1941. Przygoda
1941
Przygoda
Przygoda jest blaskiem,
który przyćmiewa strach.
Ernst Jünger
Dniepropietrowsk!
Przed nami wielkie miasto. Nadal bardzo daleko, ale łatwo już było
dostrzec, że to potężny okręg przemysłowy.
Dniepropietrowsk!
Jak gardłowo i jak rosyjsko brzmiała jego nazwa! Kiedy wspomniano o nim
pierwszy raz dwa tygodnie temu, jako o ważnym celu naszej ofensywy, nikt
nie potrafił wymówić bezbłędnie jego nazwy. Podczas upalnych, krwawych
dni rajdu wzdłuż zachodniego brzegu Dniepru, to miasto było dla nas jak
marzenie, jak senne złudzenie przed naszymi oczami. Dzisiaj wypowiadamy
jego nazwę płynnie, jak prawdziwi Rosjanie.
Czy było to zaledwie dwa miesiące wcześniej, kiedy jako strzelcy z 43.
Batalionu Motocyklowego, żegnaliśmy się z wioską Wittenau (Uszyce) na
Górnym Śląsku i naszymi gospodarzami? Duża biała Litera K wskazywała, że
należeliśmy do Panzergruppe Kleist (grupa pancerna Kleista), a mały
żółty krąg z krzyżem w środku oznaczał przynależność do 13. Dywizji
Pancernej. Jechaliśmy przez tereny Generalnej Guberni, Galicję i Ukrainę: Hrubieszów, Równo, Żytomierz, aż do bram Kijowa. Dalej na
południowy wschód: Korsuń, Kamienka Krzemieńczuk i Wierchniednieprowsk.
Po pokonaniu prawie 2000 kilometrów, i to wszystko w dwa miesiące,
stanęliśmy przed Dniepropietrowskiem! To była naprawdę długa wyprawa!
Step po drugiej stronie granicy
O, du schöner Westerwald, über deine Höhen pfeift der Wind so kalt
(popularna piosenka turystyczna). Pełny zapału, głośniejszy niż
melodyczny śpiew wydobywał się z 22 gardeł. Buty wojskowe1
równo wybijały rytm. Strzelcy karabinów maszynowych z 2. Kompanii 43.
Batalionu Motocyklowego wracali z zawodów strzeleckich. Wszyscy byli w doskonałych nastrojach.
Przez sześć tygodni kompania stacjonowała w Wittneau (Uszyce), małej
wiosce na Górnym Śląsku. Kwatery były wygodne, mało obowiązków, a pogoda
wspaniała. Tego wieczoru miał się odbyć wielki bal kompanijny. Od kilku
dni był to główny temat rozmów w wiosce. Cywile oczekiwali go tak samo
jak żołnierze. Gasthaus Petzka działał na wysokich obrotach. Śpiewy,
muzyka, skecze kabaretowe następowały jeden po drugim, a temu
wszystkiemu towarzyszyły tańce. Nic dziwnego, że dziewczyny z Wittenau
były podekscytowane. Gefreiter Blumenthal pracował bardzo intensywnie
jako główny organizator. Wszyscy byli gotowi przysiąc, że będzie to
wielkie wydarzenie.
- Edgar, dzisiaj twój wielki debiut aktorski - Willi Tappertt drażnił
sąsiada. - Tylko szkoda, że nie ma tutaj żadnego producenta z Ufy
(niemieckiej wytwórni filmowej), aby przeżył to przedstawienie.
- Dalej, ty złośliwcze, jeszcze zobaczysz, jakim wydarzeniem będzie mój
występ. Każdy, kto ujrzy mnie w roli morderczego kelnera, będzie się bał
wyjść tej nocy na ulicę.
- Dobry człowieku, może to ty nie będziesz miał odwagi pokazać się na
ulicy po twoim występie! - podpowiadałem ze śmiechem, jako trzeci z naszej gromady.
Poznaliśmy się na kursie dla kandydatów na oficerów (OA -
Offiziersanwärten Lehrgang) i zostaliśmy przyjaciółmi. W kompanii
byliśmy nierozłączni. Było to nam potrzebne, gdyż jako kadeci nie
mieliśmy łatwego życia wśród stada plutonowych i sierżantów z naszej
kompanii.
W oddali za strzelcami karabinów maszynowych maszerowali dowódca III
Plutonu podporucznik Nickel, oberfeldwebel Hilski i feldwebel Hausmann.
Hilskiego można było nazwać gnębicielem kadetów. Nickel, wyróżniający
się dowódca plutonu, pewny siebie i energiczny oficer, był odważny aż do
zuchwałości i ostry jak brzytwa. Jeśli szeregowiec ośmielił się popełnić
błąd, wtedy jego życie nie było łatwe. Ale biada, jeśli jeszcze byłeś
kadetem. Wtedy brał się za niego Hilski w taki sposób, że nawet bezdomny
pies miał lepiej. Jedno było pewne; już więcej nie popełni takiego
błędu.
Z tyłu dobiegł głos oberfeldwebla Hilskiego:
- Kto tak zawodzi jak praczki? Oczywiście kadeci, lepiej żebyście
śpiewali sensowne piosenki, jak Finster ist die Nacht (Ciemna jest
noc).
Zaśmialiśmy się. Hilski też się zaraził dobrym humorem. Przynieśliśmy ze
sobą z kursu kadetów piosenkę o żeglarzu trzymającym wachtę w ciemnej
nocy i nauczyliśmy ją naszych kolegów. Stała się ulubioną piosenką
kompanii.
- Zugleich2 - rozległa się komenda na przedzie i karabiny
maszynowe powędrowały jednocześnie z prawego na lewe ramię. Edgar Sycha,
który naprawdę chciał zostać aktorem, zaśpiewał pierwszą nutę:
- Fiii... trzy, cztery!
A kolumna jak jeden mąż wydarła się:
- Finster ist die Nacht und kein Sternlein lacht...3
I tak wmaszerowaliśmy do Wittenau, aby zatrzymać się na wiejskim placu.
Podporucznik Nickel kazał nam się rozejść do kwater. Mieszkałem z rodziną Steigerów. To byli biedni ludzie, ale byli gotowi spełnić każde
moje życzenie. Kiedy wszedłem do dużego salonu, na stole stała duża taca
z kołoczem śląskim.4 Odstawiłem karabin maszynowy w rogu
pokoju, zdjąłem kurtkę polową, umyłem ręce w misce z wodą i zaatakowałem
ciasto.
Sześć tygodni wcześniej 13. Dywizja Pancerna, do której należała 43.
Lehrtruppe, stacjonowała w Bukareszcie. W rzeczywistości dywizja
pomagała marszałkowi Antonescu w stłumieniu buntu w jego elitarnej
"Żelaznej Gwardii". Jechaliśmy pociągami u podnóża Karpat, przez
węgierską pusztę na Górny Śląsk. Dlaczego odbyła się ta dyslokacja? Nikt
nie znał odpowiedzi. Coś nowego na nas czekało. To była nadal wielka
przygoda.
W Sandomierzu, 21 czerwca 1941
Siedzieliśmy wieczorem w czteroosobowym namiocie i rozmawialiśmy. Rull,
nasz kierowca, zwany przez wszystkich Ötte, przewodził dyskusji.
- Wszystko, co gadacie, to bzdety. Uwierzcie mi, to nic innego jak
wielkie ćwiczenia. Jeśli to byłoby na poważnie, to przeciwko komu mamy
iść?
- Ötte ma rację - oberschütze Anton Przybylski, mój drugi strzelec, nie
potrafił ukryć faktu, że pochodził z Górnego Śląska i wsparł kierowcę. -
Mamy przecież pakt z Iwanem!
- Właśnie, tak. I jeśli to nie Iwan, to kto? - wtrącił się mały
szeregowiec Heller
Poczułem chęć, aby zabrać głos.
- Jak dotąd mogę powiedzieć, że jechaliśmy przez trzy dni na wschód
razem z przynajmniej trzema czy czterema innymi dywizjami. Jeśli to
ćwiczenia, to zjem szczoteczkę do zębów!
Przez chwilę panowała cisza i wtedy cofnąłem się w myślach do
pożegnalnego wieczoru z przyjazną ludnością Wittenau. Już podczas marszu
do naszej kompanii dołączały ze wszystkich stron kolejne jednostki i staliśmy się częścią wielkiego, pełzającego węża wojskowego.
Podjąłem ponownie wątek:
- Napisał do mnie krewny z Berlina, że w Rzeszy ukazał się artykuł
Goebbelsa Kreta, ćwiczenia przed Anglią? Powołujemy się na gazety, jak
tylko się ukażą, i myślimy, że to co napisane, to prawda. A przecież
Goebbels sprawia wrażenie głupka.5
- Dobrze, przede wszystkim jest on tylko niemieckim pokurczem
(Schrumfgermane) - Rull był jedynym, który śmiał się głośno ze swojego
dowcipu.
Anton jednak nie zrozumiał żartu.
- Czym jest?
- Człowieku, Antek, jak możesz tak wolno kojarzyć? - Rull gniewnie
zareagował. - To oczywiste, że Jüppchen6 wypaplał coś, co miało
być tajemnicą.
- Ale Anglia przecież leży na zachodzie - wtrącił się Heller. - A my
pchamy się na wschód!
- Ostatnie plotki z latryny potwierdzają, że Kaukaz jest na rzeczy -
próbowałem wyjaśniać. - Rosjanie zgodzili się, abyśmy przeszli przez ich
kraj. A potem pójdziemy na Egipt i spotkamy się po drugiej stronie z Rommelem!
- Chłopie! Może być coś takiego? - Rull nie ukrywał entuzjazmu. - To w taki sposób dopadniemy Angoli poza ich cholerną wyspą!
Domysłom nie było końca, ale tylko przez chwilę. Byliśmy odurzeni tymi
spekulacjami, które krążyły wokół jako plotki i przypuszczenia. Wreszcie
powróciliśmy do namiotów. Ötte jako pierwszy objął wartę.
Heller obudził mnie na ostatnią zmianę warty. Ziewnąłem potężnie i klepałem dłońmi po całym ciele, aby wypędzić z niego zimno i drętwotę. W powietrzu rozległ się szum. I wtedy zobaczyłem cienie samolotów na tle
horyzontu budzącego się dnia. Wszystkie leciały na wschód.
- A teraz, gdzie one lecą? - spytałem zadziwiony.
- Musiało stać się coś wielkiego - podejrzewał Heller - to już drugi
dywizjon przeleciał nad nami.
Pół godziny później ponownie na wschodzie rozległo się dudnienie. W międzyczasie zrobiło się na tyle jasno, abyśmy mogli rozpoznać samoloty
z powracających dywizjonów. To były Ju-88. Z zachodu nadleciały ciężkie
bombowce, tym razem były to He-111.
Nieustanny warkot silników na niebie obudził nas wszystkich. Coraz
więcej chłopaków wychodziło z namiotów i pytało ze zdziwieniem i obawą,
co się działo. Ktoś włączył radio w kübelwagenie7 szefa
kompanii8. Znajomy głos dobiegł do nas, kiedy ktoś przekręcił
potencjometr głosu do maksimum:
...Związek Sowiecki nieustannie wzmacniał swoje oddziały przy wschodniej
granicy Niemiec ... w ostatnich kilku tygodniach notowaliśmy coraz więcej
i więcej otwartych naruszeń granicy. Z tego powodu zdecydowałem
przekazać los przyszłości narodu niemieckiego ponownie w ręce naszych
żołnierzy...
Unteroffizier Raschak, dowódca naszej drużyny, potrząsnął głową z troską:
- Nikt o tym nie mówił, ale wszyscy się domyślali. To jest wojna
przeciwko Ruskim i to nie będzie dziecinna zabawa.
Staliśmy się śmiertelnie poważni. Na wschodzie nasi towarzysze broni już
przekroczyli granicę sowiecką. Wkrótce my tam będziemy. Godzinę później
cała kompania już jechała w tamtą stronę.
Łuck, 26 czerwca 1941
- Bum, bum, bum, bum!- rozlegał się wybuch po wybuchu.
Na południu, za ścianą lasu, strzelały sowieckie baterie. Ponownie
rozległo się wycie, potworny grzmot wybuchu, kiedy pocisk przypadkowo
uderzył gdzieś w miękką glebę wśród cmentarnych nagrobków. Ziemia,
kawałki drewna i kamienie fruwały w powietrzu. Siedziałem skulony w świeżo wykopanym grobie i mocno ściskałem w dłoniach MG-34. Drżałem
przy każdym wybuchu i stukałem hełmem o krawędź hełmu Antka, mojego
amunicyjnego, który przykucnął obok mnie. Wysunęliśmy głowy podczas
krótkiej przerwy w ostrzale i gapiliśmy się na nasze pobladłe twarze.
Mój wzrok przyciągał również duży kamienny nagrobek, całkowicie pokryty
hebrajskimi napisami.
Ze wszystkich miejsc, to właśnie na żydowskim cmentarzu przeszedłem
chrzest ogniowy.
Podobna myśl musiała nawiedzić Antka:
- Pierona, czy jestem Żydem, czy też pomyliłem cmentarze?
- Chłopie, do cholery, kogo to dzisiaj obchodzi - usiłowałem uwolnić się
od własnych obaw. - Bezpośrednie trafienie w nasz dołek i nikt nie
będzie się interesował, co w nim było.
Dreszcz wstrząsnął ciałem Przybylskiego. Było mu zimno, albo ... ja też
wzdrygnąłem się kiedy kolejny pocisk wybuchł cholernie blisko.
Antek przez chwilę wsłuchiwał się podejrzliwie.
- Możesz przestać się trząść, Iwanom skończyły się pociski - stwierdził
i przerzucił nogi ponad krawędzią dołu.
Naprawdę zrobiło się cicho. Rzuciłem karabin maszynowy na stertę
pulchnej ziemi i po chwili zrobiłem to samo z dwiema skrzynkami
amunicji.
Spoza kamieni nagrobnych, dołów i załomów muru cmentarnego wychodzili
nasi kumple z pierwszego plutonu. Dla większości z nas był to chrzest
ogniowy. Po raz pierwszy ktoś strzelał do nas i słyszeliśmy wycie
pocisków albo gwizd przelatujących odłamków. To nie była ślepa amunicja,
nie udawane wybuchy podczas ćwiczeń poligonowych, to stawało się krwawą
rzeczywistością. Weterani, ci którzy brali udział w kampaniach we
Francji i Polsce, otrząsnęli się najszybciej.
- No, dzieciaczki - zapiał unteroffizier Blumenthal. - Czy już
zdążyliście narobić w pieluszki? Ale teraz nie płaczcie! Mamusia zaraz
przyjdzie i założy wam nowe pieluchy.
Skończył przemowę, a potem przez kilka minut dowcipy latały między nami
i tylko leje po wybuchach czy też roztrzaskane płyty grobowe
przypominały nam, że przeżyliśmy pierwsze fajerwerki w Rosji.
- Ten Łuck to pieprzony grajdół, ale wsio rawno, to już nie ma
znaczenia. Posłali nas wszystkich na żydowski cmentarz! - Jak już Antek
uczepił się jakiegoś tematu, to nie chciał go odpuścić.
- Jest w tym coś ciekawego - błysnąłem wiedzą ze szkoły średniej. - W Galicji połowa ludności w miastach to Żydzi.
Antek chciał dalej drążyć temat, ale Raschak zawołał:
- Pozbierajcie swoje graty i zbierzcie się na ulicy.
Jak tylko tam się znaleźliśmy, od razu dostrzegliśmy nasze motocykle
naprzeciwko cmentarza. Szybko pochowaliśmy broń i amunicję. A po chwili
jechaliśmy na południowy wschód, obok lasu, z którego ostrzeliwali nas
Rosjanie. Patrzyliśmy podejrzliwie w jego stronę, ale panowała tam cisza
i nie było nawet śladu żołnierzy wroga.
Droga była nędzna, czasami przypominała ścieżkę. Nie dało się jechać
szybko, ale w sumie utrzymywaliśmy dobre tempo przejazdu. Po pewnym
czasie mogliśmy poruszać się trochę szybciej.
- Zaczynam wierzyć, że wreszcie wyprzedziliśmy Iwanów - powiedział Rull,
gość naprawdę słusznego wzrostu.
- I zaczną strzelać nam w tyłki - prorokował Antek, po czym rozejrzał
się podejrzliwie, jakby przeciwnik już siedział nam na plecach.
- To wariacka wojna - stwierdziłem - przed nami czołgi miażdżą Rosjan, a ci znowu skradają się za naszymi plecami. Przy tym tempie natarcia nasze
woły z piechoty po prostu nie są w stanie dotrzymać nam kroku.
Pojawiła się nowa wioska. Wzdłuż jej głównej ulicy stali rzędami ludzie
i machali do nas przyjaźnie rękami.
- Patrzcie na to - krzyknął Rull. - W Łucku gapili się na nas
podejrzliwie, a tutaj witają nas jak jakieś gwiazdy kina!
- To muszą być Ukraińcy, których uwalniamy od Rosjan, a może to nawet
miejscowi Niemcy. W tym rejonie musi być dużo etnicznych Niemców.
Jak tylko się zatrzymaliśmy, cywile zaczęli gromadzić się wokół
pojazdów. Kobiety nieśmiało dotykały ramion żołnierzy. Niektóre
przyniosły mleko i kawałki chleba. Zgarbiony starzec oferował nam jajka.
Wielką radość wywołały papierosy, które dawaliśmy w zamian za żywność.
Jednak bratanie się trwało tylko chwilę, gdyż musieliśmy jechać dalej.
Późnym popołudniem następnego dnia na horyzoncie pojawił się las.
Byliśmy jakieś 1000 metrów od niego, kiedy na jego skraju dostrzegliśmy
oślepiający rozbłysk, a potem doleciał do nas odgłos wystrzału.
- Mój Boże, czy to nie był nasz pancerny wóz rozpoznawczy
(Panzerspähwagen). Rozwalili go! - krzyknąłem przerażony.
- Wszyscy na ziemię! - dowódca kompanii, kapitan Cochius, nie tracił
czasu i już wydawał pierwsze rozkazy.
Chwytaliśmy za broń i skrzynki z amunicją, po czym zeskakiwaliśmy z motocykli. Kierowcy zawracali je i odprowadzali w bezpieczne miejsce.
Początkowo panowało kompletne zamieszanie, ale rozległo się tylko kilka
wystrzałów. To artyleria, armaty przeciwpancerne i moździerze obrały nas
za cel i w powietrzu oprócz świstu pocisków rozległ się huk wybuchów.
- Rozproszyć się, rozproszyć! - krzyczał dowódca kompanii. - Pierwszy
pluton pośrodku, drugi na lewo, a trzeci na prawo. Karabiny maszynowe
mają zająć pozycje za ich plecami!
Kompania powoli zbliżała się do skraju lasu szeroko rozciągniętą
tyralierą. Drugi czterokołowy samochód rozpoznawczy pędził od strony
lasu, wioząc na pancerzu tych, którzy ocaleli z pierwszego, zniszczonego
pojazdu. Młody porucznik zeskoczył z niego i zameldował się naszemu
kapitanowi.
- Skraj lasu obsadzony przez armaty przeciwpancerne i piechotę wroga.
Możliwe, że są tam również czołgi.
Jakby na sygnał kilka czołgów wytoczyło się poza linię lasu, zatrzymały
się na chwilę i od razu rozpoczęły ostrzał.
- Czołgi, czołgi - wszędzie rozległy się okrzyki.
Od razu ogarnął nas szok na granicy paniki. Dla większości z nas było to
pierwsze spotkanie ze stalowymi kolosami. Jeszcze nie byliśmy
uodpornieni na "czołgową panikę", przez którą nawet najodważniejsi
musieli przejść w jakimś momencie. Wszyscy miotali się w przerażeniu,
większość gotowa do ucieczki. Nawet samochód pancerny szybko wycofywał
się zygzakiem. Rosjanie naprawdę wściekle go ostrzeliwali. Nasz oficer
wydzierał się bezradnie:
- Zatrzymać się i kłaść się na ziemi. Przygotować amunicję
przeciwpancerną i strzelać!
Wszystko na darmo, strach był zbyt wielki. Nic nas nie mogło zatrzymać i chwiejnym krokiem wycofywaliśmy się przez zaorane pole. Z tyły podjechał
samochód terenowy, holując lekką armatkę przeciwpancerną. Ta szybko
stanęła na stanowisku ogniowym. Ten widok był jak zastrzyk nadziei na
przeżycie i przywrócił nam przytomność. Oberfledwebel Hilski jak zawsze
znalazł odpowiednie słowa:
- Nie uciekniecie od tych ruchomych sraczy!
Wszyscy zawróciliśmy i ruszyliśmy w stronę przeciwnika. Nasza armatka
strzelała bez przerwy, podczas gdy czołgi wycofały się, próbując z kolei
nas ostrzeliwać.
- Kompania, okopać się!
Machałem saperką jak szalony. Żołnierze powoli znikali w ziemi,
nieustannie ostrzeliwani przez czołgi, tak samo jak artylerię i piechotę
wroga. Tylko mały Prott, trzeci strzelec z 3. Drużyny, leżał nieruchomo.
Całkiem dobrze, pomyślałem, przerzuciłem karabin maszynowy przez usypaną
stertę ziemi i zakotwiczyłem jego dwunożną podstawę, po czym sprawdziłem
celownik. Przybylski leżał obok mnie, niemal się przytulając.
- Ile mamy amunicji, Antek?
- Dwie skrzynki.
- Cholera, to nie za dużo. Mam tylko jeden bęben z pociskami
przeciwpancernymi.
- Tak czy inaczej, są bezużyteczne.
Zastanawiałem się, czy Rosjanie umrą ze śmiechu, kiedy zaczniemy do nich
z tego strzelać.
- Pierona, zamknij się, ty tępy dupku! - Antek naprawdę się wściekł. -
Żarty sobie robisz, kiedy Rosjanie zaraz dobiorą się do naszych tyłków.
- Już to zaczęli robić!
Skraj lasu zdawał się ożyć. Pojawiły się postacie w brązowych mundurach
i po chwili gęsta linia piechurów ruszyła w naszą stronę. Wokół nas bez
przerwy wybuchały pociski, strach było nawet podnieść głowę. Odezwał się
porucznik Nickel:
- Niech piechota Rosjan podejdzie bliżej. Dam komendę do otwarcia ognia.
Ustawić celowniki na 300 metrów!
Nie miałem dobrych przeczuć, kiedy ustawiałem celownik na wskazany
dystans.
- Co się dzieje z Prottem? - spytał Nickel.
- Jest tylko ogłuszony. Dostał odłamkiem w hełm - uspokajał go cicho
plutonowy Blumenthal.
Z dołka strzeleckiego, oddalonego ode mnie o jakieś 50 metrów, ktoś
szybko pomachał ręką. To był mój przyjaciel Tappert. A potem w ten sam
sposób Edgar Sycha dał znak, że żyje. Ja też pomachałem im ręką.
- Psiakrew! Kryjcie się! - krzyknął gniewnie podporucznik Nickel.
- To ciągle ci kadeci! - unteroffizier Raschak burczał oskarżycielsko.
Piechota rosyjska podchodziła coraz bliżej. Można było rozpoznać
pojedyncze sylwetki, oficerów maszerujących na przedzie, komisarzy w dziwnych skórzanych czapkach, a za nimi dwie gęste linie "mużyków".
- Uwaga - padła komenda.
Czułem, jak serce podeszło mi do gardła. Dłonie miałem spocone, kiedy
zdejmowałem bęben z pociskami przeciwpancernymi i zakładałem taśmę
amunicyjną do zamka karabinu. Zatrzasnąłem pokrywę i odciągnąłem
dźwignię spustową. Antek majstrował jeszcze przy taśmie, poprawiając
położenie poszczególnych pocisków.
- Strzelać bez rozkazu! - padła głośna komenda.
Przycisnąłem kolbę karabinu maszynowego do ramienia i wycelowałem.
Nacisnąłem spust po krótkiej przymiarce celu. W tym samym momencie 17
pozostałych celowniczych z naszej kompanii zrobiło to samo. Dodatkowe
wparcie ogniowe zapewniał pluton broni ciężkiej, rozmieszczony za
naszymi plecami. Nic nie budziło w Rosjanach większego strachu, jak
niesamowite tempo ostrzału z MG-34. Nazywali tę broń "śmiertelną
kosą". Skutek działania blisko rozmieszczonych "kos", które nagle
zaczęły kosić szeregi żołnierzy w ziemistych mundurach, był przerażający
i demoralizujący. Atak wroga zatrzymał się natychmiast. Początkowo
pojedynczo, a potem grupkami, Rosjanie uciekali na tyły, pod osłonę
lasu. Ich trasa odwrotu usłana była brązowymi wzgórkami rannych i zabitych ludzi.
Jako osłona ogniowa albo w ramach rewanżu kilka lekkich sowieckich
czołgów wyjechało z lasu i intensywnie ostrzeliwało nasze pozycje. Nawet
armatka została trafiona i już nie nadawała się do walki. Jednak do tej
pory już opanowaliśmy strach przed czołgami, a skuteczna obrona dodała
nam odwagi. Szybko załadowaliśmy pociski przeciwpancerne i celowaliśmy w szczeliny obserwacyjne sowieckich czołgów.
Powoli maszyny wroga znikały w lesie z naszego pola widzenia. Zaczął
szybko zapadać zmierzch. Nie otrzymaliśmy żadnego wsparcia, ale nadeszły
niezbyt pocieszające wieści, że Rosjanie odzyskali Łuck. Mieliśmy dwóch
zabitych i licznych rannych, którymi trzeba było się zająć. Jak rozwinie
się sytuacja?
To była przygnębiająca noc. Nikt nie mógł zasnąć, myśląc, że w zasadzie
byliśmy w okrążeniu. Przez całą noc dobiegały do nas odgłosy pracy
silników i chrzęst gąsienic. Przeciwnik ewidentnie grupował większe
siły, a nocne odgłosy działały nam na nerwy. Byliśmy wdzięczni losowi,
kiedy rankiem bateria lekkich haubic polowych zajęła pozycje za nami.
Budził się świt. Co mogło wyłonić się z tego groźnego lasu? A potem
zaczęło się. Pokazały się czołgi, artyleria ożyła i widać było
sowieckich piechurów. Ale nasze haubice rozpoczęły ostrzał, zanim
Rosjanie zebrali się do ataku. Było ich tylko cztery, ale strzelały
niemal jak karabiny maszynowe. Rosjanie stracili kilka czołgów i armat,
zanim zdążyli oddać choćby jeden strzał. To mocno wyjaśniło sytuację.
Sowieci wycofali się, kiedy nasze karabiny maszynowe zaczęły omiatać
ogniem skraj lasu. Nasza grupa bojowa wykorzystała to i wycofała się na
zachód. Pokonywaliśmy otwarty teren mocno rozproszeni. Rosjanie cały
czas nas ostrzeliwali, ale nie próbowali ścigać.
Dotarliśmy do miejsca postoju motocykli, gdzie zajęliśmy pozycje
ubezpieczające. A potem przyszły dobre wieści, że Rosjanie wycofali się
z Łucka. Kiedy nasza tylna straż zameldowała, że przeciwnicy, z którymi
potykaliśmy się przez kilka minionych godzin, wycofali się na wschód,
mogliśmy kontynuować natarcie.
Równo, 29 czerwca 1941
Był ładny, ciepły niedzielny poranek. Kompania spędziła noc w sielankowym otoczeniu na skraju miasta. Unteroffizier Raschak wyżebrał
gdzieś litrową puszkę skondensowanego mleka, którym z przyjemnością się
raczyliśmy.
Nagle krzyki, ludzie zaczęli biegać bezładnie i bzyczenie wypełniło
powietrze wokół nas. Rozglądaliśmy się zaskoczeni, a potem uciekaliśmy,
jakby gonił nas diabeł, dziko machając rękami. Cała kompania zwiewała
przed rojem pszczół. Jacyś naprawdę chciwi chłopcy przewrócili ule, aby
dobrać się do miodu i teraz pszczoły brały rewanż za rabunek. Kiedy
wściekłe owady już się uspokoiły i udało się opanować sytuację,
winowajcy musieli odcierpieć swoje winy za paskudnie pokąsanych
towarzyszy broni.
Odbyło się nabożeństwo w kościele polowym przy sporej publiczności,
ponieważ nasi klerycy9 obrządku katolickiego i luterańskiego
byli ogólnie szanowani i lubiani. Potem obydwaj zasłużenie otrzymali
Krzyże Żelazne. Leżąc wokół nich, jak grupa plażowiczów, słuchaliśmy
kazania. Ale przerwał je goniec motocyklowy.
- Alarm! - krzyknął - Wszyscy do maszyn!
Dywizyjny kapłan powstrzymał nas, gdy podrywaliśmy się na równe nogi.
- Poczekajcie chwilę, chłopcy! Zawsze znajdzie się czas na krótką
modlitwę.
Chórem odmówiliśmy Ojcze nasz i kapłan nas pobłogosławił. A potem
pobiegliśmy do motocykli.
Kilka chwil później już mknęliśmy przez Równo i pozostawiliśmy je za
plecami, jadąc na wschód szeroką, dobrze utwardzoną jezdnią z pokruszonego betonu. Jechaliśmy dość szybko, ponieważ nasza misja
wymagała pośpiechu.
- Gdzieś musi nieźle śmierdzieć - krzyknął Rull pod wiatr i poprawił
gogle przeciw pyłowi, ponieważ nasza kolumna skręcała na polną drogę,
wiodącą na południe.
Kierowcy musieli wykazać się niezłymi umiejętnościami, aby omijać liczne
koleiny i wyboje na drodze.
Pędziliśmy jak szaleni przez prawie trzy godziny. Stać! Oficer dyżurny
stał przy drodze i informował o sytuacji dowódcę naszej kompanii. Szybko
poznaliśmy szczegóły: duże siły przeciwnika atakowały południową flankę
naszego zgrupowania. Piechota już poniosła spore straty i musiała się
wycofać. Nasza kompania miała zapełnić jak najszybciej lukę powstałą we
froncie. Najszybciej!
Po kilku kilometrach jazdy ujrzeliśmy kolejną wioskę.
- Złazić z maszyn! Formować tyralierę!
Rozkaz wykonaliśmy, jakby to były ćwiczenia. Motocykle gdzieś znikły za
nami. Słyszeliśmy świergot kul karabinowych i miarowy stukot sowieckich
Maximów. Czasami odezwał się Ratsch-bum, czyli rosyjska armata
przeciwpancerna typu ZiS, a może to jednak były czołgi?
Pluton zbliżył się do skraju wioski. Porucznik Nickel wszedł na wiejską
uliczkę na czele drużyny Blumenthala. A my pod dowództwem Raschaka
powoli przedzieraliśmy się przez podwórza i sady. Przeklinałem cicho pod
nosem. Nieustanne przełażenie przez płoty i żywopłoty z karabinem
maszynowym było piekielnie męczące. To nas spowalniało i przez to
straciliśmy kontakt wzrokowy z oddziałem Blumenthala. Za jednym z domów
leżało kilku naszych rannych i wyczerpanych piechurów.
- Człowieku, ledwie uciekliśmy - sapał oberschnäpser (pogardliwie
obergefreiter) ranny w płuco. - Rosjanie nam z pewnością dokopali.
- Czy mają czołgi? - spytał Raschak.
- Całą chmarę, ale na szczęście nie mogli przejechać nimi przez rzekę.
- Idziemy - Raschak powiedział do nas. - Musimy podejść bliżej.
A potem przypomniał sobie rannego obergefreitera.
- Na twoim miejscu nie paliłbym papierosa z przestrzelonym płucem.
Dalej przedzieraliśmy się przez labirynt ogródków i sadów. Ostrzał
stawał się coraz donośniejszy, a potem usłyszeliśmy stukot naszych
MG-34. Jak się okazało, chłopcy Blumenthala już walczyli. Wtedy z boku
ktoś nadbiegł, okazało się, że to porucznik Nickel. Machał do nas
rozpaczliwie i wydzierał się:
- Gdzie do tej pory się włóczyliście? Łazicie tutaj, podczas gdy moi
chłopcy wykrwawiają się na śmierć! Blumenthal nie żyje!
Dopiero wtedy zauważyłem, że po policzkach oficera płynęły łzy. Byli
przecież przyjaciółmi. A poza tym nie było takiego, który nie lubił
Blumenthala!
Pomimo niesprawiedliwych oskarżeń, albo może właśnie z ich powodu, nasz
pluton ruszył na przeciwnika bez dalszych rozkazów. Jak nafaszerowani
prochami obserwowaliśmy, kiedy z dwóch naszych stron ludzie w szarych,
polowych mundurach szykowali się do natarcia.
Rozległo się szorstkie "Hurrra", a my dołączyliśmy do wrzeszczącej
gromady i strzelaliśmy przed siebie, trzymając karabiny przyciśnięte do
bioder. Obserwowałem wszystko jak przez mgłę, gdy Rosjanie uciekali z kryjówek i padali pod gradem naszych pocisków. Gdzieś z boku kilku z nich próbowało odciągnąć Maxima na dwóch kołach. Jeden z nich dostał
postrzał i upadł na ciężki karabin maszynowy, a reszta rzuciła się
natychmiast do ucieczki. Ale skąd nadal brał się ten ciężki ostrzał
Iwanów? Z koron drzew! Hofmann, inny celowniczy z mojego plutonu, i ja,
zaczęliśmy na leżąco ostrzeliwać szczyty drzew. Dopiero wtedy zrobiło
się naprawdę cicho.
Z drugiego brzegu rzeki zaszczekała armata czołgowa. Pocisk uderzył w pierwszą chatę. Od razu dpowiedziała nasza armata przeciwpancerna. Jak
szybko ją tu przywieźli! Już pierwszy jej pocisk trafił w cel. Daleko na
polu z prawej płonął sowiecki czołg.
Dwie godziny później już wszystko dookoła stało w ogniu. Chowaliśmy się
w dołkach strzeleckich, które wcześniej wykopali Rosjanie, kiedy
umacniali przyczółek. Nadszedł zmrok, ale my nadal mogliśmy w świetle
płomieni obserwować ruchu po stronie przeciwnika. Przeszkadzał mu w tym
trochę nasz ostrzał nękający. To była paskudna noc, którą spędziliśmy w wilgotnej ziemi nad rzeką, razem z martwymi Rosjanami. Wioska za nami
płonęła złowrogo i padał bez przerwy deszcz. Nikt nawet nie myślał o śnie.
Piechurzy z naszego pułku zjawili się wczesnym rankiem i dzięki osłonie
ogniowej przeprawili się przez rzekę na pontonach. Udało się im to za
pierwszym razem, a my wycofaliśmy się do spalonej wioski.
Kilka kilometrów dalej na wschód okopaliśmy się wieczorem na wschodnim
zboczu wzgórza. Mieliśmy zabezpieczać flankę naszej straży przedniej,
która utknęła na "Linii Stalina".
Ułaszejewka, 8 luty 1941
- Człowieku, jak długo ma trwać ten obłęd wokół nas? Od tygodnia nie
możemy posunąć się do przodu, a teraz próbujemy wygrać wojnę w jeden
dzień! - wołałem do swojego kierowcy.
Gefreiter Rull odwrócił brudną twarz do mnie, wypluł pył, jaki zebrał mu
się na zębach i uśmiechnął się. Przez to jego białe zęby mocno
kontrastowały z poczerniałą twarzą.
- Siedzisz na foteliku motocyklowym jak księżniczka na ziarnku grochu! A może pupa ci stwardniała jak podeszwa?
- Możesz tak gadać, co ci się podoba, Otte - skarżyłem się - ale to ty
siedzisz na swoim foteliku jak babcia na miękkiej poduszce w fotelu
bujanym i jeszcze do pełna zapakowałeś przyczepkę gratami. Pewnie, że
mnie tyłek boli. Dzisiaj medyk będzie musiał mi dać na noc opaskę
uciskową.
- Ojej, czyżby nasz kadecik dostał pupki pawiana? Uważaj, one chyba
naprawdę mają hemoroidy.
- Hemoroidy, a co to ? - spytał niewinnie Rull. - Czy to coś do
jedzenia?
- Jak zawsze! Ötte myśli tylko o napchaniu gęby - odpowiedziałem.
- Co za fantastyczna potrawka! Trzy kromki pokruszonego chleba na cały
dzień! - narzekał wielki kierowca, który ważył ponad 100 kilogramów. -
Mój żołądek skurczył się do wielkości wysuszonej śliwki.
- Może skurczy ci się też głowa, to i wtedy puszka wystarczy dla niej.
- Nasz kurczący się Niemiec działa na wyobraźnię - zadumał się Ötte. -
Na Śląsku, mój drogi Antku, wygrałbym konkurs piękności nawet ze
skurczoną głową.
- Za dobrze wam idzie, chłopcy - zacząłem gniewnie, trzymając się koła
zapasowego i spojrzałem ponuro w kierunku frontu.
Przed nami jechał motocykl dowódcy plutonu, za nami jechał kolejny bmw z karabinem maszynowym, w czwartym i ostatnim jechał dowódca półplutonu.
Stanowiliśmy straż przednią całego batalionu. Coś jednak nie było w porządku. Przed nami znajdowały się dwa pojazdy rozpoznawcze. Cała grupa
bojowa zmierzała na wschód, gdzieś między Równem a Żytomierzem. Głównym
celem był Kijów.
Nagle motocykl na czele zatrzymał się. Pozostałe zrobiły to samo.
- Pojazdy rozpoznawcze wracają, czyli coś złego musiało stać się na
froncie - zawołał Raschak.
Ośmiokołowy transporter opancerzony pędził jak diabli i zatrzymał się
tuż przed dowódcą naszego oddziału. W wiosce przed nami dostrzeżono duże
oddziały wroga. Nowy rozkaz brzmiał:
- Pędzić jak najszybciej! Opanować wioskę siłą rozpędu! Broń
przeciwpancerna na czoło!
Dwa samochody terenowe ciągnące armatki przeciwpancerne dołączyły do
naszego plutonu. A potem w drogę. Pędzące pojazdy wzbijały olbrzymie
tumany pyłu. Jeśli przeciwnik zauważył cokolwiek, to i tak nie byłby w stanie ocenić dokładnie, kto się do niego zbliżał.
Zamocowałem karabin maszynowy na ruchomym stojaku przy bocznym wózku.
Samochody pancerne zjechały z drogi na pole i towarzyszyły nam jako
osłona skrzydeł. Pierwsze domy pojawiły się w zasięgu wzroku. Nie
zwalniając ani trochę, wjechaliśmy do wioski. Wszystko zależało od
efektu zaskoczenia. Kobieta, która najpewniej myślała, że ma przed sobą
swoich rodaków, klaskała radośnie rękami nad głową. Z domu za nią wyszło
dwóch żołnierzy. Byli wystraszeni i początkowo myśleli pewnie o ucieczce, ale pozostali na miejscu, wznosząc ręce do góry. Jadące za
nami oddziały wezmą ich do niewoli. Do tej chwili nie padł nawet jeden
strzał. Między oddalonymi domami widać było dużą przerwę, a dalej
kolejną wioskę. Duża grupa Rosjan maszerowała we wzorowym szyku;
najwidoczniej ćwiczyli musztrę.
- Raz-dwa, raz-dwa - sowiecki kapral dyktował tempo marszu na tyle
głośno, aby utrzymać zwartość kolumny.
Gdy przejeżdżaliśmy obok nich, cała zdyscyplinowana grupa zmieniła się w bezładny tłum. Sowieccy żołnierze zaczęli uciekać niemal wprost pod koła
samochodu pancernego, który się zatrzymał w pozycji gotowej do
strzelania. Widząc to, Rosjanie poddawali się. Dla nich wojna skończyła
się, zanim zaczęła.
Naprzód! Przed nami pojawił się plac z nieodłącznym pomnikiem Lenina.
Padły pierwsze strzały. Z któregoś z domów zaterkotał Maxim.
- Załatwić go! - krzyknął Raschak do nas.
Rull gwałtownie skręcił i nacisnął na hamulce. Ledwie maszyna się
zatrzymała, zaparłem się nogami, wycelowałem i nacisnąłem spust. Salwa
pocisków odrzuciła sowiecki cekaem na bok. Reszta naszej grupy gnała
przed siebie bez zatrzymywania.
- Za nimi - krzyczałem, widząc że postacie w brunatnych mundurach
chowały się za domami.
Rosjanie ewidentnie zmykali w zarośla porastające skraj wioski.
To nie była jednak nasza robota, gdyż inne kompanie już otaczały wioskę
z dwóch stron. Iwany szybko wpadali w ręce ich żołnierzy.
Dojechaliśmy do ostatnich domów. Kilkaset metrów za nimi stały dwa
sowieckie czołgi. Ostrzeliwały nasze samochody pancerne, które ukazały
się między zabudowaniami. Armatki przeciwpancerne szybko zajęły pozycje
ogniowe. Mój Boże, ci chłopcy naprawdę działali szybko. Odprzodkowali
armatę, obrócili ją i już strzelali. Ten manewr mieli doskonale
wyuczony. Pierwszy strzał, zaraz potem drugi, trafienie!Jeden czołg
buchnął dymem, a załoga uciekała z niego. Drugi czołg typu BT
zygzakiem wycofywał się do strumienia.
- Pluton, zsiadać z motocykli i przeczesać teren aż do potoku!
Raschak kazał nam poruszać się wachlarzem. Zbliżaliśmy się do
unieruchomionego czołgu. Przeszedłem przez ciało martwego Rosjanina i zacząłem obchodzić czołg razem z dowódcą plutonu. Nagle wybuchła
chaotyczna strzelanina.
- Ostrożnie. Ktoś leży pod czołgiem - krzyknął któryś z grupy żołnierzy
stojących po drugiej stronie sowieckiej maszyny.
Pochyliłem lufę karabinu maszynowego, aby posłać serię pocisków pod
gąsienice czołgu. Okazało się to niemożliwe, ponieważ stałem zbyt blisko
niego. Wtedy coś walnęło mnie w stopę jak młot i przewróciłem się na
ziemię. A niech to! Iwan postrzelił mnie w stopę. Leżałem na ziemi
wściekły na siebie. Wsadziłem lufę pod gąsienicę i wystrzeliłem serię
pod podwozie, tam gdzie dostrzegłem rozbłysk z lufy. To musiało
zadziałać, gdyż zapanowała cisza.
Wstałem z jękiem, opierając się na karabinie maszynowym. Dostrzegłem w bucie otwory wlotowy i wylotowy. Z każdego z nich ściekała strużka krwi.
Raschak machnął na kübelwagen i pomógł mi do niego wsiąść. Kiedy
zawozili mnie do punktu opatrunkowego, spojrzałem na moją drużynę, która
powoli zmierzała do strumienia.
Lublin, szpital zbiorczy, 24 lipca 1941
Drodzy rodzice!
Informowałem was ze szpitala w Żytomierzu, że zostałem ranny i o moich
przeżyciach do tej pory. Mogę mieć jedynie nadzieję, że mój list do Was
dotarł, więc nie musicie się niepotrzebnie martwić podczas tych bogatych
w wydarzenia tygodni.
Będę pisać jedynie o przeżyciach od chwili, kiedy zostałem ranny. Nie
zaczęło się tak cicho, jak można było się spodziewać. Kiedy ktoś zostaje
ranny, odsyłają go na tyły i teoretycznie nic więcej nie może się ci
przytrafić. Jejku, nic z tego, wręcz przeciwnie. Jako ranny żołnierz
znalazłem się w sytuacji, która naprawdę mnie przeraziła.
W każdym razie, kiedy zostałem ranny, przebywaliśmy przez całą noc w wiosce, którą niedawno zdobyliśmy. Początkowo dobrze spałem na noszach.
Przedtem nieźle się upiłem. Szef 5. Kompanii odwiedził mnie oraz innego
żołnierza i przyniósł nam trochę wina. Następnego dnia załadowali nas do
ambulansu (Sanitätskraftwagen - Sanka)
i jechaliśmy w kolumnie zaopatrzenia. Nie mogliśmy jechać na tyły, gdyż
Rosjanie ponownie byli za naszymi plecami. Przez kilka dni nawet mysz
nie mogła się prześlizgnąć, to była szalona wojna! Doskonale spałem aż
do południa, pomimo okropnych wybojów na drodze. Ale potem nadeszło
nieprzyjemne przebudzenie.
Niedaleko od nas pojawiły się dwa sowieckie pociągi pancerne,
przemieszczające się równolegle do trasy przejazdu. Oczywiście
ostrzelały nas z armat. To paskudne uczucie, kiedy znajdujesz się pod
ogniem w otwartym polu, ale w końcu udało nam się znaleźć schronienie.
Nawet jeśli nie było najlepsze, to przynajmniej dawało jakąś osłonę.
Można pomyśleć, że nic nie trafi cię bezpośrednio. Jednak kiedy
rozglądasz się zamknięty w klatce ambulansu na środku drogi, bez
możliwości ucieczki (drzwi z tyłu ambulansu otwierały się tylko od
zewnątrz) i widzisz przez maleńkie okna pociąg pancerny strzelający ze
wszystkich luf i wybuchy pocisków wokół nas, to tracisz wiarę w los.
Pomyślałem wtedy, że tego już za dużo.
Ciężarówka za nami została bezpośrednio trafiona pociskiem, a odłamki
przebiły ściany naszego ambulansu. W tym czasie sanitariusze leżeli w przydrożnym rowie. Ci chłopcy w stanie przerażenia nie pomyśleli, aby
wynieść nas na zewnątrz. Dzięki Bogu zjawiły się nasze czołgi i ostrzeliwały sowiecki pociąg pancerny, dopóki ten się nie wycofał. Potem
ambulans został załadowany poważnie rannymi żołnierzami i popędził do
punktu opatrunkowego, ulokowanego tuż przed Żytomierzem, który udało się
zdobyć zaskakującym atakiem. Tam sprawy miały się już lepiej. Miejscowa
ludność, wśród nich wielu volksdeutschów, dostarczyła nam dużo mleka i jajek. Musiałem zatroszczyć się tylko o bułki, ponieważ tylko ja mogłem
chodzić w naszej sali, ale nie zapomniałem zjeść przynajmniej 15 jajek.
Pod wieczór przeniesiono nas do nowo stworzonej stacji opatrunkowej w Żytomierzu. Tam leżałem na sali razem z 22 kolegami, we wzniesionym byle
jak ceglanym budynku, tak jak wszystko w Rosji. Materace były dobrze
wypchane drewnianymi wiórami, ale leżały na podłodze. Coś innego działo
się tylko w porze posiłku. Nasz nastrój był sprawdzianem tego, jak dobre
było jedzenie. Nie zapominam o gramofonie; naszym najlepszym nagraniem
był światowy przebój "The Continental", który naprawdę mi się podobał.
Po chyba 10 dniach nie mogłem go już jednak słuchać.
Przez jakiś czas przebywaliśmy w Żytomierzu, a potem przeniesiono nas do
ciężarówek i wreszcie pojechaliśmy na tyły, gdyż w końcu udało się
stamtąd przepędzić Rosjan i tak dojechaliśmy do Lublina. Obecnie
jesteśmy w drodze do Wrocławia. Ponieważ moja rana prawie się zagoiła,
poprosiłem o zgodę na powrót do Lublina, aby tam dokończyć
rekonwalescencję. Jeśli przebywa się dłużej niż trzy tygodnie w szpitalu, przenoszą cię od jednostki ozdrowieńców. A tam nie chciałem
trafić w żadnych okolicznościach.
Wczoraj po raz pierwszy dostałem przepustkę do miasta. Oglądałem w kinie
kroniki. Jeśli je widzieliście, to macie słabe pojęcie o naszym wrogu i jego metodach lub naszych sukcesach. Rosjanin to bez wątpienia
najbardziej zażarty przeciwnik, jakiego napotkali Niemcy. I dlatego
potrzebujemy każdego żołnierza na froncie. Cieszę się, że nawet jako
mały trybik, mam okazję uczestniczyć w brzemiennej w skutki bitwie dla
Niemiec.
Bądźcie silni w ojczyźnie. Nawet jeśli wszystko nie pójdzie szybko,
będziemy nadal poskramiać Rosjan.
Z całą miłością, wasz Helmut.
Po dziesięciodniowej odysei dotarłem bez większych przygód do
macierzystej kompanii. Pierwszy pluton poniósł wysokie straty. Na
przyczółku w Perewozie nad Irpieniem (tuż przed Kijowem) nasi ludzie
zostali wczesnym rankiem zaskoczeni przez Rosjan. Wielu starych
towarzyszy broni zginęło od ciosów bagnetami w dołkach strzeleckich. Mój
drugi strzelec i amunicyjny, Antek Przybylski, dostał się do niewoli.
Może Rosjanie pozwolili mu przeżyć, ponieważ pochodził z Górnego Śląska
i potrafił się z nimi dogadać. Jakiś czas później udało mu się od nich
uciec. Powrócił do mnie jako drugi strzelec. Nawet nasz Rull pozostał ze
mną, więc stara załoga motocykla była znowu razem. Nowym dowódcą drużyny
został unteroffizier Pfeiffer, którego nigdy za bardzo nie lubiłem.
Jadnak mój przyjaciel Tappert był ze mną, podobnie jak dowódca drużyny
(Halbgruppenführer) Winkler, nauczyciel tańca ze Stendal, który był
fantastycznym gościem. A ja wtedy byłem w składzie II Plutonu, którego
dowódcą był oberfeldwebel Hilski, prześladowca kadetów, a on na pewno
nie był moim przyjacielem.
Piechota motocyklowa na front!
Okolice Krzemieńczuka, 10 sierpnia 1941
Plutonowy Pfeiffer szarpnął za klamkę drzwi chłopskiej chaty.
- Przygotować się, wy leniwe lumpy! Dzisiaj znowu możecie zarobić na
chleb!
Przez chwilę w dusznej izbie panował rozgardiasz jak w mrowisku. A potem
wszyscy chłopcy z drużyny Pfeiffera znaleźli się na zewnątrz z bronią w rękach. Po chwili dowódca plutonu skinął dłonią na obydwóch strzelców
karabinów maszynowych, a później przywołał jeszcze dowódcę półplutonu.
Byli również dowódcy motocyklowych załóg. Pfeiffer bawił się źdźbłem
trawy na mocno podniszczonej mapie. Należała wcześniej do Rosjan i opisana była cyrylicą. Pfeiffer szukał i szukał czegoś na niej.
- Gdzie jest to przeklęte Samigorszcze? - niemal płakał z rozpaczy.
- A w jakim kierunku go szukać?
- Gdzieś na zachodzie!
Obergefreiter Winkler stuknął palcem w mapę.
- Wydaje się, że to tutaj. Ale czy tak jest? To przynajmniej 50
kilometrów.
- Jak silna jest nasza grupa bojowa? - spytał Tappert.
- Grupa bojowa? Ty masz chyba halucynacje - burknął Pferiffer gniewnie.
- Sami mamy rozpoznać teren do Samigorcza.
- Dobry Boże - tylko jęknąłem. - Nie możemy sami zdobywać całej Rosji!
- Znowu masz pełno w gaciach ze strachu? - spytał sarkastycznie
Pfeiffer, ale też nie wyglądał na zadowolonego. - Ruszamy, jak
narysujemy trasę przejazdu, gdyby któryś z motocykli pozostał z tyłu.
Mieliśmy sporo kłopotów z odczytywaniem nazw miejscowości, które leżały
na trasie do celu. Pół godziny później już byliśmy w drodze. Szybko
przejechaliśmy przez pierwsze dwie wioski. Wiedzieliśmy, że nie było w nich wroga. Słońce prażyło niemiłosiernie. Chociaż jechaliśmy powoli,
nasze maszyny wzbijały kłęby pyłu na drodze. Co jakiś czas urządzaliśmy
dłuższe postoje, aby pył opadł i żebyśmy mogli zorientować się w terenie.
Zbliżało się południe, a my nadal jechaliśmy przez ogromne pola
słoneczników. Były wyższe niż dorosły człowiek i przesłaniały pole
widzenia. Trochę się tego bałem, gdyż na tych polach mogła ukryć się
całą dywizja, Jednak na szczęście panowała cisza.
Motocykl na przedzie dojechał do końca pola słoneczników i zatrzymał
się. Kilkaset metrów dalej widoczne były chaty maleńkiej wioski.
Pfeiffer przyglądał się kilka chwil przez lornetę.
- To musi być Onowo. Nie ma tam nawet myszy. Miejmy nadzieję, że Iwany
nie urządziły zasadzki na skraju wioski. W porządku, jedziemy!
Winkler nie potrafił milczeć:
- A może zastosujemy starą huzarską sztuczkę?
- Co to za trik? - spytał Pfeiffer tonem, jakby nie chciał usłyszeć
odpowiedzi.
Był wyraźnie w złym nastroju. Cała sytuacja znacznie go przerastała.
- Kiedy huzarzy prowadzili rajd rozpoznawczy i spodziewali się zasadzki,
posyłali naprzód jednego jeźdźca. Kiedy ten zbliżał się do podejrzanego
miejsca, reszta przygotowywała się do udzielenia mu wsparcia ogniowego.
Niedaleko od zasadzki jeździec się zatrzymywał, szybko rozglądał i zawracał z pełną szybkością.
- A jaki był cel tej całej zabawy?
- No, nie jest to oczywiste? Jeśli przeciwnik zorganizował zasadzkę,
wtedy po ucieczce jeźdźca mógł uznać, że jego zamiary zostały odkryte, i zaczynał strzelać do uciekającego
- Hmm, może być w tym coś! Ale kto chce zostać jeźdźcem?
- Mogę spróbować, ale spodziewam się solidnego ognia osłonowego -
parsknął Winkler.
Z Tappertem zajęliśmy pozycje po obydwóch stronach drogi, z karabinami
maszynowymi gotowymi do strzału, a Winkler pojechał ze swoim kierowcą.
Ich pomocnik z tylnego siodełka, malutki Mack, pozostał z nami. Motocykl
powoli zbliżał się do wioski. Winkler kazał zatrzymać się 200 metrów od
jej skraju. Widzieliśmy jak przykładał lornetkę do oczu. Nagle maszyna
zwróciła i pomknęła zygzakiem w naszą stronę. W wiosce nie było widać
żadnego ruchu. Motocykl ponownie zawrócił i tym razem powoli wjechał do
wioski, znikając za jej chatami. Nadal panowała cisza.
Wsiedliśmy na motocykle i razem zresztą grupy wjechaliśmy do wioski. W jej środku, na niewielkim placu, stał zwyczajowo pomnik Lenina. Tam
zebrała się nasza grupa. Winkler domagał się słów uznania:
- Czy nie zadziałało to całkiem dobrze?
- Fantastycznie, tak długo, jak nie było tam nikogo - odparł chłodno
Pfeiffer, ale potem trochę zmiękł. - Okay, ta huzarska sztuczka ma coś w sobie. Nie zaszkodzi, kiedy czasami z niej skorzystamy, jeśli sytuacja
będzie tego wymagać.
Jak na niego to był ogromny komplement.
Antek jak zawsze rozglądał się za czymś do jedzenia i otworzył drzwiczki
do ziemianki. Nagle odskoczył i wycelował karabin w ciemne wnętrze.
Zakłopotana i wystraszona, ale i śmiejąca się brodata twarz ukazała się
wejściu do ziemianki.
- Nichts Soldat! - bełkotał chłop i uniósł ręce, wychodząc na światło
dzienne.
Antek próbował rozmawiać z nim po rosyjsku, którym w zasadzie władał tak
samo jak niemieckim. Ukrainiec potrząsnął głową, wskazał w dół, a potem
w stronę wzgórz, szepcząc do Przybylskiego. W międzyczasie pojawiło się
sporo głów w wejściu do ziemianki, kobiecych i dziewczęcych,
przyglądających się nam ze zdziwieniem.
- Wydaje się, że pod ziemią mieszka cały klan - stwierdził głośno ze
zdziwieniem Tappertt.
- Niektóre dzieci są naprawdę ładne - przyznał zgodnie z prawdą Mack.
Antek odwrócił się do Pfeiffera i powiedział:
- Fiodor Fiodorowicz jest przyjacielem Niemców. Przysięga, że w wiosce
są tylko cywile. Rosjanie rano wycofali się za wzgórza.
- Tam, gdzie powinno być Samigorszcze. Zaufanie to ważna sprawa, ale
weryfikacja jest ważniejsza - powiedział Pfeiffer. - Nolte, sprawdź
piwnicę, czy tam nie ma żołnierzy. Weise i Tappertt, obejrzyjcie
pozostałe ziemianki!
Kiedy Antek mijał kobietę, aby zejść po schodach do piwniczki, Mack
szybko zaproponował:
- Pójdę z tobą, tak dla bezpieczeństwa.
- Lepiej zostań na górze. Ty tylko myślisz o flirtach z dziewuchami.
Mack wzruszył ramionami, ale nie przestawał puszczać oka do dziewczyn.
Zaczęły się głośno śmiać. Kilka minut później stało się jasne, że stary
człowiek mówił prawdę. Antek dał mu papierosa, którego przyjął z dużą
radością, ale również z wielką godnością. Niedługo potem oddział
rozpoznawczy ruszył dalej wśród machania rąk na pożegnanie. Niezmierzone
pola słoneczników zaczynały się kilkaset metrów za wioską. Ciągnęły się
aż do niewielkich wzniesień. Dowódca kazał nam się zatrzymać. Naradzał
się z Winklerem, który nie zgadzał się z jego punktem widzenia. Wreszcie
Pfeiffer machnął gniewnie ręką, przerywając dyskusję i powiedział z naciskiem:
- Bzdury, będziemy robić to, co powiem. Słuchajcie wszyscy. Motocykle
zostają tutaj. Grupa rozpoznawcza idzie dalej pieszo do wzgórza po lewej
stronie. Z jego szczytu powinniśmy dostrzec wioskę, w której można
spodziewać się Iwana. Jakieś pytania?
- Co mamy robić, kiedy Rosjanie pojawią się na drodze? - spytał Rull.
- W takich sytuacjach będzie decydować obergefreiter Vogt. - Pfeiffer
przekazał odpowiedzialność dowódcy drużyny.
Vogt nie wyglądał na szczęśliwego, przełknął ślinę i dobitnie rozkazał:
- Obrócić motocykle i ustawić je we wszystkich kierunkach.
Żołnierze z grupy rozpoznawczej wzięli broń i poszli rzędem za dowódcą
przez pole słoneczników. Zanim Winkler skrył się wśród wysokich roślin,
odwrócił się ostatni raz i powiedział złowieszczo do Vogta:
- Niech cię Bóg ma w opiece, jeśli odjedziecie, zanim my wrócimy.
Po chwili czuliśmy się, jakbyśmy byli w dżungli. Szybko straciliśmy
orientację, ponieważ chmury zasłaniały słońce. Słoneczniki były wyższe
niż człowiek, chociaż nie rosły zbyt blisko siebie, ale i tak trudno
było między nimi maszerować. Pfeiffer szedł na czele i jeśli zaszła taka
potrzeba, odginał łodygi roślin długimi nogami. Z tego powodu od przodu
kolumny dochodził nieustanny trzask i szelest łamanych roślin.
Zawiesiłem pasek nośny karabinu maszynowego na szyi i trzymałem go
rękami, ale kolbę wsadziłem pod prawą pachę. Dzięki temu mogłem strzelać
w każdej chwili, choć nie był to wygodny sposób noszenia broni. Za mną
szedł Antek i Mack, a za nami druga sekcja karabinu maszynowego. Kolumnę
zamykał Winkler.
Po dziesięciu minutach marszu Pfeiffer zarządził krótki postój. Od razu
przykucnęliśmy, aby odpocząć. Położyłem erkaem na ziemi i rozcierałem
kark, który bolał mnie od nacisku paska. Panowała cisza poza bzyczeniem
owadów. Słoneczniki pochłaniały każdy dźwięk. Kiedy skończyliśmy palić
papierosy, dowódca wydał rozkaz:
- Przygotować się i ruszamy!
A kiedy ustawiliśmy się w szeregu dodał:
- Powinniśmy być prawie na miejscu, więc bądźcie szczególnie czujni!
Wróciliśmy do ustalonego porządku. Skupiłem się na tym, aby nie zahaczać
lufą karabinu o łodygi roślin, więc cały czas gapiłem się na jej koniec.
A to, co się stało, zaskoczyło nas wszystkich.
Nagle Pfeiffer zatrzymał się i pokazał nam, abyśmy zrobili to samo. Nie
byłem na to przygotowany i wpadłem na niego. Z tego powodu on też musiał
zrobić krok do przodu, podobnie jak ja, gdyż popchnął mnie z tylu
Przybylski. Trochę jak z klockami domina. Po chwili stałem obok
Pfeiffera, na szerokiej ścieżce. Na prawo i lewo od nas leżeli sowieccy
żołnierze; wielu, bardzo wielu. Spali, palili papierosy albo coś jedli.
Karabiny ustawili w kozły. Zauważyłem to w ułamku sekundy,
odbezpieczając karabin maszynowy. Jak długo trwała ta chwila? Bez końca.
Przez ten czas można przejść przez piekło, poczynić plany na przyszłość
i je odrzucić, a potem podjąć decyzję. A ta mogła być tylko jedna,
wynosimy się stąd!
Pfeiffer również zorientował się w sytuacji i jednocześnie krzyknęliśmy:
- Z powrotem!
Pociągnąłem za spust, strzelając krótkimi seriami do prawej do lewej.
Odskoczyłem do tyłu między słoneczniki i popędziłem za resztą grupy.
Ta sekunda strachu trwała trochę dłużej dla Rosjan, ale potem
usłyszeliśmy głośne komendy i pojedyncze wystrzały. Biegłem po polu
słoneczników najszybciej, jak było można. Trzymałem broń czasami po
lewej, czasami po prawej stronie, a chwilami przed sobą. Słyszałem
towarzyszy broni, jak biegli i sapali, a do tego dochodził ten
niezapomniany odgłos łamanych łodyg słoneczników. Takie same trzaski
rozlegały się za plecami. Ale dzięki Bogu, nadal daleko za nami.
Nieporęczna broń ciążyła mi coraz bardziej i zaczynałem rzęzić. Boże,
jak daleko do tych motocykli! Nasza grupa coraz bardziej mnie
wyprzedzała. Nadepnąłem na skrzynkę amunicyjną, którą prawdopodobnie
porzucił mój drugi strzelec. Ja też mam porzucić erkaem? Wtedy
zobaczyłem Macka zerkającego spomiędzy słoneczników.
- Człowieku, gdzie się podziewałeś! Daj mi to, pomogę ci!
Chwycił za lufę karabinu, a ja trzymałem go za kolbę Teraz było łatwiej.
Mack, jesteś zbawieniem, nigdy ci tego nie zapomnę. Zebrałem resztki
odwagi i sił. Tego potrzeba było szczególnie, ponieważ trzask, tupot,
krzyki Rosjan i strzały coraz bardziej zbliżały się do nas szerokim
frontem. Kule świszczały i szeleściły pomiędzy słonecznikami;
nieprzyjemne odgłosy!
Przed nami rozległ się warkot silników; motocykle nie mogły być daleko.
Jeden z nich warknął głośniej, aby odjechać, potem kolejny. Nie mogą tak
po prostu odjechać! Strach narastał i pobudzał resztki sił, aż wreszcie
znaleźliśmy się na ścieżce. W oddali, już za zakrętem, znikały pierwsze
motocykle. Nawet trzeci z Pfeiffrem i Przybylskim już przejechał 30
metrów. Tylko odważny Rull był nadal na miejscu, poruszając się
wolniutko, ledwie dotykając sprzęgła. Zimny pot spływał po jego brudnej
od pyłu twarzy, kiedy wydawał niezrozumiałe dźwięki. Jak wariat
wskoczyłem do bocznej przyczepki z karabinem maszynowym w rękach, a Mack
zajął tylne siodełko motocykla. Ciężki BMW skoczył do przodu jak rumak i wreszcie uciekaliśmy.
Chwilę potem spośród słoneczników wyjrzały postacie w ziemistych
mundurach i zaczęła się chaotyczna strzelanina. Rull niemal dosłownie
położył się na kierownicy, a Mack leżał na nim. Ja też starałem się
skulić jak najbardziej. Bang, bang! - kule trafiały w boczną przyczepkę.
Nasze graty jednak chroniły mnie przed trafieniem. A potem rozległ się
mdlący odgłos plaśnięcia. Mack jęknął. Rull skręcił motocyklem w lewo na
ścieżce. Po tym manewrze byliśmy bezpieczni, ale nadal pędziliśmy jak na
złamanie karku.
Mack zaczął chwiać się na siodełku. Wstałem w przyczepce i starałem się
trzymać mojego kolegę. Tak wjechaliśmy pięć minut później do Onowa,
gdzie inne motocykle czekały na nas pod pomnikiem Lenina. Rull nacisnął
na hamulce, wzbijając kłęby pyłu.
Kiedy zdjęliśmy Macka z siodełka, już nie żył.
Okolice Popielnastoje, 12 sierpnia 1941
Grupa rozpoznawcza Pfeiffera dojechała do przeciwległego stoku
wzniesienia i ubezpieczyła je ze wszystkich stron. Dowódca stał jakieś
50 metrów przed jego płaskim szczytem i przez lornetkę przyglądał się
rozległemu stepowi ukraińskiemu.
- Niedługo pewnie zobaczymy Dniepr - powiedział do mnie Willy Tappert.
- Możesz mieć rację, przecież wczoraj przejechaliśmy szmat drogi na
wschód. Rzeka nie może być już daleko.
- Pierona! Dniepr to szeroka rzeka, nie da się jej tam po prostu
przepłynąć - skarżył się Anton Przybylski.
- Nie miej strachu. Możesz pozostać na swoim foteliku motocyklowym -
błaznował Ötte Rull - zamontujemy po prostu zawór opóźniający na rurze
wydechowej, jak to robią w czołgach które jeżdżą od wodą, i tak samo
pojedziesz po dnie.
- Ale skąd wezmę powietrze?
- Po prostu będziesz musiał wstrzymać oddech.
Kiepskie dowcipy nagle się skończyły. Bełkotliwy odgłos, który rozrósł
się do okropnego wycia, zagłuszył wszystko, a potem pocisk spadł na
ziemię 200 metrów za nami. Odruchowo skuliliśmy się na motocyklach.
Pfeiffer natychmiast wrócił do nas biegiem.
- Co za pieprzony cyrk - przeklinał Pfeiffer. - Nadleciał z tylu. Czy to
Rosjanie depczą nam po piętach, a może to nasi strzelają?
Jak tylko unormował oddech, usłyszeliśmy kolejne wycie i następny pocisk
wybuchł dokładnie tam, gdzie poprzednio stał Pfeiffer.
- Jazda na bok! - zawołał. - Wstrzeliwują się w nas i zaraz nas dopadną!
Kilka sekund później na stoku nie było już nikogo. Jedynym śladem
naszego pobytu tam były kłęby pyłu unoszące się nad ziemią.
Po godzinie dojechaliśmy do długiego wzgórza, które było celem naszego
rajdu rekonesansowego. Pfeiffer kazał nam zsiąść z maszyn u jego
podstawy.
- Wjadę powoli na górę. Chcę mieć karabiny maszynowe po lewej i prawej
stronie ścieżki. Ale wy idziecie na piechotę.
- Nadal się niczego nie nauczył - zrzędził Tappertt. - Przecież to
zupełny nonsens. Nie jesteśmy jakimiś tam trepami z piechoty!
Zdjęliśmy karabiny maszynowe ze statywów na przyczepkach i poszliśmy
zgodnie z rozkazem; Tappert po lewej stronie, a ja po rowie 10 metrów z przodu. Nasi amunicyjni i zapasowi strzelcy szli za nami w odpowiedniej
odległości. Pfeiffer jechał w linii ze mną. Kazał czekać trzem
pozostałym motocyklom pod dowództwem Winklera.
Słonce w zenicie prażyło bezlitośnie. Wkrótce pot spływał nam po
twarzach i po ciałach, aż zrobiły się mokre. Hełm zsunąłem na kark.
- Do diabła, co ten Pfeiffer sobie myśli? Przecież to jest niczym
najzwyklejsze nękanie - myślałem w gniewie.
Wędrówka na szczyt zabrała znacznie więcej czasu. Więcej niż oceniał
Pfeiffer. W końcu nawet on stracił jednak cierpliwość i przyspieszył.
Wcześniej był przed nami nie dalej jak 10 metrów, to teraz odległość
sięgała nawet 200.
Nagle Vogt szarpną motocyklem i obrócił go tak, że aż boczna przyczepka
uniosła się w powietrze. Zapanował nad nim i popędził z powrotem w naszą
stronę. Zatrzymałem się z Tappertem i czekaliśmy na nich. Pfeiffer
zdawał się fiksować. Kiedy motocykl pędził kolo nas, Pfeiffer krzyknął
do nas:
- Samochód pancerny!
Ogarnął mnie strach i uciekałem ile sił w nogach. Nieporęczny erkaem
przygniatał mnie, gruby mundur, saperka, pokrowiec na broń, pistolet,
magazynek bębnowy, manierka przy pasie - wszystko przeszkadzało w ucieczce, ale i tak pędziłem jak Paavo Nurmi po złoty medal olimpijski,
dzięki lekko pochylonemu stokowi. Przede mną biegł Antek, który od razu
porzucił skrzynki z amunicją. A jeszcze przed nim biegł nowy członek
naszej sekcji, długonogi Weinert. Willi Tappert przebiegł chwiejnie
przez ścieżkę z przekrwionymi oczami.
- Nie dam rady dalej - sapał i wskoczył do rowu przed nami.
Zatrzymałem się, chwiejąc się na nogach i czułem jak krew dziko pulsuje
mi w skroniach.
- Ani ja! - jęknąłem w rozpaczy. - Nic mnie więcej nie obchodzi.
Po czym położyłem się koło Tapperta i wycelowałem MG-34 w szczyt
wzgórza. On zrobił to samo.
- Załadujemy pociski przeciwpancerne, niech będzie, co ma być!
Drżącymi rękami zmienialiśmy magazynki bębnowe i w napięciu czekaliśmy
na samochód pancerny wroga. Powoli serca uspokajały się i zniknęła mgła
zmęczenia sprzed oczu. Ale ścieżka prowadząca na wzgórze pozostawała
pusta.
- Kiedy jesteś z Pfeifferem, to masz zapewnione przeżycia. W każdej jego
akcji trzeba walczyć o życie - stwierdziłem z niechęcią.
Willi pokiwał apatycznie głową. Był tak zmęczony, że nie był w stanie
mówić.
Minęło dziesięć minut. Motocykl Pfeiffera powrócił. Przejechali obok,
nawet nie zwracając uwagi na nas. Popatrzyliśmy na siebie ze
zdziwieniem, zarzuciliśmy karabiny na ramiona i poszliśmy powoli za
nimi. W międzyczasie ich motocykl dojechał na szczyt i tam się
zatrzymał. Jednocześnie Winkler z własnej inicjatywy przyprowadził
pozostałe motocykle. Wsiedliśmy do nich i po chwili dołączyliśmy do
dowódcy. Mogliśmy obejrzeć samochód pancerny, który wywołał taką panikę.
To był chłopski wóz wypełniony gnojem.
Początkowo wycofaliśmy się trochę i uśmiechaliśmy się niepewnie do
siebie, a potem już ryczeliśmy ze śmiechu. Nie potrafiliśmy się
uspokoić. To był humorystyczny kontrast z przerażeniem, które jeszcze
przed chwilą nas paraliżowało. Potrzebowaliśmy dać ujście własnym
emocjom, więc śmialiśmy się i śmialiśmy.
- Pierona, możecie w to uwierzyć. Kibel na kółkach!
- Ukryjcie się, chłopcy, kiedy on wystrzeli ładunkiem kumulacyjnym, nikt
nie zostanie suchy!
- Nic dziwnego, że nasz dowódca miał zapchany nos - kpił Tappert.
- Teraz przynajmniej nie będzie wstyd, kiedy ktoś popuści w gacie -
wykrzyknąłem i spojrzałem znacząco na Pfeiffera.
- Zamknijcie japy! Lepszy jest fałszywy alarm niż spóźniona reakcja. -
bronił się przed oskarżeniami podoficer.
A potem rozchmurzył się i śmiał się razem z nami.
Wydzielony oddział z batalionu rozpoznawczego czekał przy drodze, kiedy
nasz patrol powrócił dwie godziny później w jego szeregi. Obok nas stała
na pozycjach ogniowych bateria haubic. Dowodził nią dziadek w randze
kapitana rezerwy artylerii. Rozmawiał z młodym porucznikiem z oddziału
rozpoznawczego, noszącym nietypowy czarny mundur. Pfeiffer rozkazał
abyśmy się przy nich zatrzymali, złożył raport kapitanowi artylerii, a ten po chwili stwierdził:
- Jestem pewny, że gdzieś już was widziałem dzisiaj rano. Czy to nie
było tam, na wzgórzu?
- To znaczy, że to wasza bateria nas ostrzelała, panie kapitanie?
- Oczywiście! Nie od razu poznaliśmy, że jesteście Niemcami! Ale
gwarantuję wam, że trzecia salwa już by was nakryła - zaśmiał się
rubasznie kapitan.
Pfeifferowi nie było jednak do śmiechu.
Nawet porucznik starał się powstrzymać śmiech.
- Nie bierz tego tak mocno do siebie, unteroffizier. My w oddziałach
rozpoznawczych wiedziemy niebezpieczne życie. Najgorszy jest powrót. Mam
ze sobą zawsze rakietnicę. Wczoraj wracałem o zmroku i nie wiedziałem,
gdzie była nasza linia frontu. Cała dywizja przemieszczała się. Nagle
kula ognista pomknęła ku nam i przeleciała pod moim samochodem.
Zrobiliśmy objazd z ostrożności i przejechaliśmy obok baterii armat
przeciwlotniczych kalibru 88 mm. Jak myślisz, co powiedział jej dowódca,
kiedy zacząłem się skarżyć: "Nie musisz się oburzać, my strzelaliśmy
tylko ostrzegawczo, aby was przestraszyć!"
Makabryczny dowcip spotkał się z aplauzem. Artylerzysta był tym, który
śmiał się najgłośniej. Strzelec Przybylski słuchał tego z kwaśną miną.
Potem klepnął mnie w ramię:
- Czy ty rozumiesz, dlaczego ten kapitan zawsze się śmieje?
- Nie Antek, ale wydaje się być w radosnym nastroju. A co będzie jak w nocy jego chatę obrzucimy granatami ręcznymi? Ciekawe, czy wtedy będzie
się śmiał tak, jak teraz?
Mrugnęliśmy porozumiewawczo oczami.
Roweńska 13 sierpnia 1941
Oberfeldwebel Hilski oparł się o Kfz 15 Horch, z którego był ogromnie
dumny i lustrował pluton, ustawiony półkolem wokół niego.
- Słuchajcie! Kilka jednostek rosyjskich zdołało wyrwać się na wschód z okrążenia pod Humaniem. Podobno pułk kawalerii wyruszył w tamtym
kierunku. Naszym zadaniem jest ustalić, gdzie on się podział. Wsparcie w postaci armaty przeciwpancernej będzie z tyłu plutonu. Jedziemy na
południowy zachód przez Szełtoje. Straż przednia - grupa unteroffiziera
Pfeiffera.
- Moja drużyna na przedzie - powtórzył bezwiednie nasz dowódca.
- Uda ci się to, mając na karku dwóch kadetów? - spytał ironiczne
Hilski.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki