Letni kogel-mogel - Mia Ahl

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Gdy Jes­sika je­chała tram­wa­jem do domu, za­dzwo­nił jej te­le­fon. Spoj­rzała na wy­świe­tlacz i wy­pro­sto­wała się, by ze­brać siły. Za­raz po­tem ode­brała.

- Cześć, mamo.

- Jes­siko, to ja, twoja matka - za­częła Bir­gitta, matka Jes­siki.

- Wiem. Wy­świe­tliło się mi.

Bir­gitta stra­ciła wą­tek i od­chrząk­nęła. Jes­sika wie­działa, że mama ma ko­mórkę, ale rzadko jej używa, a kiedy chce do ko­goś za­dzwo­nić, za każ­dym ra­zem wy­biera nu­mer jak w cza­sach, gdy wła­śnie wpro­wa­dzono te­le­fon z tar­czą.

- Ach tak. - Bir­git­cie przy­po­mniało się, w ja­kiej spra­wie te­le­fo­nuje. Chciała do­koń­czyć roz­mowę, którą za­częły dzień wcze­śniej. - Świą­teczne za­słonki. Trzeba je zdjąć. W po­nie­dzia­łek przyjdą do mnie zna­jomi z klubu bry­dżo­wego. Za­pro­si­łam ich na obiad. Za­słonki nie mogą zo­stać w oknach, prze­cież po­woli zbliża się luty. Wła­śnie wy­pra­łam i wy­pra­so­wa­łam nowe, wio­senne. Leżą na łóżku w po­koju go­ścin­nym. Je­śli wpad­niesz do mnie z dzie­cia­kami ju­tro o dzie­sią­tej, to spo­koj­nie zdą­żysz umyć okna i zmie­nić za­słony. A po­tem zjemy obiad. W lo­dówce jest zupa jar­mu­żowa. We­ge­ta­riań­ska. Sama ugo­to­wa­łam. Na wy­wa­rze wie­przo­wym.

Jes­sika wyj­rzała przez okno. Wła­śnie mi­nęła Kor­svägen. Po­my­ślała, że wy­sią­dzie przy ICE Maxi, żeby ku­pić kilka rze­czy na week­end bez dzieci.

- Wiesz co - ode­zwała się po chwili. - W ten week­end pra­cuję. A dzieci są z Ro­ber­tem. Za­słonki na­prawdę... - Na­gle przy­po­mniało jej się, jak wie­szała te za­słonki w pią­tek przed po­cząt­kiem ad­wentu. Już wtedy pró­bo­wała wy­tłu­ma­czyć matce, że nie da rady po­móc jej z resztą. I za­pro­po­no­wała, żeby ku­piła so­bie nową dra­binę i prze­stała uży­wać sta­rej, którą ro­dzice do­stali jesz­cze w pre­zen­cie ślub­nym.

Bir­gitta wzięła głę­boki od­dech i prze­for­mu­ło­wała py­ta­nie.

- Nie mo­gła­byś po­pro­sić Cla­esa, żeby po­zwo­lił ci przyjść do sklepu tro­chę póź­niej? W końcu je­ste­ście za­rę­czeni.

Jes­sika znów wyj­rzała przez okno. Wie­działa, że nie ma sensu tłu­ma­czyć, że po­trze­bują jej w pracy. I że chce tam iść. Bo o wiele przy­jem­niej jest sprze­da­wać bi­żu­te­rię, niż myć okna.

- Nie, mamo - pod­jęła. - Nie mogę po­pro­sić o dzień wol­nego, żeby umyć ci okna w kuchni. A poza tym na­prawdę nie mam na to ochoty.

Sie­dząca na­prze­ciw niej ko­bieta spoj­rzała na nią znad dar­mo­wej ga­zety. Wy­glą­dała na roz­ba­wioną, ale chyba też jed­no­cze­śnie jej współ­czuła.

Jes­sika po­chwy­ciła jej spoj­rze­nie i po­my­ślała, jak cu­dow­nie by­łoby cza­sem po­pro­sić mamę, by ode­brała El­liota z przed­szkola i zro­biła dzie­ciom obiad. Albo pod­grzała im coś w mi­kro­fali i uspo­ko­iła Molly i Wil­liama, któ­rzy obec­nie kłó­cili się ja­kieś osiem razy dzien­nie. Jes­sika nie chciała za­rzu­cać córki obo­wiąz­kami. Molly miała dość wła­snych spraw, była na­sto­latką i wła­śnie prze­szła na we­ga­nizm.

- Ale. - Bir­gitta była uparta jak ci, któ­rzy za­prze­czają fak­tom. - Po­trze­buję po­mocy z oknami. A ty już mi wcze­śniej po­ma­ga­łaś. Poza tym nie zdą­ży­ły­śmy przed świę­tami po­sprzą­tać sza­fek w kuchni. Je­śli przyj­dziesz wcze­śniej, to tym też się zaj­miesz.

- Nie. - Jes­sika od­cięła się, po­wta­rza­jąc coś, co po­wie­działa już ja­kieś pięć­dzie­siąt dwa razy. - Mamo, prze­cież masz pie­nią­dze. Nie mo­gła­byś za­trud­nić ko­goś do po­mocy? Pa­nią, która po­sprzą­ta­łaby kuch­nię za cie­bie?

- Ale dla­czego mia­ła­bym ko­goś szu­kać? - spy­tała Bir­gitta. - Prze­cież ty mi po­ma­gasz.

Oczy­wi­ście, że tak. Po co ko­muś pła­cić, skoro Jes­sika pra­co­wała u niej zu­peł­nie za darmo?

- Mhm. Tak. Ale. Ale te­raz nie mogę. W każ­dym ra­zie nie te­raz. Na­prawdę nie mogę. Prze­cież się nie roz­dwoję.

- Ale dziś jest pią­tek. Nie mo­gła­byś do ko­goś za­dzwo­nić?

- Nie. Ta­kie rze­czy trzeba pla­no­wać z wy­prze­dze­niem. - Jes­sika po­chy­liła się, żeby wci­snąć przy­cisk za­wia­da­mia­jący kie­rowcę, by na naj­bliż­szym przy­stanku otwo­rzył jej drzwi.

- Jes­siko, wiesz co. Zro­bi­łaś się po­twor­nie nudna. Nie po­win­naś tak się do mnie od­zy­wać.

Córka nie od­po­wie­działa. Za­miast tego wstała z miej­sca. Tro­chę się zdzi­wiła, że do matki wresz­cie coś do­tarło. Bir­gitta była gru­bo­skórna i za­zwy­czaj igno­ro­wała wszel­kie słowa kry­tyki.

- Wy­sia­dam z tram­waju - od­parła Jes­sika. - Mu­szę zro­bić za­kupy. Je­stem pewna, że je­śli przed je­dze­niem za­ser­wu­jesz zna­jo­mym po po­rząd­nym kie­liszku sherry i za­pro­sisz ich do ja­dalni, nikt nie za­uważy, że od sze­ściu ty­go­dni nie my­łaś okien. - Za­raz po­tem się po­że­gnała i z ulgą wsu­nęła te­le­fon do kie­szeni.

Rozdział 3

So­fia za­trzy­mała się na chwilę pod Dor­sią, nie mo­gąc się na­dzi­wić, że po­goda w Göte­borgu jest tak pa­skudna.

- Ma­le­diwy - wy­mam­ro­tała pod no­sem. - Ka­ra­iby.

Wy­obra­żała so­bie, że wy­le­guje się w słońcu na le­żaku. Ma za­mknięte oczy i jest zre­lak­so­wana. Na sto­liku obok stoi ko­lo­rowy drink z pa­ra­solką, a obok cze­kają nowa po­wieść w nur­cie feel-good i ostatni nu­mer "Vo­gue'a". Z od­dali do­cho­dzą ją gwar i od­głosy z ba­senu. Czuła, że do­brze by jej to zro­biło. Po­trze­bo­wała tego. Mimo to wie­działa, że dy­rek­torka Chloe ma ra­cję, i dała jej men­tal­nego kopa. Dziew­czyna po­winna cho­dzić do szkoły. Była strasz­nie le­niwa.

So­fia zda­wała so­bie sprawę, że wio­sną dwa ty­siące dzie­więt­na­stego roku nie po­jadą już do cie­płych kra­jów. Po­dróże, ja­kie za­zwy­czaj wy­ku­po­wała z Hen­ri­kiem, nie były do­stępne w ofer­cie last mi­nute. Ale może zor­ga­ni­zują coś je­sie­nią. W li­sto­pa­dzie, gdy za­czną się fe­rie. Chloe pój­dzie wtedy do li­ceum, a w no­wej szkole bę­dzie też inny dy­rek­tor. Może w tym cza­sie uda im się wy­go­spo­da­ro­wać dwa ty­go­dnie na wa­ka­cje na Ka­ra­ibach.

Na bul­wa­rze Ave­nyn znaj­do­wało się biuro po­dróży. Mo­głaby tam zaj­rzeć i po­pro­sić o ja­kieś fol­dery. Wpraw­dzie wszyst­kie in­for­ma­cje były też do­stępne w in­ter­ne­cie, ale lu­biła prze­su­wać pal­cem po gład­kich stro­nach ze zdję­ciami przed­sta­wia­ją­cymi białe plaże i tur­ku­sowe mo­rze pod błę­kit­nym nie­bem. Poza tym uwiel­biała rów­nież ma­ga­zyny, w któ­rych młode, szczu­płe mo­delki re­kla­mują ubra­nia. Gdy na nie pa­trzyła, wy­da­wało jej się, że także może być piękna, od­prę­żona i szczę­śliwa. Ma­rzyła o uda­nych wa­ka­cjach i od­po­czynku od mroź­nego wia­tru i na­tręt­nych sprze­daw­ców ulicz­nych.

Mi­nęła po­mnik konny króla Ka­rola IX Wazy i za­trzy­mała się przed przej­ściem dla pie­szych, po czym zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szyła na Ave­nyn. Za ladą biura po­dróży sie­działy trzy ko­biety. Dwie z nich ob­słu­gi­wały klien­tów, a trze­cia roz­ma­wiała przez te­le­fon i pi­sała coś szybko na kla­wia­tu­rze. So­fia wy­brała kilka fol­de­rów, ale zo­rien­to­wała się, że nie ma gdzie ich scho­wać. Ro­zej­rzała się i zre­zy­gno­wana wy­szła na ulicę, nio­sąc ka­ta­logi pod pa­chą.

Nie­stety po­goda się nie po­pra­wiła. Deszcz ze śnie­giem kłuł w po­liczki ni­czym igły. So­fia za­sta­na­wiała się, czy jej kredka do brwi jest wo­do­od­porna. Mi­nusy by­cia blon­dynką. Ja­sne brwi. Te­raz je po­ma­lo­wała, jed­nak roz­wa­żała też ma­ki­jaż per­ma­nentny. Po­wstrzy­my­wał ją tylko lęk przed igłami.

So­fia się za­wa­hała. Po­winna wra­cać do domu, ale co bę­dzie tam ro­bić? Usią­dzie na ka­na­pie i włą­czy so­bie Net­flixa? Albo wstawi pralkę? Per­spek­tywa nie wy­dała jej się szcze­gól­nie ku­sząca, a poza tym przy­po­mniało jej się, że córka w piątki koń­czy wcze­śniej. Na samą myśl, że znów mia­łyby się po­kłó­cić, prze­szedł ją dreszcz. Spoj­rzała na ga­le­rię han­dlową Nor­di­ska Kom­pa­niet. To jej drugi dom. W środku za­wsze było cie­pło, a do tego pach­niało no­wymi ubra­niami, dro­gimi per­fu­mami i świeżo pa­rzoną kawą. Mo­głaby usiąść tam z ka­ta­lo­gami przy kawce. Albo winku. W końcu dziś wy­piła tylko kie­li­szek szam­pana.

Ostroż­nie prze­szła przez ulicę. Mar­z­nący deszcz i ko­zaki na wy­so­kim ob­ca­sie nie sta­no­wiły do­brego po­łą­cze­nia. Jej mama nie­dawno przy­znała ze wsty­dem, że za­częła no­sić raki an­ty­po­śli­zgowe, lecz So­fia nie wy­obra­żała so­bie uży­wa­nia cze­goś tak upo­ka­rza­ją­cego. Poza tym na jej buty ra­czej nie da­łoby się na­ło­żyć żad­nych na­kła­dek.

Po wej­ściu do ga­le­rii han­dlo­wej ude­rzyło ją przy­jemne cie­pło, przy­wo­dzące na myśl przy­ja­ciel­ski uścisk. Spoj­rzała na dział z per­fu­mami, ale tam była za­le­d­wie trzy dni wcze­śniej. Może za­miast tego zaj­rzy do Flippy K. Wje­chała scho­dami na górę i po­woli prze­mie­rzała dział z dam­ską odzieżą. Swe­ter. Cie­pły swe­ter. Po­winna ko­niecz­nie spra­wić so­bie ja­kiś nowy. Przej­rzała sto­sik, wy­brała je­den swe­ter do przy­mie­rze­nia i ru­szyła da­lej.

Pół­to­rej go­dziny póź­niej sie­działa w ka­wiarni, po­pi­ja­jąc białe wino. Na krze­śle obok le­żały trzy torby z za­ku­pami. Trzy­mała w ręku ka­ta­log z biura po­dróży. Czuła się do­brze. Na­gle za­pisz­czał jej te­le­fon. SMS od Chloe.

"Idę do Mat­tiasa".

