Rozdział 4
- Widzę na wyświetlaczu, że Grupa Dziewiąta wylądowała. - W słuchawkach rozbrzmiał znajomy, chrapliwy głos primusa Gravesa. - Legioniści, proszę udać się do wind ekspresowych i zjechać do podziemi. Trwają tam eksperymenty, do których potrzeba świeżych ochotników.
Wszyscy jęknęli w tej samej chwili. Cała nasza szóstka poczuła w żołądku ciężar rozczarowania. Przynajmniej Harris i ja zostaliśmy ostrzeżeni wcześniej. Pozostali nie.
- Gówniana sprawa - przerwał milczenie Carlos. - Znam smak każdego gówna w Galaktyce i mówię wam, że to jest wyjątkowo paskudne. Wspomnicie moje słowa.
Harris wyjątkowo nie kazał mu się zamknąć. Carlos zauważył brak reakcji adiunkta i obrzucił Harrisa podejrzliwym spojrzeniem.
- Nie jesteś zaskoczony? - zapytał ostro. - Ty wiesz, co nas czeka!
- Nic nie wiem, specjalisto - odwarknął tamten. - Po prostu słyszałem, że to będzie chujowy przydział. Ale czy wszystkie takie nie są?
Carlos był naszym biosem, czyli mógł robić za medyka. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że nasza mała grupka stanowi pełnoprawny oddział bojowy. Mieliśmy Kivi w roli techniczki, Ortiza jako biosa, Harris i ja dowodziliśmy, a Sargon był doświadczonym specem od ciężkiego uzbrojenia. Wystarczyło uzupełnić pluton zwykłymi szeregowcami.
Czy to mógł być przypadek? Raczej nie. Primus Graves nie fatygowałby się aż do dystryktu Georgii, żeby przeprosić za coś, co było dziełem przypadku.
Jak on nas nazwał? Grupa Dziewiąta? Jak się nad zastanowić, brzmiało niepokojąco. Nie przypominało wojskowych kryptonimów, tylko raczej nazwę naprędce wymyśloną przez nerda dla zespołu pechowych szczurów laboratoryjnych.
Przemierzyliśmy lądowisko i podeszliśmy do wind. Zatrzymali nas strażnicy. Przeszukali nas dokładnie i dopiero wtedy wpuścili do samej Centrali.
Winda pisnęła i otworzyły się drzwi. Metalowa skrzynia, która miała nas zabrać głęboko pod ziemię, była inna niż zwykłe windy - większa, brudniejsza i skąpo oświetlona.
Już wcześniej odwiedzałem podziemia Centrali. Wiedziałem, że zjedziemy ponad pięćset pięter w dół, na tyle głęboko, że odczujemy wyższą temperaturę bijącą z wnętrza Ziemi.
Kiedy wchodziliśmy do środka, Winslade stanął z boku i skrzyżował ręce na piersi. Położyłem mu dłoń na ramieniu. Popatrzył na nią z niechęcią.
- Łapy przy sobie.
- Winslade - syknąłem cicho - jeśli okaże się, że wysyłasz nas w podróż w jedną stronę do spalarni śmieci, wiesz, co zrobię?
- Przeprosisz?
- Co? - zdziwiłem się.
- Jadę z wami, debilu! Odsuń się!
Wszedł do windy, wcisnął ostatni przycisk i znowu skrzyżował ręce na piersi. Harris i ja wymieniliśmy zaskoczone spojrzenia. Choć żaden z nas nie lubił Winslade'a, świadomość, że jedzie z nami, o dziwo, podziałała uspokajająco.
- Przykro mi, primusie - powiedziałem.
- Będzie ci bardziej przykro, kiedy napiszę o tobie specjalną notatkę w następnym raporcie.
Od teraz trzymałem gębę na kłódkę. Choć od dawna ze sobą walczyliśmy, tym razem chyba przegiąłem. W końcu był starszy stopniem - wprawdzie tylko o jeden szczebel, ale tyle wystarczyło.
Łączyła nas dziwna relacja, choć to samo mogło o sobie powiedzieć wiele osób z Varusa. Wśród legionistów stopień się liczył, ale nie był wszystkim. Podejrzewałem, że ma to związek z długą służbą i trudnymi misjami.
Winda wreszcie ruszyła, wydając jednostajny pomruk i zgrzytając od czasu do czasu. Gdy zjeżdżaliśmy coraz niżej, strzelało nam w uszach. Nikt się nie odzywał.
- Yy, sir? - po jakimś czasie Harris zwrócił się do Winslade'a.
- O co chodzi tym razem?
- Jeśli mamy wziąć udział w jakiejś eksperymentalnej operacji, to... no cóż, zaczynam myśleć, że pójdą w ruch skafandry teleportacyjne.
Pomysł Harrisa dał mi do myślenia. Misja dla skoczków teleportacyjnych? Nie znosiłem tego. Wykonałem kilka takich zadań i rzadko były tak zabawne, jak mogło się wydawać.
- Chociaż, z drugiej strony - dumał dalej Harris - jakoś mi tu nie pasuje misja ze skafandrami.
- Czemu? - zapytał Winslade. - Do rzeczy.
Odniosłem wrażenie, że jest podenerwowany.
- No bo... - zaczął z ociąganiem Harris - bez urazy, ale czemu miałby pan iść z nami? Na akcji komandosów nie potrzeba primusa.
- A kto powiedział, że idziemy na akcję przy użyciu skafandrów?
Postanowiłem się wreszcie odezwać. Taka moja natura, że nie umiem długo usiedzieć cicho.
- Harris ma rację. Ta sprawa śmierdzi nawet jak na standardy Legionu Varus. Jeśli coś wiesz, Winslade, proponuję zacząć mówić. Nie urodziliśmy się wczoraj. Znajdujemy się setki metrów pod ziemią i zjeżdżamy jeszcze głębiej. Przecież nikomu nie powiemy.
Winslade omiótł wzrokiem twarze ludzi wpatrzonych w niego z wyczekiwaniem.
- Prawda jest taka, że nie wiem, o co tu chodzi. Przyznaję, że przewyższam wszystkich stopniem, ale mnie też nic nie powiedzieli.
- I nawet nie wiesz, czemu przysłali akurat ciebie? - nie dawałem za wygraną. - Rozumiem, dlaczego wybrali pozostałych. Każdy ma swoją funkcję w oddziale. Ale ty? Jesteś urodzonym sztabowcem. Bez urazy.
- Nie czuję się urażony - Winslade wypowiedział każde słowo powoli i z rozgoryczeniem. - Ale nie, nie mam pojęcia, czemu ktoś uznał, że powinienem wziąć w tym udział. Zdaje się, że wspomniano o wadze... Albo o równowadze. Coś w tym stylu.
Wymieniliśmy skonsternowane spojrzenia. Odezwała się Kivi, nasza techniczka.
- Czy mogło chodzić o wyporność? Bo to pasowałoby do hipotezy z teleportacją.
- Może i tak, ale... - zaczął Harris, ale urwał, bo w tym momencie winda pisnęła.
Patrzyliśmy wyczekująco na drzwi, ale one nie zamierzały się otworzyć. Odczekaliśmy w napięciu jeszcze kilka sekund. Nic z tego.
- Coś jest nie tak - stwierdziła Kivi.
Przesunąłem wzrok na panel sterujący, a później na kontrolki.
- Napisane, że jesteśmy na miejscu. Ale czemu się nie otwierają?
- Może to część testu - zasugerował Sargon. - Mam je wyważyć, centurionie?
- Nie - odparł szybko primus Winslade. - Powstrzymajmy się od niszczenia mienia państwowego jak zgraja małp, dobrze? Techniczka, proszę sprawdzić panel sterujący.
Kivi podeszła do panelu, dotknęła go przedramieniem, po czym sprawdziła stuka i z zaskoczeniem nabrała powietrza.
- Co jest? - zapytał niecierpliwie Winslade.
- Sprawdźcie swoje stuki - powiedziała gorączkowo. - Wszyscy.
Posłuchaliśmy. U każdego mrugała ta sama żółta ikona z piorunem. Byliśmy odcięci od sieci.
- Czy to z powodu głębokości? - zapytał Carlos.
- No nie wiem - odparła Kivi. - Po drodze powinny być rozmieszczone przekaźniki sygnału. James? Co pamiętasz z ostatniej wizyty tu na dole?
Popatrzyłem na nią tępo.
- Yy... To było dawno. Ale nie przypominam sobie problemów ze stukiem.
- Już nas dymają - zawyrokował z przekonaniem Carlos. - Bez łączności nie można wezwać pomocy. Założę się, że prośba o wskrzeszenie też nie dotrze.
- Techniczka, otwórz ten panel i napraw to - rozkazał Winslade.
Kivi wyciągnęła przenośny komputer i podłączyła się do układów windy. Tymczasem Sargon spojrzał na mnie wymownie. Wiedziałem, co sobie pomyślał: w razie czego dowodzę ja czy Winslade? On był starszy stopniem, ale ja miałem doświadczenie bojowe. Gdyby w sekretnych podziemiach Centrali naprawdę działo się coś złego, to ja byłem odpowiednią osobą, żeby się z tym uporać.
Zbyłem niewypowiedziane pytanie Sargona wzruszeniem ramion. Nie miałem powodu, żeby odebrać dowodzenie Winslade'owi. Przynajmniej na razie.
Kivi odwróciła się do nas ze zmartwioną miną. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie zdążyła złożyć meldunku - bo w tym momencie coś wielkiego i ciężkiego staranowało drzwi od zewnątrz.
Rozległ się huk uderzenia, a metal wgiął się do środka, tworząc długą na metr linię wypukłej stali. Usłyszeliśmy dobiegający spoza windy łomot - coś jak masywne stopy szybko przemieszczającej się istoty - potem jakby stęknięcie albo szczeknięcie.
- Tam coś jest! - krzyknęła Kivi, odskakując jak najdalej od drzwi.
- Tak myślisz? - zapytał Carlos. - Wracaj do panelu. Zabierz nas dwa piętra w górę!
- Zaczekajcie - powiedziałem. - Może to jest eksperyment, o którym wspomniał Graves.
- No tak, racja - mruknął Carlos. - Na pewno. I jestem równie pewny, że coś zjebali.
- Szkoda, że nie mamy broni - stwierdził Winslade, dysząc ciężko.
Strzeliłem oczami w stronę pozostałych. Odpowiedziały mi zacięte spojrzenia.
Znów rozległ się huk, drzwi wgięły się jeszcze bardziej. Tym razem linia była mniej wypukła, ale w połączeniu z poprzednią uformowała ledwo widoczny X.
Skinąłem na swoich ludzi.
- Dobra, wyciągajcie wszystko, co macie - zarządziłem. - Nikt się nie dowie.
Wszyscy członkowie Varusa, nie licząc Winslade'a, wyjęli broń. To leżało w naszej naturze, żeby zawsze mieć przy sobie jakieś niebezpieczne narzędzie. Ja na przykład wyciągnąłem ukrytą w bucie brzytwę, a Kivi wytrzasnęła skądś różdżkę, po której z trzaskiem przeskakiwały niebieskie iskierki.
- Emituje sygnał elektromagnetyczny czy razi prądem? - zapytałem.
- I jedno, i drugie - odparła z przebiegłym uśmiechem. - Sama ją zaprojektowałam tak, żeby zmieściła się w kosmetyczce.
- Świetnie. - Winslade z aprobatą oglądał naszą broń. Każdy miał jakieś ostrze, pałkę ogłuszającą albo inne groźne narzędzie. Przeniósł wzrok na Carlosa i zmarszczył brwi. - Co to jest? - zapytał, wskazując na długi, błyszczący drut w rękach biosa.
- Nić dentystyczna - powiedział Carlos. - Może wyczyścić panu ząbki?
- To nie będzie...
Znów rozległ się huk. Tym razem drzwi nie wytrzymały. Do wnętrza kabiny wcisnęła się ogromna głowa. Kivi, która była najbliżej panelu sterującego, krzyknęła i upadła.
- To bydlak! - wrzasnął zdumiony Harris. - Skąd tu się wziął sauriański bydlak?
Ogromny łeb szarpał się we wszystkie strony, próbując kogoś ugryźć. Odskoczyliśmy pod przeciwległą ścianę, jak najdalej od niego. Kivi próbowała kopnąć jaszczura w pysk, ale ten chwycił jej but, zerwał go z nogi i zaczął przeżuwać z wielkim entuzjazmem.
A potem zabrał łeb i zniknął nam z oczu.
Dyszeliśmy ciężko, przyciśnięci do ściany windy.
- Co tu się odkurwia?! - wykrzyknął Harris.
- Ja się chyba domyślam - powiedział Carlos. - Umieścili w podziemiach bydlaka, żeby nas zaskoczył. Może im uciekł, a może za długo zwlekaliśmy z wyjściem z windy, więc się zniecierpliwił i sam przyszedł.
- Musimy stąd wyjść - uznałem. - Jeśli zdołamy przedostać się do kabiny w sąsiednim szybie, może uda się wrócić na górę.
- Jebać twój plan - warknął Harris. - Jesteśmy uzbrojeni w noże i patyki. Skurwiel zeżre każdego, kto wyściubi nos na zewnątrz.
- W takim razie co proponujesz, adiunkcie?
Harris uniósł wzrok ku sufitowi.
- Tam na górze jest właz, pewnie serwisowy. Ktoś mógłby się tam wspiąć i...
- Doskonała sugestia - przytaknął Winslade. - Kivi, jako najlżejsza osoba w oddziale...
- Żartuje pan sobie? - przerwała mu. - Pan waży tyle samo co ja, primusie. I podejrzewam, że ma więcej siły w rękach.
- Nie byłbym tego taki pewny - zarechotał Carlos.
Winslade rzucił mu mordercze spojrzenie.
- W porządku. Pójdę pierwszy i sprawdzę, co da się zrobić. Jeśli dotrzemy do sąsiedniej windy, być może...
Sauriański bydlak najwyraźniej znudził się czekaniem. Znowu wepchnął łeb do środka, kłapiąc wielką paszczą. Drapał przednimi łapami po metalu, który więził jego szyję.
- Nie pozwólcie, żeby wcisnął się głębiej! - krzyknąłem. - Atakujcie! Celujcie w oczy!
Zamachnąłem się na bydlaka brzytwą, a Kivi elektryczną pałką. Jaszczur rzucał łbem na boki, wsuwając barki odrobinę dalej i tnąc powietrze długimi na dziesięć centymetrów kłami. Trafiłem w górną wargę i rozciąłem ją. Kivi poraziła nozdrze potwora. Dał się słyszeć trzask elektryczności.
Gad zrobił wielkie oczy i skupił wzrok na Kivi. Wydał ogłuszający ryk, a potem znów wyciągnął łeb z windy.
- Teraz uwziął się na ciebie, dziewczyno - powiedziałem.
- Chyba tak - zgodziła się.
Przez następną minutę dyszeliśmy ciężko i tępo patrzyliśmy w przestrzeń, skuleni po kątach kabiny. Na zewnątrz panowała cisza.
- Niech ktoś sprawdzi tę dziurę - odezwał się Winslade. - Zobaczcie, czy potwór nadal krąży po korytarzu.
- Ktoś? - powtórzył Carlos.
Winslade spojrzał na niego.
- Ach, racja. W tej grupie nikt nigdy nie zgłasza się na ochotnika. Ty to zrobisz - powiedział, wskazując na Ortiza.
- Czemu ja?
- Bo jesteś bezużyteczny - warknął Harris - i przyniosłeś nić dentystyczną na walkę z dinozaurem.
- Dobra, już idę - mruknął Carlos.
Ostrożnie podczołgał się do rozerwanych drzwi windy, wysunął rękę przez otwór i szybko ją zabrał. Z uśmiechem obejrzał dłoń.
- Palce nadal w komplecie.
- Wyjdź na zewnątrz i zdaj raport, specjalisto! - ponaglił go Winslade.
Carlos wziął głęboki wdech i wysunął głowę na zewnątrz. Rozejrzał się pospiesznie w obie strony i wycofał. Miałem wrażenie, że siedząca obok mnie Kivi odetchnęła z ulgą. Może nadal trochę obchodził ją los Carlosa.
- Nic nie widać - szepnął bios. - Wygląda na to, że teren czysty.
- Winslade? - odezwałem się. - Teraz albo nigdy.
- Fakt. Podsadź mnie, Sargon.
Winslade ruszał się z gracją. Winda towarowa była wyższa niż zwykła, ale gdy Harris podniósł jedną nogę primusa, a Sargon drugą, Winslade zdołał się podciągnąć i wyjść z kabiny.
- Pewnie ucieknie i zostawi nas tutaj - mruknął ściszonym głosem Carlos. - Wiecie o tym, prawda?
Nikt nie odpowiedział. Pewnie każdemu przeszła przez myśl taka ewentualność.
Przez otwarty właz serwisowy słyszeliśmy stękanie i szuranie Winslade'a.
- Co tam widać, primusie? - zawołał Harris.
- Mnóstwo kabli, brudu i smaru! - odkrzyknął. - Chwileczkę... Tak, widzę obok drugą kabinę. Jej górny właz jest otwarty. Chyba dam radę się przecisnąć do drugiego szybu, ale jeśli teraz któraś z wind ruszy, już po mnie.
- To byłaby wielka strata, sir - zawołałem. - Ale tak jakby kończy nam się czas i...
- Wiem, wiem.
Usłyszeliśmy, jak stęka z wysiłku.
- Jest na drugiej kabinie - powiedział Carlos. - Na pewno.
W tym momencie dał się słyszeć cichy głos Winslade'a:
- O nie...
- Coś nie tak, primusie? - zawołałem.
- Jestem na dachu drugiej windy, ale obawiam się, że ona na nic się nam nie przyda! - odkrzyknął.
- Czemu? - zapytał głośno Harris.
- Bo jest pełna martwych legionistów. Co więcej, mają naszywki ze smoczą głową. Żołnierze z Victrix. Biedne dranie.
Spojrzeliśmy na siebie ze zdumieniem.
- A nie mówiłem? - zapytał Carlos. - Mówiłem, tak czy nie? To wszystko jest popierdolone. Robimy za króliki doświadczalne. Martwe króliki doświadczalne!
- Pewnie masz rację - odpowiedziałem - ale ja nie zamierzam się poddać. Jakoś nie mam ochoty zginąć w paszczy dinozaura. Ktoś jest chętny zadławić potwora własnym ciałem? Ta strategia świetnie zadziałała w przypadku Victrix.
Nikt nie zgłosił się na ochotnika.
- No i dobrze. Bydlaki są durne. My bądźmy sprytniejsi. Jak możemy przetrwać?
Kivi odezwała się jako pierwsza.
- Potrzebujemy lepszej broni. Jeśli grupa w sąsiedniej windzie zginęła, to znaczy, że skurczybyk w końcu wcisnął się do środka i ich zabił.
- Primusie? - zawołałem w kierunku włazu. - Jest tam coś ciekawego oprócz trupów?
- Tak! - odpowiedział. - Pomyślałem o tym już wcześniej, McGill. Przy jednym znalazłem pistolet. Przetestuję go.
- Świetnie. Tylko ostrożnie!
Pozostali wymienili spojrzenia. Kivi popatrzyła na mnie krzywo.
- Niepotrzebnie go zachęcasz. Jaszczur go zabije.
- I co z tego? - wtrącił się Carlos. - Jak dotąd był przydatny jak dzika świnia z cyckami.
- Zamknijcie się - syknąłem. - Sargon, stań przy otworze w drzwiach.
- Po co?
- Na wypadek gdyby Winslade nie dał rady wrócić przez włazy. Może będzie musiał pójść dołem...
W tym momencie usłyszeliśmy tupanie i ciężki oddech. Dochodził z drugiej strony drzwi.
- Sargon, przygotuj się, żeby go wciągnąć!
On stanął po jednej stronie otworu, a ja po drugiej. Do środka wsunęły się ręce Winslade'a. Złapaliśmy go i zaczęliśmy ciągnąć. Upuścił pistolet laserowy, który przyniósł z sąsiedniej kabiny. Broń z grzechotem upadła na podłogę.
Wciągaliśmy Winslade'a do środka, ale niestety, zaklinował się w okolicy pasa. Sargon napinał mięśnie ze wszystkich sił. Miałem wrażenie, że zaraz rozerwie primusa na pół.
- Zaczekaj, pokaleczysz go o metal - powiedziałem.
- Właśnie, durny klocu - syknął Winslade. - Po prostu zaczepiłem o coś stopą. Zdejmę but i...
Nagle słowa zmieniły się w krzyk przerażenia. Odwrócił głowę i spojrzał na zewnątrz przez szczelinę w drzwiach. Rozległ się basowy, chrapliwy pomruk, który na pewno nie wydobywał się z ludzkiego gardła.
Bydlak wrócił.
- Wciągnijcie mnie! - zawył Winslade. - Wciągnijcie!
Więc ciągnęliśmy, i to mocno - ale jaszczur trzymał Winslade'a za nogi. Primus wsunął się kawałek do środka, choć ostre krawędzie poraniły mu brzuch i żebra. Ubrania miał w strzępach, zaczęła cieknąć krew.
Nagle stwór szarpnął go do tyłu z niesamowitą siłą. Sargon i ja prawie straciliśmy równowagę. Winslade wytrzeszczył oczy z bólu i przerażenia. Był w stanie szoku, może nawet agonii. Przyszło mi na myśl, że w historii Ziemi w ten sam sposób zginęły miliardy stworzeń - pożarte żywcem przez coś wielkiego, uzbrojonego w masywne szczęki. W przeszłości nawet ludzie nie zawsze unikali tego losu.
Stękając i wrzeszcząc z wysiłku, ciągnęliśmy go za chude ramiona. Poczułem, że wyłamałem mu rękę ze stawu, ale mimo wszystko nie puściłem. Nie miałem ochoty pozwolić, żeby bydlak zjadł kogoś z nas. Nie tym razem.
Wreszcie jaszczur chyba się poddał, a przynajmniej tak mi się wydawało. Winslade wyskoczył z otworu jak korek z butelki. Sargon i ja straciliśmy równowagę i upadliśmy na plecy.
Kivi z jakiegoś powodu zaczęła wrzeszczeć. Nie rozumiałem czemu. Byłem zadowolony, w końcu wygraliśmy.
Winslade też wyglądał na zadowolonego. Uśmiechnął się do mnie, odsłaniając zakrwawione zęby.
- Dzięki, McGill - wykrztusił słabym głosem.
Po tych słowach stracił przytomność, a ja dopiero wtedy zauważyłem, że wciągnęliśmy do windy tylko połowę Winslade'a. Druga połowa została na korytarzu, gdzie łapczywie pożerał ją ogromny gad.