Leszek w krainie Loosh - Venanth Alther

Kup ebooka

26.90 zł
22.33 zł (10,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1: IDEALNE ŻYCIE

Leszek Pawlak wstawał o 6:47.

Nie o 6:45, bo to byłoby zbyt okrągłe i przez to jakoś zobowiązujące. Nie o 6:50, bo traciłby wtedy dokładnie trzy minuty, które przeznaczał na stanie przy oknie z kawą i patrzenie na ulicę Mostową, gdzie o tej porze nie działo się absolutnie nic wartego oglądania. Alarm ustawiał na 6:47 od czterech lat i przez te cztery lata ani razu nie nacisnął drzemki, co uważał za swój cichy osobisty sukces - tym cichszy, że nie miał komu o nim powiedzieć.

Mieszkanie miał na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty, który pamiętał czasy, gdy Polska była innym krajem. Ściany były białe - nie z wyboru, lecz z braku decyzji. Na jednej wisiał kalendarz z widokami Tatr, zatrzymany na marcu zeszłego roku, bo kwiecień był brzydszy

i Leszek postanowił, że marzec zostanie trochę dłużej. Na parapecie stała doniczka z kaktusem, który nazywał się Bolesław, choć Leszek nigdy tego głośno nie przyznał, nawet sam przed sobą.

Bolesław żył. To było jego jedyne zadanie i wykonywał je bez zarzutu.

Leszek parzył kawę w sposób, który po czterech latach można by nazwać ceremonią, gdyby ktokolwiek go obserwował. Cztery łyżki, nie trzy, nie pięć. Woda chwilę po zagotowaniu, bo wrzątek - jak wyczytał, kiedyś, gdzieś w internecie - parzy ziarna i pozbawia kawę charakteru. Leszek nie był pewien, czy to prawda, ale skoro raz w to uwierzył, to nie było sensu zaczynać wątpić.

Kawa smakowała jak kawa. Dobrze.

Stanął przy oknie.

Na ulicy Mostowej o 6:49 nie działo się nic. Samochód. Drugi samochód. Kobieta z psem - jamnikiem, zawsze tym samym - który przystawał przy każdym słupku z miną filozofa rozważającego naturę bytu. Leszek lubił tego psa. Miał wrażenie, że rozumieją się na odległość.

O 7:02 Leszek był pod prysznicem. O 7:18 jadł jajecznicę z dwóch jaj, bo trzy to za dużo jak na poranek, a jedno to jakiś żart. O 7:41 zamykał drzwi mieszkania i sprawdzał klamkę dwa razy - nie dlatego, że był nerwowy, ale dlatego, że raz, jakieś pięć lat temu, nie sprawdził

i przez całe osiem godzin w pracy myślał o tym, czy zamknął, i postanowił, że nigdy więcej.

Zamknął. Zawsze zamykał. Ale sprawdzał dwa razy.

Praca Leszka znajdowała się przy ulicy Świdnickiej, czternaście minut pieszo, jeśli szedł normalnie, jedenaście, jeśli szedł szybko, osiemnaście, jeśli szedł przez park, co robił tylko wtedy, gdy pogoda była wyjątkowo dobra albo wyjątkowo zła - bo wtedy park miał sens. Przy pogodzie neutralnej park wydawał się pretensjonalny.

Leszek pracował w firmie, która zajmowała się czymś, co w stopce "mejli" opisywano jako "kompleksowe rozwiązania w zakresie optymalizacji procesów biznesowych", co w praktyce oznaczało, że Leszek siedział przy komputerze i przenosił dane z jednego miejsca w drugie, dbając o to, żeby zgadzały się liczby. Liczby zazwyczaj się zgadzały. Kiedy się nie zgadzały, Leszek szukał dlaczego, znajdował i naprawiał. Potem liczby znowu się zgadzały.

Lubił, kiedy liczby się zgadzały.

Jego biurko było trzecie od okna w rzędzie czterech. Okno wychodziło na ścianę sąsiedniego budynku, szarą, z jedną pionową rdzawą smugą po rynnie, która - Leszek sprawdzał - nie zmieniła się przez ostatnie dwa lata. Czasem patrzył na tę smugę i myślał, że coś w niej jest niezmiennie uczciwego. Rdza nie udawała czegoś, czym nie była.

Współpracownicy Leszka byli ludźmi, z którymi Leszek spędzał osiem godzin dziennie

i o których myślał przez pozostałe szesnaście łącznie przez może dwadzieścia minut. Była Kasia z działu obok, która przynosiła do pracy domowe ciasto w każdy czwartek i za każdym razem mówiła "ale to wyszło jakoś krzywo, przepraszam", choć ciasto nigdy nie było krzywe. Był Marcin, który miał zwyczaj mówienia "no dobra, to lecimy" przed każdą czynnością, nawet przed wyjściem do toalety. Był kierownik Waldemar, który chodził korytarzem z miną człowieka rozwiązującego w głowie równanie różniczkowe, choć Leszek podejrzewał,

że myśli głównie o lunchu.

Leszek nie był z nimi blisko. Nie był też daleko. Był w odległości, którą można by opisać jako wystarczająco - wystarczająco blisko, żeby powiedzieć dzień dobry i zapytać jak minął weekend, wystarczająco daleko, żeby nie wiedzieć za dużo.

To był komfort, który Leszek wypracował latami i cenił jak dobrze dopasowane buty.

Wieczory Leszka były przewidywalne w sposób, który sam w sobie miał pewną urodę.

Wtorek to był serial - jeden odcinek, czasem dwa, nigdy trzy, bo trzy to już było wchodzenie w coś za głęboko i potem trudno wyjść. Środa - gotowanie czegoś nowego z przepisu znalezionego w internecie, z czego trzy razy na cztery wychodziło całkiem nieźle, raz na cztery do niczego, co Leszek dokumentował w zeszycie w kratkę, gdzie obok każdego dania stawiał jedną z trzech ocen: tak, nie, może znowu kiedyś. Piątek - spacer dłuższy niż zwykły, przez most, czasem na drugą stronę rzeki, gdzie było ładniej o zachodzie słońca, co Leszek przyznawał ze spokojem człowieka, który nie musi udawać, że go to nie rusza.

Ruszało go. Zachód słońca nad rzeką zawsze trochę go ruszał.

Nie wiedział co z tym zrobić, więc nic nie robił. Patrzył i szedł dalej.

Soboty i niedziele miały własną logikę, której nie będziemy tu szczegółowo opisywać, bo nie różniły się aż tak bardzo od reszty tygodnia, a Leszek miał teorię - nigdy nikomu niezwerbalizowaną - że dobry tydzień to taki, po którym nie możesz dokładnie powiedzieć, który dzień był najlepszy, bo wszystkie były równo dobre. Jak płaski teren. Jak poziom wody w spokojnym jeziorze.

Leszek miał trzydzieści osiem lat.

Nie był nieszczęśliwy.

To ważne, żeby to zaznaczyć, bo wiele historii zaczyna się od kogoś nieszczęśliwego,

i czytelnik mógłby pomyśleć, że Leszek to kolejny taki przypadek - człowiek z dziurą, który czeka żeby go ktoś zapełnił albo żeby sam w końcu pękł. Leszek nie miał dziury. Leszek miał wszystko poukładane, podomykane i sprawdzone dwa razy. Miał kaktusa, który żył. Miał kawę, która smakowała jak kawa. Miał zachody słońca w piątkowe wieczory i uczciwy rysunek rdzy na szarej ścianie.

Był po prostu - i tu jest właśnie sedno - pusty w sposób, którego jeszcze nie zauważył.

Tamten wtorek zaczął się normalnie.

Alarm o 6:47. Kawa. Okno. Jajecznica z dwóch jaj. Klamka sprawdzona dwa razy.

Leszek szedł do pracy ulicą Mostową i minął jamnika, który tym razem stał przy słupku dłużej niż zwykle, z tą swoją filozoficzną miną, i Leszek miał wrażenie - przez może trzy sekundy - że pies na niego patrzy. Nie w jego stronę. Na niego. Z czymś w rodzaju... rozpoznania.

Też to czujesz? - zdawał się mówić jamnik.

Co czuję? - odpowiedział Leszek, w myślach, bo rozmawianie z psami na ulicy było jednak granicą, której nie chciał przekraczać.

Jamnik odszedł.

Leszek też odszedł.

Przy Świdnickiej zatrzymał się na czerwonym świetle i wtedy to się stało po raz pierwszy - ta rzecz, dla której wtedy jeszcze nie miał nazwy. Coś jakby odpływ. Jakby ktoś na ułamek sekundy otworzył w nim jakiś zawór i poczuł, jak coś z niego wychodzi - nie ból, nie radość, nie myśl - coś wcześniejszego niż myśl, cieplejszego niż emocja, bardziej podstawowego niż cokolwiek, co umiał nazwać.

Trwało może dwie sekundy.

Potem zmieniło się światło na zielone i Leszek przeszedł przez ulicę, bo taki był porządek rzeczy, i wszedł do pracy, i powiedział dzień dobry Kasi i Marcinowi i kierownikowi Waldemarowi, i usiadł przy biurku, i otworzył komputer, i zaczął przenosić dane z jednego miejsca w drugie.

Liczby się zgadzały.

Wszystko było normalnie.

Tylko gdzieś w środku Leszka, w miejscu, które rzadko kiedy dawało o sobie znać, coś było teraz o odrobinę mniejsze.

Jakby ktoś zabrał łyżkę zupy z garnka.

Nikt by nie zauważył. Garnek był przecież pełny.

Ale łyżka zniknęła.