Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią - Ekke Overbeek


Reflow text when sidebars are open.
"Jak to jest w Polsce z tym molestowaniem seksualnym przez księży?" Rok 2011. Holendrzy są zszokowani rozmiarem skandalu w Kościele katolickim w Stanach Zjednoczonych, Irlandii, od niedawna także w Niemczech, a teraz również w Holandii. Dzwonią więc do korespondenta w Warszawie. Skoro u nas jest tak źle, to jak to wygląda w "najbardziej katolickim kraju Europy"? Kościół katolicki w Holandii to przecież karzeł w porównaniu z polskim: garstka hierarchów zarządzających pustymi kościołami. Nawet koledzy dziennikarze są w szoku, kiedy wychodzi na jaw, co biskupi i klasztory kryją w swoich szafach. Wprawdzie wydawało się oczywiste - chociażby po doświadczeniach w krajach anglosaskich - że coś tam musi być, ale coś takiego?
W małym Królestwie Niderlandów, gdzie około czterech milionów z prawie siedemnastu milionów mieszkańców to katolicy, i to w większości już tylko na papierze, gdzie psycholog już dawno wyparł księdza z miejsca spowiednika, gdzie ludzie od dawna są przyzwyczajeni do wolności słowa, gdzie można mówić, o czym tylko się chce - w tym kraju, jak się okazuje, żyją dziesiątki, setki, a może nawet tysiące ludzi, którzy w dzieciństwie padli ofiarą księży, a potem milczeli przez całe życie.
Natychmiast powstaje komisja niezależnych ekspertów, która ma zbadać to, co dziennikarze zaczęli wyciągać na światło dzienne. A właściwie dwie komisje: jedna, by badać kto, kogo, ilu, gdzie, jak i dlaczego, a druga, by ustalać wysokość odszkodowań, które Kościół będzie musiał wypłacać. Wnioski komisji są bulwersujące: w Holandii żyje przynajmniej dziesięć tysięcy ofiar duchownych. Na domiar złego okazuje się, że biskupi mijali się z prawdą i w niektórych przypadkach próbowali ukrywać dowody przestępstw seksualnych swoich podwładnych. Szok, prawdziwy szok. Dzwonią więc do Warszawy i pytają: "Jak to jest w Polsce z tym molestowaniem seksualnym przez księży?".
I jak to właściwie jest? Coś zaczynam sobie przypominać, ale niezbyt wiele. Zaczynam grzebać w dawnych aferach. Była Tylawa w 2002 r., cztery wsie, gdzie ksiądz molestował dwa pokolenia dziewcząt. Został skazany przez sąd, ale wyrok był bardzo niski: dwa lata w zawieszeniu, między innymi dlatego, że tylko sześć kobiet miało odwagę zeznawać. Po wyroku ksiądz jeszcze długo pozostał na plebanii, zanim dostał awans od samego arcybiskupa, który dziś jest przewodniczącym Episkopatu Polski. Już sama ta sprawa jest poważniejsza niż stare przypadki, które dały impuls do powstania komisji w Holandii. A od tego czasu? Była jeszcze sprawa Paetza, ale to trochę inna kategoria, skoro molestował dorosłych kleryków. To nie pedofilia. Niemniej jednak to zbyt głośna historia, by ją pominąć. Podobnie jak podejrzenie pod adresem słynnego prałata Jankowskiego w Gdańsku.
Była jeszcze tzw. sprawa płocka, gdzie w 2007 r. nowy biskup postanowił zrobić porządek w swojej diecezji. Przyjechali dziennikarze gazety "Rzeczpospolita" i zrobiła się afera. W relacjach z Płocka zdziwiło mnie przede wszystkim mieszanie pojęć. Jako najbardziej spektakularny wątek całej afery wyłoniło się istnienie "homoseksualnego lobby", które według anonimowych świadków funkcjonowało w diecezji płockiej przez dekady. Rozumiem, że homoseksualizm wśród księży to nośny temat dla mediów, ale tu chodzi o pedofilię, o przestępstwo. Kiedy mężczyzna w sutannie kocha się z innym mężczyzną to jest tylko ich sprawa. Może to grzech według instytucji, dla której ten ksiądz pracuje, ale to nie przestępstwo. Pedofilia różni się właśnie tym, że są ofiary. To poważne przestępstwo, na które jest paragraf.
Była też sprawa szczecińska w 2008 roku. Zakonnik dowiaduje się, że w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii im. św. Brata Alberta ksiądz latami wykorzystywał chłopców. Po latach daremnych prób załatwienia sprawy w ciszy biskupich kurii zdesperowany duchowny zwraca się do "Gazety Wyborczej". Sprawa staje się głośna, ale i tak prokuratura w pierwszej instancji ją umarza. Kiedy dobrze poszukałem, znalazłem Hłudno, Bojan, Pszenno i jeszcze kilka innych nazw, które stały się synonimami skandalu obyczajowego z księżmi w rolach głównych. Kiedy w 2010 r. afera molestowania w Kościele na świecie osiągała punkt kulminacyjny, "Gazeta Wyborcza" opublikowała wywiad z anonimową ofiarą. Historia podobna do tych, które znamy ze Stanów, Irlandii, Austrii, Niemiec, Belgii czy Holandii, ale kontekst zupełnie inny: ponury PRL, potężny Kościół, wrogie nastawienie do ofiar, niemrawy wymiar sprawiedliwości, niezdecydowane media i w końcu próba określenia liczby ofiar: "(...) w skali kraju to są pewnie tysiące osób. Nie przesadzam. Kilkadziesiąt, kilkaset przypadków rocznie przez ostatnie pół wieku. Jak na trzydziestoośmiomilionowy kraj nie są to przesadzone szacunki"1.
Napisałem więc artykuł do swojej gazety w Holandii na podstawie tych informacji, z wyraźną sugestią, że w Polsce te sprawy są na razie zamiatane pod dywan. Ta konkluzja nie dała mi jednak spokoju. Podobnie zresztą jak telefon: jeszcze jedna redakcja z Holandii i jeszcze jedna, a potem Flamandowie, bo przecież u nich też afera trwa w najlepsze. Wszyscy z tym samym pytaniem: "Jak w tej sprawie jest u ciebie w Polsce?". Wróciłem więc do tematu.
W trakcie dalszych poszukiwań natknąłem się na więcej informacji wskazujących, że problem pedofilii wśród księży istnieje w Polsce. Przede wszystkim lokalne media okazały się pomocne: "Głos Pomorza", "Tygodnik Podhalański", "Nasze Miasto", "Dziennik Łódzki", "Kurier Południowy", "Tygodnik Przegląd", "Gazeta Olsztyńska", "Głos Szczeciński", "Gazeta Krakowska", "Dziennik", "Gazeta Wrocławska", "Głos Wybrzeża", "RMF FM", "NaszeMiasto.pl", "Gazeta Lubuska", ale również depesze PAP-owskie, lokalne wydania "Gazety Wyborczej" i portale internetowe, takie jak Onet, Interia i Wirtualna Polska. Okazało się, że w ciągu dziesięciu lat za pedofilię skazano przynajmniej dwudziestu siedmiu polskich księży. Mowa tu nie o domniemanych sprawcach, tylko o tych, co do których sąd nie miał wątpliwości, że wykorzystali dzieci. Kary były na ogół łagodne, ale sam fakt, że w kraju, gdzie duchowni cieszą się dużym autorytetem, aż dwudziestu siedmiu z nich zostało skazanych, daje do myślenia. Oznacza to, że odsetek skazanych księży jest porównywalny do tego, co było znane amerykańskiej opinii publicznej, zanim w 2002 r. skandal wybuchł tam na wielką skalę. Dlaczego media w tym kraju nie zwracają uwagi na ten fakt?2
Wcześniej już moje zdziwienie budził inny wątek, który zostawiłem, kiedy musiałem szybko napisać artykuł o stanie rzeczy w Polsce. Chodzi o organizację ofiar - polskich ofiar polskich księży. Trafiłem na nią, jak tylko zacząłem szukać w internecie. Jako jeden z pierwszych rezultatów komputer wyrzucił Ruch Ofiar Księży, z numerem telefonu, Skype'a, e-mailem, tylko że po drugiej stronie oceanu, w Kanadzie. Zadzwoniłem i tak zaczął się ciąg pouczających nieporozumień.
Odebrał niejaki Wincenty Szymański, który po krótkim wstępie tłumaczył, że jako chłopak został wykorzystany przez wikarego w małym mazowieckim miasteczku. Na swoich stronach obszernie opisuje własną "sprawę zakroczymską". Głęboko religijna rodzina, szarobura PRL, małe miasteczko, gdzie nigdy nic się nie dzieje, a jedną z niewielu atrakcji dla chłopców jest msza, w której mogą uczestniczyć jako ministranci. Tam jest życie. Jest na przykład telewizor na plebanii, jeden z trzech w całej gminie. Cała furmanka dzieci się tam zbiera, żeby oglądać mecze. Ksiądz pedofil ma duży wybór i wybiera, między innymi małego Wincentego. Kończy się tym, że wikary nagle znika z parafii. Kończy się tym, że byli ministranci zostają oskarżeni o to, że chcieli wyłudzić od księdza pieniądze, że są homoseksualistami, że sami są pedofilami. Kończy się tym, że Wincenty ucieka, najpierw do Austrii, a stamtąd do Kanady, gdzie zaczyna nowe życie jako Vincent. Ale tak naprawdę nic się nie kończy. Ciągle wracają wspomnienia. Przeszłość nie przestaje ciążyć. I wreszcie, kiedy sprawy pedofilii w krajach anglosaskich sięgają medialnego zenitu, postanawia coś robić. Zakłada stronę internetową i zaczyna zbierać informację od tych, którzy mają podobne doświadczenia jak on. Kiedy dzwonię, zbiera już od czterech lat.
Trochę dziwne w tym wszystkim jest to, że Ruch Ofiar Księży istnieje już te całe cztery lata i jakoś nie słychać o nim w Polsce. Parę wzmianek w prasie i tyle. Zdziwienie zmienia się w podejrzliwość, kiedy padają liczby. No dobrze, Kościół wiedział, nic nie robił, ukrywał, przerzucano pedofilów z parafii do parafii... Dobrze, rozumiem, tak było w innych krajach, ale ile takich przypadków było w Polsce? I wtedy Vincent mówi: "Mam listę ponad dwustu księży pedofilów". Słucham? Musiałem się chyba przesłyszeć. Pytam więc jeszcze raz. "Tak, właściwie to już trzystu. Ludzie piszą do mnie". Ponownie się upewniam: "Ma Pan na myśli dwieście, trzysta ofiar, tak?". Ale nie, nie przesłyszałem się. "Mam na myśli prawie trzystu księży pedofilów".
Facet kłamie. To przecież niemożliwe. Po kolei: siedzi w Kanadzie, opisuje własną historię i zbiera zgłoszenia innych ofiar. Mówi, że ma trzysta nazwisk księży pedofilów. Nie kryje się z tym. Wręcz przeciwnie, jego strona wyskakuje każdemu, kto tylko wrzuca hasła "Polska", "pedofilia", "kościół" lub podobne w wyszukiwarkę. Jest dostępny, komunikatywny i mówi dziennikarzowi, że ma taką listę. Jeżeli to, co mówi, jest prawdą, jak to możliwe, że polskie media o tym milczą? Przecież powinny się na to rzucić. Wysłuchałem więc i odłożyłem wątek kanadyjski na bok. Aż do momentu kiedy - już po napisaniu artykułu do gazety - wróciłem do tematu.
Zadzwoniłem następny raz. Rozmawialiśmy. Zadzwoniłem jeszcze raz. Jeszcze raz rozmawialiśmy. Sprawia wrażenie człowieka, który ma głowę na karku. Może jednak jest coś na rzeczy? Podrzucam temat listy. Potwierdza, że ma, ale wyraźnie nie chce wejść w szczegóły. I tak rozmowa trafia na temat mediów. Skarży się, że polskie media są zainteresowane tylko tanią sensacją. "Dzwonią i chcą numery do dwóch, trzech ofiar i do jednego księdza. I to już, bo program zaraz. Chcą po prostu robić sensację dnia. No i potem co? Nic się nie zmieni dla ofiar. Bez poparcia mediów nic się w Polsce nie zmieni". Podaje jeden przykład, drugi... I zaczyna do mnie docierać, że rozmawiamy jak głuchy z niemym.
Ja nie ufam jemu, bo zakładam, że jeżeli on mówi prawdę, media dawno by podchwyciły jego historię. On nie ufa mnie, bo zakłada, że media nie są zainteresowane wyjaśnieniem, tylko szukają "mięsa" do programu. Jednak im dłużej zajmowałem się tematem księży pedofilów w Polsce, tym bardziej nabierałem przekonania, że ma rację. Polskie media, które w wielu sprawach nie są lękliwe, zdają się tracić odwagę, gdy temat jest zbyt drażliwy dla Kościoła katolickiego. Badając grunt, usłyszałem wprost: "Pan trafił na jedną z najbardziej ukrytych spraw w tym kraju". Inni mówili wręcz o tabu, co oczywiście tylko podsycało moją ciekawość.
Wprawdzie nie jestem katolikiem, ale żyję w społeczeństwie, w którym pojęcia dobra i zła są w dużej mierze kształtowane przez religię katolicką. Jeżeli Kościół nie jest w stanie zmierzyć się z tym problemem, to czego oczekiwać od innych instytucji?
Na początku nie było mowy o książce. Wyrastała jakby przy okazji. Aby poświęcić więcej czasu tej sprawie, postanowiłem zrobić film dokumentalny razem z kolegami z Holandii. Przygotowując go, musiałem kontaktować się z wieloma ofiarami, tak by dowiedzieć się, jak problem w Polsce rzeczywiście wygląda. Nie sposób jednak pokazać wszystkich historii w jednym filmie, tym bardziej że większość opowiadających je osób chce pozostać anonimowa. Wtedy powstał pomysł, by ich relacje spisać, poddać minimalnej redakcji i opublikować w Polsce, po polsku, dla polskiej publiczności. Na początku chciałem się ograniczyć do tego, by w książce znalazły się same historie ofiar, by pokazać sprawę od ich strony, ich językiem, bez zbędnych komentarzy. Szybko jednak okazało się, że potrzebne będzie wprowadzenie do tematu, aby umieścić te polskie doświadczenia w kontekście międzynarodowym. Bo jak to możliwe, że w kraju, gdzie Kościół katolicki jest wszechobecny, prawie nikt nie powołuje się na doświadczenia zagraniczne, by postawić kluczowe pytania: "Jaką odpowiedzialność ponoszą biskupi?". "Dlaczego Kościół w Polsce nie ma danych dotyczących pedofilii wśród księży, podczas gdy w innych krajach Kościół je ma?". "Jaką mamy gwarancję, że nasze dzieci nie spotkają pedofila w Kościele?".
Rozmawiałem z takimi, którzy spotkali. Nie mają jeszcze na tyle odwagi, by występować z imienia i nazwiska. Obawiają się odrzucenia ze strony otoczenia. Większość boi się nawet opowiadać o swoich przeżyciach anonimowo. Tym bardziej należy się szacunek tym, którzy się odważyli. Zdaję sobie sprawę, że zachowując ich anonimowość, narażam się na krytykę, iż dałem się oszukać. To jednak mało prawdopodobne, by wszyscy moi rozmówcy byli kłamcami. Doświadczenia w innych krajach wskazują, że fałszywek jest bardzo mało. Nie ma powodu sądzić, by w Polsce było inaczej. Tym bardziej że tu większość ofiar w ogóle nie chce rozmawiać, nawet nieoficjalnie. Potwierdzają, że byli molestowani jako dzieci, ale nie chcą opowiadać, nawet jeżeli gwarantuje im się anonimowość. Skoro tak jest, ryzyko oszustwa ze strony tych, którzy mówią, jest minimalne.
Anonimowość ofiar na razie nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Brak imion i nazwisk może być pomocny. Pozwala bowiem koncentrować się na narracji ofiary, a nie na rozważaniach, czy taki lub inny ksiądz dostanie wyrok bądź nie. Polskie media przeważnie polują na winnego, zamiast stawiać pytania o przyczyny przestępstw. To powoduje - albo raczej pozwala na to - że sprawy prezentuje się jako incydenty. Może dzięki wyłączeniu personaliów uda się wyrwać z tej medialnej nagonki na królika. Celem nie jest ustalanie dokładnego biegu wydarzeń w opisanych tu przypadkach, ale pokazanie, że problem w Polsce istnieje i jest lekceważony.
Tak więc pewnego dnia w październiku 2011 roku zaczęliśmy kręcić Silence in the shadow of John Paul II (Cisza w cieniu Jana Pawła II). Na początku naszych poszukiwań udaliśmy się do Kościoła - a dokładniej: do polskiego episkopatu - żeby dowiedzieć się z pierwszej ręki, jak Kościół ocenia sytuację we własnych szeregach.
Ksiądz rzecznik Józef Kloch usiłował przekonać trzech holenderskich dziennikarzy, że problem w Polsce nie istnieje: "Znanych jest kilka przypadków, o których donosiły media, i to jest wszystko, co dotąd wiemy" - oznajmił.
Okazało się, że biskupi polscy zazwyczaj nie informują organów ścigania o przypadkach pedofilii wśród duchownych. Ksiądz rzecznik był w stanie wymienić jeden wyjątek: "Polskie prawo nie przewiduje obowiązku doniesienia do władz świeckich przez kogokolwiek o takim przypadku. Jeżeli natomiast poszkodowany zgłosi się do prokuratury, to oczywiście prokuratura winna wszcząć śledztwo. I tu wiem o pełnej współpracy i gotowości tej współpracy ze strony biskupa Libery w sprawie biskupa płockiego. Podkreślam raz jeszcze: chodziło o kwestie w obliczu polskiego prawa przedawnione, ale i tak zostały zgłoszone do prokuratury".
Okazało się, że Kościół jest przekonany o tym, że w Polsce jest dużo mniej ofiar księży niż gdzie indziej, dlatego że Polacy stosują zasady moralne, których uczy Kościół: "Otóż dlaczego w Polsce jest więcej duchownych? Dlaczego jest więcej powołań? Dlaczego jest więcej ludzi na pielgrzymkach pieszych i ludzie idą setki kilometrów do miejsc, które uważają za święte, takich jak Częstochowa, Licheń i inne. Dlaczego? No właśnie wiara umocniona w nas przez naszych rodziców, przez naszych duchownych w ten sposób działa. Nasze seminaria są nadal pełne i nadal jest bardzo dużo księży, nie tylko w Polsce, ale również w krajach misyjnych, w Europie Zachodniej, w różnych krajach. Widać więc, że ta wiara działa, i trzeba tylko uwierzyć, że tak jest. I jeżeli ktoś nie wierzy, niech przekonają go cyfry".
Okazało się, że Polski Kościół nie robi nic, by oszacować rozmiar problemu: "Jest znanych kilka przypadków, ale nikt nie prowadził badań, bo jak by je zrobić? Trzeba by chodzić do ludzi i pytać... Przecież to byłoby bez sensu. Zatem wiemy o kilku przypadkach. Sądzę, że gdyby były inne, pewnie ci, których one dotyczą, by je zgłosili".
Z każdą kolejną historią ofiary, której później słuchałem, wypowiedzi księdza rzecznika wydawały mi się coraz bardziej nieprawdopodobne, a nawet szokujące. Przedstawił nam obraz kraju prawie nietkniętego przez zjawiska patologiczne, znane z zachodniej Europy, kraju, gdzie wiara głęboka, lud wierny, a Kościół autorytetem. W tym sielankowym obrazie zabrakło miejsca na coś tak obrzydliwego jak wykorzystywanie dzieci przez duchownych. Było tylko "parę" przypadków, margines w tym wielkim Kościele wielkich liczb. Ksiądz wychwalił wielość powołań, księży, kleryków, pielgrzymów i mógłby pewnie dodać liczbę sióstr i braci zakonnych, dominicantes, nowych kościołów, dzieci katechizowanych i pomników papieża. Ale im więcej słyszałem o wielkich liczbach, tym bardziej zacząłem sobie wyobrażać samotność tych "paru" ofiar.
Ale w jednym ksiądz miał rację. Na zakończenie swoich wyliczeń powiedział coś, czym trafił w sedno: "To dziwi? Tak. Ludzi z Zachodu dziwi".