego, co bym chciała, oglądanie dobrego filmu, dobrego teatru. Koncert symfoniczny wytrzymuję, bo sala przestronna i jasna. Nie mogę wysiedzieć w salach nabitych ludźmi, o przyciemnionym świetle, niskim suficie.

22 lutego, piątek

Dzisiejsza data to 22022002 albo 20020222, albo 02222002, ludzie podniecają się tymi cyferkami, jakby kolejność zer i dwójek miała jakiekolwiek znaczenie.

Wróżbici wyciągają z tego wnioski, zapominając, że ten sam dzień w innym kalendarzu figuruje pod innym rokiem.

Wawrzyn wpadł na chwilkę, zjedliśmy coś, wypiliśmy herbatę, zabrał listy.

Martwię się o niego, mimo że świetnie sobie radzi.

Mejl - 22 lutego 2002 - od Agnieszki Grzybek.

Pani Krystyno, zbieramy obecnie podpisy pod listem, który profesor Maria Janion napisała zaniepokojona, czy też raczej wkurzona stanem debaty o prawach kobiet w Polsce. Mamy już podpis Wisławy Szymborskiej, Ireny Grudzińskiej-Gross, Magdaleny Łazarkiewicz, Henryki Bochniarz. Jeżeli zgadza się Pani z duchem tego listu, a sądząc z Pani wypowiedzi w programie Co pani na to? - tak, byłabym wdzięczna za wyrażenie zgody na umieszczenie podpisu.

Pozdrawiam serdecznie i oczekuję odpowiedzi.

Agnieszka Grzybek

W załączniku list Marii Janion do Parlamentu Europejskiego.

Podpisałam ten list, bo oczywiście jest słuszny, politycy handlują kobietami jak dawniej niewolnicami, w rządowym majestacie, na europejskim targu sprzedają nasze prawa. Nikt zresztą w Europie nie chce tego kupić i nie robi zakusów na naszą cnotę. Dewocja jest tak samo fałszywa, jak niegdyś był komunizm.

23 lutego, sobota

W Victorii - znowu program Co pani na to?

Program był niezły, ale najciekawsze jest to, co po programie! Inka Chojna-Duch ścięła się z Leną. Gdy Elżbieta - Inka (bo ja znam ją pod tym imieniem jeszcze z czasów, gdy znał ją Jonasz, jak również zna ją jako Inkę - Wanda, nasza krawcowa artystka) wyszła, zaczęły się spekulacje polityczne. Kobiety spekulują o niebo lepiej niż mężczyźni, oprócz wiedzy mają intuicję.

Nasz program znalazł się w dziesiątce najlepiej oglądanych programów telewizyjnych. Dwa miliony sześćset tysięcy widzów! I do tego 422-tysięczny przyrost.

Po programie: z Magdą Środą w jej sklepie z dobrymi rzeczami do jedzenia.

Po powrocie: masaż, ćwiczenia, obiad.

I wreszcie do roboty. Żeby nie stracić całego dnia, bo muszę dużo jeszcze zrobić.

Dzisiejsza "Rzepa" doniosła o aferze w naszym Kościele, chodzi o arcybiskupa Paetza, co to kleryków molestował. My jeszcze o tym w programie nie mówimy, bo za świeże. Kwiatkowski nie chciał, bo jeszcze nie wiadomo, czy to jest "wiarygodne". To chyba jest pewne, bo "Rzepa" nie pisałaby bez stuprocentowej pewności, bowiem Kościół nasz-Matka nasza jest przedmiotem kultu sam w sobie, jego ludzie traktowani są jak prawdziwi namiestnicy Boga na ziemi i egzekwują należne im boskie prawo nietykalności.

Może to "Rzeczpospolitej" pomoże stanąć na nogi, bo od razu sprzedał się nakład, trudno było kupić gazetę. Ma kłopoty z Orklą, czyli norweskimi rybakami, którzy zabrali cztery strony kultury z "Plusa i Minusa", bo kto by się przejmował inteligentami i ich potrzebami. Czasem można było przeczytać tam coś ciekawego, jakiś niezły esej, Jastruna-Smecza, dobre wywiady Subotic. No i przynajmniej krytyka - nie jest hermetycznie zamknięta. Miałam tam nawet recenzję ze Złodziejki pamięci, wywiad z okazji Krótkiej historii Iwony Tramp.

24 lutego, niedziela

Zaczęłam felieton do "Przeglądu", w głowie wydawał się już gotowy, ale na ekranie zmienił się zupełnie, zawsze lubię mieć od czego się odbić. Często dzieje się tak z konstrukcją powieści.

Mirul ma dziś zajęcia dla zaocznych, po raz pierwszy w tym roku.

Wawrzyn przyjedzie na obiad.

Mirul wrócił i razem zjedliśmy w spokoju. Druga część dnia była więc prawdziwą niedzielą, taką jak w Poznaniu, w domu, z niedzielnym obiadem.

Czasami widzę cudze myśli. Widzę, jak krążą, kołują i lądują. Tak było i dziś. Fruwają w powietrzu ciężkie jak kamienie albo prawie niesłyszalnie warczą jak latające wysoko ciche samoloty, bywają ptakami, białymi albo rajskimi w niespotykanych kolorach, te widać w uśmiechniętych oczach i wygładzonej twarzy. Czarne ptaszyska przeszywające powietrze pod sufitem powodują, że zaczynam się bać. Sępy tylko czekają, żeby wtargnąć w nasz spokój i zepsuć wszystko.

25 lutego, poniedziałek

Poranne ćwiczenia na sprzęcie.

Anna załatwiła mi przepisanie moich dawnych opowiadań na dyskietki. Będę nad nimi pracowała, nie chcę tracić czasu na automatyczne przepisywanie. Te opowiadania są sprzed epoki komputera, to naprawdę epoka!

Dziewczyny z instytutu Anny dorobią do pensji, a ja będę miała to z głowy. Wszyscy są zadowoleni. Poza tym - tu powinnam skromnie odchrząknąć, ale ani mi się śni - przeczytają kawałek dobrej literatury. Może się zgorszą, może o czymś pomyślą, zawsze to lepsze, niż gapić się w telewizor.

26 lutego, wtorek

Imieniny Mirula.

Janina przyszła dziś po raz pierwszy do sprzątania z bardzo spokojną i ułożoną Kazią. Była księgową, straciła pracę. Przynajmniej wie, że u mnie nikt nie będzie nią pomiatał. Jestem zadowolona, bo we dwie szybciej zrobią porządki.

Gdy podchodziły do furtki, wyglądały jak klasyczna para świadków Jehowy. Stateczny krok, poważne blade twarze, powolne ruchy, szarobure stroje. Potem jednak w odróżnieniu od Polek katoliczek, które się przewinęły przez nasz dom, pracowały, aż furczało.

Janina jest, a czy Kazia też, nie wiem. Nie pytałam. Z Janiną na początku zostało ustalone, że nie rozmawiamy o religii, że nie będzie mnie nawracała, bo to dla niej byłaby strata czasu. I tak jest dobrze. W niczym jej nie ranię, ona mnie nie męczy.

Pismo czytam sama, sama je komentuję i to mi sprawia frajdę. To nie całkiem to słowo.

Najważniejsze, że są tak uczciwe, że mogę zostawić je w domu i pojechać do miasta.

Pojechałam do Miry, ma także dziś imieniny. Najpierw kupiłam w naszej małej kwiaciarni przy Młodzieńczej żółty bukiet, róże, tulipany, gerbery. Zwłaszcza gerbery są tak żółte, że aż świecą jak małe rozpalone słońca. Tu są najpiękniejsze i najświeższe kwiaty. I kwiaciarki z gustem.

W salonie Mira święto. Sałatki, torty, ciasta i nalewka z mirabelek - wspaniała, pachnąca. Mira szczęśliwa, kto by nie lubił dowodów uczuć.

Mira mądrzejsza od niejednej inteligentki, dziennikarki. Dobry człowiek, wiele jej uczennic o tym się przekonało. Zauważyłam, że nigdy nie jest obojętna na biedę, na starość, przygarnia kulawe kaczki, staruszki handlujące czosnkiem, zawsze dostaną taborecik, żeby mogły siąść. Nie mówiąc o tym, że wszystkie klientki kupują taki dobry mały czosnek, z drobnymi ząbkami.

Lubię do niej chodzić, lubię słuchać, jak opowiada.

Jest niezłą obserwatorką. Zauważyła próby osaczania mnie przez różne osoby. Walczę z tym, cenię wolność, ale niektóre osoby ścigają mnie, pytają, chcą wiedzieć, rozpytują innych, czy mnie widzieli, o której, jak zawodowi wywiadowcy, nie popuszczą, póki się nie dowiedzą. Niektóre nawet Mirę pytają. Mira mówi: "Gdybym wiedziała, że ktoś umówił się na ważne spotkanie, unikałabym jak ognia tego miejsca, nie odważyłabym się przeszkadzać".

To nie jest więc moja paranoja, to jest zauważalne.

Miałam kiedyś dawniej problemy z zazdrośnikami czającymi się wszędzie, wieczorem pod domem Małgorzaty Sz., mojej poznańskiej przyjaciółki, pod moim domem, pod szkołą.

Nienawidzę zazdrości, tego szekspirowskiego zielonookiego potwora, który zabija naturalność, mogą mi długo opowiadać, że to siostra miłości. Taka siostra jak Balladyna dla Aliny i parę jeszcze jest takich postaci w wielkiej literaturze, także światowej.

Te zielone gały widziałam też w moim rodzinnym domu. Ojciec był chorobliwie zazdrosny o matkę, do końca życia, bo to jest nieuleczalne.

To nie jest patologiczna potrzeba wolności i nie alergiczna reakcja na myszkowanie w moich sprawach.

Mirul dawno mi powiedział, że kobiety wokół mnie, przyjaciółki i koleżanki, kontrolują moje życie. Bardziej niż on. To fakt. Przynajmniej starają się.

Najpierw usiłowała zagarnąć mnie matka, potem ubezwłasnowolnić chciała przyjaciółka, nie udało się, sama się uzależniła, a kiedy wyszłam za mąż, przyjaźń się cofnęła i zamieniła w daleką znajomość. Nie udało się jej odgrzać w żaden sposób.

Próby spełzły na niczym, spełzły jak flagi wiszące długie lata na słońcu i deszczu.

Teściowa z kolei osaczała nas oboje, Mirka i mnie, swoimi pytaniami śledczymi, kto był, co powiedział, z kim się spotykaliśmy i w jakim celu.

Także D. usiłował pokazać mi, że wie, co robię i dokąd chodzę.

A jednak nikomu nie udało się mnie osaczyć, nawet jeśli poznał trasy moich wędrówek. Bo to nic dla mnie nie znaczy, nic nie zmienia, że ktoś chodzi moim tropem, chcąc poznać wszystkich moich znajomych. To jest po prostu denerwujące i tyle.

Dlaczego ludzie muszą posiłkować się cudzym życiem, podpierać się nim jak protezą? Czy nie czują, że w ten sposób to oni uzależniają się od osoby, którą śledzą?

Pamiętam to, co powiedział kiedyś Ryszard Krynicki, gdy przyjechał do miasta na spotkanie, ktoś czekał na niego na dworcu i "wyobraź sobie, zadał mi trzy pytania, jedno po drugim". R.K. uważał, że to nie jest osoba godna zaufania, bo nie może być nim ktoś, kto zadaje tyle pytań, bombarduje człowieka własną ciekawością. Wtedy śmialiśmy się z tego, teraz uważam, że miał rację. Zapamiętałam to, mimo że działo się ze dwadzieścia lat temu i miało dodatkowy, ubecki aspekt. Podejrzliwość bywała uzasadniona w Poznaniu, gdzie było niewielu opozycjonistów: Barańczak i Krynicki należeli do najbardziej inwigilowanych. Myślę, że emigracja Staszka Barańczaka wiązała się ściśle z nękającą, ciągłą obecnością ubecji pod domem. Pamiętam, że nawet gdy odbywały się imieniny Ani B. albo Staszka, trzeba było się przedzierać przez szpaler tajniaków. Przesadzam, ale tylko trochę.

Wieczorne party imieninowe. Dziemboszczada (to określenie Kossaka, z jego pamiętników), Teresa Torańska z Leszkiem, Michał Braniewski bez Iwony, która w Busku leczy nogę. Wawrzyn i my. Wawrzyn przywiózł ciastka nazywane uszami Chamana czy Hamana (?).

Zrobiłam na dziś schab z owocami i razem z Mirulem przyrządziliśmy trzy duże sałatki. Pięć razy lepsze i tyleż razy tańsze niż "cateringowe" jedzenie, jakie zamówiliśmy kiedyś. Raz i dosyć.

Rozmowy o polityce, literaturze i obyczajach księży także.

27 lutego, środa

8.30 masaż, potem ćwiczenia.

Postarałam się o stałą pracę w nowo otwartym zakładzie kosmetycznym dla B. Kiedyś nie interesowałam się tak innymi ludźmi. Żeby im pomagać. Może też mało kto mnie prosił. Zresztą wszyscy mieli wtedy pracę. Jedno, co miałam zawsze, od dzieciństwa, to litość. Potrafiłam delikatnie podsunąć kanapkę głodnemu dziecku w szkole. Było to jednak łatwe, bo sama nie lubiłam jeść śniadań, więc to żadne wyrzeczenie. Kiedy miałam sześć lat, leżałam w szpitalu ze złamaną poważnie w obojczyku ręką, biedne dzieciaki obsiadały moje łóżko jak głodne ptactwo. A ja rozdawałam to, co matka i ojciec zdobyli z wielkim trudem, bo cierpieliśmy wówczas biedę. Byłam wtedy w fazie olśnienia żywotami świętych, zachwycona sobą mała kretynka. Miało to zresztą jeszcze jeden brzydki aspekt, otóż rozdając, czułam, że zdobywam przewagę. Altruizm nie całkiem czysty.

Matka, gdy dowiedziała się o tym, miała łzy w oczach, nie dlatego że wzruszyła ją moja dobroć, ale że nie zjadłam tego, co dla mnie przeznaczono. Pielęgniarka naskarżyła matce i musiałam już potem opychać się przy niej winogronami i czekoladą.

W tej wypłowiałej akwareli z dzieciństwa tkwi wielkie pomieszanie dobra i zła, relatywizm moralny widoczny gołym okiem. Jedni od ust sobie odejmują, by dać dziecku, inni - w mojej osobie - rozdają wszystko, nie bacząc na rodzicielski trud. Celowo piszę o tym w taki sposób, bo bawi mnie wyszukiwanie elementów zła w tym, co powszechnie uznaje się za dobro.

28 lutego, czwartek

O 11.00 przyszedł chłopak z pisma "Cogito" na wywiad. Był dobrze przygotowany i dobrze wychowany, nie nachalny, ale też nie strachliwy. Sprawiał wrażenie, jakby interesowało go naprawdę to, co robi. Dałam wywiad do pisma dla licealistów, bo uważam, że powinnam czasami zrobić coś dla ludzi młodych. Iwona Tramp, pierwsza polska powieść internetowa, była częścią tego programu, choć przeliczyłam się w tym przypadku, stawiając na inteligencję młodzieży. Jednak internet skupia także przygłupów i nic na to się nie poradzi. Nie myślę o tych, co korzystają z internetu w pracy, czy tych ciekawych świata, ale o agresywnych bubkach, tych anonimowych frustratach i młodych zgredach. Dobrze, że książka wyszła drukiem, bo przynajmniej znalazła normalnych młodych czytelników.

Telefony. Podobno Kaszuba już odeszła z "Twojego STYLU". Ciekawe, że nic o tym nie wiem. Obiecywała, że powie mi, zanim to zrobi. A może to plotka. W tym ulu ciągle huczy.

Dzisiejszy wywiad jednak mnie zmęczył, nie mogłam od razu siąść do roboty. Herbata. Spokojne siedzenie. I czytanie. Potem pisałam kawałek tekstu dla nikogo. Dla siebie.

W łóżku czytanie do nocy.