4.
Swój czas nastąpił, kiedy Żaneta skończyła szesnaście lat. Życie toczyło się powoli, swoim rytmem wyznaczanym przez rutynę codziennych obowiązków. Do sierocińca matuli dołączyły kolejne dzieci, dwie dziewczynki i chłopczyk. Żanetę nieco przerażały te ciche stworzenia, każde w inny sposób dziwaczne, patrzące zawsze wielkimi oczami, ze smutkiem tak ogromnym, że rozrywał duszę. Tego lata matula podupadła na zdrowiu, stawała się cieniem samej siebie, była coraz bardziej przezroczysta.
- Zżera mnie od środka - wyznała któregoś wieczoru.
Siedziały na ganku, dzieci położyły się już spać. Lipcowe powietrze pachniało intensywnie i przyjemnie. Żaneta już dawno porzuciła myśl o szkole, zaakceptowała rzeczywistość ograniczającą się do lasu i tych kilku milczących dziwaków.
- Co?
- Choroba - uściśliła niecierpliwie Żelisława. - Czas na naszą rozmowę, córko. Ważne jest, żebyś zrozumiała, jakie to istotne.
Żanetę wypełniło podekscytowanie. Tyle czasu czekała, aż nadejdzie ten moment, że teraz, kiedy się stał, nie mogła uwierzyć. Splotła dłonie i wcisnęła je między kolana, żeby mama nie zauważyła, jak drżą.
- Słucham. Jestem gotowa.
- Nie jesteś - zaprzeczyła matka. - Nie na to, co mam do powiedzenia. Musisz jednak posłusznie spełniać wszystkie polecenia, inaczej czeka nas zły los. Poświęciłam wiele, żeby zapewnić rodowi bezpieczeństwo, żebyśmy mogły kontynuować tę linię silnych kobiet i tworzyć lepszy świat właśnie dla nich. Mężczyźni... - Popatrzyła w dal, być może wspominała męża i Żaneta też mimowolnie pomyślała o tacie.
Nie bardzo go pamiętała, stał się z biegiem lat tylko plamą. Tak samo jak bracia. I, o dziwo, Żaklina, a przecież kiedyś nie wyobrażała sobie życia bez siostry bliźniaczki.
- Mężczyźni są niebezpieczni, Żanetko - kontynuowała matula. - Widać to było podczas wojny, kiedy palili i gwałcili, odcinali piersi i wyciągali dzieci z brzucha matek. Pokazali prawdziwe twarze, barbarzyńskie i nieprzyjazne.
- Ale tatuś... - wtrąciła, ale matka uniosła dłoń i Żaneta zamilkła.
- Niewiele o nim wiesz, córko. Też nie należał do tych kryształowych i do kieliszka zaglądał aż nazbyt chętnie. Pewnie z przyjemnością kolaborowałby z Niemcami, gdyby go wcześniej nie zaciukali. Tchórzliwy typ, chociaż swego czasu kochałam go na zabój.
Żaneta milczała. Nie sądziła, że mama uważała tatusia za słabego. Chyba nie potrafiła tego przyjąć, w końcu to człowiek, który woził ją na barana i śmiał się przy stole grubym, niskim śmiechem. I chociaż stał się tylko zatartym wspomnieniem, pielęgnowała miłość do niego.
- Nie - zaprotestowała.
- Nie musisz wierzyć. - Żelisława wzruszyła ramionami. - Zresztą nie ma to znaczenia. Kiedyś poznasz kogoś, komu podarujesz wianek. Może nawet niedługo, pewnie poniesie cię w świat. Nie możesz jednak opuścić lasu.
- Mam sobie sprowadzić kawalera do kniei? - prychnęła Żaneta.
- Żaden chłop nie zostanie przy tobie, córko - rzuciła ostro matula. - Albo umrze, albo ucieknie. Nie zostałyśmy stworzone do związków, mamy służyć Dziewannie.
- Kosztem naszego szczęścia? - Żanecie w oczach pojawiły się łzy.
Marzyła o miłości, jak każda dziewczyna w jej wieku. Matka wieczorami snuła baśnie, opowiadała bajki i Żaneta wierzyła, że i ją czeka kiedyś wspaniałe życie z księciem u boku. Wyobrażała to sobie przed snem, każdego wieczoru, coraz odważniej. Mimo że wychowała się w buszu, wierzyła, że świat stoi przed nią otwarty i pełen niespodzianek. Matula deptała jej marzenia!
- Tak - szepnęła Żelisława. - Ale to nie wszystko. Kiedy zamordowano naszą rodzinę, straciłam dzieci. Ty będziesz musiała je poświęcić.
- Co masz na myśli? - warknęła.
- Dziewanna nie pomaga za darmo. Myślisz, że jesteśmy tu, nieniepokojone przez nikogo, ot tak po prostu? - Żelisława spojrzała na córkę, a ta pokręciła głową. - No właśnie. Dziewanna plącze im ścieżki. W zamian oczekuje podarunków.
- Wieńców od ciężarnych, które z tobą rodzą - zasugerowała Żaneta.
- Nie. - Głos matki okazał się twardy jak głaz i równie beznamiętny. - Synów. Jeśli urodzisz dziecko płci męskiej, musi ono trafić do Dziewanny.
Żaneta poczuła, że przez jej ciało przechodzi prąd przerażenia. W pierwszym momencie myślała, że matula żartuje, ale ta pozostawała poważna i wpatrywała się uparcie w przestrzeń, a mgła zasnuła jej wzrok.
- Nie zgadzam się na to! - wrzasnęła Żaneta, a matka uderzyła ją w udo boleśnie. - Nie oddam dziecka bogini, która nawet nie istnieje! Coś sobie wymyśliłaś, nie wiesz, że prawdziwym Bogiem jest Jezus?
- Wmawiano ci to w dzieciństwie. Myślałam, że zapomniałaś - prychnęła śmiechem Żelisława. - Nie pamiętasz tego uczucia tamtej nocy, kiedy złożyłam przysięgę?
Oczywiście, że pamiętała. Z tego uczucia nie mogła się otrząsnąć do teraz, chociaż minęło tyle lat. Na samą myśl przechodziły ją zimne dreszcze i chciała gdzieś się schować. Wierzyła, oczywiście że tak. W końcu nieraz doświadczyła cudów Dziewanny, jak choćby pojawienie się tego domu za ich plecami czy zwierzyny, która zawsze łapała się w sidła. No i ten brak ludzi, czyli to, że nikt nie trafił w to miejsce nigdy. Mogła kłamać i oszukiwać samą siebie, ale znała prawdę.
- Musisz nauczyć się odbierać porody i przejąć moją rolę. Twój życiowy cel to zadbać o nasze dzieci - powiedziała miękko Żelisława. - Pomożesz przechodzić kobietom przez wieczny trud, który jest naszym udziałem od zarania wieków i taki pozostanie na zawsze, aż do ostatniego człowieka.
- Nie mam zamiaru! - Żaneta poderwała się, tupnęła raz i drugi, jakby mogło to cokolwiek zmienić. - Nie jestem jak ty! - zaszlochała. - Nie chcę być taka jak ty. - Załamała ręce.
- Musisz! - Matka wstała i uderzyła ją w twarz. Histeria minęła od razu. - Dziewanna nie odpuści.
- Czyli sprowadziłaś na nas klątwę, tak?
- Ochronę - poprawiła Żelisława. - To coś innego.
- Jasne, wtedy to miało sens. W wojnę, znaczy - perorowała wściekła Żaneta. - Ale później? Teraz? Minęło już wiele lat, pewnie na zewnątrz, w mieście, życie wygląda zupełnie inaczej. Mamy wolność.
Żelisława zaśmiała się okrutnie.
- Mamy komunizm, córko - sprostowała. - Nie mniejszy syf niż podczas wojennej zawieruchy. Dlatego nie posłałam cię do szkoły, bo by ci w głowie namieszali.
- Nie dałaś mi wyboru! - zawyła Żaneta. - Nie zapytałaś o zdanie! A co z moimi dziećmi?
Żelisława popatrzyła na córkę z bólem w oczach, Żaneta nie chciała jednak przyjąć jej żalu. Marzenia, te kruche wyobrażenia o tym, co mogłoby się stać w przyszłości, rozsypały się w pył i uciekły na wietrze. Serce rozrywała jej niesprawiedliwość. Nie pisała się na taki los!
- Twoje dzieci będą wychowywać się tutaj. - Matula zatoczyła ręką wkoło. - Córki. Nie wiem, co Dziewanna pocznie z chłopcami. Może da ich na pożarcie rusałkom, w końcu jest ich opiekunką.
- Mówisz to tak spokojnie, jakby w ogóle cię to nie obchodziło!
- Żanetko, widziałam śmierć moich dzieci - wyznała ze spokojem Żelisława. - Katowanego Dobrosza, uciętą głowę Gniewa, nawet nie chcę wiedzieć, co zrobili z Żakliną i ty też nie chcesz tego wiedzieć. Utrata kogoś bliskiego w taki sposób pozostawia w człowieku ślad na zawsze. Nie mogłam ryzykować, że i ciebie dopadną, czy wtedy, czy teraz, zrobiłabym wiele, żeby cię ochronić, dlatego ofiarowałam się Dziewannie.
- Nikt cię o to nie prosił - burknęła Żaneta.
Nie umiała docenić poświęcenia matki, nie rozumiała go.
- Utrata dziecka jest najgorszym, co może spotkać człowieka - wyjaśniła matula. - Twoje będą żyły spokojnie. Nie sądzę, by Dziewanna robiła krzywdę chłopcom, postaram się dowiedzieć, dlaczego tak bardzo ich pragnie.
- W takim razie nie będę mieć dzieci - zastrzegła Żaneta buntowniczo. Musiała poczuć, że ma jakąkolwiek kontrolę nad własnym życiem. - Ród skończy się na mnie.
Żelisława uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową. Żaneta poczuła się głupia i niewiele warta, skoro matka wyśmiewała ją prosto w twarz. Miała ochotę uciec i postanowiła, że kiedy zapadnie zmrok, zrobi to. Sprzeciwi się tej głupiej klątwie, obietnicy, której nie chciała wypełniać. Mama nuciła cicho jakąś pieśń i wydawała się nie zważać na humory córki. Pewnie będzie zadowolona, że ta zniknęła z jej życia, skupi się na sierotach, w końcu to je bardziej kochała niż rodzone dziecko! Buntownicze myśli towarzyszyły jej jeszcze długo w nocy i nie musiała nawet się pilnować, by nie zasnąć. Rozsadzał ją zbyt wielki gniew.