Lemon Lady - Paula Uzarek

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Preludium

Pierw­sze ude­rze­nie serca. Wyszła z mroku i ze swoim naj­pięk­niej­szym uśmie­chem na ustach sta­nęła przed setką roz­wrzesz­cza­nych gar­deł. Eks­cy­ta­cja się­gała zenitu. Tłum skan­do­wał "Lemon Lady", jej imię, jed­nak mimo zgiełku sły­szała tylko bicie doby­wa­jące się ze środka wła­snej klatki pier­sio­wej. Nauczyła się wygłu­szać nie­chciane bodźce. Liczyło się jedy­nie tu i teraz.

Dru­gie ude­rze­nie serca. Ośle­pił ją blask tak inten­sywny, jakby zoba­czyła samego Boga. Patrzyła pro­sto w to świa­tło, choć bolały ją od tego oczy. Reflek­tor grzał niczym piec. Po ple­cach momen­tal­nie zaczęły ciek­nąć jej strużki potu, jed­nak igno­ro­wała pie­kielne gorąco. Uwiel­biała te pierw­sze chwile na sce­nie, gdy wyczu­wała ener­gię tłumu i intu­icyj­nie ukła­dała w gło­wie słowa, które wypo­wie do fanów.

Trze­cie ude­rze­nie serca. Zatra­ciła się w eks­ta­zie oble­wa­ją­cej jej ciało komórka po komórce. Mię­śnie wypeł­niło roz­pie­ra­jące uczu­cie, jakby prze­ta­czało się przez nie gęste cia­sto. Pozwo­liła sobie odpły­nąć, tęże­nie w żyłach znik­nęło. Porwała ją ener­gia sta­dionu wypeł­nio­nego po brzegi. Mimo że pra­wie nie widziała ludzi, wie­rzyła mana­ge­rowi na słowo -?kon­cert wyprze­dał się do ostat­niego biletu.

Czwarte ude­rze­nie serca. Czas powi­tać fanów zgro­ma­dzo­nych przed nią jak przed nabo­żeń­stwem. Zanim przy­tknęła mikro­fon do ust, doj­rzała w tłu­mie kuzynkę. Zawsze potra­fiła ją zna­leźć, rów­nież teraz, szcze­gól­nie że kuzynka wyróż­niała się na tle innych. By­naj­mniej nie wyglą­dem, ale zacho­wa­niem. Stała z zało­żo­nymi rękami w bez­ru­chu, w prze­ci­wień­stwie do ludzi wokół niej -?balan­su­ją­cych na gra­nicy jakie­goś sza­leń­stwa.

Prze­stała liczyć ude­rze­nia serca. Zaczęła mówić, potem śpie­wać i ruszać się w rytm muzyki. Pio­senki prze­pły­wały przez nią, ponad tłum i do serc zgro­ma­dzo­nych -?czuła to całą sobą. Oto­czył ją wia­nu­szek tan­ce­rzy.

Po pierw­szym kawałku dostrze­gła plecy kuzynki, która prze­ci­skała się do wyj­ścia. Włosy zebrane w długi do pasa war­kocz mio­tały się przy jej gło­wie jak ogon u nie­cier­pli­wego zwie­rzę­cia. Arty­stce na moment zabra­kło powie­trza. Pierw­szy raz wyszła z jej kon­certu! Ni­gdy wcze­śniej tego nie zro­biła, coś się pew­nie stało. Żeby się nie udu­sić, Lemon Lady sku­piła się na muzyce, jak zwy­kle.

Wkrótce zapo­mniała o wszyst­kim, nawet o kuzynce.

Ist­niała tylko muzyka. Tu i teraz, mię­dzy kolej­nymi odde­chami.

Dream a Little Dream of Me

Honorata, 1937 rok

Pociąg wta­czał się na peron coraz ospa­lej. Wkrótce pisk hamul­ców się nasi­lił, a maszyna sta­nęła. Hono­rata popra­wiła chwyt na rączce walizki i pasek torebki prze­wie­szo­nej przez ramię, po czym ruszyła do wyj­ścia. Z ulgą sta­nęła za schod­kami i zaczęła szu­kać wśród pasa­że­rów zna­jo­mej twa­rzy. Zaczerp­nęła głę­biej tchu, mru­żąc oczy w ostrym, poran­nym słońcu. Powie­trze pach­niało świe­żej niż w prze­dziale, więc mimo zmę­cze­nia cało­nocną podróżą Hono­ratę prze­peł­niały radość i lek­kość.

Gwał­tow­nie otwo­rzyła oczy, gdy ktoś trą­cił ją z impe­tem w ramię. Walizka huk­nęła o peron tuż pod jej nogi. Zło­to­włosa dziew­czyna prze­pro­siła i pobie­gła dalej, na szczę­ście nic się nie roz­sy­pało, bo mecha­nizm zapię­cia trzy­mał się solid­nie. Hono­rata otrze­pała bagaż z kurzu, po czym ruszyła przed budy­nek sta­cji. Nie­przy­jemny zryw, jakiego doświad­czyła przez ten mały wypa­dek, utkwił w niej niczym dawno wyjęty kolec w sto­pie -?niby go już nie czuła, lecz fan­tom pul­so­wał w miej­scu styku. Chwy­tała więc resztki lek­ko­ści, którą tak skrzęt­nie wypra­co­wała przez ostat­nie mie­siące podró­żo­wa­nia. Ula­ty­wały. Z każ­dym kro­kiem coraz bar­dziej uświa­da­miała sobie, że wró­ciła. Czy do sta­rego, czy do nowego? Wolała tego nie dzie­lić na tego typu kate­go­rie, choć same cisnęły się jej na myśl. Mijała zna­jome budynki i drzewa, ludzi ubra­nych swoj­sko, a jed­no­cze­śnie nagle obco. Przy­wy­kła przez czas nie­obec­no­ści do innego świata. Teraz cze­kała ją asy­mi­la­cja, zupeł­nie jak wspi­na­czy wybie­ra­ją­cych się na Mont Blanc.

Par­sk­nęła na głos, roz­ba­wiona sko­ja­rze­niami, lecz bły­ska­wicz­nie się zmi­ty­go­wała. Pamię­tała, jak wypada się zacho­wać, lecz wolała zosta­wić sobie zapas bez­pie­czeń­stwa. Potrze­bo­wała oswo­je­nia się z wła­sną skórą. Zapa­trzyła się w nie­mal bez­chmurne niebo i przy­spie­szyła kroku.

Przed sta­cją cze­kał już ojciec. Na jej widok roz­pro­mie­nił się i pod­krę­cił sumia­stego wąsa, jak zwy­kle, gdy rosły w nim emo­cje. Pod­bie­gła do niego, pra­wie nie odczu­wa­jąc nie­sio­nego cię­żaru. On wyjął jej z ręki walizkę i krótko ją przy­tu­lił, mówiąc:

-?Jesteś!

To krót­kie powi­ta­nie sta­no­wiło odpo­wied­nik mat­czy­nych łez rado­ści i sio­strza­nych zapew­nień o tęsk­no­cie. Mimo że nie powie­dział nic wię­cej, Hono­rata widziała jego wzru­sze­nie. Do tego coś skry­wał, to jed­nak mogło pocze­kać. Pach­niał mydłem, deli­katną wodą koloń­ską i pomadą, którą pie­lę­gno­wał zarost. Hono­ra­cie bra­ko­wało ojcow­skiego zapa­chu -?od razu sko­ja­rzył się jej z aro­ma­tem jego stajni. Koń­ska sierść, siano, sio­dło - wkrótce poczuje je naprawdę.

-?Tatku, a jak Ludka? Jak mama? Wszy­scy w domu zdrowi? -?Zarzu­cała go pyta­niami, podą­ża­jąc za nim w stronę domu. -?Zwie­rzęta się dobrze cho­wają?

-?Prr! -?zaśmiał się basowo. -?Wszy­scy zdrowi, wszystko bar­dzo dobrze. Sama się prze­ko­nasz. Lud­miła i mama mają dla cie­bie nie­spo­dziankę. Uda­waj zasko­cze­nie, kiedy już ją... otrzy­masz.

-?Co to takiego?

-?Nie­wiel­kie przy­ję­cie powi­talne.

Hono­rata poczuła, jakby uno­siła się tuż nad ścieżką. Jej sio­stra uwiel­biała pla­no­wać przy­ję­cia, a każde kolejne przy­ćmie­wało poprzed­nie. Nie pytała więc ojca o nic wię­cej, nie­wiele też mówiła sama od sie­bie, zagłę­biona we wspo­mnie­nia, które pra­gnęła zatrzy­mać na zawsze w kufrach swo­jej pamięci. Oba­wiała się, że jeśli prze­sta­nie myśleć o Fran­cji i pozna­nej tam Elise, to wszyst­kie obrazy, dźwięki, smaki i zapa­chy znikną, jakby ni­gdy nie ist­niały. Prze­ra­żała ją moż­li­wość, że zapo­mni twa­rzy przy­ja­ciółki albo -?co gor­sza -?tem­bru jej głosu.

Hono­rata zer­k­nęła w bok.

Ojciec uśmie­chał się do niej deli­kat­nie, raz po raz zer­ka­jąc błysz­czą­cymi szczę­ściem oczami. Wie­działa, że ją rozu­mie, bo zawsze traf­nie okre­ślał stany emo­cjo­nalne bli­skich -?wszystko sta­wało się dla niego jasne po jed­nym spoj­rze­niu. Mimo powścią­gli­wo­ści uwa­żała go za świet­nego znawcę ludzi. Jesz­cze się nie zda­rzyło, żeby kogoś oce­nił pochop­nie, albo żeby się pomy­lił.

Wkrótce skrę­cili, a Hono­ra­cie znów zaparło dech. Zna­joma ulica zakrę­cała łagod­nie to w prawo, to w lewo, podą­ża­jąc wier­nie za bie­giem rzeczki. Wierzby prze­glą­dały się w wodzie, kaczki i gęsi tło­czyły się na podwó­rzu sąsiada. Kilka kro­ków dalej, za bramą, w nie­bie­skiej sukience z far­tu­chem, stała Lud­miła. Gdy tylko się zoba­czyły, puściły się bie­giem i padły sobie w ramiona z dzi­kim piskiem. Roz­pusz­czone włosy sio­stry prze­sło­niły Hono­ra­cie twarz.

-?Za długo cię nie było! -?krzyk­nęła jej do ucha Lud­miła, potrzą­sa­jąc ją za ramiona. -?Obie­caj mi, że już nie wyje­dziesz na tak długo.

-?Ludziu -?zaśmiała się per­li­ście Hono­rata. -?Ile mam ci do opo­wie­dze­nia!

-?Ja myślę. -?Sio­stra objęła ją ramie­niem i zaczęła pro­wa­dzić w kie­runku domu. -?Mama już czeka ze śnia­da­niem, pew­nie jesteś okrut­nie głodna.

-?Ale naj­pierw ty mi powiedz, co się działo! -?nale­gała Hono­rata. - Listy to nie to samo, rozu­miesz sama. -?Puściła do niej oko. Roz­chi­cho­tały się i tak szły aż do samego ganku, gdzie Hono­rata uto­nęła w mat­czy­nych uści­skach.

*

Dopiero w oko­li­cach pod­wie­czorku sio­stry zdo­łały się wymknąć za dom - dosłow­nie na moment. Tam mogły w spo­koju poroz­ma­wiać z dala od uszu innych.

-?Cze­goś nie mówisz -?mruk­nęła Ludka ze smut­kiem, sku­biąc paznok­ciem zerwany kłos perzu.

-?Głu­pia, niby o czym? Wszystko już opo­wie­dzia­łam.

-?Nie było cię pół roku. -?Urwała na widok prze­cho­dzą­cego obok ogrod­nika. Dziew­częta cicho go pozdro­wiły.

-?Nie było mnie, i co z tego? -?zape­rzyła się Hono­rata. -?Też mogłaś ze mną jechać, ale nie chcia­łaś.

Była bli­ska poka­za­nia sio­strze języka, jed­nak tego nie zro­biła. W głębi serca cie­szyło ją, że dzięki zaufa­niu i swo­bod­nemu podej­ściu rodzi­ców miała oka­zję samot­nie odwie­dzić tam­ten zaką­tek Europy.

-?Dobrze wiesz, że nie zno­szę dobrze tak dłu­gich podróży. -?Ludka prze­wró­ciła oczami. -?Kogoś tam pozna­łaś? Mia­łaś romans, prawda?

-?Nie mia­łam -?powie­działa Hono­rata, wypusz­cza­jąc gwał­tow­nie powie­trze. Przy­brała groźną minę, by sio­stra widziała, jak bar­dzo zło­ści ją taka insy­nu­acja. -?Pozna­łam za to Elise, już opo­wia­da­łam. Bar­dzo przy­jemna młoda dziew­czyna w moim wieku.

-?Sło­dzisz sobie, nie jesteś taka znowu młoda. -?Ludka szturch­nęła ją pod żebra. -?No dobra, wycią­gnę to z cie­bie jesz­cze.

-?Czemu dopy­tu­jesz? -?spy­tała Hono­rata, lecz nie usły­szała odpo­wie­dzi. Do jej uszu za to dobie­gło woła­nie słu­żą­cej.

-?Ubierz się ład­nie -?rzu­ciła Ludka i pobie­gła w tam­tym kie­runku.

Hono­rata podej­rze­wała już, co to będzie za przy­ję­cie i czemu sio­stra wypy­ty­wała ją aku­rat o nowe zna­jo­mo­ści i romanse. Z mie­sza­nym, cie­pło-zim­nym uczu­ciem w żołądku podą­żyła do domu za Lud­miłą, która zdą­żyła już znik­nąć w środku.

*

Kla­wi­sze for­te­pianu przy­jem­nie pły­wały pod jej pal­cami, jed­no­cze­śnie twarde i mięk­kie. Zato­nęła w muzyce, pra­wie zapo­mi­na­jąc o gościach prze­by­wa­ją­cych w salo­nie. Ich spoj­rze­nia jej nie prze­szka­dzały, jed­nak wzrok jed­nego z nich spra­wił, że musiała prze­stać. Jej smu­kłe palce zawi­sły nad kla­wia­turą, a oczy powę­dro­wały przez jasne ciało instru­mentu do opar­tego o nie bio­dra i ramie­nia, odzia­nych sty­lowo, potem wyżej, do ciem­nych tęczó­wek, które nie prze­sta­wały śle­dzić jej każ­dego, nawet naj­drob­niej­szego ruchu. Dło­nie kobiety pod­chwy­ciły urwaną melo­dię, lecz ciut ciszej, nieco mniej zde­cy­do­wa­nie.

