ROZDZIAŁ 1
Było coś w pociągach.
Gdyby Alice Storm zliczyła minuty swojego życia, nie zaskoczyłoby jej, że prawie jedną trzecią z nich spędziła w drodze:
- Na lśniącym purpurowym rowerze, który był prezentem na siódme urodziny i najcenniejszą zdobyczą, dopóki brat nie posłał go do Zatoki Narragansett, skąd już nigdy go nie wydobyto.
- Na białej łodzi wiosłowej, którą ojciec-kapitan wypływał w morze w każdą sobotę czerwca przez całe jej dzieciństwo, ponieważ upierał się "stawiać czoła przyrodzie, jak Pan Bóg przykazał".
- W niezliczonych anonimowych czarnych Lincolnach z milczącymi kierowcami, którzy wozili ją z prywatnej szkoły na prywatne zajęcia artystyczne, a potem do apartamentu rodziny Stormów przy Park Avenue, podczas gdy Nowy Jork, stłumiony i przyćmiony, tkwił za oknami.
- Na deskorolce, którą pewnego niedzielnego poranka wjechała w drzewo na pierwszym roku studiów w Amherst - zdeterminowana, by udowodnić, że jest zupełnie zwyczajną osiemnastolatką - co poskutkowało złamaniem ręki w trzech miejscach.
- W helikopterze, który transportował ją do Bostonu, gdzie miała się zameldować, a potem do szkoły w samą porę na egzamin z historii sztuki w połowie semestru, zanim jej koleżanki i koledzy z roku odkryliby, że nie było w niej nic zwyczajnego.
- W prywatnych odrzutowcach, którymi latała dookoła świata za każdym razem, gdy jej ojciec pod wpływem kaprysu wzywał wszystkie dzieci bez względu na to, gdzie przebywały.
- Samolotem pasażerskim, który osiemnaście miesięcy temu zabrał ją do Pragi, podczas gdy w podręcznym bagażu jej chłopaka ukryty był pierścionek zaręczynowy.
- W metrze, którym przemieszczała się tamtego popołudnia, gdy zadzwonił telefon i zaparło jej dech w piersiach - połączenie przychodzące... Elisabeth Storm (nigdy Mama): wyłącznie beżowe ściany i surowe oświetlenie, reklamy kosmetyków do gładkiej cery, niezagracone penthouse'y i ten jeden wiersz Williama Carlosa Williamsa o śliwkach, lodówkach i przebaczeniu, oraz o tych częściach nas samych, które nigdy się nie zmienią.
Mimo to było coś w pociągach.
Pewnie dlatego, że odkryła je sama. Wszystkie pozostałe środki transportu, którymi podróżowała po świecie, należały do kogoś innego. Dzieliła je z kimś innym. Ale pociągi... pozostawały jej tajemnicą.
Nie było w nich planów lotu, żadnego rodzeństwa walczącego o miejsce w środku, żadnych matek zamawiających szampana, żadnych ojców w milczeniu zgrywających sędziów. Nie były niepewne. Zamiast tego twardo podążały po wytyczonych torach, ciężkie i sprawne, niezmienne. Nie można było ich strącić z klifu ani posłać w morze. Cud nowoczesności przeczący wszelkiej technologii, która przyszła po nim. Pociągi. Solidne. Jednolite. Stabilne. Trwałe.
Alice wrzuciła walizkę na półkę bagażową za drzwiami przedziału i zajęła pierwszy wolny rząd. Położyła znoszoną oliwkową skórzaną torbę na miejscu od strony korytarza i wsunęła się na to przy oknie, mając nadzieję, że odjeżdżający we wtorkowy wieczór o godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści dwie pociąg regionalny Northeast nagrodzi ją rzędem tylko dla siebie i da ostatnie kilka godzin spokoju przed tym, co miało nastąpić.
Zanim stanie twarzą w twarz z natłokiem rodziny - oraz jednym rażącym, nieodwracalnym brakiem.
Za oknem, na peronie, grupa dwudziestoparolatków, zaśmiewając się i pokrzykując, wytoczyła się z windy wraz z kolekcją worków marynarskich i toreb podróżnych, promiennych uśmiechów, letnich sukienek, szortów i okularów przeciwsłonecznych, tak jakby na zewnątrz wcale nie zapadł wieczór. Może dla nich nie. Może byli w tym wspaniałym momencie życia, gdy nie istniało coś takiego jak zmrok. Zawsze panował dzień, pełen obietnic i pozbawiony strachu.
Za nimi wysypała się pięcioosobowa piegowata, ruda rodzina: nastolatek w bluzie z kapturem i słuchawkach na uszach, bliźniaczki mające nie więcej niż dziesięć lat oraz rodzice obładowani walizami, plecakami oraz płócienną torbą na ramię z napisem "Paris Review", która kiedyś mogła stanowić literacki wyróżnik, ale teraz służyła do noszenia butelek z wodą i organicznych przekąsek.
Czarna kobieta w średnim wieku, ubrana w przewiewny len, z małą srebrną torbą na kółkach - jedynym dowodem na to, że jej właścicielka podróżowała. Wysoki biały mężczyzna po trzydziestce, ze srogą miną, ze skórzaną torbą podróżną w ręce i plecakiem zarzuconym na ramię. Starszy mężczyzna o rumianych policzkach, w beżowej wiatrówce, popychany na wózku przez pracownika firmy Amtrak w firmowej czerwonej czapce.
Po kolei wsiadają do pociągu.
Alice się myliła; pociąg nie pojedzie pusty. Będzie pękał w szwach - zapakowany kilkuset osobami z Nowego Jorku udającymi się na weekend na północ, pełną atramentowego nieba i zielonoszarego oceanu, o najbardziej magicznej porze roku w Nowej Anglii, kiedy reszta świata wróciła do pracy i szkoły, a mieszkańcy północno-wschodniego rejonu Stanów Zjednoczonych byli rozpieszczeni jednym ostatnim tygodniem w skąpanym słońcem zaciszu, kurczowo trzymając się obietnicy wiecznego lata.
Zapomniała, że to weekend Święta Pracy.
Dziura w pamięci wydawała się niemożliwa, biorąc pod uwagę, że przed sześcioma godzinami zostawiła świeżo pomalowaną i na nowo urządzoną salę lekcyjną na Brooklynie, planując swój ostatni długi letni weekend, gdy czekała na metro. Pilates tego popołudnia. Targ rolny na Grand Army Plaza i ostatnie pomidory heirloom. Governors Island w sobotę z Gabi i Roxanne, które nalegały, by wyszła z pustego mieszkania. Długa niedziela, malowanie w ostatnim blasku lata, zanim szkoła skróci dzień i zabierze światło słoneczne.
Wtedy zadzwonił telefon, a ona zapomniała.
Alice, opierając się o szorstki materiał siedzenia, skupiła się na rozkładzie jazdy ogłaszanym przez szumiące głośniki głosem konduktora z wyraźnym akcentem rodem z Nowej Anglii - Old Saybrook, New London, Wickford - na tyle głośno, żeby ludzie nie wsiadali do złych pociągów, jak miał nadzieję Amtrak - Providence, Back Bay, South Station - na tyle głośno, żeby sobie nie przypominała.
Pociąg zaczął się toczyć, rozległo się pierwsze niezręczne stęknięcie, nim zyskał prędkość i pęd, ciężki, ale gładki. Znajoma otucha.
Następna stacja: New Rochelle.
Wypuściła powietrze. Cztery godziny do tego, co ma się zdarzyć.
- Jesteś z kimś?
Nie powinno jej to dziwić, ale i tak zaskoczyło, wyprostowała się i napotkała poważne spojrzenie szarych oczu mężczyzny, którego widziała wcześniej na peronie - wysokiego i surowego. Teraz, z bliska, zdawał się wyższy. I surowszy.
Ciemne brwi się uniosły, podkreślając pytanie, gdy mężczyzna jednocześnie wskazał podbródkiem miejsce obok niej, gdzie w zapomnieniu leżała jej stara skórzana torba.
Nikogo z nią nie było.
- Nie. - Chwyciła torbę i cisnęła ją na podłogę przy swoich stopach. - Przepraszam.
Niemal nie sposób było usłyszeć odgłosu, jaki wydobył z siebie w odpowiedzi, przez turkot pociągu na torach, biały szum klimatyzacji i szelest niewielkiej torby podróżnej, którą wrzucił na metalową półkę nad ich głowami. Usiadł na miejscu, które uprzątnęła, z kolanami wciśniętymi w tył siedzenia przed sobą.
Innego dnia może przyjrzałaby mu się uważniej, ale nie miała czasu, by się na nim skupiać. W zasadzie nawet trochę ją irytowała jego obecność - przypominał jej, że znowu jest sama, zajmował siedzenie długimi nogami i zdawał się oceniać ją, nie mając pojęcia, jaki miała dzień.
Że przygotowywała się na wiele takich dni.
Pięć dni. A potem zniknie. Przeżyje te pięć dni.
Odchrząknęła i poprawiła się na fotelu, zamykając oczy i próbując zatracić się w rytmicznym dudnieniu kół, gdy pociąg wystrzelił z tunelu w Queens i zostawili Nowy Jork za sobą.
Po godzinie jazdy parli na wschód południowym wybrzeżem Nowej Anglii i Alice, nie mogąc spać ani skupić się na książce, którą wrzuciła do torby, wybiegając z mieszkania po południu, ani na telefonie, który padł, wyglądała przez okno na czarną jak smoła ciemność, tam, gdzie zatoka Long Island Sound leżała cicho, spokojnie, niewidoczna w oddali, ponad słonymi mokradłami wybrzeża Connecticut.
I tak nie sposób byłoby tego zobaczyć przez późną porę i ciemne niebo, ale widok miał konkurencję - jarzeniówki rzucające na szybę odbicie wnętrza wagonu, oblewające bladym blaskiem półki wzdłuż korytarza, zagracone śpiworami, walizkami i dużą torbą z żarówiastą różową lamówką oraz rakietą do pickleballa wciśniętą do bocznej kieszeni. Pośród całego tego podróżnego bałaganu dwie nastolatki śmiały się z chłopaka o kręconych włosach zwisającego z fotela przed nimi z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Innego wieczoru Alice mogłaby się uśmiechnąć na widok obrazka, jaki tworzyli - perfekcji schyłku lata. Ale dzisiaj jej uwagę przykuło inne odbicie. Jasny, lśniący prostokąt świecący na kolanach jej sąsiada.
Telefon miał otwarty na jakiejś aplikacji społecznościowej, którą można nieskończenie skrolować.
Powinien to wyłączyć. Skrolowanie bez końca ogłupia. Ogłupiało ją, zanim wsiadła do pociągu, szukając zastrzyku dopaminy z tutoriali makijażowych i filmików z kotami... odtrutki na telefon odebrany od mamy - pierwszy raz od pięciu lat, gdy wybrała numer Alice.
Towarzysz podróży zatrzymał skrolowanie, a ona zobaczyła niemożliwie wielki nagłówek na ciemnym tle. Bez problemu odczytała tekst w zwierciadlanym odbiciu.
Kciuk mężczyzny zatrzymał się nad linkiem.
Nie - kibicowała mu w myślach, nie mając pewności, czy będzie potrafiła odwrócić wzrok, choć znała kryjącą się tam historię. Znała ją, odkąd się urodziła. Franklin Storm wszedł do garażu rodziców w North Boston w wieku siedemnastu lat i zmienił informatykę oraz świat dzięki sumie 1107 dolarów oraz swojemu marzeniu. Robił duże i małe komputery, roznosił je po domach i szkołach, umieszczał je w kieszeniach i na nadgarstkach użytkowników na całej kuli ziemskiej.
Tak brzmiał pierwszy akapit. Następne będą o jego firmie, przepastnej kolekcji dzieł sztuki, działalności filantropijnej, o jego uroku, ryzykanckich skłonnościach (naprawdę, nikogo nie powinien dziwić wypadek szybowcowy). A potem będzie o jego rodzinie.
Pojawią się zdjęcia, pewnie z siedemdziesiątych urodzin, zrobione minionego kwietnia - te z działu "Timesa" poświęconemu stylowi życia, które Alice przejrzała. Cytaty. Przypis bez zdjęcia o dziecku (niezaproszonym). Przypomnienie o tym, dlaczego tak się stało.
Nie otwieraj.
Nie otworzył. Alice znów mogła oddychać.
Tłumiąc impuls, by kazać mu poczytać książkę czy coś, sięgnęła do torby na podłodze i wyjęła gazetę. Nie trzymała w rękach papierowej prasy, odkąd była dzieckiem, gdy stertę periodyków dostarczano codziennie rano do rodzinnego apartamentu.
Wygładziła dłonią stronę tytułową porannego "New York Timesa" wydrukowanego zaledwie dwadzieścia cztery godziny wcześniej, która natychmiast się przedawniła w świecie, gdzie (rzekomo) WIADOMOŚCI Z OSTATNIEJ CHWILI przychodziły przez cały dzień o każdej porze bezpośrednio do ulubionego prostokąta danej osoby, o, tu. A potem znikały, zamienione bezzwłocznie w przeszłość, by zrobić miejsce przyszłości - zmiana była tak szybka, że teraźniejszość ledwie zdążyła zaistnieć.
Dlaczego kupiła dziennik? Alice tarła kciukiem litery, tatuując się tuszem wczorajszych wiadomości - czyli tego, co było przed. Jutrzejsza gazeta będzie o tym, co nastąpi po.
Góra zgiętej pierwszej strony będzie poświęcona śmierci jej ojca - najważniejszemu wydarzeniu tygodnia. Roku.
I dłużej - dla Alice (i jej terapeutki).
Przesunęła wzrokiem po nagłówku o inflacji. Po innym o kryzysie bezdomności w Nowym Jorku. Po trzecim o rewolucji w energetyce słonecznej. Opowieści, które były ważniejsze od tego, co będzie miało do powiedzenia jutrzejsze wydanie.
Opowieści, których nie mogła czytać, ponieważ kątem oka widziała, jak jej sąsiad odwrócił telefon i pokazał czerń lśniącej gładzi czarnego obsydianu, bez żadnego odbicia, jedynie z wirującą niczym oko cyklonu srebrną literą S.
Lata temu, kiedy była młoda, emblematowi towarzyszyły słowa - powtarzane w kółko w reklamach telewizyjnych, w audycjach radiowych i drukowanych materiałach promocyjnych. Cały świat je znał.
Storm Inside?
Świat nie znał wszystkich szczegółów. Nie wiedział nawet o połowie.
ROZDZIAŁ 2
Zanim wyzyskiwacze wieku pozłacanego zmienili oblicze amerykańskiego biznesu, opierając go na stali, bankowości i ropie naftowej, Cornelius Vanderbilt, znany jako Komodor, odmienił amerykańskie podróże, gdy przejął i skonsolidował ponad tuzin małych linii kolejowych i zbił fortunę, jaką udało się zgromadzić tylko nielicznym spoza grona rodziny królewskiej. (Co komu po tytułach, skoro można mieć pociągi?)
W 1870 roku Cornelius Vanderbilt II - uprzywilejowany wnuk Corneliusa Vanderbilta, pierwowzoru - zrobił to, co robią młodzi bogaci mężczyźni, dopóki są młodymi bogatymi mężczyznami: wykorzystał pieniądze, władzę i wpływy dziadka, żeby ułatwić sobie urządzanie imprez dla przyjaciół.
Młody Cornelius wraz z bratem założył Przedsiębiorstwo Kolejowo-Parowcowe Newport i Wickford, nadzorując ledwie trzy i pół mili torów głównej linii kolejowej łączącej Nowy Jork i Boston z portem w Wickford w Rhode Island, sennym miasteczkiem o szalenie pożądanym położeniu geograficznym. Wickford leżało na zachodnich obrzeżach Zatoki Narragansett, estuarium o powierzchni 380 kilometrów kwadratowych, które oddzielało zachodnią część Rhode Island na kontynencie od wschodniej części stanu, półwyspu, gdzie najbogatsze nowojorskie dziewiętnastowieczne rodziny zbudowały nazbyt wystawne rezydencje, które miały pozostać znakiem rozpoznawczym turystyki Rhode Island i amerykańskiego kina na ponad stulecie.
To właśnie Vanderbiltowie umieścili Wickford na mapie, i to dość dosłownie, wyrywając cenne grunty rolne i widoki na ocean od niczego niepodejrzewających mieszkańców Rhode Island (pierwszorzędne włości to nie jest domena wyłącznie miliarderów obecnych czasów) i kładąc tory, które zapewnią najłatwiejszą i najbezpieczniejszą podróż do Newport nowojorskiej elicie wraz z jej psami, służbą i tajemnicami. Otworzyło to też dostęp do zbioru małych prywatnych wysepek rozsianych po zatoce.
Tej konkretnej środy przed Świętem Pracy, gdy regionalny pociąg Amtrak numer 1603 na północny wschód przekroczył granicę Rhode Island, Alice przyszło do głowy, że gdyby Vanderbiltowie przyjrzeli się wyświechtanemu kasztanowemu dywanowi i tapicerce z domieszką poliestru, opłakiwaliby oddanie transportu kolejowego w ręce ludu i zapłaciliby komuś, by puścił to wszystko z dymem. Wyzyskiwacze wyzyskiwaliby wyzyskiwaczy. Tego była pewna. W końcu wychował ją jeden z nich.
Alice cicho powiedziała "przepraszam" w stronę długich nóg na miejscu przy korytarzu, po czym zabrała bagaże i ruszyła do jednych z trojga drzwi, które otworzą się na podwyższonym peronie sennego miasteczka niebędącego już węzłem przesiadkowym dla sławnych i bogatych.
Wpatrując się w świeżo naładowany telefon, zignorowała czerwone bąbelki w rogu każdej regularnie używanej aplikacji. Czternaście nowych wiadomości głosowych. Sześćdziesiąt trzy nowe maile. Sto dwadzieścia nowych wiadomości tekstowych.
Otworzyła apkę do wspólnych przejazdów, zatrzymując kciuk nad zielonym kwadratem i czekając, aż SOS u góry ekranu zmieni się w słupki wskazujące zasięg. I próbowała nie nadawać drugiego dna owemu SOS.
- Też tu wysiadam.
Obróciła się na te słowa do stojącego obok mężczyzny. Wysokiego, poważnego, z długimi nogami i odmóżdżoną od skrolowania głową. Miły głos, cichy i głęboki, którego ludzie chcą słuchać. Alice nie zauważyła tego wcześniej.
- Słucham?
- Mówię to, żebyś nie myślała, że cię śledzę.
To było miłe zapewnienie. Jednak Alice Storm, trzecie dziecko pionierskiego geniusza Franklina Storma, zmarłego w wieku siedemdziesięciu lat, przez całe życie była śledzona.
Pociąg zaczął zwalniać.
- Tak powiedziałby ktoś, kto mnie śledzi.
Kącik jego prostych, poważnych ust się zadarł. Ledwie.
- Słowo harcerza.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, konduktor przeszedł przez automatyczne drzwi.
- Wickford?
Zabrzmiało to jak Wickfahd. Alice nie mogła się powstrzymać i uśmiechnęła się na dźwięk z dzieciństwa.
- Tak.
- Dobre miejsce na weekend Święta Pracy - zauważył konduktor.
Jej uśmiech zbladł.
- Pewnie, że tak - odparł mężczyzna, który jej nie śledził.
- Zjecie homara?
Homarah.
Pociąg stanął i drzwi ciężko się otworzyły, niczym poruszane współczesną broną.
- Pewnie, że zjemy.
Alice, zaskoczona, że mężczyzna użył liczby mnogiej, znów spojrzała na niego. On na nią nie patrzył.
Konduktor wskazał podbródkiem na peron kolejowy.
- Szczęściarze. Udanego weekendu.
- Dziękuję - powiedziała Alice, wychodząc na peron.
Jej sąsiad odpowiedział:
- Panu też.
Słowa zgubiły się w rytmie kół, miarowych i niezawodnych, które już ruszyły dalej na północ. Alice się zawahała, patrząc, jak pociąg odjeżdża, i przez jedną szaloną chwilę zastanawiała się, co by się stało, gdyby za nim pobiegła, jak w filmie, wybiła się na krańcu peronu i złapała za koniec ostatniego wagonu. I przejechała tak całą drogę do Bostonu. Bohaterski sznyt, powiedziałaby Gabi.
Alice westchnęła. Pomijając prawdopodobieństwo, że złapie za koniec przyspieszającego pociągu (zerowe prawdopodobieństwo, na marginesie), nawet gdyby jej się udało, nic by to nie zmieniło. Fakty pozostałyby takie same, a mianowicie, że jej rodzina już założyła, że Alice się nie pojawi, a ona nie chciała dawać im tej satysfakcji.
Na szczęście jej telefon pokazał dwie kreski i szybko zorganizowała sobie przejazd. Było za daleko, by przejść się do doków, i za późno, by zaczekać gdzieś w środku - wszystko w spokojnym miasteczku zamykało się po dziesiątej, nawet w ostatni tydzień lata.
Postawiła bagaż w snopie jasnożółtej latarni ulicznej - sama stanęła z dala od światła, żeby uniknąć tutejszych owadów tańczących wokół ogromnego znaku "Nie śmiecić" - i przygotowała się na dwadzieścia minut czekania na przydzielonego kierowcę, obserwując, jak garstka innych pasażerów wsiada do samochodów zaparkowanych wzdłuż ulicy. Kilka zadowolonych uścisków i podekscytowanych powitań oraz zatrzaśniętych bagażników później ulica była niemal pusta, zostały tylko dwa samochody i jeden SUV na odległym końcu, ciemnym i cichym.
Alice została sama.
Prawie sama. Niecałe dziesięć metrów dalej jej sąsiad stał pod własną latarnią - stawiając czoła owadom - z telefonem w dłoni.
Spoglądając w jej stronę, podniósł prostokąt, jakby to miało coś znaczyć.
- Moja podwózka... nie przyjechała.
- Nie szkodzi.
- Nie chcę, żebyś myślała...
- Że mnie śledzisz.
Przytaknął. Raz. Z przekonaniem.
- Właśnie.
- Dobrze ci idzie zbijanie mnie z tropu.
- To dobrze.
Minęło kilka minut. Jej kierowca, Benny, miał przyjechać za siedemnaście minut szarą Hondą. Co oznaczało, że Alice znajdzie się w przystani za dwadzieścia pięć minut, a na wyspie za godzinę. Jeśli jej się poszczęści, wszyscy będą spali, a przynajmniej powinni, bo będzie prawie druga w nocy.
Proszę, niech już wszyscy śpią.
W oddali zagrzmiało, niemal tak daleko, że prawie niesłyszalnie. Była to ciężka obietnica bliskiej burzy, przechodzącej letnią nocą nad wodą pręgami błyskawic, huczącym grzmotem i deszczem, który od pierwszych kropel przemoczy do suchej nitki, a potem - kiedy mija - zostawia po sobie przejrzyste niebo i jasne gwiazdy.
Tata uwielbiał letnie sztormy.
Ta myśl ukłuła ją nagle i Alice zrobiła głęboki wdech - zwykła myśl, na którą nie było miejsca w jej nietuzinkowej, jakkolwiek by ją nazwać, relacji z ojcem. Chcąc od niej uciec, spojrzała na dziwnego towarzysza, wciąż wpatrującego się w telefon. Miał na sobie szare eleganckie spodnie, co było dziwne. Normalni ludzie nie chodzili ubrani w biznesowe stroje w środku nocy w South County. Zwłaszcza w pierwszym tygodniu września przy prawie dwudziestu czterech stopniach i maksymalnej wilgotności nadciągającej z oceanu oddalonego o pięć minut. Niemniej były to szare spodnie i biała koszula na guziki, a jedynym ukłonem w stronę pory dnia i roku oraz lokalizacji były podwinięte rękawy odsłaniające przedramiona. Alice to zauważyła, rzecz jasna wyłącznie w ramach artystycznej obserwacji.
Jedno z przedramion mogło się pochwalić plamą czarnego tuszu, choć z daleka nie wiedziała, co przedstawia. Zachodziła w głowę, czy ludzie, dla których tak się ubrał, wiedzieli o tatuażu. Ukrywanie części siebie - to akurat było Alice znajome.
Podniosła wzrok na jego twarz i przesunęła spojrzeniem po ostrej linii nieugiętej szczęki.
- Byłeś harcerzem? - zawołała, choć dzieliła ich spora odległość.
Natychmiast się obejrzał, jakby czekał, aż się odezwie. Nie umknęła mu aluzja do słów wypowiedzianych przez niego w pociągu. Skinął głową, co mniej spostrzegawczy obserwator mógłby uznać za zawód, i odparł:
- Niestety nie.
- Udawanie umundurowanego oficera to dość poważne naruszenie prawa.
Położył rękę na klatce piersiowej.
- Przepraszam.
- Nie jestem zła, tylko rozczarowana.
Błysnęły białe zęby, a on odwrócił wzrok i spojrzał w cichą jednokierunkową ulicę, jakby trzymał kciuki, by skręcił w nią samochód i powstrzymał go od podjęcia złej decyzji. Gdy auto nie przyjechało, powiedział:
- A jeśli powiem ci, że tak czy siak potrafię rozpalić ognisko?
- W takim razie podpalacz.
- Nie. - Pokręcił głową. - Jeszcze lepiej idzie mi gaszenie pożarów.
Biorąc pod uwagę, że Alice właśnie miała wejść w ogień, było to właśnie to, co należało wtedy powiedzieć.
- W takim razie możesz zaczekać tu ze mną... jeśli masz ochotę.
Innego dnia o innej porze nigdy nie zaproponowałaby czegoś takiego. Dwanaście lat jeżdżenia nowojorskim metrem wyostrzyło jej instynkt samozachowawczy w obecności nawet najprzystojniejszych mężczyzn. A jeśli metro tego nie zrobiło, to jeszcze dwa miesiące temu istnienie przystojnego mężczyzny, za którego zamierzała wyjść, skłoniłoby ją do niezwykle ostrożnego postępowania w obecności tego człowieka.
Jednak pewna lekkomyślność tkwiła w tej chwili, w ciemności, w środku nocy, w miejscu, które jakimś cudem było jednocześnie niepokojąco bliskie jej prawdziwemu życiu, jak i totalnie od niego dalekie. Z tym mężczyzną, być może ostatnim człowiekiem, który będzie jej towarzyszył przez dłuższą chwilę, a który nie wiedział, kim ona jest, a zwłaszcza dlaczego tu jest.
Co jej szkodziło?
Zaproszenie zawisło między nimi w powietrzu przesyconym słoną wodą i nadchodzącą burzą. Długonogi ani drgnął, czas się ciągnął, aż Alice pomyślała, że towarzysz odmówi, a ona nie będzie miała innego wyboru, jak tylko wejść prosto do morza z zażenowania.
- Zamierzasz podłożyć ogień?
Już to zrobiłam.
- Nigdy nie wiadomo.
Kiedy się ruszył, zrobił to nagle, bez wahania. Długimi krokami przemierzył dystans między nimi z miarowym, spokojnym wdziękiem, po czym usiadł na ławce obok niej z opanowaniem, o które wielu osobom byłoby trudno o tak późnej porze.
Jak pociąg. Jakby była zaplanowaną stacją.
Uśmiechnęła się, a on spojrzał na nią z zaciekawieniem.
- To do mnie?
Nie tym razem.
- Właśnie myślałam o pociągach.
Zerknął na tory za nią.
- Żałujesz, że wysiadłaś?
- Skąd wiesz?
- Może mam podobne poczucie.
Przez ułamek sekundy zastanawiała się dlaczego, ale poczuła, że lepiej o to nie pytać, wiedziała bowiem, że to sprowokuje jego pytania. Zamiast tego postanowiła zacząć nowy temat w zalegającej między nimi ciszy.
- Przez pociągi zaczynam myśleć o Duke'u Ellingtonie. Był...
- Wiem, kim był Duke Ellington.
- Jesteś muzykiem?
- A ty?
- Nie, ale mój ojciec... - Przerwała. Nie chciała tu ojca.
Przystojny nieznajomy tego nie zauważył.
- Dlaczego przez pociągi myślisz o Duke'u Ellingtonie?
- Ruszył w trasę koncertową po całym kraju prywatnym wagonem z pełną orkiestrą.
- Hmm - wydał z siebie cichy odgłos. Alice to się spodobało. - Suzafony nie mieszczą się na górnej półce pociągów regionalnych Amtrak.
- Chyba nie mieli suzafonu.
- Skoro tak mówisz - stwierdził.
Nie mogła się powstrzymać i zaśmiała się z lekkim zaskoczeniem. W tym człowieku było coś swobodnego, uspokajającego i wprawnego. Był to taki rodzaj faceta, którego ma się ochotę nieco rozruszać, sprawić, żeby trochę się rozerwał.
Tyle że nie była to odpowiednia pora na rozrywkę.
Zerknęła na telefon. Benny przyjedzie za dziesięć minut. Odepchnęła od siebie niepoprawne myśli i pozostał jej jazz.
- Większość osób nie wie, że orkiestra Duke'a Ellingtona osiągnęła szczyt tutaj. W Rhode Island.
- Myślisz, że prywatne wagony zatrzymywały się tutaj? W Wickford? - Przesadził z wymową, tak jak konduktor w pociągu. Słowo zabrzmiało przeciągle i płasko, brakowało "r".
- Tak. Kilka razy.
- I co my z tego mamy? Tylko ciepławe hot dogi i nieświeżą kawę.
- Upadek cywilizacji - powiedziała cicho, rozmyślając o licznych podróżach do tego miejsca, które odbyła w swoim życiu. O drogich samochodach, helikopterach, żaglówkach. Oparła się wspomnieniom, zamiast tego odwróciła się do kogoś, kto świetnie ją rozpraszał. Solidnego i wysokiego, z przedramionami, które...
Tatuaż przedstawiał kompas. Geometryczny i piękny, strzałki przedłużały się długimi, cienkimi liniami do nadgarstka i łokcia. Skomentowała to.
- Nie jesteś stąd.
Nie musiał odpowiadać. Miała rację. Każdy by to zauważył. Był totalnie obcym człowiekiem przyjeżdżającym do miasteczka - nic w nim nie wskazywało, że wychował się wśród wodorostów, soli i bud z małżami na plaży. Był zbyt poważny. Zbyt wygładzony.
Podniósł rękę. Zawahał się.
- Masz... farbę we włosach.
Odgarnęła włosy i odepchnęła jego rękę, skrępowana i poruszona tym, jak łatwo poznał, że to farba, tak jakby wiedział, gdzie była tego ranka, zanim poszła na zajęcia, zanim zadzwoniła matka i wszystko się zmieniło, wtedy, gdy był jeszcze zupełnie zwykły dzień, obecnie tak odległy. Należący do przeszłości.
Do tego, co było przed.
Odchrząknął.
- Powinienem się przedstawić - powiedział, wyciągając rękę, tak jakby byli zwykłymi ludźmi robiącymi zwykłą rzecz. - Jestem...
- Nie kończ.
Posłuchał.
- Dlaczego nie?
- Bo wtedy...
Wtedy będzie musiała się przedstawić. I wtedy się dowie. I potem będzie dziwnie. A nie było dziwnie. Cóż, może było dziwnie, ale nie tak dziwnie, jak dziwnie kończyła się każda inna interakcja w jej życiu.
Storm jak Franklin Storm?
Storm jak Storm Technology?
Storm jak Storm Inside??
Tak - odpowiadała zawsze ze śmiechem, jakby to była najmądrzejsza i najbardziej oryginalna uwaga, jaką kiedykolwiek słyszała - choć tak naprawdę miała na myśli: Nie. To nie tak. To mój ojciec. Nie myśl o tym. Nie zapamiętuj tego. Pozwól mi być kimś przeciętnym. O pospolitym nazwisku.
A potem udawała, że jest kimś innym. Bo kto inny zawsze był bardziej interesujący od prawdy, która brzmiała tak: Nieważne, jak bardzo się starała, najciekawszą rzeczą w Alice Storm zawsze okazywało się jej nazwisko. Była zarysem osoby przyćmionym opowieściami o ojcu - ekscentrycznym geniuszu, odważnym miliarderze, działaczu wizjonersko zmieniającym świat. A potem była przesłonięta historią o tym, co mu zrobiła - jak go zdradziła, jak ją wygnał. Albo o tym, jak sobie na to zasłużyła, bo przecież powinna być mądrzejsza.
Znów grzmot w oddali, teraz głośniejszy. Bliższy. Oczywiście.
- Nazwiska tylko komplikują sprawy - powiedziała w końcu, patrząc mu w oczy. Zobaczyła jego uważne spojrzenie spod zmarszczonych brwi, tak jakby próbował zrozumieć.
- Wiem, że to brzmi teatralnie, ale moje życie jest wystarczająco skomplikowane w tym tygodniu. Jest szansa, że moglibyśmy... to pominąć?
Zrozumiał.
- Jasne. - Zerknął na telefon. - Mój samochód zaraz będzie.
Zrobiła to samo.
- Mój też - skłamała. Benny nie ruszył się od czasu, gdy ostatnim razem sprawdzała.
- Późno już - stwierdził. - Jedziesz do hotelu?
- Nie. - Wahanie się przeciągało. - A ty?
- Zatrzymuję się w Quahog Quay.
Uniosła brwi, słysząc o motelu, który był charakterystycznym punktem Wickford, odkąd prąd zawitał w South County i rozświetlił migocący neon ogłaszający wolne pokoje. Nikt nigdy nie zatrzymywał się w Quahog Quay.
- Dlaczego?
- Dlaczego w Quahog Quay? Czy w ogóle dlaczego, w bardziej egzystencjalnym sensie?
- Zakładam, że wybrałeś Quahog Quay ze względu na sprytną nazwę.
Nie zawahał się.
- Nie mogłem się oprzeć aliteracji.
Alice uśmiechnęła się i przechyliła głowę na bok, rozgrzana nie tylko letnim wieczorem.
- Wiesz w ogóle, co to jest quahog?
- Zakładam, że to coś, czego nie powinno się omawiać w miłym towarzystwie.
Zaśmiała się.
- A co z egzystencjalnym sensem? Dlaczego tu przyjechałeś?
Pauza.
- Do pracy.
- Pierwszorzędne centrum biznesu w Quahog Quay, jak słyszałam.
- Stawiam na porządny faks. - Gdy jego uśmiech rozbłysnął w ciemności, coś zaczęło się w niej tlić: pożądanie. I nagle, z ciężkim łomotem, dopadło ją coś innego: podejrzliwość.
Spojrzała mu prosto w oczy.
- Jesteś dziennikarzem?
- Nie.
Nie miała żadnego powodu, by mu wierzyć, mimo to...
- Słowo harcerza?
- Mam rozpalić ognisko, by to udowodnić?
Grzmoty w oddali sprawiły, że spojrzała w niebo.
- A uwiniesz się z tym przed burzą?
- Chyba będę ci coś winien.
- Trzymam za słowo.
Kiedy znów na niego spojrzała, w jego oczach kryło się coś, czego nie widziała od jakiegoś czasu. Nie zdawała sobie sprawy, że za tym tęskniła.
- Dobrze.
Podobało jej się to słowo, krótkie i pewne, jakby ów człowiek składał obietnice i ich dotrzymywał. Jak gdyby miał być obok wystarczająco długo, by ich dotrzymać. Nagle znalazł się bliżej i coś się zmieniło, przez co zaczęła zachodzić w głowę, co by się stało, gdyby miała jeszcze noc dla siebie, zanim stawi czoła... nieuniknionemu.
Następny grzmot, przypomnienie, że szalone myśli o przygodzie na jedną noc z idealnym nieznajomym są tylko szalonymi myślami. Alice Storm nie była osobą, która działała pod wpływem szalonych rozmyślań.
Miała ojca, który tak postępował, i tylko spójrzcie, do czego go to doprowadziło.
ZMARŁ W WIEKU SIEDEMDZIESIĘCIU LAT.
Słowa ją przytłoczyły, nieskładne i niepożądane; nienawidziła ich za to. Żałoba nie powinna budzić takich uczuć, prawda? Powinna sprawiać, że ma się ochotę krzyczeć, płakać i rozdzierać szaty. A nie, że człowiek czuje taką pustkę. Tak jakby Alice chciała wypełnić ją czymkolwiek innym, tylko nie smutkiem.
Jak gdyby chciała ją zapełnić tym mężczyzną.
W oddali trzasnęły drzwi auta.
Odchrząknęła i zerknęła znów na telefon.
- Cholera.
- Co się stało?
Pokręciła głową.
- Wszechświat. Anulowano mój przejazd.
Szary SUV skręcił w Main Street.
Długonogi powiedział:
- To po mnie.
- Dzięki za dotrzymanie towarzystwa.
Sama nie wiedziała, dlaczego czuła się tak, jakby jego odjazd był stratą. Jakby ten mężczyzna był przystanią w czasie sztormu.
- Wszystko w porządku?
Nie istniał powód, by zauważył, że u niej wcale nie było w porządku, mimo to czuł...
- Czy... podrzucić cię gdzieś?
- Teraz zdecydowanie brzmi to tak, jakbyś mnie śledził.
- Dobrze, a co, jeśli nie chcę, by kto inny cię śledził?
To było bardzo przyzwoite stwierdzenie, o którym przypomni sobie czule za około godzinę, kiedy szczegółowo zrelacjonuje zły dzień (delikatnie ujmując) swojej najlepszej przyjaciółce. Będzie to wspomnienie w rodzaju: A potem naprawdę przystojny, bardzo porządny gość spytał mnie, czy nic mi nie będzie, jak zostanę sama. A ja się zastanawiałam, co by odpowiedział, gdybym stwierdziła: Zdecydowanie nie, musisz zostać tu ze mną i mnie chronić. A potem pozwolić, żebym wspięła się na ciebie jak na drzewo.
Gabi roześmiałaby się, po czym Alice opowiedziałaby jej o reszcie dnia - o tym, że jej podwózka się wycofała, o głośnym i tłocznym pociągu oraz nieodebranych połączeniach z prośbą o komentarz, i wywiadach, których nigdy nie udzieli. Oraz o telefonach od ludzi, którzy powinni zadzwonić, ale tego nie zrobili. I jakimś cudem wszystko będzie zdawało się lepsze, gdy się rozłączy.
Tyle że nie był to ten rodzaj złego dnia, który dałoby się naprawić rozmową telefoniczną. To był jeden z tych okropnych dni, co zdarzają się raz w życiu. Ponieważ pech - przejazd, pociąg, wiadomości i nieodebrane połączenia - piętrzył się i wiódł do czegoś jeszcze gorszego.
Mój tata nie żyje.
Słowa uwięzły jej w gardle.
Mój tata nie żyje, a nie rozmawialiśmy od pięciu lat i nie wiem, jak mam się czuć.
Nie mogła powiedzieć czegoś takiego do obcego. Zamiast tego zrobiła krok w jego stronę, przechyliła głowę i spróbowała wywołać inne uczucia.
- Jeśli mnie podrzucisz... to co będzie potem?
Coś błysnęło w jego oczach. Gorąco.
Poczuła się dobrze.
Ale obok tego gorąca pojawił się również żal. Albo jakaś pokrewna emocja. Jakby przyzwoity facet nie chciał być taki przyzwoity, ale i tak będzie.
Samochód zatrzymał się obok nich. Wskazała na niego podbródkiem.
- Dam sobie radę. Miło było poznać.
- Nie poznaliśmy się - powiedział. - Żadnych nazwisk, pamiętasz?
- Może się poznamy - odparła. - Któregoś dnia.
Nie dojdzie do tego, jednak Alice i tak zachowa tę myśl niczym wspomnienie.
Rozbłysk błyskawicy.
Policzyła. Jeden... dwa... trzy... cztery.
Ciężkie dudnienie grzmotu.
- Pięć mil - powiedział.
Tym razem nie spojrzała na samochód.
- Powinieneś jechać, zanim...
Zanim podejmę złą decyzję.
- Masz rację. - Nie ruszył się.
Ani drgnęli, zamarli w bezruchu niczym oblepiająca ich słona wilgoć. Czy zamierzał ją pocałować? Czy ona zamierzała pocałować jego? Na pewno nie. To nie było w stylu Alice Storm, nie w przestrzeni publicznej, w Wickford w Rhode Island, na widoku, przed tysiącami owadów i kierowcą Kii Sedony z licznikiem na desce rozdzielczej.
Mimo to... kusiło ją. Jeden pocałunek. Jedna nietypowa decyzja. Jedna skradziona chwila. Jedno ostatnie wytchnienie, dzika szamotanina, by uniknąć nieuniknionego.
Kolejny pomruk, tym razem w jego piersi, zginął w znacznie głośniejszym huku ponad nimi. Potężny trzask rozrywający niebo na kawałki i deszcz nagle lejący się zewsząd ciężkimi strugami. Ciemność przecięta błyskiem pioruna tak jasnym i bliskim, że powinni byli poczuć jego żar; a potem jej imię, wykrzyczane z odległości, która wydawała się ledwie kilkoma centymetrami.
- Alice!
Obróciła się.
Rażący błysk nie pochodził od pioruna. To był flesz aparatu.
- Alice! - Fotograf, zmięty i nieogolony, znów krzyknął, jakby czekał na pociąg godzinami. A może czekał?
Ponowne wołanie. Drugi mężczyzna biegł z odległego końca ulicy, tam gdzie stały trzy pogrążone w ciemności samochody. Patrzyły. Szukały czegoś, co warto sfotografować.
Skąd wiedzieli? I dlaczego ona nie wpadła na to, że tu będą? W końcu w tym tygodniu istniały dwa tematy. Jedno ze Stormów przepada, drugie powraca.
- Alice! Czy wciąż nie miałaś kontaktu z ojcem? Dlaczego nie przyjechałaś razem z bratem i siostrami? Rozmawiają z tobą? Czy jesteś mile widziana w domu?
Odpaliły się lata treningu. Głowa w dół. Nie zbaczać z kursu. Ale nie było żadnego kursu. Benny i jego Honda zostawili ją na pastwę losu i stała, sama jak palec, w świetle latarni, w deszczu, przed zamkniętym dworcem kolejowym, otoczona siłami wroga.
Zagubiona.
- Proszę. - Podniosła dłoń, wiedząc, że to daremne. - Nie...
Zanim zdążyła dokończyć - choć co właściwie zamierzała powiedzieć? - już była w ruchu, popchnięta przez "nieharcerza" (ale, szczerze mówiąc, jednak dobrego druha), zasłonięta jego szerokimi ramionami, otoczona przemokłą od deszczu białą bawełną jego koszuli.
- Cofnijcie się - powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie cofnęli się, rzecz jasna. Zdjęcia córki Franklina Storma były dziś warte więcej niż roczne dochody tego przyzwoitego faceta, i paparazzi o tym wiedzieli. Więcej fleszy. Lał deszcz, a Alice czuła się trochę tak, jakby tonęła.
- Kim jest twój chłopak?
- To coś poważnego?
- Niech to szlag. - Mężczyzna, który zdecydowanie nie był jej chłopakiem, brzmiał poważnie. - Wsiadaj do auta.
Deska ratunku.
Obróciła się, żeby zabrać bagaż, ale on chwycił ją za rękę, mocno, z przekonaniem.
- Nie. - To słowo sprawiło, że stanęła jak wryta. - Wsiadaj do auta, Alice.
Wypowiedział jej imię tak, jakby powtarzał je przez całe życie, a ona bezzwłocznie go posłuchała, bez zaskoczenia zauważając, że kierowca już otwiera jej tylne drzwi. Usłyszała za plecami, jak Długonogi warknął:
- Powiedziałem: cofnąć się.
Znów grzmot zagłuszający to, co się stało, a co wywołało przenikliwy pisk i cienkie: "Co, do chuja?!", gdy wsiadała do auta.
Kierowca spojrzał ponad nią i stwierdził:
- Należało się tym dupkom.
Gdy znalazła się w środku, schyliła głowę i czekała, aż jej niespodziewany wybawiciel wepchnie torby do bagażnika i wsiądzie razem z nią. Kierowca obrócił się z ekscytacją w oczach.
- Domyślam się, że nie chce pani jechać tam, gdzie pokazuje apka.
- Jeszcze nie - padła zwięzła odpowiedź jej towarzysza, którego imienia wciąż nie poznała. Powinna go zapytać. Ale może jeśli sobie odpuści, to on też jej odpuści. Tak samo jak całą resztę. Na przykład: Dlaczego paparazzi czekają na ciebie w sennym miasteczku Rhode Island w środku nocy? Dlaczego nie rozmawiasz z rodziną? A skoro już przy tym jesteśmy, to kim jest twoja rodzina?
- Myśli pan, że damy radę ich zgubić?
Szeroki uśmiech - kierowcy będą stawiać mu piwa po grób dzięki tej historii.
- Przygłupy są z Nowego Jorku. Ani trochę nie znają Rhode Island.
- W takim razie zgubmy ich.
- Się robi.
Samochód ruszył z piskiem opon z podjazdu, prawie zahaczając faceta, który zeskoczył mu z drogi. Silnik zawył, gdy kierowca dodał gazu.
- To do motelu?
- Najpierw ją podrzucimy.
To była propozycja, na którą w końcu odpowiedziała, gdy tylko oderwała wzrok od jego zaciśniętej pięści - na końcu przedramienia z kompasem, ociekającej deszczem w świetle latarni, z zaczerwienionymi knykciami. Jakby kogoś uderzył.
Później przypisze to szalonemu połączeniu żałoby i samotności, że spodobały jej się te knykcie, otarte i brutalne. Ale w tamtej chwili? Kiedy obrócił pięść i otworzył dłoń, szorstko rzucając: "Trzymaj", podobało jej się to z innych powodów. Zwłaszcza gdy rozpoznała małe prostokąty w jego dłoni. Parę zewnętrznych kart SD.
Spojrzała na nie, a on powiedział:
- Z aparatów.
I tyle. Nic więcej. Żadnych nacisków, by zdradziła, kim jest, choć, szczerze mówiąc, była mu to winna, zważając, że popełnił dla niej drobną napaść.
Było coś atrakcyjnego w mężczyźnie, którego zdawało się nie obchodzić, kim ona jest ani dlaczego wprowadziła chaos w jego życie.
- Wszystko w porządku? - spytał po raz drugi, odkąd wysiedli z pociągu.
Nie. Ale to pomaga.
- Dokąd, kochanieńkah? - Tym razem to kierowca, z miejscowym akcentem.
Właśnie, dokąd zmierzała tak pewna swojej drogi, tak przekonana, że wybrała właściwą ścieżkę? Teraz... nic nie miało sensu. Nie liczyło się nic prócz tej chwili. Była w niebezpieczeństwie, ale to się skończyło. I jutro wszystko wróci, ale tej nocy tylko to się liczyło.
On się liczył.
Sięgnęła, ale nie po karty SD. Zamiast tego wsunęła dłoń w jego rękę, czując pod palcami małe prostokąty i ciesząc się gorącym dotykiem, twardym i pewnym. Solidnym. Jak pociąg.
W przeciwieństwie do całej reszty.
- Do Quahog Quay.