Rozdział 5.
Żanna z niechęcią zauważyła, że matka siedzi w kuchni i ceruje. Uwielbiała to robić, drobić ściegi na zdartych skarpetkach, tworzyć minidzieła, chociaż nie było nikogo, kto by to doceniał. Żanna zastanawiała się, czy jej ojciec to robił, i nagle zapragnęła poznać całą prawdę o nim. Nie chciała jednak pytać, nie miała ochoty na rozmowę z Żywią, choćby ją skręcało z ciekawości. Niestety, matka miała chyba inne plany, bo odłożyła nici, starannie schowała igłę do pudełka, zwinęła naprawione skarpetki w kulkę i zdjęła okulary. Popatrzyła na nią zmęczonym wzrokiem, przetarła palcami oczy.
- Nie wiem, po co to robisz - zaatakowała Żanna, zanim matka zdążyła się odezwać. - Można kupić nowe za grosze.
- Nie sądziłam, że Dziewanna nauczy cię rozrzutności - zaoponowała gorzko Żywia. - My musiałyśmy dbać o rzeczy, mama mnie tego nauczyła.
- Oczywiście - zgodziła się niechętnie i skrzywiła usta. - Sławetna Żaneta, która pociągnęła klątwę, zamiast ją zakończyć. Zresztą tak samo jak ty.
Żanna westchnęła głęboko, zmęczona. Miała dość tego dnia, emocji, płaczu dziewczynek, rozmowy z Żakliną. Nagle wokół niej zaroiło się od ludzi, a ona przecież tak ceniła sobie spokój. Brakowało jej dni wypełnionych pracą - teraz zwierzęta oporządzała Żywia - gotowania obiadów, leniwych popołudni z książką, spacerów po lesie. Wilcy nie podchodzili zbyt blisko, odkąd zamieszkała u niej matka i siostry, a gdy pojawiła się Żaklina, nie słyszała nawet ich wycia. Może nie zwracała uwagi, zaangażowana w rozmowę z kobietą. A może po prostu odeszli w inną część lasu. Nie potrafiła znieść wyczekującego wzroku matki, kwilenia dziewczynek, tego całego rozgardiaszu: tykającego zegara, bulgoczącej zupy, mruczenia pieca, pod którym buzował ogień. Chciała krzyczeć, zerwała się więc i uciekła. Zrzuciła pantofle, pognała prosto w najmroczniejszą knieję. Nawet ona rzadko się tam zapędzała, nieco obawiała się tego miejsca, gdzie zmurszałe drzewa okryte mchem i zielskiem wyglądały jak uśpione olbrzymy. Pachniało tu starością, tak przynajmniej kojarzyło się Żannie. Tajemnicą. To tutaj gdzieś mieszkał Leszy, jednak nigdy nie odnalazła jego legowiska. Podobno bywały tu czasami driady i druidzi z celtyckich stron, wendigo z dalekiej Ameryki, der Wildemann z Niemiec, vile z Bałkanów i inne stworzenia, równie wspaniałe jak rusałki. Dziewanna uwielbiała gości, jednak kryła ich przed niepożądanym wzrokiem. Choć ludzie i tak by nie uwierzyli, Żanna śledziła normalny świat, patrzyła zza szybki, jak bardzo stał się dziwny, jak kwestionowana jest każda prawda. Odchodziła powoli w zapomnienie wiara w nadprzyrodzone istoty, chyba że jako ciekawostka. Nawet Buka, uwielbiana przez wszystkich postać wykreowana przez pisarkę i powołana do życia przez wiarę tysięcy dzieci. Na szczęście Muminkom, tym okropnym, przypominającym mozzarellę stworzeniom, się nie udało. Jednak strach czynił największe rzeczy, i tak naprawdę Kościół miał w tym rację.
- Biegasz jak szalona. - Usłyszała za sobą, więc stanęła.
Nawet nie wiedziała, że aż tak bardzo jest zdyszana. Oparła dłonie na biodrach i wyrównywała oddech, patrząc z ukosa na Dziewannę, a ta jakby nigdy nic gładziła grot strzał. Uwielbiała tę broń, o czym najlepiej przekonała się babka Żaneta.
- Zbudziłaś chyba wszystkie zwierzęta, aż Leszy poprosił o pomoc, bo bał się do ciebie zagadać. Wyglądałaś jak furia, wcielenie wkurzenia. Co cię tak ugryzło? Chyba nie Żywia?
- Nie wiem - burknęła w odpowiedzi.
Wydęła usta, a Dziewanna się zaśmiała. Żanna usiadła na pniu, bogini przysiadła obok, i Żanna poczuła się z tym dobrze.
- Pojawiła się w lesie taka jedna kobieta - wyjaśniła niechętnie. Mówienie o Żaklinie wydawało jej się zdradą, chociaż to przecież irracjonalne. - Jest... poturbowana. Mąż ją tak urządził i nie wiem, co ci jeszcze powiedzieć.
- Wiem o niej, przede mną nic się nie ukryje - odpowiedziała bogini. - Myślałam, że umrze, wydawała się tak słaba.
- Też tak myślałam, a jednak. - Żanna uśmiechnęła się radośnie. - Wyglądała gorzej, ale to silna osoba.
- Nie wiem, czy może zostać - stwierdziła Dziewanna. - Mąż będzie szukać ciała. Poza tym wyczuwam jej silną wiarę, okrutnie cuchnie.
- Jest tak wychowana, ale mam wrażenie, że szuka swojej drogi - odparła Żanna. - Pewnie mogłaby się nawrócić.
- Wiesz, że nie robimy nic na siłę. Wykorzenić tak silnie wpojone prawdy jest trudno, nie podejmuj się tego. Masz chyba ważniejsze sprawy, nie sądzisz?
