Leśna obietnica. Żanna i bliźniaczki - Patrycja Żurek

Kup ebooka

46.95 zł
38.97 zł (46,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1.

Zyta i Zo­fia. Żan­na nie sądzi­ła, że mat­ka uro­dzi dziec­ko, a co do­pie­ro dwo­je. Jesz­cze mniej spo­dzie­wa­ła się jej w dniu po­ro­du w domu, któ­ry te­raz zaj­mo­wa­ła ona, Żan­na. Sądzi­ła, że ży­cie mat­ki po tym, jak ją zo­sta­wi­ła, sta­ło się ide­al­ne - ta­kie, jak so­bie wy­ma­rzy­ła. To, że sta­nęła w jej pro­gu w ta­kim mo­men­cie... Żan­nę zdzi­wi­ło i za­sko­czy­ło. Ale prze­cież Dzie­wan­na po­wta­rza­ła przez całe jej ży­cie, że do­cze­ka mo­men­tu, kie­dy będzie mo­gła mat­ce po­ka­zać drzwi i ją wy­gnać. I ona na to cze­ka­ła. Mu­sia­ła przy­znać, że w głębi du­szy od­li­cza­ła dni, kie­dy będzie mo­gła to zro­bić. Nie spo­dzie­wa­ła się jed­nak, że Ży­wia po­ja­wi się ci­ężar­na, a tak wła­ści­wie to pod­czas ak­cji po­ro­do­wej. Nie wy­pe­łnia­ła jej aż taka podło­ść, by w ta­kiej chwi­li od­mó­wić po­mo­cy, zresz­tą sądzi­ła, że wła­śnie dla­te­go mat­ka wy­bra­ła taki mo­ment. Mu­sia­ła ja­koś skru­szyć od­trąco­ną cór­kę, zmi­ęk­czyć za­twar­dzia­łe ser­ce. Ale prze­cież Ży­wia w ogó­le jej nie zna­ła, nie mia­ła po­jęcia, co Żan­na nosi w du­szy. To wie­dzia­ła tyl­ko ona i Dzie­wan­na. Tak na­praw­dę to bo­gi­nię mo­gła na­zwać mat­ką, tej ob­cej ko­bie­ty nie po­tra­fi­ła tak okre­ślić na­wet w my­ślach.

A jed­nak, nie­co wbrew so­bie, po­zwo­li­ła im zo­stać. Dzie­wan­na uczy­ła ją za­wsze, że na­le­ży ufać in­tu­icji, a ta pod­po­wia­da­ła, że ze względu na bli­źnia­ki po­win­na zro­bić to, co zro­bi­ła. Kie­dy dzie­ci za­snęły, a ona opo­rządzi­ła (co za brzyd­kie sło­wo, ale ta­kie wła­śnie przy­cho­dzi­ło jej na myśl) mat­kę, wy­bie­gła do lasu mimo pó­źnej pory. Zwie­rzęta ją zna­ły, po­dob­nie jak Wil­cy, więc nie mu­sia­ła się oba­wiać. Zresz­tą nie mia­ła za­mia­ru za bar­dzo się od­da­lać, a na wi­zy­tę u ru­sa­łek nie mia­ła ocho­ty. Tak na­praw­dę szu­ka­ła Dzie­wan­ny. Na szczęście na­tra­fi­ła na bo­gi­nię, któ­ra od­po­czy­wa­ła ze swo­imi char­ta­mi na po­lan­ce skrzęt­nie ukry­tej wśród kniei. Żan­na wie­dzia­ła, że bo­gi­ni ko­cha to miej­sce, swo­iste ser­ce lasu.

- A więc jed­nak masz mi­ęk­ką du­szycz­kę - za­uwa­ży­ła Dzie­wan­na, ale Żan­na nie wy­czu­ła w jej gło­sie zło­ści ani drwi­ny.

Ot, stwier­dze­nie fak­tu. Bo­gi­ni w ogó­le na nią nie pa­trzy­ła, szu­ka­ła wzro­kiem cze­goś dla Żan­ny nie­do­si­ęgłe­go. Char­ty węszy­ły, gdzieś roz­le­gło się wy­cie wil­ków i Żan­nę prze­sze­dł dreszcz.

- Mia­ło być tak, że na mnie sko­ńczy się ród - po­wie­dzia­ła chłod­no i usia­dła obok bo­gi­ni. Po tylu la­tach wie­dzia­ła, że może so­bie na to po­zwo­lić. - Tak się uma­wia­ły­śmy. Że nie znaj­dę mężczy­zny i umrę bez­dziet­nie, a ty za­bi­jesz Ży­wię.

- Nie sądzi­łam, że two­ja mat­ka i Sie­ciech jesz­cze się spo­tka­ją - wes­tchnęła bo­gi­ni. - Że się ośmie­lą znów zbli­żyć, że on nie zwa­riu­je z tęsk­no­ty za ru­sa­łka­mi. Lu­dzie są skom­pli­ko­wa­ni... - Urwa­ła i głębo­ko na­bra­ła po­wie­trza.

- Uwol­nisz bli­źniacz­ki od klątwy? - za­py­ta­ła Żan­na, ale Dzie­wan­na po­kręci­ła gło­wą.

- Uma­wia­łam się tyl­ko z tobą. Ży­wia jest nie­roz­sąd­na, że za­ci­ąży­ła, nie­od­po­wie­dzial­na jak za­wsze. Cud, że dziew­czyn­ki są zdro­we, w ko­ńcu pie­przy­ła się z bra­tem. I to świa­do­mie.

Żan­na wzdry­gnęła się i bo­gi­ni to za­uwa­ży­ła. Spoj­rza­ła na nią z uko­sa i uśmiech­nęła się bla­do.

- Cie­bie spło­dzi­ła z kimś in­nym, bez obaw.

- Co więc będzie z Zytą i Zo­fią?

- Za­ko­cha­ją się, uro­dzą dzie­ci. Ja do­sta­nę chłop­ców, a dziew­czy­ny pój­dą w świat, nio­sąc ze sobą brze­mię. Two­je po­świ­ęce­nie jest na nic, Żan­no, mo­żesz ko­chać ile wle­zie. I ro­dzić. - Bo­gi­ni unio­sła zna­cząco brew.

Żan­na prych­nęła. Ni­g­dy nie in­te­re­so­wa­li jej mężczy­źni i ra­czej wąt­pi­ła, by mia­ło się to zmie­nić. Może wy­ni­ka­ło to z tego, że żad­ne­go nie zna­ła?

- Ro­zu­miem.

Wsta­ła po­wo­li. Coś się w niej ko­tło­wa­ło, ja­kiś gniew skie­ro­wa­ny do nie wia­do­mo kogo, dra­żni­ący, gry­zący skó­rę. Mu­sia­ła go prze­tra­wić, po­znać, zro­zu­mieć. Bie­gła przez las, prze­ska­ki­wa­ła nad zwa­lo­ny­mi pnia­mi, ła­ma­ła ga­łąz­kom kar­ki. To­wa­rzy­szy­li jej Wil­cy, wi­dzia­ła ich przy­gar­bio­ne syl­wet­ki, sły­sza­ła przy­spie­szo­ne od­de­chy i wark­ni­ęcia. Nie mo­gła do­pu­ścić do tego, by klątwa prze­trwa­ła. Całe ży­cie prze­ko­ny­wa­ła Dzie­wan­nę, że po­win­na od­puś­cić. Cza­sy się zmie­ni­ły, nie po­trze­ba im już ochro­ny, nie­bez­pie­cze­ństwa znik­nęły i w mia­stach żyło się do­brze. W wol­nej Pol­sce. Żan­na pla­no­wa­ła na­wet wy­pro­wadz­kę do Ka­to­wic, cho­ciaż od­wle­ka­ła ten mo­ment, ile się dało. Nie chcia­ła spo­ty­kać na uli­cach mat­ki, a te­raz pro­szę, przy­jęła ją pod swój dach. Do­bro­wol­nie. Z dwie­ma dziew­czyn­ka­mi, któ­re będą nio­sły w świat klątwę i pod­trzy­my­wa­ły kult Dzie­wan­ny.

Bo­gi­ni ostat­nio ro­sła w siłę. W Dzie­wi­cach po­ja­wi­ło się wie­le osób spra­gnio­nych no­wo­ści, ucie­ka­jących od Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go. Sły­sza­ła o afe­rach we wspól­no­cie, o wy­ko­rzy­sty­wa­niu naj­młod­szych, or­giach, o tym, że ksi­ęża za­po­mnie­li o tym, że mie­li słu­żyć lu­dziom, a nie na od­wrót. Czło­wiek szu­kał ko­goś, kto się nim za­opie­ku­je, da mu po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa, a nie będzie wma­wiał, że spło­nie w ogniu, strąco­ny do pie­kła na wiecz­ne męki.

