Let's Get Textual - Teagan Hunter

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (28,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jeden

Nie­znany numer: Nasze spo­tka­nie jutro aktu­alne?

Gapię się na tekst w tele­fo­nie, marsz­cząc brwi, bo naj­wy­raź­niej napi­sał do mnie ktoś, kogo nie znam.

Nagle przy­cho­dzi olśnie­nie: to pew­nie Liam zmie­nił numer... znowu, i zapo­mniał mi o tym powie­dzieć... znowu.

Bra­cia są tacy zabawni.

Ja: Tak. O któ­rej?

Nie­znany numer: 14:00

Ja: Będę.

Odrzu­cam tele­fon na pustą poduszkę leżącą obok mojej, i wra­cam myślami do naszej roz­mowy ze środy. Przy­się­gła­bym, że umó­wił się ze mną na wpół do trze­ciej, bo będzie po dru­giej stro­nie mia­sta i w żaden spo­sób nie zdąży na drugą, ale może zmie­niły mu się plany? Tak czy siak, ja zdążę. Wspólny lunch to nasza tra­dy­cja - spo­ty­kamy się co dwa tygo­dnie i uwiel­biam to.

- Kocha­nie, skoń­czy­łeś?

Przez drzwi łazienki dobie­gają mnie nie­zro­zu­miałe, nie­przy­jemne dźwięki. Mam ochotę odpo­wie­dzieć rów­nie nie­uprzej­mie, ale to bez sensu.

- Dobra - mru­czę, prze­wra­cam się na bok i się­gam do wyłącz­nika lampki.

Leżę, roz­bu­dzona, patrząc, jak prze­suwa się wska­zówka na budziku przy łóżku. Dzie­sięć minut póź­niej Caleb wycho­dzi na pal­cach z łazienki i siada na brzegu mate­raca. Sie­dzi tak przez kolejne dwie minuty, wyła­mu­jąc palce, a potem wśli­zguje się do łóżka i kła­dzie się obok mnie.

Nic nie mówi, ja także mil­czę.

Dotar­li­śmy do tego punktu w naszym związku, w któ­rym trud­niej być razem niż osobno. Prawdę mówiąc, od mie­siąca żyjemy prak­tycz­nie obok sie­bie. Caleb zwraca się do mnie oschle, a ja nie jestem lep­sza. Od tygo­dni nie byli­śmy ze sobą bli­sko. To w niczym już nie przy­po­mina związku. Po pro­stu trwamy w ocze­ki­wa­niu chwili, kiedy wspólne życie sta­nie się abso­lut­nie nie­zno­śne.

Czuję, że dłu­żej nie wytrzy­mam.

- Caleb...

- Co? - jego odpo­wiedź jest szorstka, jakby miał już dość tej roz­mowy, choć jesz­cze się nawet nie zaczęła. Kolejna oznaka, że moje pyta­nie ma sens.

- Co my wypra­wiamy?

Wzdy­cha. Czuję, jak prze­suwa ręką po twa­rzy.

- Nie bar­dzo wiem, Delia.

- Czy powin­ni­śmy... - Obli­zuję suche usta i gwał­tow­nie wypusz­czam powie­trze. - Czy powin­ni­śmy się roz­stać?

Caleb przy­suwa się do mnie. Instynk­tow­nie się­gam dło­nią i odsu­wam jasny kosmyk, który opadł mu na oko. Łapie mnie za rękę i patrzy mi w oczy. W jego ciem­no­nie­bie­skich źre­ni­cach błysz­czy smu­tek, jakby od dawna spo­dzie­wał się tej chwili.

Wiem, co powie.

- Tak mi się zdaje.

Caleb bie­rze mnie w ramiona w chwili, gdy po moich policz­kach spły­wają pierw­sze łzy.

Czuję smu­tek i jest to zaska­ku­jące, choć w sumie nie powinno być. Jeste­śmy razem od sze­ściu mie­sięcy - to nie­zły staż jak na parę stu­den­tów - i przy­zwy­cza­iłam się do niego; do jego dotyku, zapa­chu, uśmie­chu. Będzie mi go bra­ko­wało, ale wiem, że ma rację. Powin­ni­śmy zerwać ze sobą, zanim się znie­na­wi­dzimy, a wła­śnie zmie­rzamy w tym kie­runku. Zaczęły się kłót­nie, w któ­rych nikt nie chce ustą­pić. Dotąd było nam zbyt wygod­nie, za bar­dzo bali­śmy się powie­dzieć wprost, że to koniec.

Aż do teraz.

- Wiesz co, wydaje mi się, że cię kocha­łem. - Jego głos łamie się. Odsu­wam się i widzę, że także ma łzy w oczach. - Gdy­by­śmy byli w innym punk­cie w życiu, gdyby nie to całe gówno, które nas czeka po roz­da­niu dyplo­mów, mogłoby nam być dobrze razem, Delio.

- Masz rację.

Caleb wzdy­cha.

- Przy­kro mi.

- Mnie też.

- Czy chcesz... - Prze­łyka ślinę. - Chcesz, żebym odszedł?

- A możesz zostać? Czy możesz mnie przy­tu­lić, ostatni raz?

Ma słodki uśmiech. Przy­po­mina mi się dzień, kiedy zoba­czy­łam go po raz pierw­szy w kawiarni na kam­pu­sie.

Z ple­ca­kiem prze­wie­szo­nym przez ramię, zmierz­wio­nymi wło­sami, w pognie­cio­nej, czę­ściowo roz­pię­tej koszuli, obda­rzył mnie tym samym uśmie­chem, na który teraz patrzę, i zapy­tał, czy może się dosiąść. Rozej­rza­łam się dookoła, pewna, że to żart.

Byłam nikim. Jego znali wszy­scy.

- Dla­czego?

- Słu­cham? - zapy­tał zdzi­wiony.

- Dla­czego chcesz tu usiąść?

- Bo ten ple­cak jest ciężki jak cho­lera.

Demon­stra­cyj­nie pod­niósł go do góry.

- Wszyst­kie inne miej­sca są zajęte. Każdy wkuwa do egza­mi­nów koń­co­wych i ja też bym chciał... O ile będziesz tak miła i pozwo­lisz mi usiąść przy swoim sto­liku.

Rozej­rza­łam się i stwier­dzi­łam, że ma rację. Kawiar­nia pękała w szwach, wszę­dzie sie­dzieli stu­denci z nosami w książ­kach.

Ustą­pi­łam nie­chęt­nie.

- Dobrze - powie­dzia­łam, wzdy­cha­jąc. - Możesz tu usiąść... pod dwoma warun­kami.

- Co tylko zechcesz, ślicz­notko.

- Poprawka: pod trzema. Nie mówisz do mnie "ślicz­notko". Nie zaga­du­jesz.

Poki­wał głową, jakby tego się wła­śnie spo­dzie­wał.

- I nie pro­po­nu­jesz, żeby­śmy wyszli gdzieś razem.