- Matkę? - prychnęła Żanna.
- Siostry raczej - poprawiła ją bogini. - To one cię dręczą. Nie śpisz po nocach, czasami wyjesz, przecież cię słyszę. Wilcy mi donoszą, że płaczesz do miesiączka.
- Jak mogłabym zabić własne siostry? - zapytała. - Żywia tego nie przeżyje.
- Przeżyje. - Dziewanna uśmiechnęła się drapieżnie, aż Żannę przeszedł dreszcz.
- Domyślam się, ale jednak nie byłoby to dobre życie.
- Żadna z rodu go nie miała. Ty jako pierwsza zyskałaś tę szansę, ale cóż, Żywia pokrzyżowała ci szyki. Chyba że... - Bogini zawiesiła głos i Żanna spojrzała na nią uważnie.
W oczach nie z tego świata dostrzegała coś, co przyprawiało ją o ciarki. Jakąś tajemnicę, której jej umysł nie potrafił pojąć.
- Wiem.
Wstała i ruszyła truchtem. Dręczyło ją coś, gryzło od środka i wcale nie miało to związku z bliźniaczkami. Jej życie przestało być miłe i wygodne, nie wiedziała, co dalej. Do tej pory miała skrystalizowane plany, ale runęły one przez przybycie Żywii i dziewczynek, a teraz także Żakliny. Pragnęła ze wszystkich sił swojej samotności.
- Dzieweczko... - zaśpiewał Leszy:
Słuchaj dzieweczko!
- Ona nie słucha. -
To dzień biały! to miasteczko!
Przy tobie nie ma żywego ducha,
Co tam wkoło siebie chwytasz?
Kogo wołasz, z kim się witasz?
- Ona nie słucha. -
To jak martwa opoka
Nie zwróci w stronę oka.
To strzela wkoło oczyma,
To się łzami zaleje,
Coś niby chwyta, coś niby trzyma,
Rozpłacze się i zaśmieje.
- "Tyżeś to w nocy? to ty Jasieńku!
Ach! i po śmierci kocha!
Tutaj, tutaj, pomaleńku,
Czasem usłyszy macocha!...
Niech sobie słyszy... już nie ma ciebie,
Już po twoim pogrzebie!
Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!...
Czego się boję, mego Jasieńka?
Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!
Twoja biała sukienka!
I sam ty biały jak chusta,
Zimny... jakie zimne dłonie!
Tutaj połóż, tu na łonie,
Przyciśnij mnie, do ust usta!...
Ach, jak tam zimno musi być w grobie!
Umarłeś, tak, dwa lata!
Weź mię, ja umrę przy tobie,
Nie lubię świata.
Źle mnie w złych ludzi tłumie:
Płaczę, a oni szydzą;
Mówię, nikt nie rozumie:
Widzę, oni nie widzą!
Śród dnia przyjdź kiedy...
To może we śnie?
Nie, nie... trzymam ciebie w ręku,
Gdzie znikasz, gdzie mój Jasieńku?
Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!
Mój Boże! kur się odzywa,
Zorza błyska w okienku.
Gdzie znikłeś! ach! stój Jasieńku!
Ja nieszczęśliwa!" -
Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,
Bieży za nim, krzyczy, pada;
Na ten upadek, na krzyk boleści,
Skupia się ludzi gromada.
"Mówcie pacierze!" - krzyczy prostota -
"Tu jego dusza być musi.
Jasio być musi przy swej Karusi,
On ją kochał za żywota!"
I ja to słyszę, i ja tak wierzę,
Płaczę i mówię pacierze.
- "Słuchaj dzieweczko!" - krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
"Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.
- Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni;
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni".
"Dziewczyna czuje, - odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko:
Czucie i wiara silniej mówi do mnie,
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!"
- Jak zwykle nie rozumiem, co chcesz mi przekazać - naburmuszyła się Żanna.
- Dlatego, że jak ta dzieweczka... nie słuchasz. Ale i tak najważniejsze przesłanie to: "miej serce i patrzaj w serce". - Leszy podszedł bliżej, dotknął jej policzka zmurszałą, stareńką dłonią. Czasami miała wrażenie, że jego palce kiedyś rozsypią się w kontakcie z jej skórą. - Pamiętaj, że Dziewanna to bogini, chce zawsze najlepiej dla siebie, niekoniecznie dla człowieka.
- O ciebie dba.
- Bom jest duszą jej kniei. Leszy zawsze jest powoływany właśnie po to, wraz z nim zginie las, zwierzęta, ochrona. Jestem stareńki i pewnie myślisz, że na skraju żywota, ale płyną we mnie soki, o których nie masz pojęcia.
Słowa przeczyły temu, co mówiło to dziwne, skrzypiące niczym drzewo pod naporem wiatru ciało. Oczy jednak miał żywe nad wyraz, zielone jak młode liście, co wyglądało niesamowicie w twarzy porośniętej paprociami i małymi grzybkami. Z jego wzroku przebijała mądrość. Potrafił być straszny, widziała go kiedyś, kiedy przegonił z lasu kłusowników. Wydawał się wtedy potężny niczym dąb, silny jak niedźwiedź i przerażający jak wilki. Otaczały go cienie, aura niczym z horrorów, i Żanna miała pewność, że mężczyźni nigdy nie wrócą do ich lasu. Być może nigdy nie wejdą już do niczego, co go przypomina. Miała taką nadzieję, ponieważ okaleczone przez nich zwierzęta cierpiały długo i niepotrzebnie. Otrząsnęła się z tych myśli, kiedy Leszy zamruczał kołysankę. Usiadła obok i wtuliła się w ciepły bok, oddychający, bijący równo niczym serce. Zasnęła, nawet nie wiedziała, kiedy.