Legiony - Henryk Sienkiewicz

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (9,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II

Trzeciego dnia obaj młodzieńcy znaleźli się w Padwie. Jeszcze przed południem pokłonili się św. Antoniemu Padewskiemu, którego cześć była od wieków tak i w Polsce rozpowszechniona, że Cywiński dowiedział się z pewnem zdziwieniem, że ów wielki święty nie był Polakiem. Potem odczytywali pod kolumnami w uniwersytecie nazwiska polskie i rozpoznawali polskie herby, a wkońcu "cicerone", niedorosły jeszcze chłopak, zaprowadził ich przed posąg Guattamelaty i jął opowiadać o jego czynach rycerskich, tak przewracając oczyma, jakby był ich uczestnikiem. Ale oni obaj byli już ogromnie wygłodniali, wskutek czego, ani więź, ani pęciny donatellowego konia nie zdołały zatrzymać dłużej uwagi Cywińskiego. Jakoż, w chwilę później, odprawiwszy chłopca, znaleźli się w "trattorji", na placu dei Frutti.

Zwykła pora obiadowa, bardzo wówczas we Włoszech wczesna, już minęła, więc tylko w głębi obszernej, ale dość ciemnej sali siedziało kilku cywilnych i dwóch księży, bliżej zaś od wejścia czterej oficerowie francuscy zajęli okrągły stół, na którym sterczało kilka oplecionych słomą flaszek. Dwóch było huzarów, jeden dragon i jeden grenadjer. Przybyli tu za urlopami, może z Mantui, a może tak jak Marek i Cywiński wracali z Wenecji. Wojskowi w podróży przywdziewali zwykle strój cywilny, lecz ci nie zrzucili wcale mundurów, licząc widocznie na urok i poszanowanie, jakie uniform francuski wzbudzał w tych krajach, w których był symbolem zwycięstw i bohaterstwa. Dwaj młodzi Polacy usiedli wpobliżu, spoglądając z sympatją na ich rozochocone twarze i żywiąc w duszy chęć zapoznania się z nimi natychmiast. Powstrzymał ich tylko widok wypróżnionych butelek, który nie pozostawiał żadnej wątpliwości, że muszą być mocno podchmieleni. Dowodziła tego również ich zbyt głośna rozmowa i ustawiczne wybuchy śmiechu, rozlegające się głośnem echem w pustej sali. Nie mając nic innego do roboty, drwili ze starego zezowatego "cameriere", który znosił to z wielkim spokojem. Tymczasem wszedł nowy gość, który zwrócił na siebie uwagę i obu młodzieńców i Francuzów, a zwrócił ją, raz dlatego, że w tej stronie sali nikogo więcej nie było, a po wtóre, że wyglądał dość osobliwie. Był to człowiek lat około trzydziestu, szczupły, niewielkiego wzrostu, wygolony starannie, o rysach twarzy wybitnych, a zarazem jakby skamieniałych. Włosy nosił ówczesnym zwyczajem długie, związane ztyłu czarną wstążką. Oczy miał dziwnej barwy, zielonkowatej, przypominającej śniedź na bronzie. Była to twarz prawie piękna, ale tkwił w niej jakiś skrzepły smutek i lodowaty spokój. Zdawało się, że jego wąskie, bladawe usta mogą tak wiecznie milczeć, jak milczą usta posągów. Przybrany był w długi, ciemnoorzechowy surdut i w czarne pończochy, co czyniło go podobnym do Anglika, a nawet do angielskiego księdza. Wszedłszy, wniósł z sobą jakby zamróz, co odczuli zupełnie wyraźnie zarówno Cywiński i Marek, jak i oficerowie francuscy. Przyczem nie spojrzał na nikogo i, wydawszy ciche polecenie służącemu, wydobył z kieszeni książeczkę i począł w niej coś notować. Oficerowie wzięli go widocznie za Anglika i przypatrywali mu się bacznie, robiąc jednocześnie do siebie pocieszne miny. W chwilę później, huzar kichnął rozgłośnie, a pozostali wybuchnęli śmiechem. - Dostałem naraz kataru! - zawołał huzar. - Hej tam! Jeszcze butelkę wina. Trzeba się rozgrzać. Czy czujecie, jak tu nagle ochłodło? - Brr! Czujemy, czujemy! - odpowiedział oficer od grenadjerów. - Pamiętacie Alpy! Nie zimniej było na świętym Bernardzie. - Który oto przyszedł widocznie z wizytą do św. Antoniego. - Z bryłą lodu w kapturze. - Albo w żołądku. - I oziębił nam trattorję. - Do djabła! Zgasła mi fajka. - Zapewne zmarzł w niej ogień. - Święty Bernardzie, zmiłuj się nad nami! Ostatnie słowa zwrócone były już wprost do przybysza, lecz ów nie słyszał ich, lub udawał, że nie słyszy. To podnieciło jeszcze oficerów. - Święty Bernardzie, czyś głuchy? - zawołał młody huzar. - Nawiało mi śniegu do uszu. - Święty Bernardzie! - Święty Gotardzie! Tu nastąpił nowy wybuch śmiechu i nowe wyzywające spojrzenia, które z wesołych stawały się coraz bardziej nieprzyjazne, albowiem nienawiść do Anglików przechodziła wówczas wśród Francuzów wszelką miarę. Oficerom wydało się, że przybysz umyślnie nie zwraca na nich żadnej uwagi, aby okazać im pogardę. Poczęli tedy przedrzeźniać Anglików i powtarzać pojedyncze angielskie wyrazy, przekręcając je najokropniej. Nakoniec dragon ukręcił gałkę z chleba i rzucił ją na nieznajomego. Młody gołowąsy huzar poszedł natychmiast za jego przykładem, ale obie gałki chybiły. Na młodzieńczej twarzy Marka odbiło się przykre zdziwienie. - Co im ten człowiek zawinił i czego oni od niego chcą? - zapytał cicho Cywińskiego. A ów ruszył ramionami. - Chcą awantury i jeśli to nie jest jaki kapłon, to ją znajdą. Tymczasem trzecia gałka poleciała w stronę przybysza. - Koledzy z jazdy gorzej strzelają od nas piechurów - ozwał się oficer od grenadjerów. - Ot jak się powinno to robić! I to mówiąc, wypuścił z pomiędzy palców gałkę tak zręcznie, że trafił nią w czoło nieznajomego. - Brawo piechota! - zawołali trzej inni. Lecz trafiony podniósł się, schował książeczkę z notatkami i począł ku nim iść. Twarz jego pozostała tak samo zimna, a oczy zamyślone. Nie śpieszył się, szedł powolnym krokiem, przyczem stało się coś dziwnego. Oto w sali powiało istotnie jakby mrozem. Jakieś nieokreślone, ciężkie wrażenie niepokoju ogarnęło nietylko Marka i Cywińskiego, ale i wesołych przed chwilą oficerów. Rozmowa i śmiechy umilkły. W ciszy, jaka zapadła, słychać było tylko spokojne kroki nieznajomego, jak kroki przeznaczenia. Oficerowie podnieśli się, przybysz zaś stanął przed nimi i począł mówić, nie podnosząc wcale głosu. - Jestem kapitanem z legji polskiej, stojącej obecnie w Rimini. Nazwisko moje jest Jakób Ferdynand Bogusławski... - Rodak! - zawołał, zrywając się z krzesła Cywiński. Marek podniósł się także. Nadolski wspominał wprawdzie w Wenecji o tem, że Bogusławski ma wyjechać z Rimini, chłopcu jednak nie przyszło nawet do głowy, że może spotkać go tak prędko. Lecz Bogusławski spojrzał na nich tylko przelotnie, poczem mówił dalej do oficerów, z coraz to większym naciskiem na każdem słowie: - Poprzednio służyłem pod Masseną i biłem się pod Rivoli. Nie dałem żadnego powodu do zaczepki, ale rozumiecie panowie, że po tem, coście uczynili, rzeczy muszą pójść dalej. Na twarzach wojskowych odbiła się wielka przykrość. Żadnemu ani do głowy nie przyszło, że mogą mieć do czynienia z kolegą oficerem, a do tego należącym do legji polskiej, dla której mieli szczerą sympatję i wysoki szacunek. Wymienili jednak kolejno swe nazwiska, poczem najstarszy wiekiem, grenadjer, rzekł: - Kapitanie, wzięliśmy cię za Anglika. Jesteśmy w każdej chwili na twoje rozkazy, poczytujemy jednak za obowiązek oświadczyć ci w każdym razie, że zaszła pomyłka, za którą szczerze cię przepraszamy. Rysy Bogusławskiego pozostały spokojne, lecz odpowiedział jakby z żalem: - Jako żołnierze i ludzie honoru rozumiecie, że zniewaga była zbyt ciężką i że odpowiedzią na gałki chlebowe, mogą być tylko ołowiane. - A zatem służymy ci obywatelu, natychmiast. - I my również, jako świadkowie, a w razie czego i w inny sposób - zawołał, zbliżając się, Cywiński. - Dziękuję wam, rodacy - odpowiedział po francusku Bogusławski. - Zwyczajem jest w armji, że, gdy sprawa między oficerami, świadkami bywają zawsze żołnierze... Poczem do oficerów: - Obywatele, jesteśmy w mieście, należącem do Austrji. Po spotkaniu sądziłby nas sąd austrjacki, na co wraz ze mną nie zechcecie się zgodzić. Ale w Weronie forty za Adygą są jeszcze w rękach Francuzów, a ja prócz tego mam do komendanta zlecenie od mojej władzy. Jeśli wola, to udamy się do Werony, a tam komendant wyznaczy świadków mnie i wam. - Chcieliśmy, obywatelu, to samo ci zaproponować. To rzekłszy, podnieśli palce do kapeluszy i wyszli. Cywiński i Marek przedstawili się Bogusławskiemu, który uścisnął im dłonie, poczem przysiadł się do ich stolika i rzekł: - Raz jeszcze przepraszam waćpanów, że nie przyjąłem ich jako sekundantów. Jesteście ludzie młodzi i zapewne porywczy. Przy układaniu warunków, które, niestety, muszą być ciężkie, łatwo mogłoby przyjść do kłótni między wami a świadkami moich przeciwników. Wówczas sprawa przybrałaby charakter zajścia między Polakami a Francuzami. Tego trzeba uniknąć. Stosunek między naszą legją a armją francuską jest jak najlepszy i powinien taki pozostać. Ja zniewagi nie daruję, jako Polak, i zapłacę za nią, albo ich krwią, albo życiem własnem, ale wystąpię tylko jako wojskowy, którego znieważyli inni wojskowi. W Weronie zażądam od komendanta fortu, by sam wyznaczył mi sekundantów, i oczywiście wyznaczy mi Francuzów. Wobec tego, co się ma stać, tak będzie lepiej. Ostatnie słowa wypowiedział Bogusławski jakby ze smutkiem, ale drgała w nich i pewna groźba. Marek, patrząc na jego twarz, doznał wrażenia, że jest w niej coś nieubłaganego, i zrozumiał, że zajście z takim człowiekiem musi się źle skończyć dla niego samego, lub dla jego przeciwników. Uznając też za rzecz zupełnie słuszną, że kapitan chciał mieć świadków Francuzów, był z tego prawie rad. Cywiński zaś rzekł: - Mieliśmy i tak jechać do Werony, więc pozwolisz waćpan, że będziemy mu towarzyszyli w drodze. Bogusławski zgodził się, poczem, dowiedziawszy się, że dążą do legji Dąbrowskiego, okazał im natychmiast więcej zajęcia i przychylności. Gdy oświadczyli, że dopiero przed kilku dniami przybyli do Włoch, jął ich wypytywać skwapliwie o to, co się w kraju dzieje. Markowi kilkakrotnie przychodziła chęć powiedzieć mu, iż ma dla niego polecenie i przesyłkę z kraju, kilkakrotnie imię Klarybelli zawisło mu na ustach, ale się powstrzymał, powodowany uczuciem litości i obawą, że gdy w tułacza uderzy ten nowy cios, wówczas straci zimną krew, straci panowanie nad sobą, może umyślnie narazi się na śmierć, a w każdym razie tem pewniej zginie. To też rad był, że nie zwierzył się z niczem w tej sprawie Cywińskiemu, który niezawodnie nie potrafiłby opanować wrodzonej żywości i nie powstrzymał porywczego języka. Bogusławski wypytywał tymczasem dalej o Polskę, o stan umysłów w niej, a postępki rządów zaborczych o znajomych ludzi i o stosunki, słuchając błahych nawet odpowiedzi tak łakomie, że gdyby Cywiński i Marek mieli więcej doświadczenia, zrozumieliby, że to jest człowiek chory na ciężką nostalgję, która toczy go jak robak drzewo, napełniając mu serce próchnem żalu i rozpaczy. Zrozumieliby także, jak taki desperat mógł być okropnie niebezpiecznym, gdy lada kropla przelała kielich goryczy. Ale oni, nie zdając sobie z tego sprawy, chcieli raczej wiedzieć, czy i ten oficer podziela wiarę innych, że pokój w Campo Formio będzie krótkotrwały i że nowa wojna otworzy legjonom drogę do Galicji. Bogusławski, też, zrozumiawszy wkońcu, że nie dopyta niczego więcej o ludziach w kraju, zwrócił rozmowę na legję i na Włochy. - W Rzymie źle się dzieję - rzekł. - Były rozruchy, w których zabito francuskiego generała Duphot. Dwór papieski odmówił satysfakcji, której Dyrektorjat zażądał, więc Józef Buonaparte, brat naczelnego wodza i nasz ambasador, opuścił Wieczne Miasto. Wiem to na pewno, gdyż Dąbrowski dawał mu od Rimini eskortę. Legja nasza ma ruszyć za kilka dni ku Rzymowi, a potem - mówią, że grozi wojna z Neapolem. Na to Cywiński, który miał prosty, chłopski rozum, ozwał się z nieukrywanym żalem: - A co nam, co Polsce z tego przyjdzie? Bo słyszałem to już i w kraju, i w Wiedniu i tu, że kto bije się za wolność narodów, ten służy tem samem Polsce... Ale, na mój głupi sąd, to jest tak, jakby kto powiedział, że jeśli we Włoszech spadną deszcze, to i u nas nie będzie suszy. Gdzie Neapol, a gdzie Warszawa? Bogusławski przymknął oczy i milczał, więc Cywiński, sądząc, że nie ma na jego pytania odpowiedzi, mówił dalej z coraz wzrastającem rozdrażnieniem: - Co mnie Neapol? Ja nie dla makaronu, jeno dla ojczyzny młodą żonę w Rudni porzucił. Zdjęła go chwilowa niezmierna tęsknota, jaka zdejmowała go zawsze, gdy wspomniał Anusię. I aż łzy zaświeciły mu w oczach. - Miałem ci ją przy sercu wszystkiego dziesięć dni - mruknął. Bogusławski otworzył oczy i począł patrzeć przed siebie w zamyśleniu. - Każdy - rzekł - rzucając kraj, oddarł kawał serca, więc to, co mu zostało i co ze sobą tu przyniósł, krwawi. Każdy zostawił drogie istoty, a nikt nie wie, czy je jeszcze w życiu zobaczy. Wojna nie rodzi ludzi, tylko ich gubi, a żołnierz jest jako ów pierścień, który doża wenecki rzucał w morze. Gdzie padnie, tam piasek go pokryje... - Śmierć na obczyźnie nie pociecha - mruknął Cywiński. - Ja też nie chcę was pocieszać - odpowiedział kapitan - chcę jeno powiedzieć, że gdyście tu szli, toście wiedzieli, że idziecie na wojnę z nieprzyjaciółmi Francji i że możecie zginąć. Ale i w tem się waćpan mylisz, bo dla nas jest wszelako pociecha. Oto, gdy zginiecie wy obaj, gdy zginę ja, gdy zginą nas setki i tysiące, przyjdą po nas inni i polska siła się ostoi i legja nas przeżyje. Po świecie mówią: niemasz już Polski! a Polska tu jest. Nie było już wojska polskiego, a ono tu jest. I może Bóg da, że nie dziś, to jutro, bagnet nasz przewierci przez Austrję drogę do ojczyzny. Rzeczpospolita Francuska głosi pryncypja nietylko nowe, ale tak przeciwne dawniejszym, że między nią a monarchjami musi być wojna na śmierć i życie. To siła rzeczy i nieuchronna konieczność. A jenjuszowi i męstwu Francuzów żadna siła się nie oprze... My jeno po kościołach śpiewamy: "Niech ustąpią z Testamentem nowym prawom już starzy", a Francuzi nakazują to światu z armat. Tyraństwo musi ustąpić wolności, a wtedy ci z nas, którzy nie zginą, wrócą do kraju i odrestaurują ojczyznę. - Dałby to Bóg! dałby to Bóg! - zawołał z zapałem Marek. Bogusławski zaś tak po chwili milczenia mówił dalej: - Na każdy czas muszą być inne sposoby, a teraz jest czas wojny. Trzeba tylko wytrwać, póki nie nadejdzie nasz dzień. Nic nam do Rzymu, nic do Neapolu, ale to jednak sprzymierzeńcy Austrji. Więc pójdziem, gdzie pójdą Francuzi, ale pójdziem pod naszym sztandarem, który okryjem sławą, a sławy nigdy nie możemy kupić zbyt drogo. Bo czy wiesz waćpan, co ona rozgłosi światu? Rozgłosi: "Jeszcze Polska nie umarła!" Świeżo Wybicki ułożył dla nas pieśń, która się od tych słów poczyna, i żołnierz śpiewa ją w obozie, śpiewa w pochodach, wśród trudów, nieraz o głodzie i krzepi nią swą polską duszę. Marek i Cywiński słuchali ze wzruszeniem tych słów, gdyż odpowiadały one temu, co leżało na dnie ich serc, a zatem czerpali w nich otuchę i nadzieję. A czyniły tem większe wrażenie, że Bogusławski wypowiadał je widocznie nie pod wpływem chwilowego uniesienia, ale spokojnie, jak człowiek, który doszedł do tego, co mówi, przez głęboki ból i przez głębokie nad położeniem rzeczy rozmyślanie. Zrozumieli też i naukę z tych rozmyślań płynącą: że kto chce prawdziwie i całą duszą służyć, ten musi pokwitować z własnego szczęścia, zaniechać wszelkich trosk o własne dobro, a służyć w tej myśli i w tej nadziei, że gdy go zasypią piaskiem tam, gdzie padnie, to jednak coś go przeżyje. Więc Cywiński, jakby chcąc się usprawiedliwić, rzekł: - Gdyby ja nie był na wszystko gotów, tobym tu nie przyszedł, i Bóg da, że legja się mnie nie powstydzi, ale nie tęsknić trudno!... - A któż waćpanu broni, i naco zdałoby się zabraniać - odpowiedział kapitan. - Tęskno wszystkim. Ot, teraz, gdy wiosna nadeszła, żołnierze kręcą z wierzby fujarki i, zamiast spać, grają nocami, jak u nas koniuchy na łąkach. Jeden gra, a drugi imaginuje sobie, że widzi tę wieś, w której się urodził, i płacze... Obaczycie to w obozie. To rzekłszy, wstał i począł się żegnać, lecz, zanim się rozeszli, Marek, którego bliższa rozmowa z Bogusławskim chwyciła mocno za serce, rzekł: - Kapitanie, chcielibyśmy służyć w bataljonie i w kompanji, którą waćpan dowodzisz. A ów uśmiechnął się i ruszył lekko ramionami. - Zapominasz, kawalerze, że ja mogę nie wrócić z Werony. - Oni waćpana niechybnie przeproszą i Bóg da, że się ta sprawa załagodzi. Na to ożywiona nieco poprzednio twarz Bogusławskiego stała się znów jakby kamienna. - Nie chcę - rzekł - by ten pojedynek zrodził między dwoma wojskami niezgodę, ale waćpanom powiem prywatnie, że kto polskiego oficera znieważy, ten musi albo go zabić, albo sam krwią zniewagę przypłaci.

I

Cywiński, lubo pilno mu było do obozu, zgodził się jednak na żądanie Marka, by kilka dni spędzili w Wenecji. Zgodził się, raz dlatego, że sam chciał poznać miasto, a po wtóre, że oficer Drzewiecki, z którym obaj młodzieńcy poznali się zaraz po przyjeździe, zapewnił ich, iż nie potrzebują się zbytnio śpieszyć, gdyż legje od czasu pokoju zawartego w Campo Formio stoją w Rimini i gotują się do wyprawy na Rzym, ale narazie nie mają nic do roboty.

Drzewiecki był gładki i rozmowny oficer, a przytem trochę beletrysta. Bywał on już poprzednio w Wenecji i poznał nieźle osobliwości miasta, więc, jako chętny przyszły kolega, pokazywał je młodym rodakom od kilku dni i od rana, aż do zachodu słońca. Obiecał też towarzyszyć im do Padwy, którą także chcieli po drodze zobaczyć. Owóż w wigilję wyjazdu, zasiedli przed kawiarnią na placu św. Marka, by nieco przeciągnąć strudzone nogi, popatrzyć na ludzi i porozmawiać o wrażeniach zebranych w ciągu dnia. Lecz po chwili zbliżył się ku nim młody jeszcze, ubrany po cywilnemu mężczyzna, z odciętą częścią wąsa i wyszczerbioną wargą. Przybyły powitał Drzewieckiego, a ów przedstawił go Markowi i Cywińskiemu, jako kapitana Nadolskiego. - Byłem w twojej kwaterze - rzekł do Drzewieckiego Nadolski - a teraz wypatrywałem cię na placu, gdyż mam dla ciebie rozkaz. - Wiadomo, że w Wenecji każdego można znaleźć wieczorem na placu - odpowiedział Drzewiecki. Poczem wziął list, przebiegł go oczyma i zwrócił się do Cywińskiego. - Niestety, nie mogę jechać jutro z waćpanami do Padwy, albowiem otrzymałem od jenerała Kniaziewicza rozkaz powrotu. Młodzieńcom przykro było rozstawać się z miłym towarzyszem, ale ponieważ nie było na to rady, więc Marek wyraził tylko swój żal z powodu rozłąki, a Cywiński ozwał się, ważąc rzecz na dwoje. - To może i my pojedziemy z waćpanem wprost do obozu, a nie do Padwy. - Do Padwy warto jechać - odpowiedział Drzewiecki - raz dlatego, że blisko, a po wtóre, że tam w uniwersytecie jest dużo wmurowanych tablic z polskiemi nazwiskami i herbami. Magnaci nasi w wieku XVI często piastowali godność rektorów padewskich... Możecie też dotrzeć do Werony, a stamtąd dopiero jechać do Rimini. - A jeśli tymczasem wojsko nasze ruszy ku Rzymowi? - Nie ruszy - przerwał szorstko Nadolski - bo żołnierzowi brak butów, koszul i portek. Czekamy, by nam to przysłano z Medjolanu, ale Dyrektorjat cyzalpiński marudzi, a może i sam nie ma złamanego szeląga. - Więc zawsze stara bieda? - zapytał Drzewiecki. - A stara. Dąbrowski wysyła list za listem. Gdym wyjeżdżał, on i Kniaziewicz chcieli wysłać Tremona, ale że Tremo teraz potrzebny na miejscu, więc miał jechać Dembowski i podobno Bogusławski. - Bogusławski? Czy nie Jakób Ferdynand? - zapytał Marek. - Tak. Waćpan go znasz? - Nie, ale słyszałem o nim w kraju... Umilkli na chwilę i poczęli przypatrywać się rzece ludzkiej, która przepływała od Św. Marka w stronę San Moise i zpowrotem. Wieczór mimo wczesnych dni wiosny, był nadzwyczaj ciepły i pogodny. Nad placem widać było niebo nabite gwiazdami, a zręby prokuratorji i siwe kopuły kościoła srebrzyły się od miesięcznego blasku. Sam plac gorzał od świateł. Na środku grała na wzniesionej estradzie wojskowa muzyka czeska. Tłumy mężczyzn i kobiet przesuwały się wzdłuż prokuratorji, a gwar ich rozmów mieszał się z dźwiękiem instrumentów muzycznych i z furkotaniem skrzydeł gołębi, płoszonych przez nagłe głosy trąb i bębnów. Przed kościołem paliły się w żelaznych koszykach wiązki pochodni, rzucając różowe blaski na jasne mozaiki, na złocony wnęk i na wielkie żółte chorągwie, zawieszone na masztach przed świątynią. - Wśród tych cudów - ozwał się Marek - ludzie powinni żyć tylko imaginacją i rozrzewnionych serc zachwytem... - Mój towarzysz jest poetą - przerwał mu Cywiński. - Ale istotnie pięknie tu i rojno. Czy to tak zawsze bywa? - Miarkuję od kilku dni, że pan Kwiatkowski pija z kastalskich źródeł - odpowiedział Drzewiecki. - Wenecja, nawet gdy w niej pusto, może poruszyć czułe struny w duszy poety. Wszelako teraz nastały czasy wyjątkowe. Stoi tu liczna załoga austrjacka, lecz że Austrjacy nie rozgospodarzyli się jeszcze na dobre, a pokój został zawarty, przeto uważają ludzie Wenecję jakoby za grunt neutralny. Rozumiesz waćpan, że tak osobliwe miasto musi wszystkich pociągać, więc oficerowie francuscy z fortec cyzalpińskich biorą setkami urlopy i przyjeżdżają tu na oględziny i zabawę. Anglicy wszędzie się znajdą, a nie brak też tu i naszych, gdyż Austrja uznawszy Rzplitą Cyzalpińską, musi uznawać i jej paszporty. Są tedy Niemcy, Węgrzy, Wołosi, Anglicy i Polacy. Istna colluvies gentium! Ale po prawdzie, to na nas Polaków, nie patrzą tu teraz życzliwie. - Dlaczego? - spytał z odcieniem żalu Marek. - Bo z woli Buonapartego wzywał Wenecję do poddania się Sułkowski, a potem bronzowe konie z kościoła Św. Marka kazano zdejmować naszym żołnierzom, co ludność miejscowa bardzo wzięła do serca, gdyż oni tu okrutnie zawsze kochali Św. Marka i jego złocone rumaki. - A co się z niemi stało? - Poszły do Paryża, jak wiele, wiele cennych łupów. Ale Włosi nie rozumieją, że żołnierz musi słuchać rozkazu, i powiadają, że konie zabrali "Polachi". - Wartoż ich było żałować? - zapytał Cywiński. - Zmiłuj się waćpan. Toć przecie arcydzieło... - Niema co! walnych mają rzeźbiarzy. Bo i ten rycerz na koniu, którego widzieliśmy przed kościołem św. Piotra i Pawła... Jakże on się zowie?... - Colleoni. To robota Verocchia. - Rycerz, jak rycerz! Bez wąsów i brody wygląda na babę, ale szkapa tęga: pęcina krótka, więź dobra, zad szeroki... Uśmiechnął się na to pan Drzewiecki i rzekł: - Waćpan patrzysz na dzieła sztuki jak kawalerzysta. - Bom pod Kościuszką w jeździe służył. - A ile miałeś wówczas lat? Cywiński wskazał na Marka. - Tyle, ile on ma dziś, a nawet mniej, ale na koniach znałem się od dzieciństwa. - Te, które nasi zdjęli z kościoła, pochodziły z Konstantynopola, więc nie były włoskiej roboty. Ciężkie było to zdejmowanie i żołnierz nierad się do tego brał, zwłaszcza, że mu złorzeczono. - A że to Włosi odróżniają Polaków od Francuzów? - ozwał się Marek. - Odróżniają nas po mowie, po kwadratowych czapkach i po niebieskich oczach. Przytem, od czasu jak Buonaparte pokarał Weronę rękoma naszych żołnierzy, boją się nas. - To wtedy poległ Liberadzki? - Tak, ale lepiej wam to opowie Nadolski, bo osobiście był w ogniu. Na to Nadolski pociągnął ze szklanki wina, zmarszczył się i rzekł: - W Weronie motłoch wymordował nietylko załogę, ale i rannych w szpitalach, których było kilkuset, Francuzów i naszych. To też odwet był srogi i łaźnia krwawa. Tak mówiąc, podniósł palec do ust. - Patrzcie. Odstrzelono mi wówczas wąs i część wargi. Warga się wygoiła, ale wąs już nie odrośnie, i tego tym szelmom baurom nigdy nie daruję. - Jakto baurom? - Bo między tymi, którzy powstają przeciw Francuzom, najwięcej jest chłopów, więc nasi nazywają wszystkich baurami. Należy bestjom przyznać, że się djablo biją. W Weronie trzeba było zdobywać ulicę za ulicą, dom za domem. Nasi bardzo się przytem odznaczyli i od tej pory żołnierz polski budzi w tych okolicach postrach i nienawiść. - Jednakowoż nie wszędzie - objaśnił Drzewiecki - bo tam, gdzie jest pokój, wolą nas od Francuzów i nawet podziwiają skromność żołnierza. W Rimini, naprzykład, szczerą nam okazują życzliwość. Posłuchajcie, jakie to kantaty komponują na naszą cześć i chwałę. To rzekłszy, począł nucić:

"La libertade Italica Che tanto deve a Voi, Bravi Polachi, volgevi Lieta gli squardi suoi..."

Poczem tak mówił dalej: - Prawda jednak, że czasem i noże bywają w robocie, zwłaszcza, gdy chodzi o kobiety. Ach, Włoszki! pod ich oczyma topnieją serca nietylko naszych żołnierzy i oficerów, ale nawet i jenerałów. - Bestyjki wabne, że aż człowieka biorą ciągoty - zauważył Cywiński. I przeciągnął się, jakby morzony snem. - Strzeż się waćpan Włochów - odpowiedział Drzewiecki. Następnie popatrzył przez chwilę na anielską twarz Marka i dodał: - A waćpan Włoszek. To słodka wprawdzie niewola, ale zawsze niewola. Marek zarumienił się jak panna, i już chciał wyznać, że jeszcze w kraju marzył o włoskich dziewicach, ale w obawie, by oficerowie nie poczytali go za roztkliwionego niedorostka, zwrócił rozmowę na tory polityczne. - Wyznaję - rzekł - że nic z tego nie rozumiem. Bo ja myślałem, że Włosi co do jednego stoją przy Buonapartem, który dopomógł im zrzucić obce jarzmo. - Tak i my myśleliśmy - odpowiedział Drzewiecki - ale w tym kraju dzieją się dziwne rzeczy. Francuzi biją kajzerlików, przewracają małych tyranów i niosą Włochom wolność. I byłoby wszystko dobrze, gdyby nie to, że zarazem depcą świętości, które ten naród czci... Więc tam, gdzie zawiał wiatr rewolucyjny, w wielkich miastach, gdzie zagnieździła się masonerja, gdzie wychodzą gazety, a ludność rwie się do swobody, tam radośnie witają trójkolorowy sztandar. Ale inni, a bogdaj tych więcej, nie chcą o nim słyszeć. - Zwłaszcza, że Dyrektorjat nasyła złodziei-dostawców, którzy krzywdzą wojsko, a ludność obdzierają ze skóry - wtrącił Nadolski. - A Rzeczpospolita Cyzalpińska? - zapytał Cywiński. - Rzeczpospolita Cyzalpińska, to poprostu prowincja francuska. Francuzom ona potrzebna, bo z niej grożą całej Italji. Oczywiście i we Włoszech chodzi o nią patrjotom, chodzi ludziom oświeconym, chodzi tym, którzy piastują urzędy, chodzi nieprzyjaciołom Austrji, a przyjaciołom wolności. Natomiast spytaj waćpan chłopów, co o niej myślą, posłuchaj, co mówi motłoch, taki właśnie, jaki w Weronie wycinał Francuzów i naszych po szpitalach, spytaj księży, spytaj arystokratów, a obaczysz, co ci odpowiedzą. Wolność to dobra potrawa, ale gdy się ją gwałtem wpycha w gardło, prędko obrzydnie. Były już insurekcje chłopskie, które tłumił Strzałkowski, była insurekcja w Weronie i będą jeszcze inne. Pożal się Boże tej krwi, a i nam żal ją rozlewać... Lud przywykł do swego jarzma, do swych małych tyranów, ba, nawet do Austrjaków. Myśl o wielkiej, wolnej ojczyźnie włoskiej może tu całkiem nie umarła, ale usnęła i śpi... - Budzi ją jenerał Buonaparte! - zawołał Cywiński. - A mnie tymczasem chłop odstrzelił wąs - mruknął Nadolski. Drzewiecki zaś powtórzył: - Budzi ją Buonaparte, ale tymczasem oddał tę oto Wenecję Austrjakom. Umilkli i zwrócili się ku kościołowi, albowiem w tej chwili orkiestra poczęła grać hymn austrjacki i przed fasadą zapalono ognie bangalskie. W oślepiających blaskach rozbłysły tem bardziej złocenia i mozaiki. Kolumny kościelne zdały się być uczynione nie z marmuru i porfiru, ale z czerwonego i zielonego światła. Zabarwiły się też na różowo i zielono zestrachane gołębie, latające nad świątynią. W różnych stronach placu kilkanaście głosów zakrzyknęło: "Evviva Austria!" ale tłum pozostał posępny, głosy nie znalazły echa i umilkły, jakby zawstydzone. - Jakiż to cios był dla patrjotów, to oddanie Niemcom Wenecji - ozwał się Marek. - Był i dla nas - odpowiedział Drzewiecki. - Myśleliśmy, że gdy Buonaparte zgniecie Austrję tak, jak zgniótł jej armję, to pójdziemy do Galicji. A tymczasem, on dał Austrji, czego przedtem nie miała. Waćpanowie nie potraficie sobie wyobrazić, jaka była między nami konsternacja. Dąbrowski, Kniaziewicz i Wielhorski puszczali sobie krew. Nietylko oficerowie, lecz nawet żołnierze pytali się wzajem, co my mamy do roboty i po jakiego lichaśmy tu przyszli? - I na to pytanie niema dotąd odpowiedzi. - Jest nadzieja, że pokój będzie krótki. Dąbrowski i Kniaziewicz muszą mieć o tem jakieś pewne wiadomości, gdyż nabrali znów ducha i pomnażają legje. - To znaczy, że pójdziemy do Galicji! - zawołał z radością Cywiński. - Byle prędko. Słyszałem niedawno, jak Kniaziewicz mówił do Wielhorskiego tak: "W Buonapartem płynie przecie krew włoska, więc nie mógł oddać na długo Wenecji Niemcom i chciał ją tylko pokarać za jej zdrady w ostatniej wojnie". I to może być prawda. - Mniejsza o Wenecję - mruknął znów Nadolski. - Nie zastąpi nam pomarańcza rzepy. - Nie, kolego - odrzekł Drzewiecki - o Wenecję nie mniejsza, bo jeśli Buonaparte nie zostawi jej na stałe Niemcom, to ją musi odebrać, a jeśli ją zechce odebrać, to musi znów Niemców pobić. - Austrja sama wypowie wojnę, bo jej żal fortec. Marek Kwiatkowski, który oczarowany był Wenecją, wtrącił się zkolei do rozmowy. - Czy podobna pomyśleć - rzekł - żeby ten jenjusz, na którego wszystkie narody patrzą jak na wybawcę, miał poddawać w niewolę tę królowę mórz, ten cud świata. Co do mnie, nie uwierzę w to nigdy. - A jednak tymczasem tak jest. Co zaś do królowania nad morzami, to stare dzieje. Tak!... Do ostatnich jeszcze czasów doża rzucał pierścień w morze, lecz to jest tylko czcza ceremonja, a dawna potęga to jeno wspomnienie, pod którem kryje się próchno, a nawet nędza. Tu Drzewiecki machnął ręką. - Co było w skarbie miljonów, to je wydano na przekupienie tych tam złodziei adwokatów z Dyrektorjatu, co dziś rządzą Francją. Na Canale Grandę stoją dotychczas stare pałace i przeglądają się w wodzie, ale czy dacie wiarę, że ich mieszkańcy niezawsze mają co jeść. Spodek polenty, filiżanka czekolady, raz na dzień... Widzicie te kobiety, które tu płyną jak fala? Koronki na głowach, jedwabie, wachlarze! a założę się, że połowa ich przynajmniej nie ma koszuli pod spodem. - Nie noszą ci koszul? - zapytał z nadzwyczajnem zajęciem Cywiński. Marek spuścił oczy, a Drzewiecki, który wiedział, że Cywiński zostawił w kraju niedawno poślubioną żonę, począł się śmiać i przekomarzać. - A waćpanu co do tego! To tam w domu za tobą płaczą, a ty się tu dopytujesz o włoską bieliznę? Proszę!... Twarz Cywińskiego przesłoniła się natychmiast chmurą i smutku i rozczulenia. Nie odpowiedział też ani słowem na żarty Drzewieckiego, tylko pochylił głowę i pochylał ją coraz niżej, by ukryć łzy, zbierające mu się pod powiekami. Myślą uciekł do kraju, do dworku w Rudni, a głos wielkiej tęsknoty wołał mu w duszy: - Hanuś, moja jedyna, kiedy ja cię zobaczę? Hanuś!.... Hanuś!... Towarzysze patrzyli na niego z głębokiem współczuciem, albowiem każdy z nich zostawił jakieś kochanie w dalekiej ziemi. Przez dłuższy czas trwało milczenie, poczem Cywiński otrząsnął się jak ze snu, przetarł dłonią czoło, spojrzał weselej i rzekł: - Ha! trudno!... I gdy w tej chwili zbliżyła się do nich młoda, przystojna "fioraia", od której zalatywał zapach sasanek i żółtego kwiecia mimozy, uśmiechnął się do niej tak szczerze, że dwa jego przydługie przednie zęby rozbłysły prawie całe z pod jasnego wąsika, i chwyciwszy dziewczynę za rękę, jął powtarzać: - Bella, co? bella? Był to pierwszy wyraz włoski, którego nauczył się w Wenecji, i jedyny, którym się począł posługiwać. Uczyniło się późno. Kapela zeszła ze wzniesienia, a wkrótce potem przerzedziły się szeregi, przesuwające się wzdłuż placu. Drzewiecki, który, stosownie do rozkazu, miał jeszcze tej nocy wyruszyć do Rimini, pożegnał wkrótce młodych towarzyszów, a wraz z nim odszedł i Nadolski. Marek i Stanisław wsiedli na Piacecie do gondoli, chcieli bowiem zobaczyć "Canale Grande" przy księżycu. Zaledwie wyruszyli, ogarnęła ich po gwarze, panującym przed Św. Markiem, cisza. Tam biły w oczy tysiące lamp i krwawo płonących pochodni, tu jedynie światło miesiąca spało cicho na gzymsach pałaców i kładło się długą srebrzystą taśmą na wodzie. Koło Santa Maria della Salute, gdzie zwykle zbierały się barki ze śpiewakami i gdzie co wieczór dźwięki mandolin rozsypywały się drobnym deszczem po wodzie, było już pusto. Od czasu do czasu tylko, z bocznych wąskich kanałów wysuwał się czarny, wydłużony kształt gondoli i odzywało się przeciągłe: "a - oe!" gondoljera. Okna były prawie wszędzie ciemne, ale w jednym z pałaców dziwny widok przedstawił się oczom młodzieńców. Wysokie dolne okno w nieoświeconej komnacie było otwarte, a w niem bieliła się jakaś postać kobieca z rozwiązanemi włosami. Na gondoli z powodu pogodnej nocy nie było budki, więc Markowi i Cywińskiemu nie przesłaniało nic widoku. Kobieta - raczej młoda dziewczyna - głowę trzymała przechyloną wtył i opartą o ramę okna, a twarz jej skąpana była w blasku miesięcznym. Zdawała się być uśpiona, gdyż oczy miała zamknięte i cień od długich rzęs zachodził głęboko na jej policzki. Lecz usta jej, nieco otwarte, podane były ku księżycowi, jakgdyby w lunatycznem upojeniu piła jego srebrne promienie. Marek zatrzymał gondolę i patrzył. Nie był on muzykalny i wyraz "nokturn" był mu zapewne obcy. A jednak odczuł coś takiego, co tylko muzyka może wyrazić, jakąś symfonję, złożoną z bladych, drgających na wodzie blasków, z sennego bełkotania fali pod dnem łodzi, z milczących pałaców, z ich ukojonych linij, z tej białej postaci i z tej twarzy, przechylonej ku niebu, a pogrążonej w śnie, w marzeniu, czy też w omdlałym zachwycie... - Nie budźmy jej! - szepnął do Cywińskiego. A ów popatrzył także przez dłuższą chwilę i odpowiedział również szeptem: - Ona się całuje z księżycem... Zapadła wielka cisza. Słychać było tylko łagodny plusk wody o marmurowe progi pałacu. Markowi wydało się, że jest w krainie czarów. Tak też i było od pierwszej chwili przybycia do Wenecji. Od błękitnych lagun, od blasków słonecznych na rozlewach, od różowych marmurów zamku dożów, od pałaców, jakby zamyślonych nad wodami, od kościołów i tęczowych mozaik bazyliki, padało na duszę młodzieńca radosne olśnienie. To, co niegdyś czytał o tem cudownem mieście, co o niem wiedział i co wyobrażał sobie jako daleką pozycję, zmieniało się w bliską rzeczywistość. Życie traciło tu zupełnie swą powszedniość i zdawało się szeregiem świąt, pełnych uroczystości i wesela. Marek czuł się jakby pijany pięknością. Wszystkie jego władze duchowe rozszerzyły się, jak nigdy dotychczas, i stały się mocne, a zarazem wrażliwe, jak struny harfy. Nawet i Cywiński nie oparł się urokowi, chociaż ów urok zmieniał się w nim głównie w zdumienie. Wiedział jeszcze ze szkół, że Wenecja stoi na wodzie, ale wiedzieć, a widzieć jest co innego. Teraz, gdy patrzył na nią, nie chciał oczom wierzyć. Jeżdżąc gondolą, wybuchał często śmiechem lub wykrzykiwał: "Niech djabli wezmą!" nie umiejąc inaczej swych podziwów wyrazić. Miasto wydawało mu się czemś przechodzącem wyobraźnię, a zarazem i czemś niedorzecznem, albowiem szlachecki jego rozum nie mógł pojąć, żeby "ludzie żyli jak kaczki". Nie zdawał sobie jednak sprawy, że jego zdziwienie graniczy z radością i zachwytem, w którym, bardziej świadomie, tonął jak w morzu Marek. Ale tej nocy, pod niebem nabitem gwiazdami, w tajemniczym potoku srebrnych blasków, w milczeniu śpiących pałaców i przed tem otwartem oknem, w którem biała dziewczyna podawała jakby w omdleniu usta księżycowi, czar owładnął Markiem z większą niż kiedykolwiek mocą. Przez myśl przeleciało mu szybko, jak letnia błyskawica, wspomnienie "Nocy Younga", które czytywał jeszcze w Różycach. Ogarnęło go poczucie, że żyje w jakichś lazurowych przestrzeniach i że dusza jego pławi się na rozłożonych skrzydłach gdzieś w zaświatach, gdzie wszystko składa się ze świetlanych toni, cichej muzyki, z westchnień, z błogiej melancholji, z łagodnych ukojeń z pół snu, pół jawy, z zapachu kwiatów, z nadziemskich zachwytów i z księżycowych pocałunków. A potem wydało mu się że jego jestestwo zmienia się całe w jedno pasemko miesięcznego światła, że pada na twarz uśpionej dziewczyny, dotyka jej włosów, rozświeca czoło, dotyka zamkniętych oczu, zatrzymuje się na otwartych ustach, które wysuwają się ku niemu, wnika przez nie do jej serca, zaślubia je i w niepojętem szczęściu tuli się w niem, jak w kielichu lilji białej. Długo trwało milczenie. Marek ocknął się z upojenia dopiero, gdy znów jakaś gondola wysunęła się z bocznej uliczki i gdy wśród nocnego spokoju rozległ się przeciągły głos gondoljera: - Sia di lungo!... Wówczas zwrócił się do Cywińskiego. - Stanisławie - szepnął - ja muszę ją poznać, ja... tu wrócę... Lecz Cywiński, strudzony całodziennem zwiedzaniem miasta, wyciągnął się wygodnie na poduszkach gondoli i spał jak zabity.