2
Kiedy tylko wieczorem w fabryce zawyła syrena, Tucia pośpieszyła do domu przez ruchliwe ulice. Całą drogę liczyła pod nosem pęknięcia w płytach chodnikowych. Ktoś mógłby ją wziąć za oszalałą, ona jednak o to nie dbała. Dawało jej to coś, na czym mogła skupić myśli. Inaczej mogłaby się rozsypać.
Sztuczkę z liczeniem przejęła od starego wojskowego, porucznika zajmującego lokal kilka mieszkań od niej w pierwszym budynku, do którego trafiła po przybyciu do miasta. Wystarczył głośniejszy hałas, a jego umysł wracał do Chancellorsville, do huku armat i latających wokół głowy kul. Jeśli jednak zdołał uczepić się czegoś w teraźniejszości - tykania zegara czy liczby płatków na kwiatku - potrafił nie dopuścić do utraty gruntu pod nogami.
Utrata gruntu pod nogami. Tak to nazywano, jej zdaniem celnie. Przywoływało na myśl umysł tracący równowagę na skraju przepaści albo porywany silnym prądem podwodnym. W jednej chwili człowiek stoi twardo na podłożu, lód pod nogami sprawia wrażenie mocnego, a potem - trach - leci się w dół. Spada. Przepada.
Psychiatra używał innego określenia: napady histerii. Odbyła u niego tylko kilka wizyt zaraz po tym, kiedy zaczęła miewać te epizody. Poza beztroską diagnozą i rozwlekłym omówieniem jej wrodzonej kobiecej ułomności dał jej tylko jedną radę: koncentrować swój słabowity umysł na teraźniejszości.
Jakkolwiek to nazwać, Tucia nie doświadczyła nawrotu przez długie lata. W końcu była ostrożna. Stopniowo okroiła swoje życie do absolutnie podstawowych potrzeb. Unikała szpitali, krwawych sportów, a nawet mydła karbolowego. Starzec przestrzegł ją jednak, że koszmary śnione na jawie kiedyś wrócą.
Teraz nie ważyła się przerwać liczenia, choć musiała z tego powodu iść wolniej. Przy każdym kroku czuła wszechogarniające wyczerpanie, a jednocześnie w środku cała buzowała. Zwykły ruch uliczny, stukot tramwajów, trzeszczenie powozów i dzwonienie rowerów jawiły jej się jako niebywałe zagrożenie. W każdej chwili mogła nastąpić kolizja albo uderzenie w nieuważnego pieszego.
Co będzie wtedy? Czy znieruchomieje tak jak tego popołudnia? Będzie się przyglądała, jak na jej oczach inny człowiek się wykrwawia?
Zmusiła się, by zajrzeć do piekarni o kilka kwartałów od jej budynku i kupić bochenek czerstwego chleba. Potem jeszcze udała się do delikatesów po trójkąt sera. W sklepach tłoczyły się podobne jej robotnice, liczące, że ta garść monet, która im jeszcze została, wystarczy do kolejnej wypłaty. W sklepie było gorąco i duszno. W powietrzu czuć było już zapowiedź nadchodzącego letniego żaru. Tego dnia kolejka zmęczonych kobiet zdawała się niespokojna i pobudzona. Westchnienia i narzekania były jakby głośniejsze. Spojrzenia kose i podejrzliwe.
Tucia w roztargnieniu wyjęła kosmyk włosów zza ucha i zaczęła go skręcać między palcami. Po chwili uzmysłowiła sobie, co właśnie uczyniła. Puściła włosy i zaczęła obmacywać głowę w poszukiwaniu łysinek, przez co poluzowała kok i przekrzywiła kapelusz.
Nie. Błagam, nie! Tylko znowu nie to.
Kiedy ustaliła, że wszystko na jej głowie jest w porządku, całe ciało rozluźniło jej się z ulgi. Pragnienie sięgnięcia po kolejny kosmyk było jednak tak silne, że musiała zacisnąć mocno powieki i zwinąć palce w pięść, by się oprzeć pokusie.
- Następna!
Tucia drgnęła na głośne wołanie i otworzyła gwałtownie oczy. Serce jej mocniej zabiło.
- Hej, paniusiu, teraz twoja kolej.
Podeszła pośpiesznie do lady, kupiła ser, po czym przecisnęła się między stłoczonymi kobietami i wyszła na ulicę.
Ostanie sprawunki miała do załatwienia w Atlantic & Pacific. Ścisnęła oburącz uchwyty torby i naliczyła siedemdziesiąt dziewięć pęknięć w chodniku. W sklepie czekał na nią kolejny wijący się ogonek, na co poczuła ucisk w żołądku i zaczęła szybciej oddychać. Zdecydowanie wolałaby udać się już do domu, ale obiecała przecież tu zajrzeć.
Wewnątrz ciągnęły się pokrywające całe ściany od podłogi do sufitu półki zastawione puszkami, pudełkami i słoikami. Kawa, herbata, cukier, proszek do pieczenia, mleko skondensowane - można było tam znaleźć prawie wszystko, czego tylko człowiek zapragnął. Wzrok Tucii przyciągnęły pudełka z gotowymi mieszankami herbat: pomarańczowej Pekoe, indyjsko-cejlońskiej, angielskiej śniadaniowej. W domu parzyła te same liście już od tygodnia. Nie miała jednak jak uzasadnić takiego wydatku. Nawet po takim dniu jak dziś. Kiedy dotarła do lady, sprzedawczyni poprosiła ją o listę. Tucia poczuła ukłucie wstydu, pokręciła głową i wskazała na słoik z cukierkami po cencie za sztukę.
- Poproszę jeden.
Zanim dotarła do domu, minęła jeszcze tuzin pęknięć w płytach chodnikowych i dwukrotnie przyłapała swoje palce na skręcaniu kosmyka włosów.
"Dom" było właściwie zbyt wielkim słowem na określenie dwupokojowego mieszkania, wynajmowanego na trzecim piętrze budynku, który został wzniesiony kilkadziesiąt lat temu w niższej dzielnicy miasta. Zwłaszcza zważywszy na elegancki dom w stylu włoskim, w którym dorastała. Czasem podczas wspinaczki po skrzypiących schodach do swojego lokum wracała myślami do tamtych czasów - do kosztownych orientalnych dywanów, szczodrze oświetlonych pomieszczeń, miękkich tapicerowanych mebli - co zawsze skutkowało ukłuciem żalu, jeszcze zanim docierała do drzwi. Dziś jednak proste, pełne przeciągów pokoje z odłażącą od ścian tapetą i gnijącymi deskami na podłodze jawiły jej się jako mile widziana ulga od koszmaru tego dnia.
Otworzyła drzwi i przywitała ją niemal całkowita ciemność. Ostatnie promienie zachodzącego słońca umykały przez jedno jedyne okno. Ruszyła ostrożnie naprzód, po omacku dotarła do stołu i zapaliła lampę naftową. Płomień rozbłysnął, po czym zapłonął słabym, ale pewnym blaskiem. Rozejrzała się po pokoju i dostrzegła panią Harsnatch. Kobieta siedziała w jednym z foteli z drewnianym oparciem, ze stopami na stosie książek Tucii i rozłożoną na nogach gazetą codzienną. Usta miała otwarte, a jej pierś unosiła się i opadała w równym rytmie głębokiego snu. Poza tym pomieszczenie było puste.
Tucię przeszyło nagłe ukłucie paniki.
- Toby! - zakrzyknęła, upuściła torbę, obróciła się na pięcie i wpadła do sąsiedniego pomieszczenia. - Toby!
Cisza. Poczuła się, jakby ktoś ją wrzucił do lodowatej wody. Z pośpiechu potknęła się na podłodze i musiała się złapać gałki w drzwiach. Omiotła pokój wzrokiem. Nic. Oddech zamarł jej w piersi. Wtem przy łóżku coś się poruszyło. Jej syn uniósł na nią wzrok znad drewnianych klocków i uśmiechnął się do niej szeroko.
Tucia podbiegła do niego i przyklęknęła obok, otarłszy samotną łzę. Oczywiście, że tu był, cały i zdrowy. Gdzie indziej miałby być? Jakże głupio się martwiła.
Odsunęła mu włosy z czoła.
- Czemu bawisz się tu po ciemku?
- Buduję dom.
- Nie słyszałeś, jak mama wchodzi do domu?
Wzruszył ramionami i odwrócił się z powrotem do swoich klocków.
- Bardzo mnie nastraszyłeś. Mogłeś przynajmniej odpowiedzieć, kiedy cię wołałam - powiedziała ostrzej, niż zamierzała.
Uśmiech zniknął z twarzy dziecka. Machnął ręką w swoją nierówną wieżę i rozrzucił klocki po podłodze. Tucia się skrzywiła i przyciągnęła go do siebie. Choć był mały jak na swój wiek, tak jak wszystkie dzieci z jego przypadłością, już ledwie jej się mieścił na kolanach.
- Przykro mi, kochanie.
- Przykro mi - powtórzył za nią, po czym oparł głowę w zagłębieniu jej szyi.
Objęła go ramionami. Po raz pierwszy od popołudniowego wypadku mogła w pełni swobodnie odetchnąć. Jej syn zawsze taki był - jej kotwica, jej szczęście. Przytulała go, dopóki nie zaczął się wiercić i nie wysunął się z jej objęć.
- Spójrz, co dla ciebie mam. - Wyjęła z kieszonki na zegarek niewielki cukierek.
Toby zaklaskał i sięgnął po smakołyk.
- Dopiero po kolacji. - Cmoknęła go w nos i wstała. - Umyj się, a ja pożegnam się z panią Harsnatch.
Wróciła do głównego pomieszczenia, gdzie opiekunka wciąż cicho pochrapywała. Jeśli zdołała przespać krzyki Tucii, jaką można było mieć gwarancję, że obudziłaby się, gdyby Toby ją zawołał na pomoc? Dzięki Bogu, że jej nie potrzebował.
Bardzo żałowała, że nie może zwolnić tej kobiety. Zważywszy jednak na to, jak niewiele była w stanie płacić za opiekę nad dzieckiem, nie zdołałaby znaleźć zastępstwa. Pani Harsnatch nie piła. Nie biła Toby'ego ani nie nazywała go głupkiem. Nie obgadywała ich z przyjaciółkami czy sąsiadkami. A to było bardzo ważne. Tucia aż za dobrze wiedziała, jak szybko rozchodzą się plotki.
Mimo to miło by było, gdyby kobieta przynajmniej potrafiła nie zasypiać, stwierdziła. Stanęła obok śpiącej i odchrząknęła. Kiedy to nie pomogło, tupnęła mocno, a wiekowe deski podłogowe zadudniły w odpowiedzi. Niańka aż podskoczyła, rozrzuciła książki, o które opierała stopy, i strąciła gazetę na podłogę.
- Dobry wieczór, pani Harsnatch. Już wróciłam.
Starsza kobieta wyprostowała się i przetarła oczy.
- Nie da się nie zauważyć.
- Kiedy przyszłam, Toby bawił się po ciemku. Bez nadzoru, pozwolę sobie nadmienić.
- Mówiła pani, żeby oszczędzać naftę.
- Tak, chodziło mi jednak tylko o to, by nie zapalać lampy w środku dnia, kiedy przez okna wpada dość światła.
Pan Harsnatch burknęła coś w odpowiedzi. Wstała z krzesła, po czym zdjęła z kołka na ścianie postrzępioną chustę, nie zaprzątając sobie głowy podniesieniem gazety czy odłożeniem książek na prowizoryczną półkę, na której ustawiała je Tucia.
- Znowu byli tu ci lichwiarze. - Wskazała gestem leżący na stole list. Bez wątpienia go przeczytała, po czym złożyła z powrotem. - To nie wpłynie na naszą umowę, prawda?
Tucia przywołała na usta wymuszony uśmiech. Nie musiała czytać wiadomości, by wiedzieć, co zawiera. Za osiem dni musiała uregulować swój dług - blisko siedemset dolarów.
- Nie, w najmniejszym stopniu - odparła, choć nie miała jak spłacić tak dużej kwoty.
A lichwiarze doskonale o tym wiedzieli. Bardzo chętnie odnowią jej pożyczkę - oczywiście na większy procent - i będą odbierali jej jeszcze większą część cotygodniowych zarobków. Istniało ryzyko, że nie będzie jej stać na opłacenie mieszkania, nawet w takiej ruderze, albo nawet i wynagrodzenia pani Harsnatch.
Na razie jednak było ją na to stać. Podniosła torbę z podłogi i wyłowiła z niej ćwierćdolarówkę.
Kiedy tylko moneta trafiła do dłoni pani Harsnatch, kobieta pośpiesznie opuściła mieszkanie, a Tucia podała synowi chleb z masłem i serem. Sama też zjadła jedną kromkę, choć bez masła, po czym nastawiła czajnik, by zrobić sobie filiżankę słabej herbaty. Kiedy czekała, aż woda się zagotuje, otrzepała książki z kurzu i odstawiła je na półkę. Anatomia człowieka. Zasady i praktyka medycyny. Materia Medica. Schorzenia kości i tkanek okolicznych. Sekcja i patologia. Od lat ich nie czytała. Już lepszy pożytek miała z nich pani Harsnatch podczas odpoczynku. Niemniej nawet po tak długim czasie nie potrafiła się z nimi rozstać.
Następnie podniosła rozrzuconą gazetę. Przynajmniej przyda się na rozpałkę albo do wypchania materaca, stwierdziła. Kiedy składała płachty papieru, jeden z nagłówków przykuł jej wzrok:
SŁYNNY CHIRURG Z WYKŁADEM W HAMBY HALL
Tucia nie potrzebowała czytać dalej. To życie było już za nią. Co dobrego mogła jej dać wiedza o najnowszych postępach w aseptyce, nowej technice litotomii czy najlepszym sposobie zszycia powięzi po nacięciu jajnika? Nie potrafiła nawet przygotować opaski uciskowej, kiedy ktoś się wykrwawiał na podłodze u jej stóp.
Wzdrygnęła się, niemniej zaczęła czytać dalej. Zatrzymała się po kilku linijkach, kiedy natrafiła na nazwisko tego słynnego chirurga: doktor Archibald Addams.