7 kwietnia, 12.30, Waszyngton, DC
Cobb okrążył kwartał ulic dwukrotnie, nim otworzył żelazną bramę, wszedł po trzech stopniach i stanął przed drzwiami prowadzącymi do wnętrza miejskiej rezydencji sekretarza stanu. Prawdopodobnie przesadzał z ostrożnością. Nawet najbezczelniejsi fotografowie i najnędzniejsze dziennikarzyny, polujące na okazję przed domami osobistości rządowych, nie pracowali w soboty, niemniej każdy odwiedzający sekretarza stanu stawał się tym samym ofiarą prasy, gotową na odstrzał. Dziennikarze znali regularnych gości i nie krępowali się bynajmniej w spekulacjach, gdy trafili jakiegoś ambasadora lub dygnitarza zza granicy. Czepiali się niemal wyłącznie ludzi, których nie znali; atakowali ich, domagając się informacji, jakby każdy spotykający się z osobą publiczną rezygnował tym samym z prawa do prywatności.
Drzwi otworzył lokaj i nim gość zdążył się przedstawić powiedział:
- Dzień dobry, panie Cobb. Sekretarz prosi, by zaczekał pan na niego w pokoju gościnnym. Za chwilę do pana dołączy.
Gdy tylko Cobb znalazł się w środku, natychmiast zorientował się, że dom ten wyszukano specjalnie dla sekretarza. Był on początkującym politykiem bez żadnych cech szczególnych, przemysłowcem, któremu stanowisko załatwili sponsorzy oraz zawodowe sukcesy w wydzieraniu bogactw mineralnych narodom nieuprzemysłowionym. Facet, produkt z taniego plastiku i chromu, umeblował sobie mieszkanie tak, by świadczyło o tradycji pokoleń, historii przez duże "H".
Na podłodze stał wielki globus ozdobiony zarysami kontynentów w kolorze sepii i w takich, jakimi oznaczano je w XVI wieku. Idealny rekwizyt dla kogoś, kto udaje architekta świata, choć pan sekretarz zasłynął skierowanym do swego sekretarza, który przyniósł mu do podpisania kontrakt na eksploatację złóż rud metali, pytaniem: "A gdzie, do kurwy nędzy, jest ten Czad?". Na półkach stały pierwsze wydania dzieł historycznych: "Układ w Almutz" z komentarzami, "Wyjątki z Waszyngtońskiej Konferencji Morskiej", "Wspomnienia z Hagi". Cobb miał wątpliwości, czy ktokolwiek w Waszyngtonie czytał coś takiego, a jeśli nawet, to panu sekretarzowi nie lektury umilały noce. Przy ścianie stało niepraktyczne biurko z mosiężną plakietką identyfikującą je jako pochodzące z domu Woodrowa Wilsona w Princeton, przy biurku zaś bujany fotel oznajmiający wszem i wobec: "Siadywał na mnie John Kennedy". Nietrudno było wyobrazić sobie rozmowę, jaką pan sekretarz miał ze swym asystentem, gdy dowiedział się, że został sekretarzem.
- Tylko pamiętaj, dom ma być drogi, w najlepszej dzielnicy miasta. I niech księgowi sprawdzą umowę, musi się odliczyć od podatku!
- Czy chciałby pan porozmawiać z dekoratorami?
- A po cholerę? Powiedz im tylko, że szykują go dla sekretarza stanu i niech lepiej wygląda jak rezydencja sekretarza stanu.
Dom wyglądał jak rezydencja dekoratora przekonanego, że jest sekretarzem stanu.
.
Cobb nienawidził pułapek rządu i pretensji jego przedstawicieli, zarówno tych wybranych, jak i mianowanych. Wszyscy bez różnicy nic tylko się popisywali, grali dla ograniczonych wyborców, których próżność musieli głaskać, by osiągnąć jakąkolwiek pozycję, więc z konieczności bardziej interesowali się tym, by sprawiać wrażenie, że coś robią niż rezultatami swej pracy. Klęski wręcz ich cieszyły... pod warunkiem, że można było nadać im pozór zwycięstw.
Rezultaty, o czym Cobb wiedział doskonale, zależały od jego tajnego rządu, z założenia operującego poza zasięgiem oka i ucha zwykłych obywateli. Nikt nie wybrał jego przedstawicieli na zajmowane stanowiska, więc nie musiał się nikomu tłumaczyć. Funkcjonariusze CIA i Agencji awansowali dzięki odnoszonym w pracy sukcesom i płacili za niepowodzenia. Byli mięśniami narodu.
Z sukcesów cieszyli się jednak w tajemnicy. Z definicji nikt nie miał prawa o nich wiedzieć. Publicznie oznajmiono tylko klęski - robili to wybrani oficjele, którym instytucje te służyły, a którym rozkosz sprawiało oznajmianie o ich "wybrykach" oraz mianowanie nadzorujących je "z ramienia narodu" komisji. Od tej hipokryzji aż chciało się rzygać. W czasach kryzysu patrzyli na ów tajny rząd z nadzieją, że zrobi za nich brudną robotę. Jeśli Cobbowi i jego kolegom się udało, politycy zjadali słodkie owoce zwycięstwa, a ich smak przypisywali swej rozsądnej polityce. Jeśli nie, ci sami politycy publicznie wpadali we wściekłość z powodu "nadgorliwości" swych podwładnych i wszczynali dochodzenie mające upewnić wyborców, że ich wola nigdy już nie zostanie pogwałcona.
Otworzyły się drzwi i do pokoju wpadł sekretarz.
- Cobb? - spytał. - Nigdy o panu nie słyszałem. I nikt z mojego personelu też.
Wejście to obliczone było na wstrząśnięcie urzędasem, zmuszenie go, by drżącym głosem usprawiedliwiał się ze swego istnienia.
- I tak powinno być - odparł Cobb, wyciągając rękę dopiero wtedy, gdy z twarzy sekretarza znikł wyraz całkowitej pewności siebie. - Wiedzą o mnie tylko ci, którzy muszą o mnie wiedzieć. Pan, aż do dziś, nie musiał.
Sekretarz oprzytomniał względnie szybko.
- Cholera jasna, ale przecież muszę wiedzieć, dlaczego proste pytanie skierowane do Departamentu Sprawiedliwości trafia wprost do prokuratora generalnego i dlaczego prokurator obdarza mnie panem zamiast odpowiedzi.
Mówiąc to otworzył podwójne, sięgające sufitu drzwi i gestem zaprosił gościa do jadalni, gdzie wszystko było już przygotowane do posiłku.
- Możemy porozmawiać przy lunchu - oznajmił. - Cały ten pokój izolowany jest siatką miedzianą, żeby zabezpieczyć go przed podsłuchem. Tak dobrze to zrobili, że nawet cholerne radio nie chce tu grać!
Lokaj był przygotowany na wszystko, właśnie odstawiał krzesło na którym miał usiąść gość.
- Czego się pan napije?
- Martini. - Agent miał przez moment ochotę poprosić o gin marki, której sekretarz nie miał w domu, ale zrezygnował świadom, że będzie jeszcze wiele okazji, by wskazać temu człowiekowi właściwe miejsce.
Kiedy tylko zasiedli za stołem, sekretarz natychmiast spojrzał na zegarek.
- Przejdźmy do rzeczy - zaproponował krótko. - Kim pan do diabła jest i dlaczego niby mam właśnie z panem rozmawiać, by dowiedzieć się co Departament Sprawiedliwości robi ze śledztwem w sprawie szpiegostwa przemysłowego?
- Signet to szczególny przypadek - stwierdził Cobb.
- Signet? Aha, Signet. Ta firma z Kalifornii, która dała się przyłapać na kradzieży japońskiego oprogramowania?
- O nią pytał pan departament - upewnił go gość.
Sekretarz pokręcił głową, wzniósł widelec i wbił go w pasztet. Cobb wziął to za zaproszenie i również uniósł widelec.
- Tyle tego jest - stwierdził sekretarz z rozpaczą. - Nie sposób się połapać. Założę się, że mamy z tysiąc skarg od różnych rządów, a wszystkie dotyczą szpiegostwa przemysłowego i naruszenia praw patentowych. Założę się, że mamy z milion spraw, w których nasze firmy oskarżają o to obce. Najwyraźniej badania naukowe zastąpiła kradzież rozumiana jako metoda udoskonalania produktu!
- Doskonały pasztet.
- W zasadzie jest to problem mojego personelu. Nie ma cudów, nie jestem w stanie sam się we wszystkim połapać. Ale Signet doprowadził Japończyków do białej gorączki. Złapali szpiega i skonfiskowali taśmy z zapisem ich największych sekretów komputerowych. Zdobyli także adres w Kalifornii, pod który miały być wysłane te taśmy. To prosta sprawa, chcą żebyśmy załatwili ją jak najszybciej.
- Doskonale ich rozumiem - zgodził się ze współczuciem Cobb.
Przerwał im lokaj, przynosząc martini dla gościa i podwójne martini dla sekretarza. Postawił kieliszki na stole, zebrał talerze po przystawkach i znikł.
- No, więc Japończycy domagają się, żebym coś z tym zrobił, więc ja domagam się od moich ludzi, żeby coś z tym zrobili i wciągnęli w to Departament Sprawiedliwości. Departament stoi murem i piłka odbija się do mnie. Zamiast odpowiedzi dostaję pana... - wskazał Cobba nożem. - Faceta z... Departamentu Handlu? Kto do diabła robi karierę w Departamencie Handlu?
Cobb uniósł martini pod światło, jakby brał udział w wyjątkowo ważnym eksperymencie chemicznym.
- Jestem u nich tylko czasowo - przyznał obojętnie, nie przerywając obserwacji kieliszka. - Nie dla nich pracuję.
- A dla kogo? - Sekretarz zdradzał pierwsze objawy zniecierpliwienia. Żaden z jego podwładnych nie miał prawa z nim igrać. Już miał otrzymać odpowiedź, kiedy otworzyły się drzwi i pojawił się lokaj dźwigając na ramieniu dwa talerze przykryte srebrnymi paterami. Sfrustrowany sekretarz podleczył skołatane nerwy martini.
Podczas ustawiania talerzy i usuwania pater, kryjących pieczoną pierś kurczaka ze świeżymi brokułami, nie rozmawiali.
- Podane doskonale - orzekł Cobb. Lokaj podziękował mu zaledwie dostrzegalnym skinieniem głowy.
- Sam zajmę się winem - oznajmił sekretarz, tym samym rozkazując swemu człowiekowi, by wyniósł się z pokoju. Wyjął butelkę chablis z wiaderka z lodem i napełnił kieliszki, odprawiając przedtem rytuał wąchania i kosztowania, po czym zakorkował butelkę i cisnął ją z powrotem do wiaderka.
- No, więc, skąd pan się tu wziął?
Gość przesunął kieliszek pod nosem, a następnie uniósł go lekko, pod światło.
- Agencja - powiedział niedbale.
- Agencja Bezpieczeństwa Narodowego... i praca w Handlu?
Agent skinął głową, nadal zajęty zawartością kieliszka.
- Wspaniały kolor - orzekł. - Wie pan, naszego prezydenta krytykuje się mocno za wspomaganie win kalifornijskich, lecz moim zdaniem niektóre z nich są znacznie lepsze od francuskich.
- Cobb - szepnął sekretarz, gotujący się wręcz z niecierpliwości - gdybym chciał oceny mej kuchni, zaprosiłbym krytyka kulinarnego z "Post". Teraz chcę tylko wiedzieć, co banda komputerowych złodziei, ukrywająca się pod nazwą Signet Corporation, ma wspólnego z Narodową Agencją Bezpieczeństwa.
Cobb uniósł kieliszek do ust.
- To my jesteśmy Signet Corporation - stwierdził i z satysfakcją zarejestrował brzęk upuszczanego przez sekretarza widelca. - No, może nie do końca, ale jesteśmy właścicielami Signet. Akcjonariusze tej firmy nie istnieją.
- Rząd jest właścicielem Signet Corporation... firmy, którą każą nam zniszczyć Japończycy?
Cobb gwałtownie pokręcił głową.
- Nie rząd! Nie znajdzie nas pan w aktach Rządowego Biura Księgowego. To swego rodzaju tajna operacja; ABN uruchomiła ją z niejawnych funduszy.
Sekretarz odsunął talerz grzbietem dłoni. Najwyraźniej stracił apetyt.
- Jezu Chryste! - zawiódł modlitewnie. - To co mam powiedzieć Japończykom?
Jego gość delektował się kurczakiem.
- Proszę powiedzieć im, że rozumiemy ich niepokój i że dokładnie przeszukamy nasze podwórko; zrobimy wszystko, by odkryć, kto próbował ukraść ich przemysłowe sekrety. Proszę im także obiecać naszą pełną współpracę.
- W zdemaskowaniu rządu Stanów Zjednoczonych - uzupełnił sarkastycznie sekretarz.
I tym zdenerwował gościa, który odłożył widelec, splótł dłonie na stole i spojrzał mu wprost w oczy.
- Nie. Powiemy panu dokładnie, co trzeba powiedzieć Japończykom i co pan zrobi, by dotrzymać danego im słowa. Ujęcie agenta nie kończy działalności Signet. W rzeczywistości raczej ją rozpoczyna. W operacji, którą zaplanowaliśmy, ma pan do odegrania bardzo ważną rolę.
- Mam grać rolę w szpiegowaniu Japonii? Chce pan, by Departament Stanu włączył się w szpiegostwo przemysłowe przeciw swemu wypróbowanemu sojusznikowi? Oszalał pan?
Urok obiadu nie maskował już celu rozmowy. Teraz chodziło o to, kto komu przegryzie gardło.
- W tym właśnie rzecz. Bez pomocy Departamentu Stanu - pańskiej i kilku spośród pana najważniejszych współpracowników - operacja ta nie ma szansy powodzenia. A w tym szczególnym przypadku nie wolno nam dopuścić do klęski.
Sekretarz powoli zwinął serwetkę. Mrożącego spojrzenia ani na chwilę nie spuścił z twarzy gościa.
- Panie Cobb, nim wyproszę pana z mego domu, chcę, się upewnić, że coś pan zrozumiał. Chcę by zrozumiał pan, że całe życie spędziłem w świecie wielkich interesów i że... pod wpływem konkurencji, powiedzmy... nie zawsze postępowałem etycznie. Nie jestem moralistą. Uważam się za człowieka praktycznego. Uznaję konieczność prowadzenia tajnych akcji i choć nie pochwalam ich, nauczyłem się, że czasami warto... powiedzmy... przymknąć oczy. Ale nie mam zamiaru przymykać oczu na działalność bandy szaleńców, wprowadzających w życie jakiś nie dopieczony plan, mogący narazić na szwank dobre imię mojego kraju! Czy to jasne?
- Rozumiem pańskie zastrzeżenia - stwierdził spokojnie Cobb.
- Do dupy z zastrzeżeniami! Ja się właśnie wściekłem! I nie sądzę, by pan to rozumiał. Ale wkrótce pan zrozumie, proszę mi wierzyć na słowo. Gdy tylko przekroczy pan próg mego domu, natychmiast dzwonię do prezydenta. Mam zamiar powiedzieć mu dokładnie to, co pan powiedział mnie i mam jeszcze zamiar zażądać, by wykurzył pana oraz wszystkich pańskich współpracowników jak lisy z jamy, niezależnie od tego czy kryjecie się w Departamencie Handlu, w ABN czy w skautingu!
- Jeśli ma pan pod ręką telefon, zadzwonię do prezydenta sam.
Sekretarz zdążył zerwać się na równe nogi.
- Ty gładki mały gówniarzu... - dławił się własnymi słowami.
- Niech pan siada, panie sekretarzu. - W tonie agenta brzmiał wyraźny rozkaz. Sekretarz próbował coś powiedzieć, ale nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Ze zdumieniem stwierdził, że posłuchał polecenia i że właśnie usiadł.
- Zakładam, że rozumie pan, iż prezydent wolałby utrzymać swój urząd tak daleko od tej sprawy, jak to tylko możliwe. Jeśli jednak zażąda pan jego oficjalnego potwierdzenia, nie będę miał wyboru. Zadzwonię do niego sam.
- Prezydent... prezydent wie o Panu? - jąkał się sekretarz. - Prezydent... się zgadza?
- Nie cieszy go szczególnie to, czego próbujemy dokonać, ale, jak pan, jest człowiekiem praktycznym. To, co robimy z Signet Corporation, jest zapewne równie ważne - jeśli nie ważniejsze - niż projekt Manhattan. Dotyczy żywotnych interesów naszego narodu. Prezydent rozumie, że zaangażowaliśmy się właśnie w najważniejszy wyścig, w jakim dotychczas braliśmy udział.
- Ścigamy się z Japończykami? Naszymi sojusznikami? Naszymi przyjaciółmi? Przecież nie mówi pan o Rosjanach albo... - Na próżno szukał nazwy innego kraju równie niebezpiecznego dla Ameryki jak Rosja.
- Nie konkurujemy z Rosjanami - wyjaśnił spokojnie Cobb. - Rosjanie zostali tak daleko w tyle że konkurują już wyłącznie z białymi niedźwiedziami. Och, oczywiście, mogą wymazać nas z mapy, a my możemy wymazać z mapy ich, ale nie jest to szczególnie prawdopodobne. Prawdopodobne wydaje się natomiast, że nasi przyjaciele Japończycy za pomocą swej techniki wymażą nas z mapy państw wysoko uprzemysłowionych.
Wyraz napięcia znikł z twarzy sekretarza, zaciśnięte usta skrzywiły się w wesołym uśmiechu.
- Jezu Chryste, i to jest ten pański projekt Manhattan? Japońska technika? Telewizory i te ich małe samochodziki są ważniejsze od rosyjskich rakiet? Jezu, Cobb, pana miejsce jest rzeczywiście w Departamencie Handlu. Każdy z tych tam urzędasów śni koszmary o rosnącym deficycie handlowym. Gdybyśmy nie mieli pod ręką Japończyków, martwilibyśmy się pewnie Niemcami albo Anglikami!
Cobb zignorował rozbawienie rozmówcy.
- Anglicy - stwierdził sucho - nie potrafią zrobić samochodu, od którego nie odpadłyby błotniki. A Niemcom nie przyszło do głowy nic nowego od czasu, kiedy zbudowali volkswagena. Walka toczy się między dwoma przeciwnikami - nami i Japonią. A Japończycy właśnie szykują się do nokautu.
- Obniżą ceny magnetofonów! - zawył sekretarz. Tak bardzo spodobał mu się ten żart, że poczuł nadchodzący atak czkawki i czym prędzej sięgnął po szklankę z wodą.
- Panie sekretarzu, co pan wie o komputerach?
Szklanka zawisła w pół drogi do ust.
- O komputerach? Całkiem sporo. No, nie o tym, na jakiej zasadzie działają. Wiem, jak ich używać. Mamy komputery w księgowości, wypełniają nawet formularze podatkowe.
- Formularze podatkowe! - skrzywił się Cobb.
- No, cóż, oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że mogą mieć jeszcze wiele innych zastosowań. Chryste, te cholery rozmawiają nawet z człowiekiem przez telefon. Przypuszczam, że wszędzie już ich pełno. W każdym razie w Waszyngtonie. Ale... o co panu chodzi?
Cobb wstał i podszedł do stojącej przy ścianie szafki. Podniósł wieczko na pudełku cygar.
- Mogę? - spytał wybierając cygaro. Sekretarz tylko skinął głową. Gość odbył rytuał lizania i odgryzania końca, po czym zapalił, używając stojącej na stole zapalniczki. - Kubańskie? - spytał podejrzliwie.
- Prezent od ambasadora Chin - przyznał sekretarz.
Agent wygłosił swój monolog, spacerując po pokoju.
- Komputery, panie sekretarzu, napędzają nasz uprzemysłowiony świat. Nie chodzi mi tylko o to, że rejestrują nasze wydatki, że płacą rachunki. Mam na myśli dosłownie "napędzają", jak benzyna napędza silnik samochodowy, jak elektryczność napędza pociąg. Usuńmy silnik i samochód nigdzie nie pojedzie. Usuńmy silnik i pociąg staje w szczerym polu. Gdybyśmy usunęli komputery, świat przemysłowy zamarłby w miejscu.
- Prawdopodobnie ma pan rację. - Sekretarzowi nie chciało się dyskutować tak błahej sprawy.
- Nie "prawdopodobnie" - poprawił go Cobb. - Mam całkowitą rację. Każdy z nas, w każdym dniu życia, ma do czynienia z komputerem. Komputery nadzorują nasze konta bankowe. Komputery wystawiają nam rachunki w sklepach, komputery - mówiąc pańskimi słowami - rozmawiają nawet z nami przez telefon. No, więc zakładamy, że wiemy o nich wszystko. Nie chce się nam jednak zastanowić nad kwestią najprostszą - jak bardzo się od nich uzależniliśmy. Weźmy, na przykład, nasz przemysł. Komputery prowadzą studia przygotowawcze do produkcji, projektują produkt, rysują plany. Nadzorują maszyny tworzące narzędzia produkcji, a następnie narzędzia produkcji produkujące produkt. Tak więc ten, kto ma lepsze komputery, będzie miał najlepszy i najbardziej wydajny przemysł.
Sekretarz skinął głową i czekał w milczeniu, Cobb zaś zaciągnął się cygarem, posmakował dym, po czym wypuścił go w powietrze niebieskawą chmurką.
- Komputery rządzą także całością naszych finansów. Komputery nadzorują wszystkie krajowe transakcje finansowe i wszystkie zagraniczne transakcje walutowe. Pieniądz przestał istnieć! Istnieją tylko zapisy w pamięci komputerów, przekazywane z kraju do kraju łączami komunikacyjnymi nadzorowanymi przez... komputery! Banki, które zainwestowały w komputery, są teraz największymi bankami świata. Można więc bezpiecznie założyć, że kraj dysponujący najlepszymi komputerami stanie się finansowym centrum świata. Jego waluta będzie główną walutą wymiany międzynarodowej.
Sprawa staje się znacznie jaśniejsza, jeśli spojrzeć na kwestie bezpieczeństwa narodowego. Wszystkie dostępne nam, istotne strategicznie informacje zbierane są przez satelity, które wystrzeliwują i kontrolują na orbicie komputery. Nasze rakiety zostały wycelowane przez komputery, komputery je także wystrzelą. Komputery pilotują wszystkie nasze odrzutowce, prowadzą nawigację łodzi podwodnych... Chryste, są nawet wbudowane w czołgi!
Sekretarz skinął głową zaznaczając, że wie, do czego zmierza ta przemowa.
- Tak więc lepsze komputery oznaczają całkowitą przewagę militarną.
Cobb uśmiechnął się.
- Dokładnie tak, panie sekretarzu. Wiek przemysłu się skończył. Wchodzimy w erę informatyczną. W tej erze rządzić będzie ten naród, który dysponuje najdoskonalszymi komputerami. Wiem, oczywiście, że twierdzenie to sprawia wrażenie daleko idącego uproszczenia, niemniej jest całkowicie prawdziwe. Brytyjczycy wymyślili silnik parowy i dzięki temu przez blisko sto lat rządzili światową gospodarką. My wymyśliliśmy taśmę produkcyjną, co dało nam światową przewagę na dwa pokolenia. W tej chwili rozstrzyga się, które państwo zdobędzie dominację na kilka następnych.
Sekretarz spojrzał na niego podejrzliwie.
- Mam wrażenie, że nieco pan przesadza.
Agent przez kilka chwil zajmował się luźnymi liśćmi cygara.
- Przesadza? Nie, nie sądzę. Proszę pozwolić, że przytoczę panu jeden przykład. Jak pan sądzi, jaką bronią będzie się walczyło w przyszłej wojnie?
Sekretarz wzruszył ramionami.
- Jądrową? - zaryzykował.
Cobb tylko pokręcił głową.
- Nie, nie jądrową. I nawet nie konwencjonalną. Po co tracić czas na wysadzanie w powietrze jakiejś fabryki, jeśli wystarczy wymazać pamięć jej komputerów? Wystarczy załatwić komputery i załatwia się całą fabrykę. Wystarczy wymazać pamięć, a fabryka traci zdolności produkcyjne, łączność z dostawcami części, kontrolę nad finansami. Jeśli wyłączy się komputery, wyłącza się cała ekonomię danego kraju z dodatkiem jego zdolności obronnych. Wyłączenie komputerów w ciągu kilku godzin zmieniłoby Stany Zjednoczone w ślepego giganta, bełkoczącego i potykającego się o własne nogi.
- I pana zdaniem Japonia jest w stanie wyłączyć nasze komputery? - spytał z niedowierzaniem sekretarz.
Cobb niedbale machnął ręką.
- Z pewnością nie. Próbuję tylko coś udowodnić. Ktokolwiek zdobędzie przewagę w komputerach, stanie się potęgą na najbliższe stulecie. Komputery gwarantują przewagę, której nie gwarantuje broń atomowa. Z tego właśnie powodu najważniejsze jest, by Stany Zjednoczone utrzymały prymat w technologiach komputerowych. Po prostu nie możemy pozwolić nikomu, nawet "wypróbowanym sojusznikom" na odebranie nam tego pierwszeństwa.
Sekretarz sięgnął po butelkę. Bardzo uważnie napełnił oba kieliszki. Cobb wygodniej rozsiadł się w krześle.
- A co Signet ma z tym wspólnego? Sądzi pan, że Japończycy zagrażają naszej przewadze komputerowej?
- Nie sądzę. Wiem. W ciągu ostatnich dziesięciu lat nasz przemysł poświęcił wszystkie swe wysiłki wyprodukowaniu superkomputera. Brakuje nam jeszcze co najmniej dwóch lat. Japończycy zaprezentują swój superkomputer w ciągu najbliższych dziewięciu miesięcy.
Sekretarz zgubił się chyba w tym wywodzie.
- Superkomputer? - powtórzył.
- Chodzi o zupełnie nowy rodzaj komputera - wyjaśnił Cobb. - Takiego, który, zamiast wykonywać polecenia po jednym, dysponuje inteligencją pozwalającą na rozbicie problemu na składniki logiczne, procesowane jednocześnie. Tak na początek, jest on dziesięciokrotnie szybszy i wydajniejszy od maszyn, które wytwarzamy dziś. Superkomputer ma się do normalnych komputerów tak, jak odrzutowiec do samolotów napędzanych śmigłem. Jeśli chodzi o skuteczność działania, po prostu nie ma porównania.
- I my chcemy go ukraść - szepnął sekretarz.
- Nie, chcemy go zniszczyć. Musimy opóźnić ten projekt o kilka lat, tyle, ile potrzebujemy, by dogonić konkurencję.
Sekretarz zbladł. Kiedy podnosił kieliszek, dłonie mu drżały.
- Zupełnie jak Pearl Harbor - powiedział, próbując coś zrozumieć - tylko tym razem to my zaatakujemy z zaskoczenia.
Cobb z uśmiechem potwierdził jego najgorsze podejrzenia.
- Zupełnie jak Pearl Harbor... pod pewnymi względami. Rzeczywiście, całkiem niezłe porównanie.
- Przecież to dokładnie to samo gówno! Zaatakujemy ich z zaskoczenia! - sekretarz niemal bełkotał.
Agent pokręcił głową.
- Są pewne różnice - stwierdził z przekonaniem. - Flota Pacyfiku dała się przeliczyć na tyle a tyle tysięcy ton stali, więc łatwo ją było zniszczyć. Jeśli chodzi o superkomputer, to składa się on nie tylko z tego co widać. Najważniejsza jest wiedza, a wiedzy zniszczyć nie sposób. Jedyny sposób, by zatopić informację, to jest skompromitowanie jej. Jeśli chcemy sprawić, by ludzie przestali w coś wierzyć, należy zrobić głupców z tych, co wierzą. To znacznie trudniejsze niż zrzucenie bomby albo coś podobnego.
- Ale zasada pozostaje ta sama. Przeprowadzimy skryty atak gwałcący wszystkie zasady przyzwoitości, niezależnie od tego, jaką formę przybierze. Nie mogę się na to zgodzić. Nie mogę wziąć udziału w...
- Nim się pan zdecyduje, panie sekretarzu, pozwolę sobie poprosić pana, by rozważył pan konsekwencje wyprzedzenia nas przez Japończyków. Niech pan rozważy, co stanie się ze Stanami Zjednoczonymi, jeśli pozwolimy, by zmieniły się w kolejną byłą, upadłą potęgą przemysłową. Mój Boże, jest ich wiele próbujących bronić tego, co określamy mianem "cywilizacji". To Stany Zjednoczone utrzymują przecież w wolności Europę, a jesteśmy do tego zdolni wyłącznie dzięki naszej potędze przemysłowej. Jeśli jej zabraknie... co, pana zdaniem, stanie się z Zachodem? Kto, pana zdaniem, będzie bronił Niemiec, Włoch, Francji i Anglii? Japończycy?
- Lecz jeśli dowiedzą się, co zrobiliśmy, jeśli świat zda sobie sprawę z tego, jak bardzo poniżyła się Ameryka...
- Japończycy nigdy nie dowiedzą się o tym, co zrobiliśmy - stwierdził pewnie Cobb, pochylając się nad stołem. - Ponieważ nie mamy zamiaru zrobić nic.
Sekretarz nie pojmował już niczego, co jego gość powitał z nie udawaną radością.
- Dzięki korporacji Signet oraz dzięki pańskiej pomocy, panie sekretarzu, Japończycy sami to sobie zrobią. Japończycy zniszczą swój superkomputer sami!