-?Ład­nie pani gra, pani Hono­rato -?ode­zwał się, pod­cho­dząc bli­żej. - Momen­tami nie­ty­powo, ale prze­pięk­nie. Chwyta czło­wieka za duszę.

-?Dzię­kuję -?mruk­nęła cicho.

Pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie jego imię, lecz przy­było dziś kilka osób, które dopiero co jej przed­sta­wiono. W koro­wo­dzie danych oso­bo­wych nie zna­la­zła jego per­so­na­liów. Czarna chmura przy­sło­niła jej umysł, rój owa­dów sztur­mo­wał trze­wia, a serce zgu­biło rytm. Jego ciemne oczy nie odry­wały się od jej oczu. Hono­rata musiała się zmu­sić, żeby oddy­chać spo­koj­nie, dłu­gimi i głę­bo­kimi odde­chami. Dopiero w tym momen­cie zauwa­żyła, że znów prze­stała grać, a w salo­nie gwar roz­mów się nasi­lił.

Męż­czy­zna wyba­wił ją z opre­sji. Skło­nił się nie­mal do poziomu kla­wia­tury for­te­pianu i ujął jej dłoń. Poczuła cie­pło jego odde­chu na skó­rze, kiedy musnął ją peł­nymi ustami.

-?Alek­san­der Grąd­kow­ski -?powie­dział. -?Przed­sta­wiam się raz jesz­cze, bo nie mie­li­śmy spo­sob­no­ści poroz­ma­wiać. Od początku myślała pani chyba tylko o muzyce.

-?Och, to aż tak widać? -?jęk­nęła z uda­nym zakło­po­ta­niem Hono­rata, wsta­jąc z tabo­retu. -?Prze­pra­szam naj­moc­niej! Nie chcia­łam pana ura­zić. -?Posłała mu uśmiech.

-?Pro­szę nie prze­pra­szać -?odparł i odsu­nął się, pusz­cza­jąc jej dłoń. - To było uro­cze. Rzadko spo­ty­kam kogoś zafa­scy­no­wa­nego muzyką do tego stop­nia. To odświe­ża­jące!

-?A pan w takim razie, panie Alek­san­drze, rów­nież ją lubi?

-?Prze­pa­dam za nią. Sły­sza­łem, że odwie­dziła pani Fran­cję -?zmie­nił temat. -?Ponoć panują tam nieco inne kli­maty muzyczne. Na pewno zupeł­nie inne niż w tych rejo­nach. -?Puścił do niej oko. -?Może zagra pani coś, co poznała pod­czas podróży?

Zawa­hała się, nie odpo­wia­da­jąc. Nie miała poję­cia, czy w oko­licy taka muzyka się przy­jęła, prze­cież dopiero wró­ciła. Przez pół roku nie­wiele się pew­nie tutaj zmie­niło. Tutaj, czyli wśród osób, które dzi­siaj przy­szły w gości, by świę­to­wać jej powrót. Zapy­tała Alek­san­dra, czy ludzie wokół znają taką muzykę, lecz on zasu­ge­ro­wał, że nie­ko­niecz­nie.

-?Nale­gam -?dodał tak cza­ru­jąco, że nie mogła się sze­roko nie uśmiech­nąć. -?Będę bar­dzo nie­po­cie­szony, jeśli pani nie zagra.

-?Skoro pan nalega...

Usia­dła z powro­tem przed for­te­pia­nem i zaczęła grać, zaczy­na­jąc od rze­czy zbli­żo­nych do kla­syki.

Tego wie­czoru poro­zu­mie­wała się z Alek­san­drem poprzez muzykę. Oka­zało się, że on rów­nież potrafi coś tam zaplum­kać, skoń­czyło się więc na utwo­rach na cztery ręce. Nikt im nie prze­ry­wał, nawet cze­pliwe ciotki, które we wszyst­kim potra­fiły zna­leźć powód do plo­tek.

Wie­czór zakoń­czył się nagle. Tłu­mek roz­pły­nął się w nocy, a wraz z nim on: męż­czy­zna, który upew­nił się, że Hono­rata nie zapo­mni jego imie­nia.

Powlo­kła się do sypialni, prze­brała w koszulę nocną i opa­tu­liła dzier­ganą chu­stą. Usia­dła przy sto­liczku pod oknem, po czym z namasz­cze­niem wyjęła papier i pióro. Obie­cała Elise pisać jak naj­czę­ściej i zamie­rzała dotrzy­mać obiet­nicy. Kiedy jed­nak przy­tknęła sta­lówkę do bia­łej powierzchni kartki, słowa nie chciały dać się sfor­mu­ło­wać. Zrzu­ciła to na karb wła­śnie samego aktu pisa­nia. Z przy­ja­ciółką roz­ma­wiało się Hono­ra­cie wyśmie­ni­cie, zawsze zna­la­zły temat, który potra­fiły cią­gnąć do póź­nych godzin. Teraz pierw­szy raz nie wie­działa, co prze­ka­zać. Opo­wie­dzieć o Alek­san­drze? Chciała, lecz raczej się powstrzyma, w oba­wie, że Elise wysnuje nie­do­rzeczne wnio­ski. Przy­naj­mniej na razie. Oczyma wyobraźni zoba­czyła, jak dziew­czyna ściąga usta w ciup i cmoka z nie­za­do­wo­le­niem, lekko się przy tym śmie­jąc. Na pewno roz­rzu­ci­łaby krót­kie włosy, mod­nie ufry­zo­wane, by popra­wić je jed­nym ruchem ręki. Pach­nia­łaby jaśmi­nem i papie­ro­sami.

Hono­rata wes­tchnęła. Ogra­ni­czyła się do opi­sa­nia podróży i powi­ta­nia, jakie cze­kało na nią w domu. Krótki list zło­żyła na pół, wsu­nęła w niego zasu­szony kwiat, który zerwała w ogro­dzie, i wło­żyła całość do koperty. Odnio­sła wra­że­nie, że będzie to jej pod­nio­sły rytuał: atra­ment, papier, kawa­łek rośliny, wspo­mi­na­nie chwil prze­peł­nio­nych lek­ko­ścią i nie­sa­mo­witą muzyką. Jaz­zem.

Ale tutaj jazzu za wiele nie ma. Nie takiego jak tam. Wró­ciła do sta­rego świata, który nagle sma­ko­wał nowo­ścią. Znów poja­wiło się kwa­śne pyta­nie z poranka. Czy będzie umiała zasy­mi­lo­wać się na nowo?

Honorata, trzy miesiące później

Sta­ran­nie zamknęła książkę, w którą uprzed­nio wło­żyła zasu­szony kwiat rumianku, po czym odło­żyła tomik na para­pet. Alek­san­der zerwał go dla niej pod­czas ich pierw­szego wspól­nego spa­ceru, jakieś trzy mie­siące temu. Tam­tego dnia ni z tego, ni z owego przy­sta­nął i się schy­lił, wycią­ga­jąc bie­lu­teńki kwiat z żół­tym środ­kiem. Pro­sty gest, a ile rado­ści wywo­łał w jej sercu! Według Ludki rumia­nek ozna­czał odda­nie, jakim męż­czy­zna darzył Hono­ratę, a biel kwiatu z kolei pod­kre­ślała zapew­nie­nie o czy­sto­ści uczuć.

Jej wzrok ześli­zgnął się z para­petu na dłoń. Na palcu pysz­nił się złoty pier­ścio­nek z ogrom­nym oczkiem w kształ­cie pro­sto­kąta. Rodowy sza­fir Alek­san­dra prze­cho­dził przez poko­le­nia, zna­cząc kolejne dło­nie pań Grąd­kow­skich. Hono­rata otrzy­mała go na ofi­cjal­nym obie­dzie, na któ­rym jej i jego rodzina cze­kała, aż kobieta pro forma odpo­wie "tak". Sce­na­riusz ode­grał się w zasa­dzie poza nią i teraz -?bar­dziej niż dotych­czas -?czuła poza­rze­czy­wi­sty cię­żar klej­notu, bo wią­zał się z ogromną zmianą w życiu.

Ścią­gnęła pier­ścio­nek i zaczęła obra­cać go w pal­cach. Prze­śliczny, pasu­jący na nią jak ulał. Zamiast czuć bez­brzeżną radość, tak jak gdy otrzy­mała rumia­nek, jej naj­głęb­szą potrzebą był teraz płacz. Z kąci­ków oczu zaczęły ciek­nąć wiel­kie kro­ple. Nazy­wała je łzami szczę­ścia. Nie, to było kłam­stwo, stwo­rzone na potrzeby oto­cze­nia; w głębi duszy tak naprawdę wie­działa dosko­nale, dla­czego czuje mdło­ści na myśl o przy­szło­ści, nad­cią­ga­ją­cej z siłą hura­ganu.

Prawda wyle­wała się z niej w każ­dym kolej­nym liście do Elise. Przy­ję­cie oświad­czyn będzie ozna­czać koniec marzeń o powro­cie do Fran­cji. Przej­ście w nowy stan, gdzie jej świa­do­mość podzieli się na dwie, a póź­niej trzy osoby i wię­cej: jej i przy­szłego męża oraz ich wszyst­kich dzieci. Okrop­nie się bała, że to naprawdę będzie koniec.

Że zga­śnie w niej muzyka.

-?Co to, to nie -?roze­śmiała się gwał­tow­nie, szep­cząc do sie­bie. -?O to nie muszę się mar­twić. Muzyka tętni we mnie od zawsze. Co sobie ubz­du­ra­łaś, Hono­ratko?

Jej cichy głos zdał się nagle obcy, jakby pod­słu­chi­wała spo­wiedź kogoś innego lub roz­mowy z alkowy. Spło­nęła rumień­cem i przy­tknęła chłodne wierz­chy dłoni do policz­ków. Od pode­szw stóp do czubka głowy pul­so­wały w niej emo­cje. Wie­działa, że jak zwy­kle sko­czy na główkę w życie, w nowe doświad­cze­nia i spraw­dzi się w każ­dej roli, w jakiej zosta­nie posta­wiona.

Nie.

W jakiej ona sama sta­nie. Decy­do­wała o sobie. Zawsze podej­mo­wała naj­lep­sze moż­liwe wybory, teraz rów­nież postąpi jak naj­le­piej dla sie­bie i swo­jej rodziny! W tym świe­tle wybór był banal­nie pro­sty. Zatań­czy z uko­cha­nym na weselu, czym zapewni bez­pieczną przy­szłość nie tylko sobie. Tak, ta droga jawiła się zde­cy­do­wa­nie jaśniej.

Wyjęła papier i pióro i zaczęła pisać:

Naj­droż­sza Elise!

Spie­szę ze wspa­niałą nowiną. Wkrótce zostanę panią Grąd­kow­ską, bo Alek­san­der popro­sił mnie o rękę. Dokład­nie za pół roku od dziś wycho­dzę za mąż. Będę zaszczy­cona, jeśli będziesz mogła mi w tym szczę­śli­wym dniu towa­rzy­szyć jako moja drużka (razem z Lud­miłą oczy­wi­ście).

Alek­san­der zna kilka naszych wspól­nych histo­rii. Nie przej­muj się więc i nie dener­wuj, bo ma o Tobie jak naj­lep­sze zda­nie. Opo­wie­dzia­łam mu przede wszyst­kim o wspa­nia­łej muzyce, jaką dzięki Tobie pozna­łam. Począt­kowo nieco scep­tyczny, zara­ził się pasją do jazzu, choć jego rodzina uważa, że wywo­łuje on pry­mi­tywne instynkty i truje duszę, podob­nie jak upo­je­nie alko­ho­lowe czy przed­mał­żeń­skie rela­cje. Wyobra­żasz sobie? Pękam ze śmie­chu!

Poko­chasz Alek­san­dra, jestem tego pewna.

Ręka Hono­raty zawi­sła nad kartką, a serce zadud­niło. Miała nadzieję, że Elise wyczyta z listu wszyst­kie ukryte zna­cze­nia. Ryzy­ko­wa­łaby zbyt wiele, pisząc o pew­nych spra­wach wprost. A jed­no­cze­śnie pra­gnęła napi­sać jesz­cze tyle zdań... Choć sło­wami i wspo­mnie­niami poczuć bli­skość przy­ja­ciółki.

Po chwili namy­słu dodała jedy­nie:

Przy­jeż­dżaj, cze­kam na Cie­bie.

Twoja

Hono­rata

Adre­su­jąc list, drżała już nie tylko wewnętrz­nie.

Hallelujah

Sandra, współcześnie

Pierw­sza sobota lipca przy­nio­sła upał, a ten -?cza­jącą się burzę. Powie­trze nie­mal drgało od elek­trycz­no­ści kumu­lu­ją­cej się w chmu­rach. Tak jak San­dra podej­rze­wała, niebo jak na zawo­ła­nie zacią­gnęło się sta­lo­wym gra­na­tem i zagrzmiało dokład­nie wtedy, gdy pań­stwo mło­dzi skła­dali przy­sięgę. To wywo­łało upiorny efekt, sta­no­wiło jed­nak naj­cie­kaw­szy punkt cere­mo­nii, na któ­rej wynu­dziła się jak mops. Mimo szcze­rych chęci śred­nio inte­re­so­wała się cudzymi ślu­bami, nawet jeśli ci obcy ludzie skła­dali sobie przy­sięgę przed Bogiem.

Spoj­rzała w bok na wycią­gniętą jak struna kuzynkę. Glo­ria patrzyła wesoło przed sie­bie, a lniane włosy spły­wały jej po ple­cach niczym welon. Wpa­try­wała się błysz­czą­cymi z eks­cy­ta­cji oczami w posta­cie przy ołta­rzu. Zawsze pra­wie ska­kała w miej­scu z emo­cji, kiedy miała śpie­wać, teraz więc ten jej pełen gra­cji spo­kój dzi­wił San­drę. Ale puściła te myśli wolno. Wkrótce Glo­ria wystąpi z ostat­nią pie­śnią na dziś i koniec, będą się mogły wszyst­kie rozejść, zdjąć nie­wy­godne ciu­chy i tak dalej.

San­dra z cichym wes­tchnie­niem popra­wiła się w miej­scu i zapa­dła w ocze­ki­wa­nie -?podobne do letargu, bo pra­wie bez­myślne. Wyrwała ją z tego stanu dopiero muzyka i brak obec­no­ści kuzynki przy boku. Przez kościół prze­pły­nęły pierw­sze, potem kolejne wersy pie­śni.

Glo­ria śpiewa i wygląda jak natchniona przez Ducha Świę­tego, pomy­ślała i zagry­zła zęby. Stała w bez­ru­chu, w napię­ciu, aż Glo­ria umil­kła.

Kiedy echo Hal­le­lu­jah zga­sło, zebrani dopiero po chwili otrzą­snęli się z oso­bli­wego osłu­pie­nia, tak mocno wsłu­chi­wali się w śpiew dziew­czyny. Po raz kolejny pozaz­dro­ściła kuzynce. Gorycz oblała jej usta i gar­dło, a żołą­dek skrę­cił się w supeł. Choćby nie wia­domo, jak się sta­rała, ni­gdy nie wywoła takiego wra­że­nia.

Potrzą­snęła ledwo zauwa­żal­nie głową. Nie mogła jej zazdro­ścić, Bóg dał jej taki, a nie inny dar. Ona sama na pewno rów­nież jakiś otrzy­mała; ani lep­szy, ani gor­szy, po pro­stu inny. Pode­szła więc do kuzynki i pogła­dziła jej plecy z uśmie­chem, mówiąc:

-?Prze­szłaś samą sie­bie!

Roz­pro­mie­niona buzia Glo­rii spra­wiła, że w sercu San­dry w sekundę stop­niał kumu­lu­jący się chłód.

Gloria

Po uro­czy­sto­ści z wia­nuszka gości wesel­nych wynu­rzył się męż­czy­zna w wieku ich rodzi­ców. Jako szes­na­sto­latka wyczu­wała już, że ozna­cza to wiele prze­ży­tych lat, do któ­rych jesz­cze nawet nie się­gała wyobraź­nią. Facet miał na sobie ciem­no­brą­zową mary­narkę i czer­wony kra­wat. Wszystko w nim dla Glo­rii było inne od tego, co znała z naj­bliż­szego oto­cze­nia. Pach­niał przy­jem­nymi per­fu­mami i pod­szedł bez­po­śred­nio do roz­dy­go­ta­nej stu­dentki tylko o rok star­szej od San­dry. Zastą­piła ona dwa mie­siące temu ich poprzed­nią pro­wa­dzącą. Nie dorów­ny­wała jej zdol­no­ściami prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy czy ogar­nia­nia tłumku nasto­la­tek, ale sta­rała się spra­wiać wra­że­nie kom­pe­tent­nej, poza tym ona jedna była chętna zająć się chó­rem.

-?Która z dziew­cząt śpie­wała przed chwilą? -?spy­tał. -?Chciał­bym poroz­ma­wiać z jej rodzi­cami.

-?Czy coś się stało? -?Pro­wa­dząca zmarsz­czyła czoło, a jej brwi zetknęły się ze sobą, two­rząc jedną linię.

-?Nic strasz­nego. -?Uśmiech­nął się tym rodza­jem uśmie­chu, który doro­śli posy­łają znacz­nie młod­szym od sie­bie. -?Pani pod­opieczna jest ogrom­nie zdolna -?dodał, nie wyja­śnia­jąc nic wię­cej.

Stu­dentka nastro­szyła się, lecz zmię­kła i po chwili popro­wa­dziła go przed kościół. Kręte schody nio­sły jesz­cze przez chwilę echo ich kro­ków, bo wszy­scy pozo­stali goście już dawno zdą­żyli wyjść. Dziew­częta szep­tały mię­dzy sobą i rów­nież zaczęły się roz­cho­dzić. Glo­ria spoj­rzała na San­drę. Kuzynka wzru­szyła ramio­nami i pocią­gnęła ją za sobą. Po śpie­wa­niu miały pójść do domu Glo­rii na późne śnia­da­nie.

-?Chodź, głodna jestem. Długo to trwało.

-?Tyle co zwy­kły ślub, nie wiem, na co narze­kasz -?mruk­nęła Glo­ria. - Jak myślisz, czemu chce gadać z moimi sta­rymi?

-?Trudno uwie­rzyć sło­wom nasto­latki -?skwi­to­wała San­dra, jak zwy­kle logicz­nie myśląca.

Jed­nak rodzi­com Glo­rii trudno było uwie­rzyć nawet w słowa doro­słego męż­czy­zny. Bożena i Sła­wek wpa­try­wali się w niego z zadumą, która dla kogoś z zewnątrz wła­śnie tak wyglą­dała. Glo­ria wie­działa jed­nak, że rodzice nie głów­kują nad elo­kwentną odpo­wie­dzią, bo ich naj­zwy­czaj­niej w świe­cie zatkało. Prze­stą­piła próg salonu już dobre dzie­sięć minut temu, a oni wciąż nic nie powie­dzieli, słu­cha­jąc słów gościa z kościoła. Glo­rii robiło się cie­plej z każ­dym kolej­nym zda­niem.

-?Ale jak to, lek­cje śpiewu? -?powtó­rzyła za nim Bożena piskli­wym gło­sem, przy­bie­ra­jąc uśmiech­nięty, dobro­tliwy wyraz, który masko­wał zakło­po­ta­nie.

-?Moja żona wykłada śpiew jaz­zowy -?jesz­cze raz wyja­śnił. -?Ja rów­nież śpie­wam. I z miłą chę­cią polecę talent pań­stwa córki opiece mojej żony. Szkoli same naj­zdol­niej­sze osoby, więc bez reko­men­da­cji trudno się do niej dostać.

-?I nasza Glo­ria się nadaje -?powtó­rzył Sła­wek, przy­pa­tru­jąc się przy­by­szowi z ukosa. -?Ma aniel­ski głos, ale co by miała z nim robić? Co potem? Nie szkoda czasu i pie­nię­dzy?

-?Warto inwe­sto­wać w jej talent. Szkoda, by się mar­no­wał! To byłby grzech.

Tylko tyle dziew­częta dosły­szały z tej roz­mowy, bo ostre spoj­rze­nie Bożeny wyku­rzyło je na ogród. Nie miały więc poję­cia, co facet powie­dział rodzi­com Glo­rii póź­niej. Cokol­wiek to było, sku­tecz­nie prze­ka­ba­ciło scep­tycz­nych rodzi­ców, któ­rzy chyba tylko cudem przy­stali na te lek­cje. Albo przez wzmiankę o grze­chu -?to na bank ich prze­ra­ziło.

Co wię­cej, po dwóch dniach Bożena i Sła­wek żywili święte prze­ko­na­nie, że pomysł od samego początku nale­żał do nich, a męż­czy­zna zja­wił się w ich domu dzięki bożej opatrz­no­ści, ścią­gnięty ich gor­li­wymi modli­twami.

-?Samo­lubne byłoby nie roz­wi­jać talentu danego przez Stwórcę - powie­działa matka Glo­rii we wto­rek przy śnia­da­niu, a dziew­czyna aż zadła­wiła się owsianką. -?Takim gło­sem uszczę­śli­wiasz wielu ludzi. Ich dusze się radują, a to jest miłe Panu. Dla­tego dał ci taki talent. Znasz przy­po­wieść o talen­tach, prawda?

Dziew­czyna ski­nęła głową. Nie sko­men­to­wała tego ina­czej niż skrom­nym dzię­kuję, bo nie chciała dać po sobie poznać, jak bar­dzo cie­szy się z tych lek­cji.

-?Będziesz noco­wać u San­dry, żebyś nie musiała jeź­dzić busem o pią­tej rano -?dodał ojciec. -?Już to prze­ga­da­li­śmy z rodzi­cami San­derki i z nią. Bar­dzo chęt­nie ci w ten spo­sób pomogą.

-?Tak mię­dzy nami -?wtrą­ciła matka, uśmiech­nięta jak kot, który ma zamiar opić się śmie­tanki. Jej oczy błysz­czały dumą. -?Dobrze jej to zrobi, bo chyba jest w tym Kra­ko­wie samotna. Odkąd poszła na stu­dia, ze zgry­zoty schu­dła tak, że trudną ją poznać -?wes­tchnęła, krzy­wiąc się. - Iza­bela mi mówiła, że pra­wie nic nie chce u nich jeść.

Glo­ria i tego nie komen­to­wała, aby nie wyja­wić tajem­nicy kuzynki: San­dra o wiele lepiej czuła się ze sobą w roz­mia­rze trzy­dzie­ści sześć, a przy mami­nej kuchni nie osią­gała mniej­szego roz­miaru niż czter­dzie­ści. Bra­ko­wało jej aser­tyw­no­ści. Co tydzień, gdy miała jechać do rodzin­nego domu, już przy pako­wa­niu ple­caka ści­skało ją w żołądku na myśl o kotle­tach mie­lo­nych, kaszance i omasz­czo­nych skwar­kami ziem­nia­kach z zasma­ża­nymi buracz­kami ze śmie­taną. Zwie­rzyła się z tego Glo­rii po ostat­niej nie­dziel­nej mszy. Nie zno­siła wra­cać co tydzień do rodzin­nego domu przez prze­pyszne jedze­nie i podej­ście jej rodzi­ców do tego tematu.

Glo­rię cie­szyło rów­nież to, że wszystko w kwe­stii lek­cji jest już w zasa­dzie zała­twione. Noc­leg, dojazd... Mimo tego wciąż podej­rze­wała, iż to okaże się tylko snem, że żad­nego ucze­nia się śpiewu ni­gdy miało nie być, a ona się obu­dzi z gorz­kim uczu­ciem roz­cza­ro­wa­nia pęcz­nie­ją­cym w brzu­chu; bole­śniej­szym od naj­gor­szej mie­siączki. Głów­nie przez scep­ty­cyzm sta­rała się pozo­sta­wać obo­jętna. Nie chciała się spa­rzyć.

Uwie­rzę, gdy zoba­czę, myślała. Na pewno jest w tym jakieś ulti­ma­tum.

-?Oczy­wi­ście te lek­cje są pod jed­nym warun­kiem -?prze­rwał jej roz­wa­ża­nia ojciec, jakby czy­ta­jąc w myślach.

Zamarła, podej­rze­wa­jąc naj­gor­sze. Kilka sekund przed kolej­nym zda­niem roz­cią­gnęło się na całe eony.

-?Dosta­niesz się na kie­ru­nek, po któ­rym będziesz miała zapew­nioną dobrą pracę. Medy­cyna, prawo, cokol­wiek zechcesz. Żebyś była nie­za­leżna od kogo­kol­wiek. W dodatku skoń­czysz stu­dia z wyróż­nie­niem.

-?Poza tym będziesz pil­nie ćwi­czyć wszystko, co ta pani ci zada - wtrą­ciła matka.

-?Myślisz, że będzie jej zada­wać zada­nia domowe? -?upew­nił się Sła­wek, patrząc na mał­żonkę z nie­od­gad­nio­nym wyra­zem twa­rzy.

-?Ćwi­cze­nia to jedyna znana mi droga do suk­cesu -?odparła bez namy­słu Bożena.

-?Racja -?przy­znał Sła­wek.

Zszo­ko­wana Glo­ria wyłą­czyła się z ich roz­mowy. Wyglą­dało na to, że jej życie stało się nagle jesz­cze dziw­niej­sze. Rodzice się zgo­dzili. Mogła nie tylko śpie­wać, ale i uczyć się śpiewu u świet­nej nauczy­cielki w Kra­ko­wie, a do tego wią­zało się to z godzi­nami ćwi­czeń w domu, za które nikt nie będzie jej ganił.

Czy życie może być jesz­cze dziw­niej­sze?, pomy­ślała, wycho­dząc do szkoły.

Nie ska­kała jesz­cze z rado­ści, cze­ka­jąc na tąp­nię­cie, na wybu­dze­nie z tego dziw­nego snu, w któ­rym naj­pew­niej utknęła. A obu­dzi się na pewno, mogła się zało­żyć.

The Lemon Song

Sandra

Tym razem Glo­ria przy­je­chała bez­po­śred­nio po szkole, bo San­dra chciała ją zabrać na kon­cert. Jaki­kol­wiek by był, rodzice Glo­rii nie pytali o szcze­góły. Zgo­dzili się od razu, gdyż darzyli dziew­czynę sym­pa­tią i zakla­sy­fi­ko­wali ją już lata temu jako potulną, pobożną i bez­gra­nicz­nie szczerą. San­dra wie­działa o tym, oni nie kryli się ze swoja opi­nią, wręcz uwa­żali taką ocenę za pochlebną. Jej sta­wało to ością w gar­dle, ile­kroć sobie o tym przy­po­mniała, lecz natych­miast przy­wo­ły­wała się do porządku. Powinna oka­zy­wać wię­cej wdzięcz­no­ści bliź­nim, szcze­gól­nie rodzi­nie.

Bus zaje­chał na miej­sce D7, a pasa­że­ro­wie wylali się z niego niczym piana z odkor­ko­wa­nej butelki szam­pana. Więk­szo­ści dopi­sy­wały pod­nio­słe nastroje towa­rzy­szące piąt­ko­wym wypra­wom na imprezy. San­dra wypa­trzyła Glo­rię, uści­skała, po czym otak­so­wała wzro­kiem. W ciągu tygo­dnia zaszła w niej sub­telna, ale wyraźna trans­for­ma­cja, któ­rej San­dra nie potra­fiła jasno opi­sać. Fizycz­nie nie­wiele się zmie­niło, wciąż jaśniała tak samo - więc raczej men­tal­nie, może nawet duchowo? San­dra przy­pi­sała wra­że­nie dłu­gim godzi­nom ćwi­czeń i ukie­run­ko­wa­niu, jakiego dozna­wała kuzynka. Ści­snęło ją coś w dołku. Glo­ria kształ­ciła się muzycz­nie, teraz już ofi­cjal­nie, u jed­nej z naj­wy­śmie­nit­szych nauczy­cie­lek w mie­ście kró­lów i całe życie stało przed nią otwo­rem. Gotowy szkic przy­szło­ści cze­kał na wypeł­nie­nie kolo­rami.

Jej życie nabrało celu, pomy­ślała San­dra z kry­sta­liczną jasno­ścią i miałką pustką w brzu­chu, któ­rej nie potra­fiła zapeł­nić. Więc Glo­rii pew­nie teraz łatwiej manew­ro­wać w cha­osie codzien­no­ści, nawet jeśli wymaga to wielu poświę­ceń.

Wes­tchnęła.

Mam zły dzień, przy­wo­łała się do porządku. Nie warto tego roz­trzą­sać. Skup się na tym, co fajne.

I tak zro­biła. Zapa­trzyła się znów w roze­śmiane oczy Glo­rii i od razu całą gorycz zastą­piło słod­kie unie­sie­nie. Uwiel­biała kuzynkę i prze­cież za nią tęsk­niła. Były dla sie­bie jak sio­stry, liczyło się tylko to.

-?Ale super! -?pisnęła Glo­ria. -?Tak dawno nie byłam na praw­dzi­wym kon­cer­cie.

-?Nie wiem tak naprawdę, co to będzie -?skwi­to­wała jej kole­żanka. - Jesz­cze tam nie byłam, ale sły­sza­łam od zna­jo­mej ze stu­diów, że warto się przejść.

-?Eks­tra! Cie­szę się, że to wymy­śli­łaś.

-?Będzie świet­nie, zoba­czysz. Tylko ani słowa cioci Boże­nie i wuj­kowi Sław­kowi o tym, o któ­rej tak naprawdę wró­cimy. To może być naprawdę późno.

-?Dzi­wię się tro­chę, że sta­rzy nic nie prze­bą­ki­wali, nie wypy­ty­wali. Ale nie drą­ży­łam.

-?I dobrze, korzy­staj. -?San­dra uśmiech­nęła się blado. -?Twoi rodzice nie są tacy źli. Ale ja też się mocno zdzi­wi­łam, że nie mają nic prze­ciwko. W sen­sie że pozwo­lili ci samej przy­jeż­dżać i wra­cać.

-?Mam być z powro­tem o okre­ślo­nej godzi­nie. -?Glo­ria prze­wró­ciła oczami. -?No ale wie­dzą, że z tobą nic mi nie grozi.

-?Bar­dzo dobrze -?zasy­czała tamta i puściła do niej oko, na co Glo­ria zachi­cho­tała. -?I czego się cie­szysz? Jesz­cze się zdzi­wisz.

We wnę­trzu pubu Glo­ria fak­tycz­nie zdzi­wiła się i to dość mocno. San­dra widziała po jej oczach, jak chło­nie atmos­ferę tego miej­sca, śmie­chy, roz­mowy, muzykę sączącą się z gło­śni­ków. Obser­wo­wała ludzi z cier­pli­wo­ścią orni­to­loga, lecz tak naprawdę to całe oto­cze­nie zwra­cało uwagę na nią, jakby to ona była egzo­tycz­nym pta­kiem. Nawet cie­nie mię­dzy bla­skami świec zacie­rały się pod jej czuj­nym spoj­rze­niem, bo zda­wała się wchła­niać rów­nież te migo­tliwe pło­mie­nie.

-?Nie mam poję­cia, co wła­ści­wie grają, ale podobno dobrze -?powie­działa do ucha kuzynki i prze­su­nęła w jej stronę butelkę coli. -?Nie­długo przyj­dzie kilka osób, poznasz moje dziew­czyny z grupy.

Upiła łyczek chłod­nego piwa z sokiem mali­no­wym, po czym ujęła kufel niczym koło ratun­kowe. Atmos­fera takich miejsc cza­sem ją przy­gnia­tała. Działo się dużo i gło­śno, a ona, choć pra­gnęła się w tym har­mi­drze odna­leźć, nie potra­fiła. Oczy­wi­ście obwi­niała za to sie­bie; nie wyra­żała tego na głos, choć Glo­ria wie­działa o jej spo­łecz­nej nie­zdar­no­ści, bo raz wyga­dała się jej pod­czas jed­nego z chrze­ści­jań­skich festi­wali dla mło­dzieży, na któ­rym śpie­wał rów­nież ich chór. San­dra zali­czyła wtedy atak paniki.

Wzięła głęb­szy oddech. Wokół ich sto­lika zro­biło się jesz­cze tłocz­niej, bo wła­ści­ciel pubu dosta­wił dodat­kowe krze­sła z zaple­cza. Niski, lecz bar­czy­sty męż­czy­zna sta­nął tuż przed nimi z otwartą butelką w jed­nej i kie­lisz­kami w dru­giej dłoni.

-?Taki zwy­czaj tutaj -?wyja­śnił na tyle cicho, że ledwo go dosły­szała.

Kiedy sta­now­czo odmó­wiły moc­nego alko­holu, zawo­łał do nich ze śpiew­nym irlandz­kim akcen­tem:

-?Nie będzie­cie nic widzieć! -?Nastą­piła seria gło­śnych stu­ków szkła o drewno, kiedy kie­liszki jeden po dru­gim wylą­do­wały na sto­liku, a za nimi butelka. -?Przy­go­to­wa­łem miej­sca z przodu. -?Wska­zał dło­nią na dwa samotne krze­sła. -?Sia­daj­cie.

San­dra otwie­rała usta, żeby zaprze­czyć, lecz Glo­ria już zdą­żyła wstać i opie­ra­jąc się na ramie­niu wła­ści­ciela, zacząć prze­dzie­rać się tuż przed niską scenę. San­dra przy­cią­gnęła do sie­bie torebkę i piwo w samą porę. Męż­czy­zna znów poja­wił się tuż obok, omia­ta­jąc ją czar­nym spoj­rze­niem i wonią piż­mo­wych per­fum.

-?Nie przyj­muję odmowy. -?Zer­k­nął jesz­cze na nią z teatral­nym smut­kiem, choć jego usta wykrzy­wiał figlarny uśmie­szek. -?Będzie lepiej sły­chać - dodał, po czym zgar­nął rów­nież ją i usa­do­wił obok roz­anie­lo­nej Glo­rii.

Dziew­czyna wier­ciła się w miej­scu nie­cier­pli­wie, nie­mal pod­ska­ki­wała. Jej lniana grzywka raz po raz prze­sy­py­wała się ponad świe­tli­stymi oczami, które pil­nie śle­dziły każdy ruch stro­ją­cych się muzy­ków.

-?Zagrają jazz -?zawy­ro­ko­wała, nie prze­ry­wa­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z instru­men­tami i mikro­fo­nami, jak gdyby led­wie mru­gnię­cie mogło spra­wić, że znikną. -?Nie, połą­cze­nie jazzu z fol­kiem.

Chwilę póź­niej przed mikro­fo­nem sta­nął woka­li­sta w powłó­czy­stej koszuli uwy­dat­nia­ją­cej szczu­płe, elfie ciało. Po krót­kim przy­wi­ta­niu muzyka gruch­nęła, zale­wa­jąc lokal aku­stycz­nymi dźwię­kami dwóch gitar i per­ku­sji oraz elek­try­zu­ją­cej trąbki, wokalu i nie­zna­nego San­drze instru­mentu. Stopy rwały się do tańca. Nie miała poję­cia, skąd u Glo­rii taka intu­icja muzyczna. Zespół fak­tycz­nie grał jaz­zowe wer­sje irlandz­kiego folku, o czym mię­dzy pio­sen­kami wspo­mi­nał woka­li­sta.

Wkrótce wszy­scy goście włą­czali się w śpiew, bo pio­senki nale­żały do powszech­nie zna­nych. Nie­któ­rzy zdo­łali nawet tań­czyć mię­dzy krze­słami lub sie­dząc -?nie­wielki lokal nie pomie­ściłby ani jed­nej osoby wię­cej. San­dra naj­gło­śniej sły­szała Glo­rię, co wcale jej nie dzi­wiło. Dziew­czyna zapo­mniała się w muzyce jak zawsze, i nawet zna­jo­mych San­dry zigno­ro­wała, gdy przy­szli się przy­wi­tać, a potem przy­cup­nęli tuż za nimi.

Kiedy koń­cowe takty ostat­niej pio­senki zga­sły i wybrzmiały, wzru­szona Glo­ria zaczęła wra­cać na zie­mię. Zamru­gała, otarła kąciki oczu i z roz­ma­rzo­nym wyra­zem twa­rzy prze­to­czyła wzrok po San­drze i ludziach, z któ­rymi roz­ma­wiała.

-?Jesz­cze nie prze­ży­łam cze­goś takiego -?wyznała kuzynce, prze­cią­ga­jąc się na krze­śle. -?Chcę tak wpły­wać na ludzi muzyką. Wzru­szać, zachwy­cać. Być bli­sko nich. Spra­wiać, że będą wra­cać do domu szczę­śliwi. Rezo­no­wać z ich duszami. To jest to, co chcę robić.

San­dra miała ochotę powie­dzieć jej "naj­pierw obo­wiązki, potem zabawa" i inne tego typu rze­czy, ale ugry­zła się w język. Zanim się ode­zwała, Glo­ria już bry­lo­wała w towa­rzy­stwie, cału­jąc policzki jej kole­ża­nek, śmie­jąc się z odchy­loną w tył głową, żar­tu­jąc. Nikomu nie przy­szło pew­nie na myśl, że jest młod­sza. Odna­la­zła się dosko­nale, jak zwy­kle, wszę­dzie. San­dra, zamiast dołą­czyć do roz­mowy, nie potra­fiła nawet śle­dzić jej prze­biegu. Poczuła -?nie­mal fizycz­nie -?że stała się zbędna, dosłow­nie jak to piąte koło.

Glo­ria wsko­czyła na moje miej­sce, prze­bie­gła jej przez głowę nie­sforna myśl, którą naj­chęt­niej wybi­łaby, tłu­kąc czo­łem o blat sto­lika.

-?Dobrze się czu­jesz? -?szep­nęła jej na ucho kuzynka. Odru­chowo się odsu­nęła, zdzi­wiona jej nagłą bli­sko­ścią.

-?Migrena -?skła­mała, sama nie wie­dząc, czemu to robi. Z satys­fak­cją ukró­ciła rado­sny wie­czór Glo­rii, choć wie­działa, że póź­niej nie zaśnie przez wyrzuty sumie­nia.

Kuzynka wypro­wa­dziła ją -?bladą i trzę­sącą się jak przy migre­nie -?na chłodne powie­trze nocy. Zimne świa­tła latarni roz­świe­tlały wil­gotny bruk, a odde­chy zamie­niały się w obłoczki.

-?Jak tam dotrzemy i w ogóle gdzie to? Dasz radę iść? -?mar­twiła się Glo­ria. Wciąż trzy­mała San­drę pod ramię, jakby ta miała zaraz się wywa­lić na chod­nik.

-?Spo­koj­nie, przej­dzie mi. Po pro­stu za dużo wra­żeń -?dodała i zamil­kła.

-?Może spa­cer ci pomoże. Wie­czór jest taki ładny!

San­dra poki­wała powoli głową. Czuła się odre­al­niona, jakby była zamknięta w szkla­nej bańce, zza któ­rej docie­rały do niej tylko poje­dyn­cze zda­nia wypo­wia­dane przez traj­ko­czącą Glo­rię. Nie słu­chała jej, bo głos wewnątrz niej nara­stał. Wie­działa, jak będzie wyglą­dać dzi­siej­sza noc, dla­tego bała się jej -?ciszy pod­kre­śla­ją­cej wodo­spad myśli.

Gloria

Obu­dził ją słodki zapach nale­śni­ków. Prze­cią­gnęła się kilka razy, odrzu­ciła koł­drę i wsu­nęła stopy w puszy­ste kap­cie. W wyśmie­ni­tym nastroju prze­szła do kuchni, narzu­ca­jąc na sie­bie swe­ter. Na stole cze­kał co naj­mniej tuzin pan­kej­ków, a San­dra uwi­jała się przy patelni. Tłuszcz skwier­czał, metal brzę­czał raz po raz. Z wyso­kiego kucyka kuzynki wydo­były się poje­dyn­cze kosmyki i opa­dły jej na twarz. Widok szy­ku­ją­cej śnia­da­nie dziew­czyny roz­czu­lił Glo­rię i wpra­wił w jesz­cze lep­szy humor.

-?Dokład­nie takie robiła cio­cia -?ode­zwała się w ramach powi­ta­nia i zasia­dła do stołu. -?Pamię­tasz?

-?Ja robię lep­sze. -?San­dra posłała jej blady uśmiech. -?I dodaję mniej cukru. Ciotka zawsze sło­dziła tak, że zęby bolały.

Przed Glo­rią bły­ska­wicz­nie wylą­do­wał kubek her­baty, która z kolei koja­rzyła się jej z domem rodzin­nym San­dry. Tam piło się wła­śnie taką: mocną i słodką. Zanu­rzyła usta w napa­rze.

-?Czu­jesz się już lepiej? -?spy­tała zmar­twiona. -?Wczo­raj chyba było z tobą kiep­sko, a widzę, że masz cie­nie pod oczami, więc pew­nie też słabo spa­łaś.

-?Detek­tyw się zna­lazł -?zażar­to­wała San­dra i poka­zała jej język, lecz w jej całej posta­wie było coś nie­wy­raź­nego, czego Glo­ria nie potra­fiła uchwy­cić.

-?Chyba nie jesteś na mnie o coś zła? -?spy­tała, uno­sząc jedną brew.

-?Niby o co? -?San­dra wzru­szyła ramio­nami i nało­żyła kuzynce por­cję nale­śni­ków. Tuż przed nią posta­wiła słoik miodu. -?Naj­bar­dziej lubię z aka­cjo­wym, a nie mam syropu klo­no­wego. Chyba wyba­czysz, panno Lemon? - Skło­niła się jak słu­żąca.

Jej śmiech wypeł­nił kuch­nię i skru­szył nie­przy­jemne wra­że­nie, jakie zaczęło się zagnież­dżać w jej sercu na widok kuzynki.

Zja­dły śnia­da­nie, roz­ma­wia­jąc o wra­że­niach z kon­certu i o tym, co Glo­rię czeka już za godzinę, po czym poszły się ogar­nąć przed wyj­ściem. Czas tego ranka roz­cią­gał się jak guma, lecz i tak zda­wało się jej, że jego powłoka za moment pęk­nie, a ona się spóźni. Dla­tego wzięła prysz­nic w rekor­do­wym tem­pie, nacią­gnęła na sie­bie raj­stopy i wło­żyła sukienkę, a potem pospie­szała San­drę, choć ta już dawno na nią cze­kała.

-?Masz kupę czasu, zdą­żymy spo­koj­nie -?zapew­niała kuzynka, zamy­ka­jąc drzwi, lecz te słowa nie podzia­łały na nią kojąco.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki