Owady
Było ich dwóch. Ten niższy, tęższy, z okrągłą twarzą, miał grafitowej barwy bandanę. Materiał pokrywał malunek przedstawiający szczerzącą krzywe zęby mumię. Na wielkich uszach zawiesił przeciwsłoneczne okulary, które maskowały jego ślepotę. Na łysej głowie miał wycięte dziesiątki sznytów. Ciało, aż po kostki, okrywał bezkształtnym wojskowym sztormiakiem zgniłego koloru. Obuty był w oblepione zaschniętym błotem skórzane kamasze z cholewami, w których wyrwano języki. W kościstej dłoni zaciskał wielki rewolwer. Długowłosy rudzielec okrywał twarz silikonową maską przeciwgazową. Para błyszczących, niczym dwa stożki dymnego kwarcu, oczu skryta była za czarną plastikową osłoną. Na grzbiet narzucił porwany koc. Spod sztywnego materiału wystawała patykowata, porośnięta cienkim włosiem blada noga. Na bosej stopie nosił zniszczony łapeć powiązany sztywnym rzemieniem. Rudy obciągnął chude ciało wełnianym golfem. Obwiązał się w talii łojowym sznurem, do którego miał przytroczoną aluminiową menażkę i długi myśliwski nóż w skórzanym pokrowcu. Nie miał prawej nogi, ale ledwo cienki kikut, sięgający goleni, obszyty na końcu nieudolnie grubymi nićmi. Rudzielec podpierał się odartym z kory brzozowym kosturem, który wyglądał niczym gigantyczny biały piszczel.
- Co widzisz? – Bezoki zacisnął sękate palce lewej dłoni na ramieniu kulawego i równocześnie skierował lufę rewolweru przed siebie.
- Nic. Ścierwo. – Rudy wyswobodził się z uścisku i pokuśtykał w kierunku leżącego w nadrzecznym szlamie człowieka. Maska posiadała komorę foniczną, dlatego to, co mówił było słyszalne nawet ze znacznej odległości.
- Dycha?
- Chyba tak. Mocno obity i pokąsany.
- Psy?
- Może. Mogły to być też lisy. Albo wodne szczury.
- Sprawdź mu kieszenie.
- Sam sprawdź.
- Nie bój się, masz maskę. Ochroni ci mordę.
- Ty też żeś miał maskę, jak macałeś tamtego małego. I co? Muszę cię teraz ciągać przy sobie jak ślepego kundla.
- Skąd miałem wiedzieć, że jeszcze był żywy? Że nie był sam?
- A ja niby teraz to wiem, co? A jak to podstęp? Jak kto tu jeszcze jest? – Rozejrzał się z lękiem na boki, potem na nieodległą drogę, nasłuchiwał. Kiedy upewnił się, że nikogo w pobliżu nie ma, powiedział. - Schowaj do kieszeni to żelastwo. I tak nie masz naboi. Tego tu nie nastraszysz, gały ma przymknięte.
Niewidomy ruszył w kierunku, z którego dobiegały słowa kompana. Wcześniej usłuchał polecenia i wsadził do przepastnej kieszeni ciężki rewolwer. Zamachał rękami w powietrzu, aż wreszcie wymacał kostur towarzysza. Uczepił się kija.
- Zdziel go przez łeb. – Podjudzał. – Celuj w skroń.
- Sam go zdziel. Poczekamy, aż się wykończy. To niedługo.
- To ile?
- Niedługo. – Poklepał go po łysej glacy. – Mamy fart. Widzę, że ma coś w kieszeniach.
- Co? – W głosie ślepego słychać było pożądliwość.
- Skąd mam wiedzieć?
Beniamin leżał na wznak z rozłożonymi szeroko rękoma. Jego przymknięte powieki czasami nerwowo drgały. W szeroko rozwarte usta łapał wilgotne powietrze. Człowiek na dłoniach miał gałgany ze szmat, koszula rozeszła się od wody, dwa strzępy bielały obok w szybko stygnącej ziemi. Jakby zdarto je z dwóch jednorękich dziwotworów. Na jego wątłą pierś siąpił drobny deszcz. Przeleżał w błocie cały dzień.
- Może ma co do jedzenia? – Ślepiec skierował twarz w kierunku leżącego, zdjął okulary odsłaniając dwie głębokie ciemnoczerwone dziury. Jakby zapomniał o swoim kalectwie.
- Może ma.
- Trzeba mu to zabrać, bo się może zmarnować. No, rusz się!
- A jak kto nas najdzie?
- Nie najdzie. Idzie noc. Kto ma rozum, ten po nocy nad rzekę nie chodzi. Chyba że szuka śmierci.
- Racja.
- On ma coś jeszcze.
- Co?
Rudy spojrzał na swoje zniszczone sandały, a potem w twarz Beniamina. Słychać było jak przełyka ślinę. Gdyby ślepiec mógł widzieć, zobaczyłby w oczach towarzysza lęk wymieszany z pazernością. Ten najwyraźniej coś sobie obliczał w myślach.
- Ma buty.
- Buty? Całe? No, to mu je ściągnij z kulasów.
- On je ma na szyi. Związał sznurowadłem.
- Buty ma na szyi? Po co?
- Nie wiem. Może chciał płynąć za rzekę?
- Jak płynąć za rzekę? Czym? To czemu tu leży przy drodze?
- Nie wiem, może kto go napadł?
- To by nie miał butów i by nie dychał. A dycha.
- Fakt. Czyli co? On naprawdę chciał się dostać za rzekę?
- Mógł chcieć. Tam podobno można jeszcze co znaleźć.
- Niby co? Tam nic nie ma. Wszystko jest spalone i zatrute. Te, co tam zostali, jedzą szczury.
- A tu to nie jedzą?
- Racja. I jeszcze coś ci powiem.
- Mów.
- On jest młody.
- Kto?
- Ten tutaj, ten co zdycha.
- Jak to, młody? Nie ma młodych, pomarli. Są tylko tacy jak my.
- Jeszcze trochę ich jest. Ale mało. Jak nic wszyscy zdechną. Mówią, że zostaniemy tylko my i dzieci.
- Nie gadaj mi o dzieciach. Rozumiesz?!
- Fakt. Jakie to dzieci? Gdyby to były dzieci, dalej miałbyś ślepia. Dzieci by ci oczów nie wydłubały.
- Milcz!
Zaległa cisza, do uszu tych dwóch dolatywał jednostajny szum ciemnej rzeki przewalającej się w szerokim korycie.
- Dobra. – Rudzielec podjął wreszcie decyzję. – Idę do niego. – Odsunął stojącego obok ślepca i wspierając się na kosturze postąpił dwa kroki w kierunku nieprzytomnego, którego płaski zarys ledwo majaczył w wypiętrzonym przy brzegu rzecznym szlamie. – Jeden but jest twój. Mnie wystarczy na kulasa ten lewy. – Rudzielec odszedł. Słychać tylko było dźwięk wyciąganego z błota kostura, który przypominał zasysanie tłoka.
Ślepiec wytężał słuch, czekał na suche uderzenie ciężkiego kija o czaszkę. Na głowę założył kaptur, puste oczodoły zakrył ciemnymi szkłami, a szponiaste dłonie splótł w węzeł. Wyglądał niczym brat zakonny szykujący się do nocnej modlitwy. Myślał o tym, co tamten może mieć w kieszeniach. Najbardziej chciał, żeby to była puszka ryb. Tak, rybna sałatka. Przypomniał sobie zapach oleju i warzyw, a w środku zobaczył kawałki tuńczyka. Wyobrażał sobie, że zanurza w tłustej masie paluchy. Nie pamiętał, kiedy jadł coś takiego. Skojarzenie z rybami przyszło mu dlatego, że stał nad wodą, której zimny, cuchnący zapach wypełniał mu nozdrza. Prawdę powiedziawszy, ślepiec chciał zjeść cokolwiek. Od dwóch dni, nie licząc dwóch skisłych ogórków ze słoja znalezionego w zawalonej piwnicy, nic nie jadł. Nie wzgardziłby nawet spleśniałą skórką od chleba. Pod chustą mamrotał modlitwę do Boga o dobry łup. Poczuł ssanie w żołądku, napływającą do ust ślinę. Wypluł plwocinę pod nogi. Pomyślał, że zgrzeszył, charkając w obecności Stwórcy. Przeprosił go natychmiast. Szybko zakończył modły, kreśląc prawą ręką znak krzyża na piersiach. Czekał.
Rudzielec stanął nad leżącym człowiekiem. Z futerału wydobył długi nóż, którego stal na ułamek sekundy zabłysła w ciemnościach. Zaplanował, że poderżnie tamtemu gardło. Aby to zrobić musiał odstawić na bok kostur i klęknąć. Kiedy odrzucił sękaty kij, niczym wielki bocian, zamarł w bezruchu na jednej nodze. Wtedy powieki Beniamina zadrgały i poraniony spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na wiszący nad nim czarny kontur oprawcy. Rudzielec nawet w tak lichym świetle dostrzegł ciemnoniebieskie oczy, które miały w sobie coś magnetycznego. Z majchrem zaciśniętym w sękatych palcach zawisł nad ofiarą. Nie mógł przestać patrzeć w te oczy. Jakby szukał czegoś w ich wnętrzu. Nagle stracił równowagę i z łoskotem runął w błoto. Upadł maską w luźny grunt tuż obok niebieskookiego. Część jego silikonowej przysłony i policzek tamtego prawie się stykały, oddechy wzajemnie przenikały, a chłód z tracącego resztki ciepła półnagiego ciała wdzierał pod zmechacony koc rudzielca. Odruchowo zaczął macać dłonią podmokły grunt, bo kiedy padał wypuścił z dłoni nóż. Gramoląc się i wyrywając fałdy koca, który podwinął mu się pod brzuch, klęknął obok mężczyzny. Beniamin w milczeniu wpatrywał się w demoniczną postać w czarnej masce. Nawet nie próbował się podnosić. Jakby zobaczył demona i zrozumiał, że nie zdoła go pokonać. Wolno łapał ustami nadrzeczną wilgoć, a potem wydychał kłęby jasnej pary. Czekał na śmierć. Rudy patrzył w jego rozszerzone źrenice. Im dłużej się gapił, tym wolniej jego palce mieliły błoto. Wreszcie przestał szukać noża. Wymacał kostur, wsparł się na nim. Zanim ruszył w powrotną drogę, zdjął z pleców koc i okrył nim nagą pierś niebieskookiego człowieka. Zostawił mu też menażkę do połowy wypełnioną słodką wodą.
Ślepiec sobie tylko znanym sposobem wyliczył, że jego kompana nie było przez kwadrans. Stanowczo za długo, jak na czas potrzebny, żeby zatłuc kijem półżywego człowieka. Czekał na jedzenie. Zastanawiał się, co zrobi z obiecanym mu butem. Postanowił, że wymieni go w mieście na puszkę z rybami. Kiedy rudy dokuśtykał na wzniesienie i oznajmił, że nic nie ma, rzucił się na niego i próbował udusić. Był znacznie słabszy. Leżeli ciało przy ciele ciężko dysząc. Gniew ślepca nie gasł. By rozładować wzburzenie, poderwał się na nogi i z wyciągniętymi nad głowę rękami krążył w kółko. Z daleka wyglądało to tak, jakby jakiś prorok wygłaszał kazanie w wielkiej świątyni pozbawionej ścian i dachu. Jedyny jego uczeń podniósł się z ziemi i siedząc wysłuchiwał słów mędrca. Ten klął i strzykał kwaśną śliną. Szukał kulawego zdrajcy. Wreszcie opadł z sił i zrezygnowany usiadł w krzakach. Skulony, objął rękami kolana, zadarł twarz ku niebu a jego porośnięty gęstą szczeciną podbródek lekko drżał. Żałował, że stracił oczy. Chciał teraz płakać.
- Dlaczego? – Mówił jakby sam do siebie. – Miał pełne kieszenie… Sam żeś gadał… I buty…
Po drugiej stronie rzeki między zgliszczami rozbłysła żółtopomarańczowym światłem flara. Szła ostro ku czarnemu niebu. Pędzące światło wydobywało z ciemności na chwilę nieokreślonego kształtu wraki samochodów i puste studnie poszczerbionych dziedzińców. Na ich dnie były place zabaw zastawione poskręcanymi serpentynami drutu, cybuchami piaskownic wypełnionych popiołem. Wtopione w plastyczną masę błyskały rude od wody krótkie zwapnione piszczele. Znikały wraz z gasnącą flarą.
- Oddałem mu pled. – Głos rudzielca dobiegł zza pleców ślepego.
- Co?! Ty oszalałeś!
- Zgubiłem też nóż.
- Żartujesz sobie!?
- Nie. Mam za to twoją chustę. Chodź tutaj, ja bez kulasa nie wstanę. Coś mi chyba pękło w kolanie. Trzeba czekać, aż się rozwidni.
Bezoki wstał z ziemi i ruszył za głosem. Dotarł do towarzysza i kucnął przed nim. Gdyby miał wzrok szukałby w oczach tamtego odpowiedzi. Rudzielec podał mu chustę i po chwili powiedział:
- Nie mogłem go skrzywdzić. Zrozumiałem to, kiedy patrzyłem w jego oczy. Zobaczyłem w nich coś, czego nie widziałem od lat. To był cud.
- O czym ty gadasz?
- Mówię ci, to był prawdziwy cud!
Niewidomy nasunął na usta chustę i zapytał przez brudny materiał:
- Co żeś zobaczył tak cudownego w tych ślepiach, że przez to straciłeś koc, nóż, buty? Przy okazji zniszczyłeś mi okulary, a to znaczy, że zdechniesz…
- Dałem mu też naszą wodę.
Ślepy zakrył brudnymi rozcapierzonymi szponami łysą czaszkę. W milczeniu kręcił nią na boki, jakby nie dowierzał własnym uszom. To nie mogła być prawda!
- Dlaczego!?
Rudzielec skierował wzrok w stronę, gdzie leżał ranny człowiek. Milczał. Na koniec zwiesił głowę i powiedział:
- I tak tego nie pojmiesz.