Na jego ustach poja­wił się krzywy, zabój­czo uro­czy uśmie­szek.

- Zakła­dasz, że to się wyda­rzy?

- Prę­dzej czy póź­niej nie oprzesz się mojej olśnie­wa­ją­cej oso­bo­wo­ści - odpar­łam, macha­jąc ręką lek­ce­wa­żąco. - A teraz usiądź i bądź cicho, tajem­ni­czy nie­zna­jomy.

- Mam na imię Caleb.

Prze­szy­łam go ostrym spoj­rze­niem.

- Zero gada­nia, wiem, kim jesteś, Cale­bie Mil­l­sie. Grasz w base­ball. - Jego oczy roz­ja­śniły się, doda­łam więc: - A ja nie­na­wi­dzę base­ballu.

Caleb chrząk­nął, usiadł, i przez resztę popo­łu­dnia nie ode­zwał się ani sło­wem.

Nasze "przy­pad­kowe" spo­tka­nia w kawiarni trwały przez kolejny tydzień, a potem zapro­sił mnie na randkę. Zgo­dzi­łam się i odtąd byli­śmy razem.

Aż do teraz.

Dała­bym wszystko, żeby móc stwier­dzić, że to Caleb jest tym jedy­nym, ale to nie­prawda. Wiem to od dawna, ale za bar­dzo się bałam, żeby cokol­wiek z tym zro­bić. To świetny chło­pak, inte­li­gentny, miły, uważny, a przede wszyst­kim wiem, że mu na mnie zależy. Wiem, że mnie kocha, ale nie w ten spo­sób, który obojgu nam jest potrzebny. Ja także go w ten spo­sób nie kocham.

Wiemy o tym, i on, i ja. Dużo lepiej spraw­dzamy się jako para przy­ja­ciół, Caleb Mills i Delia Devlin, niż jako para - Caleb i Delia, "naj­słod­sza para na kam­pu­sie, któ­rej może się udać", jak nas nazwano w plot­kar­skim maga­zy­nie stu­denc­kim zeszłej wio­sny.

- Obie­caj mi, że zosta­niemy przy­ja­ciółmi, dobrze?

Uśmie­cham się do niego.

- Nie wyobra­żam sobie, że mogłoby być ina­czej.

Liam: Muszę prze­ło­żyć ter­min naszego spo­tka­nia na przy­szły tydzień.

Spo­tka­nie? Zmiana ter­minu? Dla­czego mój brat, zwy­czajny nauczy­ciel gim­na­zjum, zaczął nagle wyra­żać się jak jakiś rekin biz­nesu?

Igno­ruję jego dzi­waczny styl i szybko wystu­kuję odpo­wiedź.

Ja: Może być. Napisz, kiedy ci pasuje.

Liam: Ode­zwę się.

To pewne: zacho­wuje się dziw­nie.

Zaczy­nam pisać, ale w tej chwili sły­szę szu­ra­jące kroki. Wyłą­czam ekran, Caleb stoi w przed­po­koju z torbą na ramie­niu i pudłem w rękach.

Uśmie­cham się do niego smutno, a on odwza­jem­nia ten uśmiech.

- To chyba wszystko.

- Caleb, ja...

- Daj spo­kój, Delia. Nie musisz nic mówić. Zga­dzamy się, tak? Przy­jaźń wycho­dzi nam lepiej. Wplą­ta­li­śmy się w romans, który nie powi­nien był się zda­rzyć. Tak będzie lepiej. Zgo­dzi­li­śmy się co do tego, pamię­tasz? Żad­nych prze­pro­sin. Napi­jemy się kawy, przy­tu­lisz mnie i odpro­wa­dzisz do drzwi. Umowa stoi?

Wycie­ram nie­po­słuszną, spły­wa­jącą po policzku łzę, i uśmie­cham się. Potrafi być taki słodki. Za tym na pewno będę tęsk­nić.

- Stoi.

Sta­wia pudło na pod­ło­dze obok drzwi i masze­ruje do kuchni, jak­by­śmy wcale wła­śnie ze sobą nie zry­wali.

- No to, jak ci się żyje? - dro­czy się Caleb, sta­wia swój kubek na bla­cie i siada obok mnie.

- Jak zerwać z gościem, który ma takie poczu­cie humoru?

Upija łyk kawy i uśmie­cha się do mnie znad brzegu kubka.

- Wiem, dru­giego takiego nie znaj­dziesz.

- Żebyś wie­dział, Caleb, masz to coś.

- Będę za tobą tęsk­nił.

Uśmie­cham się.

- Wiem.

Sie­dzimy razem w mil­cze­niu. Powin­nam być skrę­po­wana albo smutna, ale jest dobrze, jak­by­śmy byli parą sta­rych przy­ja­ciół.

Po kolej­nym kubku kawy Caleb wstaje zde­cy­do­wa­nie.

- No, to by chyba było na tyle.

- Chyba tak. Pocze­kaj, wezmę płaszcz. Odpro­wa­dzę cię na dół.

Unosi dłoń.

- Nie, nie musisz ze mną scho­dzić.

- Caleb...

- Daj spo­kój, Delio. Pozwól mi zacho­wać dumę, okej? Nie mam ochoty na paradę wstydu u boku mojej byłej.

Pod­no­szę ręce do szyi, łzy znowu napły­wają mi do oczu.

- To takie ostre słowo.

- Wstyd?

- Nie, "była". Takie kąśliwe.

- No cóż, tym się wła­śnie sta­li­śmy.

- Wiem, Caleb. Wiem.

Roz­kłada sze­roko ramiona, a ja uśmie­cham się, przy­tu­la­jąc się do niego. Obej­muje mnie w naj­smut­niej­szym uści­sku mojego życia. Wiem, że już ni­gdy nie będziemy ze sobą tak bli­sko.

- Odzy­waj się cza­sem, dobra?

- Jasne.

Całuje mnie w czu­bek głowy i wypusz­cza z objęć. Wycie­ram łzę, która spły­nęła mi po policzku, a on bie­rze swoją torbę i pudło.

Przy­trzy­muję mu drzwi i patrzę ze smut­kiem, jak prze­cho­dzi przez próg.

- Uśmiech­nij się do mnie, ślicz­notko - rzuca przez ramię. - To nie koniec. To tylko począ­tek nowej przy­gody.

Żegnam go więc uśmie­chem, gdy się odwraca i zosta­wia mnie w drzwiach, wpa­trzoną w plecy chło­paka, któ­rego mogłam poko­chać.

Zamy­kam drzwi i otrzą­sam się.

- To nie koniec, Delio.

- Znowu gadasz do sie­bie? Daj spo­kój, o tej porze... - moja współ­lo­ka­torka i naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Zoe, pod­cho­dzi do mnie, jej zło­to­brą­zowe loki są potar­gane, a orze­chowe oczy spuch­nięte od snu. - Potrze­buję kawy, natych­miast.

- Mam świeżo zapa­rzoną - mówię, wska­zu­jąc napo­częty dzba­nek.

- Dla­czego powie­dzia­łaś "to nie koniec"?

- Co?

Nalewa sobie kawy i dodaje astro­no­miczną ilość śmie­tanki. Wykrzy­wiam się, gdy zaczyna dmu­chać do wnę­trza gorą­cego kubka.

- Nie zaczy­naj. Wiesz, że lubię, gdy kolor kawy pasuje do mojego odcie­nia cery, więc daruj sobie.

Marsz­czę nos, ona jed­nak igno­ruje mnie, upija łyk kawy.

- O czym mówi­łaś? Co nie jest koń­cem?

- Och. - Prze­su­wam ręką po wło­sach i zakła­dam długi brą­zowy kosmyk za ucho. - Caleb i ja zerwa­li­śmy dzi­siaj rano.

Zoe par­ska gwał­tow­nie i oblewa się kawą.

- Wła­ści­wie to wczo­raj wie­czo­rem.

- Wczo­raj wie­czo­rem? Zerwa­li­ście? Co ty mówisz! Dla­czego mnie nie obu­dzi­łaś? Wspar­ła­bym cię w tej trud­nej chwili.

Zoe wspiera mnie od pierw­szego dnia na uczelni. Spo­tka­ły­śmy się na kur­sie wpro­wa­dza­ją­cym dla pierw­szo­rocz­nia­ków i od tam­tej pory jeste­śmy nie­roz­łączne. Po trzech latach tułaczki po aka­de­mi­kach, którą każda z nas odby­wała na wła­sną rękę, w tym roku wresz­cie zna­la­zły­śmy wspólne miesz­ka­nie do wyna­ję­cia poza tere­nem uczelni. Jeśli wcze­śniej zda­wało mi się, że jeste­śmy sobie bli­skie, to była pestka w porów­na­niu z tym, co jest teraz.

- Spa­łaś. Prze­ga­da­li­śmy to i jest w porządku.

- W porządku, czyli powie­dzie­li­ście sobie wszystko i pogo­dzi­li­ście się?

- Nie. W porządku, czyli jeste­śmy przy­ja­ciółmi. To była słuszna decy­zja.

Zoe ude­rza dłońmi o blat, otwie­ra­jąc sze­roko oczy i usta.

- Nie... nie wie­rzę. Ty i Caleb? To po pro­stu... no nie.

Zdmu­chuje sobie z czoła kosmyk wło­sów.

- Tego się nie spo­dzie­wa­łam. Byłam świę­cie prze­ko­nana, że nic was nie roz­łą­czy. Był takim świet­nym gościem.

Kiwam głową, sia­da­jąc obok niej.

- Jest, Zoe. On cią­gle jest świet­nym gościem. To była wspólna decy­zja.

- Czyli nie mamy zamiaru go znie­na­wi­dzić?

Uśmie­cham się smutno.

- Nie mamy.

- No i dobrze, bo ma naprawdę świetny tyłek.

Daje mi kuk­sańca, śmieję się. Jestem w sta­nie się śmiać, więc będzie dobrze.

Dwa

Liam: Kto to?

Ja: Hm, Delia...

Liam: Kto?

Ja: Twoja sio­stra?

Liam: Nie mam sio­stry. To ma być żart?

Ja: Liam? Daj spo­kój! Wygłu­piasz się?

Liam: Kim jest Liam?

Tele­fon roz­świe­tla się w mojej dłoni, nie­ru­cho­mieję na chwilę. Na ekra­nie wyświe­tla się imię Liama, ale nie wie­rzę już, że to on. Sia­dam na naj­bliż­szej ławce, czu­jąc, że nara­sta we mnie cie­ka­wość, i ude­rzam w zie­lony kla­wisz.

- Ha... Halo?

- Kto mówi?

Nie znam tego szorst­kiego, ochry­płego głosu.

Roz­glą­dam się wokół, szu­ka­jąc dow­cip­ni­sia kry­ją­cego się za drze­wem. Wszystko wygląda nor­mal­nie.

- Delia - odpo­wia­dam. Podejrz­li­wie mrużę oczy. Wiem, że dzwo­niący mnie nie widzi, w każ­dym razie mam taką nadzieję, ale z pew­no­ścią sły­szy nie­po­kój w moim gło­sie.

- Delia?

Gdy nie­zna­jomy wyma­wia moje imię, po krę­go­słu­pie prze­biega mi elek­tryczna iskra.

- Co to za imię do cho­lery?

Okej, zapo­mnijmy o iskrze. Pie­przyć tego dupka.

- Imię, które mi nadano. Z kim roz­ma­wiam?

- To chyba jakaś pomyłka.

- W końcu na to wpa­dłeś, Sher­locku. Ale nie odpo­wie­dzia­łeś na moje pyta­nie.

Facet po dru­giej stro­nie pry­cha.

- Masz cięty język, co?

- To chyba sły­chać. Ale...

- Wciąż nie odpo­wie­dzia­łem na twoje pyta­nie. Tak, sły­sza­łem. Jestem Zach, a ty nie jesteś panem War­ne­rem, zga­dza się?

- A jak ci się zdaje?

Znowu sły­szę jego cichy śmiech i czuję go każdą komórką ciała. Jest to cał­kiem przy­jemne, ale świa­do­mość tego faktu budzi moje nie­za­do­wo­le­nie.

- Nie. Wyda­jesz się dużo sym­pa­tycz­niej­sza od niego.

- A więc pan War­ner budzi odro­binę sym­pa­tii?

- Aha, poczu­cia humoru też ci nie bra­kuje. Nie­źle, nie­źle.

Nagle uświa­da­miam sobie, że on ze mną flir­tuje, i z jakie­goś powodu to mi się podoba.

Od naszego zerwa­nia z Cale­bem minął tydzień, i choć wola­ła­bym nie przy­zna­wać się do tego nawet przed sobą, roz­sta­nie boli mnie bar­dziej, niż się spo­dzie­wa­łam.

Gdy spo­ty­kamy się na wykła­dach, oka­zu­jemy sobie ser­decz­ność, raz nawet umó­wi­li­śmy się na kawę po zaję­ciach, ale coś się zmie­niło. Doty­czy to także mojego życia towa­rzy­skiego. Nie jestem już dziew­czyną gwiazdy trze­ciej bazy Caleba Mil­lsa, tylko Delią, stu­dentką dzien­ni­kar­stwa, zwy­kłą dziew­czyną, i w sumie mi to odpo­wiada.

- Skąd masz ten numer?

- Od współ­lo­ka­tora. Pra­cu­jemy razem. Jest jakby moim asy­sten­tem, odbiera tele­fony w moim imie­niu. Zapi­sał twój numer przy nazwi­sku klienta, pra­cu­jąc z domu.

Wzdy­cha, w tym wes­tchnie­niu pobrzmiewa iry­ta­cja.

- Wysła­łem mu SMS-a, wycho­dząc z miesz­ka­nia. Pew­nie źle wpi­sa­łem numer do komórki.

- Poro­zu­mie­wasz się z klien­tem SMS-ami?

Zach cmoka żar­to­bli­wie, a ja uświa­da­miam sobie, że oto roz­ma­wiam przez tele­fon z nie­zna­jo­mym i mam na twa­rzy uśmiech od ucha do ucha. Powin­nam już dawno się roz­łą­czyć, nie powin­nam też się uśmie­chać, ale to prze­cież tylko miła roz­mowa, co w tym złego?

- Czyż­byś mnie oce­niała, Delio?

- Ależ nie śmia­ła­bym.

- Ta pomyłka może mnie kosz­to­wać klienta.

- To nie moja wina.

- Nie obwi­niam cię, po pro­stu stwier­dzam fakt.

- To żaden fakt.

Nie­mal sły­szę, jak prze­wraca oczami.

- W porządku, spo­strze­że­nie, ale nie powie­dzia­łem, że to twoja wina.

- Ale zabrzmiało oskar­ży­ciel­sko - odpo­wia­dam.

- Ni­gdy w życiu - zarzeka się. - Jak by nie było, teraz muszę się z nim jakoś skon­tak­to­wać.

- Nie­głupi pomysł. Dla­czego musia­łeś zmie­nić ter­min spo­tka­nia?

- Będziemy teraz roz­ma­wiać o bar­dziej oso­bi­stych spra­wach?

- Czy to oso­bi­ste pyta­nie?

- To zależy od mojej odpo­wie­dzi, prawda?

- Pew­nie tak.

- Byłem potrzebny. Sytu­acja awa­ryjna, mój współ­lo­ka­tor wyma­gał pocie­sze­nia w związku z zawo­dem miło­snym. Nie­udana randka z Tin­dera, te sprawy.

Sły­szę jakby dźwięk otwie­ra­nej lodówki w tle, a po chwili syk, towa­rzy­szący otwie­ra­niu butelki.

- A ty myśla­łaś, że roz­ma­wiasz ze swoim bra­tem, tak? Wku­rzył się, że nie dotar­łaś na spo­tka­nie?

- Zwy­kle potwier­dzamy spo­tka­nia tele­fo­nicz­nie, więc zadzwo­nił do mnie, żeby prze­ło­żyć ter­min. Tro­chę się zdzi­wi­łam, że się powta­rza, ale nie zasta­na­wia­łam się nad tym zbyt­nio. Bywa dziwny, więc nie było w tym w sumie nic aż tak nie­zwy­kłego.

- A jak do cie­bie zadzwo­nił, skoro myśla­łaś, że to jego numer?

- Ze sta­cjo­nar­nego.

- To one jesz­cze ist­nieją?

W jego gło­sie brzmi szczere zdu­mie­nie.

- Naj­wy­raź­niej.

- Hmm.

Sły­szę, jak bie­rze łyk tego, co pije.

- Nie­zły zbieg oko­licz­no­ści, co?

- Cał­kiem spory - przy­znaję.

- Tylko dla mnie tro­chę nie­for­tunny.

- Na to wygląda.

- Nie­stety.

- Przy­naj­mniej dla cie­bie.

- Znowu mi się odgry­zasz, Delio.

- Znowu - przy­znaję ze śmier­telną powagą.

Mil­czymy przez chwilę. Spraw­dzam, czy nie prze­rwał połą­cze­nia.

- No cóż, miło było - odzywa się wresz­cie po kilku sekun­dach ciszy.

Muszę z nie­chę­cią przy­znać, że tro­chę mi szkoda koń­czyć tę roz­mowę. Po raz pierw­szy od tygo­dnia czuję się zwy­czaj­nie - nie jak była Caleba, którą wszy­scy witają smut­nymi uśmie­chami. Czy nie wie­dzą, że to była nasza wspólna decy­zja? Że tego wła­śnie chcia­łam i nie potrze­buję współ­czu­cia? Czy nie rozu­mieją, że nie czuję się nie­szczę­śliwa? Jasne, tęsk­nię za Cale­bem. Był świet­nym chło­pa­kiem, jest świet­nym face­tem, ale nie był moim księ­ciem z bajki i żadne z nas nie ma z tym pro­blemu.

- Przy­kro mi z powodu two­jego klienta, Zach.

- Przy­kro mi... nie, w sumie nie jest mi przy­kro, Delio. Miło było z tobą roz­ma­wiać.

- Z tobą także.

Jesz­cze przez kilka chwil jeste­śmy na linii, aż wresz­cie to on prze­rywa połą­cze­nie.

Sie­dząc na ławce, przy­glą­dam się stu­den­tom, któ­rzy bie­gną z jed­nych zajęć na dru­gie. Co tu się wła­śnie zda­rzyło? Jak to się stało? I dla­czego on do mnie zadzwo­nił? Odważny. Ja ni­gdy w życiu nie wybra­ła­bym obcego numeru i nie roz­po­czę­ła­bym roz­mowy z nie­zna­jo­mym.

Ale może na tym mię­dzy innymi polega mój pro­blem. Wpa­dam w utarte sche­maty, a gdy zaczy­nają mnie nudzić, pozo­staję bierna.

Tak samo było z Cale­bem. Było mi przy nim zbyt wygod­nie, a kiedy prze­stał być moją siłą napę­dową, pozwo­li­łam, żeby­śmy na­dal byli razem, nawet jeśli przy­jaźń byłaby lep­szą opcją.

- Hej, idziesz na kurs sto trzeci?

O wilku mowa...

Osła­niam oczy dło­nią i patrzę na niego.

- Jak tylko zmu­szę się, żeby wstać z tej ławki.

- Boisz się kart­kówki?

- A co to za przy­jem­ność?

- Słuszna uwaga.

Wyciąga dłoń i pomaga mi wstać.

- O czym myślisz z takim uśmie­chem?

Nic na to nie pora­dzę - uśmie­cham się jesz­cze sze­rzej i czuję, że oblewa mnie gorąco.

- Aha! Zdaje się, że powi­nie­nem zapy­tać, o kim myślisz z takim uśmie­chem.

Powin­nam poczuć się skrę­po­wana, uznać to pyta­nie za nie­wła­ściwe, ale nic takiego nie odczu­wam. Caleb to po pro­stu stary przy­ja­ciel. Moje obawy się nie spraw­dziły, nie zacho­wu­jemy się jak ludzie, któ­rzy ze sobą zerwali.

- Wła­ści­wie nie jestem pewna, kto to taki, ale roz­mowa z nim była cał­kiem przy­jemna.

Rzuca mi zacie­ka­wione spoj­rze­nie, ale macham ręką, w nadziei, że na razie odpu­ści temat. Biorę go za ramię i cią­gnę za sobą.

- Chodź, bo się spóź­nimy. Opo­wiem ci póź­niej.

Zach: Dla­czego, kiedy zama­wiam dużą pizzę na lunch, dostawca rzuca mi jedno z tych spoj­rzeń?

Ja: Cze­kaj, cze­kaj... pra­cu­jesz z domu?

Zach: Tak, ale nie o to cho­dzi. Skupmy się na dostawcy pizzy i jego wścib­skich spoj­rze­niach.

Ja: No cóż, wyobra­żam sobie, że otwo­rzy­łeś mu w piża­mie, z roz­czo­chra­nymi wło­sami, więc robisz wra­że­nie czło­wieka smut­nego albo cho­rego. A może wyglą­dasz jak dzi­wak. Albo jak świr. Tak, to jest to. Wyglą­dasz jak świr.

Zach: Obra­ził­bym się, gdyby nie to, że pew­nie masz rację.

Ja: Pew­nie?

Zach: Tego się będę trzy­mać.

Ja: Wydaje mi się, że twój punkt widze­nia jest wypa­czony.

Zach: SAMA JESTEŚ WYPA­CZONA.

Zach: Boże... To było okropne. Zapo­mnij, że to napi­sa­łem.

Ja: *zrzut ekranu*

Zach: Jesteś złą kobietą. Wie­dzia­łem, że musisz mieć cho­ciaż jedną zaletę.

Ja: A cięty język?

Zach: Racja. Pół­to­rej.

Ja: Sta­ram się, jak mogę.

- ...na czwar­tek. Do zoba­cze­nia.

Trzask zamy­ka­nych lap­to­pów przy­wo­łuje mnie z powro­tem do rze­czy­wi­sto­ści. Cho­lera. Stra­ci­łam połowę wykładu.

- Caleb, co mamy oddać?

- Uwię­ził cię na dobre w kra­inie marzeń, co?

- Kto?

Wska­zuje pod­bród­kiem tele­fon, który ści­skam w dłoni.

- Ten gość, do któ­rego szcze­rzy­łaś się rado­śnie przez ostat­nie dzie­sięć minut.

- Czy to ci prze­szka­dza? - pytam, gdy scho­dzimy po scho­dach i kie­ru­jemy się do wyj­ścia.

- Skąd. - Podaje mi ramię. - Nie jeste­śmy już razem. Jeśli jesteś szczę­śliwa, cie­szę się razem z tobą, D.

- Nie cho­dzimy ze sobą, jeśli o tym myślisz.

- Nie myśla­łem, ale miło, że to mówisz.

- Ale...

Milknę, a on par­ska krót­kim śmiesz­kiem.

- Wyrzuć to z sie­bie, kobieto.

- Ale! - mówię gło­śno. - Czy to byłoby dzi­waczne, gdy­bym się z kimś umó­wiła?

- Już ci powie­dzia­łem: jeśli będziesz szczę­śliwa, to ci pogra­tu­luję.

Zatrzy­muję się, a Caleb dopiero po chwili zauważa, że nie ma mnie obok niego.

- D.?

- Jesteś wyjąt­kowy, Caleb, jak jed­no­ro­żec.

- Jaaasne.

Prze­ciąga gło­ski, marsz­cząc przy tym brwi.

- Jesteś moim byłym... i to świeża sprawa. Jak możesz być tak wylu­zo­wany? Dla­czego jesteś dla mnie taki miły?

- A mam być nie­miły?

- Ja... - Skła­dam dło­nie razem, pró­bu­jąc roz­pro­szyć nie­po­kój, który mnie nagle ogar­nął. - Nie. Pew­nie nie. Po pro­stu więk­szość face­tów nie byłaby tak spo­kojna, że ich była zaczyna się z kimś spo­ty­kać tak szybko po zerwa­niu. To zna­czy, nie zaczy­nam się spo­ty­kać z tajem­ni­czym Zachem, no ale...

Pusz­cza mi oczko.

- Jestem jed­no­roż­cem, no nie?

Śmieję się, prze­wra­cam oczami, i przy­spie­szam kroku.

- Jak ja mogłam pozwo­lić ci odejść?

- Fakt, nie wiem, jak mogłaś odpu­ścić sobie gościa z takim ogrom­nym...

Kładę mu rękę na ustach.

- Caleb!

Odsuwa ją, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie, niczym król życia.

- No, co? Mia­łem zamiar powie­dzieć: "z takim ogrom­nym zbio­rem komik­sów".

Prze­wra­cam się na drugi bok, sły­sząc dźwięk tele­fonu. Patrzę na budzik przy łóżku - jest już po jede­na­stej. Co do...? Nie mam poję­cia, kto do mnie pisze o tej porze. Więk­szość moich zna­jo­mych dawno już śpi, szcze­gól­nie w ponie­dzia­łek.

Włą­czam ekran i na moją twarz wypływa pro­mienny uśmiech.

Zach: Dla­czego spę­dzi­łem ostat­nie dwa­dzie­ścia minut pró­bu­jąc zasnąć i nie mogę, bo myślę tylko o tobie?

Ja: Pró­bu­jesz ze mną sexto­wać?

Zach: Co? Nie!

Zach: Cho­lera. Wyszło prze­ra­ża­jąco, co?

Ja: Widzisz? Mówi­łam, że jesteś świ­ru­sem.

Zach: Wyszło szy­dło z worka.

Ja: Dla­czego myślisz o mnie?

Zach: Chyba wyra­zi­łem się nie­pre­cy­zyj­nie. Cią­gle się zasta­na­wiam, czy stracę przez cie­bie klienta. Będę wie­dział dopiero w czwar­tek.

Ja: TO NIE MOJA WINA! Jeśli już, to two­jego współ­lo­ka­tora. Jego obwi­niaj!

Zach: To już zro­bi­łem. Zgod­nie z pla­nem. Zmu­si­łem go, żeby kupił mi piwo do resz­tek pizzy.

Ja: Ist­nieje na świe­cie coś takiego jak resztki pizzy?

Zach: Czy ty pró­bu­jesz mnie w sobie roz­ko­chać, Delio?

Ja: To zależy od tego, czy to działa.

Zach: Zręcz­nie wybrnę­łaś.

Ja: Dobra­noc, Zach.

Zach: Słod­kich snów, Delio.

Trzy

Zach: Chcesz wie­dzieć, co jest okropne?

Ja: Twoja twarz.

Ja: ZAORANY!

Ja: Chcesz tro­chę alo­esu?

Ja: Zach?

Ja: ZACH?! Jesteś zły? Prze­sa­dzi­łam?

Zach: Sorry, musia­łem zadzwo­nić do kolegi, pod­rzuci mnie do szpi­tala, żeby mi opa­trzyli rany.

Zach: A tak w ogóle, jesteś naj­gor­sza.

Ja: Naj­gor­sza czy naj­lep­sza?

Zach: Jadę.

Ja: Pocze­kaj! Nie napi­sa­łeś mi, co jest okropne!

Zach: Nie? To...

Ja: Zach?

Ja: ZACH

Ja: ZACH?!

Ja: TY jesteś naj­gor­szy.

Zach: Albo naj­lep­szy, nie?

Ja: Jasne, niech będzie.

Ja: Dla­czego do mnie napi­sa­łeś? Tak się będziemy teraz komu­ni­ko­wać? SMS-ami?

Zach: Chcia­łem ci tylko powie­dzieć, że klient był tak zachwy­cony histo­ryjką o pomy­lo­nych nume­rach, że pod­pi­sał kon­trakt, a potem mia­łem zamiar zosta­wić cię w spo­koju, ALE... przy­go­tuj się na codzienne SMS-y, dopóki mi się nie znu­dzi.

Ja: ZNU­DZI? Nie ma szans, żebyś się mną znu­dził!

Zach: Prze­ko­namy się.

Ja: Czy tak trak­tu­jesz wszyst­kich ludzi? Wkra­dasz im się do głów i wywra­casz je na lewą stronę?

Zach: Czyż­byś tak się czuła? Co ja takiego robię?

Ja: Mój głupi mózg krzy­czy teraz: "JESTEŚ NUDNA!". A twoja stra­te­gia to: "Znu­dzi­łem się, żegnam". Więc masz zamiar mnie do sie­bie przy­wią­zać, a potem, BUM, zakoń­czyć zna­jo­mość, tak?

Zach: Skoń­czy­łaś?

Ja: Chyba tak.

Ja: Prze­pra­szam. Cza­sami tro­chę za bar­dzo się roz­pę­dzam.

Zach: Tro­chę? Chyba żar­tu­jesz.

Ja: Wyko­rzy­stasz to prze­ciwko mnie?

Zach: Abso­lut­nie tak.

Ja: Masz jakieś dziwne upodo­ba­nia? Obsta­wiam, że tak.

Zach: Teraz ty pró­bu­jesz sexto­wać?

Ja: O Boże. To fak­tycz­nie zabrzmiało mega­per­wer­syj­nie.

Ja: Mia­łam na myśli, no wiesz, nie­ty­powe zain­te­re­so­wa­nia. Zda­wało mi się, że nada­jemy na tych samych falach. Daj spo­kój, Zach, na tym eta­pie powi­nie­neś już łapać w lot. Jeste­śmy prak­tycz­nie naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi.

Zach: Masz rację. Total­nie dałem ciała.

Zach: Moje zain­te­re­so­wa­nia to praca, poza tym praca, a od czasu do czasu mara­ton gier wideo.

Ja: Czyli nie masz życia?

Zach: Hej! Tego nie powie­dzia­łem.

Ja: Nie musia­łeś.

Zach: Doprawdy? Pochwal się swo­imi zain­te­re­so­wa­niami, założę się, że są nie­sa­mo­wite.

Ja: No cóż, jeśli już musisz wie­dzieć... lubię robić na dru­tach.

Zach: I mówisz, że JA nie mam życia.

Zach: Skoń­czy­łaś osiem­dzie­siątkę czy coś?

Ja: NIE MAM OSIEM­DZIE­SIĄTKI! Lubię to po pro­stu. To bar­dzo odprę­ża­jące.

Zach: Co takiego dzier­gasz?

Ja: Koce. Czapki. Skar­petki. Ręka­wice kuchenne.

Zach: RĘKA­WICE? Wow. Masz mnie.

Ja: Wiesz co? Wydzier­gam dla cie­bie coś spe­cjal­nego i wyślę ci zdję­cie. Daj mi dwie godziny.

Zach: Cze­kam z zapar­tym tchem.

Zach: Żyjesz jesz­cze, czy uto­nę­łaś w morzu włóczki?

Ja: Boże, Zach. Nie możesz tak po pro­stu pytać kogoś, czy uto­nął w morzu włóczki. Mama nie nauczyła cię manier?

Zach: Nie zdą­żyła...

Ja: Och.

Zach: Cześć, jestem Zach, zabójca dobrych nastro­jów.

Ja: Cześć, Zach. Dzięki za szcze­rość, PO TYM, jak bła­ga­łeś, żebym została twoją SMS-ową naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

Zach: A więc co mi wydzier­ga­łaś?

Ja: POBIERZ ZAŁĄCZ­NIK

Zach: CZY TO PENI­SOWA RĘKA­WICA?!

Zach: Nie­grzeczna, nie­grzeczna dziew­czynka.

Zach: Umie­ram ze śmie­chu. Dzięki ci za to.

Ja: Podoba się?

Zach: Super.

Ja: Będę o tobie myśleć zawsze, kiedy przyj­dzie mi jej użyć.

Zach: Jesteś zbyt miła. To piękny pre­zent, któ­rego pew­nie ni­gdy nie dostanę.

Ja: Hej, Zach?

Zach: Tak?

Ja: Prze­pra­szam, że wspo­mnia­łam o two­jej mamie. Nie mia­łam poję­cia.

Zach: Daj spo­kój. I tak jesteś moją ulu­bioną dzier­gaczką peni­so­wych ręka­wic... w tym tygo­dniu.

Ja: Czy jest coś jesz­cze, co powin­nam o tobie wie­dzieć? Jakieś zaka­zane tematy?

Zach: Nie­na­wi­dzę klau­nów i kró­licz­ków. To chyba wszystko.

Ja: Słu­cham? KRÓ­LICZ­KÓW?! Jak to moż­liwe?

Zach: Nie oce­niaj mnie. Założę się, że ty też masz jakieś nie­ty­powe fobie.

Ja: Nic takiego nie przy­cho­dzi mi do głowy. Ja boję się nor­mal­nych rze­czy, pają­ków, węży, wul­ka­nów.

Zach: Wul­ka­nów? One są czę­ścią natury.

Ja: Kró­liczki też są!

Ja: A poza tym, widzia­łeś Górę Dan­tego? *dresz­cze*

Zach: Ten film nie jest ani tro­chę straszny!

Ja: OW­SZEM, JEST!

Ja: No dobrze. Jakie filmy cię prze­ra­żają?

Zach: Zwy­czajne, takie jak Ali­cja w Kra­inie Cza­rów, Zwie­rzo­gród (KRÓ­LICZKI), Pino­kio. I Trolle.

Ja: Trolle? Te ani­mo­wane?

Zach: PRZE­STAŃ MNIE OCE­NIAĆ!

Ja: Po tym, co powie­dzia­łeś, już ni­gdy nie będę w sta­nie cię nie oce­niać.

Zach: Nudzę się. Praca mnie dzi­siaj dobija.

Ja: Ja sie­dzę na zaję­ciach z księ­go­wo­ści. Wygra­łam.

Zach: Auć. Chylę czoła przed twoją odwagą, moja piękna kró­lowo.

Ja: ...

Ja: Naprawdę to napi­sa­łeś? Czy twój mózg jest zatruty tymi wszyst­kimi grami kom­pu­te­ro­wymi? W jakie gry ty wła­ści­wie grasz?

Ja: Masz dwa­na­ście lat? Jak dla mnie, to był typowy tekst dwu­na­sto­latka.

Zach: Kto cię uczył manier? Zawsze mówisz wszystko, co ci przy­cho­dzi do głowy? Jesteś obłą­kana?

Ja: Moja matka. Cza­sami. Nie­wy­klu­czone.

Zach: Jesteś nie­wia­ry­god­nie męcząca.

Ja: Ale na­dal wspa­niała.

Zach: I skromna. Nie zapo­mi­najmy o tym.

Ja: Spójrz na sie­bie, jak mnie bro­nisz. BESTIES NA ZAWSZE.

Ja: *szep­tem* Ale ty naprawdę to napi­sa­łeś? Przy­znaj się, miesz­kasz na­dal u rodzi­ców w piw­nicy?

Zach: Tak, naprawdę to napi­sa­łem. Może tro­chę miną­łem się z prawdą co do tych gier. Gram czę­sto. Wła­ści­wie bez prze­rwy. Zwy­kle gry­wam w RPG-i, ale nie miesz­kam w piw­nicy. Pra­cuję w jed­nej.

Ja: To wcale nie jest dziwne.

Zach: Jeśli to może pomóc, dodam, że jestem wła­ści­cie­lem tej piw­nicy, w któ­rej pra­cuję.

Ja: To tro­chę popra­wia twoje noto­wa­nia.

Zach: Dzięki Bogu. Mar­twi­łem się, że już ni­gdy nie będziesz mnie wku­rzać.

Ja: Śnij dalej.

Zach: Czy nie powin­naś sku­pić się na zaję­ciach?

Ja: Ow­szem. Bądź już cicho.

Zach: *prze­syła tysiąc zdjęć kocia­ków*

Ja: Nie strasz mnie dobrą zabawą.

Ja: Tort, brow­nie czy lody? Teraz!

Zach: Tak.

Ja: Nie! Wybierz jedno! SZYBKO!

Ja: Jestem w skle­pie, zaraz idę do kasy i MUSZĘ ZDE­CY­DO­WAĆ. Sama nie potra­fię. Pomo­żesz wście­kłej z głodu ślicz­notce, prawda?

Zach: Tort z brow­nie i z lodami.

Ja: Chyba wła­śnie doszłam.

Zach: Jestem znany ze swo­ich umie­jęt­no­ści.

Ja: Uspo­kój się. Jestem w cho­ler­nym skle­pie spo­żyw­czym. Zacho­waj te tek­sty na póź­niej ;-)

Zach: Cze­kaj... serio?

Ja: OMG, nie. Zbo­cze­niec.

Zach: SAMA ZACZĘ­ŁAŚ.

Ja: Masz wybrać TORT, BROW­NIE albo LODY.

Zach: Hmm. Brow­nie. Z cze­ko­ladą i lodami wani­lio­wymi. Polane sosem cze­ko­la­do­wym. Z posypką.

Ja: Nie­na­wi­dzę cię.

Ja: POBIERZ ZAŁĄCZ­NIK

Ja: Mam to wszystko w wózku.

Ja: Jeśli wpadnę w śpiączkę cukrzy­cową, to będzie twoja wina.

Zach: Podzię­ku­jesz mi póź­niej.

Ja: Obie­caj, że przyj­dziesz na mój pogrzeb.

Zach: I będę wspo­mi­nał wszyst­kie nasze wspa­niałe chwile, włącz­nie z tą, gdy deli­kat­nie zepchną­łem cię w otchłań pełną sło­dy­czy. Nachylę się nad twoją trumną i szepnę: "Nie ma za co".

Ja: Zaraz wra­cam, idę umrzeć.

Ja: Zaba­wiaj mnie, giermku!

Ja: Dobrze to powie­dzia­łam?

Zach: Jak dla mnie, może być.

Zach: Wolisz 1000 słod­kich szcze­niacz­ków, które nie­ustan­nie szcze­kają, czy jed­nego, który cię nie­na­wi­dzi i nie pozwala się pogła­skać?

Ja: Co, do dia­bła, jest z tobą nie tak?!

Zach: MUSISZ wybrać. To jedyna zasada w "Co wolisz".

Ja: Pro­si­łam, żebyś mnie zaba­wiał, a nie tor­tu­ro­wał.

Zach: Tik tak.

Ja: DOBRA. Jed­nego, który mnie nie­na­wi­dzi. To potwor­nie smutne, fakt, ale nie znio­sła­bym szcze­ka­nia tysiąca słod­kich, pucha­tych szcze­niacz­ków.

Zach: Mądra decy­zja.

Ja: Zaba­wiaj mnie dalej, natych­miast. Uwiel­biam moją współ­lo­ka­torkę, ale włą­czyła jakiś głupi pro­gram.

Zach: Co to za pro­gram?

Ja: Coś o chło­pa­kach w przy­cze­pach w parku i pro­pa­nie.

Zach: Aha, no dobra. Nie takiej odpo­wie­dzi się spo­dzie­wa­łem.

Ja: Ja nie spo­dzie­wa­łam się, że będę musiała oglą­dać coś takiego.

Zach: Czy chcesz zbu­do­wać...

Ja: BAŁ­WANA. TO NIE MUSI BYĆ BAŁ­WAN!

Zach: Nie. Za szybko naci­sną­łem "wyślij". Uspo­kój się.

Zach: JAK JUŻ PISA­ŁEM... wola­ła­byś zbu­do­wać mały domek na drze­wie czy wielki dom?

Ja: Jesteś dia­błem? Czy masz rogi, kopyta i dia­bo­liczne minionki?

Zach: Co znowu zro­bi­łem?

Ja: 1. Mam akro­fo­bię, czyli lęk wyso­ko­ści. 2. Mam klau­stro­fo­bię. 3. CZY JESTEŚ DIA­BŁEM?!

Zach: *umiera ze śmie­chu*

Zach: Jakim cudem tra­fi­łem w dwie twoje fobie jed­no­cze­śnie?

Ja: Po pro­stu jesteś wcie­le­niem zła.

Zach: Nawet nie jest mi przy­kro. *umiera znowu*

Zach: Stra­te­gia odwró­ce­nia uwagi: jakie płatki śnia­da­niowe lubisz naj­bar­dziej?

Ja: Cap'n Crunch. Pychota. A ty?

Zach: Lucky charms. Bo są takie, jak ja, czyli magicz­nie pyszne.

Ja: *wiel­kie oczy*

Zach: Dobra, dobra. Cin­na­mon Toast Crunch. Chcia­łem tylko użyć tego tan­det­nego tek­stu.

Ja: Udało ci się cho­ciaż zro­bić to z powagą na twa­rzy?

Zach: A skąd.

Zach: Okej, wymień jedno miej­sce, do któ­rego chcia­ła­byś poje­chać.

Ja: Pro­ste. Ala­ska.

Zach: Miło­śniczka mro­zów?

Ja: Powiedzmy. Cho­ciaż wła­ści­wie raczej jesienna dziew­czyna. Mam lekką obse­sję na punk­cie Hal­lo­ween.

Zach: Nie.

Ja: Tak?

Zach: To moje ulu­bione święto. Pie­przyć uro­dziny, Boże Naro­dze­nie i pre­zenty. Chcę Hal­lo­ween. Chcę grozy i cukier­ków, naj­le­piej codzien­nie.

Ja: To prze­zna­cze­nie.

Ja: Powiedz, że się prze­bie­rasz.

Zach: W zeszłym roku byłem Zie­loną Strzałą. A ty?

Ja: Bellą. Od trzech lat.

Zach: Kiedy byłem młod­szy, prze­bie­ra­łem się za czer­wo­nego Ran­gera przez sześć lat z rzędu.

Ja: Ja byłam różo­wym przez cztery.

Zach: Czy to prze­zna­cze­nie?

Ja: Prze­ko­namy się.

Cztery

Zach: Powin­naś wie­dzieć, że liczba moich dzi­siej­szych osią­gnięć wynosi okrą­głe zero. Nawet nie wło­ży­łem spodni. Szczę­śli­wej środy!

Ja: Sie­dzisz w domu w samych majt­kach?

Zach: Nie noszę "maj­tek", dzię­kuję ci bar­dzo. Tylko męskie bok­serki.

Ja: Z dzi­wacz­nymi nadru­kami, prawda?

Zach: Skąd wie­dzia­łaś?

Ja: Mam brata, pamię­tasz? Pod jego schlud­nym nauczy­ciel­skim mun­dur­kiem kryje się bie­li­zna z boha­te­rami Marvela.

Zach: Marvela? Poważ­nie?

Ja: Nie jesteś fanem Marvela?

Zach: Jestem fanem X-Menów i Dead­po­ola. To by było na tyle.

Ja: Ech. Ryan Rey­nolds. Mogła­bym pójść za nim wszę­dzie. Zna­leźć się na nim albo pod nim. Cokol­wiek będzie wolał.

Zach: Nie­grzeczna, nie­grzeczna Delia.

Ja: *wzru­sze­nie ramion* Wla­zła­bym na niego jak Jack na łodygę fasoli.

Zach: Widzia­łaś jego inne filmy?

Ja: Nie obra­żaj mnie, Zachary. Zacho­wu­jesz się po pro­stu nie­sto­sow­nie.

Zach: Który lubisz naj­bar­dziej?

Ja: Kel­ne­rów. Jest obrzy­dli­wie per­fek­cyjny. A ty?

Zach: Będziesz się ze mnie nabi­jać.

Ja: W życiu!

Ja: Nie umiem kła­mać nawet w SMS-ach. Pew­nie, że tak.

Zach: WIDZISZ?!

Ja: Mów, ty wielki dzie­ciaku.

Zach: Dobrze...

Zach: Narze­czony mimo woli.

Ja: NIE. NIE WIE­RZĘ. Ten z San­drą Bul­lock? I sza­loną Betty White?

Zach: Tak.

Ja: Kome­dia roman­tyczna, prawda? Chcę się tylko upew­nić, zanim uwzględ­nię to w two­jej punk­ta­cji.

Zach: TAK, CHO­LERA.

Ja: Nie śmieję się.

Zach: Śmie­jesz się i dla­tego wła­śnie nie chcia­łem ci mówić.

Ja: Jestem naprawdę pod wra­że­niem. Więk­szość face­tów na twoim miej­scu wyszu­ka­łaby w Inter­ne­cie jakiś jego film dla twar­dzieli, żeby twier­dzić, że to ich ulu­biony.

Ja: Wła­śnie zdo­by­łeś u mnie sporo punk­tów.

Ja: Hej, Zach?

Zach: Tak?

Ja: Cią­gle się śmieję.

Zach: Cie­szę się, że jed­nak udało mi się dzi­siaj coś osią­gnąć, cho­ciaż nie mia­łem aku­rat zamiaru dopro­wa­dzać cię do śmie­chu.

Ja: Poważ­nie, przy­da­łeś mi się. Mia­łam dziś kosz­mar­nego, nie­uprzej­mego klienta, który zło­żył na mnie skargę do kie­row­nika, więc miło było popra­wić sobie humor na wie­czór.

Zach: Jesteś w pracy o tej porze?

Ja: Tak, ale tylko dla­tego, że zastę­puję dziś kogoś. Zwy­kle nie pra­cuję do późna w ciągu tygo­dnia.

Zach: Ja pra­cuję codzien­nie od ósmej do pią­tej po połu­dniu, z wyjąt­kiem week­en­dów. Musia­łem narzu­cić sobie taki ści­sły har­mo­no­gram, kiedy oka­zało się, że pra­cuję około 100 tygo­dniowo, a moje życie towa­rzy­skie umarło. Nie żebym teraz miał życie towa­rzy­skie, ale przy­naj­mniej trzy­mam się zasad.

Ja: Możemy zostać parą prze­gry­wów bez życia towa­rzy­skiego! *pią­teczka*

Zach: JUHU!

Ja: Taa, cokol­wiek to zna­czy. Muszę lecieć. Czas na sprzą­tanko!

Zach: Żegnaj zatem, gor­liwa gospo­siu.

Ja: Bar­dzo bły­sko­tliwe.

- Pro­szę, Delia, chodźmy. Jeden drink i wra­camy do domu.

- Mamy alko­hol w domu. Nie musimy ni­gdzie cho­dzić i prze­pła­cać za drinki.

Zoe pry­cha, kła­dąc dłoń na bio­drze.

- Uni­kasz roz­ry­wek od trzech tygo­dni. Musisz się wresz­cie gdzieś ruszyć, cho­ciaż na jed­nego. Pro­szę, zaczy­nam się o cie­bie mar­twić.

- Nie masz powodu, Zoe. Nic mi nie jest. Mam tu wystar­cza­jąco dużo do roboty.

- Upo­rząd­ko­wa­łaś ciu­chy w mojej sza­fie... dwa razy, i poprze­kła­da­łaś wszystko w lodówce, bo byłaś zda­nia, że posta­wi­łam gro­szek w złym miej­scu. Musisz wresz­cie wyjść, zamiast w kółko robić te swoje porządki. W końcu nie będę w sta­nie zna­leźć ani jed­nej rze­czy w tym miesz­ka­niu.

- Chyba tro­chę prze­sa­dzasz - mru­czę. Zoe nie spusz­cza ze mnie nie­ustę­pli­wego spoj­rze­nia, więc prze­wra­cam oczami i zwle­kam się z łóżka. - Dobra. Jeden drink i spa­damy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki