Napęd
Przyśpieszenie rzuca Solomona w fotel kapitański, a potem przygniata mu
pierś. Jego prawa ręka ląduje na brzuchu, lewa na oparciu fotela koło
ucha. Łydki napierają na podpórki. Wstrząs jest uderzeniem, atakiem.
Jego mózg jest produktem milionów lat ewolucji naczelnych i nie jest
przygotowany na coś takiego. Najpierw uznaje, że został zaatakowany,
potem, że spada, a w końcu, że to wszystko jest jakimś rodzajem
koszmarnego snu. Jacht nie powstał w wyniku ewolucji, jego alarmy
aktywują się czysto informacyjnie. Gdybyś chciał wiedzieć, to lecimy
właśnie z przyśpieszeniem czterech ziemskich grawitacji. Pięciu.
Sześciu. Siedmiu. Więcej niż siedmiu. Na obrazie z zewnętrznej kamery
przemyka Fobos, a potem widać tam tylko gwiazdy, pozornie równie
niezmienne, jak na zdjęciu.
Potrzebuje prawie pełnej minuty na zrozumienie, co się stało, a potem
próbuje się uśmiechnąć. Jego obciążone serce stara się zdobyć na większy
wysiłek, by poczuć dumę.
Wnętrze jachtu urządzono na kremowo i pomarańczowo. Panel sterowania to
prosty model z ekranem dotykowym, na tyle stary, że powierzchnia zaczęła
szarzeć w rogach. Nie jest ładny, ale funkcjonalny. Pewny. Pojawiło się
ostrzeżenie, że wyłączył się recykler wody. Solomona to nie dziwi - leci
z przyśpieszeniem wychodzącym poza założenia projektowe - i zaczyna
zgadywać, na czym dokładnie może polegać usterka. Sądzi, że przy tak
dużym ciągu działającym wzdłuż głównej osi statku zawiódł zawór
przepływu zwrotnego zbiornika, ale chętnie sprawdzi, gdy skończy się
lot. Próbuje ruszyć ręką, lecz zaskakuje go jej ciężar. Ludzka dłoń waży
około trzystu gramów. Przy 7 g to wciąż niewiele ponad dwa tysiące.
Powinien móc nią poruszyć. Czując drżenie mięśni, przesuwa rękę w stronę
panelu sterowania. Zastanawia się, ile faktycznie wynosi przyśpieszenie
powyżej siedmiu. Ponieważ czujniki osiągnęły swoje maksimum, będzie
musiał to wyliczyć po zakończeniu lotu, na podstawie długości
przyśpieszenia i końcowej prędkości statku. Prosta arytmetyka. Poradzi
sobie z tym nawet dziecko. Nie martwi się. Sięga do panelu sterowania,
tym razem używając całej siły, a z jego barkiem dzieje się coś mokrego i bolesnego.
Ups, myśli. Chce zacisnąć zęby, ale nie udaje mu się to ani trochę
bardziej niż wcześniejsza próba uśmiechu. To będzie zawstydzające. Jeśli
nie zdoła wyłączyć silnika, będzie musiał poczekać na zużycie całego
paliwa, a potem wezwać pomoc. Co może stanowić problem. W zależności od
wartości jego przyśpieszenia ciąg statku ratunkowego będzie musiał być
bardzo długi w porównaniu z jego własnym. Może dwukrotnie dłuższy.
Dotarcie do niego może nawet wymagać jakiejś jednostki dalekiego
zasięgu. Odczyt poziomu paliwa jest drobną wartością na lewej dolnej
części panelu, zieloną na czarnym tle. Trudno się na nim skupić.
Przyśpieszenie działa na gałki oczne, zmieniając ich kształt.
Astygmatyzm zawdzięczany zaawansowanej technologii. Mruży oczy. Jacht
zbudowano do lotów z długim ciągiem, a zaczął, mając zbiorniki na masę
reakcyjną zapełnione w dziewięćdziesięciu procentach. Odczyt wskazuje,
że silnik pracuje od dziesięciu minut. Poziom paliwa wynosi
osiemdziesiąt dziewięć przecinek sześć. To nie może być prawda.
Po minucie spada do przecinek pięć. Dwie i pół minuty później do
przecinek cztery. To oznacza, że silnik będzie pracował z bieżącym
przyśpieszeniem przez ponad trzydzieści siedem godzin, a jego końcowa
prędkość wyniesie nieco poniżej pięć procent prędkości światła.
Solomon zaczyna się przejmować.
***
Spotkał ją dziesięć lat temu. Ośrodek badawczy w Dhanbad Nova był jednym
z największych na Marsie. Trzy pokolenia po tym, jak pierwsi koloniści
wkopali się w skałę i piach drugiego domu ludzkości, postęp rozszerzył
granice nauki, zrozumienia i kultury tak bardzo, że podziemne miasto
mogło utrzymać aż pięć barów, nawet jeśli jednym z nich był
bezalkoholowy lokal, w którym spotykali się dżiniści i zrodzeni na nowo
chrześcijanie. Pozostałe cztery sprzedawały alkohol i dokładnie takie
samo jedzenie, jak to dostępne w stołówkach, tylko przy akompaniamencie
muzyki i z ekranami ściennymi wyświetlającymi przez całą dobę kanały
rozrywkowe z Ziemi. Solomon i jego grupa spotykali się w tym miejscu dwa
do trzech razy na tydzień, gdy nie byli zbytnio obciążeni pracą w ośrodku.
Zwykle grupa składała się z jakichś wersji tej samej dwunastki. Dzisiaj
byli tu Tori i Raj z projektu odzyskiwania wody. Voltaire, która
naprawdę miała na imię Edith. Julio, Carl i Malik, pracujący razem nad
terapiami antynowotworowymi. I Solomon. Mówili, że Mars to największe
małe miasteczko w Układzie Słonecznym. Niemal nigdy nie pojawiał się tu
nikt nowy.
Tym razem ktoś taki przyszedł. Siedziała obok Malika, miała ciemne włosy
i cierpliwy wyraz twarzy o rysach trochę zbyt ostrych, by uznać ją za
klasycznie piękną, a na przedramionach dostrzegł ciemne włoski. Miała
geny, w wyniku których około trzydziestego piątego roku życia u kobiet
często pojawiał się problem wąsika. Solomon nie wierzył w miłość od
pierwszego wejrzenia, ale gdy tylko usiadł przy stole, bardzo boleśnie
zdał sobie sprawę, że tego ranka nie uczesał się zbyt starannie i trochę
zbyt długo miał na sobie tę koszulę.
- Mars jest Ameryką - powiedział Tori, wykonując przy tym szeroki gest
ręką z piwem. - Jest tu dokładnie tak samo.
- To nie Ameryka - zaprotestował Malik.
- Nie taka, jaką była na koniec, tylko taka jak na początku. Pomyśl, ile
trwała podróż z Europy do Ameryki Północnej w szesnastym wieku. Dwa
miesiące. Ile czasu potrzeba na dotarcie tu z Ziemi? Czterech miesięcy.
Albo dłużej, jeśli orbity nie są korzystne.
- I to pierwszy powód, dla którego nie przypominamy Ameryki -
skomentował cierpko Malik.
- Zgadza się rząd wielkości - rzucił Tori. - Chodzi mi o to, że na
potrzeby polityki odległość mierzy się czasem. Od Ziemi dzielą nas całe
miesiące, a oni wciąż traktują nas, jakbyśmy byli jakąś zagubioną
kolonią. Jakbyśmy im podlegali. Ile osób spośród siedzących przy tym
stole otrzymywało polecenia od kogoś, kto nigdy nie opuścił studni
grawitacyjnej, ale i tak uważa, że powinien dyktować, jak mają
przebiegać nasze badania?
Tori uniósł rękę, a Raj zrobił to samo. Voltaire. Carl. Nawet Malik,
choć z oporami. Tori uśmiechnął się przemądrzale.
- Kto w tym układzie uprawia prawdziwą naukę? - zapytał Tori. - Właśnie
my. Mamy nowsze i lepsze statki. Nasza technologia środowiskowa
przynajmniej o dekadę wyprzedza wszystko, co mają na Ziemi. W zeszłym
roku zaczęliśmy być samowystarczalni.
- Nie wierzę - rzuciła Voltaire. Nowa wciąż się nie odezwała, ale
Solomon zauważył, że przenosi uwagę kolejno na każdego, kto się odzywał.
Przyglądał się, jak słucha.
- Nawet jeśli wciąż jest parę rzeczy, których potrzebujemy z Ziemi,
możemy je kupować. Cholera, jeszcze parę lat i będziemy mogli je
wydobywać z Pasa - stwierdził Tori, wycofując się ze swojej ostatniej
uwagi i równocześnie prezentując nowe, równie mało prawdopodobne
stwierdzenie. - Przecież nie twierdzę, że powinniśmy zerwać stosunki
dyplomatyczne.
- Nie - odpowiedział Malik. - Twierdzisz, że powinniśmy ogłosić
niezależność polityczną.
- Cholerna racja - potwierdził Tori. - Bo odległość mierzy się w czasie.
- A rozsądek w piwie - skomentowała Voltaire, doskonale naśladując ton
głosu Toriego. Nowa kobieta zareagowała na to uśmiechem.
- Nawet gdybyśmy uznali, że wszystko, co mamy do stracenia, to nasze
łańcuchy, po co sobie zawracać głowę? - powiedział Malik. - Praktycznie
i tak mamy już własny rząd. Zwracanie na to uwagi tylko przysporzy nam
kłopotów.
- Naprawdę uważasz, że Ziemia tego nie zauważyła? - zapytał Tori. -
Myślisz, że chłopaki w laboratoriach na Lunie i w Sao Paulo nie patrzą w górę na niebo i nie mówią: "Ta mała czerwona kropka kopie nas w dupę?".
Czują zazdrość i strach, tak jak powinni. Tylko tyle mówię. Jeśli
postanowimy się uniezależnić, to nawet jeśli od razu spróbują coś z tym
zrobić, i tak będziemy mieć miesiące na przygotowania. Anglia straciła
swoje kolonie, bo nie potrafiła utrzymać kontroli przy sześćdziesięciu
dniach opóźnienia, nie mówiąc już o stu dwudziestu.
- Cóż, także dzięki Francuzom - wtrąciła cierpko Voltaire.
- I, do cholery, bardzo dobrze. - Tori kontynuował, jakby się nie
odezwała. - Bo kto później przyszedł z pomocą, gdy naziści zaczęli pukać
Anglii do drzwi? Nie mam racji?
- Uch - odezwał się Solomon. - Właściwie to nie. Tak naprawdę
powiedziałeś coś innego. To my jesteśmy Niemcami.
A ponieważ się odezwał, nowa kobieta przeniosła na niego wzrok. Poczuł,
jak ściska go w gardle, i napił się piwa, żeby je rozluźnić. Gdyby teraz
się odezwał, zaskrzeczałby, jakby znowu miał czternaście lat. Voltaire
oparła łokcie na stole, ułożyła podbródek na ciemnych dłoniach i uniosła
brwi. Wyraz jej twarzy jednoznacznie mówił: "To powinno być równie dobre
jak podpis".
- No dobrze. - Tori zrezygnował z prób sporu z Malikiem. - Niech będzie.
W czym jesteśmy podobni do morderczej bandy faszystów?
- W tym, jak byśmy walczyli - wyjaśnił Solomon. - Niemcy mieli
najbardziej rozwiniętą naukę, tak jak my. Najnowocześniejszą technikę.
Rakiety. Nikt inny nie miał rakiet, tylko oni. Niemieckie czołgi mogły
niszczyć czołgi sprzymierzonych w stosunku pięć na jeden. Mieli
najlepsze łodzie podwodne, samonaprowadzające się pociski, wczesne
odrzutowce. Tak bardzo byli do przodu. Lepsze projekty, lepsza
produkcja. Byli eleganccy i inteligentni.
- Poza całym tym rasowym ludobójstwem - skomentował Julio.
- Owszem, poza tym - zgodził się Solomon. - Ale przegrali. Mieli
najlepszą technikę, tak jak my. I przegrali.
- Ponieważ byli psychopatyczni i szaleni - odpowiedział Julio.
- Nie - zaprzeczył Solomon. - To znaczy owszem, byli, ale istniało
mnóstwo psychopatycznych faszystów, którzy nie przegrywali wojen.
Przegrali, ponieważ każdy jeden ich czołg był wart pięciu przeciwnika,
ale Ameryka mogła zbudować dziesięć. Mieli olbrzymią bazę przemysłową, a nawet jeśli projekt nie był równie dobry, to co z tego? Ziemia ma tę
bazę przemysłową. Mają ludzi. Dotarcie tutaj może im zająć miesiące,
może nawet lata, ale kiedy już to zrobią, to nie poradzimy sobie z ich
liczbą. Bycie zaawansowanym technologicznie jest świetne, ale my wciąż
budujemy lepsze wersje tego, co było już wcześniej. Jeśli chcesz
poradzić sobie z przewagą demograficzną Ziemi, potrzebujesz czegoś
nowego w stopniu zmieniającym paradygmat.
Voltaire podniosła rękę.
- Nominuję "zmianę paradygmatu" na hasło wieczoru.
- Popieram - rzucił Julio.
Solomon poczuł, że zaczyna się czerwienić.
- Wszyscy za?
Zabrzmiał chór potwierdzeń.
- Postanowione - oświadczyła Voltaire. - Niech mu ktoś kupi kolejnego
drinka.
Rozmowa popłynęła dalej, jak zwykle. Polityka i historia ustąpiły sztuce
i inżynierii precyzyjnych struktur. Tematem wielkiej debaty wieczoru
stało się to, czy sztuczne mięśnie działają lepiej z nanorurkami w arkuszach czy pęczkach, a obie strony sporu dopuściły się obrzucania
przeciwników obelgami. Większość była dobroduszna, a pozostałe takie
udawały, co było prawie tym samym. Ekran ścienny przełączył się na
czysto muzyczny kanał niewielkiej społeczności na Syria Planum, z charakterystycznymi dźwiękami rai przeplatającymi się z klasycznymi
europejskimi instrumentami strunowymi. Był to jeden z ulubionych
rodzajów muzyki Solomona, bo była gęsta, skomplikowana intelektualnie i nie oczekiwano, że będzie do niej tańczył. Połowę wieczoru spędził,
siedząc obok Carla, rozmawiając o systemach wydajności iniekcji i próbując nie gapić się na nową kobietę. Kiedy przeniosła się z miejsca
obok Malika do Voltaire, jego serce przyśpieszyło - może nie przyszła tu
z Malikiem - a potem z rozpaczą pomyślał, że może być lesbijką. Czuł
się, jakby zgubił dekadę życia i nagle ugrzązł w hormonalnej sali tortur
początków uniwersytetu. W końcu zdecydował się zapomnieć o istnieniu
nowej kobiety. Jeśli była nowa w ośrodku badawczym, dowie się, kim jest,
i zaplanuje okazję na rozmowę z nią, dzięki czemu nie będzie wyglądał na
samotnego i zdesperowanego. A jeśli nie była, to cóż, już jej nie
zobaczy. Mimo wszystko wciąż się za nią rozglądał, tylko na wszelki
wypadek.
Jak zwykle jako pierwszy wyszedł Raj. Był w komitecie planowania, co
znaczyło, że dźwigał wszystkie ciężary pracy technicznej plus udział w zebraniach komitetu kierowniczego. Jeśli któregoś dnia projekt
terraformacji faktycznie ruszy, będzie miał w sobie intelektualne DNA
Raja. Następni wyszli Julio i Carl, ręka w rękę, z Carlem opierającym
głowę na ramieniu Julia, jak robił to zwykle, gdy obaj byli lekko
nietrzeźwi i rozochoceni. Skoro zostali tylko Malik, Voltaire i Tori,
unikanie nowej kobiety stało się trudniejsze. Solomon raz wstał, żeby
wyjść, ale zatrzymał się i kręcił się chwilę, tak naprawdę tego nie
chcąc. Powiedział sobie, że pójdzie, gdy tylko wyjdzie nowa kobieta.
Kiedy jej nie będzie, on też będzie mógł. Przynajmniej, kiedy zobaczy, z kim wyjdzie, będzie wiedział, kogo o nią pytać. Albo, jeśli wyjdzie z Voltaire, kogo nie pytać. To tylko zbieranie danych, to wszystko. Kiedy
ekran przełączył się na wczesnoporanne wiadomości, musiał w końcu
przyznać, że sam się oszukuje. Tym razem na poważnie zamachał na
pożegnanie, wbił ręce w kieszenie i ruszył do głównego korytarza.
Przez nałożenie się problemów inżynieryjnych, związanych z budową
odpornych kopuł, z całkowitym brakiem magnetosfery na Marsie, wszystkie
pomieszczenia mieszkalne znajdowały się głęboko pod powierzchnią. Sufit
głównego korytarza był na wysokości czterech metrów, a oświetlenie
zapewniały diody LED, zmieniające natężenie i ciepło światła w zależności od pory dnia, ale Solomon czasami odczuwał atawistyczną
tęsknotę za niebem. Za wrażeniem otwartości i możliwości i może za
niespędzeniem całego życia pod ziemią.
Z tyłu dobiegł jej głos.
- Hej.
Szła pewnym, swobodnym krokiem, z ciepłym i może trochę niepewnym
uśmiechem. Poza przyciemnionym oświetleniem baru dostrzegł w jej włosach
jaśniejsze pasma.
- Ach. Hej.
- Tak naprawdę nie mieliśmy okazji się tam poznać - powiedziała,
wyciągając rękę. - Caitlin Esquibel.
Solomon ujął jej dłoń i potrząsnął nią raz, jakby byli w ośrodku.
- Solomon Epstein.
- Solomon Epstein? - powtórzyła. Szli teraz obok siebie. Razem. - To co
taki miły żydowski chłopak robi na takiej planecie?
Gdyby nie był trochę nietrzeźwy, zbyłby to śmiechem.
- Głównie próbuje zebrać się na odwagę, żeby cię poznać - odpowiedział.
- Tak jakby to zauważyłam.
- Mam nadzieję, że było to urocze.
- Dużo lepsze niż twój kolega Malik, który zawsze znajduje powody, żeby
dotknąć mojej ręki. W każdym razie. Pracuję w zarządzaniu zasobami dla
grupy przedsiębiorstw Kwikowski. Przyleciałam z Luny miesiąc temu. To,
co mówiłeś o Marsie, Ziemi i Ameryce. To było ciekawe.
- Dziękuję - odpowiedział Solomon. - Jestem inżynierem w Masstechu.
- Inżynier silnikowy - skomentowała. - Technika rakietowa?
- Odrzut, wyrzut, pęd, napęd, takie sprawy - rzucił. - Ale bez popędu.
Jak długo zostaniesz na Marsie?
- Aż odlecę. Mam otwarty kontrakt. Ty?
- Och, tu się urodziłem - odpowiedział. - I spodziewam się, że tu umrę.
Z drwiącym uśmieszkiem zerknęła na jego długą, chudą sylwetkę.
Oczywiście wiedziała, że tu się urodził. Nie dało się tego ukryć. Teraz
jego słowa zabrzmiały jak kiepska przechwałka.
- Człowiek firmy - skomentowała, robiąc z tego wspólny żart.
- Marsjanin.
Na stanowisku z wózkami stało sześć ciasno upchniętych pojazdów,
gotowych do wypożyczenia. Solomon wyciągnął kartę i machał nią przez
chwilę obok ósemki, aż czytnik zdołał ją odczytać i skrajny wózek
przełączył kontrolki z bursztynowych na zielone. Wyciągnął go, zanim
dotarło do niego, że tak naprawdę nie chce wsiadać.
- Czy ty... - zaczął Solomon, a potem odchrząknął i spróbował ponownie.
- Chciałabyś pójść ze mną do domu?
Widział, jak w jej mózgu formuje się "Jasne, czemu nie". Śledził
przebieg tych słów na krótkiej drodze do ust. Była tak blisko, że
pociągnęła jego krew jak księżyc. A potem zobaczył, jak w ostatniej
chwili ucieka. Jej potrząśnięcie głową wynikało nie tyle z odmowy, ile z próby oczyszczenia myśli. Ale uśmiechnęła się. Naprawdę się uśmiechnęła.
- Trochę za szybki jesteś, Sol.
***
To nie szybkość stanowiła problem. O ile na coś nie wpadnie, szybkość to
tylko szybkość, mógł być nieważki przy locie niemal z prędkością
światła. Szkodziła mu delta V. Przyśpieszenie. Zmiana. W każdej
sekundzie leciał o sześćdziesiąt osiem metrów na sekundę szybciej niż
sekundę wcześniej. Albo więcej. Może więcej.
Tylko że przyśpieszenie też nie stanowiło problemu. Statki mogły lecieć
z przyśpieszeniem 15 czy 20 g od czasu wczesnych rakiet chemicznych. Moc
zawsze była dostępna, brakowało wydajności koniecznej do utrzymania
takiego ciągu. Stosunku ciągu do masy, gdy większość masy to materiał
odrzutowy zapewniający ciąg. Ludzkie ciała mogły wytrzymać nawet powyżej
20 g przez ułamek sekundy. Zabijało go utrzymujące się ciążenie. To
trwało już godzinami.
Istniały wyłączniki awaryjne. Jeśli reaktor zacznie się przegrzewać lub
butelka magnetyczna zrobi się niestabilna, silnik się wyłączy. Istnieje
mnóstwo wyłączników reagujących na różne rodzaje sytuacji awaryjnych,
ale nic się nie psuje. Wszystko działa doskonale. I w tym problem. To
właśnie go zabija.
Na panelu sterowania jest też ręczne odcięcie. Ikona dużego czerwonego
przycisku. Przycisk awaryjny. Gdyby mógł go dotknąć, wszystko byłoby
dobrze. Ale nie może. Cała radość odeszła. Zamiast euforii czuje tylko
panikę i narastający, koszmarny ból. Gdyby tylko zdołał sięgnąć pulpitu.
Albo gdyby coś się zepsuło. Cokolwiek.
Nic się nie psuje. Ma problem z oddychaniem, dyszy tak, jak nauczono go
na kursach bezpieczeństwa. Napina ręce i nogi, próbując wymusić krążenie
krwi przez tętnice i żyły. Jeśli straci przytomność, już się nie obudzi,
a na brzegach jego pola widzenia narasta ciemność. Jeśli nie znajdzie
wyjścia, umrze tu. Na swoim fotelu, z rękami przyciśniętymi do ciała i włosami odciągającymi skórę na głowie. Ręczny terminal w kieszeni
sprawia wrażenie tępego noża wbijanego mu w biodro. Próbuje sobie
przypomnieć, ile waży ręczny terminal. Nie potrafi. Walczy o oddech.
Ręczny terminal. Jeśli zdoła do niego sięgnąć, zdoła go wyciągnąć, może
uda mu się połączyć z Caitlin. Może jej uda się nawiązać zdalne
połączenie i wyłączyć silniki. Dłoń leżąca na brzuchu mocno wgniata
trzewia, ale jest tylko centymetry od kieszeni. Naparł, aż zatrzeszczały
kości, a nadgarstki się przesunęły. Tarcie skóry o skórę wydarło mu małą
dziurę w brzuchu, a uwolniona z rany krew popłynęła ku oparciu, jakby
się czegoś bała, ale się poruszył.
Naparł znowu. Trochę bliżej. Krew działa jak smar, zmniejsza tarcie.
Ręka rusza się dalej. Wszystko trwa minuty. Jego paznokcie dotykają
utwardzonego plastiku. Da radę.
Moc i wydajność, myśli, i przez chwilę mimo wszystko odczuwa falę
przyjemności. Udało mu się. Magiczne połączenie.
Bolą go ścięgna palców, ale odsuwa na bok tkaninę kieszeni. Czuje, jak
ręczny terminal zaczyna wysuwać się z kieszeni, ale nie może unieść
głowy, żeby go zobaczyć.
***
Trzy lata po pierwszym spotkaniu Caitlin stanęła przed drzwiami jego
dziury o trzeciej nad ranem, płacząca, przestraszona i trzeźwa. Nie było
to coś, czego Solomon się po niej spodziewał, a spędził w jej
towarzystwie całkiem sporo czasu. Zostali kochankami niemal siedem
miesięcy po tym, jak się poznali. To on tak to nazywał. Stanie się
kochankami nie było czymś, co powiedziałaby Caitlin. W jej przypadku
zawsze było to coś prostackiego i lekko sprośnego. Taka właśnie była.
Uważał, że to objaw jakiejś osłony emocjonalnej i że nigdy nie była do
końca szczera. Że to taki sposób na kontrolę strachu i wypierania się
lęków. Ale tak naprawdę, jak długo wciąż chciała przychodzić i w niektóre noce dzielić z nim łóżko, nie przeszkadzało mu to. A jeśli
przestanie chcieć, będzie rozczarowany, choć też jakoś to zniesie. Lubił
sposób, w jaki uśmiechała się krzywo, patrząc na świat. Pewność siebie,
jaką prezentowała, zwłaszcza gdy ją udawała. Tak naprawdę po prostu
lubił osobę, którą była. To wszystko ułatwiało.
Jej kontrakt już dwukrotnie przebił daty automatycznego przedłużenia, a ona nie skorzystała z opcji odlotu. Przyjmując stanowisko w grupie
roboczej zajmującej się konfiguracją pól magnetycznych, jedną ze spraw,
którą brał pod uwagę, było to, czy dodatkowy czas spędzany przez niego w pracy nie odsunie ich od siebie. Żadne z nich nie próbowało nawiązywać
związków romantycznych lub seksualnych z innymi ludźmi w ośrodku.
Wszyscy traktowali ich, jakby byli wzajemnie swoją wyłączną własnością,
zatem, choć nigdy nie składali sobie żadnych obietnic wprost, Solomon
nazwałby ich faktycznymi monogamistami. Z pewnością czułby się dotknięty
i zdradzony, gdyby spała z kimś innym, i zakładał, że ona czułaby się
tak samo w stosunku do niego.
Jednakże seks i towarzystwo, choć były przyjemne, nie wiązały się z przesadnym poziomem wrażliwości. Był więc zaskoczony.
- Słyszałeś? - zapytała. Mówiła chrapliwym i przyciszonym głosem. Po jej
policzkach spływały świeże łzy i opadały jej kąciki ust.
- Chyba nie - odpowiedział Solomon, cofając się, by ją przepuścić.
Jego dziura mieszkalna miała standardowy układ: mały wielofunkcyjny
pokój z przodu z możliwością gotowania prostych posiłków, monitor
zajmujący ćwierć powierzchni ściany i dość miejsca, by mogły tam usiąść
trzy lub cztery osoby. Głębiej znajdowała się sypialnia, a za nią
schowek i łazienka. Według powszechnego żartu na Marsie dziura człowieka
była jego zamkiem przy założeniu, że zamek da się porównać z pokojem w internacie. Opadła ciężko na jedną z ław i objęła się rękami. Solomon
zamknął drzwi. Nie wiedział, czy powinien z nią rozmawiać, objąć ją, czy
zrobić jedno i drugie. Zaczął od objęcia. Jej łzy pachniały solą,
wilgocią i skórą. Łkała na jego ramieniu, aż ciekawość i niepokój
skłoniły go do wyjścia poza pocieszanie w roli pluszowego misia.
- No dobrze. To co takiego mogłem właściwie słyszeć?
Rozkaszlała się, próbując śmiechu.
- Organizacja Narodów Zjednoczonych - powiedziała. - Powołali się na
zapis o odrywającej się prowincji. Ich statki już ruszyły w naszą
stronę. Czterdzieści sztuk. Lecą po balistycznych.
- Och - rzucił, a ona znowu zaczęła płakać.
- To ci pieprzeni secesjoniści. Od kiedy opublikowali swój manifest,
ludzie zachowują się, jakby to było na poważnie. Jakby nie byli bandą
krótkowzrocznych dupków, którzy chcą tylko ściągnąć na siebie uwagę. A teraz wywołali wojnę. Oni naprawdę to zrobią, Sol. Będą na nas zrzucać
kamienie, aż zmienią nas w warstwę węgla grubości dziesięciu atomów.
- Nie zrobią tego. Nie zrobią - powiedział i natychmiast pożałował, że
się powtórzył. Zabrzmiał przez to, jakby próbował sam siebie do tego
przekonać. - Za każdym razem, gdy powoływano się na zasadę odrywającej
się prowincji, działo się tak, bo ONZ chciało przejąć zasoby. Jeśli
zniszczą naszą infrastrukturę, niczego nie dostaną. Po prostu próbują
nas przestraszyć.
Caitlin uniosła rękę, jak uczennica pragnąca zostać zauważona.
- Udało im się. Jestem przerażona.
- I wcale nie chodzi o secesjonistów, nawet jeśli tak właśnie twierdzą -
dodał Solomon. Poczuł, że zaczyna się rozkręcać. Już nie powtarzał zdań.
- Chodzi o to, że Ziemi kończą się lit i molibden. Nawet z odzyskiwaniem
z wysypisk potrzebują ich więcej, niż mają. My mamy dostęp do surowej
rudy. To wszystko, o co chodzi. Po prostu o pieniądze, Cait. Wcale nie
zaczną na nas zrzucać kamieni. Zresztą, jeśli oni zrobią to nam, my
odpowiemy tym samym. Mamy lepsze statki.
- Całe osiemnaście - skomentowała. - Oni wysłali do nas czterdzieści, a drugie tyle zostawili sobie do obrony.
- Ale jeśli przegapią choć jeden... - zaczął, ale nie dokończył myśli.
Przełknęła ślinę i przetarła policzki wierzchem dłoni. Sięgnął przez
pokój i wyciągnął dla niej z podajnika papierowy ręcznik.
- Czy ty faktycznie to wiesz? - zapytała. - Czy tylko myślisz
pozytywnie, żeby mnie uspokoić?
- Muszę na to odpowiadać?
Westchnęła i zapadła się w niego.
- Miną całe tygodnie - powiedziała. - Minimum. Pewnie miesiące.
- No dobrze. Co byś zrobiła, gdyby zostały ci tylko cztery miesiące
życia?
- Padła z tobą do łóżka i nie wychodziła. - Wychyliła się i go
pocałowała. Miała w sobie gwałtowność, która go zaniepokoiła. Nie, to
nie tak. Nie gwałtowność. Szczerość.
- Chodź - powiedziała.
Obudził go alarm ręcznego terminala. Miał wrażenie, że słyszy ten dźwięk
już od jakiegoś czasu. Caitlin leżała spokojnie przytulona do niego,
wciąż z zamkniętymi oczami i otwartymi ustami. Wyglądała bardzo młodo.
Rozluźniona. Wyłączył alarm i sprawdził godzinę. Z jednej strony był
potwornie spóźniony do pracy, z drugiej... kolejna godzina nie zrobi już
wielkiej różnicy. Czekały na niego dwie wiadomości od szefa grupy.
Caitlin zamamrotała i przeciągnęła się, a ruch sprawił, że zsunęło się z niej przykrycie. Odłożył terminal, wsunął rękę pod poduszkę i zamknął
oczy.
Gdy znowu się obudził, patrzyła na niego. Z jej twarzy zniknęło
rozluźnienie, ale wciąż była piękna. Uśmiechnął się i sięgnął, by spleść
swoje palce z jej.
- Wyjdziesz za mnie?
- Och, daj spokój.
- Nie, poważnie. Wyjdziesz za mnie?
- Czemu? Bo nadciąga wojna, która zabije nas i wszystkich znanych nam
ludzi, a nie możemy zrobić nic, co w taki czy inny sposób to zmieni?
Szybko, zróbmy coś trwałego, zanim cała ta trwałość zostanie wyczerpana.
- Jasne. Wyjdziesz za mnie?
- Oczywiście, że tak, Sol.
Ceremonia była skromna. Druhną Caitlin była Voltaire, drużbą Solomona
był Raj. Ślubu udzielił kapłan metodystów, który dzieciństwo spędził w Pendżabie, ale teraz mówił z pseudoteksańskim akcentem doliny Marinera.
W ośrodku badawczym znajdowało się kilka kaplic, a ta była nawet dość
urocza. Wszystko, włącznie z ołtarzem, wyrzeźbiono z miejscowego
kamienia i pokryto przejrzystym tworzywem, które nadało skale wygląd
wilgotnej, świeżej i żywej. Przez czerwony kamień przebiegały białe i czarne żyły, a miejscami błyszczały krystaliczne płatki. Powietrze
intensywnie pachniało bzem sprowadzonym w dużej ilości ze szklarni przez
Voltaire.
Kiedy stali razem, wypowiadając kolejno formuły przysiąg, Solomon
pomyślał, że na twarzy Caitlin widzi taki sam spokój, jaki zobaczył na
niej, gdy spała. A może tylko mu się przywidziało. Zakładając obrączkę
na jej palec, odniósł wrażenie, że coś porusza się w jego piersi, i poczuł się absolutnie i irracjonalnie szczęśliwy w sposób, jakiego chyba
jeszcze nigdy nie zaznał. Flota ONZ była trzy tygodnie od nich. Nawet w najgorszym razie nie zginą jeszcze prawie przez miesiąc. Zaczął żałować,
że nie zrobili tego wcześniej. Na przykład tej pierwszej nocy, gdy ją
zobaczył. Albo że nie spotkali się, gdy byli młodsi. Na zdjęciach, które
wysłali jej rodzicom, wyglądał, jakby zaraz miał zacząć śpiewać.
Strasznie mu się nie podobały, ale Caitlin miała inne zdanie, więc i on
zaczął je lubić. Miesiąc miodowy spędzili w hotelu na miejscu, w Dhanbad
Nova, wycierając się ręcznikami i myjąc mydłami wyprodukowanymi na Ziemi
z myślą o luksusie. Będąc tam, kąpał się dwa razy częściej, niemal
odbierając ciepło wody i miękkość szlafroka jak magię, jakby dzięki
dekadencji mógł udawać Ziemianina.
I zupełnym przypadkiem to działało. Prowadzone potajemnie negocjacje
zakończyły się powodzeniem. Okręty ONZ wcześniej odwróciły się do
hamowania, a ich ciąg był dwukrotnie dłuższy. Zawróciły do domu. Oglądał
prezentera kanału wiadomości omawiającego mechanikę orbitalną lotu tam i z powrotem. Próbował sobie wyobrazić, jak wyglądało to dla marines na
pokładach tych jednostek. Przebyć niemal całą drogę do nowego świata, a potem zawrócić, nawet go nie oglądając. Ponad pół roku życia stracone w ramach politycznego przedstawienia. Caitlin siedziała na brzegu łóżka,
nachylając się do monitora, nie odrywając od niego wzroku. Wchłaniając
wiadomości.
Siedząc za nią z plecami na oparciu łóżka, Solomon poczuł przechodzący
przez niego powiew niepokoju, zimny i nieprzyjemny.
- Wygląda na to, że trwałe zrobiło się właśnie dużo dłuższe -
powiedział, próbując obrócić to w żart.
- Mhm - zgodziła się.
- Tak jakby zmienia sytuację.
- Mhm.
Podrapał się po wierzchu dłoni, choć wcale go nie swędziała. Suchy
dźwięk paznokci na skórze utonął w głosie prezentera, więc bardziej go
poczuł, niż usłyszał. Caitlin przeczesała włosy dłonią, z palcami
niknącymi w nich i wyłaniającymi się ponownie.
- No dobrze - odezwał się. - Chcesz rozwodu?
- Nie.
- Bo wiem, że myślałaś, że reszta twojego życia będzie dość krótka. A jeśli... jeśli to nie było coś, co byś wybrała? W każdym razie
zrozumiałbym.
Caitlin obejrzała się na niego przez ramię. Światło ekranu lśniło na jej
policzku, oku i włosach, jakby stworzono ją z kolorowego szkła.
- Jesteś uroczy, jesteś moim mężem i kocham cię oraz ufam ci, jak nigdy
nikomu w całym życiu. Nie zamieniłabym tego na nic, poza więcej tego
samego. Czemu? Ty chcesz się wycofać?
- Nie. Po prostu staram się być uprzejmy. A właściwie to nie. Nagle
poczułem się niepewnie.
- Przestań. Zresztą wiele się nie zmieniło. Ziemi wciąż brakuje litu,
molibdenu i mnóstwa surowców przemysłowych. My wciąż je mamy. Tym razem
zawrócili, ale nadal nadciągają i nie przestaną nadciągać.
- Chyba że znajdą jakiś sposób na zaspokojenie swoich potrzeb innymi
metalami. Albo znajdą inne źródło. Wszystko ciągle się zmienia. Coś może
sprawić, że to wszystko zrobi się bez znaczenia.
- Może - zgodziła się. - Tym właśnie jest pokój, prawda? Odłożeniem
konfliktu do czasu, aż to, o co się walczy, przestanie się liczyć.
Okręty ONZ na ekranie leciały na silnikach, ciągnąc za sobą łuki jasnego
ognia w drodze powrotnej.
***
Ręczny terminal wysuwa się trochę bardziej z jego kieszeni i jest
przekonany, że zostawi po sobie siniak szerokości całego urządzenia. Nie
przejmuje się tym. Próbuje przypomnieć sobie, czy zostawił włączoną
aktywację głosową, ale albo tego nie zrobił, albo jego gardło jest zbyt
zniekształcone przez ciążenie ciągu, by dało się rozpoznać głos. Musi to
zrobić ręcznie. Nie może się rozluźnić ani stracić przytomności, ale
coraz trudniej mu o tym pamiętać. Intelektualnie wie, że jego krew jest
przyciskana do tyłu ciała, zbierając się w głębi czaszki i zalewając
nerki. Nie ma odpowiedniego wykształcenia medycznego, by wiedzieć, jakie
będą konsekwencje, ale nie mogą być dobre. Ręczny terminal niemal wysuwa
się do końca. Ma go już w dłoni.
Przez statek przechodzi drżenie, a na ekranie wyskakuje powiadomienie.
Na bursztynowym tle widnieje jakiś tekst, ale nie potrafi go przeczytać.
Jego wzrok nie chce się skupić. Gdyby było czerwone, aktywowałoby
wyłączenie silnika. Czeka parę sekund w nadziei, że cokolwiek to jest,
nasili się, ale nic więcej się nie dzieje. Jacht jest porządny,
rzetelnie zaprojektowany i dobrze zbudowany. Zwraca uwagę z powrotem na
ręczny terminal.
Caitlin powinna być teraz w mieszkaniu. Będzie szykować kolację,
słuchając wiadomości z informacjami o kryzysie stoczniowym. Jeśli zdoła
do niej zadzwonić, odbierze. Opada go nagły, potężny strach o to, że
uzna połączenie za wynik nieumyślnej aktywacji w kieszeni. Że powtórzy
parę razy jego imię, zaśmieje się i rozłączy. Kiedy odbierze, będzie
musiał wydać jakieś dźwięki. Nawet jeśli prawdziwe słowa będą zbyt
trudne, musi jakoś dać jej znać, że zdarzyło się coś złego. Tysiące razy
wywoływał połączenie bez patrzenia na ekran, ale teraz wszystko jest
inne, a pamięć mięśniowa wcale mu nie pomaga. Terminal ma ogromny
ciężar. Wszystko w jego ręce boli, jakby został uderzony młotem. Boli go
brzuch. Rozkwita w nim najgorszy wyobrażalny ból głowy. Nic w tym
doświadczeniu nie jest przyjemne poza wiedzą, że mu się udało. Nawet gdy
stara się zmusić terminal do reakcji, myśli o tym, co jego napęd oznacza
w praktyce. Przy takiej wydajności statki mogą lecieć ciągiem przez całą
drogę. Przyśpieszenie ciągu do połowy trasy, potem wyłączyć silniki,
wykonać zwrot i hamować przez resztę podróży. Nawet stosunkowo łagodne
0,3 g będzie oznaczało nie tylko dotarcie do dowolnego miejsca znacznie
szybciej, ale też wyeliminuje wszelkie problemy związane z długotrwałą
nieważkością. Próbuje sobie wyliczyć, ile potrwałby lot na Ziemię, ale
nie potrafi. Musi zwracać uwagę na terminal.
Przesuwa się coś w topologii jego trzewi, zmieniając kąt, pod jakim leży
terminal. Urządzenie zaczyna się zsuwać, a on nie ma dość siły ani
szybkości, by je złapać. Dociera do brzegu ciała, spada parę centymetrów
na fotel. Próbuje ruszyć lewą rękę z miejsca, gdzie leży przygnieciona
koło ucha, ale się nie rusza.
Nawet nie drgnie. W ogóle nie napina się przy wysiłku. Och, myśli, mam
udar.
***
Byli małżeństwem od sześciu lat, gdy Solomon podjął pieniądze
oszczędzane z premii i kupił sobie jacht. Statek nie był duży,
użyteczna przestrzeń była mniejsza niż w jego pierwszej dziurze. Miał
prawie pięć lat i już niedługo będzie wymagał spędzenia miesiąca w dokach stoczni orbitalnych. Kolory urządzenia wnętrza - kremowy i pomarańczowy - wcale mu się nie podobały. Statek siedział w suchym doku
od ośmiu i pół miesiąca, od czasu, gdy zmarł jego poprzedni właściciel,
młodszy wiceprezes konglomeratu z centralą na Lunie. Jego rodzina z Luny
nie planowała przylotu na Marsa, a problemy związane ze sprowadzeniem go
przez miesiące pustki sprawiły, że łatwiej było im go sprzedać po
zaniżonej cenie. Dla większości mieszkańców Marsa tego typu statek był
tylko ostentacyjnym symbolem statusu i niczym więcej. Nie było tu
zamieszkanego księżyca ani załogowej stacji w L5, do której można by
latać. Podróż na Ziemię taką jednostką nie byłaby ani komfortowa, ani
szczególnie bezpieczna. Można było latać w kółko na orbicie. Można było
wylecieć w pustkę w pobliżu Marsa, a potem wrócić. I to w zasadzie tyle,
a brak sensu takich zabaw pomógł jeszcze bardziej obniżyć cenę. Jako
dowód bogactwa ogłaszał, że jego właściciel miał zbyt wiele. Ale jako
środek transportu było to jak posiadanie samochodu wyścigowego, który
nigdy nie mógł opuścić toru.
Dla Solomona była to idealna jednostka testowa.
Jacht zaprojektowano na bazie znanego mu silnika, do którego sam pisał
część kodu sterowania. Patrząc na dziennik techniczny i konserwacji,
widział każdy zestaw sterowników, każdy zawór recyklingu powietrza i każdą pokrywę. Jeszcze zanim postawił na nim stopę, znał stateczek na
wylot. Dekadę temu osobiście zaprojektował niektóre elementy systemu
wydechowego. A ponieważ był właścicielem jednostki, eliminowało to pół
roku administracyjnych zmagań o pozwolenia, gdyby chciał go użyć do
przetestowania jakichś modyfikacji silnika. Sama ta myśl sprawiała, że
potrafił się roześmiać z zachwytem.
Żadnych więcej komitetów dopuszczających. Żadnych raportów dotyczących
potencjalnych uszkodzeń. Tylko statek, jego reaktor, parę skafandrów
próżniowych i zestaw manipulatorów przemysłowych, które zostały mu
jeszcze z czasów szkoły. Dawniej naukowiec mógł trzymać w garażu albo w szopie za domem urządzenie do PCR, rozmontowane silniki albo niegotowe
prototypy wynalazków, które zmienią świat, jeśli tylko uda się je zmusić
do działania. Solomon miał swój jacht i kupienie go było najbardziej
przyjemną, radosną i ważną rzeczą, jaką zrobił od czasu oświadczenia się
Caitlin.
A mimo to, nawet gdy żyzny ogród jego umysłu sadził tysiąc różnych
siewek pomysłów, projektów, modyfikacji i zmian, z niepokojem myślał o chwili, gdy powie żonie o tym, co zrobił. A kiedy przyszła ta chwila,
jego niepokój okazał się uzasadniony.
- Och, Sol. Och, skarbie.
- Nie wydałem na to swojej pensji - zapewnił. - To wszystko było z premii. I tylko z moich. Nie użyłem wspólnych pieniędzy.
Caitlin siedziała na ławie w ich pokoju dziennym, stukając w wargi
końcami palców, jak zwykle, gdy nad czymś intensywnie myślała. System
odtwarzał w tle łagodną muzykę z lekką perkusją i instrumentami
smyczkowymi dość głośnymi, by ukryć syk wymienników powietrza, ale nie
na tyle, by utrudnić rozmowę. Jak w przypadku niemal wszystkich nowych
budynków na Marsie był większy, lepiej urządzony i znajdował się głębiej
pod ziemią.
- Usłyszałam właśnie, że możesz podjąć i wydać dowolną sumę z konta bez
rozmowy ze mną, jeśli tylko łączna kwota jest mniejsza niż to, co
zarobiłeś w premiach. To chciałeś powiedzieć?
- Nie - zaprzeczył, choć było to bliskie prawdy. - Chodzi mi o to, że to
nie były pieniądze, na które liczyliśmy. Wszystkie nasze zobowiązania są
kryte. Nie dojdzie do sytuacji, że będziemy musieli kupować jedzenie, a na koncie zabraknie środków. Nie będziemy musieli brać dodatkowych
godzin ani pracy na boku.
- W porządku.
- A to jest ważne. Mój projekt cewek dyszy magnetycznej może naprawdę
zwiększyć wydajność napędu, jeśli zdołam...
- W porządku - zgodziła się.
Oparł się o framugę drzwi. Muzyka wydobywana przez smyczki nasiliła
się w delikatnym arpeggio.
- Gniewasz się.
- Nie, skarbie. Nie gniewam się - odpowiedziała łagodnie. - Gniew to
krzyk. Mam ci za złe, i to dlatego, że odcinasz mnie od przyjemności.
Naprawdę, patrzę na ciebie i widzę podniecenie i szczęście, i bardzo
chciałabym być jego częścią. Chcę skakać z radości, machać rękami i rozmawiać o tym, jak świetne jest to wszystko. Ale te pieniądze były
naszym zabezpieczeniem. Ignorujesz fakt, że wydałeś nasze
zabezpieczenie, a jeśli oboje to zignorujemy, będziemy mieć problemy,
gdy tylko wydarzy się coś niespodziewanego. Kocham nasze życie, więc
teraz to ja będę musiała być osobą, która się przejmuje, odmawia i nie
może sobie pozwolić na ekscytację. Zmuszasz mnie do stania się dojrzałą.
Wcale nie chcę być dojrzała. Chciałabym, żebyśmy oboje byli dojrzali,
żebyśmy, gdy zrobimy coś takiego, oboje mogli być dziećmi.
Popatrzyła na niego i wzruszyła ramionami. Miała twardszy wyraz twarzy,
niż kiedy się spotkali. W jej ciemnych włosach dostrzegł białe nitki.
Kiedy się uśmiechnęła, poczuł, jak rozpływa się kamień w jego piersi.
- Może... dałem się trochę ponieść. Zobaczyłem, że jest dostępny i możemy sobie na niego pozwolić.
- I rzuciłeś się na główkę, nie zastanawiając się nad tym wszystkim, co
to będzie znaczyć. Ponieważ jesteś Solomonem Epsteinem i jesteś
najbystrzejszym, najbardziej surowym i metodycznym człowiekiem, jaki
kiedykolwiek dokonał każdego możliwego wyboru w życiu, kierując się
impulsem. - Gdyby w jej głosie nie słyszał ciepła i śmiechu,
zabrzmiałoby to jak potępienie. Zamiast tego brzmiało jak miłość.
- Za to jestem uroczy - odpowiedział.
- Jesteś - zgodziła się. - Chcę usłyszeć wszystko o twoim nowym,
cokolwiek to jest, czego zamierzasz spróbować. Tylko najpierw obiecaj,
że następnym razem spróbujesz pomyśleć o przyszłości.
- Obiecuję.
Przez resztę wieczoru opowiadał o mocy i wydajności, masie odrzutowej i mnożnikach prędkości. A kiedy skończył, rozmawiali o budowaniu
odpowiedzialnego planu emerytalnego i pilnowaniu aktualizowania ich
testamentów. Wszystko to sprawiało wrażenie przeprosin i miał nadzieję,
że zrobią to ponownie, gdy Caitlin zrozumie, ile będzie kosztowało
utrzymanie jachtu. Ale to było starcie na inny dzień.
Obecnie spędzał dnie, pracując jak zwykle z zespołem w grupie napędów, a wieczorami siedział przed monitorami w ich dziurze i projektował własne
rzeczy. Caitlin rozpoczęła program sieciowy z grupą w Londres Nova,
omawiając, jak firmy w rodzaju Kwikowskiego mogły interweniować w celu
destabilizacji spirali zagrożeń i unikania, w której ugrzęzły Ziemia i Mars. Za każdym razem, gdy słyszał, jak rozmawia z innymi - o propagandzie, rozbieżnych kodach moralnych i mnóstwie innych poważnie
brzmiących niejasnych słów - pojawiał się temat litu i molibdenu. A teraz jeszcze wolframu. Wszystkie inne sprawy były interesujące, ważne,
informacyjne i doniosłe, jednakże, o ile nie zdołają rozwiązać
kluczowych kwestii, mogli poradzić sobie ze wszystkim innym, a i tak nie
rozwiązać problemu. Zawsze odczuwał dumę, gdy to mówiła. Trudno było
wyzwolić się z wykształcenia ze sztuk wyzwolonych, ale świetnie sobie
radziła.
W końcu przyszedł czas na przetestowanie jego pomysłu i planów. Odbył
długą drogę do stoczni, korzystając z nowego systemu transportu
publicznego: próżniowych tuneli wywierconych w skałach, z szynami
elektromagnetycznymi niczym w powolnym, zbyt słabym dziale szynowym.
Pojazd był zatłoczony i niewygodny, ale poruszał się szybko. Solomon
dotarł do jachtu godzinę przed zachodem słońca na marsjańskim
horyzoncie. Wprowadził ostatnie modyfikacje do zbudowanego przez siebie
prototypu, dwukrotnie przeprowadził sekwencje diagnostyczne i wyprowadził statek poza rzadką atmosferę. Po dotarciu na orbitę chwilę
unosił się swobodnie, ciesząc się nowym odczuciem nieważkości. Zaparzył
sobie bańkę świeżej herbaty, przypiął się do fotela kapitańskiego i przesunął palcami po starym ekranie dotykowym.
Jeśli się nie mylił, wprowadzone przez niego modyfikacje zwiększą
wydajność o niemal szesnaście procent względem wyjściowej. Kiedy
otrzymał odczyty, okazało się, że nie miał racji. Wydajność spadła o cztery i pół. Wylądował z powrotem w stoczni i pojechał metrem do domu,
całą drogę mamrocząc ponuro pod nosem.
Organizacja Narodów Zjednoczonych opublikowała oświadczenie, że
wszystkie przyszłe statki marsjańskie będą kontraktowane przez stocznie
Bush na Ziemi. Lokalny rząd nawet tego nie skomentował, kontynuując po
prostu budowę rozpoczętych jednostek i negocjując kontrakty na kilka
nowych. ONZ zażądała zamknięcia wszystkich stoczni marsjańskich do
czasu, aż będzie można tam wysłać zespół kontrolerów. Siedem miesięcy na
zebranie zespołu i prawie sześć miesięcy na przelot z powodu względnej
odległości planet na orbitach wokół Słońca. Sol zrobił się nerwowy, gdy
to usłyszał. Jeśli zamkną stocznie, może to oznaczać uziemienie jego
jachtu testowego. Nie musiał się przejmować. Wszystkie stocznie zostały
otwarte. Znowu pojawiły się plotki o wojnie, a Solomon próbował je
ignorować. Próbował przekonywać siebie, że tym razem będzie tak samo jak
poprzednio.
Ku zaskoczeniu wszystkich Raj zrezygnował z pracy w komitecie
planowania, wynajął tanią dziurę blisko powierzchni i zaczął sprzedawać
ręcznie robione ceramiczne dzieła sztuki. Twierdził, że nigdy nie był
szczęśliwszy. Voltaire rozwiodła się i chciała, żeby cała stara ekipa
chodziła z nią do barów. Była ich teraz ósemka, ale prawie nikt nie
chodził. Julio i Carl mieli dziecko i przestali się socjalizować z pozostałymi. Tori zatrudniła się w firmie zajmującej się doradztwem w sprawach bezpieczeństwa chemicznego, która udawała, że obsługuje dowolne
firmy założone na Marsie, ale tak naprawdę wszystkie zlecenia dostawała
z projektów terraformacji. Malik zmarł na niereagującego na leczenie
raka kręgosłupa. Życie toczyło się dalej, czasem niosąc wygrane, czasem
porażki. Eksperymentalne silniki Solomona dotarły do etapu, na którym
zrobiły się niemal równie dobre, jak w niezmodyfikowanym statku. Potem
trochę lepsze.
Niemal równo rok po kupieniu statku Solomon pojechał do jachtu z nowym
projektem. Jeśli się nie mylił, zwiększy wydajność o prawie cztery i pół
procent względem wyjściowej. Był w komorze silnika, prowadząc
instalację, gdy zadzwonił jego ręczny terminal. Caitlin. Przyjął
połączenie.
- Co jest? - zapytał.
- Czy podjęliśmy decyzję o zrobieniu sobie długiego weekendu w przyszłym
miesiącu? - zapytała. - Wiem, że o tym rozmawialiśmy, ale chyba bez
rozstrzygnięcia.
- Nie podjęliśmy, ale lepiej tego nie robić. Zespół jest trochę w plecy.
- Na poziomie nadgodzin?
- Nie. Na poziomie, na którym to ciągle wychodzi.
- W porządku. W takim razie mogę coś zaplanować z Maggie Chu.
- Masz moje błogosławieństwo. Wrócę do domu, jak tylko z tym skończę.
- Dobrze - rzuciła i się rozłączyła.
Przetestował obudowy, wykonał dodatkowy spaw w miejscu, gdzie cewka
będzie najbardziej obciążona, i wrócił do fotela kapitańskiego. Jacht
pokonał rzadką atmosferę i wzbił się na orbitę. Solomon ponownie
przeprowadził diagnostykę przed włączeniem silnika, upewniając się, że
wszystko wygląda dobrze. Przez prawie pół godziny unosił się w fotelu,
utrzymywany na miejscu przez pasy.
Rozpoczynając sekwencję ciągu, przypomniał sobie, że zespół będzie w Londres Nova w ten weekend, o którym rozmawiał z Caitlin. Zaczął się
zastanawiać, czy zrobiła już jakieś plany z Maggie Chu, czy był jeszcze
czas na zmiany. Włączył silnik.
Przyśpieszenie rzuciło Solomona w fotel kapitański, a potem przygniotło
mu pierś. Jego prawa ręka wylądowała na brzuchu, lewa na oparciu fotela
koło ucha. Łydki wcisnęło w podpórki.
***
Statek nisko śpiewa elegię, gardłową, pełną pasji i smutną jak pieśni,
które jego ojciec śpiewał w świątyni. Teraz pojmuje, że tu umrze. Leci
zbyt szybko i za daleko, by dotarła do niego pomoc. Przez jakiś czas -
miesiące albo lata - mały jacht będzie wyznaczał największy dystans poza
studnią grawitacyjną Ziemi, na jaki poleciał statek załogowy. Znajdą
specyfikację projektu w jego dziurze. Caitlin jest mądra, będzie
wiedziała, że należy sprzedać projekt. Zarobi na tym dość, by jeść
wołowinę codziennie przez resztę życia. W każdym razie dobrze o nią
zadbał, nawet jeśli nie o siebie.
Gdyby mógł sterować, doleciałby do pasa asteroidów. Mógłby się skierować
do układu Jowisza i być pierwszą osobą, która dotarła do Europy lub
Ganimedesa. Ale nic z tego. Zrobi to ktoś inny. I zabierze tam jego
silnik.
Wojna! Jeśli odległość mierzy się w czasie, Mars nagle znalazł się
bardzo, bardzo blisko Ziemi, która wciąż jest bardzo daleko od Marsa.
Taki rodzaj asymetrii wszystko zmienia. Zastanawia się, jak to
wynegocjują. Co zrobią. Wszelkie zasoby litu, molibdenu i wolframu
znalazły się teraz w zasięgu firm wydobywczych. Mogą lecieć do pasa
asteroid, księżyców Saturna i Jowisza. To, co do tej pory powstrzymywało
Ziemię i Marsa od osiągnięcia trwałego pokoju, przestanie mieć
znaczenie.
Ból głowy i kręgosłupa coraz bardziej się nasila. Trudno mu pamiętać o napinaniu rąk i nóg, by pomóc zawodzącemu sercu w przemieszczaniu krwi.
Prawie znowu traci przytomność, ale nie jest pewien, czy to wynik udaru,
czy ciążenia ciągu. Jest przekonany, że zwiększanie ciśnienia krwi
podczas udaru nie jest dobrze widziane.
Elegia statku zmienia nieco ton i teraz dosłownie śpiewa głosem jego
ojca, z hebrajskimi sylabami, których znaczenia Solomon już dawno
zapomniał, jeśli w ogóle je znał. Czyli omamy słuchowe. Ciekawe.
Żałuje, że nie będzie mógł jeszcze jeden raz zobaczyć Caitlin. Pożegnać
się z nią i powiedzieć, że ją kocha. Żałuje, że nie zobaczy konsekwencji
wynikających z możliwości swojego silnika. Mimo koszmarnego bólu
zaczynają go ogarniać spokój i euforia. Myśli, że właściwie zawsze tak
było. Od kiedy Mojżesz zobaczył ziemię obiecaną, do której nie mógł
wkroczyć, ludzie na łożach śmierci zawsze pragnęli zobaczyć, co będzie
dalej. Zastanawia się, czy to właśnie, czyli ziemię obiecaną świętą:
fakt, że można ją zobaczyć, ale do niej nie dotrzeć. Trawa jest zawsze
zieleńsza po drugiej stronie własnej śmierci. Brzmi to jak coś, co
powiedziałby Malik. Z czego Caitlin by się zaśmiała.
Następne kilka lat - nawet dziesięciolecia - będą fascynujące, a wszystko dzięki niemu. Zamyka oczy. Żałuje, że nie może tam być i zobaczyć tego wszystkiego.
Solomon rozluźnia się, a bezmiar obejmuje go jak kochanka.
Rzeźnik stacji Anderson
Gdy Fred był jeszcze dzieckiem na Ziemi i miał może pięć czy sześć lat,
w piwnicy u wujka zobaczył roślinkę rosnącą w ciemności.
Chwast był bardzo blady i dwa razy wyższy niż inne na dworze,
zniekształcony próbą sięgnięcia do słońca. Taki właśnie był facet za
barem: zbyt wysoki, zbyt blady, za bardzo spragniony czegoś, czego nigdy
nie zaznał i nigdy mu się to nie uda. Tacy właśnie byli Pasiarze.
Muzyka w barze łączyła pendżabskie rytmy z rapowaniem wysokim kobiecym
głosem w wielojęzycznej mieszance języków tworzących pasiarski kreolski.
W kącie w głębi dzwonił i popiskiwał podniszczony automat pachinko. W powietrzu unosił się słodki aromat haszyszu. Fred rozparł się na stołku
barowym zaprojektowanym dla kogoś wyższego o dziesięć centymetrów i uśmiechnął się łagodnie.
- Masz jakiś pieprzony problem? - zapytał.
Barman mógł być Chińczykiem, Koreańczykiem lub ich mieszanką, co
znaczyło, że jego rodzina prawdopodobnie przybyła tu w jednej z pierwszych fal. Pięć pokoleń walki o powietrze całych rodzin,
upchniętych w mapujących asteroidy stateczkach na siedem prycz, i oglądania Słońca jako ledwie najjaśniejszej gwiazdy. Trudno było ich
wciąż uważać za ludzi.
- Żadnego problemu, jefe - odpowiedział barman, jednak się nie ruszył.
W wiszącym nad barem lustrze Fred zobaczył, jak rozsuwają się drzwi
wejściowe. Do środka ociężale weszło czterech Pasiarzy. Jeden miał na
ramieniu opaskę z rozerwanym kręgiem Sojuszu Planet Zewnętrznych. Fred
zobaczył, że go zauważyli, a jeden z nich go rozpoznał. Automatyczny
zastrzyk adrenaliny do krwi był przyjemny.
- To może podasz mi mojego drinka?
Barman jeszcze przez chwilę się nie poruszył, aż w końcu ustąpił. W grawitacji odśrodkowej whiskey lała się inaczej, ale nie na tyle, żeby
Fred potrafił sprecyzować, co się nie zgadzało. Efekt Coriolisa na
stacji Ceres nie powinien wystarczyć do zmiany kąta, przynajmniej nie
tak blisko powierzchni asteroidy. Może po prostu za wolno opadała.
Barman pchnął szklaneczkę w jego stronę.
- Na koszt firmy - rzucił. Po krótkiej przerwie dodał: - Pułkowniku.
Fred popatrzył mu w oczy. Żaden z nich się nie odezwał. Wypił alkohol
bez dodatków. Napój palił w gardle i zostawił na języku posmak starych
grzybów i pleśni na chlebie.
- Masz coś innego niż fermentowana pleśń? - zapytał.
- Als u aprecie no, koai sa sa? - zabrzmiał głos z tyłu. "Skoro ci nie
smakuje, to po co tu jesteś?".
Fred okręcił się na stołku. Jeden z przybyłej czwórki patrzył na niego
wrogo. Miał spore bary jak na Pasiarza. Może był operatorem mecha, albo
po prostu spędzał dużo czasu na siłowni. Niektórzy tak robili, używając
mieszanki maszyn i ciężarków z drogimi lekami, by zdobyć to, czego nie
mogło im zapewnić ciążenie.
"Po co tu jesteś?". Dobre pytanie.
- Lubię whiskey, która była kiedyś zbożem. Jak chcecie ssać grzyby, nie
będę wam przeszkadzał.
Operator mecha przesunął się na krześle. Wyglądał, jakby chciał wstać,
ale zamiast tego tylko wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. Jego kumple
popatrzyli po sobie. Ten z opaską wyciągnął terminal i szybko stukał w ekran.
- Mam burbon z Ganimeda - rzucił barman. - Ale będzie cię kosztował.
- Nie dość, żeby mnie powstrzymać - zapewnił Fred, odwracając się. - Daj
butelkę.
Barman się schylił, wsuwając rękę pod bar. Prawdopodobnie miał tam broń.
Fred prawie ją zobaczył oczyma wyobraźni. Coś, co miało groźnie
wyglądać, a gdyby wygląd nie wystarczył, powalić przeciwnika. Może
obrzyn do strzelania na małe odległości. Fred czekał, ale w ręce barmana
pojawiła się tylko butelka. Postawił ją na barze. Przez ciało Freda
przeszła fala ulgi i rozczarowania.
- Czysta szklanka - zażądał.
- Tak sobie myślę... - stwierdził barman, sięgając do tyłu, do szkła pod
lustrem - ...że po coś pan tu przyszedł. Rzeźnik stacji Anderson w barze
Pasiarzy.
- Chcę się tylko napić - rzucił Fred.
- Nikt nie chce się tylko napić - odpowiedział barman.
- Jestem wyjątkowy.
Barman się wyszczerzył.
- To prawda - zgodził się i schylił się nisko, prawie do poziomu Freda.
- Niech pan na mnie spojrzy, pułkowniku.
Fred odkręcił butelkę i nalał płynu na dwa palce do nowej szklaneczki.
Zakręcił flaszkę. Barman się nie ruszył. Fred spojrzał w jego piwne
oczy. Właśnie miał coś powiedzieć, nawet nie był pewien co takiego, poza
tym, że miało być ostre i jadowite, kiedy kątem oka dostrzegł ruch w lustrze. Ludzie za plecami.
Miał chwilę na spięcie się, na przyjęcie noża, kuli lub uderzenia, które
nie nadeszło. Na jego głowie wylądował czarny worek.
***
Trzy lata wcześniej wszystko wyglądało inaczej.
- Dagmar w kolejce, dziewięćdziesiąt sekund do kontaktu, wszystko
zielone.
- Roger, Dagmar. Widzę cię w drodze do kontaktu za dziewięćdziesiąt...
Ruchem szczęki Fred zmniejszył głośność pasma pilotów, redukując ich
komunikaty do delikatnej muzyki tła ze słowami o pozycjach i wektorach.
Dziewięćdziesiąt sekund do wejścia pierwszej grupy uderzeniowej.
Cała wieczność.
Westchnął głęboko, na sekundę zaparowując wnętrze hełmu, zanim wizjer
się oczyścił. Próbował się przeciągnąć, ale prycza przeciwprzeciążeniowa
nie pozwalała mu wysunąć kończyn w żadną stronę. Konsola dowodzenia
wskazywała osiemdziesiąt trzy sekundy do kontaktu ze stacją Anderson.
Oddychanie i przeciąganie zajęło mu tylko siedem sekund.
Przełączył ekran na widok przedniej śluzy Dagmar. Jednostkę zbudowano
jako barkę desantową piechoty morskiej, która mogła przyssać się do
kadłuba statku lub stacji, a potem wyciąć w niej dziurę. Na ekranie
zobaczył dwustu marines przypiętych do pionowych klatek
przeciwprzeciążeniowych, z bronią zamocowaną obok na szybkozłączach.
Śluzę zaprojektowano do otwarcia przesłony natychmiast po wybuchowym
przebiciu pancerza i uszczelnieniu styku.
Przez pancerze bojowe do walki w próżni trudno było to ocenić, ale
żołnierze wydawali się spokojni. Szkolono ich na Księżycu, aż manewry w obniżonym ciążeniu lub mikrograwitacji i próżni weszły im w krew.
Upychano ich do ciasnych statków, w których ćwiczyli, aż nie robił na
nich wrażenia atak w korytarzach z kryjówkami na każdym skrzyżowaniu.
Tak długo powtarzano im, że marines prowadzący szturm w abordażu mogli
oczekiwać nawet sześćdziesięciu procent strat, że ta liczba przestała
mieć jakiekolwiek znaczenie.
Fred popatrzył na swoich ludzi w klatkach i wyobraził sobie, że sześciu
na dziesięciu nie wróci.
Według wyświetlacza zostało trzydzieści sekund.
Przełączył konsolę na widok radaru. Obok Dagmar pojawiły się dwie duże
plamy. Bliźniacze statki, każdy wiozący kolejnych dwustu marines. Dalej
małe, szybkie jednostki eskortowe. Z przodu rosnący z sekundy na sekundę
potężny, obracający się pierścień stacji Anderson.
Wszyscy byli na stanowiskach, żołnierze byli gotowi do walki, a dyplomacja zawiodła. Nadszedł czas, by wykonał swoje zadanie. Otworzył
kanał do dowódców drużyn i w hełmie nagle rozbrzmiało dziesięć wariacji
na temat szumów tła.
- Wszystkie drużyny, dziesięć sekund do wyłomu. Przygotować się.
W głośnikach zabrzmiało dziesięć potwierdzeń.
- Udanych łowów - rzucił Fred, po czym wywołał ekran taktyczny.
Układ stacji Anderson pojawił się w zwodniczo wyraźnym, dwuwymiarowym
planie. Nie mogli wiedzieć, ile fortyfikacji Pasiarze zbudowali od czasu
przejęcia stacji.
Jego żołnierzy przedstawiało sześćset zielonych kropek unoszących się
tuż poza stacją.
- Wyłom, już! Już! Już! - krzyczał w mikrofon pilot Dagmar.
Statek zadygotał, gdy szpony śluzy wbiły się w metalowy korpus stacji ze
zgrzytem, który Fred poczuł nawet przez wyściełanie pryczy. Szarpnięciem
w bok wróciło ciążenie, gdy ruch obrotowy stacji zaczął ciągnąć
jednostki abordażowe, nadając im 0,3 g siły odśrodkowej. Rozbrzmiała
seria wysokich uderzeń wybuchających ładunków penetrujących.
Nad wyświetlaczem taktycznym pojawiły się małe ekrany z obrazami z włączanych kamer na hełmach dowódców drużyn. Marines ruszyli przez trzy
nowe otwory w powłoce stacji. Fred zaczął przeskakiwać po planie
taktycznym, stukając palcami w mapę.
- Wszystkie drużyny, ustanowić przyczółek i pozycje rezerwowe w korytarzu L, od węzła trzydzieści cztery do trzydzieści osiem -
powiedział do mikrofonu, jak zwykle zaskoczony spokojem brzmiącym w swoim głosie podczas bitwy.
Zielone kropki ruszyły przez wyświetlane na ekranie korytarze. Czasami
pojawiała się nowa, czerwona kropka, gdy wyświetlacz na wizjerze
żołnierza wykrył ostrzał przeciwnika i oznaczył go jako zagrożenie.
Czerwone kropki nigdy nie świeciły długo. Co jakiś czas zielona kropka
zmieniała kolor na żółty. Żołnierz wyłączony z walki: pancerz wykrywał
zgon lub rany, które czyniły go nieskutecznym w boju.
Nieskuteczny w boju. Taki ładny eufemizm na dzieciaki wykrwawiające się
na gównianej stacji na zadupiu Pasa.
Spodziewane sześćdziesiąt procent strat. Cztery zielone kropki na każde
sześć żółtych, a wszystkie należały do niego.
Przyglądał się szturmowi przebiegającemu niczym komputerowa gra,
przesuwając pionki, reagując na zagrożenia nowymi rozkazami, pilnując
liczby zielonych kropek.
Trzy nowe czerwone. Cztery zielone zatrzymały ruch i schroniły się za
osłoną. Fred wysłał kolejne cztery zielone do bocznego korytarza,
przemieszczając je na flankę. Czerwone kropki zniknęły. Trzy zielone
ruszyły ponownie. Kusiło go, by dać się ponieść przebiegowi starcia,
zapomnieć, co tak naprawdę znaczą świecące na ekranie symbole.
Dowódca drużyny idącej na szpicy wyrwał go z transu, wywołując go na
kanale dowodzenia.
- Nadzór, tu dowódca drużyny jeden.
Fred przeniósł uwagę na widok z kamery na hełmie dowódcy pierwszej
drużyny. Drugi koniec długiego, łagodnie wznoszącego się korytarza
blokowała prowizoryczna barykada. Według wyświetlacza taktycznego bronił
jej przynajmniej tuzin przeciwników. Na oczach Freda zza barykady
wyleciał mały obiekt i wybuchł jak granat ledwie kilka metrów od pozycji
dowódcy drużyny.
- Tu nadzór, słucham, dowódca drużyny jeden - odpowiedział Fred.
- Dostęp do głównego korytarza blokuje silnie ufortyfikowana pozycja.
Mogę ją rozbić ciężką bronią, ale spowoduje to znaczące zniszczenia
struktury i możliwą utratę zdolności podtrzymywania życia w tej sekcji.
Fred zerknął na mapę taktyczną, zauważając niewielką odległość dzielącą
barykadę od kilku kluczowych węzłów systemu podtrzymywania życia i zasilania. Dlatego właśnie tam ją postawili. Uważają, że się na to nie
zdecydujemy.
- Potwierdzam, drużyna jeden - odpowiedział Fred, szukając alternatywnej
drogi. Wyglądało na to, że takiej nie ma. Pasiarze byli inteligentni.
- Nadzór, pytanie. Użyć ciężkiej broni do zniszczenia barykady czy
oczyścić ją szturmem?
Rozwalić sporą część infrastruktury podtrzymywania życia stacji,
potencjalnie zabijając sporą liczbę ukrywających się w swoich
mieszkaniach cywilów, czy wysłać do ataku własnych ludzi, pozwalając im
zgarnąć swoje sześćdziesiąt procent strat, by zdobyć pozycję.
Pieprzyć. Pasiarze sami zdecydowali. Muszą teraz ponieść konsekwencje.
- Dowódca drużyny jeden, udzielam zgody na użycie ciężkiej broni do
usunięcia przeszkody. Rozłączam się.
Kilka sekund później barykada zniknęła w błysku światła i chmurze dymu.
Po kilku kolejnych sekundach jego ludzie znów byli w ruchu.
Trzy godziny i dwadzieścia trzy żółte kropki później nadeszło
połączenie.
- Nadzór, tu dowódca drużyny jeden. Zdobyliśmy centrum dowodzenia.
Stacja jest nasza. Powtarzam, stacja jest nasza.
***
Bolały go skrępowane za plecami ręce. Przywiązano je do kostek, więc
mógł leżeć na boku lub dźwignąć się na kolana, ale nie było mowy o rozprostowaniu nóg i wstaniu. Wybrał klęczenie.
Worek na głowie tworzył absolutną czerń, ale sądząc po obrotowym
ciążeniu, nadal znajdował się gdzieś blisko powierzchni stacji. Czyli
śluza. Usłyszy syk i pyknięcie uszczelki wewnętrznych drzwi. Potem albo
powolne wypuszczanie powietrza, albo - jeśli chcieli go wyrzucić w przestrzeń - kaszlnięcie wyłączenia blokady bezpieczeństwa. Przesunął
stopą po podłodze, próbując wymacać spoiny śluzy. Rozsunie się czy to
jeden z tych starych typów, na zawiasach?
Dźwięk, który usłyszał, nie był mechaniczny. Gdzieś z lewej strony
odchrząknęła kobieta. Kilka sekund później otwarły się i zamknęły drzwi.
Dźwięk był przytłumiony, jakby miały uszczelkę ciśnieniową, ale na
stacji nie znaczyło to wiele. Większość drzwi była hermetyczna. Zbliżyły
się do niego kroki. Pięć, może sześć osób. Plus kobieta z problemem w gardle.
- Pułkowniku? Zdejmę teraz panu worek.
Fred kiwnął głową.
Świat odzyskał blask.
Pomieszczenie miało tanią podłogę i ściany z surowego kamienia. Wzdłuż
sufitu i ścian biegły przewody i rury, a w jednym z rogów stało
nieużywane metalowe biurko. Tunel serwisowy. Światła były ostre.
Rozpoznał czterech mężczyzn z baru. Dołączył do nich jeszcze jeden.
Szczupły, młody, z trądzikiem wymagającym poważnego leczenia. Fred
obrócił głowę, żeby zobaczyć kobietę. Stała czujnie, trzymając w dłoniach pięćdziesięcioletni karabin na naboje strzałkowe, a jej
przedramię zdobiła opaska SPZ z rozerwanym kręgiem.
Nikt nie miał maski na twarzy. Kiedy nowy się odezwał, jego głos nie był
zniekształcony. Nie przejmowali się tym, czy będzie mógł ich
zidentyfikować.
- Pułkownik Frederick Lucius Johnson. Bardzo chciałem pana spotkać.
Nazywam się Anderson Dawes i pracuję dla SPZ.
- Anderson, tak? - odpowiedział Fred, a mężczyzna wzruszył ramionami.
- Rodzice nazwali mnie tak na cześć korporacji Anderson-Hyosung
Cooperative Industries Group. W sumie i tak nie dostało mi się
najgorzej.
- I co z tego? Stacja Anderson była dla ciebie jak brat?
- Imiennik. Jeśli będzie tak panu wygodniej, proszę mi mówić Dawes.
- Pierdol się, Dawes.
Mężczyzna kiwnął głową i klęknął przed Fredem.
- Chi-chey au? - zapytał jeden z mężczyzn z baru.
- Etchyeh - odpowiedział Dawes, a tamci wyszli. Zanim znowu się
odezwał, Dawes odczekał, aż zamkną się za nimi drzwi. - Spędzał pan
sporo czasu w barach Pasiarzy, pułkowniku. Można by pomyśleć, że czegoś
pan tam szukał.
- Dawes?
- Fred?
- Zaliczyłem lepsze szkolenie przeciwko technikom przesłuchiwania, niż
kiedykolwiek zobaczysz. Chcesz nawiązać porozumienie? Proszę bardzo. Mów
przez chwilę, zdejmij mi więzy, zacznij opowiadać, że możesz mnie
uratować, jeśli tylko powiem ci, co wiem. A potem wydłubię ci oczy i wyrucham czaszkę. Rozumiesz?
- Tak - potwierdził bez mrugnięcia Dawes. - No to może powiedz mi, Fred,
co się z tobą stało na stacji Anderson?
***
Gdy tylko żołnierze skończyli przeczesywać korytarze w poszukiwaniu
maruderów, eskorta marines zaprowadziła Freda do zdobytej stacji.
Zatrzymał się na chwilę w rezerwowej pozycji przygotowanej tuż przed
śluzą. Marines zaczynali tam wracać z innych zadań. Byli nabuzowani
adrenaliną i nerwowi po walce. Fred pozwolił im się zobaczyć. Kładł
dłonie na ramionach i mówił, że świetnie się spisali.
Niektórzy wracali na noszach. Żółte kropki w realu. Między nimi
przebiegali sanitariusze, podłączając ręczne terminale do gniazd w pancerzach powalonych żołnierzy, odczytując dane diagnostyczne i przydzielając miejsca w kolejce do operacji, w zależności od tego, jak
poważne były rany. Czasami dotykali przycisku na terminalu i jedna z żółtych kropek Freda robiła się czarna. Oprogramowanie dowodzenia
oznaczało zabitego i wysyłało wiadomość do właściwych dowódców drużyn i kompanii w celu napisania listu do rodziny. Podobny wpis pojawiał się na
jego liście zadań.
Wszystko było bardzo eleganckie i dobrze zorganizowane. Całe stulecia
walk w erze elektroniki pomogły w dopracowaniu algorytmów. Fred położył
dłoń na ramieniu młodej kobiety, której pancerz zgłaszał uszkodzenie
kręgosłupa, i ścisnął. Optymistycznie wystawiła kciuki do góry, co było
dla niego niczym uderzenie w splot słoneczny.
- Sir?
Fred podniósł wzrok i zobaczył stojącego na baczność porucznika, swojego
adiutanta.
- Jesteśmy gotowi?
- Tak jest, sir. Może się jeszcze trafić jakiś pojedynczy buntownik, ale
kontrolujemy korytarze stąd do stanowiska dowodzenia.
- Zaprowadźcie mnie tam - polecił.
W zaledwie kilka minut pokonali drogę, na której oczyszczenie marines
potrzebowali wielu godzin. Zespoły do sprzątania po boju wciąż siedziały
w barkach desantowych, czekając na potwierdzenie końca walk. Wzdłuż
korytarzy leżały ciała zabitych przeciwników. Fred przyglądał im się
uważnie. Poza rzucającym się w oczy brakiem odznak SPZ wyglądali tak,
jak się spodziewał. Wysocy, chudzi mężczyźni i kobiety rozerwani
wybuchami lub podziurawieni pociskami z broni ręcznej. Większość była
uzbrojona, ale nie wszyscy.
Skręcili, za rogiem weszli do głównego korytarza i dotarli do barykady,
którą kazał zniszczyć. Leżało przy niej kilkanaście ciał. Niektóre
osłaniały prowizoryczne pancerze, ale większość nosiła zwykłe skafandry
próżniowe. Rakieta z ładunkiem burzącym użyta przez żołnierzy do
zniszczenia barykady rozerwała ich jak przejrzałe winogrona.
Przystosowany do walki w próżni pancerz Freda chronił przed smrodem
wnętrzności, ale zgłosił go w postaci nieco podwyższonego poziomu metanu
w atmosferze. Smród śmierci sprowadzony do punktu danych.
W pobliżu w jednym miejscu zebrano mały stosik broni i prowizorycznych
materiałów wybuchowych.
- W to byli uzbrojeni? - zapytał.
Eskortujący go oficer przytaknął.
- Lekki sprzęt, sir. Cywilny. Większość tego nie dałaby rady nawet
wgnieść naszych pancerzy.
Fred schylił się i podniósł granat ręcznej roboty.
- Rzucali w was bombami, żeby powstrzymać przed zbliżeniem się na tyle,
by było widać, że ich karabiny nie zadziałają.
- I zmusili nas do rozwalenia ich - potwierdził ze śmiechem porucznik. -
Gdybyśmy wiedzieli, że strzelają z takich pukawek, moglibyśmy po prosto
podejść i użyć paralizatorów.
Fred pokręcił głową i odłożył granat.
- Sprowadźcie tu saperów, niech rozbroją te materiały wybuchowe, zanim
przypadkiem się aktywują i kogoś zabiją.
Przyjrzał się zniszczonemu przez wybuch węzłowi aparatury do
podtrzymywania życia. Zginęło już dzisiaj dość niewinnych ludzi,
pomyślał. Wywołał raport o stanie stacji na bieżąco aktualizowany
przez zespół do walki elektronicznej. Dowiedział się o całkowitej
utracie podtrzymywania życia w sekcji, w której się znajdował, oraz w dwóch przyległych. Nieco ponad tysiąc sto osób bez powietrza i zasilania. Za każdymi drzwiami, które widział, mogła się kryć rodzina
dusząca się z braku tlenu i waląca w nieruchome drzwi, bo banda
skretyniałych Pasiarzy zbudowała swoją barykadę właśnie w takim miejscu.
A on zdecydował się ją zniszczyć.
Gdy adiutant wzywał saperów, Fred ruszył w stronę centrum dowodzenia. Po
drodze zobaczył jeszcze kilka ciał Pasiarzy. Próbowali bronić korytarza
nawet po tym, jak jego ludzie zniszczyli pierwszą barykadę, kryjąc się
za prowizorycznymi osłonami i rzucając granaty z domowej roboty
materiałów wybuchowych. Wyraźnie starali się zdobyć więcej czasu, ale na
co? Nie mogło być wątpliwości co do ostatecznego wyniku. Mieli za mało
ludzi i zdecydowanie niedostateczne uzbrojenie. Żołnierze potrzebowali
na zdobycie stacji aż trzech godzin tylko dlatego, że Fred nalegał na
ostrożność. Patrząc na praktycznie nieosłonięte ciała na podłodze,
zrozumiał, że jego ludzie mogli się znaleźć w centrum dowodzenia w połowie tego czasu.
Leżący wokół niego ludzie też musieli o tym wiedzieć. Ci idioci zmusili
nas do zabicia ich.
Porucznik dogonił go w chwili, gdy wchodził do centrum dowodzenia.
Pomieszczenie było pełne trupów, leżało ich tam przynajmniej
dwadzieścia. Choć większość miała na sobie jakieś kombinezony próżniowe,
mężczyzna na środku był ubrany tylko w tani niebieski strój roboczy z logo firmy górniczej na ramieniu. Był cały podziurawiony kulami. W jego
dłoni tkwił małokalibrowy pistolet, przyklejony zasychającą krwią.
- Sądzimy, że to ich lider - poinformował porucznik. - Prowadził jakąś
transmisję. Pozostali walczyli do ostatniego, żeby dać mu więcej czasu.
Próbowaliśmy wziąć go żywcem, ale wyciągnął z kieszeni ten pistolet i...
Fred rozejrzał się po masakrze wokół i poczuł poruszenie w trzewiach.
Trwało tylko chwilę, zastąpione nagłym atakiem furii. Gdyby był sam,
podszedłby do trupa w tanim niebieskim stroju i go skopał. Zamiast tego
tylko zacisnął zęby.
- Co, do cholery, was tak pogięło? - zwrócił się do trupów.
- Sir? - Porucznik wtrącił się, patrząc na stanowisko łączności. -
Wygląda na to, że próbował nadawać aż do ostatniej chwili.
- Pokaż - zażądał Fred.
***
- Na stacji Anderson wykonałem swoją powinność - oświadczył Fred.
- Swoją powinność - powtórzył Dawes. Nie pytał. Nie drwił. Po prostu
powtórzył.
- Tak.
- Czyli wykonywałeś rozkazy - zasugerował Dawes.
- Nawet tego nie próbuj, dupku. Nie zadziałają na mnie te bzdety z Norymbergi. Wykonywałem rozkazy, w ramach których moi przełożeni
polecili mi odbić stację z rąk zajmujących ją terrorystów. Uznałem ten
rozkaz za słuszny i legalny, w związku z czym odpowiadam za wszystko, co
nastąpiło dalej. Zdobyłem stację i zrobiłem to, starając się, po
pierwsze, zminimalizować straty wśród moich ludzi, a po drugie, nie
dopuścić do zniszczenia stacji.
Dawes popatrzył na niego. Niewielkie zmarszczki nie były zbyt widoczne
na tle trądziku. Coś w przewodach zaczęło bulgotać, zasyczało,
zabulgotało ponownie i ucichło.
- Kazano ci coś zrobić. I zrobiłeś to - stwierdził Dawes. - Teraz
twierdzisz, że to nie jest wykonywanie rozkazów?
- To ja wydałem rozkazy - powiedział Fred. - I wszystko, co zrobiłem,
wynikało z tego, że uznałem to za słuszne.
- Dobra.
- Próbujesz mi dać szansę na wymiganie się. Pozwolić mi powiedzieć, że
Pasiarze na stacji Anderson zginęli przez decyzję kogoś wyżej w strukturze dowodzenia. To bzdura.
- A niby czemu miałbym to robić? - zapytał Dawes. Dobry był. Wydawał się
szczerze zaciekawiony.
- Żeby nawiązać porozumienie.
Dawes kiwnął głową, po czym się zmarszczył z bolesnym wyrazem twarzy.
- A potem wrócimy do ruchania czaszki? - zapytał z grymasem.
Fred nie zdołał się powstrzymać od wybuchu śmiechu.
- Nie po to tu przyszedłem, pułkowniku - kontynuował Dawes. - I nie chcę
pana rozpraszać, ale czy to nie działa też w drugą stronę? Nie oddał pan
ani jednego strzału. Nie nacisnął pan spustu ani nie wbił kodu do
wystrzelenia rakiet. Wydał pan rozkazy, a pańscy żołnierze uznali je za
słuszne i legalne.
- Bo tak właśnie było - zapewnił Fred. - Moi ludzie postąpili słusznie.
- Ponieważ pan im tak kazał. Wykonywali pańskie rozkazy.
- Tak.
- Na pańską odpowiedzialność.
- Tak.
Kobieta z wiekowym karabinem znowu zakasłała. Dawes zsunął się na tanią
podłogę, siadając ze skrzyżowanymi nogami. Nawet wtedy był o głowę
wyższy od Freda. W miejscach, które nie były czerwone, jego skóra była
blada, a połączenie krost i niezdarnego, wydłużonego ciała nadawało mu
wygląd nastolatka. Poza oczami.
- No i terroryści - powiedział Dawes.
- Co?
- Ludzie, którzy przejęli stację. Uważa pan, że to oni byli
odpowiedzialni, prawda?
- Tak - potwierdził Fred.
Dawes odetchnął głęboko, pozwalając, by powietrze powoli wypływało
między zębami.
- Zdaje pan sobie sprawę, pułkowniku, że szturm na stację Anderson jest
jedną z najlepiej udokumentowanych operacji wojskowych w dziejach.
Kamery monitoringu wszystko transmitowały. Spędziłem całe miesiące na
oglądaniu tych nagrań. Mógłbym panu opowiedzieć o tym ataku rzeczy,
których nawet pan nie wie.
- Jeśli tak twierdzisz.
- Gdy wybuchła ta barykada, wraz z nią zginęło jedenaście osób. Trzy
kolejne przestały oddychać w ciągu kolejnych dwóch minut, a ostatnia
przeżyła do czasu nadejścia pańskich żołnierzy.
- Nie zabijaliśmy rannych.
- Zabiliście jednego, gdy próbował podnieść pistolet. Jedna kobieta
miała zapadnięte płuco i zadławiła się własną krwią, zanim dotarli do
niej pańscy sanitariusze.
- Chcesz przeprosin?
Uśmiech Dawesa zrobił się chłodniejszy.
- Chcę, żeby pan zrozumiał, że wiem o wszystkim, co działo się na tej
stacji. Znam każdy rozkaz. Każdy pocisk i wiem, z której broni został
wystrzelony. Wiem wszystko o tym ataku, jak cała reszta Pasa. Jest pan
tam sławny.
- To ty spytałeś, co się tam stało - stwierdził Fred, próbując wzruszyć
związanymi, zdrętwiałymi ramionami.
- Nie, pułkowniku. Zapytałem, co stało się z panem.
***
Prywatne biuro generała Jasiry urządzono zgodnie z czyimś wyobrażeniem
na temat brytyjskiego klubu dla gentlemanów. Meble z ciemnego dębu i jeszcze ciemniejszej skóry. Masywne biurko pachnące cytryną i olejem
tungowym. Stojący na nim zestaw do pisania i globus Ziemi wykonano z mosiądzu. Półki były pełne prawdziwych papierowych książek i innych
pamiątek z długiego życia pełnego podróży. Nigdzie nie było widać
urządzenia elektronicznego bardziej zaawansowanego od lampy. Gdyby nie
wynoszące 0,17 g księżycowe ciążenie, nie dałoby się odróżnić tego
pomieszczenia od biura w Londynie na początku XX wieku.
Generał czekał, by Fred odezwał się pierwszy, więc zamiast tego
pułkownik zakręcił whisky w szklaneczce, ciesząc zmysły stukaniem kostek
lodu i ostrym zapachem alkoholu. Wypił whisky jednym łykiem i odstawił
szkło na biurko przed sobą, zapraszając do dolewki. Gdy Jasira nalał
alkohol na kolejne dwa palce, w końcu zrezygnował z czekania.
- Sądzę, że miałeś czas na przejrzenie nagrań transmisji nadawanych
przez terrorystów z Anderson - powiedział.
Fred kiwnął głową. Domyślił się, że to właśnie było powodem zaproszenia
po godzinach. Upił łyk szkockiej, ale nabrała kwaśnego posmaku, więc ją
odstawił.
- Tak jest, sir. Zgodnie z procedurą cały czas ich zagłuszaliśmy, ale
nie wykryliśmy tego przekaźnika kierunkowego, który zostawili...
- Fred... - przerwał mu ze śmiechem Jasira. - To nie dochodzenie. Nie
przyszedłeś tu przepraszać. Naprawdę świetnie się spisaliście,
pułkowniku.
Fred zmarszczył brwi, podniósł szklaneczkę i po chwili odstawił ją
nietkniętą.
- W takim razie pozwolę sobie na szczerość, sir, po co tu przyszedłem?
Jasira odchylił się na oparcie fotela.
- Kilka drobiazgów. Widziałem twój wniosek o wszczęcie śledztwa w sprawie pracy zespołu negocjacyjnego. I odtajnienie transkryptów z negocjacji. Trochę mnie to zaskoczyło.
Mówiąc, Jasira poruszył ramionami, choć w nieznacznym ciążeniu Księżyca
nie mogły być zbyt spięte. Musiał spędzać sporo czasu na planecie i nabrał przyzwyczajeń.
- Sir... - Fred mówił powoli, ostrożnie dobierając słowa. - Z powodu
przekazu, opinia publiczna widziała już relacje z walk. Tego mleka nie
da się zebrać z powrotem do butelki. Jednak wydaje się, że nikt nie chce
rozmawiać o tej wiązce kierunkowej, którą wysłali nam na koniec. My...
- A niby jak ta informacja miałaby cokolwiek zmienić? Wykonaliście swoje
zadanie, żołnierzu. Zespół negocjacyjny wykonał swoje. To wszystko.
- W obecnej sytuacji, sir, ludzie, którzy przejęli Anderson, wydają się
szaleni, a my sprawiamy wrażenie wykonujących egzekucję - odpowiedział
Fred i umilkł, zdając sobie sprawę, że podnosi głos. Opanował się i dodał ciszej: - Musiało dojść do jakiejś pomyłki. Ta druga wiadomość
jednoznacznie sugeruje, że sądzili, że się poddali. Z powodu problemu z porozumieniem zginęło mnóstwo ludzi.
Jasira uśmiechnął się bez śladu humoru.
- Nie bądź dla siebie taki surowy. Prawie nikogo nie straciłeś -
zauważył generał. - W każdym razie wniosek odrzucony. Nie mamy powodu
prowadzić śledztwa w tej sprawie. Nagrania z walk wyszły w świat i tak
się składa, że przemawiają na twoją korzyść. Im prostsza wiadomość, tym
więcej ludzi ją zrozumie: jeśli zabierzecie nam stację, odbijemy ją.
Siłą. Jeśli wmieszamy do tego politykę, sprawa zrobi się mętna.
- Sir. - Z głosu Freda zniknął jakikolwiek ślad ciepła. - W tej akcji
zabiłem stu siedemdziesięciu trzech uzbrojonych powstańców i ponad
tysiąc cywilów. Jest pan winny tym ludziom - jest pan winny mnie -
dowiedzenie, że postąpiliśmy słusznie. A gdybyśmy mogli zapobiec
powtórzeniu takiej sytuacji w przyszłości?
- W przyszłości nic takiego się nie powtórzy - oświadczył generał. -
Właśnie ty się o to postarałeś.
- Sir, z pańskich słów można wnioskować, że to wcale nie była pomyłka.
Kto wydał rozkaz zignorowania poddania się i wysłania mnie do walki? Czy
to pan?
Jasira wzruszył ramionami.
- To nie ma znaczenia. Zrobiłeś to, czego od ciebie chcieliśmy. Nie
zapomnimy o tym.
Fred popatrzył na swoje dłonie. Wstał, odrobinę za szybko, podskakując w niskim ciążeniu, i zasalutował energicznie. Jasira nalał sobie kolejną
szklaneczkę szkockiej i ją wypił, pozwalając Fredowi stać na baczność.
- Czy to wszystko, sir?
Przełożony popatrzył na niego z rezygnacją.
- Dostaniesz Medal Wolności.
Fred stracił czucie w ręce, która opadła bezwładnie z salutu.
- Co takiego? - zdołał wykrztusić.
- Wrócę do studni. Jestem już za stary na wciąganie próżni. Przypną ci
najwyższe odznaczenie marines ONZ, a niedługo później dostaniesz
pierwszą gwiazdkę. Przed końcem roku wylądujesz na stanowisku w dowództwie operacyjnym. Spróbuj wyglądać na zadowolonego.
***
Cisza się przedłużała. Fred usilnie skupiał się na pustym miejscu jakieś
trzy metry przed sobą. Dawes przyglądał mu się przez prawie minutę,
zanim odpuścił.
- No dobra. To może ja zacznę? - zaproponował. - Było tak. Spałeś z kimś
ze swoich marines. I trzymałeś to w tajemnicy, bo byłeś dowódcą, a to
stanowczo zakazane, prawda? Byłeś bardzo ostrożny przy zdobywaniu
stacji, zapewniając niskie straty, ale miałeś pecha i zginęła twoja
kochanka.
Fred utrzymywał kamienny wyraz twarzy. Dawes odchylił się, opierając się
na długiej, chudej ręce jakby odpoczywał pod drzewem w słonecznym parku.
- Nie mogłeś poprosić o zwykłą pomoc psychologiczną, bo to oznaczałoby
ujawnienie związku, a wciąż się go wstydziłeś - kontynuował Dawes. -
Doszło do załamania. Efekt: zacząłeś się włóczyć po barach SPZ w nadziei, że ktoś cię zabije.
Fred nie odpowiedział. Nogi, w których wcześniej stracił czucie, zaczęły
o sobie przypominać bólem. Dawes wyszczerzył się w uśmiechu. Wyglądało
na to, że dobrze się bawi.
- Nie? - zapytał przedstawiciel SPZ. - Ta historia ci się nie podoba?
Dobra. To może tak. Zanim wstąpiłeś do marines, byłeś chłopakiem z problemami. Robiłeś mnóstwo złych rzeczy. Dzikich. Wstąpienie do wojska
cię naprostowało. Zrobiło z ciebie oddanego, prawego i poprawnego gościa
z kręgosłupem moralnym, jakim jesteś do dziś. Jednak nagle pojawia się
transmisja ze stacji Anderson. Grupa ludzi z dawnych lat ogląda przekazy
i ktoś cię rozpoznaje. Wracasz jako bohater, ale jest w tym kropla
dziegciu. Ktoś cię szantażuje za... Hm. Może gwałt? Albo nie. Narkotyki.
Pichciłeś pastylki łaski w pokoju akademika i sprzedawałeś po klubach. A teraz sprawa wyszła na jaw i nastąpiło drobne załamanie. Efekt: zacząłeś
się włóczyć po barach SPZ w nadziei, że ktoś cię zabije.
Dawes pomachał ręką przed oczami Freda.
- Słuchasz mnie, pułkowniku? Ta też nie pasuje? W porządku. Może masz
siostrę, która wydostała się ze studni i straciłeś z nią kontakt...
- Może oszczędzisz trochę pieprzonego powietrza - warknął Fred. - Zrób
to, po co tu przyszedłeś, i będzie spokój.
- Rzecz w tym, pułkowniku, że "czemu" ma znaczenie. Powód zawsze się
liczy. Niezależnie od początku tej historii znam jej zakończenie. Kończy
się właśnie tą rozmową. To ta łatwa część, a sądzę, że szukasz łatwej
drogi.
- Co to ma znaczyć?
Kobieta z karabinem coś powiedziała. Jej pasiarska gwara była zbyt mocno
akcentowana i mówiła za szybko, albo po prostu użyła jakiegoś kodu SPZ,
bo Fred nie zdołał nawet rozbić dźwięków na poszczególne słowa. Dawes
kiwnął głową, wyciągnął z kieszeni ręczny terminal i coś na nim wstukał.
Fred pochylił się, próbując przywrócić przepływ krwi w nogach. Dawes
schował terminal.
- Zmienił się pan, pułkowniku. Po stacji Anderson zmieniło się pańskie
zachowanie. Wcześniej był pan po prostu kolejnym dupkiem z planet
wewnętrznych, którego nie obchodziło, czy Pas będzie żył, czy umrze.
Trzymał się pan swoich baz i wieloetapowych programów pomocy, a także
poziomów stacji, na których ochrona opłacana jest z ziemskich podatków.
A teraz już nie. Mieszkam w Pasie całe życie. Znałem sporo mężczyzn,
którzy chcieli zginąć. Zachowywali się dokładnie tak, jak pan. Kobiety
nie. Jeszcze tego nie rozgryzłem, ale mężczyźni? Nawet jeśli wyjdą na
spacer bez kombinezonu albo łykną kulę, wcześniej zawsze jest ta część.
Ryzyko. Nadzieja, że wszechświat zrobi to za nich. Pójdzie na łatwiznę.
A Pas to bardzo bezwzględne środowisko. Jeśli chcesz zginąć, zwykle
wystarczy być nieostrożnym.
- Gówno mnie obchodzi, co myślisz - warknął Fred. - Mam w dupie, czego
chcesz albo kogo znasz. A te twoje psychologiczne mądrości? Możesz je
sobie popić mleczkiem. Nie podam ci żadnych usprawiedliwień. Wykonałem
swoje zadanie i nie wstydzę się żadnej podjętej decyzji. Mając do
dyspozycji te same informacje, jeszcze raz postąpiłbym tak samo.
- Mając do dyspozycji te same informacje - powtórzył Dawes, mocno
akcentując. - To znaczy, że czegoś się pan dowiedział?
- Pieprz się, Dawes.
- Co takiego, pułkowniku? Jakie informacje zmieniają rzeźnika stacji
Anderson w samobójcę? Co zrobiło z niego tchórza?
***
Stu siedemdziesięciu Pasiarzy okupujących stację Anderson jeszcze nie
podjęło działań ofensywnych. Fred przyglądał się stacji na
podkolorowanym obrazie w podczerwieni.
- Priorytetowa wiadomość z dowództwa operacyjnego, sir, sprawdzona i zweryfikowana - odezwał się oficer wywiadu znad monitora. - Tylko dla
pańskich oczu. Przesyłam na pana konsolę.
Wiadomość zawierała tylko jeden wiersz.
UDZIELAM UPOWAŻNIENIA DO ODBICIA STACJI.
I to wszystko. Koniec trzydziestu siedmiu godzin negocjacji. Dowództwo
Planet Zewnętrznych miało dość czekania i spuszczali psy.
Fred wywołał majora kompanii i wydał rozkaz.
- Wsadźcie ich w stelaże. Będziemy atakować. Ustawić odliczanie na
godzinę.
- Potwierdzam, sir. - Major odpowiedział z większym entuzjazmem, niż
Fred uznał za przyzwoity.
Jedna godzina do ataku na stację. Fred wywołał zespół negocjacyjny na
okręcie dowodzenia.
- Zgłasza się psychologia - odezwał się kapitan Santiago, dowódca
zespołu.
- Kapitanie, tu pułkownik Johnson. Dostaliśmy rozkaz odbicia stacji. Moi
ludzie wkroczą za godzinę. Nie zostało nam nic, czego moglibyśmy
spróbować? Może chociaż modlitwa? Ostrzegaliście ich o ataku?
Nie było powodu niczego ukrywać. Nie dało się ukryć trzech barek
desantowych marines na kursie kolizyjnym.
Cisza z drugiej strony połączenia przeciągała się i Fred prawie dotarł
do punktu, w którym chciał sprawdzić, czy połączenie wciąż jest aktywne,
gdy w końcu otrzymał odpowiedź.
- Czy sprawdza pan moją pracę, pułkowniku?
Fred powoli policzył do dziesięciu.
- Nie, kapitanie. Ale za chwilę wyślę na stację sześciuset marines.
Oprócz stu siedemdziesięciu buntowników jest tam ponad dziesięć tysięcy
cywilów. Wielu z nich może dzisiaj zginąć. Chcę się tylko upewnić, że
wyczerpaliśmy wszystkie inne możliwości, zanim zdecydujemy się...
- Sir, mam swoje rozkazy, tak samo jak pan. Zrobiliśmy, co mogliśmy, ale
zespół psychologiczny składa broń. Pańska kolej.
- Czy jestem jedyną osobą twierdzącą, że to nie ma żadnego sensu? -
zapytał Fred. - Twierdzą, że przejęli stację z powodu trzyprocentowego
narzutu za transfer towaru? Przecież już wyrzucili przez pieprzoną śluzę
administratora, który to wymyślił. Doprowadzenie do walki nic im nie da.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki