Leśniczówka cudów - Agata Sawicka

Kup ebooka

46.95 zł
38.97 zł (38,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Po­mi­mo wcze­snej go­dzi­ny na dwo­rze było już ciem­no. Gru­dnio­we wie­czo­ry mia­ły w so­bie coś ma­gicz­ne­go, o ile ca­łej at­mos­fe­ry nie psuł pa­da­jący deszcz. Na uli­cach pe­łno było ka­łuż, któ­re po­wo­li za­ma­rza­ły, two­rząc śli­zga­wi­cę. Lu­dzie szli po­wo­li, ale mimo tego co chwi­lę ktoś lądo­wał na zie­mi.

Li­lian­na za­pi­ęła płaszcz i sta­ran­nie owi­nęła się we­łnia­nym sza­lem.

- Do ju­tra! - krzyk­nęła do dziew­czyn i wy­szła z re­stau­ra­cji, w któ­rej pra­co­wa­ła.

Od razu ude­rzył ją po­wiew mro­źne­go po­wie­trza. Za­szczy­pa­ły ją po­licz­ki.

- Szko­da że za­miast śnie­gu ci­ągle jest deszcz - mruk­nęła do sie­bie i skręci­ła w ulicz­kę pro­wa­dzącą na przy­sta­nek au­to­bu­so­wy.

W gru­dnio­we po­po­łud­nie War­sza­wa tęt­ni­ła ży­ciem. Lu­dzie mi­ja­li się po dro­dze, zmie­rza­jąc do do­mów i skle­pów. Uli­ce oświe­tlo­ne były ró­żno­ko­lo­ro­wy­mi lamp­ka­mi, a na ron­dzie po­ja­wi­ła się już przy­stro­jo­na cho­in­ka. Do­pie­ro za­czął się ad­went, a wo­ko­ło już było czuć świ­ątecz­ną at­mos­fe­rę.

Na­gle Lil­ka zo­ba­czy­ła nad­je­żdża­jący au­to­bus i przy­spie­szy­ła kro­ku. Stra­ci­ła przy tym czuj­no­ść i uwa­gę, i w efek­cie po chwi­li po­śli­zgnęła się i wy­lądo­wa­ła na twar­dym chod­ni­ku. Jej ko­la­na i dło­nie za­to­pi­ły się w za­ma­rza­jącej ka­łu­ży.

- Niech to szlag! - prze­klęła pod no­sem. W tym sa­mym mo­men­cie usły­sza­ła:

- Nic się pani nie sta­ło?

Mło­dy mężczy­zna po­chy­lał się nad nią i przy­glądał się jej z za­in­te­re­so­wa­niem. Lil­ka po­czu­ła, że się czer­wie­ni.

- Na szczęście nic, tyl­ko się po­śli­zgnęłam - po­wie­dzia­ła, pod­no­sząc się z zie­mi. - Spie­szy­łam się na au­to­bus, któ­ry wła­śnie od­je­żdża. - Spoj­rza­ła zre­zy­gno­wa­na w stro­nę po­jaz­du, do któ­re­go tło­czy­li się lu­dzie. Nie mia­ła już szans, żeby do nie­go do­biec.

- Przy­kro mi - za­smu­cił się nie­zna­jo­my, lecz po chwi­li jego twarz roz­ja­śnił uśmiech. - Cho­ciaż, nie. Nie jest mi przy­kro. Pro­szę dać się za­pro­sić na ku­bek go­rącej cze­ko­la­dy.

Li­lian­na spoj­rza­ła na swo­je mo­kre spodnie i ręka­wicz­ki.

- Jest pan bar­dzo miły, ale...

- Bar­dzo pa­nią pro­szę - jego głos przy­brał nie­mal bła­gal­ny ton. - Pó­źniej mogę pa­nią od­wie­źć do domu.

- Do­brze - zgo­dzi­ła się dla świ­ęte­go spo­ko­ju, cho­ciaż po chwi­li w jej du­szy za­tli­ła się na­dzie­ja. A może to spo­tka­nie będzie po­cząt­kiem cze­goś do­bre­go? Przy­da jej się miła chwi­la na ko­niec tego nie­uda­ne­go dnia. - Chęt­nie wy­pi­ję z pa­nem go­rącą cze­ko­la­dę.

- Su­per! Je­stem Emil. - Po­dał jej dłoń, któ­rą uści­snęła.

- Lil­ka. To zna­czy Li­lian­na - po­pra­wi­ła się. - I prze­pra­szam za mo­krą rękę - zmie­sza­ła się. - Sam pan wi­dział, że przed chwi­lą wy­lądo­wa­łam w ka­łu­ży.

Mężczy­zna za­pro­sił ją do naj­bli­ższej, ma­lut­kiej ka­wia­ren­ki o wdzi­ęcz­nej na­zwie Cze­ko­ma­nia. W środ­ku pa­no­wa­ła przy­jem­na at­mos­fe­ra. W ko­min­ku pa­lił się ogień. Roz­sie­dli się w mi­ęk­kich fo­te­lach przy nie­du­żym, szkla­nym sto­licz­ku.

- Wi­tam ser­decz­nie. - Mło­da kel­ner­ka po­ja­wi­ła się nie­mal na­tych­miast. - Na co mają pa­ństwo ocho­tę?

Emil spoj­rzał na Li­lian­nę zna­cząco. Dziew­czy­na wy­szep­ta­ła:

- Zda­ję się na twój gust.

Ski­nął gło­wą, po czym za­mó­wił dwie go­rące cze­ko­la­dy z do­dat­kiem ma­lin.

- Moja ulu­bio­na - wy­ja­śnił. - Je­stem pe­wien, że będzie ci sma­ko­wa­ła.

Na chwi­lę za­pa­dła po­mi­ędzy nimi ci­sza. Lil­ka po­mi­mo swo­ich dwu­dzie­stu lat była ci­cha i nie­śmia­ła. Nie prze­pa­da­ła za to­wa­rzy­stwem in­nych lu­dzi, naj­le­piej czu­ła się sama ze sobą.

Emil uśmiech­nął się i za­py­tał:

- Je­steś z War­sza­wy?

- Tak, wy­naj­mu­ję po­kój w Rem­ber­to­wie.

- Spo­koj­na dziel­ni­ca - stwier­dził.

- Mnie od­po­wia­da. Je­dy­ny mi­nus to do­jaz­dy do pra­cy.

- Gdzie pra­cu­jesz? - za­in­te­re­so­wał się na­tych­miast mężczy­zna.

- W re­stau­ra­cji - od­po­wie­dzia­ła Lil­ka. - Je­stem ku­char­ką. - W prze­ci­wie­ństwie do nie­któ­rych swo­ich ko­le­ża­nek, nie wsty­dzi­ła się swo­jej pra­cy. Sko­ńczy­ła tech­ni­kum ga­stro­no­micz­ne i ni­g­dy nie po­szła na stu­dia. Ni­cze­go jed­nak nie ża­ło­wa­ła. Może kie­dyś, gdy na­zbie­ra wy­star­cza­jąco dużo pie­ni­ędzy, za­pi­sze się na wy­ma­rzo­ne stu­dia ar­ty­stycz­ne.

- Och, pew­nie pysz­nie go­tu­jesz. - Emil się uśmiech­nął. Był ele­ganc­ki i do­brze ubra­ny, za­pew­ne pra­co­wał w ja­kie­jś kor­po­ra­cji. - Chcia­łbym spró­bo­wać two­je­go po­pi­so­we­go da­nia. - W jego oczach po­ja­wił się błysk.

Lil­ka w swo­im nie­zbyt dłu­gim ży­ciu zdąży­ła już prze­żyć na­praw­dę za­ska­ku­jąco wie­le. Do­świad­cze­nie na­uczy­ło ją, by pod­cho­dzić do lu­dzi z dy­stan­sem, a naj­le­piej trzy­mać się od nich z da­le­ka. Wie­dzia­ła, że musi li­czyć tyl­ko na sie­bie, i na­uczy­ła się być sa­mo­wy­star­czal­na. Ze wszyst­kim, le­piej lub go­rzej, ale ra­dzi­ła so­bie sama. Na­to­miast dzi­ęki wro­dzo­nej, po­nad­prze­ci­ęt­nej wra­żli­wo­ści po­tra­fi­ła bacz­nie i do­głęb­nie ob­ser­wo­wać ota­cza­jący ją świat oraz lu­dzi. Cza­sa­mi wy­star­czy­ła chwi­la spędzo­na w to­wa­rzy­stwie ja­kie­jś oso­by i już wie­dzia­ła, z kim ma do czy­nie­nia. Dzi­ęki temu nie po­zwo­li­ła się wy­ko­rzy­stać żad­ne­mu mężczy­źnie. Te­raz, pa­trząc na Emi­la, wie­dzia­ła już, ja­kim jest ty­pem czło­wie­ka. Bo­ga­ty ka­rie­ro­wicz, któ­ry szu­ka dziew­czy­ny na ja­kiś czas. Ona, skrom­na ku­char­ka, by­ła­by dla nie­go tyl­ko chwi­lo­wą od­skocz­nią i nie­co eg­zo­tycz­ną za­baw­ką. Moc­no za­ci­snęła usta.

- Coś nie tak? - za­in­te­re­so­wał się Emil, przy­gląda­jąc jej się uwa­żnie. Nie­ste­ty, Lil­ce nie naj­le­piej wy­cho­dzi­ło ma­sko­wa­nie emo­cji i wła­da­jących jej ser­cem uczuć.

- Wszyst­ko do­brze - od­pa­rła od nie­chce­nia. Te­raz, gdy już przej­rza­ła mężczy­znę i wie­dzia­ła, do cze­go będzie zmie­rzać to spo­tka­nie, nie mia­ła ocho­ty dłu­żej z nim prze­by­wać. - Tro­chę mi zim­no i chcia­ła­bym jak naj­szyb­ciej zna­le­źć się w domu.

W tym mo­men­cie po­de­szła do nich kel­ner­ka i po­sta­wi­ła przed nimi dwie wy­so­kie szklan­ki z go­rącą cze­ko­la­dą. Ży­czy­ła im smacz­ne­go i po­spiesz­nie się od­da­li­ła. Emil tym­cza­sem py­tał da­lej:

- Wy­naj­mu­jesz po­kój ze wspó­łlo­ka­tor­ką?

- Nie - od­pa­rła Lil­ka, upi­ja­jąc łyk go­rące­go, słod­kie­go na­po­ju. - To zna­czy miesz­kam z dwie­ma dziew­czy­na­mi, ale ka­żda z nich ma od­dziel­ny po­kój.

- Faj­nie, ale z dru­giej stro­ny to chy­ba dość nie­wy­god­ne miesz­kać z ob­cy­mi lu­dźmi?

- Do wszyst­kie­go w ży­ciu mo­żna się przy­zwy­cza­ić - od­pa­rła dziew­czy­na chłod­no. - A ty pew­nie miesz­kasz w ja­ki­mś du­żym apar­ta­men­cie w cen­trum War­sza­wy? - za­ga­iła, żeby od­wró­cić od sie­bie uwa­gę mężczy­zny.

Emil uśmiech­nął się pod no­sem, jak­by tyl­ko cze­kał na to py­ta­nie. Mężczy­źni jego po­kro­ju uwiel­bia­li mó­wić o swo­im bo­gac­twie i osi­ągni­ęciach. Uwa­ża­li, że tym zy­ska­ją so­bie apro­ba­tę i sza­cu­nek in­nych lu­dzi, a szcze­gól­nie ko­biet. Lil­ka na­to­miast po­tra­fi­ła czy­tać po­mi­ędzy wier­sza­mi i wy­chwy­ty­wać to, co na­praw­dę cha­rak­te­ry­zo­wa­ło da­ne­go czło­wie­ka.

- No, nie taki zno­wu duży - od­po­wie­dział z uda­wa­ną skrom­no­ścią mężczy­zna. - Mam czte­ry po­ko­je i duży ta­ras z wi­do­kiem na War­sza­wę. Nocą, gdy wo­kół pa­nu­je ciem­no­ść, a mia­sto mie­ni się ty­si­ącem świa­teł, jest tam na­praw­dę przy­jem­nie. Pra­cu­ję nie­da­le­ko, w fir­mie trans­por­to­wej. Mam to szczęście, że je­stem wi­ce­pre­ze­sem. - Uśmiech­nął się sze­ro­ko, nie kry­jąc dumy i wy­ższo­ści. - Jak chcesz, mogę ci opo­wie­dzieć, czym się zaj­mu­ję... - Spoj­rzał na Li­lię nie­mal bła­gal­nie.

- Tak, ja­sne - od­pa­rła i sku­pi­ła się na pi­ciu cze­ko­la­dy. Osi­ągni­ęcia i pra­ca za­wo­do­wa tego czło­wie­ka zu­pe­łnie jej nie in­te­re­so­wa­ły. Jed­nak po­sta­no­wi­ła za­dać mu jed­no py­ta­nie.

- Emi­lu, jaka jest two­ja ulu­bio­na pora roku?

Mężczy­zna spoj­rzał na nią kom­plet­nie za­sko­czo­ny. Nie ta­kie­go py­ta­nia spo­dzie­wał się po tym wszyst­kim, co o so­bie opo­wie­dział.

- Ja... Hmm... - wy­ra­źnie się zmie­szał. - Nie wiem. Może lato, ale nie, chy­ba jed­nak wolę zimę. A wła­ści­wie nie ma to dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia. Dla­cze­go py­tasz?

Lil­ka wes­tchnęła i od­sta­wi­ła na sto­lik pu­stą szklan­kę po go­rącej cze­ko­la­dzie.

- Opo­wie­dzia­łeś mi o swo­jej pra­cy, wiel­kim miesz­ka­niu i in­te­re­sach, bo uwa­żasz, że to de­fi­niu­je war­to­ść czło­wie­ka. Nie po­tra­fi­łeś jed­nak od­po­wie­dzieć na pod­sta­wo­we py­ta­nie do­ty­czące tego, kim na­praw­dę je­steś i co lu­bisz.

- Nie ro­zu­miem. - Emil wbił w nią wzrok. - Co masz na my­śli?

Lil­ka wy­ci­ągnęła z port­fe­la dwa­dzie­ścia zło­tych i po­ło­ży­ła je na sto­li­ku, a na­stęp­nie pod­nio­sła się z fo­te­la i za­częła zbie­rać się do wy­jścia.

- Je­stem tyl­ko zwy­kłą dziew­czy­ną, sie­ro­tą z domu dziec­ka, ku­char­ką... Ale wiem, że moją ulu­bio­ną porą roku jest lato, uwiel­biam za­pach nad­cho­dzące­go desz­czu, a ka­żda chmu­ra ma dla mnie inny, nie­po­wta­rzal­ny kszta­łt. - Uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco i do­da­ła: - Do wi­dze­nia.

Emil jej nie za­trzy­my­wał. Naj­wi­docz­niej uznał ją za wa­riat­kę. I do­brze. Nie po­trze­bo­wa­ła kło­po­tu w po­sta­ci na­cho­dzące­go ją mężczy­zny, któ­ry prędzej czy pó­źniej będzie chciał za­ci­ągnąć ją do łó­żka. Było jej do­brze sa­mej i nie sądzi­ła, by kie­dy­kol­wiek mo­gła się za­ko­chać. Dzi­siej­szy świat zmie­rzał do­ni­kąd. Lu­dzie śle­po gna­li za ka­rie­rą, pie­ni­ędz­mi i osi­ągni­ęcia­mi, za­tra­ca­jąc w tym wszyst­kim swo­ją du­szę i au­ten­tycz­no­ść. W tej wiel­ko­miej­skiej, kor­po­ra­cyj­nej rze­czy­wi­sto­ści co­raz rza­dziej zda­rza­ły się oso­by, któ­re de­fi­nio­wa­ły dru­gie­go czło­wie­ka przez pry­zmat jego ser­ca, a nie pra­cy, po­zy­cji spo­łecz­nej i ka­rie­ry.

Lil­ka wsia­dła do au­to­bu­su i spoj­rza­ła za okno. Może była dla Emi­la zbyt nie­uprzej­ma? Ale z dru­giej stro­ny... Co po­ra­dzi na to, że od razu przej­rza­ła jego za­mia­ry. Gdy­by już od po­cząt­ku nie ukró­ci­ła tej zna­jo­mo­ści, za­pew­ne za­pro­si­łby ją do sie­bie albo wy­mu­sił na niej, by dała mu swój nu­mer te­le­fo­nu. Nie mia­ła na to wszyst­ko siły ani ocho­ty.

Jej zra­nio­ne ser­ce ni­g­dy się nie za­bli­źni­ło. Nie chcia­ła się do ni­ko­go zbli­żać. Nie chcia­ła jesz­cze bar­dziej cier­pieć. Już raz mężczy­zna ode­brał jej wszyst­ko, co mia­ła. Nie po­zwo­li, by ktoś zno­wu ją skrzyw­dził.

ROZ­DZIAŁ 2

10 lat wcze­śniej

Śnieg sy­pał wiel­ki­mi pła­ta­mi. Li­lian­na sie­dzia­ła w szkol­nej ław­ce z no­sem nie­mal przy­kle­jo­nym do szy­by. Na po­dwór­ku pierw­szo­kla­si­ści le­pi­li wiel­kie­go ba­łwa­na. Miał już dwie kule, bra­ko­wa­ło tyl­ko ostat­niej, któ­ra mia­ła słu­żyć mu za gło­wę. Lil­ka ża­ło­wa­ła, że nie ma ma­gicz­nej mocy roz­dwo­je­nia się. Wów­czas jed­na Lil­ka zo­sta­ła­by na lek­cjach, a dru­ga po­bie­gła le­pić ba­łwa­na.

- Li­lian­no! - na­gle do­sze­dł do jej uszu pod­nie­sio­ny głos na­uczy­ciel­ki. - Czy ty mnie w ogó­le słu­chasz?

Dziew­czyn­ka z nie­chęcią prze­nio­sła wzrok na pulch­ną ko­bie­tę uczącą ma­te­ma­ty­ki. Ta wpa­try­wa­ła się w nią ma­ły­mi oczka­mi ukry­ty­mi za gru­by­mi szkła­mi ciem­nych oku­la­rów.

- Więc po­wiedz nam, dro­ga Li­lian­no, jaki będzie wy­nik tego rów­na­nia?

Dziew­czyn­ka spoj­rza­ła na wid­nie­jące na zie­lo­nej ta­bli­cy licz­by i od­po­wie­dzia­ła:

- Trzy­dzie­ści dwa. - Mia­ła pi­ęćdzie­si­ąt pro­cent szans na po­praw­ną od­po­wie­dź.

Na­uczy­ciel­ka fuk­nęła znie­cier­pli­wio­na.

- Dla­cze­go tak sądzisz?

- Tak pod­po­wia­da mi in­tu­icja - wy­szep­ta­ła pod no­sem Li­lia, a sie­dząca obok niej ko­le­żan­ka par­sk­nęła gło­śnym śmie­chem.

- Aniu, co tak bar­dzo cię roz­śmie­szy­ło? - Ma­te­ma­tycz­ka prze­nio­sła wzrok na ni­ską dziew­czyn­kę o kru­czo­czar­nych wło­sach. Ta na­tych­miast od­zy­ska­ła po­wa­gę i sku­li­ła się na krze­śle. - Aniu, od­po­wiedz.

Ania Wro­ńska spoj­rza­ła nie­pew­nie na Li­lię, któ­ra zda­wa­ła się zno­wu od­pły­nąć w swo­ich my­ślach, i od­po­wie­dzia­ła nie­śmia­ło:

- Lil­ka po­wie­dzia­ła, że tak pod­po­wia­da jej in­tu­icja.

Sły­sząc to, na­uczy­ciel­ka po­kręci­ła z dez­apro­ba­tą gło­wą.

- Li­lian­na Sa­dow­ska na­tych­miast do ta­bli­cy! - krzyk­nęła na całą salę. - Z ze­szy­tem!

Li­lia wsta­ła i po­wo­li po­drep­ta­ła do ta­bli­cy. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, że oczy ca­łej kla­sy zwró­co­ne są te­raz na nią, i po­czu­ła, że za­czy­na jej drgać pra­wa po­wie­ka. Za­wsze tak mia­ła, gdy ogar­nia­ły ją ner­wo­wo­ść i strach. Wie­dzia­ła też, co może na­stąpić za chwi­lę, je­że­li nie uda jej się opa­no­wać emo­cji. Ode­tchnęła głębo­ko, po­da­ła na­uczy­ciel­ce ze­szyt i ner­wo­wo splo­tła pal­ce obu dło­ni.

- A te­raz od­wróć się przo­dem do kla­sy i wy­tłu­macz nam, skąd się wzi­ął wy­nik trzy­dzie­ści dwa - na­ka­za­ła ma­te­ma­tycz­ka.

Li­lia sta­nęła na­prze­ciw po­zo­sta­łych uczniów i omio­tła ich twa­rze prze­ra­żo­nym spoj­rze­niem. Kuba po­ka­zał jej język, Ja­cek zro­bił pa­skud­ną minę, a Mi­le­na wska­za­ła na nią pal­cem, szep­cąc za­pew­ne coś szpet­ne­go na jej te­mat Mo­ni­ce. Lil­ka po­czu­ła, że za­czy­na jej bra­ko­wać w płu­cach po­wie­trza.

Od­wró­ci­ła się z po­wro­tem w stro­nę na­uczy­ciel­ki i po­wie­dzia­ła:

- Czy mój wy­nik jest po­praw­ny?

- Tak, ale...

Li­lia nie wy­trzy­ma­ła. Od­wró­ci­ła się na pi­ęcie i wy­bie­gła z sali. Jej od­dech stał się gło­śny i ury­wa­ny, tra­ci­ła nad nim kon­tro­lę.

Ostat­nio co­raz częściej jej się to zda­rza­ło. Psy­cho­log po­wie­dział ta­cie, że to ata­ki pa­ni­ki. Mie­wa­ła je, od­kąd czte­ry mie­si­ące temu jej mama zgi­nęła w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Wte­dy wszyst­ko się za­częło.

Li­lian­na mia­ła cu­dow­ne dzie­ci­ństwo. Jej mama była ksi­ęgo­wą, a tata le­ka­rzem w jed­nym z naj­lep­szych war­szaw­skich szpi­ta­li. Two­rzy­li szczęśli­wą i ko­cha­jącą się ro­dzi­nę. Lil­ka była oczkiem w gło­wie ro­dzi­ców. Spędza­li ra­zem ka­żdą wol­ną chwi­lę. Mama uczy­ła dziew­czyn­kę ma­lo­wać na płót­nie, gdyż oby­dwie mia­ły do tego ta­lent. Tata na­to­miast ka­żde­go dnia czy­tał wraz z cór­ką ksi­ążki przy­go­do­we, opo­wia­dał jej ró­żne cie­ka­we hi­sto­rie, za­bie­rał ją na wy­ciecz­ki... To ży­cie było ta­kie zwy­czaj­ne, uło­żo­ne, bez­piecz­ne i pi­ęk­ne.

Do cza­su...

Lil­ka i jej oj­ciec Mi­chał Sa­dow­ski zo­sta­li sami. Mężczy­zna sta­rał się, jak tyl­ko mógł, aby po­mi­mo tra­ge­dii za­pew­nić cór­ce do­bre i szczęśli­we dzie­ci­ństwo. Oka­zy­wał jej mi­ło­ść i uwa­gę, spędzał z nią jesz­cze wi­ęcej cza­su. Jed­nak tej tęsk­no­ty za mat­ką w ser­cu dziew­czyn­ki nikt ani nic nie mo­gło uko­ić.

ROZ­DZIAŁ 3

Re­stau­ra­cja, w któ­rej pra­co­wa­ła Li­lian­na, nie była duża i mie­ści­ła się spo­ry ka­wa­łek od cen­trum mia­sta. Dziew­czy­na co­dzien­nie do­je­żdża­ła tam au­to­bu­sem. Nie mia­ła pra­wa jaz­dy, bo też ni­g­dy nie było ją stać na taki luk­sus. Żyła bar­dzo skrom­nie, ale za to ca­łkiem nie­źle so­bie ra­dzi­ła. Wy­naj­mo­wa­ła po­kój tyl­ko dla sie­bie, co uwa­ża­ła za wiel­kie szczęście. Gdy przez osiem lat miesz­ka­ła w domu dziec­ka, dzie­li­ła mały po­kój z jesz­cze trze­ma in­ny­mi dziew­czy­na­mi. Wszyst­kie trzy do­ku­cza­ły jej albo w naj­lep­szym przy­pad­ku ją igno­ro­wa­ły. Li­lian­na prze­ży­ła tam pie­kło, ale to na­uczy­ło ją ży­cia.

We­szła do re­stau­ra­cji i od­go­ni­ła od sie­bie bo­le­sne wspo­mnie­nia. Szyb­ko się prze­bra­ła i od razu za­bra­ła się do pra­cy. Lu­bi­ła go­to­wać. Wów­czas my­śla­ła tyl­ko o tym i prze­szło­ść na chwi­lę prze­sta­wa­ła ją dręczyć.

- Jak tam, Lil­ka? - za­gad­nęła ją Ju­sty­na, dru­ga ku­char­ka.

Dziew­czy­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Po sta­re­mu. Od wczo­raj nic się nie zmie­ni­ło. - Uśmiech­nęła się uprzej­mie. Nie mia­ła ocho­ty na po­ga­węd­ki.

- Za­wsze je­steś taka skry­ta?

- Tak.

- Py­tał o cie­bie Ma­ciek. Wiesz, ten od do­staw. - Uwa­żnie przyj­rza­ła się Lil­ce, ale dziew­czy­na tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Chy­ba mu się po­do­basz.

- Ju­sty­na, wy­bacz, ale wo­la­ła­bym sku­pić się na pra­cy - zi­ry­to­wa­ła się Li­lian­na. - Ta­kie głu­po­ty mnie nie in­te­re­su­ją.

Tam­ta tyl­ko się za­śmia­ła i dała ko­le­żan­ce kuk­sa­ńca w bok.

- Pew­nie tyl­ko tak mó­wisz. Zgry­wasz nie­do­stęp­ną. Je­steś mło­da, po­win­naś wrzu­cić na luz i tro­chę się za­ba­wić. Za­ko­cha­łaś się kie­dyś?

- Od­czep się ode mnie - zde­ner­wo­wa­ła się Lil­ka. - Ni­g­dy nie by­łam za­ko­cha­na i ni­g­dy nie będę. W moim ser­cu nie ma miej­sca na mi­ło­ść! - Z hu­kiem od­sta­wi­ła gar­nek i wy­bie­gła do to­a­le­ty.

Gdy już była sama, kil­ka razy głębo­ko ode­tchnęła. Po­wie­ka pra­we­go oka nie­bez­piecz­nie jej drga­ła.

Spoj­rza­ła w lu­stro i przyj­rza­ła się swo­je­mu od­bi­ciu. Była mło­da, mia­ła bla­dą skó­rę, po­kry­tą gdzie­nie­gdzie pie­ga­mi. Dłu­gie, fa­lo­wa­ne wło­sy w od­cie­niu psze­nicz­ne­go blon­du no­si­ła upi­ęte w ko­ński ogon. Zgrab­na fi­gu­ra wy­ró­żnia­ła się pod skrom­nym, ro­bo­czym far­tu­chem. Po­do­ba­ła się mężczy­znom, wie­dzia­ła o tym. Co chwi­lę któ­ryś pró­bo­wał ją pod­ry­wać, ale ona wszyst­kich spła­wia­ła. Nie po­zwa­la­ła się zbli­żyć żad­ne­mu z nich.

- Jak to mo­żli­we, że w cie­le ta­kiej pi­ęk­nej, sek­sow­nej ko­bie­ty, kry­je się taka dzi­ku­ska? - za­py­tał ją kie­dyś ura­żo­ny, po tym jak go od­trąci­ła, klient re­stau­ra­cji.

Li­lian­na w ogó­le nie prze­jęła się jego sło­wa­mi. Przy­wy­kła do obelg i do­kucz­li­wych uwag. Może i była dzi­ku­ską, ale wła­śnie tego na­uczy­ło ją ży­cie. Tak samo jak i tego, żeby ni­g­dy nie ufać mężczy­znom. Szcze­gól­nie tym wy­so­ko po­sta­wio­nym, ubra­nym w ele­ganc­kie gar­ni­tu­ry i spra­wia­jącym przy­ja­zne wra­że­nie.

***

Ten dzień na­le­żał do wy­jąt­ko­wo trud­nych, o czym Li­lian­na prze­ko­na­ła się, gdy go­ście przy­by­li na sty­pę. Jako że bra­ko­wa­ło dru­giej kel­ner­ki, któ­ra się roz­cho­ro­wa­ła, dziew­czy­na mu­sia­ła opu­ścić kuch­nię i ob­słu­żyć salę. Wśród przy,by­łych go­ści od razu za­uwa­ży­ła pa­nią psy­cho­log, któ­ra kie­dyś opie­ko­wa­ła się nią w domu dziec­ka. Ko­bie­ta, nie­ste­ty, ta­kże ją roz­po­zna­ła.

- Lil­ka, jak miło cię wi­dzieć. - Wsta­ła od sto­łu i po­de­szła do dziew­czy­ny. - Wi­dzę, że so­bie ra­dzisz.

- Tak - uśmiech­nęła się nie­chęt­nie dziew­czy­na. - Mam pra­cę i swój kąt. Jest co­raz le­piej.

- Na­praw­dę miło mi to sły­szeć.

Na chwi­lę za­pa­dła po­mi­ędzy nimi krępu­jąca ci­sza. Pani psy­cho­log przyj­rza­ła się Li­lian­nie uwa­żnie.

- A jak inne spra­wy? - za­py­ta­ła. - Po­sta­no­wi­łaś zre­zy­gno­wać z na­szych spo­tkań, cho­ciaż ja uwa­ża­łam, że są ci na­dal po­trzeb­ne.

- Pro­szę pani, ja na­praw­dę wo­la­ła­bym o tym nie roz­ma­wiać...

- Li­lian­ko. - Ko­bie­ta chwy­ci­ła ją za rękę. - Je­steś taką cu­dow­ną dziew­czy­ną, ale nie za­czniesz na­praw­dę żyć, do­pó­ki nie prze­ba­czysz...

Dziew­czy­na gwa­łtow­nie się cof­nęła, wy­swa­ba­dza­jąc się z uści­sku star­szej pani.

- To nie­mo­żli­we! - wy­ce­dzi­ła przez zęby. - Pro­szę dać mi spo­kój. - Po­spiesz­nie opu­ści­ła salę i wy­bie­gła na dwór. Jej od­dech stał się gwa­łtow­ny i ury­wa­ny, co ozna­cza­ło atak pa­ni­ki. Na szczęście uda­ło jej się go opa­no­wać i po chwi­li wró­ci­ła do re­stau­ra­cji.

Ła­two jest mó­wić o prze­ba­cze­niu ko­muś, kto nie do­świad­czył, czym jest praw­dzi­wy żal i gniew. Czym jest nie­na­wi­ść.

Ona nie­na­wi­dzi­ła. I wbrew po­zo­rom, ta nie­na­wi­ść po­mo­gła jej prze­trwać dzie­si­ęć naj­ci­ęższych lat jej ży­cia. Kie­dyś, jako mała dzie­si­ęcio­let­nia dziew­czyn­ka za­przy­si­ęgła so­bie, że pew­ne­go dnia jej ze­msta do­si­ęgnie tam­te­go mężczy­znę. Znisz­czy go tak, jak on znisz­czył jej ży­cie. A może wresz­cie, gdy już zada osta­tecz­ny cios, jej ser­ce do­zna tak bar­dzo upra­gnio­nej ulgi.

ROZ­DZIAŁ 4

10 lat wcze­śniej

Od śmier­ci mat­ki mi­nęło już osiem mie­si­ęcy i Li­lian­na po­wo­li za­częła wra­cać do daw­nej sie­bie. Co praw­da ata­ki pa­ni­ki na­dal jej się zda­rza­ły, ale nie były już tak częste i upo­rczy­we jak wcze­śniej. Dziew­czyn­ka z po­wo­dze­niem uko­ńczy­ła ko­lej­ną kla­sę i te­raz ma­rzy­ła o wy­je­ździe nad mo­rze, któ­ry obie­cał jej tata. Miał mieć urlop już za ty­dzień. Cze­kał na nich po­kój w ho­te­lu nad samą pla­żą.

- Zo­ba­czysz, że będziesz za­chwy­co­na - za­pew­niał ją tata. - Aż mi wstyd, że jesz­cze ni­g­dy nie za­bra­li­śmy cię nad na­sze pol­skie mo­rze.

- Jest lep­sze od tego wło­skie­go? - za­in­te­re­so­wa­ła się Li­lia.

- Jest dużo lep­sze - za­pew­nił ją tata. - Ma nie­po­wta­rzal­ny za­pach i nie jest ta­kie sło­ne. Pia­sek ma taki ład­ny, ja­sny od­cień, a do tego mo­żna w nim zna­le­źć bursz­ty­ny.

- Ta­kie praw­dzi­we? - zdzi­wi­ła się dziew­czyn­ka. - Z ro­ba­kiem w środ­ku?

- Je­że­li będziesz mia­ła szczęście, to tak - za­śmiał się mężczy­zna. Ostat­nio uśmie­chał się oraz częściej, co Lil­ka przyj­mo­wa­ła z ra­do­ścią.

- Su­per! Su­per! Su­per! - wy­krzyk­nęła i uwie­si­ła się ta­tu­sio­we­go ra­mie­nia.

Nie mo­gła się do­cze­kać wy­jaz­du. Tym­cza­sem czte­ry dni przed wy­cze­ki­wa­ną datą, tata ode­brał te­le­fon. Li­lian­na sły­sza­ła tyl­ko część roz­mo­wy i nic z niej nie ro­zu­mia­ła. Jej ta­tuś na­to­miast od tego cza­su wy­ra­źnie po­smut­niał.

Na­stęp­ne­go dnia przy­sze­dł do nich nie­zna­jo­my. Był mło­dy, bar­dzo ele­ganc­ki i, jak po­my­śla­ła wów­czas Lil­ka, bar­dzo ład­ny. Szcze­gól­nie spodo­ba­ły jej się jego ciem­ne oczy pa­trzące na świat spod dłu­gich, czar­nych rzęs. Mia­ła wra­że­nie, że nie­zna­jo­my przy­był do nich z ja­kie­goś in­ne­go świa­ta, bo prze­cież chłop­cy w jej kla­sie nie do­ra­sta­li mu na­wet do pięt. Na­wet ta­tuś nie był taki ład­ny.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał się tam­ten i spoj­rzał na Lil­kę obo­jęt­nie. Jego uwa­ga sku­pi­ła się na ta­cie. - Pan Mi­chał Sa­dow­ski?

- Tak - po­twier­dził mężczy­zna. - Za­pra­szam do środ­ka.

- Dzi­ęku­ję. Przed­sta­wię się raz jesz­cze, tym ra­zem oso­bi­ście. Ga­briel Le­wan­dow­ski. Re­pre­zen­tu­ję pana Pio­tra Ski­bi­ńskie­go.

Obaj mężczy­źni za­mknęli się w sa­lo­nie, a Lil­ka za­szy­ła się w swo­im po­ko­ju. Ba­wi­ła się lal­ka­mi i bu­do­wa­ła dom­ki z kloc­ków. Go­dzi­nę pó­źniej gość opu­ścił ich dom.

- Cze­go chciał ten pan, tato? - za­py­ta­ła za­cie­ka­wio­na Li­lian­na.

Mężczy­zna wes­tchnął smut­no. Dziew­czyn­ka mia­ła wra­że­nie, że na jego twa­rzy przy­by­ło wi­ęcej zmarsz­czek.

- Ten pan... - głos taty za­drżał. - On przy­sze­dł, żeby po­wie­dzieć mi, że będę mu­siał iść do sądu.

- Do sądu? - zdzi­wi­ła się Lil­ka. - A co tam się robi?

- To ta­kie miej­sce, w któ­rym za­zwy­czaj lu­dzie się kłó­cą, a urzęd­nik pa­ństwo­wy roz­strzy­ga ich spo­ry.

Dziew­czyn­ka nie za bar­dzo ro­zu­mia­ła, o co ta­cie cho­dzi.

- Po­kłó­ci­łeś się z kimś? - za­py­ta­ła.

- Nie, ko­cha­nie. Ale pe­wien pan, któ­re­go żonę le­czy­łem, uwa­ża, że zro­bi­łem to źle. Chce, że­bym za­pła­cił mu bar­dzo dużo pie­ni­ędzy.

Lil­ka po­bla­dła ze stra­chu, a jej pra­wa po­wie­ka za­częła nie­bez­piecz­nie drgać.

- Co te­raz będzie? - za­py­ta­ła płacz­li­wym gło­sem, a tata przy­gar­nął ją do sie­bie i moc­no przy­tu­lił.

- Nie martw się. Wszyst­ko będzie do­brze. Ta­tuś nie zro­bił nic złe­go, a sąd jest po to, żeby dbać o spra­wie­dli­wo­ść.

- Nie po­zwo­li nas skrzyw­dzić?

- Nie, ko­cha­nie.

Głębo­ko ode­tchnęła i wtu­li­ła się w ta­tu­sia. Pach­niał do­mem i bez­pie­cze­ństwem. Po­czu­ła, jak z jej ser­ca od­pły­wa strach.

- Tato, to pan Ga­briel chce, że­byś za­pła­cił mu pie­ni­ądze? - za­py­ta­ła jesz­cze, przy­po­mi­na­jąc so­bie cie­ka­we­go go­ścia.

- Pan Ga­briel jest praw­ni­kiem, któ­ry re­pre­zen­tu­je pana, któ­ry chce do­stać ode mnie pie­ni­ądze.

- Czy­li jest zły? - Dziew­czyn­ka się za­chmu­rzy­ła. Szko­da, bo ten pan wy­da­wał jej się do­bry i ład­ny.

- Nie, ko­cha­nie, on tyl­ko wy­ko­nu­je swo­ją pra­cę.

- Ale chce two­je pie­ni­ądze?

- Tak.

- Więc już go nie lu­bię.

Na chwi­lę za­pa­dła ci­sza. Li­lia głębo­ko ode­tchnęła i za­pa­trzy­ła się w okno. Po­my­śla­ła o wy­je­ździe i mo­rzu, któ­re mia­ła zo­ba­czyć już w nie­dzie­lę.

Wte­dy tata po­now­nie się ode­zwał. Jego głos prze­pe­łnio­ny był smut­kiem.

- Ko­cha­nie, bar­dzo mi przy­kro, ale nie­ste­ty będzie­my mu­sie­li prze­ło­żyć nasz wy­jazd.