So­fia do­tknęła wy­świe­tla­cza kciu­kiem, chciała upo­mnieć córkę albo ka­zać jej wró­cić wcze­śnie do domu, ale w ostat­niej chwili się po­wstrzy­mała. Znała matkę Mat­tiasa. Poza tym go lu­biła i cie­szyła się, że to w nim pod­ko­chi­wała się Chloe.

Ko­bieta po­wę­dro­wała my­ślami do roz­mowy, którą od­była z przy­ja­ciół­kami przy obie­dzie. An­ty­kon­cep­cja. Po­winna po­roz­ma­wiać o tym z Chloe. Nie tak na okrętkę jak wtedy, gdy dziew­czyna za­częła mie­siącz­ko­wać, tylko bez ogró­dek. I może na­wet za­brać ją do gi­ne­ko­loga. Albo za­chę­cić do wi­zyty w cen­trum pla­no­wa­nia ro­dziny. So­fia bała się kon­fron­ta­cji, bo sama nie brała ta­ble­tek ani nie sto­so­wała spi­rali. Kiedy Chloe miała cztery lata, sta­rali się o ko­lejne dziecko. Ale So­fii nie udało się zajść w ciążę. Z po­czątku cho­dzili do łóżka spon­ta­nicz­nie, gdy mieli na to ochotę, a pod ko­niec uży­wali ka­len­da­rza i ter­mo­me­tru. Do­szło do tego, że kiedy któ­re­goś razu mąż był na kon­fe­ren­cji w Sunne, wsia­dła do sa­mo­chodu i po­je­chała do niego spe­cjal­nie, by się z nim prze­spać. A wła­ści­wie by ją za­płod­nił. Skoń­czyło się jed­nak na kłótni, która uci­chła do­piero nad ra­nem. Wtedy oboje się roz­pła­kali. I nie cho­dziło już na­wet o utra­cone ma­rze­nia, tylko o ich ży­cie sek­su­alne, z któ­rego po pro­stu prze­stali już czer­pać ra­dość. Po wi­zy­cie w Sunne nie upra­wiali seksu przez nie­mal rok. I już ni­gdy wię­cej nie po­ru­szyli te­matu dru­giego dziecka. Za­miast tego So­fia spa­ko­wała wszyst­kie ubranka dzie­cięce, łó­żeczko oraz wó­zek i zmu­siła Hen­rika, by za­wiózł te rze­czy do se­cond-handu.

Ko­bieta wy­słała córce uśmiech­niętą emo­ti­konę, a na­stęp­nie wy­piła kilka ły­ków wina, które tak na­prawdę wcale jej sma­ko­wało. Przej­rzała swoje za­kupy i za­sta­na­wiała się, co ro­bić da­lej. Wła­ści­wie mo­gła już wra­cać do domu. Wło­żyła płaszcz i pod­nio­sła torby. Były duże i cięż­kie. Oprócz swe­tra ku­piła jesz­cze nowe buty, spodnie, to­rebkę wi­zy­tową i dwa ze­stawy bie­li­zny. Wy­cho­dząc z ka­wiarni, czuła się nie­mal jak Vi­vian Ward z filmu Pretty Wo­man. Z tą róż­nicą, że ona nie mu­siała ucie­rać nosa uma­lo­wa­nym sprze­daw­czy­niom. I nikt nie trak­to­wał jej z góry.

W dro­dze po­wrot­nej wstą­piła jesz­cze do sklepu John Hen­ric, w któ­rym sprze­da­wano wła­ści­wie tylko kra­waty. So­fia czę­sto tam cho­dziła, zwłasz­cza gdy ogar­niały ją wy­rzuty su­mie­nia, że ku­piła za dużo rze­czy dla sie­bie. Za­trzy­mała się i po­sta­no­wiła, że sprawi mę­żowi pre­zent. Długo się za­sta­na­wiała i osta­tecz­nie wy­brała kra­wat oraz pa­su­jącą do niego po­szetkę.

Gdy wy­szła na ze­wnątrz, za­uwa­żyła, że po­goda jesz­cze bar­dziej się po­gor­szyła. Mimo że So­fia miała cie­pły płaszcz, okrop­nie mar­zła. Ko­zaki śli­zgały się po chod­niku i ci­snęły ją w mały pa­lec u pra­wej stopy. Po­czuła, że przed wyj­ściem z ga­le­rii na­le­żało jed­nak sko­rzy­stać z to­a­lety. Przez chwilę roz­wa­żała, co da­lej. Po­winna wró­cić do domu au­to­bu­sem? Ech. A może tak­sówką? Hmm. Była też trze­cia opcja. Uśmie­cha­jąc się, wy­jęła z kie­szeni te­le­fon i za­dzwo­niła do Hen­rika. Mąż ode­brał już po dwóch sy­gna­łach.

- Cześć!

- Hen­riku, ko­cha­nie, je­steś jesz­cze w pracy?

- Mhm. Wy­cho­dzę za ja­kieś dwie go­dziny.

- Je­stem na mie­ście. Przyjdę do cie­bie i od­wie­ziesz mnie do domu, do­brze?

- Ja­sne.

So­fia do­my­śliła się, że Hen­rik się uśmie­cha. Gdy cho­wała te­le­fon, też się roz­pro­mie­niła. Ru­szyła da­lej wzdłuż Ave­nyn. Kan­ce­la­ria, którą mąż dzie­lił z trzema in­nymi praw­ni­kami, w tym z Ro­ber­tem, eks­mę­żem Jes­siki, mie­ściła się na jed­nej z prze­cznic bul­waru. Bu­dy­nek znaj­do­wał się na tyle bli­sko Ave­nyn, by wy­da­wał się re­pre­zen­ta­cyjny, a jed­no­cze­śnie na tyle da­leko, że stać ich było na czynsz.

Bo­lała ją stopa, więc spa­cer do kan­ce­la­rii za­jął jej grubo po­nad go­dzinę. Gdy prze­mie­rzała ostat­nie pięć­set me­trów, po­ża­ło­wała, że nie po­je­chała tak­sówką, i to nie tyle do domu, co do Hen­rika. Mo­gła po­pro­sić tak­sów­ka­rza, by pod­je­chał pod drzwi, i za­pła­cić mu go­tówką. Sił do­da­wała jej tylko myśl o ka­lo­riach kry­ją­cych się w dwóch kie­lisz­kach wina, ta­le­rzu zupy ryb­nej z ho­ma­rem i śmie­taną oraz dwóch pszen­nych bu­łecz­kach z ma­słem.

Od drzwi wi­tał ją uśmiech re­cep­cjo­nistki.

- Dzień do­bry - po­wie­działa Mar­ga­reta. - Pan Hen­rik jest na spo­tka­niu.

- Okej - od­parła So­fia, od­kła­da­jąc na sto­lik torby z za­ku­pami.

- Za­kupy?

- Tak. By­łam na lun­chu z przy­ja­ciół­kami, a po­tem po­szłam do NK. - So­fia po­wie­siła płaszcz i znik­nęła w to­a­le­cie.

Gdy wy­szła, Mar­ga­reta roz­ma­wiała przez te­le­fon. So­fia ski­nęła jej głową i usia­dła na fo­telu dla go­ści. Był wy­godny, chyba na­wet wy­god­niej­szy niż sie­dzi­ska w ka­wiarni. Wie­działa, że gdyby po­pro­siła re­cep­cjo­nistkę o kawę, do­sta­łaby go­rące espresso, i to z eks­presu. Ko­bieta po­da­łaby jej fi­li­żankę na ma­lut­kiej tacy, na któ­rej po­ło­ży­łaby też sa­szetkę cu­kru i dwa cia­steczka. A gdyby So­fia miała ochotę na­pić się wody, nie mu­sia­łaby na­wet o nią py­tać, bo w szatni stał au­to­mat z ga­zo­waną i nie­ga­zo­waną. Zda­wała so­bie rów­nież sprawę, że gdyby się roz­pła­kała - a sły­szała od męża, że tu­taj czę­sto się to zda­rza - to Mar­ga­reta za­raz wy­cza­ro­wa­łaby pu­dełko chu­s­te­czek. Bo była nie­zwy­kła, jak praw­dziwa se­kre­tarka sta­rej daty. Żar­to­wali, że odzie­dzi­czyli ją w spadku po wujku Hen­rika, który za­trud­niał ją, gdy sam pro­wa­dził kan­ce­la­rię.

So­fia uśmiech­nęła się i po­ka­zała na ko­mórkę, żeby Mar­ga­reta nie po­my­ślała, że ją pod­słu­chuje. Nie była tym za­in­te­re­so­wana, ale i tak zo­rien­to­wała się, że roz­mowa była pry­watna. No cóż, w zimne piąt­kowe po­po­łu­dnie każdy miał prawo do po­ga­duch.

Ma­rzyła, by zdjąć ko­zaki, które dwa ty­go­dnie wcze­śniej ku­piła z Chloe na stycz­nio­wej wy­prze­daży. Stopy bo­lały ją tak, że czuła się jak sio­stry Kop­ciuszka. Obie na­raz. Ale nie mo­gła ścią­gnąć bu­tów w obec­no­ści Mar­ga­rety.

So­fia we­szła na Fa­ce­bo­oka i ku swo­jemu roz­cza­ro­wa­niu za­uwa­żyła, że przy­ja­ciółki nie opu­bli­ko­wały żad­nego po­stu o wspól­nym lun­chu. Nie ocze­ki­wała tego od Jes­siki, ale Jenny dość ak­tyw­nie udzie­lała się w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych.

Wie­działa, że nie po­winna, ale spraw­dziła rów­nież konto córki. Chloe miała In­sta­grama, a wła­ści­wie in­sta, bo tak go na­zy­wała, i Fa­ce­bo­oka, ale kiedy So­fia wsta­wiła tam ich zdję­cie z obiadu, dziew­czyna usu­nęła ją ze zna­jo­mych. Mimo za­pew­nień, że nic się nie stało, matka po­czuła się ura­żona.

So­fia cze­kała na męża. W mię­dzy­cza­sie usu­nęła stare SMS-y i przej­rzała nowe po­sty na Fa­ce­bo­oku. Ką­tem oka spoj­rzała na Mar­ga­retę, która odło­żyła te­le­fon i z za­do­wo­le­niem wpa­try­wała się w mo­ni­tor. So­fia za­sta­na­wiała się, czy se­kre­tarka wy­sta­wia fak­tury, czy też układa pa­sjansa. W końcu było piąt­kowe po­po­łu­dnie.

Gdy po pew­nym cza­sie usły­szała, jak w głębi ko­ry­ta­rza za­my­kają się drzwi, po­chy­liła się, by spraw­dzić, kto stam­tąd wyj­dzie. Miała na­dzieję, że jej mąż. Tak też było, z tym że nie szedł on sam. To­wa­rzy­szyła mu ko­bieta, która lek­kim kro­kiem prze­mie­rzała drogę na dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych ob­ca­sach. Wy­da­wało się, że zu­peł­nie nie wie­dzieli, kto czeka w fo­telu. Roz­ma­wiali i z cze­goś się śmiali. So­fia przy­glą­dała się ko­bie­cie, któ­rej Hen­rik po­świę­cał pełną uwagę. Była wy­soka, a w ko­za­kach na nie­bo­tycz­nych ob­ca­sach pra­wie do­rów­ny­wała mu wzro­stem. Miała na so­bie ide­al­nie do­pa­so­waną su­kienkę pod­kre­śla­jącą jej nie­na­ganną fi­gurę i no­siła na­szyj­nik, który wy­glą­dał na drogi i sztuczny.

Była ist­nym ob­ja­wie­niem, ema­no­wała pięk­nem i ele­gan­cją. Ce­cho­wała ją też nie­za­chwiana pew­ność sie­bie.

So­fię ogar­nęła za­zdrość. Sama chciała taka być. Wła­śnie ta­kie pra­gnęła spra­wiać wra­że­nie, gdy ku­po­wała wszyst­kie te nowe ubra­nia i dro­gie kremy do twa­rzy albo spę­dzała go­dziny w si­łowni lub u ko­sme­tyczki.

Spoj­rzała na Hen­rika i się wy­stra­szyła. Nie są­dziła, że ją zdra­dzał. To by­łoby strasz­nie głu­pie z jego strony. Ale za­sta­na­wiała się, czy on przy­pad­kiem nie ma­rzy o tej ko­bie­cie. Albo ogól­nie o kimś ta­kim. A nie o So­fii, któ­rej cien­kie skan­dy­naw­skie włosy ni­gdy nie ukła­dały się w mięk­kie fale, no chyba że do trzech go­dzin po wyj­ściu od fry­zjera. So­fia mu­siała sta­wać na stołku, by się­gnąć do naj­wyż­szej półki z na­czy­niami. A jej piersi po czte­rech mie­sią­cach kar­mie­nia stały się ob­wi­słe i po­marsz­czone. Myśl prze­mknęła przez jej głowę tak szybko, że wła­ści­wie nie było tego po niej wi­dać. Wzięła się w garść i ru­szyła do męża. Wy­cią­ga­jąc rękę, zro­biła krok do przodu i na­tych­miast zro­zu­miała, że po­peł­niła błąd. Je­śli to klientka Hen­rika, nie po­winna się z nią wi­tać. Ani w ogóle do niej pod­cho­dzić. So­fię też obo­wią­zy­wał obo­wią­zek mil­cze­nia. Po­dob­nie było z Jenny. Gdyby przy­pad­kiem spo­tkała na ulicy pa­cjen­tów Ma­gnusa, nie mo­głaby się z nimi przy­wi­tać.

Hen­rik był praw­ni­kiem han­dlo­wym, a jego klien­tom za­le­żało przede wszyst­kim na ano­ni­mo­wo­ści i dys­kre­cji. Nie ob­słu­gi­wał gwał­ci­cieli ani zło­dziei, tylko sty­lo­wych lu­dzi o wy­pcha­nych port­fe­lach. Jes­sika twier­dziła, że cza­sami na pewno tra­fiają mu się rów­nież prze­stępcy. Sia­dali przy jego biurku, by po­roz­ma­wiać o kup­nie i fu­zjach spółek. Hen­rik uśmiech­nął się do So­fii.

- To moja żona. So­fia - za­czął.

So­fia uśmiech­nęła się naj­sze­rzej, jak umiała.

- So­fia Hal­l­gren - przed­sta­wiła się, wy­cią­ga­jąc dłoń.

- A to Ka­rin - wy­ja­śnił Hen­rik. - Bę­dzie pra­co­wać u nas od lu­tego.

- Od czter­na­stego lu­tego - spre­cy­zo­wała ko­bieta. Jej głos był miękki i ni­ski, brzmiał nie­sa­mo­wi­cie sen­su­al­nie.

- Wa­len­tynki - po­wie­działa So­fia.

- Wła­śnie - od­parła nie­pew­nie Ka­rin, jakby wa­len­tynki były ja­kimś dzie­cię­cym wy­my­słem, na który ona nie mar­nuje czasu.

- W ta­kim ra­zie wi­tamy. - So­fia po­my­ślała, że spo­śród wszyst­kich moż­li­wych od­po­wie­dzi wy­brała tę naj­głup­szą.

- Miło mi pa­nią po­znać - rzu­ciła Ka­rin. - Hen­rik dużo mi o pani opo­wia­dał.

Ru­szyła do szatni dla pra­cow­ni­ków. Hen­rik w mil­cze­niu przy­glą­dał się żo­nie.

- Wi­dzę, że za­sza­la­łaś - za­uwa­żył. - Zo­stało coś w NK?

- Ku­pi­łam ci kra­wat - od­po­wie­działa.

- Do­brze, że masz wła­sne pie­nią­dze - stwier­dził mąż.

So­fia też się z tego cie­szyła. Wcale nie za­ra­biała dużo. Wła­ści­wie na­wet nie pra­co­wała. Sie­dze­nie w skle­pie z pre­zen­tami sio­stry Ro­berta nie przy­no­siło jej żad­nego zy­sku. Ro­biła to tylko, by za­peł­nić so­bie kilka dni w ty­go­dniu. Tak na­prawdę była bo­gata z uro­dze­nia. Bo do­stała spa­dek. A to lep­sze niż pie­nią­dze za­ro­bione pracą. Przy­naj­mniej tak uwa­żała jej matka, która w na­zwi­sku pa­nień­skim miała przy­imek "von" i po­cho­dziła z bo­ga­tej ro­dziny. So­fia nie miała pew­no­ści, czy ten po­gląd po­dzie­li­łaby na przy­kład Jes­sika. Z ko­lei ona sama rzadko roz­ma­wiała o spadku, nie wie­działa na­wet, co do­kład­nie obej­mo­wał. Cy­fry nie były jej naj­moc­niej­szą stroną.

Ka­rin wy­szła z szatni. Rzu­ciła krót­kie "do wi­dze­nia" i znik­nęła za drzwiami.

- Pój­dziesz ze mną? - spy­tał Hen­rik. - Mu­szę jesz­cze go­dzinkę po­pra­co­wać.

- Nie, zo­stanę tu­taj. - So­fia gło­śno wes­tchnęła.

- Okej. Pani Mar­ga­reto, może pani już iść. Zo­sta­łem już tylko ja. Włą­czę alarm.

Mar­ga­reta uśmiech­nęła się i ży­czyła mu spo­koj­nego week­endu. So­fia pa­trzyła, jak Hen­rik idzie do ga­bi­netu. Gwiz­dał, a jego mowa ciała wska­zy­wała, że jest za­do­wo­lony.

- Do­brego week­endu! - za­świer­go­tała Mar­ga­reta i po­śpiesz­nie wy­szła na ze­wnątrz.

- Wza­jem­nie!

Tym spo­so­bem So­fia zo­stała sama. W kan­ce­la­rii byli wy­łącz­nie on i ona. Zdjęła ko­zaki i roz­ma­so­wała obo­lały pa­lec. Na­stęp­nie wy­jęła nowe buty, ko­ron­kowe botki bez pal­ców. Wło­żyła je i wy­pro­sto­wała nogi, by przyj­rzeć się no­wemu na­byt­kowi na sie­dząco. Pa­trzyła na po­ma­lo­wane na czer­wono pa­znok­cie u stóp. Po chwili prze­nio­sła wzrok na to­rebkę z kra­wa­tem Hen­rika. Znów przy­po­mniał jej się film Pretty Wo­man. Spoj­rzała na ko­ry­tarz. Ga­bi­net męża był na sa­mym końcu. Pod­jęła de­cy­zję.

Rozdział 4

Jenny wy­sia­dła z tram­waju i po­wle­kła się ulicą, tasz­cząc w obu rę­kach siatki. Za­wsze to samo. Ro­biła li­stę za­ku­pów i raz w ty­go­dniu je­chała do du­żego mar­ketu ICA, ale je­dze­nie i tak koń­czyło się jesz­cze przed week­en­dem. Albo na­cho­dziła ją ochota, by przy­rzą­dzić coś spe­cjal­nego. Nie tylko ze względu na sie­bie, lecz także z uwagi na męża i córkę. Oraz matkę, która przy­wią­zy­wała ogromną wagę do je­dze­nia. Po­siłki po­winny być lek­kie i ni­sko­ka­lo­ryczne. Britt-Ma­rie czę­sto zo­sta­wała u nich w pią­tek na ko­la­cji, po­nie­kąd trak­to­wała to jak za­płatę za opiekę nad Clarą. Ma­gnus wy­my­ślił, że po­winni wy­pi­sać córkę z przed­szkola i za­miast tego zo­sta­wiać ją z bab­cią.

Mimo że lo­dówka i za­mra­żarka pę­kały w szwach, Jenny wstą­piła dziś do hali tar­go­wej po świeże ryby i owoce mo­rza. To­cząc się z siat­kami, my­ślała o tym, co ją dziś czeka. Pra­nie, sprzą­ta­nie ła­zie­nek i my­cie lep­kiej pod­łogi w kuchni. Nie chciała się tym zaj­mo­wać. Nie chciała być je­dyną osobą w domu od­po­wie­dzialną za po­rzą­dek.

Ze­szłej wio­sny mieli z Ma­gnu­sem kry­zys mał­żeń­ski. Po wie­lo­go­dzin­nych per­trak­ta­cjach uzgod­nili, że Jenny za­cznie pracę za­równo w przed­szkolu, jak i ka­wiarni. I prze­sta­nie sprzą­tać kli­nikę. Ten układ miał za­pew­nić im wię­cej pie­nię­dzy, ale ozna­czał też, że ko­bieta bę­dzie mieć mniej czasu na zaj­mo­wa­nie się do­mem. Do­dat­kowo Ma­gnus miał co week­end od­ku­rzać pół domu. Szko­puł w tym, że ni­gdy mu się to nie uda­wało. Miał mnó­stwo in­nych obo­wiąz­ków. I to znacz­nie waż­niej­szych. Przy­naj­mniej we­dług niego.

Gdy Jenny zo­ba­czyła z da­leka swój dom z lamp­kami świą­tecz­nymi nad wej­ściem, po­sta­no­wiła, co zrobi da­lej. Wstawi pra­nie, a póź­niej przez go­dzinę od­pocz­nie na ka­na­pie. Przez go­dzinę po­sie­dzi ze sto­pami na pod­nóżku. Okryje się ko­cem i po­czyta ma­ga­zyn "Da­mer­nas Värld". Bo po­tem do domu wróci mama z Clarą. A po­nie­waż Britt-Ma­rie z na­tury jest ra­czej ga­da­tliwa, bę­dzie chciała roz­ma­wiać z córką jesz­cze przed przy­go­to­wa­niami do ko­la­cji.

My­śląc o go­dzi­nie spę­dzo­nej w ci­szy i sa­mot­no­ści, Jenny ener­gicz­nym kro­kiem we­szła na schody i za­trzy­mała się przed drzwiami. Z uśmie­chem na ustach po­ło­żyła rękę na pa­nelu, by wy­łą­czyć alarm.

Wtedy za­uwa­żyła, że ktoś ją uprze­dził. Z du­żego po­koju do­cho­dził ja­kiś roz­e­mo­cjo­no­wany głos. Jenny na chwilę za­marła, ale za­raz po­tem go roz­po­znała. Ko­men­ta­tor spor­towy. Z Ame­ryki. Znak, że w domu jest już mąż.

Zdjęła płaszcz, po czym ścią­gnęła ko­zaki i od­sta­wiła je na półkę ze spe­cjal­nymi sto­ja­kami na buty z wy­soką cho­lewką. Je­śli czło­wiek wy­daje kilka ty­sięcy na ko­zaki, to rów­nie do­brze może prze­zna­czyć osiem­dzie­siąt ko­ron, by ich nie znisz­czyć. Tak my­ślała. Miała też przy­rząd do zdej­mo­wa­nia bu­tów. Po chwili sta­nęła w drzwiach do du­żego po­koju.

- Hej! - przy­wi­tała się gło­śno.

- Hej! - od­parł we­soło Ma­gnus, który także spra­wiał wra­że­nie zdzi­wio­nego.

Za­kło­po­tana Jenny uświa­do­miła so­bie, że wcale nie ucie­szyła się na jego wi­dok.

- Już wró­ci­łeś? - spy­tała.

- Ostatni pa­cjent od­wo­łał wi­zytę. Po­dwójną.

Jenny przy­tak­nęła ski­nie­niem. A po­tem dała wy­raz swo­jemu nie­za­do­wo­le­niu.

- To dla­czego nie ode­bra­łeś od razu Clary?

- Prze­cież twoja mama ją od­pro­wa­dzi.

- Tak. Ale mo­głeś oszczę­dzić jej wy­cho­dze­nia z domu.

"A mnie sa­mej upo­rczy­wego go­ścia na ko­la­cji" - po­my­ślała.

Ma­gnus wzru­szył ra­mio­nami i prze­niósł wzrok na te­le­wi­zor. Jenny stała w miej­scu i już się nie od­zy­wała. Czuła ro­snącą iry­ta­cję, ale nie chciała za­czy­nać week­endu kłót­nią. Ostat­nio tak dużo się spie­rali. Głów­nie o od­ku­rza­nie.

- Ku­pi­łam na obiad rybę - za­częła, idąc po siatki z za­ku­pami.

Gdy we­szła do kuchni, za­chciało jej się pła­kać. Ma­gnus wresz­cie na­uczył się od­sta­wiać je­dze­nie do lo­dówki. Jed­nak na stole ku­chen­nym za­le­gały kubki, ta­le­rze i szklanka po soku. A także kar­ton mu­sli, sol­niczka i tubka po ka­wio­rze.

- Na­prawdę tak ciężko wsta­wić na­czy­nia do zmy­warki? - wy­mam­ro­tała i za­brała się za roz­pa­ko­wa­nie za­ku­pów.

- Co? - Ma­gnus sta­nął w drzwiach, z puszką po pi­wie.

- Czy na­prawdę tak wiele wy­ma­gam, pro­sząc, że­byś wsta­wiał na­czy­nia do zmy­warki?!

Ma­gnus wbił w nią wzrok. Za­raz po­tem od­sta­wił puszkę i za­czął gwał­tow­nie zbie­rać brudne na­czy­nia.

Jenny pa­trzyła, jak mąż wrzuca do zlewu sko­rupki ja­jek i roz­lewa nie­do­pitą kawę. Mil­czała.

- Go­towe! - oznaj­mił za mo­ment.

Po chwili do­szły ich dźwięk otwie­ra­nych drzwi i we­soły głos Clary zmie­szany z ni­skim gło­sem Britt-Ma­rie.

Jenny spoj­rzała na Ma­gnusa, a na­stęp­nie prze­śli­zgnęła się obok niego i po­szła na górę do ła­zienki. Prze­krę­ciła klucz w zamku, usia­dła na de­sce se­de­so­wej i wy­buch­nęła pła­czem.

Rozdział 5

Gdy wy­jeż­dżali z ga­rażu, Hen­rik sze­roko się uśmie­chał. So­fia zresztą też. Była za­do­wo­lona, a jed­no­cze­śnie obo­lała, jak to bywa po do­brym or­ga­zmie.

- Po­je­dziemy do ICA Fo­kus po ta­pas? - spy­tał. - W piw­nicy mamy bu­telkę cavy.

Kiedy do­tarli do domu, do­cho­dziła już ósma. So­fia chwilę się za­wa­hała, po czym przy­jęła od męża kie­li­szek.

- Chloe jest u Mat­tiasa - za­częła. - Mu­szę po nią po­je­chać...

Za­mil­kła, przy­glą­da­jąc się ucie­ka­ją­cym bą­bel­kom. Do­stali kie­liszki w pre­zen­cie ślub­nym. Cien­kie szkło i wy­so­kie nóżki. W kre­den­sie stał ro­dzinny ser­wis, który zda­niem So­fii przy­po­mi­nał kształ­tem sta­ro­dawne ema­lio­wane na­czy­nia do ką­pieli. Mama Hen­rika lu­biła go uży­wać, a gdy wy­pi­jała lampkę, mó­wiła, że kie­liszki przy­po­mi­nają piersi Ma­rii An­to­niny. A po dwóch lamp­kach do­da­wała, że kie­dyś sama mo­gła się ta­kimi po­chwa­lić. Wtedy zaś matka So­fii pa­trzyła na nią świ­dru­ją­cym wzro­kiem, a jej noz­drza po­ru­szały się tak, jakby po­czuła po­tworny smród.

So­fia przy­glą­dała się wą­skim nóż­kom kie­lisz­ków, my­ślała o córce.

- Chloe - za­częła.

- Ech. Prze­cież może wró­cić tak­sówką. - Hen­rik wy­pił kilka ły­ków.

Wy­jął ta­le­rze i sztućce, a So­fia roz­pa­ko­wała ta­pas i roz­ło­żyła je na pół­mi­sku. W końcu była córką swo­jej matki i dbała o de­tale.

Gdy wy­piła pierw­szy kie­li­szek i na­ło­żyła so­bie kilka pla­ster­ków szynki ser­rano i pa­pryczkę na­dzie­waną se­rem śmie­tan­ko­wym, otwo­rzyły się drzwi.

- Halo! - za­wo­łała Chloe.

So­fia spoj­rzała po­śpiesz­nie na męża, ale on wy­glą­dał na spo­koj­nego. Po pro­stu się zdzi­wił.

Ona wstała z miej­sca i wy­szła na ko­ry­tarz.

- Cześć - za­gad­nęła. - Jak się masz?

Córka zwle­kała z od­po­wie­dzią. Wzru­szyła ra­mio­nami i wy­dała z sie­bie od­głos nie­za­do­wo­le­nia.

- Mat­tias po­trafi być ta­kim nu­dzia­rzem. My­śla­łam, że za­pro­sił mnie na im­prezę. A on po pro­stu grał z Kar­lem i Kon­ra­dem w gry kom­pu­te­rowe. Sie­dzieli roz­dzia­wieni przed ekra­nem i głu­pio się śmiali. - Sko­pała z sie­bie nowe ko­zaki. - Za­cho­wy­wali się tak, jakby mnie tam nie było! - do­dała.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa So­fia, która na­prawdę ro­zu­miała. - Chodź do kuchni. Jemy z tatą ta­pas. - Zro­biła gest ręką, a córka się uśmiech­nęła.

- Py­szota - rzu­ciła w gwa­rze go­te­bor­skiej, która ro­ze­szła się po po­koju jak piękny za­pach.

- Mo­żesz wziąć so­bie colę. Ja i tata pi­jemy cavę.

Póź­nym wie­czo­rem So­fia po­sta­wiła nowe buty w gar­de­ro­bie obok czer­wo­nych san­dał­ków na wy­so­kim ob­ca­sie, które ku­piła ze­szłego lata na wy­prze­daży. Ani razu ich nie wło­żyła. Wciąż była na nich metka. Z ko­lei w rogu stało pu­dełko z zi­mo­wymi ko­za­kami, któ­rych na­wet nie przy­mie­rzyła. Były prze­ce­nione i nie mo­gła im się oprzeć, a póź­niej oka­zało się, że są o roz­miar za małe.

Po­my­ślała, że mo­głaby wy­sta­wić ko­zaki, san­dały i buty z czar­nego za­mszu w ser­wi­sie Bloc­ket. Jes­sika sprze­dała w ten spo­sób to­rebkę marki Mi­chael Kors i całą masę ubrań. Ko­zaki So­fii były jesz­cze w pu­dełku. I miały metkę. Z pier­wotną ceną. Ra­bat zo­stał na­li­czony przy ka­sie i ni­g­dzie tego nie za­zna­czono.

Roz­pa­ko­wała resztę za­ku­pów. Nie­bie­ski swe­ter po­do­bny do in­nego nie­bie­skiego swe­tra, który już miała, oraz dwa ze­stawy bie­li­zny, mię­towa i sek­sow­nie czer­wona. Żad­nych strin­gów, skoń­czyła z nimi, gdy pew­nego wie­czoru przy­pad­kiem zo­ba­czyła swój ty­łek w sy­pial­nia­nym lu­strze.

Zmyła ma­ki­jaż, umyła zęby szczo­teczką elek­tryczną i prze­brała się w pi­żamę z Vic­to­ria's Se­cret. Nie była sek­sowna, tylko miękka i cie­pła. Bar­dzo wy­godna.

Hen­rik le­żał w łóżku i czy­tał ma­ile w te­le­fo­nie.

- Dla­czego nie mamy domu w Hisz­pa­nii? - So­fia unio­sła koł­drę. - Jak Nic­klas i He­lene. Po­je­cha­ła­bym do­kądś, gdzie jest cie­pło. Może spy­tasz ich, czy mo­gli­by­śmy ich od­wie­dzić? - Wśli­zgnęła się do łóżka i pod­cią­gnęła koł­drę pod szyję, by po­ka­zać, jak strasz­nie mar­z­nie. Nie po­winna tego ro­bić, w końcu w domu było cie­pło. Zda­niem Hen­rika na­wet zbyt cie­pło.

Mąż uniósł wzrok znad ko­mórki.

- Nie! - krzyk­nął, a So­fia o mało nie pod­sko­czyła. Po chwili zmiękł i do­dał: - Nie mogę. Sama wiesz. Chloe musi cho­dzić do szkoły, a ja nie mam czasu. - Poza tym - do­po­wie­dział, gdy zo­ba­czył za­wie­dzioną minę żony - wy­daje mi się, że te­raz wcale nie jest tam cie­pło. Oni pew­nie chcieli się tylko upew­nić, że z do­mem wszystko w po­rządku, za­nim go ko­muś wy­najmą.

- Na pewno jest tam cie­plej niż u nas - rzu­ciła gorzko So­fia.

- Nie mam czasu - po­wtó­rzył, wie­dząc, że to ar­gu­ment nie do pod­wa­że­nia.

Na twa­rzy So­fii po­ja­wił się gry­mas.

- Ale mo­żesz po­je­chać ze mną w marcu do Var­bergu - za­pro­po­no­wał Hen­rik.

- Var­bergu - po­wtó­rzyła.

- Tak. To uro­cze mia­sto. Z twier­dzą. I spa. Ja­poń­skim spa.

- Spa - po­wtó­rzyła.

- Ma­saż i cie­pła woda. Coś, co lu­bisz.

- Mogę się chwilę za­sta­no­wić? - spy­tała, mimo że tak na­prawdę już pod­jęła de­cy­zję.

Hen­rik wy­łą­czył te­le­fon i odło­żył go na sza­feczkę nocną.

- Spy­taj tylko Jenny, czy w tym cza­sie prze­no­cuje u sie­bie Chloe - po­wie­dział i po­chy­lił się, by po­ca­ło­wać żonę na do­bra­noc.

- Mhm - od­parła, ro­biąc dzió­bek.

- Dzięki za kra­wat. - Za­śmiał się i zga­sił świa­tło.

Rozdział 6

So­bota, 26 stycz­nia 2019 r., przed­po­łu­dnie

So­fia miała całą so­botę dla sie­bie. Chloe wy­szła z domu tuż po je­de­na­stej pod pre­tek­stem, że bę­dzie uczyć się z ko­le­żanką do spraw­dzianu z ma­te­ma­tyki. Oprócz ze­szytu i pod­ręcz­nika spa­ko­wała jesz­cze su­szarkę i ko­sme­tyczkę. Z ko­lei Hen­rik wziął ze sobą torbę tre­nin­gową i po­je­chał na kort, żeby po­grać z Ma­gnu­sem w squ­asha.

Ko­bieta zro­biła so­bie drugą kawę i za­częła się za­sta­na­wiać, co bę­dzie ro­bić przez kilka naj­bliż­szych go­dzin. Nie chciała oglą­dać te­le­wi­zji i nie miała żad­nej cie­ka­wej książki. Do­syć mało czy­tała. Cią­gle mu­siała coś pra­so­wać albo sprzą­tać. Zaj­mo­wać się rze­czami, za które nie brała się ich pani do sprzą­ta­nia. So­fia wie­działa, że w ką­tach wciąż cho­wają się świą­teczne elfy, a we wszyst­kich świecz­ni­kach stoją do po­łowy wy­pa­lone świeczki. Co z nimi zro­bić? Wy­rzu­cić je, za­cho­wać czy wy­ko­rzy­stać w lu­tym? Do­bre py­ta­nie. Tym­cza­sem po­sta­no­wiła wy­brać się na po­lo­wa­nie na elfy.

W po­koju córki zna­la­zła aż cztery. Spa­dły z pa­ra­petu i le­żały w ką­cie przy­ci­śnięte do ściany, jakby nie chciały, by ktoś je zna­lazł. Na­wet za­ku­rzona pod­łoga jest lep­sza niż pu­dło w głębi szafy. Pod­no­sząc je, So­fia za­uwa­żyła, że pod łóż­kiem Chloe leżą też trzy brudne swe­try i tyle samo par bie­li­zny. To miało sens. Pani sprzą­ta­jąca przy­cho­dziła we wtorki. W po­nie­działki So­fia przy­po­mi­nała córce, żeby po­zbie­rała rze­czy z pod­łogi, a to nie­mal za­wsze koń­czyło się kłót­nią. Chloe krzy­czała, że jest za­jęta, bo cho­dzi do dzie­wią­tej klasy, a jej mama nie ma do ro­boty nic poza ma­lo­wa­niem pa­znokci.

So­fia od­po­wia­dała jej, że prę­dzej czy póź­niej bę­dzie mu­siała na­uczyć się po so­bie sprzą­tać. Je­żeli nie za­mie­rza do końca ży­cia miesz­kać w domu.

Chloe od­pa­ro­wy­wała, że też za­trudni kie­dyś po­moc do­mową, która mię­dzy in­nymi bę­dzie pod­no­sić z pod­łogi jej rze­czy.

Wtedy za­zwy­czaj So­fia się pod­da­wała. Te­raz na klęcz­kach za­glą­dała pod łóżko córki i za­sta­na­wiała się, jak za­cho­wują się jej ró­wie­śnicy, po czym przy­po­mniało jej się, że Chloe, po­dob­nie jak inne dzieci, jest po­łą­cze­niem ge­nów i za­cho­wań swo­ich ro­dzi­ców.

Wzięła ze sobą brudne ubra­nia, po­szła do kuchni po pu­stą bu­telkę cavy i ru­szyła da­lej do piw­nicy. Wrzu­ciła pra­nie do ko­sza na bie­li­znę i znik­nęła w spi­żarni.

Chciała wło­żyć bu­telkę do kar­tonu, ale zdała so­bie sprawę, że tam nic się już nie zmie­ści. Zdzi­wiona i za­wsty­dzona przyj­rzała się wy­sta­ją­cym szyj­kom. To, że kar­ton był pe­łen, to jedno. O wiele gor­sze wy­dało jej się to, że nie le­żał na pod­ło­dze sam. Obok niego pię­trzyły się jesz­cze trzy kar­tony i dwie torby pa­pie­rowe. Wszyst­kie po brzegi wy­pchane szkłem. By za­głu­szyć wy­rzuty su­mie­nia, za­brała się za li­cze­nie bu­te­lek. Glögg ad­wen­towy, wi­gi­lia w domu i wy­ma­ga­jące znie­czu­le­nia ko­la­cje z te­ściową i szwa­grem. A po­tem jesz­cze szam­pan w syl­we­stra. I trzy ty­go­dnie abs­ty­nen­cji. To zna­czy, względ­nej abs­ty­nen­cji.

Czu­jąc, że do­brze by­łoby zro­bić coś kon­kret­nego, za­ła­do­wała kar­tony do ba­gaż­nika. A po­nie­waż za­częła już sprzą­tać, przy oka­zji się­gnęła też po torbę sta­rych ga­zet. I pla­sti­ko­wych od­pa­dów.

Na­stęp­nie wy­je­chała z ga­rażu i ru­szyła do kon­te­ne­rów do se­gre­ga­cji śmieci.

Gdy tylko wy­szła z sa­mo­chodu, na­tych­miast po­ża­ło­wała swo­jej de­cy­zji. Było strasz­nie śli­sko, a ona ni­gdy nie po­ka­zy­wała się pu­blicz­nie bez ob­ca­sów i o mało się nie prze­wró­ciła. Zła­pała się otwar­tych drzwi i z prze­ra­że­niem ro­zej­rzała na boki. Czy ktoś ją wi­dział? Po­dob­nie jak wiele in­nych Szwe­dek w śred­nim wieku wo­la­łaby wró­cić do domu ze zła­maną nogą, niż stać się po­śmie­wi­skiem.

Na szczę­ście przy kon­te­ne­rach ni­kogo nie było. Wzięła głę­boki od­dech i unio­sła stopę, po czym zro­biła krok jak pin­gwin. Trzy­ma­jąc się jedną ręką sa­mo­chodu, po ko­lei wyj­mo­wała kar­tony i torby. Gdy się­gała po ostatni pa­ku­nek, za­uwa­żyła Ve­ro­nicę, żonę Bir­gera Sjöö, ko­legi Ma­gnusa z pracy. Kiedy do­strze­gła, kto idzie obok niej, aż się wzdry­gnęła. Nie był to Bir­ger. Cho­ciaż na jego wi­dok pew­nie też prze­szedłby ją dreszcz, w końcu to znany ero­to­man. Nie od­pusz­czał żad­nej ko­bie­cie, którą spo­tkał na swo­jej dro­dze. Jego ręce tań­czyły wo­kół nich jak opiłki że­laza wo­kół ma­gnesu. Nie­ważne, że pa­nie, po­dob­nie jak opiłki, były ostre i kłu­jące - skóra Bir­gera przy­po­mi­nała pla­sti­ko­wego di­no­za­ura.

Ale te­raz obok Ve­ro­niki stał ktoś inny, a wła­ści­wie coś in­nego.

- Ojej - ode­zwała się So­fia. - Ku­pi­łaś psa?

To było py­ta­nie re­to­ryczne. Wiel­kie czarne zwie­rzę miało cztery nogi i oka­zało się znacz­nie wyż­sze niż pie­sek, któ­rego zda­niem Jes­siki po­winna so­bie spra­wić Me­la­nie. Ten nie zmie­ściłby się w to­rebce. Je­śli już, to tylko w wiel­kim ame­ry­kań­skim ku­frze.

- Zga­dza się - przy­tak­nęła Ve­ro­nica. - Wabi się Rambo.

- Pa­suje do niego - rzu­ciła So­fia, zer­ka­jąc na drzwi do sa­mo­chodu. Za­sta­na­wiała się, czy Ve­ro­nica po­tra­fi­łaby uspo­koić psa, gdyby ten po­sta­no­wił na­gle ko­goś za­ata­ko­wać. I czy w ta­kiej sy­tu­acji zdą­ży­łaby do­biec do audi, za­nim be­stia wbi­łaby w nią zęby. Wle­kąc za sobą swoją pa­nią.

- Jest bar­dzo spo­kojny - od­parła Ve­ro­nica, jak ty­powa wła­ści­cielka psa.

- Mhm - rzu­ciła So­fia, ro­biąc krok w kie­runku sa­mo­chodu, mimo że w tor­bach wciąż po­brzę­ki­wało szkło.

- Chyba się nie bo­isz?

- Boję się! - krzyk­nęła zde­cy­do­wa­nym gło­sem. - Nie lu­bię du­żych czar­nych psów. Wolę chi­hu­ahuy.

- Masz na my­śli chi­hu­ahuy? - spy­tała Ve­ro­nica.

- Tak - po­twier­dziła So­fia.

- Siad. - Głos Ve­ro­niki był tak zde­cy­do­wany, że So­fia sama za­częła się roz­glą­dać za krze­słem.

Pies spoj­rzał na pa­nią, jakby się za­sta­na­wiał, czy ona mówi po­waż­nie. Na­prawdę miał do­tknąć swoim za­dba­nym tył­kiem i na­rzą­dami płcio­wymi tej za­śnie­żo­nej brei? Gdy zro­zu­miał, że Ve­ro­nica nie żar­tuje, wes­tchnął i usiadł na lo­do­wa­tej ziemi. Pa­trzył na So­fię z dez­apro­batą, bo wie­dział, że to wszystko jej wina.

- Słu­cha się mnie - wy­ja­śniła Ve­ro­nica. - By­li­śmy na szko­le­niu.

- Su­per - rzu­ciła So­fia bez prze­ko­na­nia. Wi­działa w swoim ży­ciu za­równo do­brze wy­szko­lone dzieci, jak i psy, które mimo upo­mnień opie­ku­nów po­tra­fiły ha­sać bez opa­mię­ta­nia.

- Roz­wo­dzę się - za­częła Ve­ro­nica.

- Sły­sza­łam. - Naj­chęt­niej jesz­cze raz po­wie­dzia­łaby "su­per". Ale wie­działa, że ta­kich rze­czy się nie mówi. Za­częła pod­ska­ki­wać w miej­scu. Mar­zły jej ręce i stopy, miała wra­że­nie, że za­raz od­pad­nie jej nos. Nikt nie miał po­ję­cia, że jej palce u stóp za­częły zmie­niać się w białe so­pelki, a żeby po­czuć lo­do­wate ręce, trzeba by ich do­tknąć. Ale czer­wony nos to co in­nego. Poza tym wiało tak strasz­nie, że łza­wiły jej oczy.

- Dom jest mój - ode­zwała się Ve­ro­nica. - Bir­ger prze­pi­sał go na mnie dwa­na­ście lat temu. Po­przed­nim ra­zem.

- Po­przed­nim ra­zem?

- Gdy obie­ca­łam, że go nie zo­sta­wię, bo on mnie ko­cha i po­trze­buje, no wiesz, stara śpiewka. Wtedy zdra­dził mnie z pie­lę­gniarką. A te­raz - z pa­cjentką. Pie­lę­gniarka była przy­naj­mniej uro­cza. Młoda i ra­do­sna. Ale ta baba... Ma na imię Siv. Jest star­sza ode mnie. Pla­nuję sprze­dać dom. Nie po­trze­buję pię­ciu sy­pialni. Zresztą ni­gdy ich nie po­trze­bo­wa­li­śmy. Wy­star­czały nam dwie.

- Ojej - wes­tchnęła.

So­fia sły­szała, co się stało, ale nie znała szcze­gó­łów. Nie wie­działa nic o tej ca­łej Siv. Pa­mię­tała jak przez mgłę, że Jenny opo­wia­dała o ja­kiejś nie­przy­jem­nej Siv z kursu o cze­ko­la­dzie. Przy­ja­ciółka śmiała się, że gdy ko­bieta po­pro­siła ją o po­moc w zna­le­zie­niu den­ty­sty, po­le­ciła jej Bir­gera Sjöö. Uwa­żała, że są sie­bie warci. Ale to nie mo­gła być ta sama osoba. Prze­cież świat nie jest taki mały! Na­wet Göte­borg.

- A poza tym ona jest ode mnie grub­sza!

Gdy Ve­ro­nica wzięła głę­boki od­dech, So­fia za­uwa­żyła, że ko­bieta za­raz się roz­pła­cze, dla­tego in­stynk­tow­nie po­de­szła do niej z wy­cią­gnię­tymi rę­kami. Po­wstrzy­mało ją jed­nak wark­nię­cie psa.

- W po­rządku - po­wie­działa Ve­ro­nica. - To przy­ja­ciółka - wy­ja­śniła wy­raź­nie swo­jemu pu­pi­lowi.

- Prze­pra­szam na chwilę. - So­fia po­ru­szała tor­bami.

Bu­telki za­dzwo­niły, a Rambo sta­nął na bacz­ność. Wy­tę­żył słuch. Przy­wiódł So­fii na myśl Bir­gera Sjöö, któ­rego na brzdęk szkła prze­cho­dził dresz­czyk. Dresz­czyk pod­nie­ce­nia.

Ve­ro­nica schy­liła się, by po­gła­skać Ramba, i wy­mam­ro­tała, że jest do­brym psem. Zwie­rzak spra­wiał wra­że­nie, jakby się uśmie­chał, i zmru­żył oczy.

- Jak się czu­jesz? - So­fia przy­glą­dała się psu i jego wła­ści­cielce.

Część niej chciała jak naj­szyb­ciej stąd uciec. Nie tylko dla­tego, że Rambo był Ram­bem. Po pro­stu prze­ra­żały ją roz­mowy o roz­wo­dzie. To jak słu­cha­nie o śmier­tel­nych cho­ro­bach. Nie cho­dziło na­wet o ry­zyko za­ra­że­nia, tylko o to­wa­rzy­szące cho­remu emo­cje, lęk i nie­po­kój. Ale So­fia czuła, że Ve­ro­nica nie była w tym sa­mym sta­nie co Jes­sika, która kom­plet­nie się wtedy za­ła­mała. I stała się wra­kiem czło­wieka. Oszo­ło­miona, zła i smutna. Dzi­wiła się temu, co się stało, i po pro­stu nie mo­gła w to uwie­rzyć. Na­to­miast złość Ve­ro­niki wy­da­wała się zdrowa, So­fia za­uwa­żyła to, mimo że nie była zbyt spo­strze­gaw­cza.

- Je­steś wście­kła! - stwier­dziła ku wła­snemu zdu­mie­niu.

- Tak! - po­twier­dziła Ve­ro­nica. - Je­stem wście­kła. Na sie­bie. Bo za długo zwle­ka­łam.

So­fia po­de­szła do kon­te­nera i wy­rzu­ciła śmieci. Nie chciała brać w tym udziału. Nie była przy­go­to­wana na ta­kie wy­zna­nia i nie miała ochoty wy­słu­chi­wać oskar­żeń ani pa­trzeć na łzy, choćby te były łzami wście­kło­ści. Tę­sk­niła za do­mem, ka­napą i Net­fli­xem.

- Już dawno zro­zu­mia­łam, że bez niego moje ży­cie by­łoby cał­kiem do­bre - cią­gnęła Ve­ro­nica, nie po­dej­rze­wa­jąc, że jej roz­mów­czyni my­śli o ka­na­pie i se­ria­lach. - A po ca­łej tej ak­cji z Siv do­tarło do mnie, że moje ży­cie praw­do­po­dob­nie sta­łoby się na­wet lep­sze. - Na jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

- Aha - przy­tak­nęła So­fia, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć.

Ve­ro­nica sze­roko się uśmiech­nęła.

Do So­fii do­tarło, że ko­le­żanka ma za­ska­ku­jąco ni­skie ocze­ki­wa­nia wo­bec swo­ich roz­mów­ców. Ve­ro­nica od­wró­ciła się, by odejść, ale So­fia po­wstrzy­mała ją w tej sa­mej chwili, gdy pies ru­szył z miej­sca.

- Po­cze­kaj. A co z nim? - Po­ka­zała dło­nią na czwo­ro­noga. - Skąd po­mysł, by przy­gar­nąć Ramba?

Pies usły­szał swoje imię i wy­tę­żył słuch.

Jego pani znów we­soło się uśmiech­nęła.

- Bir­ger boi się psów - wy­ja­śniła. - I to pa­nicz­nie. Na wi­dok pa­pil­lona prze­cho­dzi na drugą stronę ulicy.

- Pa­pil­lon? - spy­tała So­fia, my­śląc o pa­pi­lo­tach.

- Taki pie­sek z uszami jak skrzy­dła mo­tyla.

So­fia przy­wo­łała w pa­mięci mocno krę­cone włosy babci, po czym za­stą­piła ob­raz psem z nie­bie­skimi skrzy­dłami, który lata nad kwie­ci­stą łąką. Wy­buch­nęła śmie­chem. Zre­zy­gno­wany Rambo znów usiadł. Gry­mas na jego py­sku wy­ra­żał coś w stylu: "Że też one nie mogą wresz­cie za­milk­nąć".

- Chcia­łam mieć psa - cią­gnęła Ve­ro­nica. - Ale on pro­te­sto­wał. Nie zga­dzał się na nic, na czym mi za­le­żało. - Skrzy­wiła się.

So­fia spoj­rzała na Ramba i za­sta­na­wiała się, czy ko­le­żanka przy­pad­kiem tro­chę jed­nak nie prze­sa­dziła. Żeby wy­stra­szyć Bir­gera, wy­star­czyłby pu­del.

- Na­przy­krza ci się? - spy­tała po chwili.

- Rambo? Nie, jest wy­tre­so­wany.

- Bir­ger - do­po­wie­działa So­fia, mimo że jej zda­niem ko­le­żanka zro­zu­miała ją już za pierw­szym ra­zem.

- Nie, te­raz już nie. Mam Ramba. On mnie broni. - Po­gła­skała psa po gło­wie.

So­fia przy­glą­dała się Ve­ro­nice. Otwo­rzyła usta, by coś po­wie­dzieć, ale nie po­tra­fiła zna­leźć wła­ści­wych słów. Ski­nęły so­bie głową na po­że­gna­nie i Ve­ro­nica ru­szyła z psem da­lej. So­fia stała chwilę nie­ru­chomo, po czym otrzą­snęła się i za­częła wy­rzu­cać resztę bu­te­lek. Dźwięk roz­bi­ja­nego szkła wy­wo­ły­wał w niej przy­jemne, de­struk­cyjne uczu­cia.

Rozdział 7

So­bota, 26 stycz­nia, po­po­łu­dnie

Gdy Clara we­szła do kuchni, Jenny trzy­mała w dłoni rę­kaw cu­kier­ni­czy i wy­ci­skała z niego li­terki. Ko­bieta po­chy­liła głowę i się uśmiech­nęła. Była za­do­wo­lona, całe przed­po­łu­dnie spę­dziła na od­ku­rza­niu par­teru i pra­niu. Wsta­wiła kilka pra­lek, a te­raz wresz­cie mo­gła po­krzą­tać się po kuchni. Nie­długo wróci Ma­gnus. W każdą so­botę grał z Hen­ri­kiem w squ­asha. A gdyby ona też zna­la­zła so­bie week­en­dowe hobby?

- Już po­sprzą­ta­łaś? - spy­tała, zer­ka­jąc na lo­dówkę.

Pod ma­gne­sem w kształ­cie od­ku­rza­cza tkwił stu­ko­ro­nowy bank­not. Gdy Clara po­zbie­rała rze­czy w swoim po­koju, żeby matka mo­gła tam od­ku­rzyć, co ty­dzień do­sta­wała od niej sto ko­ron, które mo­gła prze­zna­czyć, na co tylko chciała.

- Tak - od­po­wie­działa roz­tar­gniona. Usia­dła przy ku­chen­nym stole i wbiła wzrok w ręce matki. - Co ro­bisz?

- Ro­bię li­terki. Przy­go­to­wa­łam na de­ser mus cze­ko­la­dowy. Zo­stały mi tylko li­terki do de­ko­ra­cji. M, C i J.

Clara za­uwa­żyła, jak szybko matce udało się zro­bić C. Kilka spraw­nych ru­chów i go­towe.

- Ale dla­czego szy­ku­jesz aż tyle?

- Żeby po­ćwi­czyć.

- Mamo - zwró­ciła się Clara do Jenny - bab­cia twier­dzi, że po­win­naś wię­cej się ru­szać i mniej czasu po­świę­cać na pie­cze­nie i go­to­wa­nie. Mówi, że się za­po­mi­nasz.

Jenny wzięła głęb­szy od­dech. Odło­żyła rę­kaw i spoj­rzała na córkę. Ci­snęło jej się na usta ty­siące zło­śli­wych ko­men­ta­rzy, ale się po­wstrzy­mała. Dziecko nie po­winno sły­szeć, jak matka na­zywa jego bab­cię wrzo­dem na tyłku.

- Tak. - Jenny prze­łknęła ślinę. - Bab­cia bar­dzo mar­twi się ta­kimi rze­czami. Sama też boi się, że przy­tyje. I uważa, że grubi lu­dzie są straszni. Jakby oty­ło­ścią można się było za­ra­zić.

Clara się nie ode­zwała, tylko cze­kała na dal­sze wy­ja­śnie­nia. Jenny czuła, że jest szczu­plej­sza niż choćby rok temu. Szczu­plej­sza i sil­niej­sza. Dużo cho­dziła, dwa razy dzien­nie bie­gła na tram­waj i co­dzien­nie spę­dzała na ze­wnątrz kilka go­dzin z ma­lu­chami. Wpraw­dzie sporo go­to­wała, pie­kła ciastka i przy­go­to­wy­wała de­sery, ale więk­szo­ści nie ja­dła. Więk­szość zja­dał Ma­gnus.

Przez chwilę mil­czały, po czym Clara od­wró­ciła się i za­brała bank­not spod ma­gnesu.

- Co za to ku­pisz? - spy­tała Jenny.

- Błysz­czyk.

- Wow, błysz­czyk. - Jenny sta­nęła nie­ru­chomo i uno­sząc brwi, spoj­rzała na córkę.

- Mhm. Chloe po­ka­zała mi swój.

Pa­trzyły na sie­bie w ci­szy. Za­raz po­tem Clara od­wró­ciła się i wy­szła. Jenny wy­da­wało się, że córka się nad czymś za­sta­na­wiała. My­ślała, że cho­dzi o błysz­czyk. Ale się my­liła.

Rozdział 1

Göte­borg, pią­tek, 25 stycz­nia 2019 r.

Jenny odło­żyła menu i błą­dziła wzro­kiem po re­stau­ra­cji. Wy­glą­dała, jakby szu­kała kel­nera, ale tak na­prawdę roz­glą­dała się za przy­ja­ciół­kami: So­fią i Jes­siką. Jak co pią­tek o trzy­na­stej miały zjeść ra­zem lunch w Dorsi, kul­ty­wo­wały tę tra­dy­cję od wielu lat.

Stwier­dziła, że za­mówi rybę i kie­li­szek bia­łego wina. W końcu był pią­tek, a ona miała wolne po­po­łu­dnie. To zna­czy wolne jak wolne. Mąż ocze­ki­wał od niej, że w dro­dze po­wrot­nej zrobi za­kupy, a póź­niej po­sprząta dom i wstawi pra­nie.

Na bia­łym ob­ru­sie cze­kały już kie­li­szek, ka­rafka wody i ko­szy­czek z pie­czy­wem. Po­sy­pane se­za­mem białe bu­łeczki o lśnią­cej skórce, pach­nący zio­łami chleb żytni i ka­wałki pie­czywa chrup­kiego. Wy­glą­dały bar­dzo za­chę­ca­jąco. Jenny była strasz­nie głodna. Dziś zja­dła śnia­da­nie kilka mi­nut po pią­tej. W co drugą środę i pią­tek otwie­rała przed­szkole i mu­siała sta­wić się w pla­cówce już o szó­stej trzy­dzie­ści. Ma­luszki rano zja­dły śnia­da­nie, a przed po­łu­dniem - owoce, ale ona sama w pracy nie zdą­żyła ni­czego prze­ką­sić. Była zbyt za­jęta po­da­wa­niem na­czyń, wy­cie­ra­niem roz­la­nej ma­ślanki i kro­je­niem ja­błek.

Mimo że Jenny w co drugą so­botę cho­dziła do pie­karni, smak świe­żego chleba jesz­cze jej się nie znu­dził. Te­raz po­czuła w noz­drzach in­ten­sywny za­pach pie­czywa, który przy­wiódł jej na myśl kre­skówkę. Tam go­rą­cym wy­pie­kom za­wsze to­wa­rzy­szą zło­ci­ste strużki dymu i przy­jemna mu­zyczka.

Nie­zde­cy­do­wana za­trzy­mała rękę nad ko­szycz­kiem, aż wresz­cie się­gnęła po kromkę ciem­nego chleba. Po­sma­ro­wała ją ma­słem, odła­mała ka­wa­łek i wsu­nęła go do ust. Za­mknęła oczy i żuła, na­pa­wała się sma­kiem. Po chwili znów spoj­rzała na schody. So­fia czę­sto spóź­niała się na ich piąt­kowe lun­che, ale Jes­sika za­zwy­czaj przy­cho­dziła na czas, mimo że to ona miała spo­śród nich trzech naj­wię­cej obo­wiąz­ków.

Jenny na­wią­zała kon­takt wzro­kowy z kel­ne­rem i zło­żyła za­mó­wie­nie. Zupa rybna z ho­ma­rem i białe wino.

Spoj­rzała na te­le­fon. Wy­świe­tlacz po­ka­zy­wał trzy­na­stą dwa­dzie­ścia sie­dem. Przy­ja­ciółki się spóź­niały, ale w Göte­borgu ra­czej trudno o punk­tu­al­ność. Jenny prze­sta­wiła ze­ga­rek, by śpie­szył o cztery mi­nuty. Dzięki temu znaj­do­wała miej­sce na szew w ob­ci­słym ubra­niu, które na­zy­wała ży­ciem. Miała dwie prace. Cho­dziła na pół etatu do przed­szkola pro­wa­dzo­nego przez spół­dziel­nię ro­dzi­ców, a do­dat­kowo pra­co­wała jako cu­kier­niczka, sprze­daw­czyni i złota rączka w nie­wiel­kiej ka­wiarni na Ha­dze. Oba za­ję­cia wy­ma­gały od niej ela­stycz­no­ści i umie­jęt­no­ści ro­bie­nia kilku rze­czy na­raz. I oba bar­dzo się jej po­do­bały. Odła­mała ko­lejny ka­wa­łek chleba, a na­stęp­nie od­su­nęła od sie­bie ko­szy­czek i schy­liła się do to­rebki. Chciała wy­jąć ka­len­darz, by spra­wiać wra­że­nie za­ję­tej. Gdy tylko się wy­pro­sto­wała, zo­ba­czyła idącą po scho­dach Jes­sikę. Przy­ja­ciółka po­ma­chała do niej i szyb­kim kro­kiem ru­szyła w jej stronę.

- Prze­pra­szam! Prze­pra­szam, prze­pra­szam! - Jes­sika ob­jęła Jenny, która le­dwo zdą­żyła pod­nieść się z miej­sca. - Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Mie­li­śmy dziś ogromny ruch, a kiedy klient wy­biera ob­rączki, nie można go po­śpie­szać. W końcu to ważny wy­bór.

Jenny przy­po­mniało się, jak przy­ja­ciółka sprze­dała swoją ob­rączkę i pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy, by ku­pić dzie­ciom pre­zenty na święta. To było czter­na­ście mie­sięcy temu, gdy Ro­bert, były mąż Jes­siki, pła­cił jej ab­sur­dal­nie ni­skie ali­menty. Jenny po­gła­dziła dło­nią drugą dłoń, za­trzy­mu­jąc ją na oczku pier­ścionka.

- No tak. - Przy­tak­nęła ski­nie­niem. - W końcu za­ło­że­nie jest ta­kie, że bę­dzie się je no­sić do końca ży­cia. - Spoj­rzała na rękę Jes­siki. - A co my tu mamy? - Wska­zała na pier­ścio­nek.

- Mmm - wy­mam­ro­tała za­wsty­dzona przy­ja­ciółka. - Jesz­cze się do niego nie przy­zwy­cza­iłam.

- Mogę zo­ba­czyć? - Jenny wzięła ją za rękę. - Ojej! - wes­tchnęła. - Jest piękny - do­dała ze stra­chu, że przy­ja­ciółka źle in­ter­pre­tuje jej słowa i minę.

- Claes jest ju­bi­le­rem - za­częła Jes­sika. Unio­sła wzrok i po­ma­chała ręką. - So­fia przy­szła - wy­ja­śniła zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie.

So­fia su­nęła przed sie­bie. Jak za­wsze szczu­pła, ele­gancka i z nie­na­ganną fry­zurą. Mimo że pa­dał śnieg, nie miała na po­liczku ani smużki tu­szu do rzęs.

- Cześć! - Po­sta­wiła to­rebkę na jed­nym z krze­seł. Póź­niej przy­wi­tała się z przy­ja­ciół­kami, ca­łu­jąc je w po­wie­trzu. - Wiem, że się spóź­ni­łam. To wszystko przez tę cho­lerną po­godę, same ro­zu­mie­cie. Poza tym mu­sia­łam jesz­cze zaj­rzeć do są­siadki, żeby pod­lać jej kwiatki. Po­je­chała do Hisz­pa­nii. Ma tam dom. Nie wie­cie na­wet, jaka je­stem za­zdro­sna. A moja mama po­pły­nęła w rejs po Ka­ra­ibach. Tylko ja mu­szę zno­sić tę po­godę. Jest po­tworna. Twoja była szwa­gierka Chri­stel też wy­je­chała, więc do końca przy­szłego ty­go­dnia będę pra­co­wać co­dzien­nie. Zo­sta­łam w skle­pie sama.

Zro­biła nie­za­do­wo­loną minę, która mo­gła wska­zy­wać, że jest prze­mę­czona albo strasz­nie jej się nu­dzi, bo nie ma kogo ob­słu­gi­wać. Jes­sika rów­nież tam kie­dyś pra­co­wała i pa­mię­tała, że w skle­pie z nie­po­trzeb­nymi bi­be­lo­tami sprze­da­wano głów­nie świece o za­pa­chu wa­ni­lii i pra­wie nikt tam nie za­glą­dał.

So­fia li­czyła na współ­czu­cie, ale nikt nie za­re­ago­wał.

- Po­patrz na dłoń Jes­siki! - po­wie­działa Jenny. Cie­szyła się, że może opo­wie­dzieć o czymś, czego przy­ja­ciółka nie wie­działa i pew­nie na­wet nie po­dej­rze­wała.

Za­kło­po­tana Jes­sika po­ka­zała pier­ścio­nek. So­fia na­tych­miast ze­ska­no­wała go wzro­kiem.

- Och! Jest piękny. - W jej gło­sie po­brzmie­wała nutka za­zdro­ści.

- W końcu Claes to ju­bi­ler.

- Kiedy to się stało? - Jenny bar­dziej niż pier­ścio­nek z dia­men­tem in­te­re­so­wały same za­rę­czyny.

- W syl­we­stra. - Jes­sika się za­śmiała.

- Prze­czu­wa­łaś coś? Roz­ma­wia­li­ście o tym? - spy­tała Jenny.

So­fia unio­sła dłoń i po­ma­chała na kel­nera.

- Nie. Z po­czątku wcale nie ro­zu­mia­łam, o co cho­dzi. Do­póki nie za­dał py­ta­nia.

- Szam­pana! - krzyk­nęła So­fia do kel­nera, który sta­nął przy ich sto­liku.

Męż­czy­zna przy­niósł ze sobą bu­telkę bia­łego wina, wy­glą­dał na zmie­sza­nego i pod­eks­cy­to­wa­nego jed­no­cze­śnie.

- Po­pro­simy o trzy kie­liszki szam­pana. Praw­dzi­wego szam­pana. Ja sta­wiam! - Za­do­wo­lona, że przez chwilę znów zna­la­zła się w cen­trum uwagi, po­chy­liła się do Jes­siki i ode­zwała się we­soło: - Mu­sisz nam o wszyst­kim opo­wie­dzieć!

Jenny spoj­rzała ze smut­kiem na kel­nera. Stał te­raz nie­ru­chomo z wi­nem w ręku i za­sta­na­wiał się, któ­rej ko­biety słu­chać.

- Naj­pierw na­pijmy się szam­pana - po­wie­działa prze­pra­sza­jąco. Bała się, że kel­ner uzna ją za kło­po­tli­wego go­ścia.

- Nie, ni­czego nie po­dej­rze­wa­łam - za­częła Jes­sika, po­now­nie wy­su­wa­jąc dłoń. - Po­win­nam była się tego do­my­ślić już mię­dzy świę­tami. Dwu­dzie­stego siód­mego grud­nia Molly przy­szła do mnie i spy­tała, czy może zaj­rzeć do mo­jej szka­tułki z bi­żu­te­rią. Przy­mie­rzała pier­ścionki, wy­py­ty­wała, gdzie jest ten za­rę­czy­nowy i jak wy­glą­dały za­rę­czyny z Ro­ber­tem, skoro wy­bra­łam pier­ścio­nek sama.

- Roz­mowa matki z córką. A ra­czej córki z matką - wtrą­ciła Jenny.

- Wła­śnie. Od­po­wie­dzia­łam jej o wszyst­kim naj­do­kład­niej, jak umia­łam, ale od tam­tego dnia mi­nęło dużo czasu. I sporo zdą­ży­łam już za­po­mnieć. - Za­mil­kła, bo bar­dzo do­brze to pa­mię­tała, to zna­czy nie za­rę­czyny, tylko mo­ment sprze­daży pier­ścionka i ob­rączki, który wzbu­dził w niej bar­dzo sprzeczne emo­cje. Gdy stała przed lom­bar­dem, z jed­nej strony czuła się wolna, a z dru­giej strony ogar­niał ją wielki smu­tek.

- Och! - Jenny dała jej do zro­zu­mie­nia, by kon­ty­nu­owała.

- Jest syl­we­ster. Tuż przed pół­nocą. Mama ką­tem oka pa­trzy na szam­pana, a El­liot pra­wie przy­sy­pia. Na­gle Claes przy­ciąga mnie do sie­bie i klęka. Klęka! W sa­lo­nie mo­jej mamy! Wy­ciąga z kie­szeni pier­ścio­nek i za­daje py­ta­nie.

- Jaki ko­chany!

- I pewny sie­bie - do­dała So­fia.

- Tak. Ty­powy Claes. Pew­nie na­oglą­dał się ame­ry­kań­skich ko­me­dii ro­man­tycz­nych.

Jes­sika nie wspo­mniała, że tak na­prawdę po­czuła się skon­ster­no­wana I wy­dało jej się, że nie ma wy­boru. Że w ta­kiej sy­tu­acji nie może po­wie­dzieć "nie".

- Ale - za­częła Jenny - to już nie pierw­szy raz, kiedy wy­znał ci mi­łość w to­wa­rzy­stwie. Pa­mię­tasz ze­szłe święta? To zna­czy święta sprzed dwóch lat? Cała ro­dzina tam była, twoje dzieci, mama. A na do­da­tek Ro­bert.

- Chcesz po­wie­dzieć, że po­wi­nien był też za­dzwo­nić po Glenna? Tego tak­sów­ka­rza? - Jes­sika wy­buch­nęła śmie­chem. - Bo o nim za­po­mniał.

- A jak za­re­ago­wała twoja mama? - spy­tała So­fia.

- Była prze­szczę­śliwa. Już od roku, od­kąd za­uwa­żyła, że po­zby­łam się pier­ścionka od Ro­berta i ob­rączki, cią­gle men­dziła, że po­win­nam ku­pić so­bie nową ob­rączkę i no­sić ją na pra­wej dłoni.

- Dla­czego? - Jenny unio­sła brwi.

- Z tego sa­mego po­wodu, dla któ­rego te­raz każe mi usta­lić datę ślubu. We­dług niej naj­waż­niej­sze to za­cho­wy­wać po­zory. Bar­dzo dziwne.

- Twoja mama - wes­tchnęła So­fia. - Dzię­kuję - po­wie­działa, gdy kel­ner po­sta­wił przed nimi trzy wy­so­kie kie­liszki.

Męż­czy­zna po­ka­zał jej bu­telkę. So­fia kiw­nęła po­ta­ku­jąco, a on na­lał im szam­pana, po czym po­now­nie go za­kor­ko­wał, ski­nął głową i od­szedł.

- Na­sze zdro­wie! - So­fia nie­cier­pli­wie cze­kała, aż kel­ner wresz­cie się od­dali. - Za mi­łość!

Wznio­sły kie­liszki i roz­ko­szo­wały się pierw­szym ły­kiem mu­su­ją­cego trunku. Jes­sika spoj­rzała na pier­ścio­nek.

- Pa­suje ide­al­nie - za­częła. - Ale nic na nim nie wy­gra­we­ro­wał.

- To zna­czy, że nie był pewny, czy przyj­miesz oświad­czyny.

So­fia przy­glą­dała się Jes­sice, która otwo­rzyła usta, by coś po­wie­dzieć, osta­tecz­nie jed­nak je za­mknęła. W tej sa­mej chwili przy­szedł kel­ner, nio­sąc ta­lerz z trzema ka­wa­łecz­kami ho­mara. Po­sta­wił go przed Jenny, a na­stęp­nie pod­niósł mały dzba­nu­szek z zupą i za­lał nią sko­ru­piaka. Ko­biety przy­glą­dały mu się, jakby był cza­ro­dzie­jem i pre­zen­to­wał ja­kąś ma­giczną sztuczkę.

- Mmm, pięk­nie pach­nie. - Jenny roz­ko­szo­wała się za­pa­chem ho­mara, bia­łego wina, sza­franu i śmie­tany.

- A czy pa­nie za­sta­no­wiły już się nad da­niem głów­nym? - spy­tał po­tul­nie kel­ner.

- Mięso! - ode­zwała się Jes­sika. - Ta­tar wo­łowy, je­śli jest. A do tego kie­li­szek czer­wo­nego wina. Mimo szam­pana.

So­fia zde­cy­do­wała się na zupę, po czym spoj­rzała py­ta­jąco na Jes­sikę, która wy­tłu­ma­czyła:

- Molly zo­stała we­ganką! Nie zwy­czajną we­ge­ta­rianką, która je na­biał i ta­kie tam. Tylko praw­dziwą we­ganką. Go­tuję osobno dla niej i osobno dla sie­bie i chłop­ców. Ale jej to nie wy­star­cza. Moja córka jest bar­dzo elo­kwentna. I oczy­tana. Zruj­no­wała święta swoim sta­rym dziad­kom. I ojcu.

- No nie!

So­fia się ucie­szyła, że przy­ja­ciółka na­rzeka na córkę. Z opi­sów Jes­siki naj­czę­ściej wy­ni­kało, że pięt­na­sto­latka to istny wzór cnót, ni­gdy się nie myli, po­maga w domu, od­biera młod­szego bra­ciszka z przed­szkola, sprząta ze stołu, a do tego wkłada na­czy­nia do zmy­warki. Z ko­lei Chloe, córka So­fii i ró­wie­śnica Molly, urzą­dza matce scenę, gdy ta po­prosi ją, by przed przyj­ściem pani sprzą­ta­ją­cej z od­ku­rza­czem przy­naj­mniej po­zbie­rała z pod­łogi swoje rze­czy.

- Wil­liam twier­dzi, że Molly przez pół świąt opo­wia­dała, co znaj­duje się na stole i jak tam tra­fiło. Zre­fe­ro­wała całą drogę, z pa­stwi­ska na ta­lerz. A wła­ści­wie nie z pa­stwi­ska, tylko z za­kładu mię­snego. Mó­wiła, że świ­nie od­dziela się od pro­siąt kratą, by ich nie zgnio­tły. A wy­mę­czone sta­łymi in­se­mi­na­cjami krowy dają mleko tylko przez cztery lata. I wszyst­kie czarno-białe ja­łówki, no wie­cie, te z re­klamy ma­sła, są ze sobą spo­krew­nione.

- Już do­syć - prze­rwała So­fia, ma­cha­jąc rę­kami.

- Ro­bert i jego matka wszystko po­twier­dzili. Oj­ciec Ro­berta ryk­nął na Molly i ka­zał wnuczce odejść od stołu. A jej było to na rękę. Przez całe święta u dziad­ków ja­dła tylko do­mowe chrup­kie pie­czywo i ka­pu­stę. Młodą, czer­woną i bruk­selkę.

Wszyst­kie trzy się ro­ze­śmiały.

- Nie sku­siła się na­wet na nic słod­kiego. Bo bab­cia nie użyła cze­ko­lady z cer­ty­fi­ka­tem spra­wie­dli­wego han­dlu. A w sło­dy­czach na wagę jest że­la­tyna wie­przowa.

Jenny wzdry­gnęła się z obrzy­dze­nia, ale So­fia wy­buch­nęła śmie­chem.

Jes­sika na­piła się szam­pana i wes­tchnęła z ulgą. Za­raz po­tem spoj­rzała na przy­ja­ciółki.

- Ro­bert so­bie na to za­słu­żył. A ty spę­dzi­łaś święta z Cla­esem. I pew­nie do­brze się ba­wi­łaś - ode­zwała się So­fia.

- No nie wiem. By­li­śmy u jego mamy, więc nie ga­nia­li­śmy się nago po po­koju.

Tym ra­zem to Jenny wy­buch­nęła śmie­chem, pry­ska­jąc z ust wi­nem.

- Do­brze, że pi­jesz białe - uspo­ko­iła ją Jes­sika.

Jenny kasz­lała, a So­fia po­pa­trzyła na nią i się uśmiech­nęła.

- Ale i tak było miło - pod­jęła na nowo Jes­sika. - Seks. Nie przy­po­mina seksu z Ro­ber­tem, kiedy do­kład­nie wie­dzia­łam, czego się spo­dzie­wać. Ale jest jesz­cze kwe­stia an­ty­kon­cep­cji. Z po­czątku by­łam twarda i ka­za­łam Cla­esowi sa­memu się tym za­jąć.

- My­śla­łam, że w tym ukła­dzie to on po­wi­nien być twardy.

- So­fio. To prze­kra­cza wszel­kie gra­nice.

Na twa­rzy So­fii za­go­ścił uśmiech.

- Gdyby twoja mama to sły­szała, pew­nie wy­szłaby z sie­bie i sta­nęła obok - po­wie­działa Jes­sika.

- Ale jej tu nie ma. Po­pły­nęła w rejs po Ka­ra­ibach i mogę się za­ło­żyć, że wy­le­guje się te­raz w słońcu i pije szam­pana.

- Ra­czej nie - wtrą­ciła Jes­sika. - Tam jest sześć go­dzin wcze­śniej, więc co naj­wy­żej wła­śnie je śnia­da­nie.

Zi­ry­to­wana Jenny spoj­rzała na So­fię. Już dawno za­uwa­żyła, że przy­ja­ciółka po­trafi de­spe­racko wal­czyć o uwagę. Ale te­raz uświa­do­miła so­bie, że to na­łóg. I za­częła to za­uwa­żać, jak iry­tu­jące chrząk­nię­cie czy gest, które do ni­czego nie pro­wa­dzą.

- Zo­stawmy mamę So­fii. Chcia­ła­bym usły­szeć wię­cej o to­bie i Cla­esie.

- I wa­szym ży­ciu sek­su­al­nym. - So­fia za­chi­cho­tała.

- Za­czę­łam brać ta­bletki an­ty­kon­cep­cyjne. I na­gle to wszystko stało się... - Jes­sika na chwilę za­mil­kła. - Ta­kie po­ważne.

Jenny przy­tak­nęła ski­nie­niem.

So­fia prze­su­nęła ma­łym pal­cem po brzegu kie­liszka. I się uśmiech­nęła.

- Wiem, o co cho­dzi. - Za­śmiała się. - Pa­mię­tam, jak to było, za­nim po­zna­łam Hen­rika. Mia­łam ku­pić pre­zer­wa­tywy. Długo to pla­no­wa­łam. Po­szłam do kio­sku. Za­uwa­ży­łam, że leżą za kasą. Była ko­lejka, ale uzna­łam, że je­stem go­towa.

- Na kupno gu­mek czy na seks?

So­fia spoj­rzała na Jes­sikę nie­mal z wy­rzu­tem.

- Na jedno i dru­gie - ode­zwała się po chwili. - Ale gdy tak sta­łam w tej ko­lejce, po ja­kimś cza­sie po­de­szła do mnie mama jed­nej z mo­ich ko­le­ża­nek. I za­częła mó­wić. Usta jej się nie za­my­kały. Mia­łam ku­pić coś, co le­żało za kasą, więc sta­łam z pu­stymi rę­kami. A gdy przy­szła moja ko­lej, po pro­stu zła­pa­łam pierw­szą lep­szą ga­zetę.

Jenny i Jes­sika wle­piły w nią wzrok.

- I oka­zało się, że to o mi­siu Bamse! - jęk­nęła So­fia.

- To jesz­cze nie tak źle. Mo­głaś prze­cież wy­brać nie­chcący ja­kie­goś por­nosa - wtrą­ciła Jes­sika. - Mój brat oglą­dał je po kry­jomu.

- A mój oj­ciec czy­tał "Play­boya" - ode­zwała się Jenny. - Twier­dził, że mają tam cie­kawe ar­ty­kuły.

- Ale gdy te­raz tak o tym my­ślę, to pani Ker­stin też nie trzy­mała nic w ręku.

- Czyli też chciała ku­pić pre­zer­wa­tywy! - Mimo że śmiech ci­snął się jej na usta, Jes­sika sta­rała się wy­raź­nie wy­mó­wić wszyst­kie słowa.

- Ale ona mu­siała być strasz­nie stara - wtrą­ciła Jenny, któ­rej wy­jąt­kowo udało się za­cho­wać po­wagę. - Ja­koś po czter­dzie­stce.

- A wtedy już nie upra­wia się seksu - do­po­wie­działa Jes­sika.

- No wła­śnie - przy­tak­nęła So­fia. - Tylko za­pi­suje się do klubu czy­tel­ni­czego. I cho­dzi na spa­cery.

- Albo na za­kupy - do­dała Jenny.

Na chwilę za­pa­dła ci­sza.

- Ja i Hen­rik jesz­cze to ro­bimy - przy­znała po chwili So­fia.

- No prze­cież! Nie mia­łam na my­śli nic złego - wy­tłu­ma­czyła Jenny, która za­częła się za­sta­na­wiać, kiedy ostat­nio po­szła z Ma­gnu­sem do łóżka. To było ja­koś przed świę­tami albo na­wet Dniem Świę­tej Łu­cji. O zgrozo! Czyli jesz­cze przed roz­po­czę­ciem ad­wentu! To ona po­winna cho­dzić na za­kupy. Gdyby tylko miała na to pie­nią­dze.

Te­raz była współ­wła­ści­cielką kli­niki den­ty­stycz­nej. La­tem wy­pła­ciła z banku wszyst­kie oszczęd­no­ści, za które Ma­gnus za­trud­nił po­moc den­ty­styczną na pół etatu i wy­po­sa­żył nowy ga­bi­net. Za­ło­że­nie było ta­kie, że za­cznie przyj­mo­wać wię­cej pa­cjen­tów i w re­zul­ta­cie bę­dzie wię­cej za­ra­biać. Ale jak na ra­zie Jenny nie wi­działa na swoim kon­cie żad­nych zy­sków. I z tego, co wie­działa, nie było ich też na kon­cie męża.

- Za­ło­żymy klub książki? - spy­tała Jes­sika. - Mą­drej książki. Lu­bię feel-good, ale zda­rza mi się też się­gnąć po coś am­bit­niej­szego.

- No nie wiem. - So­fia wbiła w nią wzrok. - Prze­cież jesz­cze upra­wiamy seks. Nie po­trze­bu­jemy żad­nych sub­sty­tu­tów.

- Ale to nie stoi na prze­szko­dzie, by nie czy­tać ksią­żek. Pa­mię­tasz ten film? Po­zy­cja obo­wiąz­kowa? Czy­tali tam Pięć­dzie­siąt twa­rzy Greya. Wszyst­kie trzy czę­ści.

- Je­ste­ście sza­lone - wy­mam­ro­tała Jenny i uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią do kel­nera, który wła­śnie przy­szedł z je­dze­niem.

Gdy męż­czy­zna na­le­wał So­fii zupę i sta­wiał przed Jes­siką ta­lerz z ta­ta­rem, wszyst­kie trzy przy­glą­dały się jego ob­gry­zio­nym pa­znok­ciom.

- Dzię­kuję - po­wie­działa Jes­sika, pa­trząc chci­wie na su­rowe mięso.

- Ży­czę smacz­nego - ode­zwał się i wy­ja­śnił, z czego do­kład­nie składa się da­nie.

Ko­biety uważ­nie mu się przy­słu­chi­wały. Jes­sika nie mo­gła się na­dzi­wić, że kel­ner tak pięk­nie po­trafi opo­wia­dać o je­dze­niu. W końcu na ta­le­rzu nie było nic wy­kwint­nego, tylko mięso mie­lone, żółtko, chrzan i ja­kieś wa­rzywa.

Jenny po­my­ślała, że chęt­nie przy­rzą­dzi­łaby coś ta­kiego w domu, a So­fia umie­rała z głodu i cze­kała tylko, aż męż­czy­zna odej­dzie, by mo­gła zjeść zupę, póki ta była jesz­cze go­rąca.

- Co za po­goda. Śnieg. Kto w Göte­borgu cie­szy się ze śniegu? Dla­czego w ogóle ży­jemy w tym kraju? Chcę po­je­chać gdzieś, gdzie jest cie­pło. - So­fia przy­su­nęła so­bie ko­szy­czek z pie­czy­wem. Pa­trzyła na białe bu­łeczki, jakby były prze­zna­czone dla lu­dzi o sła­bym cha­rak­te­rze. Ta­kich jak ona. Za­raz po­tem się­gnęła po jedną z nich, prze­ła­mała ją na pół i po­sma­ro­wała ma­słem. - Na­prawdę za­zdrosz­czę ma­mie - do­dała. - Tak bar­dzo chcia­ła­bym za­re­zer­wo­wać coś z Hen­ri­kiem. Ale on nie chce or­ga­ni­zo­wać rejsu w fe­rie, kiedy wszę­dzie są po­tworne ko­lejki, a lu­dzie tło­czą się w ba­se­nach. Poza tym Chloe nie może wziąć urlopu i po­je­chać na wa­ka­cje w roku szkol­nym.

- Tak to już jest, gdy cho­dzi się do dzie­wią­tej klasy - za­uwa­żyła chłodno Jes­sika.

- A do­kąd byś się wy­brała? - spy­tała Jenny, fan­ta­zju­jąc o urlo­pie, na który nie miała ani czasu, ani pie­nię­dzy.

- Na Ma­le­diwy - wy­ja­śniła So­fia.

- Ma­le­diwy! - po­wtó­rzyła Jenny. Miała ochotę się za­śmiać, w końcu sama ni­gdy nie wy­jeż­dżała tak da­leko.

So­fia by­wała straszną snobką.

- To tam Ro­bert chciał za­brać Me­la­nie - wtrą­ciła Jes­sika. - Bie­daczka, tyle ją omi­nęło.

- Bie­daczka?! - spy­tała ostrym to­nem So­fia.

- No tak. Po­myśl tylko, na jaką minę we­szła. Po­znała w pracy fa­ceta i miała na­dzieję, że zo­sta­nie młodą żoną ze złotą kartą kre­dy­tową i pie­skiem w to­rebce. A skoń­czyła bez fa­ceta i karty, a na do­da­tek jesz­cze musi pra­co­wać. Za­trud­nił ją któ­ryś z ko­le­gów Ro­berta. Z in­nej kan­ce­la­rii.

- No i nici z pie­ska - do­dała z po­wagą So­fia. Tak na­prawdę nie chciała roz­ma­wiać o Me­la­nie, bo jej młod­sza sio­stra Ma­de­le­ine przy­jaź­niła się z Chloe, a to nie do końca jej się po­do­bało.

Jenny prze­nio­sła wzrok na So­fię. Wszyst­kie trzy wy­buch­nęły śmie­chem.

Przez chwilę ja­dły w mil­cze­niu.

- A co ze ślu­bem, Jes­siko? - spy­tała Jenny. - Kiedy go pla­nu­je­cie?

Jes­sika prze­łknęła ślinę. I wes­tchnęła.

- Nie wiem. I nie wiem też, czy je­stem na to go­towa. Mama wy­daje się prze­szczę­śliwa. Na­wet prze­stała już na­zy­wać Cla­esa Ol­lem. - Jes­sika nie po­wie­działa, co są­dzi o tym wszyst­kim w głębi du­szy, mia­no­wi­cie, że nie jest do końca pewna, czy do­brze zro­biła, mó­wiąc "tak". Ale nie mo­gła po­wie­dzieć "nie" czy choćby chwilę za­sta­no­wić się nad od­po­wie­dzią, bo mama pa­trzyła na nią ze łzami w oczach. A Molly aż ska­kała z ra­do­ści.

- Ol­lem? - spy­tała Jenny.

- Mama nie pa­mięta imion osób, któ­rych nie lubi. Cza­sami mam wra­że­nie, że z tru­dem przy­cho­dzi jej wy­po­wie­dze­nie imie­nia wła­snej córki.

- Co ty mó­wisz? - prze­rwała jej Jenny, mimo że jej sa­mej nie za­wsze uda­wało się uchro­nić przed ata­kiem wła­snej matki.

- Tylko żar­to­wa­łam. - Jes­sika zja­dła ka­wa­łek ta­tara. Był smaczny, a z wi­nem sma­ko­wał wręcz wy­bor­nie.

- Czy nie czu­jesz się nie­swojo z tym, że za­rę­czy­łaś się z wła­snym sze­fem? - do­cie­kała Jenny.

- Tro­chę tak - od­parła Jes­sika. - Ale te­raz pra­cuję w skle­pie tylko w week­endy i cza­sami przy­cho­dzę na za­stęp­stwo za Sannę. Je­śli aku­rat nie mam wy­kła­dów.

- Za Sannę?

- Tak. Zda­rza mi się za­stę­po­wać ją w pracy. Claes za­trud­nił ją w li­sto­pa­dzie na pół etatu. Jej mąż jest te­raz na urlo­pie wy­cho­waw­czym. Nie­dawno uro­dziło im się dru­gie dziecko. - Jes­sika na­działa mięso na wi­de­lec, ale go nie zja­dła. - A ona ma wró­cić do domu w lu­tym.

- Ach tak, pa­mię­tam. - Jenny przy­tak­nęła głową.

Odło­żyła łyżkę i sap­nęła za­do­wo­lona. Ta­lerz był pu­sty. Jej matka pew­nie wes­tchnę­łaby z nie­za­do­wo­le­niem i przy­po­mniała jej, że w re­stau­ra­cji nie wy­pada zo­sta­wiać czy­stego ta­le­rza. Jej zda­niem ko­biety nie po­winny naja­dać się do syta i pro­sić o do­kładkę ani jeść cze­ko­lady i de­se­rów.

So­fia koń­czyła zupę, a Jes­sika prze­łknęła ostatni kęs ta­tara.

- Było prze­pyszne - pod­su­mo­wała.

- Na­le­żało nam się - od­po­wie­działa So­fia.

- Tak. Ale mnie już nie do końca na to stać - przy­znała Jes­sika.

- Chyba nie su­ge­ru­jesz, że po­win­ny­śmy wró­cić do kuchni taj­skiej?

- Od te­raz będę pra­co­wać na go­dziny. I na­wet je­śli do­stanę kre­dyt stu­dencki, to wciąż nie będę mieć zbyt dużo go­tówki. Ta­kie obiady... Sa­mot­nych ma­tek na to nie stać.

- A Ro­bert?

- On może ja­dać na mie­ście. W końcu jest męż­czy­zną.

- Wiem, co masz na my­śli. - Na twa­rzy Jes­siki po­ja­wił się gry­mas. - Ro­bert płaci ali­menty. Ni­skie to ni­skie, ale to za­wsze coś. Zo­stały mi ja­kieś oszczęd­no­ści. Ale on prze­cież wy­rzu­cił mnie z domu. A kasy nie ma tyle, żeby po­le­cieć na Ma­le­diwy. - Za­mil­kła. Pla­no­wała ku­pić dom. I uzbie­rać na wkład wła­sny. Nie spo­dzie­wała się jed­nak, że do­póki stu­diuje, ża­den bank nie przy­zna jej kre­dytu. Sy­tu­acji nie po­pra­wiał też fakt, że była je­dyną ży­wi­cielką ro­dziny. Z ko­lei te­raz wszystko wska­zy­wało na to, że nie­długo prze­pro­wa­dzi się z dziećmi do Cla­esa.

- Na­pi­jemy się kawy? - spy­tała So­fia, którą na­gle na­szła ogromna ochota na ko­fe­inę.

- Ja mu­szę już le­cieć - od­parła Jes­sika. - Ju­tro idę do pracy, więc chcia­łam spę­dzić po­po­łu­dnie w domu. Wsta­wić pralkę, od­ku­rzyć, po­sprzą­tać. I tro­chę się po­uczyć. Same ro­zu­mie­cie. Dzieci są u Ro­berta. Ma przed­sta­wić je swo­jej no­wej dziew­czy­nie. Cie­kawe, czy ona przy­go­tuje im coś do je­dze­nia. Je­śli tak, Molly nie po­zo­stawi na niej su­chej nitki. - Nie do­dała już, że poza tym pla­nuje też po­ło­żyć się na ka­na­pie i za­ja­da­jąc się cze­ko­ladą, po­czy­tać ja­kąś lekką książkę z po­zy­tyw­nym za­koń­cze­niem. Roz­ko­szo­wać się ci­szą i cu­do­wną, bez­stre­sową sa­mot­no­ścią.

- A ja mu­szę wra­cać, żeby zwol­nić mamę. Ostat­nio zaj­muje się Clarą, kiedy je­stem w pracy - wy­ja­śniła Jenny, pod­no­sząc to­rebkę. - Clara nie­dawno za­częła upra­wiać gim­na­stykę, a mama twier­dzi, że dziew­czyna ma praw­dziwy ta­lent. W tym roku szkol­nym cho­dzi na za­ję­cia trzy razy w ty­go­dniu. I za każ­dym ra­zem to­wa­rzy­szy jej bab­cia.

- Ja­kie to miłe - za­częła Jes­sika. - Chcia­ła­bym, żeby moja mama cza­sem za­ofe­ro­wała mi po­moc, a nie tylko cią­gle cze­goś ode mnie wy­ma­gała. - Jes­sika zro­biła wdech i zde­ner­wo­wana do­dała: - Ostat­nio dzwoni do mnie przy­naj­mniej raz dzien­nie. Nie do­ciera do niej, że mam też inne sprawy na gło­wie. Przed Bo­żym Na­ro­dze­niem przez dwa dni my­łam u niej okna i przy­go­to­wy­wa­łam świą­teczne de­ko­ra­cje. Na­wet u sie­bie tyle nie sprzą­ta­łam. A póź­niej Bir­gitta ro­biła mi wy­rzuty, że nie chcę piec z nią bu­łe­czek sza­fra­no­wych i pier­ni­ków. Po­wie­dzia­łam, że prze­cież może ku­pić je w cu­kierni, ale ona nie słu­chała. Ta­kie nie wy­star­czały. A te­raz wy­dzwa­nia do mnie, by po­na­rze­kać, że jest zmę­czona. Wła­ści­wie "wy­czer­pana", jak to sama mówi.

- Ro­zu­miem - przy­tak­nęła przy­ja­ciółka, która nie chciała się przy­znać, że z ko­lei jej mama czę­sto ją kry­ty­kuje. Britt-Ma­rie wy­ra­żała się nie­po­chleb­nie o wy­cho­wa­niu Clary. I nie po­do­bało jej się, na co po­zwala so­bie Jenny. Cho­dziło jej przede wszyst­kim o sło­dy­cze.