SPRAWA LUSTERKA
Zaletą mieszkania w małej miejscowości jest fakt, że wszyscy wszystkich znają i pomagają sobie, gdy pojawi się potrzeba. Albo przynajmniej wiedzą, kto tej pomocy nie odmówi. Dlatego kiedy Citroën Berlingo Agnieszki wyświetlił kontrolkę o konieczności wymiany oleju, wiedziała, dokąd jechać. Gdy zadzwoniła do Zdziśka, przypomniał jej, że miała być u niego ponad miesiąc temu na wymianie rozrządu i że igra z ogniem, skoro nie zrobiła tego od razu.
- Igra nie igra, w środku sezonu, z gośćmi w pensjonacie, nie mam kiedy naprawiać samochodu - wytłumaczyła.
- To zajmie chwilę - zapewnił.
Lubiła go. Był jedną z tych osób, do których miała totalne zaufanie. A on do niej chyba też. Potrafił rozłożyć jej płatności na raty, zrobić drobne usługi gratis, a w dodatku umiał naprawić i zawias od bramy, i drzwi garażowe. W zamian dostawał przetwory albo naprawiony i odnowiony mebel, bo to z kolei Agnieszka umiała zrobić własnymi rękoma.
Wiedziała, że u niego "chwila" to przedział czasu od trzech godzin do tygodnia, dlatego poczekała do jesieni, aż gości w pensjonacie było mniej i na ogół przyjeżdżali tylko na weekendy.
Zatrzymała się przed bramą i zatrąbiła. Można było do Zdziśka dzwonić, ale zwykle nie miał przy sobie telefonu, więc skuteczniejsze było trąbienie. Nie znosiła tego wprawdzie Katarzyna, jego żona, ale cóż, taki urok życia przy warsztacie.
Wpuścił ją przez bramę i kiwnął ręką, żeby wjechała do środka. Kiedy wysiadła z samochodu, od razu poczuła silną woń mieszanki smarów, olejów i paliwa. Wszystko zdawało się pokryte ciemną warstwą tłuszczu, aż trampki kleiły jej się do podłogi. Z ulgą spojrzała na swoje dżinsowe ogrodniczki i wepchniętą w nie bluzę - raczej nie powinna się o nic pobrudzić, a jeśli nawet, to było to tylko robocze ubranie. Nawet włosy związała i schowała pod czapeczką baseballową. Ruszyła w stronę kanciapy, gdzie zwykle przesiadywał pomocnik Zdziśka. Zajęty był teraz rozmową z jakimś mężczyzną.
- Taki klient, wiesz, fafarafa - mówił młody głos z mocnym "rrr". - I ja mu mówię, że to będzie drogo kosztować. A on, że tylko wymiana pompy. To ja mu mówię: pompa pompą, ale tu nie działa przeczłap bambulatora. - Zarechotał gardłowo, a po chwili dołączył do niego drugi śmiech.
- Dzień dobry - przerwała im Agnieszka.
- O pani... pani... - zająknął się wysoki i szczupły mężczyzna, najwyraźniej zmylony jej niskim głosem. Znała go z widzenia, miał charakterystyczny krzywy nos i pracował u Zdziśka od dawna. Ten drugi, dowcipniś z gardłowym "r", blondyn z mnóstwem pryszczy na policzkach i brodzie, wyglądał za to bardzo młodo.
- Agnieszka - przypomniała mu. - Znajoma Zdziśka - podkreśliła, żeby przypadkiem nie płacić za jakiś przeczłap, rzecz, która najprawdopodobniej nie istnieje. - Zdzisiek mówił, że trzeba wymienić pasek rozrządu i olej. Ale jest coś jeszcze... - Wskazała na samochód. - Coś mi stuka przy prawym kole.
Wysoki mechanik z krzywym nosem wstał i podszedł do Citroëna.
Zdzisiek wyglądał jak Danny DeVito w czasach swojej największej popularności. Łysa głowa z ciemnymi drobnymi loczkami po bokach, brązowe oczy, okulary w czarnych oprawkach, zawadiacki uśmiech i charakterystyczny wzrost. Aktor podaje, że mierzy metr pięćdziesiąt dwa. Zdzisiek oceniał się na dziesięć centymetrów wyższego i wprost nie znosił porównań z gwiazdą Hollywood. Jego sława i duma były innego rodzaju...
Prowadził dobrze prosperujący warsztat samochodowy, miał doskonałą rękę do mechaniki i zamiłowanie do starych amerykańskich aut. Pierwsze przyjechały do niego jako mienie przesiedleńcze jego dziadka i szybko poczuł, że proste w naprawie Fordy i Chevrolety, za które kolekcjonerzy są w stanie zapłacić ogromne kwoty, to prawdziwa żyła złota. Nie potrzebował do tego nawet reklamy - jedni polecali go drugim, a z każdym sprowadzonym zza oceanu "złomkiem", który odpicował, rosły zamówienia na kolejne... Jako reklama wystarczał więc dziesięcioletni szyld przy drodze, który głosił: "Napraw... samoch...ów, Zdzisław P...owski", bo kilka liter się wytarło i zniknęło.
Jego warsztat rósł, a właściwie "pączkował" - do głównego pomieszczenia rok po roku dobudowywał kolejno: biuro, poczekalnię, kabinę do lakierowania. Przejścia tworzyły istny labirynt, nie wiadomo jak dostał akceptację na taki projekt i pozwolenie ze straży pożarnej. Uroku tej konstrukcji nie dodawała stojąca na zewnątrz wiata na sprowadzane w bardzo różnym stanie z USA samochody, które cierpliwie czekały na swoją kolej.
Zdzisiek siedział właśnie w biurze z klientem, który przyjechał odebrać swojego Mustanga.
- Rocznik 1967, S-Code... - Mechanik ze zmarszczonym czołem jednym palcem mozolnie wklepywał dane w komputer. Druga ręka wisiała nad klawiaturą, gotowa w czymś pomóc, ale litery nie znajdowały się tak szybko, żeby mogła się przydać. Co jakiś czas poprawiał więc nią okulary, najwyraźniej nienawykły do ich noszenia. Przydawały się tylko w biurze. I choć mechanika była jego mocną stroną, to biurokracja pozostawała czymś, czego nienawidził jeszcze bardziej niż porównań do Danny'ego DeVito. Obok klawiatury stało zdjęcie uśmiechniętej kobiety, mocno zaokrąglonej tu i ówdzie, na które ktoś nalepił karteczkę: "Odebrać dzieci w czwartek o 16.00".
Jego klient, mężczyzna o sportowej sylwetce i szpakowatych włosach miękką falą sięgających nieco za uszy, zamaszystym ruchem zdjął z głowy kowbojski kapelusz i położył go na biurku. Czekał wpatrzony w plakaty wiszące na ścianie za Zdziśkiem. Była to nietypowa jak na warsztat samochodowy, gdzie spodziewał się nagich pań, filmowa kolekcja: Dodge Challenger R/T z hitu Urodzeni mordercy, Mustang z Bullita i Ford Thunderbird z Thelmy i Louise.
- Brakuje tylko Checkera z serialu Taxi z Dannym DeVito! - Mężczyzna się uśmiechnął, kompletnie nieświadomy, że właśnie, niczym magiczne zaklęcie, wymówił zakazane słowa.
Palec Zdziśka zatrzymał się nad klawiaturą, zmarszczki z czoła zniknęły, a na twarzy pojawił się bardzo szeroki i bardzo sztuczny uśmiech.
- Checker to złom, a ten gościu, co tam grał... - wycedził przez zęby Zdzisiek i pokręcił głową. Nie dokończył, machnął ręką. Zdjął okulary. Miał dosyć tej rozmowy i wysportowanego kowboja od Mustanga. To miał być taki dobry dzień... od ponad pół roku grzebał w tym samochodzie i marzył już, żeby uznać projekt za skończony. A teraz miał ochotę cisnąć klawiaturą i wygonić gościa gdzie pieprz rośnie.
Mocno kliknął trzy razy enter.
- Rabat mi nie wchodzi - wycedził. Ponownie założył okulary.
- Umawialiśmy się...
- Dobra, wszedł. - Zdzisiek odwrócił się w stronę drukarki, która zamruczała, zazgrzytała i wypluła z siebie pogiętą kartkę, częściowo wydrukowaną, a częściowo zamazaną tuszem.
- Noż kurwa mać! - Zdzisiek wstał i zamachał rękami.
Mężczyzna spojrzał na niego ze zniecierpliwieniem.
- I jeszcze... - odezwał się po chwili wahania. - Pamiętasz, prawe lusterko miałeś mi przyczepić przed wyjazdem. - Wyjął rzeczone lusterko z torby, którą postawił przy krześle.
Zdzisiek trzepnął klapką od drukarki i odwrócił się do klienta. Wziął głęboki wdech, bo to jednak pomagało się opanować, a czuł, że cały się trzęsie.
- Tak - powiedział głośno. - Obiecałem.
Jeszcze raz spojrzał na drukarkę, której wyświetlacz migał na czerwono, pokazując jakiś alert. Zrobił kolejny głęboki wdech.
Wtedy usłyszał trąbienie.
- Co znowu? - Wstał od biurka, a kiedy podszedł do okna, machnął ręką i włączył przycisk na pilocie na parapecie. Odwrócił się do "kowboja" i westchnął głośno, tym razem wypuszczając powietrze.
- Zrobimy tak. Idź tam na warsztat i poproś chłopaków o to lusterko. Powiedz, że ja kazałem. To prosta rzecz, poradzą sobie. A ja w tym czasie ogarnę tego rupiecia i po dobroci albo siłą wyciągnę z niego twoją fakturę.
Agnieszka razem z mechanikiem schylała się, próbując zajrzeć za koło swojego samochodu, kiedy do warsztatu wszedł mężczyzna w kowbojskim kapeluszu. Energicznym krokiem podszedł do stojącej tyłem Agnieszki i wręczył jej lusterko od Mustanga.
- Zdzisiek polecił, żeby to zamontować - powiedział.
Odwróciła się i spojrzała na niego zdziwiona.
- Ale... ja mam to zrobić? - odezwała się i zmierzyła go wzrokiem.
Fajny, ciekawe kto to - przemknęło jej przez myśl. Miał atletyczną sylwetkę, ubrany był w jasną koszulę w kratę, którą rozpiął jakby o jeden guzik za bardzo, ukazując owłosioną klatkę piersiową, przeciętą jakąś starą blizną. Włosy ciemne, do ucha, z mnóstwem srebrnych niteczek na skroniach, i równo przystrzyżony zarost.
Spojrzał na Agnieszkę ciemnobrązowymi oczami, tak że aż poczuła dziwny prąd, który przebiegł jej po kręgosłupie.
- Ależ najmocniej przepraszam. - Przechylił głowę, by pod daszkiem czapeczki złapać jej spojrzenie. Oczy mężczyzny zrobiły się okrągłe ze zdziwienia, a ciemne brwi wygięły się w zabawne daszki.
Uśmiechnęła się i oddała mu lusterko.
- Nie szkodzi.
- Naprawdę mi głupio, wziąłem panią za...
- Mechanika, wiem. - Weszła mu w słowo i wstrzymała oddech.
Z przerażeniem uświadomiła sobie, że nigdy dotąd nikt nie wziął jej za mężczyznę. Mylili się co do jej wieku, wyglądu, brali za kogoś innego, ale zawsze dla wszystkich była kobietą. A teraz nagle zniknęła jej płeć. Właśnie teraz, kiedy - och, tak bardzo chciałaby się przejrzeć w tych ciemnobrązowych oczach i zobaczyć pełnię swojej kobiecości.
Spojrzała na swoje trampki, rozciągnięte dżinsowe ogrodniczki, wepchniętą w nie bluzę. Do tego czapeczka na głowie i włosy spięte w kitkę.
Zamaskowałam się i zniknęłam - pomyślała.
- Przepraszam - powtórzył mężczyzna. - Zakręciłem się w tym labiryncie przejść... - Uśmiechnął się, a na jego policzku ukazał się szereg uroczych zmarszczek mimicznych.
O matko, George Clooney to przy nim przeciętniak! Agnieszka poczuła, że kręci jej się w głowie.
- Pan da. Do Mustanga, tak? - Wysoki chłopak z krzywym nosem wyciągnął rękę po lusterko. - Rafał, olej do wymiany w Citroënie, zajmij się tym. I rozrząd!
Agnieszka kiwnęła głową.
- Sprawdź jeszcze prawy wahacz i hamulce! - dodał, wołając do młodego pomocnika o gardłowym "rrr".
Mężczyzna w kapeluszu podał mu lusterko, nie patrząc nawet w jego stronę. Jeszcze raz przechylił głowę, by zajrzeć pod daszek czapeczki i zobaczyć oczy Agnieszki.
- Wszystko w porządku? - zapytał z troską.
Nic nie jest w porządku, wyglądam jak mechanik - pomyślała i poczuła, jak zalewa ją fala gorąca. Ogrodniczki i bluza w jednej sekundzie przylepiły się do pleców. Zrobiło jej się słabo.
- Ze mną okej - skłamała.
Najchętniej położyłaby się tu, na lepkiej i brudnej od smarów podłodze, albo jeszcze lepiej - zapadła pod nią, przeniknęła w czeluści ziemi i spaliła w jej gorącym jądrze.
- Chętnie bym zobaczyła tego Mustanga - dodała nagle, żeby odwrócić uwagę od siebie.
- Tam jest. - Mężczyzna wskazał ręką przejście do drugiej sali warsztatowej i jeszcze raz się uśmiechnął, ukazując rząd białych zębów.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI