Za gankiem światełko znów zatańczyło między drzewami. Krzyś i
Kamilka zbijali się o to, kto pierwszy je dogoni.
- Hej, poczekaj! - syknęła Kamilka, gdy Krzyś wpadł w krzaki.
- No już, już! - odpowiedział, a jego głos brzmiał coraz cichszej w
gęstwinie.
Wtedy usłyszeli coś jeszcze. Cichutki... szloch?
Oboje przystanęli jak wryci i rozejrzeli się niepewnie.
- To nie ty? - spytał Krzyś.
- Nie... to chyba... - Kamilka zamilkła, bo przed nimi, na wielkim
kamieniu, siedział ktoś maleńki, skulony, w zielonym kubraczku i z
latarenką w dłoniach.
Leśne światełko emanowało właśnie z tej latarenki. Mała postać
pochylała głowę i cicho płakała.
Krzyś zrobił krok naprzód i odchrząknął.
- Eee... Hej? - zagadnął niepewnie.
Zielona postać podniosła zapłakane oczka.
- Kim... kim jesteście? - zapytała cichutkim, drżącym głosem.
Kamilka przykucnęła obok niego i uśmiechnęła się delikatnie.
- Jesteśmy Krzyś i Kamilka. Dlaczego płaczesz?
Mały ludzik otarł nosek i powiedział:
- Jestem Ekoskrzatem... i stało się straszne nieszczęście. Mój
przyjaciel dzięcioł zaplątał się w sznurek i nie może latać. A przecież
dzięcioł jest lekarzem drzew! Bez niego las choruje... I jeszcze ten
strumyk...
Jego głosik się załamał, a oczy napełniły się łzami.
- Co ze strumykiem? - spytał Krzyś, nachylając się.
Ekoskrzat wskazał maleńkim paluszkiem w głąb lasu.