Leśne cuda - Sylwia Kubik

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (28,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dener­wo­wała się. Wi­dział to po jej za­cho­wa­niu. Cho­dziła z kąta w kąt i na okrą­gło sprzą­tała. Była młoda i roz­no­siła ją ener­gia. A tu, w Dziad­kach, nie miała zbyt wielu roz­ry­wek. Mar­twiło go to. Bał się, że wresz­cie znu­dzi jej się miesz­ka­nie z nim i wy­je­dzie. Wróci do Ostro­łęki, w któ­rej znowu bę­dzie zdana sama na sie­bie.

Gdy dwa lata temu jego córka z zię­ciem zgi­nęli na je­zio­rze, za­pro­po­no­wał Mi­cha­li­nie, żeby z nim za­miesz­kała. Od­mó­wiła, tłu­ma­cząc, dość lo­gicz­nie zresztą, że zo­stał jej ostatni rok stu­diów i trudno by jej było co­dzien­nie do­jeż­dżać na za­ję­cia. Poza tym za­ra­biała dość do­brze na by­ciu in­flu­en­cerką, więc oprócz renty po ro­dzi­cach miała swoje do­chody i bez pro­blemu mo­gła utrzy­mać otrzy­mane w spadku miesz­ka­nie.

Od­wie­dzała go jed­nak co week­end. Przy­jeż­dżała rów­nież la­tem, na fe­rie i w święta. Miał troje wnu­czek i wnu­ków, ale to Mi­chaśkę ko­chał naj­bar­dziej i tylko przed sobą się do tego przy­zna­wał, gdyż było mu wstyd, że tak nie­równo dzie­lił uczu­cia.

Trzy mie­siące temu wszystko się zmie­niło. Mi­cha­lina po stu­diach za­miesz­kała ze swoim chło­pa­kiem, Ro­ber­tem. Coś jed­nak nie­do­brego mię­dzy nimi za­szło, gdyż pod ko­niec sierp­nia po­ja­wiła się ob­ła­do­wana wa­liz­kami i to­bo­łami. Gdy zdu­miony za­py­tał, skąd taki ba­gaż, oznaj­miła, że po­sta­no­wiła za­miesz­kać w Dziad­kach na stałe, a miesz­ka­nie w Ostro­łęce wy­naj­mie.

I tak zro­biła. Cie­szył się z tego ogrom­nie, ale jed­no­cze­śnie mar­twił, gdyż ro­zu­miał, że stoi za tym bo­le­sny za­wód mi­ło­sny. Pod­py­ty­wał, lecz za­wsze uci­nała te­mat. Usza­no­wał de­cy­zję wnuczki, gdyż sam nie lu­bił, kiedy ktoś na niego na­ci­skał i wy­mu­szał zwie­rze­nia. Tliła się w nim jed­nak iskierka nie­po­koju, która go­rzała ogniem w ta­kiej sy­tu­acji jak dzi­siaj.

Jej te­le­fon co chwilę wi­bro­wał. Po każ­dym zer­k­nię­ciu na ekran co­raz moc­niej za­ci­skała usta. Ża­ło­wał, że jego żona już nie żyje. Miała świetny kon­takt z Mi­cha­liną i na pewno dziew­czy­nie ła­twiej by przy­szło zwie­rzyć się babce niż dziad­kowi.

Wspo­mnie­nie żony po­draż­niło za­bliź­nioną ranę i wy­wo­łało smu­tek.

Bra­ko­wało mu jej. Nie po­brali się z mi­ło­ści. Wpa­dli, a owo­cem ich har­ców była Anka, matka Mi­cha­liny. Z cza­sem po­ja­wiło się przy­wią­za­nie. Po la­tach przy­szła i mi­łość. Staśka wie­działa, że on żeni się z nią z obo­wiązku, a nie z mi­ło­ści. Nie prze­szka­dzało jej to. Chciała go za męża i ko­niec. Tak za­pla­no­wała i tak miało być. I było. A że ładna z niej dziew­czyna była, kształtna taka i ob­fi­cie przez na­turę ob­da­rzona, a on le­czył ura­żoną dumę, to dał się po­nieść na­mięt­no­ści, mimo iż uczu­cia miał ulo­ko­wane zu­peł­nie gdzie in­dziej.

- Ot, czło­wiek młody, głupi, to i my­śli czymś in­nym niż serce - rzekł do sie­bie po­nuro.

- Co tam, dziadku, mó­wi­łeś? - za­gad­nęła Mi­cha­lina, wcho­dząc do kuchni.

- Tak wszystko pu­cu­jesz, że nie­długo po­ro­bisz mi dziury w pod­ło­dze - od­po­wie­dział, pa­trząc na nią z uśmie­chem.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem przy­sia­dła się do stołu, za­brała mu ku­bek z kawą i upiła łyk.

- Nie, że ci ża­łuję, ale może zrób so­bie swoją kawę?

- Twoja lep­sza. Nie wie­dzia­łeś? - za­py­tała, mru­żąc za­baw­nie bursz­ty­nowe oczy.

- Skoro tak, to pij, dziecko, pij.

- Dziadku, źle mi - stwier­dziła smutno.

- U mnie ci źle, Miśka? - za­py­tał, cho­ciaż wie­dział, że przy­czyna leży gdzie in­dziej.

- Nie! Wiesz, że cię ko­cham naj­moc­niej na świe­cie, a ten dom i pusz­cza są moim wy­ma­rzo­nym miej­scem na ziemi.

- O, miło to sły­szeć z ust ta­kiej pięk­nej, mło­dej ko­biety. Nie po­wiem, schle­bia mi to, schle­bia. - Po­ki­wał głową, pusz­cza­jąc do niej oko.

- Och, dziadku! Prze­cież wiesz, że je­steś męż­czy­zną mo­jego ży­cia. Naj­uko­chaj­niej­szym! - za­cy­to­wała słowa, które czę­sto wy­po­wia­dała jako mała dziew­czynka.

I może brzmiały tro­chę pom­pa­tycz­nie, ale były praw­dziwe. Ko­chała dziadka za jego do­bre serce, za to, że za­wsze ją wspie­rał i miał dla niej do­bre słowo. Ni­gdy nie kry­ty­ko­wał i nie oce­niał.

- No to co ci leży na sercu? - za­gad­nął, pa­trząc na nią uważ­nie.

- Świat wir­tu­alny, jego za­kła­ma­nie i po­zer­stwo strasz­nie mnie de­ner­wują - od­parła, pod­pie­ra­jąc brodę ręką. - Wiesz, że biorę tylko współ­prace, do któ­rych je­stem praw­dzi­wie prze­ko­nana i mogę je z czy­stym su­mie­niem po­le­cać in­nym.

- Wiem. W czym więc pro­blem?

- W za­kła­ma­niu. Mamy ta­kie za­mknięte grupy, gdzie wy­mie­niamy się in­for­ma­cjami. I wy­obraź so­bie, że tam wiele in­flu­en­ce­rek pi­sze wprost, ja­kie to ba­dziewne pro­dukty im przy­słali, ale że biorą za to pie­nią­dze, to na swo­ich pro­fi­lach wy­chwa­lają pod nie­biosa - prych­nęła ze zło­ścią. - Wku­rza mnie taka ob­łuda i wpro­wa­dza­nie w błąd ob­ser­wa­to­rów. Na­pi­sa­łam to pod jed­nym z ta­kich po­stów, oczy­wi­ście wiesz, na tej za­mknię­tej gru­pie, i roz­pę­tała się gów­no­bu­rza.

- Co?

- Gów­no­bu­rza, czyli afera. Część dziew­czyn mnie po­parła, bo też pro­mują tylko to, co uznają za war­to­ściowe, inne zaś na­sko­czyły na nas, że taka praca, pie­niądz jest pie­niądz i ma się zga­dzać w port­felu, a to, co my­ślą na­prawdę, za­cho­wują dla sie­bie. Strasz­nie wku­rza­jące dzia­ła­nie. Strasz­nie - po­wtó­rzyła z na­ci­skiem.

- Nie przej­mu­jesz się tym za bar­dzo? Prze­cież za­wsze tak było, jest i bę­dzie. Są lu­dzie uczciwi i lu­dzie, któ­rzy kła­mią na za­wo­ła­nie, uśmie­cha­jąc się przy tym słodko.

- O, a ta sło­dycz to mnie wku­rza naj­bar­dziej. Uśmieszki, przy­mi­la­nie, ra­do­sne szcze­bio­ta­nie, a za ple­cami wy­zwi­ska i ob­ra­bia­nie tyłka. To nie na moje nerwy, na­prawdę.

- Co za­mie­rzasz zro­bić?

- Od­ciąć się, bo już mam szcze­rze dość tego fał­szu. Wy­pi­sa­łam się z tych wszyst­kich za­mknię­tych grup. Usu­nę­łam iry­tu­jące mnie in­flu­en­cerki ze zna­jo­mych. Zo­sta­wi­łam tylko garstkę szcze­rych i uczci­wych, które rze­tel­nie wy­ko­nują swoją pracę i mają po­dobne prze­ko­na­nia do mo­ich.

- W czym więc pro­blem?

- W tym, że na­dal wku­rza mnie ten brak etyki w blo­gos­fe­rze.

- Tego nie zmie­nisz, daj więc so­bie spo­kój. Rób swoje, a na in­nych nie patrz. Świata nie zba­wisz.

- Niby tak, ale mę­czy mnie to - od­parła, wsta­jąc, by so­bie zro­bić kawę. - Też chcesz? - za­py­tała, wska­zu­jąc na czaj­nik.

- No zrób, skoro moją wy­pi­łaś. - Za­śmiał się.

Mi­cha­lina na­sy­pała kawy do ich ulu­bio­nych kub­ków z mo­ty­wami kur­piow­skimi. Pa­trze­nie na ich ra­do­sny wzór za­wsze na­stra­jało ją opty­mi­stycz­nie.

- Wiem! - krzyk­nął dzia­dek, a wy­rwana z za­my­śle­nia Mi­cha­lina pod­sko­czyła prze­stra­szona, opusz­cza­jąc ły­żeczkę, która roz­bry­znęła kawę po ca­łym po­miesz­cze­niu.

- Dziadku! Za­wału pra­wie do­sta­łam! - po­wie­działa, ale na wi­dok miny dziadka szybko się zre­flek­to­wała. - Prze­pra­szam! Mia­łam na my­śli, że...

- Wiem, wiem, nie prze­pra­szaj, Mi­chaśka. - Mach­nął ręką. - Bab­cia zmarła trzy lata temu i czas się oswoić z tą my­ślą.

- To co za po­mysł przy­szedł ci do głowy? - po­wie­działa, zmie­nia­jąc te­mat.

Wy­jęła z szafki mio­tłę i szu­felkę i za­częła usu­wać ślady kawy. Upo­rczywe dro­binki we­szły w wiele za­ka­mar­ków i trudno je było wy­do­stać. Z za­pa­łem tarła mio­tłą, chcąc wy­pchnąć je spod szafki.

- Mi­chaśka! Nie słu­chasz! - zga­nił ją dzia­dek. - Odłóż tę mio­tłę, sia­daj i słu­chaj, jaki twój dzia­dek mą­dry!

Mi­cha­lina uśmiech­nęła się pod no­sem i zgod­nie z po­le­ce­niem sia­dła do stołu.

- Co to za po­mysł?

- Na­pisz po­rad­nik!

- Po­rad­nik?

- No tak, książkę. Ale nie taką zwy­kłą! Tylko taką, gdzie na­pi­szesz wszystko o etyce w za­wo­dzie tego tam, no blo­gera, i o tym, jak roz­róż­nić praw­dziwe opi­nie o pro­duk­cie od tych fał­szy­wych.

- To nie ta­kie pro­ste, dziadku. Twórcy in­ter­ne­towi po­tra­fią być bar­dzo wia­ry­godni w przed­sta­wia­niu swo­ich opi­nii. Pra­cują na zle­ce­nie kon­kret­nych ma­rek, więc ma­te­riały, które przy­go­to­wują, są pro­fe­sjo­nalne. Rzadko można wy­chwy­cić, co na­prawdę my­ślą. Ale...

- No?

- Po­my­ślę nad tym, bo sama idea jest fajna.

- Wi­dzisz? I dzia­dek miewa do­bre po­my­sły.

- Oj, na­wet czę­sto je masz - od­parła z uśmie­chem.

- Mam jesz­cze je­den.

- Oho, dzi­siaj ja­kiś twór­czy dzień?

- A tak mnie na­szło.

- Słu­cham za­tem.

- Opisz na­sze Kur­pie, tra­dy­cje, zwy­czaje. Piękne to miej­sce do ży­cia, ale bar­dzo się ostat­nio wy­lud­niło. Przy­kro pa­trzeć na pu­ste cha­łupy, pod­upa­dłe bu­dynki i po­rzu­cone go­spo­dar­stwa. Nie lu­bię tłu­mów, ale tro­chę świe­żej krwi w oko­licy by się przy­dało.

- A jak zje­dzie się ich za dużo?

- Na­pisz więc tak, żeby do­trzeć do tych wła­ści­wych.

Mi­cha­lina ro­ze­śmiała się ser­decz­nie.

- Co się śmie­jesz? Prze­cież je­steś spe­cja­listką od pro­mo­wa­nia, wiesz, jak to zro­bić.

- Niby tak, ale ty mnie chyba tro­chę prze­ce­niasz.

- Ab­so­lut­nie nie. Czy­tam twoje po­sty. Spe­cjal­nie po to ku­pi­łem tego tam smart­fona, żeby mieć na nim różne me­dia spo­łecz­no­ściowe i czy­tać, co pi­szesz. I naj­bar­dziej po­do­bają mi się po­sty o Dziad­kach i oko­li­cach. Tak pięk­nie je po­ka­zu­jesz, że gdy­bym w tym miej­scu nie miesz­kał, to po obej­rze­niu two­ich zdjęć spa­ko­wał­bym się i tu przy­je­chał.

- Fakt, wielu lu­dziom się po­do­bają i czę­sto ja­kieś osoby py­tają o lo­ka­li­za­cję. Do tej pory jej nie ujaw­nia­łam, ale może czas po­ka­zać kilka miejsc go­to­wych do za­miesz­ka­nia?

- Pew­nie, że tak! Do­łącz mapki, zdję­cia, cie­ka­wostki. I tak to wszystko przed­staw, żeby tylko praw­dziwi pa­sjo­naci przy­je­chali.

- Acha, mam na­pi­sać o pro­ble­mach z in­ter­ne­tem, wo­dzie czer­pa­nej ze studni i prą­dzie, któ­rego czę­sto nie ma?

- O to, to. No­wo­bo­gac­kich tym od­stra­szysz, a pa­sjo­na­tów za­chę­cisz.

- Dziadku, ty się tu mar­nu­jesz. Po­wi­nie­neś zo­stać spe­cem od mar­ke­tingu.

- Je­stem już eme­ry­tem i cał­kiem mi z tym do­brze - po­wie­dział z za­do­wo­le­niem. - Mu­szę ci jed­nak po­wie­dzieć, że jak pra­co­wa­łem w woj­sku, to choć nie było ta­kiego sta­no­wi­ska, czę­sto mnie wy­zna­czali do re­kru­ta­cji, że­bym wy­ła­wiał tych, któ­rzy rze­czy­wi­ście na­dają się do służby woj­sko­wej. Mia­łem oko do praw­dzi­wych żoł­nie­rzy.

- Dla­tego tak długo by­łeś w służ­bie?

- Lu­bi­łem swoją pracę. Po pięt­na­stu la­tach mo­głem iść na eme­ry­turę, ale stwier­dzi­łem, że zmie­nię sta­no­wi­sko i będę tam tak długo, jak się da. I by­łem.

- Na­dal bra­kuje ci tej pracy, co?

- Te­raz już mniej. Zna­la­złem so­bie inne pa­sje. Mam ule, ko­nie, cza­sami coś sklecę z drewna, a od­kąd miesz­kasz ze mną, to już w ogóle je­stem szczę­śli­wym czło­wie­kiem - po­wie­dział, pod­cho­dząc do okna, żeby do­kład­niej zo­ba­czyć, co są­siadka wy­czy­nia w sa­dzie.

- Co u Luby? - za­py­tała Mi­cha­lina, z roz­ba­wie­niem ob­ser­wu­jąc pod­chody dziadka.

- Aaa - po­krę­cił głową - Lu­bo­mira sama za ko­nar szar­pie, za­miast mnie za­wo­łać. Uparta zo­sia sa­mo­sia.

- Wiesz, że nie lubi pro­sić o po­moc.

- Nie musi pro­sić, wy­star­czy, że po­wie, ale skoro nie mówi, to sam pójdę.

Wy­szedł szybko z domu, z da­leka wo­ła­jąc do są­siadki, żeby po­cze­kała, to jej po­może. Ko­bieta od­wró­ciła się w jego stronę z uśmie­chem, ale nie za­prze­stała pracy. Wręcz prze­ciw­nie. Z jesz­cze więk­szym za­pa­łem szarp­nęła za­plą­tany w trawę ko­nar. Prze­li­czyła chyba siły, bo z im­pe­tem upa­dła na ty­łek.

- Uparta jak osioł! - za­wo­łał Fra­nek i szybko po­truch­tał w jej stronę.

Za­nim jed­nak do­biegł, Lu­bo­mira zdą­żyła wstać. Mu­siał przy­znać, że ru­chy na­dal miała bar­dzo zwinne. Szyb­kimi ge­stami po­pra­wiła spód­nicę i włosy. Blond pu­kle tro­chę się zmierz­wiły, ale wpraw­nymi ge­stami do­pro­wa­dziła je do po­rządku.

- Oj, Lub­ciu, Lub­ciu. - Po­krę­cił głową, uśmie­cha­jąc się do niej przy­jaź­nie. - Czy ty mu­sisz wszystko za­wsze sama i sama?

- My­śla­łam, że dam radę. I pew­nie gdy­byś mnie nie roz­pro­szył, toby mi się udało - od­parła za­dzior­nie, pa­trząc na niego su­rowo. - Także to wszystko twoja wina. Tylko i wy­łącz­nie!

Śmiech, który usły­szała w od­po­wie­dzi, niósł się gło­śnym echem po ca­łym sa­dzie. Był przy­jemny i dźwięczny. Uwiel­biała ten śmiech i czę­sto żeby go usły­szeć, spe­cjal­nie pro­wo­ko­wała Fran­ciszka. Poza tym był za­raź­liwy. Także tym ra­zem. Lu­bo­mi­rze nie udało się zbyt długo utrzy­mać sro­giej miny i bez opo­rów za­wtó­ro­wała są­sia­dowi.

- Mu­sisz jed­nak przy­znać, że ży­cie u boku ta­kiej są­siadki na pewno nie jest nudne!

- To prawda - po­twier­dził, z trud­no­ścią wy­do­by­wa­jąc słowa. - Ży­cie z tobą jest zde­cy­do­wa­nie cie­kaw­sze.

Po­wie­dział szcze­rze, co my­ślał, ale w sercu po­ja­wiło się drobne, lecz do­kucz­liwe ukłu­cie przy­wo­łu­jące na myśl mi­nione dawno, dawno temu wy­da­rze­nia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki