Leśna obietnica - Patrycja Żurek

Kup ebooka

46.95 zł
38.97 zł (38,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Las wo­kół wy­glądał jak tłum ka­ry­ka­tu­ral­nych po­sta­ci wy­ci­ąga­jących do niej sęka­te łap­ska z za­ostrzo­ny­mi pa­zu­ra­mi. Wy­obra­źnia pod­su­wa­ła jej ob­ra­zy twa­rzy wy­ry­tych w ko­rze, wy­krzy­wio­nych gro­te­sko­wo, śmie­jących się, wo­ła­jących coś szu­mem wia­tru. Nie prze­sta­wa­ła biec. Mama ka­za­ła ucie­kać do cha­ty, a Ża­ne­ta zna­ła dro­gę pra­wie na pa­mi­ęć. Omi­nąć wiel­ki głaz, pó­źniej prze­kro­czyć stru­mień, skręcić w lewo i obok trzech brzóz pędzić da­lej pro­sto, aż do ukry­tej przy ska­le le­pian­ki uda­jącej praw­dzi­wy dom. Wie­lo­krot­nie po­ty­ka­ła się i upa­da­ła, czu­ła w ustach smak zie­mi i mchu. Pró­bo­wa­ła wte­dy wy­rów­nać od­dech, żeby za chwi­lę ze­rwać się i znów biec. Od­kąd wy­bu­chła woj­na, skry­wa­ły się w kniei i ca­ły­mi dnia­mi sie­dzia­ły przy­tu­lo­ne do sie­bie, oca­la­łe jako je­dy­ne z ca­łej ro­dzi­ny. Ża­ne­ta nie­wie­le wie­dzia­ła o ży­ciu, mia­ła za­le­d­wie kil­ka lat. Po­win­na iść do szko­ły, ale Niem­cy po­krzy­żo­wa­li jej pla­ny i te­raz uczy­ła się z ma­tuch­ną, pi­sząc ko­śla­we li­te­ry na pia­sku, je­śli tyl­ko Że­li­sła­wa mia­ła czas ją uczyć, co zda­rza­ło się dość rzad­ko. Sta­ra­ła się nie my­śleć o za­bój­cach ta­tu­sia, bra­ci i sio­stry. Nie chcia­ła pa­mi­ętać wy­do­by­wa­jących się z ich ust prze­pe­łnio­nych stra­chem dźwi­ęków, kie­dy krzy­cze­li o po­moc, a kie­dy mama ci­ągnęła ją w las, byle szyb­ciej i da­lej. Te ob­ra­zy mia­ły z nią jed­nak zo­stać na za­wsze. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że żyje tyl­ko dzi­ęki uciecz­ce, ale i tak dręczy­ły ją wy­rzu­ty su­mie­nia, że nie zro­bi­ła wi­ęcej... Co jed­nak mo­gła zro­bić mała, prze­stra­szo­na dziew­czyn­ka?

Ma­tu­la po­le­ci­ła jej ucie­kać, cho­ciaż Ża­ne­ta nie sły­sza­ła jej kro­ków za sobą. Do­pie­ro przy cha­tyn­ce zo­rien­to­wa­ła się, że las jest nie­ru­cho­my i mil­czący, na­wet wiatr nie ko­ły­sał ko­ro­na­mi drzew, nie za­hu­ka­ła sowa. Wy­da­wał się nie­re­al­ny. Czu­ła, jak­by zna­la­zła się we śnie, a nie rze­czy­wi­sto­ści i stra­ci­ła orien­ta­cję, czy to mara, czy praw­dzi­wy świat. Szcze­rzy­ły się do niej pnie wi­dzia­ne w sła­bym po­bla­sku ksi­ęży­ca w pe­łni. Ani śla­du mamy. Ża­ne­ta wie­dzia­ła, że tej nocy mia­ło wy­da­rzyć się coś wa­żne­go. Że­li­sła­wa po­wie­dzia­ła, że bu­du­je ich przy­szło­ść, co­kol­wiek mia­ło to zna­czyć. We­zwa­ła po­tężne le­śne siły, by za­pew­nić im bez­pie­cze­ństwo, ale chy­ba coś po­szło nie tak i Ża­ne­ta oba­wia­ła się, że mat­ka nie wró­ci. Wsłu­chi­wa­ła się w ga­lo­pu­jące sza­le­ńczo ser­ce - zwal­nia­ło rytm, choć krew na­dal szu­mia­ła jej w uszach i pul­so­wa­ła w skro­niach.

Usia­dła na pro­gu, ob­jęła ra­mio­na­mi ko­la­na i ko­ły­sa­ła się de­li­kat­nie w przód i tył, jak­by w ob­jęciach ro­dzi­ciel­ki. Prze­ra­ża­jące drze­wa na­pie­ra­ły na nią, po­chy­la­ły się, si­ęga­ły ko­na­ra­mi, aż za­czął ją dła­wić strach. Nie mo­gła jed­nak krzy­czeć, ta za­sa­da obo­wi­ązy­wa­ła na­wet te­raz, pod ko­niec woj­ny. Za­mknęła więc oczy i wy­obra­ża­ła so­bie łąkę za do­mem za cza­sów po­ko­ju, kie­dy żyła w bło­giej nie­świa­do­mo­ści tego, jaki świat jest prze­ra­ża­jący i zły. Bie­ga­ła po niej z Ża­kli­ną, bli­źniacz­ką, któ­rej śmie­rć od­czu­ła tak, jak­by ktoś wy­rwał jej pół du­szy. Cza­sa­mi w snach czu­ła ból, któ­re­go do­zna­ła sio­stra. Bu­dzi­ła się wte­dy prze­ra­żo­na i nie wie­dzia­ła, czy jest Ża­kli­ną, czy Ża­ne­tą. Tym ra­zem jed­nak kon­tro­lo­wa­ła my­śli, nie po­zwo­li­ła im uciec we wspo­mnie­nia obry­zga­ne krwią.

Ma­tu­la wró­ci­ła, gdy za­częło świ­tać. Umo­ru­sa­na krwią i zie­mią, z ręką owi­ni­ętą li­śćmi pa­pro­ci i przy­ci­śni­ętą do wy­chu­dłej klat­ki pier­sio­wej, zwie­ńczo­nej zwi­ędły­mi pier­sia­mi nie wy­gląda­ła jak ona. Szła na bo­sa­ka, a suk­nię, ukra­dzio­ną spe­cjal­nie na tę oka­zję, mia­ła w strzępach.

- Ma­muś - szep­nęła Ża­ne­ta.

Krew ści­ęła się w jej ży­łach na wi­dok pu­ste­go wzro­ku mat­ki. Jak­by ktoś za­brał z nie­go ży­cie, cały sens ist­nie­nia, jak­by nie po­zo­sta­ło nic war­to­ścio­we­go w du­szy tej ko­bie­ty. A prze­cież uśmiech­nęła się do niej, swo­jej cór­ki, i wy­ci­ągnęła ręce.

- Ża­net­ko, uda­ło ci się uciec - po­wie­dzia­ła.

Po­ru­sza­ła się ni­czym żywy trup, z trud­no­ścią, jak­by mi­ęśnie jej stęża­ły, jak­by cia­ło nie chcia­ło słu­chać po­le­ceń mó­zgu. Usia­dła ci­ężko przy cór­ce i Ża­ne­ta za­uwa­ży­ła, że nogi ma po­dra­pa­ne, a sto­py sta­ły się żywą mia­zgą z krwi i ko­ści. Za­częła pła­kać. Ma­tu­la ob­jęła ją ra­mie­niem.

- Te­raz będzie­my bez­piecz­ne, Ża­net­ko. Jesz­cze nie czas wszyst­ko wy­ja­wić, ale w swo­im cza­sie się do­wiesz.

- Kto to był?

Mia­ła na my­śli tę po­stać z mchu, za­kwi­tłych pa­pro­ci, śció­łki le­śnej, któ­rej za­rys je­dy­nie wi­dzia­ła przez mo­ment, ale któ­rej syl­wet­ka spra­wi­ła, że wło­ski na ra­mio­nach i kar­ku zje­ży­ły się ze zgro­zy. Wy­czu­ła, że to coś nad­na­tu­ral­ne­go. Bała się tej isto­ty.

- Ko­bie­ca siła ucie­le­śnio­na w Dzie­wan­nę - od­pa­rła Że­li­sła­wa ci­cho, jak­by zdra­dza­ła cór­ce ta­jem­ni­cę. - Mrocz­na stro­na bó­stwa. Że­ńska ener­gia. Mo­żna ró­żnie ją na­zwać, wa­żne, że sil­na to bo­gi­ni, ochro­ni nas w od­po­wied­nim cza­sie. Nie po­zwo­li zbli­żyć się złym lu­dziom, przede wszyst­kim mężczy­znom.

Mat­ka za­mil­kła gwa­łtow­nie, jak­by po­wie­dzia­ła za dużo. Ema­no­wa­ło z niej zmęcze­nie, krew pach­nia­ła me­ta­licz­nie, ale przy­jem­nie. Od­dy­cha­ła głębo­ko, wci­ąga­ła w płu­ca bu­dzący się do ży­cia dzień, pach­nący las, chło­nęła pro­mie­nie sło­ńca prze­dzie­ra­jące się nie­śmia­ło przez knie­ję. Ża­ne­ta wzi­ęła z niej przy­kład i po­czu­ła, jak spo­kój opa­tu­la ją zmęcze­niem nie do udźwi­gni­ęcia. Na­wet się nie zo­rien­to­wa­ła, kie­dy za­snęła.

2.

Kie­dy się ock­nęła, pó­źno po po­łud­niu, jak oce­ni­ła po po­zy­cji sło­ńca, mama wy­gląda­ła zu­pe­łnie ina­czej. Zwi­ąza­ła po­tar­ga­ne wło­sy w zgrab­ny kok na szyi, ob­my­ła się w rze­ce, ze­bra­ła gdzieś bab­kę lan­ce­to­wa­tą i przy­kry­ła nią rany, żeby szyb­ciej się za­go­iły. Upie­kła nad ogni­skiem kró­li­ka, któ­ry mu­siał zła­pać się w si­dła, i te­raz jego cu­dow­ny aro­mat przy­jem­nie pod­ra­żnił żo­łądek Ża­ne­ty. Na­wet nie wie­dzia­ła, że jest tak bar­dzo głod­na.

- Ni­cze­go nam już nie brak­nie. - Ma­tu­la wska­za­ła na mi­ęso. - Mamy mnó­stwo ja­gód i ostrężyn. Dzie­wan­na za­pew­ni nam po­wo­dze­nie.

- Jak się czu­jesz?

Ża­ne­ta wy­czu­wa­ła szó­stym zmy­słem, któ­rym często cha­rak­te­ry­zu­ją się dzie­ci, że w ma­tu­li za­szła spe­cy­ficz­na, choć trud­na do uchwy­ce­nia zmia­na. To te oczy, za­szłe mgłą, pa­trzące na świa­ty, do któ­rych ona nie mia­ła żad­ne­go do­stępu.

- Do­brze - od­pa­rła mat­ka roz­tar­gnio­na. - Wiesz, kto to Dzie­wan­na, praw­da?

- Ro­śli­na? - od­rze­kła nie­pew­nie Ża­ne­ta.

- Też. - Ma­tu­la uśmiech­nęła się i po­da­ła jej ka­wa­łek kró­li­ka. Sok spły­nął Ża­ne­cie po ręce, pa­rząc de­li­kat­nie skó­rę, ale zli­za­ła go łap­czy­wie. - Dzie­wan­na to bo­gi­ni la­sów i dzi­kiej przy­ro­dy, ło­wów i wio­sny, Ża­net­ko. Pa­mi­ętaj, że dzi­ęki Pani Dzi­kich Zwie­rząt mamy co jeść. Od tej pory będzie­my czcić Dzie­wan­nę dwu­dzie­ste­go czwar­te­go czerw­ca i wie­szać ro­śli­nę dzie­wan­nę w cha­cie. Do­sta­nie­my nowy dom, spe­łni­my po­le­co­ną nam mi­sję.

- Jaką? - chcia­ła wie­dzieć Ża­ne­ta.

Ja­dła kró­li­ka łap­czy­wie, cho­ciaż na ko­ściach znaj­do­wa­ło się nie­wie­le mi­ęsa. Tyl­ko pod­ra­żni­ła so­bie ape­tyt, za­miast się na­sy­cić, ale wie­dzia­ła, że po­win­na być wdzi­ęcz­na za to, co do­sta­ła. Przy­naj­mniej nie umie­ra­ły z gło­du.

- Zo­ba­czysz. Po woj­nie będzie wo­kół wie­le po­two­rów. Do­słow­nie i w prze­no­śni. - Że­li­sła­wa się za­my­śli­ła. Ża­ne­cie wy­da­wa­ło się, że pa­trzy w przy­szło­ść i aż za­drża­ła. - Dzie­wan­na jest też bo­gi­nią od po­ro­dów, co przy­da nam się nie­zmier­nie. Mu­si­my przy­go­to­wać wie­ńce na ofia­rę.

- Ma­mu­siu, a kie­dy wró­ci­my do domu?

Że­li­sła­wa po­pa­trzy­ła na cór­kę z mie­sza­ni­ną za­że­no­wa­nia i wspó­łczu­cia, tak przy­naj­mniej ode­bra­ła to Ża­ne­ta.

- Tu­taj jest nasz dom. - Ko­bie­ta okręci­ła się wo­ko­ło. - Mia­sto nie ma nam już nic do za­ofe­ro­wa­nia, leży w gru­zach. W strzępach są oso­by tam miesz­ka­jące, do­zna­ły ta­kich krzywd, że to się ni­g­dy nie za­bli­źni, przez wie­le po­ko­leń.

- Będzie­my miesz­kać w le­sie?

Ża­ne­ta po­czu­ła, że wło­ski na jej ra­mio­nach i kar­ku znów się uno­szą, a uczu­cie oka­za­ło się tak nie­przy­jem­ne, że po­ta­rła dło­ńmi swędzącą skó­rę. Nie wy­obra­ża­ła so­bie wiecz­no­ści w tym bo­rze. Żyła my­ślą, że woj­na prze­cież kie­dyś się sko­ńczy i wró­cą... gdzieś. Może nie do cha­ty, gdzie uma­rła resz­ta jej ro­dzi­ny, ale w oko­li­ce. Gdzie mie­li sąsia­dów - na pew­no ktoś prze­żył - gdzie mo­gła­by cho­dzić do szko­ły. Prze­cież jak nikt chcia­ła na­uczyć się pi­sać i czy­tać! Mat­ka chcia­ła jej to ode­brać.

- Nie chcę! - krzyk­nęła i tup­nęła, aż po­de­rwa­ły się do krót­kie­go lotu igły opa­dłe na zie­mię. - Nie­na­wi­dzę tego cho­ler­ne­go lasu!

- Ten cho­ler­ny las cię ochro­nił! - Mat­ka do­sko­czy­ła do Ża­ne­ty, chwy­ci­ła ją za ra­mię i ści­snęła, a pa­znok­cie bo­le­śnie wbi­ły się w mi­ęśnie. - Nie waż się nie oka­zy­wać sza­cun­ku, bo po­pa­mi­ętasz!

- Chcę do lu­dzi!

- Pój­dziesz do szko­ły, uspo­kój się, mó­wię. - Że­li­sła­wa po­trząsnęła cór­ką, aż Ża­ne­cie zro­bi­ło się nie­do­brze. - Jak tyl­ko sy­tu­acja się uspo­koi, zro­zu­mia­no? Daj nam tro­chę ochło­nąć, okrzep­nąć po woj­nie.

- Sko­ńczy­ła się już? - za­py­ta­ła Ża­ne­ta.

Otrze­źwio­na przez mat­kę, prze­sta­ła się wście­kać, zło­ść ule­cia­ła na wie­ść, że pój­dzie do szko­ły.

- Jesz­cze mo­ment i będzie po wszyst­kim - po­wie­dzia­ła Że­li­sła­wa. - Mu­si­my po­cze­kać, Dzie­wan­na prze­po­wie­dzia­ła, że po­kój jest bli­ski.

3.

Ża­ne­ta nie umia­ła pó­źniej uchwy­cić tych lat, któ­re spędzi­ła z mat­ką w le­sie. Zna­la­zły nowy dom, zu­pe­łnie jak cud, osa­dzo­ny w głębi kniei, nie­wi­docz­ny od stro­ny mia­sta w ża­den spo­sób, po­nie­waż nie pro­wa­dzi­ła tam dro­ga ani na­wet wy­dep­ta­na ludz­ką nogą dró­żka. Ma­tu­la zni­ka­ła w le­sie i przy­pro­wa­dza­ła to świ­nie, to kro­wę czy ko­nia, kury i kró­li­ki. Ża­ne­ta pa­mi­ęta­ła ci­ężką pra­cę przy sprząta­niu domu, bu­do­wę kur­ni­ka, sia­nie po­let­ka za do­mem, by mieć pod­sta­wo­we wa­rzy­wa, opo­rządza­nie zwie­rząt co­dzien­nie od świ­tu do nocy. Czas na szko­łę nie przy­cho­dził, a ona ro­sła, pod­czas gdy ma­tu­la ma­la­ła, wra­ca­ła do zie­mi, jak to po­wta­rza­ła.

Wie­le zmie­ni­ło się w tym dniu, kie­dy Że­li­sła­wa przy­pro­wa­dzi­ła do domu dziec­ko. Owi­ni­ęte w ko­cyk kwi­li­ło ci­cho ni­czym ptak w za­ro­ślach i Ża­ne­ta w pierw­szym mo­men­cie po­my­śla­ła, że mama przy­nio­sła do domu kota. Ja­kże się zdzi­wi­ła, gdy w der­ce zna­la­zła nie­mow­lę. Nie wy­gląda­ło nor­mal­nie, mia­ło znie­kszta­łco­ną głów­kę, a jego cia­ło było wy­krzy­wio­ne w cier­pie­niu.

- Pierw­sza ze zgwa­łco­nych przez ru­skich - rzu­ci­ła su­cho do Ża­ne­ty, nie pa­trząc cór­ce w oczy. - Za­go­tuj wodę, przy­nieś nie­co kro­wie­go mle­ka.

- Dla­cze­go jest ta­kie... dziw­ne? - za­py­ta­ła dziew­czy­na.

Ciar­ki prze­cho­dzi­ły jej po ple­cach, kie­dy ob­ser­wo­wa­ła dzi­dziu­sia. Bu­dził za­cie­ka­wie­nie i jed­no­cze­śnie wstręt.

- Kie­dy ko­bie­ta jest zmu­szo­na do cie­le­sno­ści - Że­li­sła­wa od­chrząk­nęła - dziec­ko nie kszta­łtu­je się z mi­ło­ści, jak ty. - Spoj­rza­ła z czu­ło­ścią na cór­kę i Ża­ne­tę ob­la­ło przy­jem­ne cie­pło. - Wte­dy cia­ło ko­bie­ty sa­bo­tu­je ci­ążę. No i ro­dzą się po­two­ry. Oczy­wi­ście, my tak nie po­strze­ga­my tych dzie­ci. - Uca­ło­wa­ła zde­for­mo­wa­ną głów­kę. - To dar, jak ka­żde ży­cie.

- Będzie moim ro­dze­ństwem? - za­py­ta­ła Ża­ne­ta.

- Nie - uci­ęła Że­li­sła­wa ostro. - Je­ste­śmy opie­kun­ka­mi. Przej­miesz moje obo­wi­ąz­ki już nie­ba­wem. - Spoj­rza­ła mi­ędzy drze­wa­mi w nie­bo, aż Ża­ne­ta za­drża­ła z zim­na.

- Mamo...

Nie umia­ła ubrać w sło­wa tego, co po­czu­ła w tym mo­men­cie, ale strach za­ci­snął jej pa­zu­ry na gar­dle.

- Idź do obo­wi­ąz­ków. Dzie­ciak musi coś zje­ść, trze­ba go ob­myć i ulo­ko­wać w po­ko­ju. Nie­ba­wem za­roi się tu­taj od mu po­dob­nych. No, ru­szże się, Ża­net­ko!

Za­krząt­nęła się i spe­łni­ła po­le­ce­nia mat­ki, jed­no­cze­śnie przy­gląda­jąc się jej uwa­żnie. Znów na źre­ni­cach po­ja­wi­ła się ta dziw­na mgła, tym ra­zem jed­nak Że­li­sła­wa nie pa­trzy­ła w dal, ale spraw­ny­mi ru­cha­mi opo­rządza­ła nie­mow­lę. Ża­ne­ta chcia­ła po­znać jej my­śli, ale nie mia­ła ta­kiej mocy, a py­ta­nie było bez sen­su.

- Co z jego mamą? - ode­zwa­ła się, kie­dy chłop­czyk za­snął w pro­wi­zo­rycz­nym po­sła­niu.

- Mu­si­my zbić kil­ka ko­ły­sek. - Mat­ka zła­pa­ła się pod boki. - Jego ro­dzi­ciel­ka po­szła w swo­ją stro­nę. Da­łam jej wie­niec dla Dzie­wan­ny, ma zło­żyć ofia­rę. Pew­nie będą ga­dać, że po­rzu­ci­ła dziec­ko w le­sie, ale czy kto­kol­wiek to te­raz oce­nia?

- Nie po­wie o nas in­nym?

- Na­iw­na je­steś jesz­cze, Ża­net­ko. - Mama uśmiech­nęła się lek­ko i po­gła­ska­ła ją po gło­wie. - Oczy­wi­ście, że tak, ale szep­tem, żeby do­ta­rło do tego, kogo trze­ba. Wie­le jest te­raz ko­biet z ta­ki­mi, hm, pro­ble­ma­mi. Dzie­wan­na będzie za­do­wo­lo­na.

- Po co jej te dzie­ci?

- Nie mam po­jęcia - od­pa­rła szcze­rze Że­li­sła­wa. - Może cho­dzi o za­cho­wa­nie ży­cia...? Cho­ciaż nic tu nie jest oczy­wi­ste. Na­sza rola, two­ja głów­nie, to za­opie­ko­wa­nie się tymi, któ­rych od­rzu­ci­li naj­bli­żsi. Sądzisz, że chło­piec by prze­żył tam? - Wska­za­ła w kie­run­ku mia­sta. - In­no­ść za­wsze prze­ra­ża­ła lu­dzi, a te­raz wy­szły z nich naj­gor­sze in­stynk­ty.

- Po co ta woj­na, ma­mu­siu? - Pa­dło ko­lej­ne py­ta­nie i Ża­net­ka po­czu­ła, jak mama sztyw­nie­je.

- Chy­ba nie ma jed­nej od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, cór­ciu. - Mat­ka po­kle­pa­ła ją po ple­cach i pchnęła w kie­run­ku kuch­ni. Na­de­szła pora ko­la­cji. - Może trze­ba jej było, żeby od­dzie­lić ziar­no od plew? W sen­sie do­brych od złych. Cho­ciaż nikt chy­ba nie jest ani krysz­ta­ło­wy ani do cna zły. Może cho­dzi­ło o uka­za­nie zła, że­by­śmy go uni­ka­li. To be­stial­stwo, o któ­rym usły­sza­łam od tej ko­bie­ty... Nie mie­ści się w gło­wie.

- Ale już mi­nęło - sko­men­to­wa­ła Ża­ne­ta, jed­nak ma­tu­la po­kręci­ła gło­wą.

- Ni­g­dy nie mija, tyl­ko cho­wa się na ja­kiś czas. Na­szym po­wo­ła­niem jest czy­nić do­bro. Mamy mi­sję, Ża­net­ko, nie mo­że­my od­pu­ścić, do­pó­ki ostat­nia z rodu nie sta­nie na tej zie­mi.

- Co to zna­czy? - drąży­ła.

- Za wcze­śnie. - Że­li­sła­wa po­pa­trzy­ła na nią uwa­żniej, jak­by do­pie­ro te­raz uświa­do­mi­ła so­bie, z kim roz­ma­wia. - Po­wiem ci w swo­im cza­sie.

4.

Swój czas na­stąpił, kie­dy Ża­ne­ta sko­ńczy­ła szes­na­ście lat. Ży­cie to­czy­ło się po­wo­li, swo­im ryt­mem wy­zna­cza­nym przez ru­ty­nę co­dzien­nych obo­wi­ąz­ków. Do sie­ro­ci­ńca ma­tu­li do­łączy­ły ko­lej­ne dzie­ci, dwie dziew­czyn­ki i chłop­czyk. Ża­ne­tę nie­co prze­ra­ża­ły te ci­che stwo­rze­nia, ka­żde w inny spo­sób dzi­wacz­ne, pa­trzące za­wsze wiel­ki­mi ocza­mi, ze smut­kiem tak ogrom­nym, że roz­ry­wał du­szę. Tego lata ma­tu­la pod­upa­dła na zdro­wiu, sta­wa­ła się cie­niem sa­mej sie­bie, była co­raz bar­dziej prze­zro­czy­sta.

- Zże­ra mnie od środ­ka - wy­zna­ła któ­re­goś wie­czo­ru.

Sie­dzia­ły na gan­ku, dzie­ci po­ło­ży­ły się już spać. Lip­co­we po­wie­trze pach­nia­ło in­ten­syw­nie i przy­jem­nie. Ża­ne­ta już daw­no po­rzu­ci­ła myśl o szko­le, za­ak­cep­to­wa­ła rze­czy­wi­sto­ść ogra­ni­cza­jącą się do lasu i tych kil­ku mil­czących dzi­wa­ków.

- Co?

- Cho­ro­ba - uści­śli­ła nie­cier­pli­wie Że­li­sła­wa. - Czas na na­szą roz­mo­wę, cór­ko. Wa­żne jest, że­byś zro­zu­mia­ła, ja­kie to istot­ne.

Ża­ne­tę wy­pe­łni­ło pod­eks­cy­to­wa­nie. Tyle cza­su cze­ka­ła, aż na­dej­dzie ten mo­ment, że te­raz, kie­dy się stał, nie mo­gła uwie­rzyć. Splo­tła dło­nie i wcis­nęła je mi­ędzy ko­la­na, żeby mama nie za­uwa­ży­ła, jak drżą.

- Słu­cham. Je­stem go­to­wa.

- Nie je­steś - za­prze­czy­ła mat­ka. - Nie na to, co mam do po­wie­dze­nia. Mu­sisz jed­nak po­słusz­nie spe­łniać wszyst­kie po­le­ce­nia, ina­czej cze­ka nas zły los. Po­świ­ęci­łam wie­le, żeby za­pew­nić ro­do­wi bez­pie­cze­ństwo, że­by­śmy mo­gły kon­ty­nu­ować tę li­nię sil­nych ko­biet i two­rzyć lep­szy świat właś­nie dla nich. Mężczy­źni... - Po­pa­trzy­ła w dal, być może wspo­mi­na­ła męża i Ża­ne­ta też mi­mo­wol­nie po­my­śla­ła o ta­cie.

Nie bar­dzo go pa­mi­ęta­ła, stał się z bie­giem lat tyl­ko pla­mą. Tak samo jak bra­cia. I, o dzi­wo, Ża­kli­na, a prze­cież kie­dyś nie wy­obra­ża­ła so­bie ży­cia bez sio­stry bli­źniacz­ki.

- Mężczy­źni są nie­bez­piecz­ni, Ża­net­ko - kon­ty­nu­owa­ła ma­tu­la. - Wi­dać to było pod­czas woj­ny, kie­dy pa­li­li i gwa­łci­li, od­ci­na­li pier­si i wy­ci­ąga­li dzie­ci z brzu­cha ma­tek. Po­ka­za­li praw­dzi­we twa­rze, bar­ba­rzy­ńskie i nie­przy­ja­zne.

- Ale ta­tuś... - wtrąci­ła, ale mat­ka unio­sła dłoń i Ża­ne­ta za­mil­kła.

- Nie­wie­le o nim wiesz, cór­ko. Też nie na­le­żał do tych krysz­ta­ło­wych i do kie­lisz­ka za­glądał aż na­zbyt chęt­nie. Pew­nie z przy­jem­no­ścią ko­la­bo­ro­wa­łby z Niem­ca­mi, gdy­by go wcze­śniej nie za­ciu­ka­li. Tchórz­li­wy typ, cho­ciaż swe­go cza­su ko­cha­łam go na za­bój.

Ża­ne­ta mil­cza­ła. Nie sądzi­ła, że mama uwa­ża­ła ta­tu­sia za sła­be­go. Chy­ba nie po­tra­fi­ła tego przy­jąć, w ko­ńcu to czło­wiek, któ­ry wo­ził ją na ba­ra­na i śmiał się przy sto­le gru­bym, ni­skim śmie­chem. I cho­ciaż stał się tyl­ko za­tar­tym wspo­mnie­niem, pie­lęgno­wa­ła mi­ło­ść do nie­go.

- Nie - za­pro­te­sto­wa­ła.

- Nie mu­sisz wie­rzyć. - Że­li­sła­wa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Zresz­tą nie ma to zna­cze­nia. Kie­dyś po­znasz ko­goś, komu po­da­ru­jesz wia­nek. Może na­wet nie­dłu­go, pew­nie po­nie­sie cię w świat. Nie mo­żesz jed­nak opu­ścić lasu.

- Mam so­bie spro­wa­dzić ka­wa­le­ra do kniei? - prych­nęła Ża­ne­ta.

- Ża­den chłop nie zo­sta­nie przy to­bie, cór­ko - rzu­ci­ła ostro ma­tu­la. - Albo umrze, albo uciek­nie. Nie zo­sta­ły­śmy stwo­rzo­ne do zwi­ąz­ków, mamy słu­żyć Dzie­wan­nie.

- Kosz­tem na­sze­go szczęścia? - Ża­ne­cie w oczach po­ja­wi­ły się łzy.

Ma­rzy­ła o mi­ło­ści, jak ka­żda dziew­czy­na w jej wie­ku. Mat­ka wie­czo­ra­mi snu­ła ba­śnie, opo­wia­da­ła baj­ki i Ża­ne­ta wie­rzy­ła, że i ją cze­ka kie­dyś wspa­nia­łe ży­cie z ksi­ęciem u boku. Wy­obra­ża­ła to so­bie przed snem, ka­żde­go wie­czo­ru, co­raz od­wa­żniej. Mimo że wy­cho­wa­ła się w bu­szu, wie­rzy­ła, że świat stoi przed nią otwar­ty i pe­łen nie­spo­dzia­nek. Ma­tu­la dep­ta­ła jej ma­rze­nia!

- Tak - szep­nęła Że­li­sła­wa. - Ale to nie wszyst­ko. Kie­dy za­mor­do­wa­no na­szą ro­dzi­nę, stra­ci­łam dzie­ci. Ty będziesz mu­sia­ła je po­świ­ęcić.

- Co masz na my­śli? - wark­nęła.

- Dzie­wan­na nie po­ma­ga za dar­mo. My­ślisz, że je­ste­śmy tu, nie­nie­po­ko­jo­ne przez ni­ko­go, ot tak po pro­stu? - Że­li­sła­wa spoj­rza­ła na cór­kę, a ta po­kręci­ła gło­wą. - No właś­nie. Dzie­wan­na plącze im ście­żki. W za­mian ocze­ku­je po­da­run­ków.

- Wie­ńców od ci­ężar­nych, któ­re z tobą ro­dzą - za­su­ge­ro­wa­ła Ża­ne­ta.

- Nie. - Głos mat­ki oka­zał się twar­dy jak głaz i rów­nie bez­na­mi­ęt­ny. - Sy­nów. Je­śli uro­dzisz dziec­ko płci męskiej, musi ono tra­fić do Dzie­wan­ny.

Ża­ne­ta po­czu­ła, że przez jej cia­ło prze­cho­dzi prąd prze­ra­że­nia. W pierw­szym mo­men­cie my­śla­ła, że ma­tu­la żar­tu­je, ale ta po­zo­sta­wa­ła po­wa­żna i wpa­try­wa­ła się upar­cie w prze­strzeń, a mgła za­snu­ła jej wzrok.

- Nie zga­dzam się na to! - wrza­snęła Ża­ne­ta, a mat­ka ude­rzy­ła ją w udo bo­le­śnie. - Nie od­dam dziec­ka bo­gi­ni, któ­ra na­wet nie ist­nie­je! Coś so­bie wy­my­śli­łaś, nie wiesz, że praw­dzi­wym Bo­giem jest Je­zus?

- Wma­wia­no ci to w dzie­ci­ństwie. My­śla­łam, że za­po­mnia­łaś - prych­nęła śmie­chem Że­li­sła­wa. - Nie pa­mi­ętasz tego uczu­cia tam­tej nocy, kie­dy zło­ży­łam przy­si­ęgę?

Oczy­wi­ście, że pa­mi­ęta­ła. Z tego uczu­cia nie mo­gła się otrząsnąć do te­raz, cho­ciaż mi­nęło tyle lat. Na samą myśl prze­cho­dzi­ły ją zim­ne dresz­cze i chcia­ła gdzieś się scho­wać. Wie­rzy­ła, oczy­wi­ście że tak. W ko­ńcu nie­raz do­świad­czy­ła cu­dów Dzie­wan­ny, jak cho­ćby po­ja­wie­nie się tego domu za ich ple­ca­mi czy zwie­rzy­ny, któ­ra za­wsze ła­pa­ła się w si­dła. No i ten brak lu­dzi, czy­li to, że nikt nie tra­fił w to miej­sce ni­g­dy. Mo­gła kła­mać i oszu­ki­wać samą sie­bie, ale zna­ła praw­dę.

- Mu­sisz na­uczyć się od­bie­rać po­ro­dy i prze­jąć moją rolę. Twój ży­cio­wy cel to za­dbać o na­sze dzie­ci - po­wie­dzia­ła mi­ęk­ko Że­li­sła­wa. - Po­mo­żesz prze­cho­dzić ko­bie­tom przez wiecz­ny trud, któ­ry jest na­szym udzia­łem od za­ra­nia wie­ków i taki po­zo­sta­nie na za­wsze, aż do ostat­nie­go czło­wie­ka.

- Nie mam za­mia­ru! - Ża­ne­ta po­de­rwa­ła się, tup­nęła raz i dru­gi, jak­by mo­gło to co­kol­wiek zmie­nić. - Nie je­stem jak ty! - za­szlo­cha­ła. - Nie chcę być taka jak ty. - Za­ła­ma­ła ręce.

- Mu­sisz! - Mat­ka wsta­ła i ude­rzy­ła ją w twarz. Hi­ste­ria mi­nęła od razu. - Dzie­wan­na nie od­pu­ści.

- Czy­li spro­wa­dzi­łaś na nas klątwę, tak?

- Ochro­nę - po­pra­wi­ła Że­li­sła­wa. - To coś in­ne­go.

- Ja­sne, wte­dy to mia­ło sens. W woj­nę, zna­czy - pe­ro­ro­wa­ła wście­kła Ża­ne­ta. - Ale pó­źniej? Te­raz? Mi­nęło już wie­le lat, pew­nie na ze­wnątrz, w mie­ście, ży­cie wy­gląda zu­pe­łnie ina­czej. Mamy wol­no­ść.

Że­li­sła­wa za­śmia­ła się okrut­nie.

- Mamy ko­mu­nizm, cór­ko - spro­sto­wa­ła. - Nie mniej­szy syf niż pod­czas wo­jen­nej za­wie­ru­chy. Dla­te­go nie po­sła­łam cię do szko­ły, bo by ci w gło­wie na­mie­sza­li.

- Nie da­łaś mi wy­bo­ru! - za­wy­ła Ża­ne­ta. - Nie za­py­ta­łaś o zda­nie! A co z mo­imi dzie­ćmi?

Że­li­sła­wa po­pa­trzy­ła na cór­kę z bó­lem w oczach, Ża­ne­ta nie chcia­ła jed­nak przy­jąć jej żalu. Ma­rze­nia, te kru­che wy­obra­że­nia o tym, co mo­gło­by się stać w przy­szło­ści, roz­sy­pa­ły się w pył i ucie­kły na wie­trze. Ser­ce roz­ry­wa­ła jej nie­spra­wie­dli­wo­ść. Nie pi­sa­ła się na taki los!

- Two­je dzie­ci będą wy­cho­wy­wać się tu­taj. - Ma­tu­la za­to­czy­ła ręką wko­ło. - Cór­ki. Nie wiem, co Dzie­wan­na po­cznie z chłop­ca­mi. Może da ich na po­żar­cie ru­sa­łkom, w ko­ńcu jest ich opie­kun­ką.

- Mó­wisz to tak spo­koj­nie, jak­by w ogó­le cię to nie ob­cho­dzi­ło!

- Ża­net­ko, wi­dzia­łam śmie­rć mo­ich dzie­ci - wy­zna­ła ze spo­ko­jem Że­li­sła­wa. - Ka­to­wa­ne­go Do­bro­sza, uci­ętą gło­wę Gnie­wa, na­wet nie chcę wie­dzieć, co zro­bi­li z Ża­kli­ną i ty też nie chcesz tego wie­dzieć. Utra­ta ko­goś bli­skie­go w taki spo­sób po­zo­sta­wia w czło­wie­ku ślad na za­wsze. Nie mo­głam ry­zy­ko­wać, że i cie­bie do­pad­ną, czy wte­dy, czy te­raz, zro­bi­ła­bym wie­le, żeby cię ochro­nić, dla­te­go ofia­ro­wa­łam się Dzie­wan­nie.

- Nikt cię o to nie pro­sił - burk­nęła Ża­ne­ta.

Nie umia­ła do­ce­nić po­świ­ęce­nia mat­ki, nie ro­zu­mia­ła go.

- Utra­ta dziec­ka jest naj­gor­szym, co może spo­tkać czło­wie­ka - wy­ja­śni­ła ma­tu­la. - Two­je będą żyły spo­koj­nie. Nie sądzę, by Dzie­wan­na ro­bi­ła krzyw­dę chłop­com, po­sta­ram się do­wie­dzieć, dla­cze­go tak bar­dzo ich pra­gnie.

- W ta­kim ra­zie nie będę mieć dzie­ci - za­strze­gła Ża­ne­ta bun­tow­ni­czo. Mu­sia­ła po­czuć, że ma ja­kąkol­wiek kon­tro­lę nad wła­snym ży­ciem. - Ród sko­ńczy się na mnie.

Że­li­sła­wa uśmiech­nęła się lek­ko i po­kręci­ła gło­wą. Ża­ne­ta po­czu­ła się głu­pia i nie­wie­le war­ta, sko­ro mat­ka wy­śmie­wa­ła ją pro­sto w twarz. Mia­ła ocho­tę uciec i po­sta­no­wi­ła, że kie­dy za­pad­nie zmrok, zro­bi to. Sprze­ci­wi się tej głu­piej klątwie, obiet­ni­cy, któ­rej nie chcia­ła wy­pe­łniać. Mama nu­ci­ła ci­cho ja­kąś pie­śń i wy­da­wa­ła się nie zwa­żać na hu­mo­ry cór­ki. Pew­nie będzie za­do­wo­lo­na, że ta znik­nęła z jej ży­cia, sku­pi się na sie­ro­tach, w ko­ńcu to je bar­dziej ko­cha­ła niż ro­dzo­ne dziec­ko! Bun­tow­ni­cze my­śli to­wa­rzy­szy­ły jej jesz­cze dłu­go w nocy i nie mu­sia­ła na­wet się pil­no­wać, by nie za­snąć. Roz­sa­dzał ją zbyt wiel­ki gniew.

5.

Ża­ne­ta ko­cha­ła ota­cza­jący ją bór, ale nie nocą. W ciem­no­ściach spo­mi­ędzy pni wy­ska­ki­wa­ły dusz­ki, ko­na­ry bu­dzi­ły się do ży­cia i wy­gląda­ły ni­czym po­wy­kręca­ne pa­lu­chy, las tęt­nił nie­roz­po­zna­nym ży­ciem, a to bu­dzi­ło gro­zę. Ma­tu­la wspo­mi­na­ła, że cza­sa­mi pod ich dom pod­cho­dzi­li wil­cy i Ża­ne­ta nie mia­ła pew­no­ści, czy ma na my­śli zwie­rzęta, czy inne isto­ty. Nie po­rzu­ci­ła jed­nak swo­je­go za­mia­ru i po dru­giej ze­rwa­ła się z łó­żka, prze­szła boso przez dom i wy­mknęła się na ze­wnątrz. Nie mia­ła po­jęcia, któ­rędy iść, ale wie­dzia­ła, w któ­rą stro­nę uda­wa­ła się mama, kie­dy szła ode­brać po­ród. Wie­rzy­ła, że so­bie po­ra­dzi, prze­cież wy­cho­wa­ła się w tym le­sie i zna­ła jego ta­jem­ni­ce. Ga­łąz­ki pod jej sto­pa­mi ła­ma­ły się z trza­skiem i za ka­żdym ra­zem mia­ła wra­że­nie, że ser­ce wy­sko­czy jej z pier­si. Hu­ka­ła sowa, ale to rów­nież nie przy­no­si­ło jej ulgi, dźwi­ęk brzmiał zło­wiesz­czo, szcze­gól­nie w po­łącze­niu z wia­trem. Ten zaś ze­rwał się na­gle, za­ko­ły­sał pnia­mi chu­dych igla­stych drzew, aż za­skrzy­pia­ły jak­by w pro­te­ście. Po­dmuch owio­nął Ża­ne­tę, wzbił igły i ze­schłe li­ście, po­pchnął w stro­nę po­la­ny. Za­sta­ła tam Dzie­wan­nę. Wie­dzia­ła, że to ona, bo roz­po­zna­ła ją po łuku i char­tach ota­cza­jących swo­ją pa­nią. Bo­gi­ni trzy­ma­ła na­pi­ętą broń i ce­lo­wa­ła w jej ser­ce, tego Ża­ne­ta była pew­na. Stru­chla­ła, uklękła i wy­ci­ągnęła przed sie­bie dło­nie.

- Pani wy­ba­czy! - krzyk­nęła. - Wy­ba­czy pani!

- Chcia­łaś uciec - za­uwa­ży­ła Dzie­wan­na gło­sem brzmi­ącym, jak­by do­cho­dził spod zie­mi.

Albo z gro­bu - na tę myśl Ża­ne­ta za­drża­ła.

- Tak.

- Dla­cze­go? - Dzie­wan­na opu­ści­ła broń i zbli­ży­ła się do dziew­czy­ny.

Pach­nia­ła swoj­sko, wy­pra­wio­ny­mi skó­ra­mi zwie­rząt za­rzu­co­ny­mi na ra­mio­na, zio­ła­mi, śció­łką. Jej skó­ra ema­no­wa­ła świa­tłem ni­czym ksi­ężyc, bia­łym i przy­jem­nym. Wy­da­wa­ła się ład­na, zu­pe­łnie inna od tego cze­goś, co wie­le lat wcze­śniej Ża­ne­ta wi­dzia­ła w bo­rze, kie­dy mat­ka skła­da­ła obiet­ni­cę. Przy­jem­na twarz na­kro­pio­na pie­ga­mi, brązo­we wło­sy w nie­któ­rych miej­scach po­za­pla­ta­ne w war­ko­cze, ustro­jo­ne ko­ra­la­mi z żo­łędzi i szy­szek, uśmiech. Było w nim coś zło­wiesz­cze­go, bez­li­to­sne­go, cho­ciaż bo­gi­ni pa­trzy­ła na Ża­ne­tę swo­imi brązo­wy­mi ocza­mi ze zro­zu­mie­niem i tro­ską.

- Nie chcę od­da­wać ci sy­nów, nie za­mie­rza­łam zo­stać w le­sie na za­wsze! - W Ża­ne­cie znów obu­dził się gniew. - Nie pro­si­łam o to!

- Pro­si­ła two­ja mat­ka - rze­kła su­ro­wo Dzie­wan­na. - Ka­żdy syn ma być od­da­ny do mnie pod opie­kę...

- Żeby go po­ża­rły ru­sa­łki! - prych­nęła Ża­ne­ta tak, że dro­bin­ki śli­ny ucie­kły jej z ust.

Na szczęście nie do­si­ęgły bo­gi­ni, ale wy­star­czy­ło, żeby dziew­czy­nę za­wsty­dzić. Po­wści­ągnęła nie­co wście­kło­ść, w ko­ńcu nie roz­ma­wia­ła z ma­tu­lą, nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na wszyst­ko.

- Chy­ba nie za bar­dzo wiesz, kim one są?

- Nie. - Ża­ne­ta po­chy­li­ła gło­wę.

Skąd mia­ła czer­pać in­for­ma­cję, sko­ro nie umia­ła czy­tać. Ten brak znów bo­le­śnie za­kłuł ją w pie­rś.

- To ci opo­wiem.

Rzu­ci­ła ja­kieś brzmi­ąco obce sło­wa do char­tów, a te po­słusz­nie po­ło­ży­ły się na zie­mi. Ich pani usia­dła rów­nież i skrzy­żo­wa­ła nogi, po czym ski­nęła na Ża­ne­tę, żeby spo­częła obok. Tra­wa oka­za­ła się mo­kra, ale dziew­czy­na nie za­mie­rza­ła na­rze­kać. Mo­kra dupa jesz­cze ni­ko­go nie za­bi­ła. Poza tym ko­cha­ła opo­wie­ści i pra­wie za­po­mnia­ła, z kim ma do czy­nie­nia, kie­dy Dzie­wan­na za­częła opo­wia­dać.

- Sło­wo ru­sa­łka ozna­cza z ła­ci­ny świ­ęto róż, ro­sa­lia. Nie­któ­rzy na­zy­wa­ją ru­sa­łki wi­ła­mi, tak, chy­ba tu­taj funk­cjo­no­wał taki ter­min, ale mają ró­żne na­zwy: ka­zyt­ka, ła­sko­tu­cha, ła­sko­ta­łka, juda, ma­ja­ki, dzi­wo­żo­ny, pan­ny wod­ne, mo­ria­ny, wo­dia­ny, a na­stęp­nie to­pie­li­ce i na­wki. Pew­nie za­le­ży od re­gio­nu.

- Znam wiły, ma­tu­la o nich opo­wia­da­ła - wtrąci­ła Ża­ne­ta. - Były ich ró­żne ro­dza­je w za­le­żno­ści od tego, gdzie miesz­ka­ły. Sa­mo­wi­ły w la­sach, za­gor­ki­nie w gó­rach, w wo­dach bro­da­ri­ce i ob­la­ki­nie w chmu­rach.

- Tak, tak. - Bo­gi­ni mach­nęła ręką. - Ale nie o ety­mo­lo­gię nam prze­cież cho­dzi. Ru­sa­łki uwiel­bia­ją ha­sać nago, są cie­kaw­skie świa­ta, często klasz­czą i się śmie­ją. Uwiel­bia­ją nów, nie prze­pa­da­ją za świa­tłem ksi­ęży­ca. Ru­sa­łki ko­cha­ją mężczyzn, a kie­dy któ­ry ich do­tknie, ła­sko­czą go aż do śmier­ci lub po­ry­wa­ją do ta­ńca rów­nież ko­ńczące­go się zgo­nem.

- Więc pro­wa­dzą mło­dzie­ńców na stra­ce­nie, tak czy ina­czej - za­uwa­ży­ła Ża­ne­ta. - Nie wiem, jak ma mnie to po­cie­szać.

- Ru­sa­łki po­trze­bu­ją dzie­ci płci męskiej - wy­ja­wi­ła Dzie­wan­na. - Trak­tu­ją je jak swo­je, a pó­źniej pusz­cza­ją w świat.

- W nor­mal­ny, ludz­ki świat?

- Tak - przy­tak­nęła Dzie­wan­na z lek­kim uśmie­chem.

I znów wy­da­wa­ło się Ża­ne­cie, że nie jest on wca­le przy­ja­zny.

- Gdzie tkwi ha­czyk?

Bo­gi­ni za­śmia­ła się, aż nie­któ­re z char­tów pod­nio­sły łby i po­pa­trzy­ły czuj­nie.

- Nie są... zbyt in­te­li­gent­ni. Cza­sa­mi do­pro­wa­dza­ją ich do sza­le­ństwa.

- I na taki los mo­ich chłop­ców mam się go­dzić? - prych­nęła znów Ża­ne­ta. - Któ­ra mat­ka by na to po­szła?

- Je­śli nie wy­pe­łnisz prze­zna­cze­nia, cóż... - Nie­do­po­wie­dze­nie za­wi­sło w po­wie­trzu.

- Co?

- Two­ja mat­ka zo­sta­nie uoso­bie­niem Ma­rzan­ny. - Dzie­wan­na po­pa­trzy­ła uwa­żnie na Ża­ne­tę, aż prze­szy­ły ją ciar­ki. - A jak za­pew­ne wiesz, to bo­gi­ni zimy i śmier­ci, ale też od­ro­dze­nia. Że­li­sła­wa po­czu­je ka­żdy ogień tra­wi­ący ku­kłę Ma­rzan­ny, i ka­żdą wodę, któ­ra za­to­pi taką lal­kę. A pa­mi­ętaj, że zwy­czaj jest żywy wśród dzie­ci, na­wet chrze­ści­ja­ństwo tego nie wy­ple­ni­ło.

- Jak to? - Ża­ne­ta po­kręci­ła gło­wą, za­częły ją łu­pać skro­nie. - Nie ro­zu­miem.

- Żeby za­pew­nić ci bez­pie­cze­ństwo, to­bie i przy­szłe­mu ro­do­wi, Że­li­sła­wa po­świe­ci­ła du­szę. Je­śli odej­dziesz, a dro­ga wol­na, będziesz win­na jej cier­pie­nia w za­świa­tach. Czy to ja­sne?

- Jak cho­ler­ne sło­ńce - wy­du­si­ła Ża­ne­ta przez za­ci­śni­ęte gar­dło.

Ogar­nęło ją po­czu­cie bez­na­dziei. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że musi za­wró­cić, po­rzu­cić okru­chy ma­rzeń, któ­re jesz­cze tkwi­ły w du­szy, wy­łu­skać je i wy­rzu­cić na za­wsze.

- Obie­cu­ję ci do­bre ży­cie, Ża­ne­to - ode­zwa­ła się Dzie­wan­na i wsta­ła, a char­ty za nią. - Spi­jesz sło­dycz z kwia­tów, wy­pe­łnisz obiet­ni­cę, a ja będę ci sprzy­jać. Mu­sisz tyl­ko tu zo­stać, opie­ko­wać się sie­ro­ta­mi...

- Po co ci one?

- Ka­żde umie­ra­jące w le­sie dziec­ko boli - wy­ja­śni­ła Dzie­wan­na. - A ta­kie za­zwy­czaj po­rzu­ca się w chasz­czach, żeby za­ma­rzło albo żeby roz­szar­pa­ły je zwie­rzęta. To za­kłó­ca spo­kój, bu­rzy har­mo­nię.

- Ich ży­cie jest pa­smem cier­pień - za­uwa­ży­ła Ża­ne­ta. - Czy nie le­piej, gdy­by go nie do­świad­czy­ły?

- Te isto­ty mają du­sze o wie­le pi­ęk­niej­sze niż inni lu­dzie. - Bo­gi­ni spoj­rza­ła kar­cąco. - Są po­trzeb­ni, żeby pa­no­wa­ła rów­no­wa­ga. Ich ser­ca są czy­ste, nie­ska­la­ne ta­ki­mi my­śla­mi jak two­je, gdy uwa­żasz, że le­piej gdy­by ich nie było.

Ża­ne­ta nie od­po­wie­dzia­ła. Nie czu­ła wsty­du za to, co po­wie­dzia­ła, bo uwa­ża­ła, że sie­ro­ty nie mają do­bre­go ży­cia. Czy mo­gła­by im je za­pew­nić kie­dyś w przy­szło­ści? Od­wró­ci­ła się i po­szła z po­wro­tem do domu. Naj­pierw usły­sza­ła świst, do­pie­ro pó­źniej po­czu­ła strza­łę wbi­tą w pra­wą ło­pat­kę.

- Że­byś ni­g­dy nie za­po­mnia­ła - za­strze­gła Dzie­wan­na, kie­dy Ża­ne­ta upa­dła na ko­la­na z bólu. - To cier­pie­nie przy­nie­sie ci opa­mi­ęta­nie za ka­żdym ra­zem. Je­steś moją na­zna­czo­ną.