Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią - Ekke Overbeek

-
Proszę czekać

Za­miast wstę­pu

"Jak to jest w Pol­sce z tym mo­le­sto­wa­niem sek­su­al­nym przez księ­ży?" Rok 2011. Ho­len­drzy są zszo­ko­wa­ni roz­mia­rem skan­da­lu w Ko­ście­le ka­to­lic­kim w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Ir­lan­dii, od nie­daw­na tak­że w Niem­czech, a te­raz rów­nież w Ho­lan­dii. Dzwo­nią więc do ko­re­spon­den­ta w War­sza­wie. Sko­ro u nas jest tak źle, to jak to wy­glą­da w "naj­bar­dziej ka­to­lic­kim kra­ju Eu­ro­py"? Ko­ściół ka­to­lic­ki w Ho­lan­dii to prze­cież ka­rzeł w po­rów­na­niu z pol­skim: garst­ka hie­rar­chów za­rzą­dza­ją­cych pu­sty­mi ko­ścio­ła­mi. Na­wet ko­le­dzy dzien­ni­ka­rze są w szo­ku, kie­dy wy­cho­dzi na jaw, co bi­sku­pi i klasz­to­ry kry­ją w swo­ich sza­fach. Wpraw­dzie wy­da­wa­ło się oczy­wi­ste - cho­ciaż­by po do­świad­cze­niach w kra­jach an­glo­sa­skich - że coś tam musi być, ale coś ta­kie­go?

W ma­łym Kró­le­stwie Ni­der­lan­dów, gdzie oko­ło czte­rech mi­lio­nów z pra­wie sie­dem­na­stu mi­lio­nów miesz­kań­ców to ka­to­li­cy, i to w więk­szo­ści już tyl­ko na pa­pie­rze, gdzie psy­cho­log już daw­no wy­parł księ­dza z miej­sca spo­wied­ni­ka, gdzie lu­dzie od daw­na są przy­zwy­cza­je­ni do wol­no­ści sło­wa, gdzie moż­na mó­wić, o czym tyl­ko się chce - w tym kra­ju, jak się oka­zu­je, żyją dzie­siąt­ki, set­ki, a może na­wet ty­sią­ce lu­dzi, któ­rzy w dzie­ciń­stwie pa­dli ofia­rą księ­ży, a po­tem mil­cze­li przez całe ży­cie.

Na­tych­miast po­wsta­je ko­mi­sja nie­za­leż­nych eks­per­tów, któ­ra ma zba­dać to, co dzien­ni­ka­rze za­czę­li wy­cią­gać na świa­tło dzien­ne. A wła­ści­wie dwie ko­mi­sje: jed­na, by ba­dać kto, kogo, ilu, gdzie, jak i dla­cze­go, a dru­ga, by usta­lać wy­so­kość od­szko­do­wań, któ­re Ko­ściół bę­dzie mu­siał wy­pła­cać. Wnio­ski ko­mi­sji są bul­wer­su­ją­ce: w Ho­lan­dii żyje przy­najm­niej dzie­sięć ty­się­cy ofiar du­chow­nych. Na do­miar złe­go oka­zu­je się, że bi­sku­pi mi­ja­li się z praw­dą i w nie­któ­rych przy­pad­kach pró­bo­wa­li ukry­wać do­wo­dy prze­stępstw sek­su­al­nych swo­ich pod­wład­nych. Szok, praw­dzi­wy szok. Dzwo­nią więc do War­sza­wy i py­ta­ją: "Jak to jest w Pol­sce z tym mo­le­sto­wa­niem sek­su­al­nym przez księ­ży?".

I jak to wła­ści­wie jest? Coś za­czy­nam so­bie przy­po­mi­nać, ale nie­zbyt wie­le. Za­czy­nam grze­bać w daw­nych afe­rach. Była Ty­la­wa w 2002 r., czte­ry wsie, gdzie ksiądz mo­le­sto­wał dwa po­ko­le­nia dziew­cząt. Zo­stał ska­za­ny przez sąd, ale wy­rok był bar­dzo ni­ski: dwa lata w za­wie­sze­niu, mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że tyl­ko sześć ko­biet mia­ło od­wa­gę ze­zna­wać. Po wy­ro­ku ksiądz jesz­cze dłu­go po­zo­stał na ple­ba­nii, za­nim do­stał awans od sa­me­go ar­cy­bi­sku­pa, któ­ry dziś jest prze­wod­ni­czą­cym Epi­sko­pa­tu Pol­ski. Już sama ta spra­wa jest po­waż­niej­sza niż sta­re przy­pad­ki, któ­re dały im­puls do po­wsta­nia ko­mi­sji w Ho­lan­dii. A od tego cza­su? Była jesz­cze spra­wa Pa­et­za, ale to tro­chę inna ka­te­go­ria, sko­ro mo­le­sto­wał do­ro­słych kle­ry­ków. To nie pe­do­fi­lia. Nie­mniej jed­nak to zbyt gło­śna hi­sto­ria, by ją po­mi­nąć. Po­dob­nie jak po­dej­rze­nie pod ad­re­sem słyn­ne­go pra­ła­ta Jan­kow­skie­go w Gdań­sku.

Była jesz­cze tzw. spra­wa płoc­ka, gdzie w 2007 r. nowy bi­skup po­sta­no­wił zro­bić po­rzą­dek w swo­jej die­ce­zji. Przy­je­cha­li dzien­ni­ka­rze ga­ze­ty "Rzecz­po­spo­li­ta" i zro­bi­ła się afe­ra. W re­la­cjach z Płoc­ka zdzi­wi­ło mnie przede wszyst­kim mie­sza­nie po­jęć. Jako naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny wą­tek ca­łej afe­ry wy­ło­ni­ło się ist­nie­nie "ho­mo­sek­su­al­ne­go lob­by", któ­re we­dług ano­ni­mo­wych świad­ków funk­cjo­no­wa­ło w die­ce­zji płoc­kiej przez de­ka­dy. Ro­zu­miem, że ho­mo­sek­su­alizm wśród księ­ży to no­śny te­mat dla me­diów, ale tu cho­dzi o pe­do­fi­lię, o prze­stęp­stwo. Kie­dy męż­czy­zna w su­tan­nie ko­cha się z in­nym męż­czy­zną to jest tyl­ko ich spra­wa. Może to grzech we­dług in­sty­tu­cji, dla któ­rej ten ksiądz pra­cu­je, ale to nie prze­stęp­stwo. Pe­do­fi­lia róż­ni się wła­śnie tym, że są ofia­ry. To po­waż­ne prze­stęp­stwo, na któ­re jest pa­ra­graf.

Była też spra­wa szcze­ciń­ska w 2008 roku. Za­kon­nik do­wia­du­je się, że w Mło­dzie­żo­wym Ośrod­ku So­cjo­te­ra­pii im. św. Bra­ta Al­ber­ta ksiądz la­ta­mi wy­ko­rzy­sty­wał chłop­ców. Po la­tach da­rem­nych prób za­ła­twie­nia spra­wy w ci­szy bi­sku­pich ku­rii zde­spe­ro­wa­ny du­chow­ny zwra­ca się do "Ga­ze­ty Wy­bor­czej". Spra­wa sta­je się gło­śna, ale i tak pro­ku­ra­tu­ra w pierw­szej in­stan­cji ją uma­rza. Kie­dy do­brze po­szu­ka­łem, zna­la­złem Hłud­no, Bo­jan, Pszen­no i jesz­cze kil­ka in­nych nazw, któ­re sta­ły się sy­no­ni­ma­mi skan­da­lu oby­cza­jo­we­go z księż­mi w ro­lach głów­nych. Kie­dy w 2010 r. afe­ra mo­le­sto­wa­nia w Ko­ście­le na świe­cie osią­ga­ła punkt kul­mi­na­cyj­ny, "Ga­ze­ta Wy­bor­cza" opu­bli­ko­wa­ła wy­wiad z ano­ni­mo­wą ofia­rą. Hi­sto­ria po­dob­na do tych, któ­re zna­my ze Sta­nów, Ir­lan­dii, Au­strii, Nie­miec, Bel­gii czy Ho­lan­dii, ale kon­tekst zu­peł­nie inny: po­nu­ry PRL, po­tęż­ny Ko­ściół, wro­gie na­sta­wie­nie do ofiar, nie­mra­wy wy­miar spra­wie­dli­wo­ści, nie­zde­cy­do­wa­ne me­dia i w koń­cu pró­ba okre­śle­nia licz­by ofiar: "(...) w ska­li kra­ju to są pew­nie ty­sią­ce osób. Nie prze­sa­dzam. Kil­ka­dzie­siąt, kil­ka­set przy­pad­ków rocz­nie przez ostat­nie pół wie­ku. Jak na trzy­dzie­sto­ośmio­mi­lio­no­wy kraj nie są to prze­sa­dzo­ne sza­cun­ki"1.

Na­pi­sa­łem więc ar­ty­kuł do swo­jej ga­ze­ty w Ho­lan­dii na pod­sta­wie tych in­for­ma­cji, z wy­raź­ną su­ge­stią, że w Pol­sce te spra­wy są na ra­zie za­mia­ta­ne pod dy­wan. Ta kon­klu­zja nie dała mi jed­nak spo­ko­ju. Po­dob­nie zresz­tą jak te­le­fon: jesz­cze jed­na re­dak­cja z Ho­lan­dii i jesz­cze jed­na, a po­tem Fla­man­do­wie, bo prze­cież u nich też afe­ra trwa w naj­lep­sze. Wszy­scy z tym sa­mym py­ta­niem: "Jak w tej spra­wie jest u cie­bie w Pol­sce?". Wró­ci­łem więc do te­ma­tu.

W trak­cie dal­szych po­szu­ki­wań na­tkną­łem się na wię­cej in­for­ma­cji wska­zu­ją­cych, że pro­blem pe­do­fi­lii wśród księ­ży ist­nie­je w Pol­sce. Przede wszyst­kim lo­kal­ne me­dia oka­za­ły się po­moc­ne: "Głos Po­mo­rza", "Ty­go­dnik Pod­ha­lań­ski", "Na­sze Mia­sto", "Dzien­nik Łódz­ki", "Ku­rier Po­łu­dnio­wy", "Ty­go­dnik Prze­gląd", "Ga­ze­ta Olsz­tyń­ska", "Głos Szcze­ciń­ski", "Ga­ze­ta Kra­kow­ska", "Dzien­nik", "Ga­ze­ta Wro­cław­ska", "Głos Wy­brze­ża", "RMF FM", "Na­sze­Mia­sto.pl", "Ga­ze­ta Lu­bu­ska", ale rów­nież de­pe­sze PAP-owskie, lo­kal­ne wy­da­nia "Ga­ze­ty Wy­bor­czej" i por­ta­le in­ter­ne­to­we, ta­kie jak Onet, In­te­ria i Wir­tu­al­na Pol­ska. Oka­za­ło się, że w cią­gu dzie­się­ciu lat za pe­do­fi­lię ska­za­no przy­najm­niej dwu­dzie­stu sied­miu pol­skich księ­ży. Mowa tu nie o do­mnie­ma­nych spraw­cach, tyl­ko o tych, co do któ­rych sąd nie miał wąt­pli­wo­ści, że wy­ko­rzy­sta­li dzie­ci. Kary były na ogół ła­god­ne, ale sam fakt, że w kra­ju, gdzie du­chow­ni cie­szą się du­żym au­to­ry­te­tem, aż dwu­dzie­stu sied­miu z nich zo­sta­ło ska­za­nych, daje do my­śle­nia. Ozna­cza to, że od­se­tek ska­za­nych księ­ży jest po­rów­ny­wal­ny do tego, co było zna­ne ame­ry­kań­skiej opi­nii pu­blicz­nej, za­nim w 2002 r. skan­dal wy­buchł tam na wiel­ką ska­lę. Dla­cze­go me­dia w tym kra­ju nie zwra­ca­ją uwa­gi na ten fakt?2

Wcze­śniej już moje zdzi­wie­nie bu­dził inny wą­tek, któ­ry zo­sta­wi­łem, kie­dy mu­sia­łem szyb­ko na­pi­sać ar­ty­kuł o sta­nie rze­czy w Pol­sce. Cho­dzi o or­ga­ni­za­cję ofiar - pol­skich ofiar pol­skich księ­ży. Tra­fi­łem na nią, jak tyl­ko za­czą­łem szu­kać w in­ter­ne­cie. Jako je­den z pierw­szych re­zul­ta­tów kom­pu­ter wy­rzu­cił Ruch Ofiar Księ­ży, z nu­me­rem te­le­fo­nu, Sky­pe'a, e-ma­ilem, tyl­ko że po dru­giej stro­nie oce­anu, w Ka­na­dzie. Za­dzwo­ni­łem i tak za­czął się ciąg po­ucza­ją­cych nie­po­ro­zu­mień.

Ode­brał nie­ja­ki Win­cen­ty Szy­mań­ski, któ­ry po krót­kim wstę­pie tłu­ma­czył, że jako chło­pak zo­stał wy­ko­rzy­sta­ny przez wi­ka­re­go w ma­łym ma­zo­wiec­kim mia­stecz­ku. Na swo­ich stro­nach ob­szer­nie opi­su­je wła­sną "spra­wę za­kro­czym­ską". Głę­bo­ko re­li­gij­na ro­dzi­na, sza­ro­bu­ra PRL, małe mia­stecz­ko, gdzie nig­dy nic się nie dzie­je, a jed­ną z nie­wie­lu atrak­cji dla chłop­ców jest msza, w któ­rej mogą uczest­ni­czyć jako mi­ni­stran­ci. Tam jest ży­cie. Jest na przy­kład te­le­wi­zor na ple­ba­nii, je­den z trzech w ca­łej gmi­nie. Cała fur­man­ka dzie­ci się tam zbie­ra, żeby oglą­dać me­cze. Ksiądz pe­do­fil ma duży wy­bór i wy­bie­ra, mię­dzy in­ny­mi ma­łe­go Win­cen­te­go. Koń­czy się tym, że wi­ka­ry na­gle zni­ka z pa­ra­fii. Koń­czy się tym, że byli mi­ni­stran­ci zo­sta­ją oskar­że­ni o to, że chcie­li wy­łu­dzić od księ­dza pie­nią­dze, że są ho­mo­sek­su­ali­sta­mi, że sami są pe­do­fi­la­mi. Koń­czy się tym, że Win­cen­ty ucie­ka, naj­pierw do Au­strii, a stam­tąd do Ka­na­dy, gdzie za­czy­na nowe ży­cie jako Vin­cent. Ale tak na­praw­dę nic się nie koń­czy. Ciąg­le wra­ca­ją wspo­mnie­nia. Prze­szłość nie prze­sta­je cią­żyć. I wresz­cie, kie­dy spra­wy pe­do­fi­lii w kra­jach an­glo­sa­skich się­ga­ją me­dial­ne­go ze­ni­tu, po­sta­na­wia coś ro­bić. Za­kła­da stro­nę in­ter­ne­to­wą i za­czy­na zbie­rać in­for­ma­cję od tych, któ­rzy mają po­dob­ne do­świad­cze­nia jak on. Kie­dy dzwo­nię, zbie­ra już od czte­rech lat.

Tro­chę dziw­ne w tym wszyst­kim jest to, że Ruch Ofiar Księ­ży ist­nie­je już te całe czte­ry lata i ja­koś nie sły­chać o nim w Pol­sce. Parę wzmia­nek w pra­sie i tyle. Zdzi­wie­nie zmie­nia się w po­dejrz­li­wość, kie­dy pa­da­ją licz­by. No do­brze, Ko­ściół wie­dział, nic nie ro­bił, ukry­wał, prze­rzu­ca­no pe­do­fi­lów z pa­ra­fii do pa­ra­fii... Do­brze, ro­zu­miem, tak było w in­nych kra­jach, ale ile ta­kich przy­pad­ków było w Pol­sce? I wte­dy Vin­cent mówi: "Mam li­stę po­nad dwu­stu księ­ży pe­do­fi­lów". Słu­cham? Mu­sia­łem się chy­ba prze­sły­szeć. Py­tam więc jesz­cze raz. "Tak, wła­ści­wie to już trzy­stu. Lu­dzie pi­szą do mnie". Po­now­nie się upew­niam: "Ma Pan na my­śli dwie­ście, trzy­sta ofiar, tak?". Ale nie, nie prze­sły­sza­łem się. "Mam na my­śli pra­wie trzy­stu księ­ży pe­do­fi­lów".

Fa­cet kła­mie. To prze­cież nie­moż­li­we. Po ko­lei: sie­dzi w Ka­na­dzie, opi­su­je wła­sną hi­sto­rię i zbie­ra zgło­sze­nia in­nych ofiar. Mówi, że ma trzy­sta na­zwisk księ­ży pe­do­fi­lów. Nie kry­je się z tym. Wręcz prze­ciw­nie, jego stro­na wy­ska­ku­je każ­de­mu, kto tyl­ko wrzu­ca ha­sła "Pol­ska", "pe­do­fi­lia", "ko­ściół" lub po­dob­ne w wy­szu­ki­war­kę. Jest do­stęp­ny, ko­mu­ni­ka­tyw­ny i mówi dzien­ni­ka­rzo­wi, że ma taką li­stę. Je­że­li to, co mówi, jest praw­dą, jak to moż­li­we, że pol­skie me­dia o tym mil­czą? Prze­cież po­win­ny się na to rzu­cić. Wy­słu­cha­łem więc i odło­ży­łem wą­tek ka­na­dyj­ski na bok. Aż do mo­men­tu kie­dy - już po na­pi­sa­niu ar­ty­ku­łu do ga­ze­ty - wró­ci­łem do te­ma­tu.

Za­dzwo­ni­łem na­stęp­ny raz. Roz­ma­wia­li­śmy. Za­dzwo­ni­łem jesz­cze raz. Jesz­cze raz roz­ma­wia­li­śmy. Spra­wia wra­że­nie czło­wie­ka, któ­ry ma gło­wę na kar­ku. Może jed­nak jest coś na rze­czy? Pod­rzu­cam te­mat li­sty. Po­twier­dza, że ma, ale wy­raź­nie nie chce wejść w szcze­gó­ły. I tak roz­mo­wa tra­fia na te­mat me­diów. Skar­ży się, że pol­skie me­dia są za­in­te­re­so­wa­ne tyl­ko ta­nią sen­sa­cją. "Dzwo­nią i chcą nu­me­ry do dwóch, trzech ofiar i do jed­ne­go księ­dza. I to już, bo pro­gram za­raz. Chcą po pro­stu ro­bić sen­sa­cję dnia. No i po­tem co? Nic się nie zmie­ni dla ofiar. Bez po­par­cia me­diów nic się w Pol­sce nie zmie­ni". Po­da­je je­den przy­kład, dru­gi... I za­czy­na do mnie do­cie­rać, że roz­ma­wia­my jak głu­chy z nie­mym.

Ja nie ufam jemu, bo za­kła­dam, że je­że­li on mówi praw­dę, me­dia daw­no by pod­chwy­ci­ły jego hi­sto­rię. On nie ufa mnie, bo za­kła­da, że me­dia nie są za­in­te­re­so­wa­ne wy­ja­śnie­niem, tyl­ko szu­ka­ją "mię­sa" do pro­gra­mu. Jed­nak im dłu­żej zaj­mo­wa­łem się te­ma­tem księ­ży pe­do­fi­lów w Pol­sce, tym bar­dziej na­bie­ra­łem prze­ko­na­nia, że ma ra­cję. Pol­skie me­dia, któ­re w wie­lu spra­wach nie są lę­kli­we, zda­ją się tra­cić od­wa­gę, gdy te­mat jest zbyt draż­li­wy dla Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go. Ba­da­jąc grunt, usły­sza­łem wprost: "Pan tra­fił na jed­ną z naj­bar­dziej ukry­tych spraw w tym kra­ju". Inni mó­wi­li wręcz o tabu, co oczy­wi­ście tyl­ko pod­sy­ca­ło moją cie­ka­wość.

Wpraw­dzie nie je­stem ka­to­li­kiem, ale żyję w spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym po­ję­cia do­bra i zła są w du­żej mie­rze kształ­to­wa­ne przez re­li­gię ka­to­lic­ką. Je­że­li Ko­ściół nie jest w sta­nie zmie­rzyć się z tym pro­ble­mem, to cze­go ocze­ki­wać od in­nych in­sty­tu­cji?

Na po­cząt­ku nie było mowy o książ­ce. Wy­ra­sta­ła jak­by przy oka­zji. Aby po­świę­cić wię­cej cza­su tej spra­wie, po­sta­no­wi­łem zro­bić film do­ku­men­tal­ny ra­zem z ko­le­ga­mi z Ho­lan­dii. Przy­go­to­wu­jąc go, mu­sia­łem kon­tak­to­wać się z wie­lo­ma ofia­ra­mi, tak by do­wie­dzieć się, jak pro­blem w Pol­sce rze­czy­wi­ście wy­glą­da. Nie spo­sób jed­nak po­ka­zać wszyst­kich hi­sto­rii w jed­nym fil­mie, tym bar­dziej że więk­szość opo­wia­da­ją­cych je osób chce po­zo­stać ano­ni­mo­wa. Wte­dy po­wstał po­mysł, by ich re­la­cje spi­sać, pod­dać mi­ni­mal­nej re­dak­cji i opu­bli­ko­wać w Pol­sce, po pol­sku, dla pol­skiej pu­blicz­no­ści. Na po­cząt­ku chcia­łem się ogra­ni­czyć do tego, by w książ­ce zna­la­zły się same hi­sto­rie ofiar, by po­ka­zać spra­wę od ich stro­ny, ich ję­zy­kiem, bez zbęd­nych ko­men­ta­rzy. Szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że po­trzeb­ne bę­dzie wpro­wa­dze­nie do te­ma­tu, aby umie­ścić te pol­skie do­świad­cze­nia w kon­tek­ście mię­dzy­na­ro­do­wym. Bo jak to moż­li­we, że w kra­ju, gdzie Ko­ściół ka­to­lic­ki jest wszech­obec­ny, pra­wie nikt nie po­wo­łu­je się na do­świad­cze­nia za­gra­nicz­ne, by po­sta­wić klu­czo­we py­ta­nia: "Jaką od­po­wie­dzial­ność po­no­szą bi­sku­pi?". "Dla­cze­go Ko­ściół w Pol­sce nie ma da­nych do­ty­czą­cych pe­do­fi­lii wśród księ­ży, pod­czas gdy w in­nych kra­jach Ko­ściół je ma?". "Jaką mamy gwa­ran­cję, że na­sze dzie­ci nie spo­tka­ją pe­do­fi­la w Ko­ście­le?".

Roz­ma­wia­łem z ta­ki­mi, któ­rzy spo­tka­li. Nie mają jesz­cze na tyle od­wa­gi, by wy­stę­po­wać z imie­nia i na­zwi­ska. Oba­wia­ją się od­rzu­ce­nia ze stro­ny oto­cze­nia. Więk­szość boi się na­wet opo­wia­dać o swo­ich prze­ży­ciach ano­ni­mo­wo. Tym bar­dziej na­le­ży się sza­cu­nek tym, któ­rzy się od­wa­ży­li. Zda­ję so­bie spra­wę, że za­cho­wu­jąc ich ano­ni­mo­wość, na­ra­żam się na kry­ty­kę, iż da­łem się oszu­kać. To jed­nak mało praw­do­po­dob­ne, by wszy­scy moi roz­mów­cy byli kłam­ca­mi. Do­świad­cze­nia w in­nych kra­jach wska­zu­ją, że fał­szy­wek jest bar­dzo mało. Nie ma po­wo­du są­dzić, by w Pol­sce było in­a­czej. Tym bar­dziej że tu więk­szość ofiar w ogó­le nie chce roz­ma­wiać, na­wet nie­ofi­cjal­nie. Po­twier­dza­ją, że byli mo­le­sto­wa­ni jako dzie­ci, ale nie chcą opo­wia­dać, na­wet je­że­li gwa­ran­tu­je im się ano­ni­mo­wość. Sko­ro tak jest, ry­zy­ko oszu­stwa ze stro­ny tych, któ­rzy mó­wią, jest mi­ni­mal­ne.

Ano­ni­mo­wość ofiar na ra­zie nie prze­szka­dza. Wręcz prze­ciw­nie. Brak imion i na­zwisk może być po­moc­ny. Po­zwa­la bo­wiem kon­cen­tro­wać się na nar­ra­cji ofia­ry, a nie na roz­wa­ża­niach, czy taki lub inny ksiądz do­sta­nie wy­rok bądź nie. Pol­skie me­dia prze­waż­nie po­lu­ją na win­ne­go, za­miast sta­wiać py­ta­nia o przy­czy­ny prze­stępstw. To po­wo­du­je - albo ra­czej po­zwa­la na to - że spra­wy pre­zen­tu­je się jako in­cy­den­ty. Może dzię­ki wy­łą­cze­niu per­so­na­liów uda się wy­rwać z tej me­dial­nej na­gon­ki na kró­li­ka. Ce­lem nie jest usta­la­nie do­kład­ne­go bie­gu wy­da­rzeń w opi­sa­nych tu przy­pad­kach, ale po­ka­za­nie, że pro­blem w Pol­sce ist­nie­je i jest lek­ce­wa­żo­ny.

Tak więc pew­ne­go dnia w paź­dzier­ni­ku 2011 roku za­czę­li­śmy krę­cić Si­len­ce in the sha­dow of John Paul II (Ci­sza w cie­niu Jana Paw­ła II). Na po­cząt­ku na­szych po­szu­ki­wań uda­li­śmy się do Ko­ścio­ła - a do­kład­niej: do pol­skie­go epi­sko­pa­tu - żeby do­wie­dzieć się z pierw­szej ręki, jak Ko­ściół oce­nia sy­tu­ację we wła­snych sze­re­gach.

Ksiądz rzecz­nik Jó­zef Kloch usi­ło­wał prze­ko­nać trzech ho­len­der­skich dzien­ni­ka­rzy, że pro­blem w Pol­sce nie ist­nie­je: "Zna­nych jest kil­ka przy­pad­ków, o któ­rych do­no­si­ły me­dia, i to jest wszyst­ko, co do­tąd wie­my" - oznaj­mił.

Oka­za­ło się, że bi­sku­pi pol­scy za­zwy­czaj nie in­for­mu­ją or­ga­nów ści­ga­nia o przy­pad­kach pe­do­fi­lii wśród du­chow­nych. Ksiądz rzecz­nik był w sta­nie wy­mie­nić je­den wy­ją­tek: "Pol­skie pra­wo nie prze­wi­du­je obo­wiąz­ku do­nie­sie­nia do władz świec­kich przez ko­go­kol­wiek o ta­kim przy­pad­ku. Je­że­li na­to­miast po­szko­do­wa­ny zgło­si się do pro­ku­ra­tu­ry, to oczy­wi­ście pro­ku­ra­tu­ra win­na wsz­cząć śledz­two. I tu wiem o peł­nej współ­pra­cy i go­to­wo­ści tej współ­pra­cy ze stro­ny bi­sku­pa Li­be­ry w spra­wie bi­sku­pa płoc­kie­go. Pod­kre­ślam raz jesz­cze: cho­dzi­ło o kwe­stie w ob­li­czu pol­skie­go pra­wa przedaw­nio­ne, ale i tak zo­sta­ły zgło­szo­ne do pro­ku­ra­tu­ry".

Oka­za­ło się, że Ko­ściół jest prze­ko­na­ny o tym, że w Pol­sce jest dużo mniej ofiar księ­ży niż gdzie in­dziej, dla­te­go że Po­la­cy sto­su­ją za­sa­dy mo­ral­ne, któ­rych uczy Ko­ściół: "Otóż dla­cze­go w Pol­sce jest wię­cej du­chow­nych? Dla­cze­go jest wię­cej po­wo­łań? Dla­cze­go jest wię­cej lu­dzi na piel­grzym­kach pie­szych i lu­dzie idą set­ki ki­lo­me­trów do miejsc, któ­re uwa­ża­ją za świę­te, ta­kich jak Czę­sto­cho­wa, Li­cheń i inne. Dla­cze­go? No wła­śnie wia­ra umoc­nio­na w nas przez na­szych ro­dzi­ców, przez na­szych du­chow­nych w ten spo­sób dzia­ła. Na­sze se­mi­na­ria są nadal peł­ne i nadal jest bar­dzo dużo księ­ży, nie tyl­ko w Pol­sce, ale rów­nież w kra­jach mi­syj­nych, w Eu­ro­pie Za­chod­niej, w róż­nych kra­jach. Wi­dać więc, że ta wia­ra dzia­ła, i trze­ba tyl­ko uwie­rzyć, że tak jest. I je­że­li ktoś nie wie­rzy, niech prze­ko­na­ją go cy­fry".

Oka­za­ło się, że Pol­ski Ko­ściół nie robi nic, by osza­co­wać roz­miar pro­ble­mu: "Jest zna­nych kil­ka przy­pad­ków, ale nikt nie pro­wa­dził ba­dań, bo jak by je zro­bić? Trze­ba by cho­dzić do lu­dzi i py­tać... Prze­cież to by­ło­by bez sen­su. Za­tem wie­my o kil­ku przy­pad­kach. Są­dzę, że gdy­by były inne, pew­nie ci, któ­rych one do­ty­czą, by je zgło­si­li".

Z każ­dą ko­lej­ną hi­sto­rią ofia­ry, któ­rej póź­niej słu­cha­łem, wy­po­wie­dzi księ­dza rzecz­ni­ka wy­da­wa­ły mi się co­raz bar­dziej nie­praw­do­po­dob­ne, a na­wet szo­ku­ją­ce. Przed­sta­wił nam ob­raz kra­ju pra­wie nie­tknię­te­go przez zja­wi­ska pa­to­lo­gicz­ne, zna­ne z za­chod­niej Eu­ro­py, kra­ju, gdzie wia­ra głę­bo­ka, lud wier­ny, a Ko­ściół au­to­ry­te­tem. W tym sie­lan­ko­wym ob­ra­zie za­bra­kło miej­sca na coś tak obrzy­dli­we­go jak wy­ko­rzy­sty­wa­nie dzie­ci przez du­chow­nych. Było tyl­ko "parę" przy­pad­ków, mar­gi­nes w tym wiel­kim Ko­ście­le wiel­kich liczb. Ksiądz wy­chwa­lił wie­lość po­wo­łań, księ­ży, kle­ry­ków, piel­grzy­mów i mógł­by pew­nie do­dać licz­bę sióstr i bra­ci za­kon­nych, do­mi­ni­can­tes, no­wych ko­ścio­łów, dzie­ci ka­te­chi­zo­wa­nych i po­mni­ków pa­pie­ża. Ale im wię­cej sły­sza­łem o wiel­kich licz­bach, tym bar­dziej za­czą­łem so­bie wy­obra­żać sa­mot­ność tych "paru" ofiar.

Ale w jed­nym ksiądz miał ra­cję. Na za­koń­cze­nie swo­ich wy­li­czeń po­wie­dział coś, czym tra­fił w sed­no: "To dzi­wi? Tak. Lu­dzi z Za­cho­du dzi­wi".