Lew i jednorożec. Najlepsze eseje i felietony - George Orwell

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (31,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Uśmier­ca­nie li­te­ra­tu­ry[1]

"Po­le­mic", sty­czeń 1946;

"The Atlan­tic Mon­th­ly", ma­rzec 1947

[...]

Zor­ga­ni­zo­wa­ne łgar­stwo prak­ty­ko­wa­ne przez to­ta­li­tar­ne re­żi­my nie jest, wbrew opi­nii nie­któ­rych, je­dy­nie środ­kiem do­raź­nym, zbli­żo­nym do pod­stę­pu o cha­rak­te­rze mi­li­tar­nym. Jest ono nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne z to­ta­li­ta­ry­zmem i trwa­ło­by, na­wet gdy­by obo­zy kon­cen­tra­cyj­ne i taj­na po­li­cja prze­sta­ły być po­trzeb­ne. W krę­gach ko­mu­ni­stycz­nej in­te­li­gen­cji krą­ży pew­na le­gen­da: choć so­wiec­kie wła­dze zmu­szo­ne są obec­nie pro­wa­dzić kłam­li­wą pro­pa­gan­dę, or­ga­ni­zo­wać pro­ce­sy po­ka­zo­we i do­pusz­czać się in­nych znie­kształ­ceń praw­dy, w ta­jem­ni­cy skru­pu­lat­nie spi­su­ją wszyst­kie fak­ty, aby kie­dyś ogło­sić je świa­tu. Mo­że­my być jed­nak pew­ni, że ni­g­dy to nie na­stą­pi, gdyż ta­kie dzia­ła­nie wy­ma­ga­ło­by men­tal­no­ści li­be­ral­ne­go hi­sto­ry­ka, wie­rzą­ce­go, że prze­szło­ści nie da się zmie­nić, a zdo­by­wa­nie rze­tel­nej wie­dzy hi­sto­rycz­nej jest ce­lem sa­mym w so­bie. Z to­ta­li­tar­ne­go punk­tu wi­dze­nia hi­sto­rię się two­rzy, a nie od­kry­wa. Pań­stwo to­ta­li­tar­ne to w isto­cie teo­kra­cja, w któ­rej ka­sta rzą­dzą­ca utrzy­mu­je się przy wła­dzy tak dłu­go, jak dłu­go uwa­ża­na jest za nie­omyl­ną. A po­nie­waż nikt tak na­praw­dę nie jest nie­omyl­ny, czę­sto ko­niecz­na oka­zu­je się zmia­na prze­bie­gu wy­da­rzeń, aby wy­ma­zać po­peł­nio­ny błąd lub udo­wod­nić, że ten czy in­ny wy­ima­gi­no­wa­ny triumf rze­czy­wi­ście miał miej­sce. Z ko­lei każ­da więk­sza zmia­na kie­run­ku po­li­tycz­ne­go wy­ma­ga do­sto­so­wa­nia do niej dok­try­ny oraz po­now­nej oce­ny czo­ło­wych po­sta­ci hi­sto­rycz­nych. Te­go ty­pu pro­ce­sy za­cho­dzą wszę­dzie, lecz wy­raź­nie czę­ściej pro­wa­dzą one do za­kła­ma­nia w spo­łe­czeń­stwach pod­po­rząd­ko­wa­nych je­dy­ne­mu słusz­ne­mu świa­to­po­glą­do­wi. To­ta­li­ta­ryzm wy­ma­ga bo­wiem cią­głej in­ge­ren­cji w prze­szłość, a na dłuż­szą me­tę praw­do­po­dob­nie rów­nież po­rzu­ce­nia wia­ry w ist­nie­nie praw­dy obiek­tyw­nej. W tym kra­ju ako­li­ci to­ta­li­ta­ry­zmu skła­nia­ją się ku twier­dze­niom, że - w ob­li­czu nie­moż­li­wo­ści do­tar­cia do praw­dy ab­so­lut­nej - wiel­kie kłam­stwo ni­czym nie róż­ni się od drob­ne­go; pod­kre­śla­ją, że wszyst­kie nar­ra­cje hi­sto­rycz­ne są ten­den­cyj­ne, a ma­te­ria­ły nie­kom­plet­ne lub nie­wia­ry­god­ne; za­uwa­ża­ją, że zgod­nie z obec­nym sta­nem wie­dzy na­uko­wej rze­czy­wi­stość to je­dy­nie złu­dze­nie, więc tyl­ko skoń­czo­ny fi­li­ster za­wie­rza świa­dec­twu wła­snych zmy­słów. W trwa­łym spo­łe­czeń­stwie to­ta­li­tar­nym naj­pew­niej za­pa­no­wał­by iście schi­zo­fre­nicz­ny sys­tem my­śli: za­sa­dy zdro­we­go roz­sąd­ku na­dal obo­wią­zy­wa­ły­by w ży­ciu co­dzien­nym i nie­któ­rych na­ukach ści­słych, ale by­ły­by ka­te­go­rycz­nie od­rzu­ca­ne przez po­li­ty­ków, hi­sto­ry­ków i so­cjo­lo­gów. Już te­raz nie bra­ku­je lu­dzi, któ­rzy fał­szo­wa­nie pod­ręcz­ni­ków do fi­zy­ki uzna­li­by za obu­rza­ją­ce, a mi­mo to nie wi­dzą ni­cze­go złe­go w fał­szo­wa­niu fak­tów hi­sto­rycz­nych. To wła­śnie na sty­ku li­te­ra­tu­ry i po­li­ty­ki to­ta­li­ta­ryzm wy­wie­ra naj­więk­szą pre­sję na in­te­lek­tu­ali­stów. Pro­blem ten, przy­naj­mniej na ra­zie, jest mniej do­tkli­wie od­czu­wal­ny w na­ukach ści­słych, co czę­ścio­wo wy­ja­śnia, dla­cze­go w każ­dym kra­ju to na­ukow­com ła­twiej jest opo­wie­dzieć się za wła­dzą niż pi­sa­rzom.

Aby­śmy nie stra­ci­li z oczu sed­na spra­wy, po­zwo­lę so­bie po­wtó­rzyć swo­je sło­wa z po­cząt­ku te­go ese­ju: choć w An­glii naj­więk­szym wro­giem praw­dy, a tym sa­mym swo­bo­dy my­śli, są po­ten­ta­ci pra­so­wi, ma­gna­ci fil­mo­wi oraz biu­ro­kra­ci, naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­cym ob­ja­wem pro­ble­mu oka­zu­je się osła­bie­nie pra­gnie­nia wol­no­ści wśród sa­mych in­te­lek­tu­ali­stów. Mo­że się wy­da­wać, że oma­wia­łem do­tych­czas je­dy­nie wpływ cen­zu­ry na dzien­ni­kar­stwo po­li­tycz­ne, a nie li­te­ra­tu­rę ja­ko ta­ką. Lecz na­wet przyj­mu­jąc, że Zwią­zek Ra­dziec­ki sta­no­wi dla bry­tyj­skiej pra­sy te­mat ta­bu; że kwe­stie ta­kie jak spra­wa pol­ska, hisz­pań­ska woj­na do­mo­wa czy pakt za­war­ty przez Hi­tle­ra i Sta­li­na wy­klu­cza się z po­waż­nych dys­ku­sji; że po­sia­da­jąc in­for­ma­cje sprzecz­ne z przy­ję­tą or­to­dok­sją, na­le­ży je znie­kształ­cić lub prze­mil­czeć - dla­cze­go wszyst­ko to mia­ło­by wpły­wać na sze­ro­ko po­ję­tą li­te­ra­tu­rę? Czy każ­dy pi­sarz jest za­ra­zem po­li­ty­kiem, a każ­da książ­ka si­łą rze­czy zwy­kłym re­por­ta­żem? Czy pi­sarz nie mo­że za­cho­wać wol­no­ści my­śli w każ­dych wa­run­kach? Czyż nie mógł­by, na­wet i pod naj­tward­szą dyk­ta­tu­rą, ukry­wać swo­ich nie­orto­dok­syj­nych idei tak skrzęt­nie lub prze­są­czać ich w sło­wa tak ostroż­nie, że wła­dze nie by­ły­by w sta­nie go po­wstrzy­mać, zbyt nie­udol­ne, by przej­rzeć je­go praw­dzi­we za­mia­ry? A je­śli jest on zwo­len­ni­kiem do­mi­nu­ją­cej dok­try­ny, dla­cze­go mia­ło­by go to ogra­ni­czać? Czyż li­te­ra­tu­ra, jak każ­da in­na ga­łąź sztu­ki, nie roz­kwi­ta naj­buj­niej w spo­łe­czeń­stwach wol­nych od po­waż­nych tarć ide­olo­gicz­nych i ostrych po­dzia­łów po­mię­dzy ar­ty­stą a od­bior­ca­mi je­go dzieł? Czy na­le­ży przy­jąć, że każ­dy pi­sarz jest bun­tow­ni­kiem lub przy­naj­mniej oso­bą wy­jąt­ko­wą?

Ile­kroć sta­je­my w obro­nie swo­bo­dy in­te­lek­tu­al­nej prze­ciw za­ku­som to­ta­li­ta­ry­zmu, mu­si­my mie­rzyć się z te­go ty­pu ar­gu­men­ta­mi. Wy­ra­sta­ją one z kom­plet­ne­go nie­zro­zu­mie­nia, czym li­te­ra­tu­ra jest oraz jak - czy też ra­czej dla­cze­go - w ogó­le po­wsta­je. Re­żim to­ta­li­tar­ny upa­tru­je w pi­sa­rzu pod­rzęd­ne­go ar­ty­sty es­tra­do­we­go bądź prze­kup­ne­go pi­sma­ka go­to­we­go zmie­niać gło­szo­ną pro­pa­gan­dę na za­wo­ła­nie tak ła­two, jak ulicz­ny gra­jek zmie­nia wy­gry­wa­ną me­lo­dię. Za­tem w ja­kim ce­lu wła­ści­wie pi­sze się książ­ki? Wszel­ka li­te­ra­tu­ra po­wy­żej pew­ne­go po­zio­mu sta­no­wi pró­bę wy­war­cia wpły­wu na świa­to­po­gląd in­nych lu­dzi po­przez opi­sa­nie okre­ślo­nych do­świad­czeń. Pod tym wzglę­dem pro­blem swo­bo­dy wy­po­wie­dzi do­ty­ka za­rów­no prze­cięt­ne­go dzien­ni­ka­rza, jak i naj­bar­dziej "apo­li­tycz­ne­go" li­te­ra­ta. Dzien­ni­karz jest znie­wo­lo­ny i ma świa­do­mość wła­sne­go znie­wo­le­nia, gdy zmu­sza się go do pi­sa­nia kłamstw lub za­bra­nia mu się do­no­sić o wy­da­rze­niach, któ­re uwa­ża za war­te uwa­gi; pi­sarz jest znie­wo­lo­ny, kie­dy mu­si za­kła­my­wać wła­sne su­biek­tyw­ne od­czu­cia, w je­go oczach rów­ne fak­tom. Że­by uwy­pu­klić istot­ne dla sie­bie kwe­stie, mo­że on na­gi­nać rze­czy­wi­stość i przed­sta­wiać ją ka­ry­ka­tu­ral­nie, lecz nie mo­że fał­szy­wie od­ma­lo­wać kra­jo­bra­zu wła­sne­go umy­słu - nie jest w sta­nie prze­ko­nu­ją­co stwier­dzić, że lu­bi coś, cze­go nie zno­si, bądź wie­rzy w coś, cze­mu wia­ry nie da­je. Zmu­szo­ny do te­go pręd­ko opa­da z sił twór­czych. Nie mo­że też omi­nąć te­go pro­ble­mu, trzy­ma­jąc się z da­la od kon­tro­wer­syj­nych te­ma­tów. Praw­dzi­wie apo­li­tycz­na li­te­ra­tu­ra nie ist­nie­je, przy­naj­mniej nie w ta­kich cza­sach jak obec­ne, kie­dy po­li­tycz­ne oba­wy, ani­mo­zje i sym­pa­tie bu­zu­ją tuż pod po­wierzch­nią zbio­ro­wej świa­do­mo­ści. Na­wet jed­no ta­bu mo­że zu­peł­nie spa­ra­li­żo­wać umysł, gdyż swo­bod­ne po­dą­ża­nie za ni­cią do­wol­nej my­śli za­wsze nie­sie ze so­bą ry­zy­ko na­tknię­cia się na ową myśl za­ka­za­ną. Dla­te­go wła­śnie cięż­ka at­mos­fe­ra to­ta­li­ta­ry­zmu jest tak za­bój­cza dla pro­za­ika, choć po­ecie, a w każ­dym ra­zie po­ecie li­rycz­ne­mu, nie­kie­dy uda­je się w niej za­czerp­nąć po­wie­trza. Nie­wy­klu­czo­ne, że po kil­ku po­ko­le­niach każ­de spo­łe­czeń­stwo to­ta­li­tar­ne uśmier­ca wła­sną pro­zę, eli­mi­nu­je jej for­mę roz­wi­ja­ną przez ostat­nie czte­ry­sta lat.

Wpraw­dzie li­te­ra­tu­ra nie­kie­dy roz­kwi­ta­ła pod rzą­da­mi de­spo­tów, lecz - jak za­uwa­ża­no już wcze­śniej - po­przed­nie de­spo­ty­zmy nie by­ły to­ta­li­tar­ne. Ich apa­rat opre­sji był nie­wy­daj­ny, kla­sa rzą­dzą­ca zwy­kle sko­rum­po­wa­na, apa­tycz­na lub fa­sa­do­wo li­be­ral­na, a ów­cze­sne dok­try­ny re­li­gij­ne z re­gu­ły prze­ciw­ne per­fek­cjo­ni­zmo­wi oraz po­ję­ciu ludz­kiej nie­omyl­no­ści. Nie­mniej to w okre­sach de­mo­kra­cji i wol­no­ści my­śli pro­za wzbi­ja­ła się na naj­wyż­szy pu­łap ar­ty­stycz­ny. Tym, co wy­róż­nia dok­try­ny to­ta­li­ta­ry­zmu, jest po­łą­cze­nie nie­pod­wa­żal­no­ści oraz nie­sta­bil­no­ści: na­le­ży przy­swa­jać je so­bie i prze­strze­gać ich pod ka­rą po­tę­pie­nia, ma­jąc jed­no­cze­śnie świa­do­mość, że mo­gą się one zmie­nić w każ­dej chwi­li. Weź­my na przy­kład cał­ko­wi­cie sprzecz­ne ze so­bą sta­no­wi­ska, ja­kie an­giel­ski ko­mu­ni­sta lub "to­wa­rzysz po­dró­ży" mu­siał przyj­mo­wać wo­bec woj­ny mię­dzy Wiel­ką Bry­ta­nią a Niem­ca­mi. Przed wrze­śniem 1939 ro­ku przez la­ta ocze­ki­wa­no od nie­go bez­u­stan­ne­go gar­dło­wa­nia prze­ciw "okro­pień­stwom na­zi­zmu" i pięt­no­wa­nia Hi­tle­ra w każ­dym tek­ście; po wrze­śniu 1939 ro­ku mu­siał przez dwa­dzie­ścia mie­się­cy wie­rzyć, że w rze­czy­wi­sto­ści wię­cej złe­go wy­rzą­dzo­no Niem­com, niż oni sa­mi wy­rzą­dzi­li ko­mu­kol­wiek, a sło­wa "na­zi­sta" uni­kać jak ognia, przy­naj­mniej w dru­ku. A gdy do je­go uszu do­tar­ły po­ran­ne wia­do­mo­ści 22 czerw­ca 1941 ro­ku, mu­siał jak na ko­men­dę po­wró­cić do daw­ne­go prze­ko­na­nia, że na­zizm to naj­plu­gaw­sze zło, ja­kie świat wi­dział. Po­li­ty­kom ta­kie ide­olo­gicz­ne wa­ha­nia przy­cho­dzą z ła­two­ścią, pi­sa­rzom jest nie­co trud­niej. Że­by umoż­li­wić so­bie zmia­nę stro­ny w klu­czo­wym mo­men­cie, pi­sarz mu­si kła­mać na te­mat swo­ich su­biek­tyw­nych od­czuć lub cał­ko­wi­cie się ich wy­rzec. Co­kol­wiek zro­bi, zdła­wi w so­bie twór­czą iskrę. Nie tyl­ko je­go my­śli, ale i sło­wa bę­dą od­ma­wiać mu po­słu­szeń­stwa, sta­ną się sztyw­ne i wy­bla­kłe. Współ­cze­sne pi­sar­stwo po­li­tycz­ne skła­da się nie­mal wy­łącz­nie z go­to­wych fra­ze­sów, do­kła­da­nych je­den do dru­gie­go jak dzie­cię­ce kloc­ki. Jest to nie­uchron­ny sku­tek au­to­cen­zu­ry. Pi­sa­nie kla­row­nym, po­to­czy­stym ję­zy­kiem wy­ma­ga od­wa­gi in­te­lek­tu­al­nej, a tej nie da się po­go­dzić z po­li­tycz­ną or­to­dok­sją. Być mo­że ina­czej sy­tu­acja przed­sta­wia się w "epo­ce wia­ry" - w cza­sach, kie­dy do­mi­nu­ją­ca or­to­dok­sja jest już moc­no ugrun­to­wa­na i nie prze­strze­ga się jej rów­nie ry­go­ry­stycz­nie jak nie­gdyś. W ta­kich oko­licz­no­ściach moż­li­we wy­da­je się czę­ścio­we wy­pie­ra­nie ofi­cjal­nych do­gma­tów z umy­słu, lecz na­wet wte­dy od­bi­ja się to na twór­czo­ści pro­za­tor­skiej: w je­dy­nej eu­ro­pej­skiej epo­ce wia­ry pro­za za­nik­nę­ła nie­mal cał­ko­wi­cie. W śre­dnio­wie­czu po­wsta­ło bar­dzo nie­wie­le dzieł hi­sto­rycz­nych, a jesz­cze mniej be­le­try­sty­ki, in­te­lek­tu­al­ni przy­wód­cy spo­łe­czeń­stwa wy­ra­ża­li zaś swo­je naj­do­nio­ślej­sze my­śli w mar­twym ję­zy­ku, prak­tycz­nie nie­zmie­nio­nym od ty­sią­ca lat.

Z ko­lei to­ta­li­ta­ryzm obie­cu­je na­dej­ście nie ty­le no­wej epo­ki wia­ry, ile epo­ki schi­zo­fre­nii. Spo­łe­czeń­stwo na­bie­ra cech to­ta­li­tar­nych, gdy je­go struk­tu­ra sta­je się ra­żą­co fik­cyj­na - gdy je­go kla­sa pa­nu­ją­ca, po­mi­mo utra­ty swo­jej funk­cji, na­dal utrzy­mu­je się u wła­dzy, ucie­ka­jąc się do prze­mo­cy lub szal­bier­stwa. Ta­kie spo­łe­czeń­stwo, choć­by naj­trwal­sze, ni­g­dy nie mo­że stać się to­le­ran­cyj­ne ani sta­bil­ne in­te­lek­tu­al­nie. Nie mo­że ono po­zwo­lić so­bie na rze­tel­ne do­ku­men­to­wa­nie fak­tów ani szcze­rość emo­cjo­nal­ną nie­zbęd­ną dla twór­czo­ści li­te­rac­kiej. Nie trze­ba jed­nak być oby­wa­te­lem to­ta­li­tar­ne­go pań­stwa, aby za­truć się to­ta­li­ta­ry­zmem. Nie­któ­re idee przez sa­mą swo­ją obec­ność są­czą jad w ko­lej­ne te­ma­ty, czy­niąc je nie­zdat­ny­mi do ce­lów li­te­rac­kich. Ile­kroć spo­łe­czeń­stwu na­rzu­co­na zo­sta­je pew­na or­to­dok­sja - lub dwie, jak to czę­sto by­wa - do­bre pi­sar­stwo za­mie­ra. Naj­lep­szym te­go przy­kła­dem jest hisz­pań­ska woj­na do­mo­wa. Mi­mo że dla wie­lu an­giel­skich in­te­lek­tu­ali­stów kon­flikt ten był głę­bo­ko po­ru­sza­ją­cym do­świad­cze­niem, nie po­tra­fi­li go szcze­rze opi­sać. Je­dy­nie dwie wer­sje wy­da­rzeń uzna­no za pu­blicz­nie do­pusz­czal­ne, przy czym obie by­ły wie­rut­ny­mi kłam­stwa­mi. Z te­go po­wo­du nie na­pi­sa­no o tym kon­flik­cie nie­mal ni­cze­go war­to­ścio­we­go, choć wy­la­no na je­go te­mat mo­rze atra­men­tu.

Nie jest pew­ne, czy to­ta­li­ta­ryzm ma rów­nie nisz­czy­ciel­ski wpływ na po­ezję, jak na pro­zę. Ist­nie­je wie­le prze­sła­nek mó­wią­cych, że po­ecie ła­twiej od­na­leźć się w au­to­ry­tar­nym spo­łe­czeń­stwie. Po pierw­sze, biu­ro­kra­ci i in­ni prag­ma­tycz­ni służ­bi­ści za­zwy­czaj zbyt głę­bo­ko gar­dzą po­etą, by prze­ja­wiać ja­kie­kol­wiek za­in­te­re­so­wa­nie je­go twór­czo­ścią. Po dru­gie, treść je­go dzieł - ich "za­war­tość" po prze­ło­że­niu na ję­zyk pro­zy - ma sto­sun­ko­wo nie­wiel­kie zna­cze­nie, na­wet dla sa­me­go po­ety. Wy­ra­żo­na w wier­szu myśl jest jed­na­ko­wo pro­sta i po­dob­nie nie­istot­na dla je­go kom­po­zy­cji jak aneg­do­ta dla ob­ra­zu. Wiersz jest bo­wiem pew­ną kon­ste­la­cją dźwię­ków i sko­ja­rzeń, tak jak płót­no - po­cią­gnięć pędz­la. W krót­kich zwrot­kach, jak w wy­pad­ku przy­śpie­wu w pio­sen­ce, po­ezja mo­że obejść się bez ja­kie­go­kol­wiek zna­cze­nia. Po­ecie ła­two za­tem trzy­mać się z da­la od nie­bez­piecz­nych te­ma­tów i uni­kać po­peł­nia­nia he­re­zji - a na­wet je­śli mu się przy­da­rzy, ów nie­pra­wo­myśl­ny sens wier­sza mo­że zo­stać prze­oczo­ny. Przede wszyst­kim jed­nak do­bra po­ezja, w prze­ci­wień­stwie do do­brej pro­zy, nie­ko­niecz­nie jest wy­two­rem po­je­dyn­cze­go umy­słu. Utwo­ry po­etyc­kie ta­kie jak bal­la­dy bądź in­ne szcze­gól­nie wy­myśl­ne for­my wier­szo­wa­ne mo­gą być kom­po­no­wa­ne wspól­nie przez gru­py lu­dzi. Wpraw­dzie au­tor­stwo daw­nych bal­lad an­giel­skich i szkoc­kich to kwe­stia dys­ku­syj­na - nie wia­do­mo, czy stwo­rzy­ły je kon­kret­ne oso­by czy ra­czej ca­łe wspól­no­ty - dzie­ła te są nie­in­dy­wi­du­al­ne przy­naj­mniej w tym sen­sie, że ule­ga­ją cią­głym zmia­nom, prze­ka­zy­wa­ne z ust do ust. Na­wet gdy bal­la­dy uka­zu­ją się dru­kiem, próż­no szu­kać dwóch do­kład­nie ta­kich sa­mych wer­sji. Dla wie­lu lu­dów pier­wot­nych ukła­da­nie po­ezji by­ło za­ję­ciem spo­łecz­nym. Jed­na oso­ba za­czy­na­ła im­pro­wi­zo­wać, naj­pew­niej przy­gry­wa­jąc so­bie na in­stru­men­cie, a kie­dy wy­czer­py­wa­ły się jej po­my­sły, ktoś in­ny do­rzu­cał kil­ka swo­ich wer­sów lub ry­mów; pro­ces ten po­wta­rzał się, aż po­wsta­ła pieśń lub bal­la­da bez wy­raź­ne­go au­to­ra.

Pro­za wy­klu­cza te­go ty­pu bli­ską współ­pra­cę. Po­waż­na twór­czość pro­za­tor­ska wy­ma­ga od­osob­nie­nia, z ko­lei oży­wio­na at­mos­fe­ra pa­nu­ją­ca w gru­pie sprzy­ja nie­któ­rym for­mom wier­szo­wa­nym. Po­ezja - w tym do­bra po­ezja, acz pew­nie nie ta wy­bit­na - mo­że prze­trwać pod naj­bar­dziej in­kwi­zy­tor­ski­mi re­żi­ma­mi. W koń­cu na­wet spo­łe­czeń­stwa, dla któ­rych wol­ność i in­dy­wi­du­al­ność sta­ły się le­d­wie od­le­głym wspo­mnie­niem, po­trze­bu­ją pie­śni pa­trio­tycz­nych i bal­lad he­ro­icz­nych do opie­wa­nia wiel­kich zwy­cięstw oraz pa­ne­gi­ry­ków i lau­da­cji do schle­bia­nia wy­bit­nym wo­dzom. Te­go ro­dza­ju utwo­ry po­etyc­kie mo­gą być pi­sa­ne na za­mó­wie­nie lub two­rzo­ne wspól­nie, i to nie­ko­niecz­nie z uszczerb­kiem dla ich war­to­ści ar­ty­stycz­nych. W przy­pad­ku pro­zy spra­wa wy­glą­da ina­czej, gdyż pro­za­ik nie jest w sta­nie za­wę­zić roz­pię­to­ści wła­snych my­śli, nie po­świę­ca­jąc po­my­sło­wo­ści. Jak po­ka­zu­je jed­nak hi­sto­ria spo­łe­czeństw to­ta­li­tar­nych oraz grup spo­łecz­nych, któ­re przy­ję­ły to­ta­li­tar­ną ide­olo­gię, utra­ta swo­bo­dy szko­dzi wszyst­kim ro­dza­jom li­te­rac­kim. Za rzą­dów Hi­tle­ra li­te­ra­tu­ra nie­miec­ka znik­nę­ła nie­mal zu­peł­nie; wło­ska w tym cza­sie mia­ła się nie­wie­le le­piej. Ro­syj­ska li­te­ra­tu­ra, na ty­le, na ile da się to stwier­dzić na pod­sta­wie prze­kła­dów, istot­nie pod­upa­dła od cza­sów re­wo­lu­cji, choć te­go sa­me­go nie moż­na po­wie­dzieć o nie­któ­rych tam­tej­szych for­mach wier­szo­wa­nych. W cią­gu ostat­nich pięt­na­stu lat uka­za­ło się rap­tem kil­ka tłu­ma­czeń ro­syj­skich po­wie­ści, któ­rym war­to po­świę­cić czas. Po­mi­mo ca­łej ple­ja­dy za­chod­nio­eu­ro­pej­skich i ame­ry­kań­skich li­te­ra­tów, ja­ka swe­go cza­su prze­wi­nę­ła się przez par­tię ko­mu­ni­stycz­ną lub gor­li­wie ją wspie­ra­ła, owo prze­su­nię­cie na le­wo przy­nio­sło wy­jąt­ko­wo nie­wie­le do­brych ksią­żek. Or­to­dok­syj­ny ka­to­li­cyzm zda­je się w po­dob­ny spo­sób ha­mo­wać roz­wój pew­nych form li­te­rac­kich, zwłasz­cza po­wie­ści. Bo iluż do­brych po­wie­ścio­pi­sa­rzy z ostat­nich trzy­stu lat by­ło tak­że do­bry­mi ka­to­li­ka­mi? Nie­któ­rych te­ma­tów po pro­stu nie spo­sób opie­wać sło­wa­mi - ty­ra­nia jest jed­nym z nich. Nie na­pi­sa­no ani jed­nej do­brej książ­ki wy­chwa­la­ją­cej in­kwi­zy­cję. Być mo­że po­ezja od­naj­dzie się w cza­sach to­ta­li­ta­ry­zmu, a nie­któ­rym in­nym sztu­kom - bądź dys­cy­pli­nom z po­gra­ni­cza sztu­ki, ta­kim jak ar­chi­tek­tu­ra - ty­ra­nia bę­dzie wręcz sprzy­jać. Pro­za­ikom nie po­zo­sta­wi się jed­nak żad­ne­go wy­bo­ru: cze­ka ich mil­cze­nie lub śmierć. Pro­za, któ­ra w swo­jej współ­cze­snej for­mie po­wsta­ła na kan­wie ra­cjo­na­li­zmu i pro­te­stan­ty­zmu, jest dzie­łem au­to­no­micz­nych jed­no­stek. Uśmier­ce­nie swo­bo­dy in­te­lek­tu­al­nej oka­le­cza ko­lej­no dzien­ni­ka­rza, so­cjo­lo­ga, hi­sto­ry­ka, pi­sa­rza, kry­ty­ka, a osta­tecz­nie tak­że i po­etę. Przy­szłość mo­że przy­nieść no­we­go ro­dza­ju li­te­ra­tu­rę, wy­zu­tą z in­dy­wi­du­al­nych od­czuć i stro­nią­cą od rze­tel­nych ob­ser­wa­cji, lecz obec­nie ta­ki sce­na­riusz wy­kra­cza po­za gra­ni­ce na­sze­go poj­mo­wa­nia. Znacz­nie bar­dziej praw­do­po­dob­ne wy­da­je się na­dej­ście koń­ca kul­tu­ry li­be­ral­nej, w któ­rej ży­je­my od re­ne­san­su, a ko­niec ten po­cią­gnie za so­bą śmierć sztu­ki li­te­rac­kiej.

Rzecz ja­sna, nie ozna­cza­ło­by to zu­peł­ne­go po­rzu­ce­nia sło­wa dru­ko­wa­ne­go, to­też war­to się za­sta­no­wić, ja­kie­go ro­dza­ju czy­tel­nic­two prze­trwa­ło­by pod su­ro­wy­mi rzą­da­mi to­ta­li­tar­ny­mi. Ga­ze­ty naj­pew­niej na­dal bę­dą wy­da­wa­ne, przy­naj­mniej do­pó­ki tech­ni­ka te­le­wi­zyj­na nie osią­gnie wyż­sze­go po­zio­mu. Na­wet te­raz wąt­pli­we jest, by sze­ro­kie ma­sy spo­łe­czeństw kra­jów zin­du­stria­li­zo­wa­nych od­czu­wa­ły po­trze­bę czy­ta­nia cze­go­kol­wiek po­za co­dzien­ną pra­są. W każ­dym ra­zie lu­dzie ci nie­chęt­nie wy­da­ją pie­nią­dze na li­te­ra­tu­rę: prze­zna­cza­ją na nią kwo­ty znacz­nie niż­sze niż na in­ne roz­ryw­ki. Praw­do­po­dob­nie po­wie­ści i opo­wia­da­nia zo­sta­ną osta­tecz­nie cał­ko­wi­cie wy­par­te przez fil­my i ra­dio. Al­bo prze­trwa­ją je­dy­nie sen­sa­cyj­ne czy­ta­dła pro­du­ko­wa­ne ta­śmo­wo z mar­gi­nal­nym udzia­łem twór­czym czło­wie­ka.

Ludz­ka po­my­sło­wość za­pew­ne znaj­dzie spo­sób na ma­szy­no­we pi­sa­nie ksią­żek. Po­dob­ny pro­ces au­to­ma­ty­za­cji za­ob­ser­wo­wać moż­na we współ­cze­snym fil­mie i ra­diu, w re­kla­mie i pro­pa­gan­dzie oraz w pod­rzęd­nym dzien­ni­kar­stwie. Na przy­kład fil­my Di­sneya two­rzo­ne są prak­tycz­nie w wa­run­kach fa­brycz­nych: część pra­cy wy­ko­ny­wa­na jest ma­szy­no­wo, a część przez ze­spo­ły ar­ty­stów zmu­szo­nych pod­po­rząd­ko­wać swój in­dy­wi­du­al­ny styl pew­nej wi­zji prze­wod­niej. Słu­cho­wi­ska ra­dio­we nie­rzad­ko pi­sa­ne są przez umor­do­wa­nych wy­rob­ni­ków, któ­rym te­mat i spo­sób je­go uję­cia na­rzu­ca się z gó­ry, przy czym na­wet tak po­wsta­łe tek­sty nie są go­to­wym dzie­łem, a je­dy­nie su­ro­wym two­rzy­wem dla pro­du­cen­tów i cen­zo­rów. Po­dob­nie rzecz ma się z nie­prze­bra­ną licz­bą ksią­żek i pam­fle­tów za­ma­wia­nych przez re­sor­ty pań­stwo­we. Jesz­cze bar­dziej me­cha­nicz­na jest pro­duk­cja opo­wia­dań, po­wie­ści w od­cin­kach oraz wier­szy dla ta­nich cza­so­pism. W pe­rio­dy­kach ta­kich jak "The Wri­ter" po­ja­wia się peł­no re­klam szkół pi­sa­nia ofe­ru­ją­cych go­to­we fa­bu­ły za kil­ka szy­lin­gów. Nie­któ­re do­rzu­ca­ją do te­go tak­że pierw­sze i ostat­nie zda­nie każ­de­go roz­dzia­łu. In­ne wy­po­sa­ża­ją po­cząt­ku­ją­cych pi­sa­rzy w swe­go ro­dza­ju ma­te­ma­tycz­ne al­go­ryt­my, umoż­li­wia­ją­ce im bu­do­wa­nie wła­snych fa­buł. A jesz­cze in­ne sprze­da­ją ta­lie kart z opi­sa­mi po­sta­ci i scen; wy­star­czy prze­ta­so­wać ta­kie kar­ty i roz­ło­żyć je na sto­le, a po­my­sło­we hi­sto­rie stwo­rzą się sa­me. Tak za­pew­ne po­wsta­wa­ła­by li­te­ra­tu­ra spo­łe­czeń­stwa to­ta­li­tar­ne­go, je­śli w ogó­le by jej po­trze­bo­wa­no. Pi­sa­nie od­by­wa­ło­by się bez za­an­ga­żo­wa­nia wy­obraź­ni - a w du­żej mie­rze rów­nież i świa­do­mo­ści. Książ­ki by­ły­by roz­pla­no­wy­wa­ne przez biu­ro­kra­tów i prze­cho­dzi­ły z rąk do rąk tak dłu­go, aż sta­ły­by się pro­duk­tem o in­dy­wi­du­al­no­ści nie więk­szej niż sa­mo­cho­dy For­da po zje­cha­niu z li­nii pro­duk­cyj­nej. Tak two­rzo­na "li­te­ra­tu­ra" by­ła­by, ma się ro­zu­mieć, zwy­kłym chła­mem, co­kol­wiek in­ne­go sta­no­wi­ło­by bo­wiem za­gro­że­nie dla sta­bil­no­ści re­żi­mu. Daw­na li­te­ra­tu­ra na­to­miast mu­sia­ła­by zo­stać ze­pchnię­ta w cień lub grun­tow­nie prze­pi­sa­na.

Tym­cza­sem to­ta­li­ta­ryzm ni­g­dzie jesz­cze w peł­ni nie za­trium­fo­wał. Na­sze spo­łe­czeń­stwo, ogól­nie mó­wiąc, na­dal jest li­be­ral­ne. Ko­rzy­sta­nie ze swo­bo­dy wy­po­wie­dzi wy­ma­ga sta­wie­nia czo­ła pre­sjom go­spo­dar­czym i wpły­wo­wym odła­mom opi­nii pu­blicz­nej, lecz nie - jesz­cze - taj­nej po­li­cji. Nie­mal każ­da opi­nia mo­że uka­zać się dru­kiem, o ile tyl­ko wy­ra­żo­na zo­sta­nie od­po­wied­nio po­kręt­nie. Praw­dzi­wie nie­po­ko­ją­ce jest jed­nak to, że, jak za­uwa­ży­łem na po­cząt­ku te­go ese­ju, zde­kla­ro­wa­ny­mi wro­ga­mi wol­no­ści są ci, któ­rym naj­bar­dziej po­win­no na niej za­le­żeć. Ogół spo­łe­czeń­stwa nie zaj­mu­je w tej spra­wie wy­raź­ne­go sta­no­wi­ska: zwy­kli lu­dzie nie do­ma­ga­ją się dla he­re­ty­ka sto­su, ale też nie sta­ną w je­go obro­nie. Są za­ra­zem zbyt roz­sąd­ni i zbyt głu­pi, by przy­swo­ić so­bie to­ta­li­tar­ny świa­to­po­gląd. Bez­po­śred­nie, zde­cy­do­wa­ne ata­ki na uczci­wość in­te­lek­tu­al­ną nad­cho­dzą ze stro­ny sa­mych in­te­lek­tu­ali­stów.

Nie­wy­klu­czo­ne, że gdy­by ru­so­fil­ska in­te­li­gen­cja nie ule­gła te­mu kon­kret­ne­mu mi­to­wi, zna­la­zła­by so­bie in­ny, bar­dzo do nie­go zbli­żo­ny. Nie­mniej to wła­śnie z so­wiec­kim mi­tem przy­szło nam się mie­rzyć, a wy­wo­ła­na nim mo­ral­na zgni­li­zna co­raz bar­dziej cuch­nie. Gdy wi­dzi się, jak wy­kształ­ce­ni lu­dzie z obo­jęt­no­ścią pa­trzą na opre­sję i prze­śla­do­wa­nia, moż­na się za­sta­na­wiać, któ­ra z ich cech bar­dziej za­słu­gu­je na po­gar­dę: cy­nizm czy krót­ko­wzrocz­ność. Na przy­kład, wśród bez­kry­tycz­nych orę­dow­ni­ków ZSRR zna­leźć moż­na wie­lu na­ukow­ców. Spra­wia­ją oni wra­że­nie, jak­by śmierć wol­no­ści nie mia­ła więk­sze­go zna­cze­nia, do­pó­ki pro­blem ten nie do­ty­ka ich wła­snych ba­dań. Zwią­zek Ra­dziec­ki jest ogrom­nym, pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się pań­stwem, któ­re ko­niecz­nie po­trze­bu­je pra­cow­ni­ków na­uko­wych, to­też wiel­ko­dusz­nie ob­sy­pu­je ich za­szczy­ta­mi. Tam­tej­si na­ukow­cy, pod wa­run­kiem że uni­ka­ją dys­cy­plin ta­kich jak psy­cho­lo­gia, sta­no­wią gru­pę uprzy­wi­le­jo­wa­ną. Pi­sa­rze na­to­miast są za­cie­kle prze­śla­do­wa­ni. Choć na li­te­rac­kiej pro­sty­tu­cji moż­na się do­ro­bić for­tu­ny, jak w przy­pad­ku Il­ji Eren­bur­ga czy Alek­sie­ja Toł­sto­ja, pi­sarz przy­pła­ca to utra­tą te­go, co ma dla nie­go war­tość naj­więk­szą: wła­snej swo­bo­dy wy­ra­zu. Przy­naj­mniej nie­któ­rzy z an­giel­skich na­ukow­ców tak en­tu­zja­stycz­nie roz­pra­wia­ją­cych o moż­li­wo­ściach swo­ich ro­syj­skich ko­le­gów po fa­chu po­win­ni być te­go świa­do­mi. Lecz ich ro­zu­mo­wa­nie naj­wy­raź­niej ogra­ni­cza się do stwier­dze­nia: "Pi­sa­rzy prze­śla­du­je się w so­wiec­kiej Ro­sji? I cóż z te­go? Prze­cież nie je­stem pi­sa­rzem". Nie ro­zu­mie­ją, że każ­dy cios wy­mie­rzo­ny w wol­ność in­te­lek­tu­al­ną i po­ję­cie praw­dy obiek­tyw­nej osta­tecz­nie za­gra­ża wszyst­kim dzie­dzi­nom ludz­kiej my­śli.

To­ta­li­tar­ny re­żim na ra­zie to­le­ru­je na­ukow­ców, po­nie­waż są mu po­trzeb­ni. Na­wet w na­zi­stow­skich Niem­czech nie­ży­dow­scy ba­da­cze spo­ty­ka­li się ze względ­nie do­brym trak­to­wa­niem, a nie­miec­kie śro­do­wi­sko na­uko­we nie sta­wia­ło Hi­tle­ro­wi zor­ga­ni­zo­wa­ne­go opo­ru. Na tym eta­pie hi­sto­rii na­wet naj­bar­dziej au­to­kra­tycz­ny wład­ca mu­si się li­czyć z pra­wa­mi fi­zy­ki, czę­ścio­wo dla­te­go, że na­dal tkwi w wy­lin­ce daw­nych li­be­ral­nych po­glą­dów, a czę­ścio­wo z po­wo­du ko­niecz­no­ści przy­go­to­wy­wa­nia się do woj­ny. Do­pó­ki rze­czy­wi­stość ma­te­rial­na nie da­je się cał­ko­wi­cie igno­ro­wać, a dwa plus dwa mu­si rów­nać się czte­ry, bo - daj­my na to - pro­jek­tu­je­my my­śli­wiec, do­pó­ty na­ukow­cy bę­dą mo­gli od­da­wać się swo­jej pra­cy i cie­szyć się pew­nym mar­gi­ne­sem swo­bo­dy. Ich prze­bu­dze­nie na­dej­dzie póź­niej, kie­dy to­ta­li­tar­ny re­żim okrzep­nie. Tym­cza­sem, je­śli w isto­cie pra­gną oni strzec nie­za­wi­sło­ści na­uki, po­win­ni so­li­da­ry­zo­wać się ze swo­imi ko­le­ga­mi li­te­ra­ta­mi i nie od­wra­cać wzro­ku, gdy pi­sa­rze są uci­sza­ni lub po­py­cha­ni do sa­mo­bój­stwa, a ga­ze­ty no­to­rycz­nie fał­szo­wa­ne.

Jak­kol­wiek po­to­czą się lo­sy na­uk przy­rod­ni­czych czy mu­zy­ki, ma­lar­stwa i ar­chi­tek­tu­ry, moż­na mieć pew­ność, że, jak sta­ra­łem się tu­taj wy­ka­zać, w ra­zie utra­ty swo­bo­dy my­śli li­te­ra­tu­rę nie­chyb­nie cze­ka za­gła­da. I to nie tyl­ko w pań­stwach to­ta­li­tar­nych; każ­dy pi­sarz przej­mu­ją­cy to­ta­li­tar­ne po­glą­dy, szu­ka­ją­cy wy­mó­wek dla prze­śla­do­wań oraz za­kła­my­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści przy­kła­da rę­kę do wła­snej zgu­by. Na nic wszel­kie wy­krę­ty. Żad­ne ty­ra­dy prze­ciw­ko "in­dy­wi­du­ali­zmo­wi" i "za­my­ka­niu się w wie­ży z ko­ści sło­nio­wej", żad­ne ob­łud­ne ba­na­ły, jak ten, że "praw­dzi­wą in­dy­wi­du­al­ność osią­gnąć moż­na wy­łącz­nie po­przez jed­ność ze wspól­no­tą", nie zmie­nią fak­tu, iż umysł sprze­da­ny to umysł stra­co­ny. Twór­czość li­te­rac­ka nie jest moż­li­wa bez spon­ta­nicz­no­ści, bez któ­rej też ję­zyk sta­je się skost­nia­ły. Być mo­że w przy­szło­ści, je­śli do te­go cza­su ludz­kie my­śle­nie zmie­ni się nie do po­zna­nia, na­uczy­my się od­dzie­lać twór­czość li­te­rac­ką od rze­tel­no­ści my­śli. Te­raz wie­my je­dy­nie, że wy­obraź­nia, jak nie­któ­re dzi­kie zwie­rzę­ta, nie wy­da­je po­tom­stwa w nie­wo­li. Każ­dy pi­sarz lub dzien­ni­karz, któ­ry te­mu za­prze­cza - a w tej chwi­li nie­mal wszyst­kie pe­any na cześć Związ­ku Ra­dziec­kie­go za­wie­ra­ją w so­bie ta­kie za­prze­cze­nie lub je im­pli­ku­ją - do­po­mi­na się o wła­sną za­gła­dę.