A jed­nak strach dzia­łał. Żan­na wie­dzia­ła o tym, bo wie­le go w swo­im ży­ciu do­świad­czy­ła. Ale nie chcia­ła o tym my­śleć. Pla­no­wa­ła za­bić dziew­czyn­ki, ode­brać im ży­cie, po­zba­wić klątwy na za­wsze. Ta myśl, ob­se­syj­na od za­wsze, nie mo­gła wy­jść jej z gło­wy na­wet wte­dy, kie­dy w ko­ńcu nad ra­nem po­ło­ży­ła się spać.

Roz­dział 2.

Strach. Ema­no­wa­ła nim przez pierw­sze lata ży­cia. Od mo­men­tu, kie­dy mat­ka bez­tro­sko od­da­ła ją pod opie­kę bo­gi­ni. Żan­na tego nie pa­mi­ęta­ła, jed­nak sły­sza­ła wie­le hi­sto­rii i wie­rzy­ła w nie. Dzie­wan­na od­da­ła ją pod opie­kę ru­sa­łkom, ale często za­bie­ra­ła do sie­bie, do miej­sca, któ­re­go nikt nie znał, tak przy­naj­mniej utrzy­my­wa­ła sama bo­gi­ni. Miesz­ka­ła w wy­drążo­nym pniu ogrom­ne­go, pra­sta­re­go dębu i Żan­na cza­sa­mi się za­sta­na­wia­ła, kto jest star­szy. Drze­wo na­dal żyło - w ja­kiś prze­dziw­ny spo­sób od­dy­cha­ło. Żan­na lu­bi­ła się przy­tu­lać do ścian, z cze­go bo­gi­ni często żar­to­wa­ła.

Gdy była dziec­kiem, strach to­wa­rzy­szył jej, kie­dy w po­bli­żu znaj­do­wa­ła się Dzie­wan­na. Nie po­tra­fi­ła tego wy­ja­śnić ani zro­zu­mieć. Jak­by się oba­wia­ła, że ta krwio­żer­cza ko­bie­ta ją po­żre, prze­żu­je i wy­plu­je. Ir­ra­cjo­nal­ne, bo prze­cież mo­gła ją za­mor­do­wać jako nie­mow­lę, a jed­nak ją wy­cho­wy­wa­ła. Uczy­ła o zio­łach, ma­gii czer­pa­nej z na­tu­ry, zwie­rzętach, ru­sa­łkach i sta­rych bo­gach, o świa­to­wych re­li­giach. Na­uczy­ła ją czy­tać, pi­sać i przede wszyst­kim my­śleć. Kie­ro­wać się ser­cem, in­tu­icją, wy­ci­szać umy­sł. W któ­ry­mś mo­men­cie Żan­na prze­sta­ła się bać, przy­zwy­cza­iła się do aury ota­cza­jącej Dzie­wan­nę, do Wil­ków skry­wa­jących ta­jem­ni­ce, ru­sa­łek z ich bez­tro­skim, ale jed­no­cze­śnie pu­stym ży­ciem.

Po­wrót Ży­wii roz­bu­dził daw­no uśpio­ne uczu­cie. Ota­czał Żan­nę ni­czym cia­sno za­wi­ąza­ny sznur, przy­du­sza­jąc co ja­kiś czas. Strach znów za­ostrzył pa­zu­ry, wbi­jał się w gar­dło i klat­kę pier­sio­wą, le­d­wo mo­gła od­dy­chać. Rano obu­dził ją stuk desz­czu o dach, uwiel­bia­ła ten dźwi­ęk, tym ra­zem jed­nak nie przy­no­sił uko­je­nia, mie­szał się bo­wiem z pła­czem nie­mow­ląt. Tych, któ­re po­win­na za­bić. Jak mia­ła to zro­bić? Co po­wie­dzieć Ży­wii? Wsta­ła, kie­ro­wa­na fu­rią i po­szła do sy­pial­ni mat­ki.

- Dla­cze­go? - Sta­nęła w pro­gu. - Dla­cze­go po­zwo­li­łaś znów się za­płod­nić? I to bra­tu!

- Żan­na...

- Bo­rze szu­mi­ący. - Wy­rzu­ci­ła ra­mio­na w górę. - Nie masz żad­nych sen­sow­nych ar­gu­men­tów.

- Kie­dyś się za­ko­chasz. - Ży­wia ośmie­li­ła się uśmiech­nąć, co Żan­nę jesz­cze moc­niej roz­ju­szy­ło.

- Nie mam za­mia­ru! - wrza­snęła. Wzi­ęła kil­ka od­de­chów, żeby się uspo­ko­ić, od­na­le­źć rów­no­wa­gę. Krzyk ni­cze­go nie zmie­niał. - Pla­no­wa­łam za­ko­ńczyć tę cho­ler­ną klątwę. Umó­wi­łam się z Dzie­wan­ną, a ona się zgo­dzi­ła, że umrę bez­dziet­nie.

- Ale ja...

- Cie­bie by za­bi­ła. - Prze­rwa­ła jej gwa­łtow­nie. - Z mi­ło­sier­dzia. Dla­te­go, że mnie po­ko­cha­ła, że cza­sy się zmie­ni­ły, że... - Bra­kło jej słów.

- Na­praw­dę? - Ży­wia dźwi­gnęła się do po­zy­cji sie­dzącej.

- Ale wszyst­ko ze­psu­łaś. - Żan­na wska­za­ła dzie­ci. - Gdy­byś cho­ciaż uro­dzi­ła chłop­ców.

- Nie od­da­ła­bym ich Dzie­wan­nie - sko­men­to­wa­ła su­cho.

- Och, oczy­wi­ście. Po­dej­rze­wam, że uciecz­ka z sy­nem wy­szła ci na zdro­wie. W ogó­le jak to mo­żli­we, że tak sta­re cia­ło uro­dzi­ło dzie­ci... - Żan­na po­kręci­ła gło­wą. - Mniej­sza z tym. Na­ra­ża­łaś je na cho­ro­by! A sama wy­cho­wa­łaś się z Dzi­wo­ląga­mi, za­po­mnia­łaś?

- Mi­ło­ść... zmie­nia po­strze­ga­nie.

Żan­na za­plo­tła ręce na pier­siach.

- Na­wet kosz­tem zdro­wia dzie­ci? Na­praw­dę?

- Wi­dać, że ni­g­dy nie ko­cha­łaś - rzu­ci­ła Ży­wia. - To osza­ła­mia­jące! Nie do opi­sa­nia.

- Prze­cież mo­żna się za­bez­pie­czać, na li­to­ść. I chy­ba w mi­ło­ści nie o sam seks cho­dzi?

Ży­wia się za­czer­wie­ni­ła, czy­li Żan­na tra­fi­ła w sed­no.

- Gdzie jest twój ko­cha­nek? - za­da­ła ko­lej­ne py­ta­nie.

- Nie żyje. - Twarz Żan­ny przy­krył cień. Od­wró­ci­ła wzrok, a Żan­na za­wsty­dzi­ła się, że za­py­ta­ła tak ostro. - Mój sy­nek też. Wie­le rze­czy się po­dzia­ło.

- Wiem... - wy­szep­ta­ła.

- Usza­nuj moją ża­ło­bę i daj mi od­po­cząć. I się wy­pła­kać. Nie chcę tego ro­bić na oczach ko­goś, kto mnie tak bar­dzo nie­na­wi­dzi.

Żan­na nie spro­sto­wa­ła, nie za­prze­czy­ła. Sama nie wie­dzia­ła, co czu­je do tej ko­bie­ty. Jed­no wie­dzia­ła na pew­no, Ży­wia nie po­zwo­li jej tknąć có­rek, będzie ich bro­nić jak lwi­ca, po­nie­waż sta­no­wi­ły cały jej świat. Nie mia­ła już uko­cha­ne­go mężczy­zny, a bli­źniacz­ki sta­no­wi­ły po nim je­dy­ną pa­mi­ąt­kę, je­śli mo­żna tak po­wie­dzieć o dzie­ciach.

I Żan­na po­my­śla­ła, że cze­ka ją wie­le pra­cy. Nie sądzi­ła jed­nak, że jed­no­cze­śnie wy­da­rzy się coś, co zbu­rzy jej spo­kój.

Roz­dział 3.

Zna­la­zła tę dziew­czy­nę któ­re­goś wie­czo­ru. Nad­cho­dzi­ła już je­sień i Żan­na wy­czu­wa­ła ją w po­wie­trzu. Li­ście wi­bro­wa­ły na drze­wach w in­nej to­na­cji niż za­zwy­czaj, pod sto­pa­mi sze­le­ści­ły ze­schni­ęte upal­nym la­tem tra­wy. Deszcz osia­dał na ga­łąz­kach li­ści i wy­glądał ni­czym nie­wy­pła­ka­ne jesz­cze łzy. Nie­któ­re li­ście za­częły się ru­mie­nić, inne jesz­cze zie­lo­ne spa­da­ły pod na­po­rem moc­ne­go wia­tru. Żan­na ko­cha­ła tę porę roku i często spa­ce­ro­wa­ła. Pod­czas jed­nej z prze­cha­dzek tra­fi­ła na tę isto­tę nie­po­dob­ną do ni­cze­go. Twarz mia­ła zma­sa­kro­wa­ną, cia­ło po­ra­nio­ne, nie­któ­re ob­ra­że­nia wy­gląda­ły na świe­że, inne już się go­iły albo jątrzy­ły ropą.

- Hej - po­wie­dzia­ła Żan­na.

Pod­cho­dzi­ła ostro­żnie, bo nie mia­ła po­jęcia, czy nie­zna­jo­ma jest nie­bez­piecz­na, czy nie. Ta, jak się oka­za­ło, le­d­wo od­dy­cha­ła, więc Żan­na od­wa­ży­ła się kuc­nąć, ci­ągle ostro­żna. Isto­ta przed­sta­wia­ła sobą ża­ło­sny wi­dok i cór­ce Ży­wii ści­snęło się ser­ce. Wy­sta­jące że­bra ob­ci­ągni­ęte po­si­nia­czo­ną i po­ob­cie­ra­ną skó­rą, po­pęka­ne, lek­ko roz­chy­lo­ne usta, za­krwa­wio­ne ucho, po­na­ci­na­ne pier­si. Te ele­men­ty rzu­ca­ły się w oczy. Kie­dy ko­bie­ta się po­ru­szy­ła, Żan­na zro­zu­mia­ła, że nie pa­trzy na tru­pa, ale na­dal ży­we­go czło­wie­ka. Po­de­szła i wzi­ęła ją na ręce. Ta sła­bo za­pro­te­sto­wa­ła, nie mia­ła sił, żeby wal­czyć. Oka­za­ło się, że jest lek­ka ni­czym ru­sa­łka. Żan­na szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła do domu, w gło­wie pla­nu­jąc za­bie­gi, któ­rym pod­da nie­zna­jo­mą, żeby za­brać ją z przed­sion­ka śmier­ci. Sła­by, płyt­ki od­dech świad­czył o tym, że ko­bie­ta wła­śnie tam się znaj­du­je.

Dziew­czy­na otwo­rzy­ła drzwi lek­kim kop­ni­ęciem i nie zwra­ca­jąc uwa­gi na mat­kę krząta­jącą się w kuch­ni, we­szła do sy­pial­ni i po­ło­ży­ła nie­zna­jo­mą w swo­im łó­żku.

- Za­parz, pro­szę, po­krzy­wę z li­śćmi ma­lin i przy­nieś mi lnia­ne nici, są w kre­den­sie w jed­nej z szu­flad. A, i prze­pa­lo­ną nad ogniem igłę - po­pro­si­ła, kie­dy mat­ka z cie­ka­wo­ścią za­gląd­nęła do po­ko­ju. - I jesz­cze roz­ma­ryn le­kar­ski za­lej wrząt­kiem.

Ży­wia nie ode­zwa­ła się sło­wem, tyl­ko po­szła wy­ko­nać po­le­ce­nie, a Żan­na zdjęła z po­szko­do­wa­nej reszt­ki odzie­ży. Zro­bi­ło jej się go­rąco, kie­dy do­ty­ka­ła cia­ła ko­bie­ty, by spraw­dzić, ja­kie od­nio­sła ob­ra­że­nia. Wy­gląda­ło na to, że zo­sta­ła moc­no po­bi­ta, jed­nak na­past­nik nic jej nie zła­mał. Naj­wi­docz­niej pró­bo­wa­ła się bro­nić, pa­znok­cie mia­ła po­ła­ma­ne, a kłyk­cie zdar­te, ale jak wi­dać, na nie­wie­le się to zda­ło. Mat­ka wró­ci­ła z tacą i Żan­na mo­gła za­brać się do pra­cy. Za­mo­czy­ła ka­wa­łek płót­na, któ­ry Ży­wia prze­zor­nie przy­go­to­wa­ła, w na­pa­rze z roz­ma­ry­nu i za­częła prze­my­wać rany. Roz­ma­ryn dzia­łał do­sko­na­le jako śro­dek od­ka­ża­jący. Ży­wia tym­cza­sem pró­bo­wa­ła ły­żecz­ką na­po­ić nie­zna­jo­mą, któ­ra to od­zy­ski­wa­ła, to tra­ci­ła przy­tom­no­ść. Kie­dy wszel­kie otar­cia i ci­ęcia zo­sta­ły opa­trzo­ne, Żan­na za­bra­ła się do szy­cia.

- Co jej się sta­ło? -za­py­ta­ła Ży­wia ci­cho, jak­by bała się zbu­dzić śpi­ącą nie­spo­koj­nie ko­bie­tę.

- Nie wiem, zna­la­złam ją na skra­ju na lasu. My­śla­łam, że nie żyje.

- Wy­li­że się pew­nie - oce­ni­ła Ży­wia. - Ko­bie­ty nie pod­da­ją się ła­two.

- Wiem.

Dziew­czyn­ki za­częły kwi­lić w po­ko­ju obok i mat­ka po­szła je na­kar­mić. Żan­nie ści­snęło się gar­dło na myśl o tym, że będzie mu­sia­ła wkrót­ce pod­jąć de­cy­zję, co z nimi zro­bić. Na ten mo­ment nie mo­gła zde­cy­do­wać, gdyż za­czy­na­ły jej drżeć ręce. Sły­sza­ła ko­ły­san­kę, któ­rą Ży­wia nu­ci­ła cór­kom, i za­le­wa­ła ją mi­mo­wol­na za­zdro­ść. Ona tego nie do­świad­czy­ła, nie mia­ła szan­sy po­czuć tej mat­czy­nej mi­ło­ści. Zo­sta­ła od­su­ni­ęta, po­nie­waż uro­dzi­ła się dziew­czyn­ką, a na do­da­tek To­masz, dru­gie z ko­lei dziec­ko, zdążył za­wład­nąć ca­łym ser­cem mat­ki. Nie ża­ło­wa­ła, że zo­sta­ła z Dzie­wan­ną, na­uczy­ła się wie­lu rze­czy i wie­dzia­ła, jak po­pro­wa­dzić ży­cie, żeby wy­pe­łnić klątwę i ją za­ko­ńczyć, ale znów mat­ka wszyst­ko znisz­czy­ła.

Uci­ęła no­życz­ka­mi ko­niec nici i za­bra­ła się za ko­lej­ne rany. Kie­dy do­ty­ka­ła pier­si ko­bie­ty, wy­da­wa­ło się jej, że pro­fa­nu­je pew­ne sa­crum, że to miej­sce po­win­no być do­ty­ka­ne je­dy­nie z mi­ło­ścią i spło­szy­ła ją ta myśl. Czy­żby to ja­kiś bli­ski nie­zna­jo­mej mężczy­zna zro­bił jej tak wiel­ką krzyw­dę? Chciał ją na­zna­czyć albo ze­szpe­cić? Pew­nie uzy­ska od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, kie­dy ko­bie­ta się ock­nie, a ona od­wa­ży się je za­dać. Tego nie była pew­na, nie za wie­le cza­su spędzi­ła z lu­dźmi, ota­cza­ła się ra­czej isto­ta­mi ma­gicz­ny­mi, skrza­ta­mi, ru­sa­łka­mi, przy­ja­źni­ła się z Le­szym, no i z Dzie­wan­ną. To ją na­zy­wa­ła­by mat­ką, gdy­by w tej kra­inie funk­cjo­no­wa­ło ta­kie okre­śle­nie. Ona sama na­uczy­ła się go z ksi­ążek. I na pew­no nie mia­ła za­mia­ru uży­wać go w re­la­cji z Ży­wią, choć ta o to pro­si­ła.

Sku­pie­nie na pra­cy po­ma­ga­ło ana­li­zo­wać sy­tu­ację. Czu­ła się zra­nio­na i po­rzu­co­na, ale obec­no­ść mat­ki dzia­ła­ła na nią w ja­kiś spo­sób. Jed­no­cze­śnie się od niej dy­stan­so­wa­ła i mia­ła ocho­tę się przy­tu­lić. To wpro­wa­dza­ło ją w kon­ster­na­cję i de­ner­wo­wa­ło.

- Gdzie... - Usły­sza­ła chra­pli­wy szept.

Żan­na spoj­rza­ła w oczy nie­zna­jo­mej, ciem­ne i błysz­czące od go­rącz­ki. Mu­sia­ła po­dać jej zie­le wi­ązów­ki błot­nej na go­rącz­kę, cho­ciaż nie chcia­ła zbyt­nio jej ob­ni­żać, bo ozna­cza­ła ona, że or­ga­nizm wal­czy.

- W bez­piecz­nym miej­scu - po­wie­dzia­ła to, co wy­da­wa­ło się jej naj­wła­ściw­sze, i ko­bie­ta fak­tycz­nie ode­tchnęła głębiej z ulgą.

- Boli - po­ska­rży­ła się ci­cho. - Prze­pra­szam.

- Szy­ję skó­rę, więc będzie bo­la­ło, ale trze­ba to zro­bić. Masz pa­skud­ne rany. Kto ci to zro­bił? - Po­pa­trzy­ła nie­zna­jo­mej w oczy, ale ta od­wró­ci­ła wzrok i przy­mknęła po­wie­ki. - To wa­żne - do­da­ła Żan­na.

- Nie mam za­mia­ru się ska­rżyć - od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta sta­now­czo. Żan­na nie po­dej­rze­wa­ła jej o taki ton. - Po pro­stu... za­słu­ży­łam.

- Ty sie­bie sły­szysz? - prych­nęła Żan­na i ob­ci­ęła nit­kę. Prze­szła do ko­lej­ne­go ci­ęcia. - Nikt nie ma pra­wa tak trak­to­wać czło­wie­ka.

- Nie je­stem czło­wie­kiem - wes­tchnęła głębo­ko ko­bie­ta. - Je­stem żoną.

Żan­na przez chwi­lę prze­sta­ła pra­co­wać i zdu­mio­na wpa­try­wa­ła się w ko­bie­tę, jed­nak ta nie żar­to­wa­ła i swo­je sło­wa trak­to­wa­ła nad wy­raz po­wa­żnie.

- Nie żar­tu­jesz. - Sama nie wie­dzia­ła, czy pyta, czy stwier­dza.

- Ta­tuś za­wsze po­wta­rzał, że Bóg stwo­rzył Ewę z że­bra Ada­ma, więc jest gor­szą isto­tą. I że zo­sta­ła po­wo­ła­na do tego, by słu­żyć mężczy­źnie.

- A twój sza­now­ny oj­ciec sły­szał może o Li­lith? - za­gad­nęła Żan­na i wró­ci­ła do pra­cy.

Sta­ra­ła się nie prze­kła­dać zło­ści na ru­chy pal­ców i igły, nie chcia­ła dziew­czy­nie ro­bić wi­ęk­szej krzyw­dy.

- Nie znam Li­lith - od­po­wie­dzia­ła za­py­ta­na. - Ta­tuś pew­nie też.

- Sko­ro taki re­li­gij­ny, to po­wi­nien znać - za­wy­ro­ko­wa­ła Żan­na. - Pierw­sza żona Ada­ma zo­sta­ła stwo­rzo­na w ten sam spo­sób co on. Z żad­ne­go tam że­bra. Ale nie chcia­ła go słu­chać, w ogó­le uwa­żam, że ten fa­cet mu­siał być bub­kiem, sko­ro Bóg po­zwo­lił mu na­zwać wszyst­ko, co stwo­rzył. W ogó­le cie­ka­we, czy Adam i Li­lith do­sta­li roz­wód, czy jej ode­jście było trak­to­wa­ne jako ze­rwa­nie węzła ma­łże­ńskie­go. Jak sądzisz?

- N-nie wiem.

Ko­bie­ta wy­da­wa­ła się jesz­cze bar­dziej wy­stra­szo­na i Żan­na wca­le się nie dzi­wi­ła. Sko­ro nie sły­sza­ła o Li­lith, zo­sta­ła wy­cho­wa­na w wie­rze ogra­ni­czo­nej, gdzie Pi­smo Świ­ęte cy­to­wa­ło się je­dy­nie wy­ryw­ko­wo i uży­wa­ło go do kie­łzna­nia owie­czek, a nie z po­wo­du tro­ski o ich zba­wie­nie. Dzie­wan­na wpo­iła Żan­nie, że wia­ra chrze­ści­ja­ńska jest pi­ęk­na, jed­nak wy­ko­rzy­sty­wa­na przez czło­wie­ka, szcze­gól­nie przez mężczyzn, sta­ła się na­rzędziem. Żan­na wie­le o tym czy­ta­ła, była cie­ka­wa świa­ta i zo­rien­to­wa­ła się szyb­ko, że Ko­ściół gra w po­li­ty­kę, że już daw­no ta in­sty­tu­cja za­po­mnia­ła o Stwo­rzy­cie­lu. Nie mia­ła za­mia­ru jed­nak pro­wa­dzić te­raz tej roz­mo­wy. Za­szy­ła ostat­nią ranę i znów prze­my­ła je roz­ma­ry­nem. Po­szła do kuch­ni, gdzie zna­la­zła maść z mio­du, wró­ci­ła do ko­bie­ty i po­sma­ro­wa­ła wra­żli­we miej­sca mie­szan­ką.

- Jak masz na imię? - za­py­ta­ła.

- Ża­kli­na. - Nie wia­do­mo dla­cze­go ko­bie­ta za­ru­mie­nia­ła się i wy­gląda­ła zu­pe­łnie ina­czej niż wcze­śniej, jak­by na­gle wstąpi­ło w nią we­wnętrz­ne pi­ęk­no.

- Je­stem Żan­na. - Po­da­ła jej rękę, a ta uści­snęła ją ostro­żnie, ści­ska­jąc sa­my­mi tyl­ko lo­do­wa­ty­mi pal­ca­mi.

Wy­da­wa­ła się pło­cha ni­czym sar­na, a jed­no­cześ­nie sil­na ni­czym nie­dźwie­dź i Żan­na za­sta­na­wia­ła się, skąd ten dy­so­nans. Było w Ża­kli­nie coś, co ją urze­ka­ło, po­ci­ąga­ło. Może hi­sto­ria tego, jak do­szło do jej po­bi­cia? A może fakt, że Żan­na tak rzad­ko spo­ty­ka­ła lu­dzi spo­za lasu, a w szcze­gól­no­ści spo­za Dzie­wic.

- Przy­go­tu­ję kle­ik ku­ku­ry­dzia­ny i zo­ba­czy­my, jak za­re­agu­je twój żo­łądek - po­sta­no­wi­ła Żan­na i za­krząt­nęła się, żeby ukryć zmie­sza­nie. - Pó­źniej może ro­sół? Po­sta­wi cię na nogi, no i jaja, wia­do­mo. Masz. - Po­da­ła Ża­kli­nie po­krzy­wę z li­śćmi ma­lin. - Po­czu­jesz się po tym le­piej. Je­śli mo­żesz, śpij, to naj­lep­sza re­ge­ne­ra­cja.

Ża­kli­na po­tak­nęła gło­wą i po­słusz­nie wy­chy­li­ła ku­bek na­pa­ru, a pó­źniej opa­tu­li­ła się w pie­rzy­nę i za­mknęła oczy. Żan­na po­my­śla­ła, że mimo si­nia­ków jest pi­ęk­na.

Roz­dział 4.

Ża­kli­na spa­ła dłu­go. Zdążył mi­nąć dzień, wie­czór za­pu­kał do okiem pó­łm­ro­kiem, gdzieś za­wy­li Wil­cy i Żan­na się uśmiech­nęła. Zbli­ża­ła się pe­łnia, naj­wa­żniej­sze kil­ka dni w mie­si­ącu. Wil­cy, my­le­ni często z wil­ko­ła­ka­mi, prze­ży­wa­li wte­dy swo­iste gody i do­bie­ra­li się w pary, by pró­bo­wać spło­dzić po­tom­stwo. Cza­sa­mi Dzie­wan­na po­zwa­la­ła Żan­nie zo­sta­wać na ich obrzędach i się przy­glądać, ale tyl­ko do pew­ne­go mo­men­tu. A ona to uwiel­bia­ła, cho­ciaż za­wsze była obu­rzo­na, że bo­gi­ni ją wy­ga­nia. Znaj­do­wa­ła w tym coś ma­gicz­ne­go, z zu­pe­łnie in­ne­go świa­ta niż ten, któ­ry zna­ła, mimo że miesz­ka­ła w kniei, gdzie ucho­wa­li się daw­ni bo­go­wie i stwo­ry, któ­re lu­dzie zna­li tyl­ko z opo­wie­ści. Teo­re­tycz­nie, bo prze­cież by po­wsta­ły w wy­obra­źni lu­dzi, ktoś mu­siał je kie­dyś wi­dzieć. W ka­żdym ra­zie kie­dy mie­si­ączek krąglał, Wil­cy zbie­ra­li się na wiel­kiej po­la­nie ukry­tej głębo­ko w le­sie i na­wet gdy­by ja­kiś czło­wiek zgu­bił się w gęstwi­nie, nie by­łby w sta­nie jej od­na­le­źć. Ona na­le­ża­ła do sta­da, mo­gła więc im to­wa­rzy­szyć, ale na przy­kład Ży­wia już nie. Świ­ęte miej­sce Wil­cy na­zy­wa­li ŁuŁu, co w ich języ­ku ozna­cza­ło chy­ba mi­ło­ść. Żan­na za­wsze mia­ła wra­że­nie, że kie­dy tyl­ko przy­będą wszy­scy za­pro­sze­ni, las za­pla­ta za nimi ko­na­ry, żeby ukryć ich pod swo­istą ko­pu­łą. Wil­cy w bla­sku ognia pre­zen­to­wa­li się zu­pe­łnie ina­czej niż za dnia, ta­ńczące świa­tło ognia wy­do­by­wa­ło z ich twa­rzy ja­kąś gro­zę, nie­do­strze­gal­ną na co dzień. Za­wie­rza­li wte­dy in­stynk­to­wi, mie­sza­li piwo z bie­lu­niem dzi­ędzie­rza­wą, aby wpro­wa­dzić się w stan psy­cho­tycz­ny. Żan­na spró­bo­wa­ła kie­dyś za­le­d­wie kil­ku kro­pel i od­pły­nęła w nie­zbyt przy­jem­ny spo­sób. Za­pa­mi­ęta­ła po­czu­cie dez­orien­ta­cji, wie­dzia­ła, że dręczy­ły ją wi­zje, ale jako że sko­po­la­mi­na po­wo­du­je amne­zję, więc nie­wie­le za­pa­mi­ęta­ła. Z tego, co wie­dzia­ła, Wil­cy re­ago­wa­li na nią w zu­pe­łnie inny spo­sób i tak wła­śnie wy­ja­śni­ła jej to Dzie­wan­na, gdy Żan­na za­py­ta­ła, skąd taka ró­żni­ca w do­zna­niach.

- Pa­mi­ętaj, że Wil­cy to inne niż lu­dzie isto­ty. Nie zna­my do ko­ńca ich po­cho­dze­nia, zro­dzi­li się gdzieś w toku ewo­lu­cji, gdy czło­wiek żył bli­sko z wil­kiem. - Spoj­rza­ła zna­cząco na Żan­nę, a ta się za­ru­mie­ni­ła. -Wil­ko­ła­ki to ly­kan­tro­py, zmien­no­kszta­łt­ni, Wil­cy nie mają dwóch po­sta­ci, a jed­ną. Wil­ko­ła­ki to isto­ty ob­ci­ążo­ne klątwą, pod­czas gdy Wil­cy wy­kszta­łci­li się jako osob­na rasa.

Żan­na nie do ko­ńca to ro­zu­mia­ła, ale nie chcia­ła do­py­ty­wać, bo Dzie­wan­na szyb­ko tra­ci­ła cier­pli­wo­ść. Pew­nych rze­czy i tak nie dało się po­jąć, po pro­stu na­tu­ra stwo­rzy­ła coś nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go i le­piej było nie do­cie­kać. Żan­na zna­la­zła o wil­ko­ła­kach spo­ro in­for­ma­cji, tak samo jak o wam­pi­rach i in­nych dzi­wa­dłach i świ­ęcie wie­rzy­ła w ich ist­nie­nie. Wil­cy sta­no­wi­li ta­jem­ni­cę i chy­ba nie na­tra­fi­ła na nich w po­pkul­tu­rze.

- Wil­cy chro­nią swo­ją pry­wat­no­ść - po­wie­dzia­ła Dzie­wan­na. - Ich po­cho­dze­nie jest dość kon­tro­wer­syj­ne i boją się ostra­cy­zmu. Ła­two ko­goś osądzać, cho­ciaż już od daw­na ża­den z nich nie łączył się z czło­wie­kiem. Ist­nie­ją już jako osob­na jed­nost­ka.

- Ro­zu­miem.

Wie­dzia­ła prze­cież, jak lu­dzie po­tra­fi­li nisz­czyć. Czy­ta­ła o ple­mio­nach daw­nej Ame­ry­ki, o rdzen­nych miesz­ka­ńcach wy­tępio­nych do cna przez bia­łe­go czło­wie­ka. Nie zo­sta­ło wie­le - wy­trze­bio­ne tra­dy­cje, ubiór, wie­rze­nia. Zo­sta­li ska­za­ni na za­gła­dę tyl­ko dla­te­go, że ktoś czuł się od nich lep­szy, że po­sta­no­wił ich ucy­wi­li­zo­wać, co­kol­wiek to zna­czy­ło. Bia­li, jak po­dej­rze­wa­ła Żan­na, bali się in­no­ści. Uwa­ża­li In­dian za dzi­ku­sów, mimo że to byli mądrzy lu­dzie, osa­dze­ni w swo­jej kul­tu­rze. To Eu­ro­pej­czy­cy oka­za­li się bez­dusz­ny­mi ko­lo­ni­za­to­ra­mi. Po­dob­nie zresz­tą dzia­ło się w Afry­ce, któ­ra też sta­ła się ofia­rą za­pędów "cy­wi­li­zo­wa­nych" lu­dzi. I oczy­wi­ście sze­rzo­na jest re­li­gia, we­dług nie­któ­rych je­dy­na słusz­na, chrze­ści­ja­ńska. Żan­nę bo­la­ło ser­ce na myśl o tym, ile znik­nęło ze świa­ta bóstw i bo­żków. Dzie­wan­na tłu­ma­czy­ła jej kie­dyś, że kie­dy lu­dzie prze­sta­ją wie­rzyć, oni zni­ka­ją, roz­pły­wa­ją się w po­wie­trzu. Dla­te­go tak dba­ła o Dzie­wi­ce i swój kult, dla­te­go cie­szy­ła się, że pra­bab­ka Że­li­sła­wa zgo­dzi­ła się na klątwę, po­nie­waż do­pó­ki żyła ja­ka­kol­wiek cór­ka z jej rodu, ktoś wie­rzył w bo­gi­nię. A to da­wa­ło jej nie­śmier­tel­no­ść. Zresz­tą po­dob­nie było z chłop­ca­mi od­da­wa­ny­mi pod opie­kę ru­sa­łek, do lasu, w któ­rym rządzi­ła.

Ock­nęła się z za­my­śle­nia, kie­dy Ża­kli­na jęk­nęła. Nie prze­bu­dzi­ła się jesz­cze, ale to mia­ło się zmie­nić, więc Żan­na po­szła za­mie­szać kle­ik ku­ku­ry­dzia­ny. Ro­sół de­li­kat­nie pyr­kał na pie­cu, nie do­kła­da­ła dużo do ognia, żeby zupa się nie za­go­to­wa­ła, po­win­na do­cho­dzić do sma­ku po­wo­li. W kuch­ni za­sta­ła mat­kę nad kub­kiem me­li­sy, wpa­trzo­ną gdzieś w dal. Często się tak za­wie­sza­ła, wspo­mnia­ła ży­cie w mie­ście i pod­jęte de­cy­zje, pra­wie wszyst­kie błęd­ne. Nie­wie­le o tym roz­ma­wia­ły, ale Żan­na wie­dzia­ła, że mat­ka kie­dyś pęk­nie i to ona sta­nie się jej po­wier­nicz­ką, choć tego nie chcia­ła.

- Co z nią zro­bisz? - za­py­ta­ła, kie­dy cór­ka za­częła mie­szać kle­ik.

- Nie wiem.

- Nikt obcy nie po­wi­nien tu zo­sta­wać. Boję się o dziew­czyn­ki... - Ży­wia za­wie­si­ła głos, a Żan­na po­my­śla­ła, że mat­ka nie po­win­na się bać ob­cej, a swo­jej naj­star­szej cór­ki.

Dziew­czy­na po­czu­ła zło­ść, że mat­ka su­ge­ru­je jej wy­rzu­ce­nie Ża­kli­ny. Nie mia­ła za­mia­ru tego ro­bić, po­win­na jej po­móc, czu­ła, że ta ko­bie­ta zmie­ni wie­le w jej ży­ciu, że nie tra­fi­ła na nią przy­pad­kiem. Za­mie­rza­ła słu­chać swo­jej in­tu­icji, tak jak uczy­ła ją Dzie­wan­na.

- Ona jest go­ściem - po­wie­dzia­ła twar­do i do­da­ła, pa­trząc mat­ce w oczy: - Po­dob­nie jak ty.

- No tak, po­win­nam znać swo­je miej­sce. - Mat­ka wy­krzy­wi­ła usta.

- To wła­śnie mia­łam na my­śli.

Wy­szła do po­ko­ju, nie­za­do­wo­lo­na z tej wy­mia­ny zdań. Nie mia­ła po­jęcia, czy Ża­kli­na w ogó­le będzie chcia­ła zo­stać. Na pew­no ona, Żan­na, nie chcia­ła­by po­wro­tu ko­bie­ty do opraw­cy, mu­sia­ła się ko­niecz­nie do­wie­dzieć, co się wy­da­rzy­ło. Nie­zna­jo­ma nie spa­ła, usia­dła i opa­tu­li­ła się ko­łdrą, jak­by ta mo­gła ją przed czym­kol­wiek ochro­nić. Jej oczy na­dal błysz­cza­ły go­rącz­ką i wy­da­wa­ły się ogrom­ne w wy­chu­dłej, po­si­nia­czo­nej twa­rzy. Żan­na po­de­szła ostro­żnie, tak jak to ro­bi­ła, kie­dy chcia­ła zbli­żyć się do sar­ny bądź za­jąca, usia­dła na brze­gu łó­żka i bez sło­wa po­da­ła mi­skę nie­zna­jo­mej. Ta wzi­ęła ją ostro­żnie, po­wącha­ła.

- Nic spe­cjal­ne­go, kle­ik ku­ku­ry­dzia­ny, któ­ry za­pe­łni ci żo­łądek. Zo­ba­czy­my, czy będziesz mo­gła zje­ść ro­sół.

- Nie je­stem głod­na.

- Za­pew­ne tak ci się wy­da­je, ale twój or­ga­nizm musi się zre­ge­ne­ro­wać. Pew­nie po po­bi­ciu wy­mio­to­wa­łaś? - Ża­kli­na ski­nęła gło­wą. - No wła­śnie. Na­pój z po­krzy­wy i ma­lin się przy­jął, więc i kle­ik po­wi­nien dać radę. Pó­źniej do­sta­niesz ro­so­łu z aj­lau­fem, a na­stęp­nie, je­śli będziesz do­brze się czuć, ugo­to­wa­ne mi­ęso z kury. Poza tym będzie­my poić cię zio­ła­mi.

- Je­steś ja­kąś cza­ro­dziej­ką? - za­py­ta­ła zlęk­nio­na ko­bie­ta. Wło­ży­ła ły­żkę do ust i się skrzy­wi­ła, Żan­na do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­ła, że bra­ku­je jej kil­ku zębów.

- Nie.

- Zio­ła to dzie­ło sza­ta­na.

- Ra­czej Boga, bym po­wie­dzia­ła, w ko­ńcu On stwo­rzył wszyst­ko, co na Zie­mi. Ro­śli­ny to naj­lep­sze, co nam dał, na­praw­dę, po­win­ni­śmy czer­pać z tego do­bro­dziej­stwa, za­miast je nisz­czyć. Sza­łwia po­mo­że ci na rany w ustach, dzia­ła prze­ciw­grzy­bi­czo, prze­ciw­za­pal­nie oraz prze­ciw­bak­te­ryj­nie. Zwi­ęk­szy też se­kre­cję so­ków żo­łąd­ko­wych, po­zbędziesz się ga­zów.

- Je­steś obrzy­dli­wa! O ta­kich rze­czach się nie roz­ma­wia - sko­men­to­wa­ła Ża­kli­na i za­mil­kła, jak­by coś so­bie uświa­do­mi­ła. - To nie są moje prze­ko­na­nia, nie moje sło­wa, wtło­czo­no mi je w gło­wę.

- Tak wła­śnie my­śla­łam, że nie je­steś taka. - Żan­na się uśmiech­nęła. - Ktoś cię po pro­stu stłam­sił.

- Nie wiem. Nie po­win­nam tak mó­wić.

- Je­steś krnąbr­na, hm? Bun­tow­nicz­ka. Nie umie­ją cię usta­wić pod swo­je wi­dzi­mi­się?

- Nie do ko­ńca. - Wes­tchnęła ko­bie­ta. - Tak na­praw­dę oto cały pro­blem. Oj­ciec mnie prał, ile wle­zie, mat­ka stra­szy­ła pie­kłem, a ja na­dal się temu opie­ra­łam jak ja­kaś głu­pia. Wi­dzia­łam, ja­kie ży­cie mają inne dziew­czy­ny. Czy­ta­łam po kry­jo­mu w bi­blio­te­ce, roz­ma­wia­łam z na­uczy­ciel­ka­mi, otwo­rzy­ły przede mną ho­ry­zon­ty. Chcia­ły ra­to­wać, ale ni­g­dy nie zna­la­zły do­wo­dów na ojca. Mat­ka za­prze­cza­ła, kie­dy pró­bo­wa­ły de­li­kat­nie wy­py­tać o prze­moc, choć prze­cież nie za­wsze dało się ukryć si­nia­ki.

- Więc po­sta­no­wił wy­dać cię za mąż? - do­my­śli­ła się Żan­na.

- A skąd. - Ża­kli­na mach­nęła ręką. Zja­dła kle­ik i pu­sta mi­ska le­ża­ła te­raz na jej ko­la­nach. - Za­ko­cha­łam się, śle­po i mło­dzie­ńczo. Wy­pe­łnio­na ma­rze­nia­mi wie­rzy­łam, że ten czło­wiek zmie­ni moje ży­cie na lep­sze, ale oka­za­ło się pó­źniej, że po pierw­sze, mój oj­ciec go pod­sta­wił, a po dru­gie, że to taki sam okrop­ny typ jak ta­tuś. Wzi­ęli mnie na dwa baty, jak to okre­śli­li. I to do­słow­nie, bo skręci­li so­bie ta­kie ró­zgi z ple­cio­nych rze­mie­ni.

- A mat­ka...? - Żan­nie le­d­wo to sło­wo prze­szło przez gar­dło. - Nie ob­cho­dzi­ło jej to?

- Zna­ła za­pach i smak bata - wy­ja­śni­ła ze skrzy­wie­niem ust. - Za­my­ka­ła więc oczy, żeby też nie obe­rwać. Nie dzi­wię się jej.

- I ucie­kłaś? - za­gad­nęła Żan­na.

Ści­ska­ło jej się gar­dło, kie­dy słu­cha­ła opo­wie­ści Ża­kli­ny. Mia­ła ocho­tę po­chy­lić się i ją przy­tu­lić, ale się nie od­wa­ży­ła, bo ko­bie­ta na ka­żdy gwa­łtow­ny ruch re­ago­wa­ła z prze­stra­chem.

- Nie. Kie­dy po­ro­ni­łam wy­cze­ki­wa­ne­go "dzie­dzi­ca", po­bił mnie i wy­wió­zł, że­bym zde­chła, jak to okre­ślił.

- Mam na­dzie­ję, że nie wró­cisz.

Ża­kli­na sku­li­ła się wy­stra­szo­na.

- Po­win­nam. Mama jest cho­ra, będzie się mar­twić.

- Mó­wisz o ko­bie­cie, któ­ra zo­sta­wi­ła cię na pa­stwę losu? - skon­tro­wa­ła roz­pa­lo­na na­głym gnie­wem Żan­na.

- O ma­mie. Prze­cież wiesz, że to ktoś wy­jąt­ko­wy.

- No wła­śnie nie. - Żan­na zmarsz­czy­ła brwi i spo­chmur­nia­ła.

- Prze­cież two­ja mama to do­bry czło­wiek - sko­men­to­wa­ła Ża­kli­na.

- Uwa­żasz tak po tych kil­ku mi­nu­tach kon­tak­tu z nią? - Na­pa­dła nie­co na nią, aż ta cof­nęła się zlęk­nio­na. - Nic nie wiesz o mo­jej mat­ce! Zo­sta­wi­ła mnie, sprze­da­ła za szczęście swo­je­go ko­cha­ne­go syn­ka, któ­re­go i tak znisz­czy­ła. Wy­cho­wa­łam się w le­sie, wśród ru­sa­łek, jak ja­kaś dzi­ku­ska. Przy­ja­źni­łam się z Le­szym, bo nie mia­łam in­nych przy­ja­ciół, a na pew­no żad­nych ludz­kich.

- Co ty mó­wisz? - Ża­kli­na wy­ra­źnie po­bla­dła.

Żan­na się spło­szy­ła. Nie chcia­ła zdra­dzać ta­jem­nic, ale wy­szło to na­tu­ral­nie, w ko­ńcu wszy­scy, z któ­ry­mi się sty­ka­ła, zna­li je w mniej­szym czy wi­ęk­szym stop­niu. Si­ęgnęła po mi­skę, pra­wie wy­rwa­ła ją z rąk ko­bie­ty, i ucie­kła do kuch­ni. Chcia­ło jej się pła­kać.

Roz­dział 5.

Żan­na z nie­chęcią za­uwa­ży­ła, że mat­ka sie­dzi w kuch­ni i ce­ru­je. Uwiel­bia­ła to ro­bić, dro­bić ście­gi na zdar­tych skar­pet­kach, two­rzyć mi­ni­dzie­ła, cho­ciaż nie było ni­ko­go, kto by to do­ce­niał. Żan­na za­sta­na­wia­ła się, czy jej oj­ciec to ro­bił, i na­gle za­pra­gnęła po­znać całą praw­dę o nim. Nie chcia­ła jed­nak py­tać, nie mia­ła ocho­ty na roz­mo­wę z Ży­wią, cho­ćby ją skręca­ło z cie­ka­wo­ści. Nie­ste­ty, mat­ka mia­ła chy­ba inne pla­ny, bo odło­ży­ła nici, sta­ran­nie scho­wa­ła igłę do pu­de­łka, zwi­nęła na­pra­wio­ne skar­pet­ki w kul­kę i zdjęła oku­la­ry. Po­pa­trzy­ła na nią zmęczo­nym wzro­kiem, prze­ta­rła pal­ca­mi oczy.

- Nie wiem, po co to ro­bisz - za­ata­ko­wa­ła Żan­na, za­nim mat­ka zdąży­ła się ode­zwać. - Mo­żna ku­pić nowe za gro­sze.

- Nie sądzi­łam, że Dzie­wan­na na­uczy cię roz­rzut­no­ści - za­opo­no­wa­ła gorz­ko Ży­wia. - My mu­sia­ły­śmy dbać o rze­czy, mama mnie tego na­uczy­ła.

- Oczy­wi­ście - zgo­dzi­ła się nie­chęt­nie i skrzy­wi­ła usta. - Sła­wet­na Ża­ne­ta, któ­ra po­ci­ągnęła klątwę, za­miast ją za­ko­ńczyć. Zresz­tą tak samo jak ty.

Żan­na wes­tchnęła głębo­ko, zmęczo­na. Mia­ła dość tego dnia, emo­cji, pła­czu dziew­czy­nek, roz­mo­wy z Ża­kli­ną. Na­gle wo­kół niej za­ro­iło się od lu­dzi, a ona prze­cież tak ce­ni­ła so­bie spo­kój. Bra­ko­wa­ło jej dni wy­pe­łnio­nych pra­cą - te­raz zwie­rzęta opo­rządza­ła Ży­wia - go­to­wa­nia obia­dów, le­ni­wych po­po­łud­ni z ksi­ążką, spa­ce­rów po le­sie. Wil­cy nie pod­cho­dzi­li zbyt bli­sko, od­kąd za­miesz­ka­ła u niej mat­ka i sio­stry, a gdy po­ja­wi­ła się Ża­kli­na, nie sły­sza­ła na­wet ich wy­cia. Może nie zwra­ca­ła uwa­gi, za­an­ga­żo­wa­na w roz­mo­wę z ko­bie­tą. A może po pro­stu ode­szli w inną część lasu. Nie po­tra­fi­ła znie­ść wy­cze­ku­jące­go wzro­ku mat­ki, kwi­le­nia dziew­czy­nek, tego ca­łe­go roz­gar­dia­szu: ty­ka­jące­go ze­ga­ra, bul­go­czącej zupy, mru­cze­nia pie­ca, pod któ­rym bu­zo­wał ogień. Chcia­ła krzy­czeć, ze­rwa­ła się więc i ucie­kła. Zrzu­ci­ła pan­to­fle, po­gna­ła pro­sto w naj­mrocz­niej­szą knie­ję. Na­wet ona rzad­ko się tam za­pędza­ła, nie­co oba­wia­ła się tego miej­sca, gdzie zmur­sza­łe drze­wa okry­te mchem i ziel­skiem wy­gląda­ły jak uśpio­ne ol­brzy­my. Pach­nia­ło tu sta­ro­ścią, tak przy­naj­mniej ko­ja­rzy­ło się Żan­nie. Ta­jem­ni­cą. To tu­taj gdzieś miesz­kał Le­szy, jed­nak ni­g­dy nie od­na­la­zła jego le­go­wi­ska. Po­dob­no by­wa­ły tu cza­sa­mi dria­dy i dru­idzi z cel­tyc­kich stron, wen­di­go z da­le­kiej Ame­ry­ki, der Wil­de­mann z Nie­miec, vile z Ba­łka­nów i inne stwo­rze­nia, rów­nie wspa­nia­łe jak ru­sa­łki. Dzie­wan­na uwiel­bia­ła go­ści, jed­nak kry­ła ich przed nie­po­żąda­nym wzro­kiem. Choć lu­dzie i tak by nie uwie­rzy­li, Żan­na śle­dzi­ła nor­mal­ny świat, pa­trzy­ła zza szyb­ki, jak bar­dzo stał się dziw­ny, jak kwe­stio­no­wa­na jest ka­żda praw­da. Od­cho­dzi­ła po­wo­li w za­po­mnie­nie wia­ra w nad­przy­ro­dzo­ne isto­ty, chy­ba że jako cie­ka­wost­ka. Na­wet Buka, uwiel­bia­na przez wszyst­kich po­stać wy­kre­owa­na przez pi­sar­kę i po­wo­ła­na do ży­cia przez wia­rę ty­si­ęcy dzie­ci. Na szczęście Mu­min­kom, tym okrop­nym, przy­po­mi­na­jącym moz­za­rel­lę stwo­rze­niom, się nie uda­ło. Jed­nak strach czy­nił naj­wi­ęk­sze rze­czy, i tak na­praw­dę Ko­ściół miał w tym ra­cję.

- Bie­gasz jak sza­lo­na. - Usły­sza­ła za sobą, więc sta­nęła.

Na­wet nie wie­dzia­ła, że aż tak bar­dzo jest zdy­sza­na. Opa­rła dło­nie na bio­drach i wy­rów­ny­wa­ła od­dech, pa­trząc z uko­sa na Dzie­wan­nę, a ta jak­by ni­g­dy nic gła­dzi­ła grot strzał. Uwiel­bia­ła tę broń, o czym naj­le­piej prze­ko­na­ła się bab­ka Ża­ne­ta.

- Zbu­dzi­łaś chy­ba wszyst­kie zwie­rzęta, aż Le­szy po­pro­sił o po­moc, bo bał się do cie­bie za­ga­dać. Wy­gląda­łaś jak fu­ria, wcie­le­nie wku­rze­nia. Co cię tak ugry­zło? Chy­ba nie Ży­wia?

- Nie wiem - burk­nęła w od­po­wie­dzi.

Wy­dęła usta, a Dzie­wan­na się za­śmia­ła. Żan­na usia­dła na pniu, bo­gi­ni przy­sia­dła obok, i Żan­na po­czu­ła się z tym do­brze.

- Po­ja­wi­ła się w le­sie taka jed­na ko­bie­ta - wy­ja­śni­ła nie­chęt­nie. Mó­wie­nie o Ża­kli­nie wy­da­wa­ło jej się zdra­dą, cho­ciaż to prze­cież ir­ra­cjo­nal­ne. - Jest... po­tur­bo­wa­na. Mąż ją tak urządził i nie wiem, co ci jesz­cze po­wie­dzieć.

- Wiem o niej, przede mną nic się nie ukry­je - od­po­wie­dzia­ła bo­gi­ni. - My­śla­łam, że umrze, wy­da­wa­ła się tak sła­ba.

- Też tak my­śla­łam, a jed­nak. - Żan­na uśmiech­nęła się ra­do­śnie. - Wy­gląda­ła go­rzej, ale to sil­na oso­ba.

- Nie wiem, czy może zo­stać - stwier­dzi­ła Dzie­wan­na. - Mąż będzie szu­kać cia­ła. Poza tym wy­czu­wam jej sil­ną wia­rę, okrut­nie cuch­nie.

- Jest tak wy­cho­wa­na, ale mam wra­że­nie, że szu­ka swo­jej dro­gi - od­pa­rła Żan­na. - Pew­nie mo­gła­by się na­wró­cić.

- Wiesz, że nie ro­bi­my nic na siłę. Wy­ko­rze­nić tak sil­nie wpo­jo­ne praw­dy jest trud­no, nie po­dej­muj się tego. Masz chy­ba wa­żniej­sze spra­wy, nie sądzisz?

- Mat­kę? - prych­nęła Żan­na.

- Sio­stry ra­czej - po­pra­wi­ła ją bo­gi­ni. - To one cię dręczą. Nie śpisz po no­cach, cza­sa­mi wy­jesz, prze­cież cię sły­szę. Wil­cy mi do­no­szą, że pła­czesz do mie­si­ącz­ka.

- Jak mo­gła­bym za­bić wła­sne sio­stry? - za­py­ta­ła. - Ży­wia tego nie prze­ży­je.

- Prze­ży­je. - Dzie­wan­na uśmiech­nęła się dra­pie­żnie, aż Żan­nę prze­sze­dł dreszcz.

- Do­my­ślam się, ale jed­nak nie by­ło­by to do­bre ży­cie.

- Żad­na z rodu go nie mia­ła. Ty jako pierw­sza zy­ska­łaś tę szan­sę, ale cóż, Ży­wia po­krzy­żo­wa­ła ci szy­ki. Chy­ba że... - Bo­gi­ni za­wie­si­ła głos i Żan­na spoj­rza­ła na nią uwa­żnie.

W oczach nie z tego świa­ta do­strze­ga­ła coś, co przy­pra­wia­ło ją o ciar­ki. Ja­kąś ta­jem­ni­cę, któ­rej jej umy­sł nie po­tra­fił po­jąć.

- Wiem.

Wsta­ła i ru­szy­ła truch­tem. Dręczy­ło ją coś, gry­zło od środ­ka i wca­le nie mia­ło to zwi­ąz­ku z bli­źniacz­ka­mi. Jej ży­cie prze­sta­ło być miłe i wy­god­ne, nie wie­dzia­ła, co da­lej. Do tej pory mia­ła skry­sta­li­zo­wa­ne pla­ny, ale ru­nęły one przez przy­by­cie Ży­wii i dziew­czy­nek, a te­raz ta­kże Ża­kli­ny. Pra­gnęła ze wszyst­kich sił swo­jej sa­mot­no­ści.

- Dzie­wecz­ko... - za­śpie­wał Le­szy:

Słu­chaj dzie­wecz­ko!

- Ona nie słu­cha. -

To dzień bia­ły! to mia­stecz­ko!

Przy to­bie nie ma ży­we­go du­cha,

Co tam wko­ło sie­bie chwy­tasz?

Kogo wo­łasz, z kim się wi­tasz?

- Ona nie słu­cha. -

To jak mar­twa opo­ka

Nie zwró­ci w stro­nę oka.

To strze­la wko­ło oczy­ma,

To się łza­mi za­le­je,

Coś niby chwy­ta, coś niby trzy­ma,

Roz­pła­cze się i za­śmie­je.

- "Ty­żeś to w nocy? to ty Ja­sie­ńku!

Ach! i po śmier­ci ko­cha!

Tu­taj, tu­taj, po­ma­le­ńku,

Cza­sem usły­szy ma­co­cha!...

Niech so­bie sły­szy... już nie ma cie­bie,

Już po two­im po­grze­bie!

Ty już uma­rłeś? Ach! ja się boję!...

Cze­go się boję, mego Ja­sie­ńka?

Ach, to on! lica two­je, oczki two­je!

Two­ja bia­ła su­kien­ka!

I sam ty bia­ły jak chu­s­ta,

Zim­ny... ja­kie zim­ne dło­nie!

Tu­taj po­łóż, tu na ło­nie,

Przy­ci­śnij mnie, do ust usta!...

Ach, jak tam zim­no musi być w gro­bie!

Uma­rłeś, tak, dwa lata!

Weź mię, ja umrę przy to­bie,

Nie lu­bię świa­ta.

Źle mnie w złych lu­dzi tłu­mie:

Pła­czę, a oni szy­dzą;

Mó­wię, nikt nie ro­zu­mie:

Wi­dzę, oni nie wi­dzą!

Śród dnia przyj­dź kie­dy...

To może we śnie?

Nie, nie... trzy­mam cie­bie w ręku,

Gdzie zni­kasz, gdzie mój Ja­sie­ńku?

Jesz­cze wcze­śnie, jesz­cze wcze­śnie!

Mój Boże! kur się od­zy­wa,

Zo­rza bły­ska w okien­ku.

Gdzie zni­kłeś! ach! stój Ja­sie­ńku!

Ja nie­szczęśli­wa!" -

Tak się dziew­czy­na z ko­chan­kiem pie­ści,

Bie­ży za nim, krzy­czy, pada;

Na ten upa­dek, na krzyk bo­le­ści,

Sku­pia się lu­dzi gro­ma­da.

"Mów­cie pa­cie­rze!" - krzy­czy pro­sto­ta -

"Tu jego du­sza być musi.

Ja­sio być musi przy swej Ka­ru­si,

On ją ko­chał za ży­wo­ta!"

I ja to sły­szę, i ja tak wie­rzę,

Pła­czę i mó­wię pa­cie­rze.

- "Słu­chaj dzie­wecz­ko!" - krzyk­nie śród zgie­łku

Sta­rzec, i na lud za­wo­ła:

"Ufaj­cie memu oku i szkie­łku,

Nic tu nie wi­dzę do­ko­ła.

- Du­chy kar­czem­nej two­rem ga­wie­dzi,

W głup­stwa wy­wa­rzo­ne ku­źni;

Dziew­czy­na duby sma­lo­ne bre­dzi,

A gmin ro­zu­mo­wi blu­źni".

"Dziew­czy­na czu­je, - od­po­wia­dam skrom­nie -

A ga­wie­dź wie­rzy głębo­ko:

Czu­cie i wia­ra sil­niej mówi do mnie,

Niż mędr­ca szkie­łko i oko.

Mar­twe znasz praw­dy, nie­zna­ne dla ludu,

Wi­dzisz świat w prosz­ku, w ka­żdej gwiazd iskier­ce;

Nie znasz prawd ży­wych, nie oba­czysz cudu!

Miej ser­ce i pa­trzaj w ser­ce!"

- Jak zwy­kle nie ro­zu­miem, co chcesz mi prze­ka­zać - na­bur­mu­szy­ła się Żan­na.

- Dla­te­go, że jak ta dzie­wecz­ka... nie słu­chasz. Ale i tak naj­wa­żniej­sze prze­sła­nie to: "miej ser­ce i pa­trzaj w ser­ce". - Le­szy pod­sze­dł bli­żej, do­tknął jej po­licz­ka zmur­sza­łą, sta­re­ńką dło­nią. Cza­sa­mi mia­ła wra­że­nie, że jego pal­ce kie­dyś roz­sy­pią się w kon­tak­cie z jej skó­rą. - Pa­mi­ętaj, że Dzie­wan­na to bo­gi­ni, chce za­wsze naj­le­piej dla sie­bie, nie­ko­niecz­nie dla czło­wie­ka.

- O cie­bie dba.

- Bom jest du­szą jej kniei. Le­szy za­wsze jest po­wo­ły­wa­ny wła­śnie po to, wraz z nim zgi­nie las, zwie­rzęta, ochro­na. Je­stem sta­re­ńki i pew­nie my­ślisz, że na skra­ju ży­wo­ta, ale pły­ną we mnie soki, o któ­rych nie masz po­jęcia.

Sło­wa prze­czy­ły temu, co mó­wi­ło to dziw­ne, skrzy­pi­ące ni­czym drze­wo pod na­po­rem wia­tru cia­ło. Oczy jed­nak miał żywe nad wy­raz, zie­lo­ne jak mło­de li­ście, co wy­gląda­ło nie­sa­mo­wi­cie w twa­rzy po­ro­śni­ętej pa­pro­cia­mi i ma­ły­mi grzyb­ka­mi. Z jego wzro­ku prze­bi­ja­ła mądro­ść. Po­tra­fił być strasz­ny, wi­dzia­ła go kie­dyś, kie­dy prze­go­nił z lasu kłu­sow­ni­ków. Wy­da­wał się wte­dy po­tężny ni­czym dąb, sil­ny jak nie­dźwie­dź i prze­ra­ża­jący jak wil­ki. Ota­cza­ły go cie­nie, aura ni­czym z hor­ro­rów, i Żan­na mia­ła pew­no­ść, że mężczy­źni ni­g­dy nie wró­cą do ich lasu. Być może ni­g­dy nie wej­dą już do ni­cze­go, co go przy­po­mi­na. Mia­ła taką na­dzie­ję, po­nie­waż oka­le­czo­ne przez nich zwie­rzęta cier­pia­ły dłu­go i nie­po­trzeb­nie. Otrząsnęła się z tych my­śli, kie­dy Le­szy za­mru­czał ko­ły­san­kę. Usia­dła obok i wtu­li­ła się w cie­pły bok, od­dy­cha­jący, bi­jący rów­no ni­czym ser­ce. Za­snęła, na­wet nie wie­dzia­ła, kie­dy.