2
Wten sam listopadowy wieczór zmęczony Alexander Engel w towarzystwie swojego starszego o trzy lata przyjaciela Hansa Joachima Kebeina szedł w kierunku Kamienicy Kliemkego, na której poddaszu zajmował niewielki pokój z kuchnią. Wynajął go ponad trzy lata temu, gdy przyjechał do miasta z Jacobshagen4, bo właśnie w Stargard in Pommern zamierzał zarabiać na życie jako muzyk. W dłoni ściskał futerał, kryjący najcenniejszą rzecz, jaką posiadał, jedyną pamiątkę, a zarazem materialny ślad po nieżyjących od wielu lat ojcu i dziadku. Saksofon znalazł się w ich rodzinie dzięki Feliksowi Engelowi, który bezskutecznie próbował zarazić muzyką swojego syna Karla. Na szczęście dość szybko się okazało, że talent odziedziczył po nim wnuk, więc z czasem instrument, przywieziony przed laty z Francji, przeszedł w posiadanie małego Alexandra, którego ojciec poległ pod Sommą w drugim roku wielkiej wojny. Chłopiec liczył wówczas zaledwie pięć wiosen, a już rok później został osierocony również przez matkę, która zmarła na influencę. To dzięki Feliksowi w jego krwiobiegu krążyły dźwięki i nie wyobrażał sobie dnia, by kiedykolwiek mogło ich zabraknąć. Dziadek zrobił wszystko, by malec pokochał saksofon, choć ten szybko nauczył się grać też na pianinie.
Alexander i Hans mijali właśnie budynek Königliche und Gröningsche Gymnasium5. Muzyk zerknął na zabudowania z czerwonej cegły i zatrzymał na chwilę wzrok na willi dyrektora, bo dobiegły go stamtąd jazgotliwe dźwięki. Męski głos przebijał się przez krzyk kobiety, zaraz jednak wszystko umilkło, więc młody Engel pomyślał przez moment, że może to mu się tylko zdało, że zlało się z muzyką, którą wciąż jeszcze odtwarzał po próbie. Swingowe brzmienie mieszało się z bluesowymi nutami, tworząc szaloną improwizację, i stąd wzięło się wrażenie ludzkich głosów. Westchnął, a potem już tylko patrzył przed siebie, próbując nie myśleć o niespełnionych pragnieniach. Hindenburgstrasse6 przemieszczał się właśnie wóz zaprzężony w dwa konie, a z oddali nadjeżdżał automobil - szofer zatrąbił na mężczyznę przebiegającego przez jezdnię. Dżentelmen o mało nie zgubił kapelusza, gdy potknął się na nierównym bruku.
- To była świetna próba - odezwał się Hans. - Widziałeś, jak ta pulchna blondynka się w ciebie wpatrywała?
- Chyba w ciebie. - Alexander się zaśmiał i szturchnął przyjaciela w ramię. - Przyznaj, że się z nią umówiłeś. To siostra Maxa.
- Przyznaję. - Hans parsknął, a po chwili sięgnął po papierosa. Podsunął paczkę Alexandrowi, który chętnie się poczęstował. - Trudno było się oprzeć jej krągłościom, a muzyka skutecznie uczyniła ją bezwolną, więc nawet skradłem jej całusa. Jestem ci winny piwo.
Hans wydmuchał w powietrze kłęby dymu, po czym wcisnął wolną rękę do kieszeni. Nie miał przy sobie aparatu fotograficznego, ale w najbliższym czasie zamierzał zrobić zdjęcia chłopakom z zespołu przyjaciela. Może uda mu się je sprzedać Kliemkemu na pocztówki. Wydawca od czasu do czasu wybierał sobie coś z jego zbiorów, by potem wystawiać w swoim sklepie pamiątkowe karty ze Stargard in Pommern.
Alexander nie zdążył odpowiedzieć, bo w oddali spostrzegł Ericha, dziewięcioletniego syna właściciela kamienicy, miejskiego wydawcy i przedsiębiorcy, u którego wynajmował pokój. Wyciągnął rękę w stronę chłopca i z przyjemnością obserwował, jak uśmiech rozpromienia jego twarz. Dzieciaka poznał od razu - ten poruszał się nieco inaczej niż jego rówieśnicy, koślawo, z ociąganiem, ponadto wszystko go ciekawiło, zatrzymywał się przy każdej okazji, więc kiedy usłyszał klakson samochodu, od razu zbliżył się do brzegu jezdni.
- Erich! - krzyknął do chłopca, bo przez moment myślał, że mały Kliemke wejdzie na ulicę, wprost pod koła nadjeżdżających z lewej strony kolejnych automobili. Klakson zagłuszył jego wołanie, więc powtórzył z większą mocą: - Erich!
- Co on tu robi sam? - odezwał się Hans.
Wiedział, że malec różnił się od swoich rówieśników, rozwijał się inaczej niż inne dzieci, a czym był starszy, tym wyraźniej było widać jego zaburzenia. Z pewnością nie powinien sam kręcić się po mieście.
- Nie wiem. Erich? Erich!
Dziewięciolatek odwrócił się w stronę Alexandra i podniósł rękę na znak, że słyszy.
Mężczyźni przyspieszyli kroku, ale obaj nie spuszczali dzieciaka z oczu. Miał on na sobie krótkie spodenki, podkolanówki i jasną koszulę, na którą zarzucił kurtkę, ale nie zapiął jej mimo chłodu. Z głowy właśnie zdjął kaszkiet i z entuzjazmem pomachał nim do muzyka i jego przyjaciela.
- Co tu robisz? Gdzie twoja niania? - spytał Alexander, zbliżając się do Ericha. - Pozapinaj się, bo zmarzniesz.
Ten uśmiechnął się od ucha do ucha i wyciągnął rękę do niego, a potem do Hansa. Tego nauczył go ojciec; powtarzał, że mężczyźni witają się właśnie w taki sposób.
- Uciekłem - odparł krótko chłopiec, wskazując głową w stronę domu.
- Nie możesz tak robić, słyszysz? Twoja opiekunka pewnie się martwi.
- Yyy - mruknął Erich w odpowiedzi.
- Cześć, mały - odezwał się fotograf.
Hans był niezwykle pogodnym człowiekiem, ciekawym świata i złaknionym wrażeń. Uwielbiał ludzi, zawsze patrzył na nich tak, jakby za chwilę mieli się znaleźć w jego kadrze. Oceniał ich profile, mimikę, gesty, ubiór. Zachwycała go cielesna powłoka, jakby była zbiorem najcudowniejszych możliwości natury. Patrzył teraz na chłopca i widział zaburzone proporcje w jego budowie - patykowate nogi, za duże stopy, nos odstający zbyt mocno od twarzy. Wszystko to jednak powodowało, że stawał się ciekawym obiektem do uchwycenia w kadrze. Kilka razy Hans przekonywał już Ericha, żeby zapozował mu do zdjęcia, ale chłopak zgodził się tylko raz, a potem skutecznie unikał jego aparatu. Bał się, bo nie rozumiał, dlaczego na obrazku znajduje się jego podobizna. To było jak z lustrem, ale tam wystarczyło się poruszyć, zrobić krok w bok, by odbicie zniknęło. Fotografia za to więziła człowieka na zawsze, zatrzymywała go w jakiejś pozie, jakby kradła jego duszę - i nie sposób było się z niej uwolnić.
Erich dopiero teraz spojrzał na swoją rozchełstaną kurtkę, jakby wcześniej tego nie zauważył. Złapał jeden z guzików i spróbował go przepchnąć przez dziurkę. Palce miał niezgrabne, zmarznięte, więc Alexander mu pomógł, bo od samego patrzenia na dzieciaka robiło mu się zimno. Od zachodu zaciągał lekki wiatr, wilgotne jesienne powietrze wciskało się pod ubrania i przejmowało chłodem.
- Co tu robisz? - powtórzył muzyk.
- Patrzę - odparł Erich. - Mam to...
Sięgnął za pasek spodni, gdzie miał przywiązany płócienny woreczek na swoje skarby. Po chwili wyjął z niego pękniętą głowę lalki, przypominającą dziecięcą, z pustymi oczodołami i dziurą po jednej stronie miniaturowej twarzyczki. Wyglądałaby jak mała czaszka, gdyby nie policzek maźnięty różową farbą, kontrastujący z brudem ziemi. Jej usta straciły karminowy kolor, zdawały się lekko rozchylone, jakby zastygł na nich wyraz zdziwienia.
- Po co ci to?
- Muszę.
- Jasne. - Alexander się uśmiechnął. Znał zwyczaje Ericha. Każdą rzecz, którą chłopiec znajdował na ulicy, wynosił następnie na strych, gdzie stworzył sobie bezpieczną przestrzeń. Podarta czapka, zgubiona przez kogoś chusteczka, kilka stwardniałych psich bobków, zaśniedziała moneta - wszystko to stanowiło majątek chłopaka, więc nie było sensu go przekonywać, że zepsuta głowa porcelanowej lalki powinna trafić na śmietnik. - Chodź do domu. Rodzice na pewno się niepokoją.
- Wy? Wy? - spytał po swojemu mały.
- Tak, my też idziemy, bo robi się późno.
Alexander zagarnął dzieciaka ramieniem i skierował go w stronę kamienicy znajdującej się na końcu ulicy. Przeszli właśnie koło Heilig-Geist-Kirche7, teraz zamkniętego na głucho. Do pokonania mieli jeszcze dość długi odcinek, kiedy muzyk dostrzegł idących z naprzeciwka mężczyzn. Każdy z nich trzymał w dłoni podłużny przedmiot, z daleka wyglądający jak drewniana pałka do gry w palanta. Młodzika przeszły ciarki, zerknął w bok, na Hansa, który również miał niewyraźną minę. Miasto nie było już tak bezpieczne, jak jeszcze dwa lata temu. W tym roku miały się odbyć kolejne wybory do parlamentu, co powodowało spore poruszenie wśród Stargardzian. Tutejsze SS, na czele z niejakimi Martinem Retzlaffem i Walterem Murtke, przypominało prywatną armię Adolfa Hitlera i rozprawiało się z opornymi w jeden sposób. Najlepiej było więc omijać ich szerokim łukiem, jeżeli było to możliwe.
- Nie bój się, jesteśmy z tobą - szepnął do chłopca.
Trzech mężczyzn znajdujących się kilka kroków od nich zwolniło. Jeden uderzył pałką w otwartą dłoń, zagrodził im drogę.
- A dokąd to? - Splunął pod nogi, a potem przyjrzał się twarzom przechodniów.
Alexander wytrzymał jego spojrzenie, nie opuścił wzroku, choć wiedział, że z takimi osiłkami powinno się postępować bardzo ostrożnie. Hans również nie okazał strachu, podniósł głowę i odrzucił na bok niedopałek. Jedną rękę wciąż trzymał w kieszeni, czekając na rozwój wypadków. Palce zacisnął na scyzoryku, który mógłby wyciągnąć w każdej chwili, gdyby poczuł realne zagrożenie.
- Do domu. Jest późno, spieszymy się, bo jego rodzice na pewno się martwią - wyjaśnił Alexander, kładąc dłoń na ramieniu Ericha, który jak gdyby nigdy nic wyciągnął przed siebie głowę lalki i pokazał ją nieznajomym.
- Znalazłem.
- Co to za szajs? - Najwyższy z mężczyzn się zaśmiał i wytrącił dziecku z ręki jego skarb. Porcelana roztrzaskała się w drobny mak.
- O nie... moje, moje... - pisnął malec.
Kucnął i zaczął zbierać kawałki, ale wtedy typek kopnął go w dłoń. Chłopiec się rozpłakał. Hans zrobił krok w kierunku agresora, nie wyciągnął jednak scyzoryka.
- A z nim, kurwa, co? - spytał drugi z mężczyzn.
Zbliżył się do Ericha i długą pałką dotknął jego ramienia. Chłopiec się zachwiał, po czym klapnął pupą na chodnik.
- Szukacie pretekstu do bójki? - spytał fotograf; jego głos zabrzmiał zaczepnie.
- Jeśli ktoś mnie o to pyta, zawsze odpowiadam "tak". - Mężczyzna zarechotał i podszedł do Hansa, który momentalnie się wyprostował i wypiął klatkę piersiową, gotowy do walki.
- Zostawcie go - odezwał się Alexander, po czym pomógł chłopcu się podnieść. - To dzieciak, jest... jest nieco opóźniony - dodał, choć nie chciał myśleć w ten sposób.
Lubił Ericha i odnosił wrażenie, że mały Kliemke widzi więcej niż inni, że stoi na pograniczu dwóch światów i właśnie przez to ma kłopot ze zrozumieniem niektórych pojęć oraz z zapamiętywaniem nowych słów. Mówił niewiele, rzadko kiedy pełnym zdaniem, poruszał się też nieco inaczej, jednego dnia ciągnął za sobą nogę, innego - przechylał się na prawo, a jeszcze innego kroczył jak po kruchym lodzie. Za to lubił słuchać, jak Alexander gra na saksofonie - wtedy zawsze się ożywiał. Bujał się w przód i w tył, uśmiechał i machał rękoma, tańczył po swojemu. Zamykał oczy i wydawał się przenosić do innego wymiaru. Odbierał muzykę całym ciałem.
- Debil? Z takimi to... - Mężczyzna wykonał gest podrzynania gardła, a po chwili uderzył dziecko w plecy.
Dziewięciolatek ponownie się przewrócił. Z trudem usiadł na chodniku, wciąż płacząc. Hans nie wytrzymał, odepchnął agresora i machnął mu scyzorykiem przed twarzą. Tamten znów się zaśmiał.
- Kogucik! Lubię takich. - Wysunął przed siebie pałkę, ale jeden z jego towarzyszy położył mu dłoń na ramieniu, więc tylko spojrzał na Alexandra.
- Mamy więc kogucika i debila, a ty kto? Co tam masz? - Wskazał na futerał muzyka.
- Saksofon...
- Gdzie grasz?
- W Zur Post, u Lamprechta przy Breite Strasse8.
Alexander nie miał ochoty tłumaczyć się przed osiłkami, bo grywał w różnych miejscach, nawet ostatnio w teatrze, choć tam rzadko na saksofonie, częściej na pianinie, ale domyślił się, że nazwisko właściciela kawiarni nieco ostudzi zapał agresorów, którzy z pewnością pod kurtkami nosili brunatne koszule. Tymczasem kilka razy pijani partyjni koledzy Brunona Lumprechta zmusili gości do wstania z miejsc i odśpiewania Horst-Wessel-Lied9, ale trudno było teraz o spokojne miejsca w Stargardzie. Gdzieniegdzie co jakiś czas wybuchały różne incydenty, o których rozpisywała się później prasa. Zdarzały się także zajścia z użyciem broni, odkąd Göring dał policji prawo strzelania do komunistycznych roznosicieli ulotek, choć, oczywiście, strzelali nie tylko funkcjonariusze. Alexander pamiętał, że dwa lata temu podczas debaty, w której wzięli udział przedstawiciele NSDAP, lecz także opozycja, wśród wrzasków i kłótni głos zabrał bezrobotny mieszkaniec Stargard in Pommern. Jego wystąpienie przerwano w dość dramatyczny sposób, bo dwóch dryblasów, nie zważając na protesty, po prostu zrzuciło go ze sceny, a ich koledzy kopniakami zaakcentowali odmienne poglądy. Awantura natychmiast przerodziła się w regularną bójkę, a po interwencji policji porachunki pomiędzy politycznymi przeciwnikami skończyły się strzelaniną na ulicy. Hans zrobił wtedy sporo dobrych zdjęć dokumentujących zajście.
- Przyjdź kiedyś zagrać w Neues Gesellschaftshaus - dodał drugi z mężczyzn. Muzyk znał ten lokal, znał też właściciela, również zagorzałego zwolennika Hitlera. To u niego przede wszystkim, przy Königstrasse10, odbywały się zebrania członków NSDAP. - Jak się nazywasz?
- Alexander Engel.
- Engel?
Kiwnął głową. Widział, że wyraz twarzy dryblasa nagle się zmienił. Chyba nawet dostrzegł na niej coś w rodzaju rozczulenia.
- Franz był moim przyjacielem...
Mężczyzna klepnął muzyka w ramię, a ten ugiął się lekko na kolanach pod ciężarem jego ręki. Uśmiechnął się nieznacznie, by nie potwierdzać i nie zaprzeczać, choć z Franzem Engelem nie był w żaden sposób spokrewniony, a przynajmniej nic na ten temat nie wiedział. Akurat gdy przybył do Stargard in Pommern, odbywała się tu wielka manifestacja członków SA i SS przy okazji pogrzebu jego imiennika. Pamiętał ten majowy dzień, bo zrobił na nim ogromne wrażenie liczbą ludzi na ulicach. Dopiero potem się dowiedział, że Franz Engel, zwykły młody spawacz, został ranny podczas zamieszek w czasie marszu funkcjonariuszy SA. Zmarł, a tym samym stał się legendą w mieście. Był pierwszym na Pomorzu poległym w walce o nowe Niemcy, zatem rok później odsłonięto kamień pamięci na jego grobie, ponieważ o symbole należało dbać - to one miały szansę przetrwać przez lata w ludzkiej pamięci.
- Willi, zostaw go - wtrącił się do rozmowy milczący do tej pory mężczyzna. Miał kaszkiet mocno nasunięty na oczy, więc Alexander nie widział dokładnie jego twarzy.
- Nic mu przecież nie robię, to Engel. Ma tu nawet swoją ulicę - dodał z powagą tamten, choć Alexander w pierwszej chwili pomyślał, że z niego zakpił. - Franz-Engel-Strasse11 brzmi zacnie. A ty kto? - Wskazał pałką na Hansa, wciąż trzymającego w dłoni scyzoryk i gotowego do walki, gdyby zaszła taka potrzeba.
- Jestem fotografem.
- Gdzie masz swój aparacik? - Zarechotał.
Hansowi drgnęły mięśnie twarzy, jednak nie dał się sprowokować.
- Tam, gdzie powinienem mieć - rzucił zaczepnie.
- Jak się nazywasz, koguciku?
- Hans Joachim Kebein. Dobrze to zapamiętaj.
- A! To ty! - warknął mężczyzna i kilka razy uderzył pałką o dłoń. - Nie podoba mi się to, co robisz. Wściubiasz nos w nie swoje sprawy. Możesz być pewny, że zapamiętam.
- Wykonuję swoją pracę - odparł zimnym tonem Hans. Jego palce mocniej zacisnęły się na scyzoryku, nie opuścił też wzroku, wytrzymując spojrzenie Willego. - Robię też zdjęcia dla burmistrza Kolbego - dodał, co podziałało podobnie jak nazwisko Alexandra.
Dopiero teraz wszyscy spojrzeli w kierunku Hindenburgstrasse, przechodzącej za skrzyżowaniem w Engelstrasse. Przed chwilą Alexander nią szedł, mijał szkolny budynek, ale przez myśl mu nie przeszedł jego imiennik, pobity przed laty w okolicy Blücherplatz12.
- To o obowiązku wobec Rzeszy nie trzeba wam przypominać. Żebyście tylko na wybory poszli i zagłosowali w referendum - odparł trzeci z osiłków, po czym dźgnął pałką pierś Alexandra.
Mężczyźni minęli siedzącego na ziemi Ericha i jak gdyby nigdy nic ruszyli przed siebie.
- Jesteś cały?
- Zepsuli... - Chłopiec zaszlochał, wyciągając przed siebie dłoń, na której leżało kilka odłamków porcelany. - Zepsuli...
- Znajdziesz inną.
- Ta... ta... - Erich najwyraźniej się martwił. - Bach! Tu! Bach! Nie mam! Nieszcze... nieszcze... - jąkał się, nie potrafiąc wypowiedzieć odpowiedniego słowa.
- Nieszczęście to już jest - mruknął pod nosem Hans i obejrzał się za napastnikami. Dopiero teraz schował scyzoryk do kieszeni, choć wymamrotał jeszcze, że chętnie by takim bydlakom obił gęby, gdyby nie dziecko.
- To prawda - potwierdził muzyk, spojrzawszy na plecy oddalających się mężczyzn.
Przeszły go ciarki na samą myśl o tym, do czego są zdolne te dryblasy. Wyborów nie zamierzał więc lekceważyć, stawi się w lokalu, odda głos i zajmie się swoimi sprawami, a reszta niech płynie swoim torem, on nie miał zamiaru angażować się w politykę. Zerknął na twarz Hansa, który wciąż zaciskał szczęki. Widział, że drgają mu mięśnie, a usta ułożyły się w wąską kreskę.
- Skurwysyny! - warknął fotograf. Rzadko kiedy przeklinał, ale teraz nie znajdował lepszego słowa na określenie osiłków z bojówek Hitlera. Dopiero gdy spojrzał na rozbawionego Ericha, przeprosił. - Nie powinienem przy tobie przeklinać.
- Ja duży.
- Od kiedy nosisz scyzoryk w kieszeni? - spytał Alexander.
Hans wzruszył ramionami.
- Jakie czasy, taka zawartość kieszeni - odparł wymijająco.
- Wysyny... - powtórzył za nim chłopiec, ale żaden z mężczyzn tego nie skomentował.
Wreszcie wszyscy ruszyli w stronę narożnej kamienicy. Z daleka widać było palące się na dole światło, ktoś krzątał się wewnątrz, choć skład o tej porze powinien być zamknięty. Alexander nie miał zegarka, by sprawdzić, która godzina.
- Matka wie, że włóczysz się po ulicy?
Erich wzruszył ramionami i pociągnął nosem, po czym wytarł twarz rękawem. Nie odpowiedział na pytanie Alexandra. Stracił swój skarb, a głowa lalki była mu potrzebna, szukał takiej od wielu dni. Właśnie dlatego uciekł opiekunce, skorzystawszy z zamieszania w sklepie ojca, i błąkał się po mieście.
- Dobrej nocy! - Hans pożegnał się z chłopcem i przyjacielem, po czym ruszył prosto w stronę Jobststrasse13.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
4 Niem. - Dobrzany
5 Obecnie I Liceum Ogólnokształcące im. Adama Mickiewicza, dawniej Królewskie Gimnazjum Gröninga.
6 Obecnie ulica Czarnieckiego.
7 Niem. - Kościół Świętego Ducha.
8 Obecnie ulica Złotników.
9 Hymn niemieckich nazistów.
10 Obecnie ulica Bolesława Krzywoustego.
11 Obecnie ulica Popiela.
12 Obecnie Park Popiela.
13 Obecnie ulica Józefa Piłsudskiego.