Leśni czarodzieje. Górska wyprawa. Tom 4 - Liz Flanagan

Kup ebooka

23.99 zł
19.91 zł (15,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Jarzębince śniło się, że zgubiła drogę w zamieci śnieżnej. Była sama i bardzo się bała. Spomiędzy drzew wypadł na nią rozpędzony koń - wielki i przerażający. Nie mogła dostrzec twarzy jeźdźca, ale słyszała jego słowa: "Porwano królewicza. Zrobili to Estryjczycy! Myliłaś się co do nich! W niczym nie miałaś racji!".

Obudziła się wczesnym rankiem bez tchu, z mocno bijącym sercem. Popędziła na dół, żeby napić się wody. A potem podeszła do kuchennego okna chatki dziadka przy Ciemnym Borze.

Śnieg już przestał padać. Na zewnątrz wszystko było oślepiająco białe: niebo, drzewa, dachy stajni. Nawet z zamkniętymi oczami dawało się stwierdzić, że świat pokryła gruba warstwa puchu - bo dźwięki brzmiały inaczej. Były przytłumione, cichsze niż zwykle.

Jarzębinka też czuła się inaczej niż zwykle. Przepełniały ją smutek i zmartwienie, jakby wszystko, co dobre, pokryła warstwa śniegu.

Nagle coś kudłatego otarło się o jej dłoń i ją polizało.

- Dzięki, Arton - powiedziała, głaszcząc białego wilka po łbie. Napierający na nią ciepły ciężar dodał jej otuchy. - Masz rację - szepnęła. - Ja też nie chcę wyjeżdżać. Przecież ledwo zdążyłam pobyć trochę w domu.

Wróciła do Galrenii dopiero poprzedniej nocy, po długiej i niebezpiecznej podróży. Ostatniego wieczoru wszystko wydawało się idealne, bo zdążyła na zimowe święta i mogła je spędzić z dziadkiem i rodzicami. A potem posłaniec od królowej Sylwany przywiózł straszne wieści.

Porwano królewicza Dawida. A tatę Jarzębinki wezwano z powrotem do Harduty, żeby pomógł w jego poszukiwaniach.

- Dzień dobry, kochanie. - Do kuchni weszła zaspana mama. Stanęła obok córki i otoczyła ją ramieniem, patrząc na zimowy las. - Na pewno chcesz jechać z tatą? - spytała łagodnie.

- Muszę - odparła dziewczynka. - Nie tyle chcę, ile muszę.

Znała królewicza, bawili się razem w pałacowych ogrodach. Zdawało się, jakby to było przed wiekami! Wiedziała jednak, że musi pomóc sprowadzić go do domu.

- W takim razie pojedziemy wszyscy - rzekła mama.

- Naprawdę? - Jarzębinka obróciła się w jej stronę.

Poczuła ulgę, bo bardzo nie chciała znów się żegnać z mamą i dziadkiem. Po chwili jednak zaczęła się martwić. Czy to nie będzie niebezpieczne? Co zrobią, jeśli komuś coś się stanie?

- Pospieszmy się - powiedziała mama. - Jeśli chcemy dziś dotrzeć na miejsce, musimy brać się do roboty.

Potem nie było czasu, żeby się martwić. Wszyscy się spieszyli: prędko zjedli śniadanie i włożyli najcieplejsze ubrania - kilka warstw wełnianej odzieży, grube skarpety i wysokie buty. Każdy musiał odnaleźć swój zimowy płaszcz oraz czapkę i rękawiczki.

- Ty przynajmniej nie zmarzniesz, mając takie futro! - wysapała Jarzębinka do Artona. Zgrzała się, biegając po domu w tylu warstwach odzieży. - Tylko trudno cię będzie dostrzec na śniegu! Nie oddalaj się, proszę!

Arton pisnął i polizał ją po policzku.

Najpierw udali się do gospodarstwa sąsiadów, gdzie mieszkali Kama i Witek, znajomi Jarzębinki. Drzwi otworzył im Witek, a przy nim stała jego wielka cętkowana kotka Sabina, z ogonem owiniętym wokół jego kolan.

Chłopiec wydawał się bardzo zmęczony. Jarzębinka domyśliła się, że pewnie całą noc nie spał, bo opowiadał rodzinie o swoich przygodach w Estrii. Miała nadzieję, że wspomniał, jaki był odważny. Owszem, kiedyś ją zdradził, ale potem uratował. Uważała go teraz za prawdziwego przyjaciela.

Kama przecisnęła się obok brata i przytuliła do Jarzębinki. Długie ciemne włosy spływały jej na plecy.

- Dzień dobry! - zawołała. - Wcześnie dziś przyszliście. Chcieliśmy was odwiedzić po śniadaniu i pokazać Leonowi Ciemny Bór.

Zaprosiła sąsiadów do środka, żeby się ogrzali.

Jarzębinka usiadła przy stole, na którym piętrzył się stos bułek i stał talerz z jajkami. Rodzice Witka i Kamy właśnie pili kawę i pomachali do przybyłych dzieci.

- Potem możemy pójść do Jabłońców - ciągnęła Kama - na ciasteczka i napój korzenny. A później...

- Nie, Kama. Przestań. - Jarzębince przykro było psuć atmosferę złymi wieściami. Wiedziała, że uśmiechy z twarzy domowników zaraz znikną. Przeniosła wzrok z Kamy na Leona, swojego przyjaciela z Estrii.

Leon miał jasnobrązowe oczy i kręcone złotokasztanowe włosy - jak jego matka Elena Kruczoleśna, nowa władczyni ich kraju. Ledwie kilka dni temu odzyskała władzę dzięki pomocy Leona, Witka, Nurii, Jarzębinki i zielonej smoczycy imieniem Gałązka.

- Co się stało? - spytał chłopiec.

Jarzębinka wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że Leon nie powinien dłużej tkwić w niewiedzy. Musi mu przekazać wiadomość, która może na zawsze zmienić ich życie.

Rozdział drugi

Jarzębinka patrzyła uważnie na swojego estriańskiego przyjaciela.

- W nocy przyjechał do nas wysłannik królowej - zaczęła.

Chciała od razu przybiec i wszystko Leonowi opowiedzieć, ale rodzice przekonali ją, żeby poczekała do rana, aż posłaniec przekaże im więcej szczegółów.

- Królewicz Dawid został porwany - wyjaśniła. - Królowa sądzi, że odpowiadają za to władze Estrii.

Wszyscy wstrzymali oddech.

- Na pewno nie moja mama! Ona nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! - Leon był wyraźnie wstrząśnięty i głęboko zraniony.

- Wiem - zapewniła go Jarzębinka. - Przecież znam twoją mamę i wiem, że na pewno to nie ona za tym stoi.

W tym momencie do środka weszli bliscy dziewczynki. Jarzębinka szybko przedstawiła sobie tych, którzy jeszcze się nie znali.

- Zamierzam więc teraz wraz z moją rodziną udać się do Harduty i przekazać królowej, jak sprawa wygląda - wyjaśniła Jarzębinka.

- Ja też pojadę! - zawołał Leon.

- Nie możesz! Dla każdego Estryjczyka byłoby to zbyt niebezpieczne, ale dla ciebie szczególnie - zaprotestowała Jarzębinka. - To chyba oczywiste? Jeśli wrócisz teraz prosto do domu, unikniesz kłopotów.

Dzień wcześniej dzieci przyjechały tu w asyście mężczyzny imieniem Johan. Mama Leona mówiła, że to pracownik stajenny, lecz Jarzębinka widziała, że ma on ukrytą broń. Podejrzewała więc, że tak naprawdę jest żołnierzem.

- Musimy się pospieszyć - rzekł pan Johan do Leona, podrywając się. - Trzeba powiadomić Elenę Kruczoleśną.

- Nie! - Chłopiec zrobił zaciętą minę. Na jego twarzy malowała się mieszanka strachu i uporu. - Sam ją pan powiadomi. Ja jadę z Jarzębinką. To chyba oczywiste? - powtórzył słowa wypowiedziane wcześniej przez dziewczynkę, patrząc jej w oczy. - Porozmawiam z królową Sylwaną i dowiodę, że to nie moja matka stoi za porwaniem.Gdybyśmy byli wrogami, nie wchodziłbym przecież do Harduty - tłumaczył gorączkowo, żywo gestykulując. - Dlatego muszę to zrobić. Udowodnię, że jesteśmy przyjaciółmi. Mama chciałaby, abym postąpił, jak należy. - Odczekał chwilę, po czym dodał: - Znam ją lepiej niż ty.

W zatłoczonej kuchni zapadło milczenie.

- Chłopak ma rację - odezwał się dziadek Jarzębinki.

Ignicjusz Tkacz był wysokim staruszkiem o gęstej siwej czuprynie, śnieżnobiałej brodzie i błyszczących brązowych oczach. Gdy mówił, wszyscy go słuchali.

- Leonowi z pewnością nie brakuje odwagi - ciągnął dziadek. - Będziemy musieli zrobić, co w naszej mocy, by skłonić obie strony do wysłuchania swoich racji. Nie chcemy powrotu do działań wojennych. Jeśli Leon pragnie z nami jechać, będziemy się o niego troszczyć, obiecuję - zwrócił się do pana Johana. - W zamian za to proszę o przekazanie Elenie Kruczoleśnej, by cierpliwie oczekiwała dalszych wieści.

- Czy to ostateczna decyzja? - spytał pan Johan.

Leon założył ręce na piersi.

- Tak - odparł z pełnym przekonaniem.

Mężczyzna westchnął i powiedział:

- No dobrze, skoro tak. Proszę tylko napisać wiadomość do matki, żeby wiedziała, że to nie był mój wybór. Ani mieszkańców Galrenii.

Poszedł się spakować, a wkrótce potem wyjechał z wiadomością od Leona.

Pozostali zasiedli do planowania i zdecydowali, że Jarzębinka i Leon pojadą na koniach, którymi dotarli z Estrii. Jej rodzice pożyczyli wierzchowce od rodziców Witka i Kamy. Dziadek wziął swojego czarnego Gwiazdora.

Wkrótce wszyscy byli w siodłach, a konie na dziedzińcu przebierały niespokojnie kopytami, czekając na sygnał.

- Powodzenia! - Kama uścisnęła mocno Jarzębinkę.

- Też chciałbym pojechać - rzekł cicho Witek. - Ale tyle czasu nie byłem w domu... - Jego wzrok powędrował ku rodzicom.

Jarzębinka widziała, jak na niego patrzą. Dopiero co do nich wrócił.

- Twoje miejsce jest tutaj - oznajmiła.

A potem pięcioro jeźdźców - Jarzębinka, jej mama, tata, dziadek oraz Leon - ruszyło w drogę. Arton zataczał kręgi: wyprzedzał ich i zawracał, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Na tle śniegu był niemal niewidoczny.

Wyjechali o poranku i w mrozie podróżowali przez cały dzień. Gdy zbliżali się już do Harduty, śnieg stał się mokry i brejowaty. Jarzębinka zwróciła uwagę, że Leon coraz bardziej milknie. Na zmianę z mamą pytały go o życie w Estrii, aż w końcu skończyły im się pomysły.

Potem jechali w milczeniu.

Mury Harduty były szare, wysokie i zdawały się nieprzystępne. Jarzębinka przez cały ostatni rok rozpaczliwie tęskniła za swoim rodzinnym miastem. Teraz jednak wydało jej się ono obce i dość nieprzyjazne. Jakby coś im tam groziło.