Rozdział 1
Jeśli się nad tym zastanowić, wszyscy żyjemy na kulach błota. Na skalistych planetach okrążających względnie stabilne gwiazdy w wąskim paśmie ekosfery, gdzie ciekła woda ma szansę istnieć na powierzchni.
To akurat łączy nas wszystkich - każdą istotę zamieszkującą tę czy inną wyspę na niebie. Gdy ktoś odwiedził wystarczająco wiele nowych światów i dobrze poznał kilka z nich, zaciera się dla niego granica między obcym a swojskim. Myślę, że większość ludzi, którzy podróżowali wśród gwiazd, po powrocie zaczyna zastanawiać się nad swoim miejscem w przepastnej pustce kosmosu.
Siedząc wieczorem na werandzie domu rodziców w Waycross w dystrykcie Georgii, miałem głowę pełną takich myśli. Na ciemniejącym niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy, skłaniając mnie do przemyśleń. To nie było w moim stylu. Większość czasu między misjami spędzałem, pijąc, naprawiając rozpadające się budynki gospodarskie i próbując szczęścia z co ładniejszymi mieszkankami Waycross. Jednak tej nocy czułem się inaczej. Lepiej. Kiedy przeteleportowałem moją mamę i córkę Ettę ze Świata Pyłu, dotarło do mnie, że po raz pierwszy zgromadziłem całą rodzinę w jednym miejscu.
Przez jakiś czas ta bliskość była dla mnie źródłem czystej radości. Nawet Della, matka Etty, co jakiś czas wpadała, żeby sprawdzić, co słychać u dziewczynki. Nie nazwałbym tego może instynktem macierzyńskim, bo Della nie należała do osób, które pragną, że tak powiem, uwić sobie gniazdko. Miała silny instynkt przetrwania, ale w relacjach społecznych czuła się nieswojo.
Mojej mamie zachowanie Delli zawsze wydawało się dziwaczne. Stawiała sobie za punkt honoru, aby otoczyć Ettę opieką i poświęcać jej mnóstwo uwagi. Rzecz w tym, że Etta tak naprawdę tego nie chciała. Była córką moją i dzikiej kobiety ze Świata Pyłu. Trudno powiedzieć, czy odziedziczyła osobowość po którymś z nas, czy może za jej niezależność odpowiadało szorstkie wychowanie na nieprzyjaznej planecie. To bez znaczenia. W każdym razie wolała spędzać czas, uganiając się po podmokłych lasach za szopą, w której nocowałem.
- James? - zagadnęła mnie mama pewnego parnego kwietniowego wieczoru. - Jak my ją w przyszłym roku wyślemy do szkoły?
- Yyy... - Podrapałem się po głowie. - Chyba mądrzej byłoby nie próbować. Obciążyliby nas karą za uszkodzenie własności publicznej. Albo nawet za uszczerbek na zdrowiu. Chyba trzeba złożyć wniosek o nauczanie domowe.
Mama zbladła na tę myśl, ale nie protestowała, tylko westchnęła. Wiedziała, że mam rację.
Zrobiło mi się przykro. Etta miała w domu rodziców własny pokoik, cały pomalowany na różowo. Dostała lalki w nanitowych ubrankach oraz sukienki tak śliczne, że nawet nauczycielka w szkółce niedzielnej byłaby pod wrażeniem. Tyle że Etta miała to wszystko gdzieś.
- Co ona robi całymi dniami na tym bagnie? - zapytała mama.
- No cóż... - odpowiedziałem z ociąganiem. - Chyba poszerza swoją kolekcję kości.
Etta była zafascynowana kośćmi. Znajdowała je wszędzie, często nawet wykopywała patykiem albo innym improwizowanym narzędziem. To dość nietypowe hobby u dziewięcioletniej dziewczynki.
- Pewnego dnia wyrośnie z niej mądra kobieta, synku - powiedziała mama, robiąc dobrą minę do złej gry. - A przynajmniej tak sobie powtarzam. Zostanie archeologiem albo kimś takim.
- Może wdała się w dziadka. Oczywiście ze strony matki. On jest najbardziej szanowanym naukowcem na Świecie Pyłu.
- Badacz? - Próbowała się nie wzdrygnąć. - Tak, spotkałam go kilka razy, kiedy tam mieszkałam. Upiorny człowiek.
Uznałem, że lepiej nie przytakiwać, choć w pełni się z nią zgadzałem. Pewnego razu - gdy Della mnie zabiła - przeprowadził na mnie sekcję zwłok. Nigdy nie zapomnę zapachu i widoku własnego nagiego trupa na blacie stołu.
- Po prostu czuję, że mamy bardzo mało czasu, żeby cieszyć się wspólnymi chwilami - dodała mama. - A kiedy już czas się znajdzie, wychodzi inaczej, niżbym sobie życzyła. No nic, idę robić kolację. Etta przyjdzie o zmierzchu, głodna jak wilk, jak zawsze.
Ton jej głosu sprawił, że zmarszczyłem brwi i przyjrzałem jej się uważniej.
- Ale chyba nie żałujesz, że z nami mieszkasz, mamo? - zapytałem. - Wydajesz się nieszczęśliwa.
- Nie, nie, bardzo się cieszę, że jesteście tu ze mną oboje. Bardziej, niż ci się wydaje.
Weszła do środka, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie.
Po paru chwilach wyszedł do mnie tato. Miał strasznie ponurą minę. Wreszcie zacząłem rozumieć, że coś jest bardzo nie tak.
- Niech zgadnę - powiedziałem, gdy wcisnął mi w dłoń zimną butelkę piwa. - Chodzi o emigrację. Złamaliście warunki kontraktu i teraz uprzykrzają wam życie.
Lekko skinął głową.
- Prawdę mówiąc, między innymi o to chodzi - przyznał.
- Cholerne gryzipiórki! - warknąłem. - Transport z powrotem nic ich nie kosztował, ale i tak obciążyli mamę kosztami podróży, prawda?
- W pewnym sensie. Twoja matka podpisała zobowiązanie emigracyjne, pamiętasz? Obniżyli cenę lotu na Świat Pyłu, ale tylko pod warunkiem, że nigdy nie wróci. A ty sprowadziłeś ją z powrotem.
- Więc to moja wina? Mam ukraść kolejny skafander teleportacyjny i odesłać ją w kosmos?
- Tylko nie to - zaśmiał się. - Nie przejmuj się. Spłacimy karę i jakoś sobie poradzimy. Nie chcemy cię obarczać naszymi problemami. Właściwie to obiecałem mamie, że nic ci nie powiem.
Patrzyłem na niego przez chwilę.
- No ale powiedziałeś. Rozumiem i chcę wam pomóc. Od teraz będę wam płacił dwa razy więcej za wynajem szopy.
Trochę się ożywił.
- To bardzo hojnie z twojej strony.
- Tyle że to nie wystarczy, mam rację? - zapytałem podejrzliwie. - Co się dzieje, ale tak naprawdę? Wieprze grożą, że wsadzą was do więzienia za powrót na Ziemię?
- Nie... ale przepadła nasza Polisa Hegemonii.
- Co? Ubezpieczenie zdrowotne? No, ale chyba nadal możecie płacić z własnej kieszeni?
Wzruszył ramionami.
- Nie mówmy o tym.
Dopiłem piwo, oglądając znikającą na zachodzie pomarańczową łunę. Mniej więcej wtedy, gdy mój niepokój zaczął narastać, a komary dobrały się do moich odsłoniętych przedramion, zjawiła się Etta. Z początku była tylko cieniem, który wyłonił się zza szopy. Podeszła do domu, kiedy zawołałem, że już pora na kolację.
Tato spojrzał na nią i wybuchł śmiechem.
- Etta? - zapytał z niedowierzaniem. - Czy ty specjalnie wymazałaś się błotem?
- Tak - odparła. - Tutejsze owady gryzą.
- To prawda - przytaknąłem - ale nie możesz wejść do domu, wyglądając jak potwór z bagien. Weź wąż ogrodowy i się opłucz. Tylko nie nachlap na okna.
Kiedy się umyła, obejrzeliśmy i pochwaliliśmy jej najnowsze znaleziska.
- Czy to czaszka psa? - zapytał tato z lekką odrazą.
- Nie. To się chyba nazywa "lis".
Spojrzałem na nią z namysłem.
- Dość rzadkie zwierzę w tutejszych lasach. Na pewno nie pomogłaś temu lisowi rozstać się z życiem?
Wyprostowała się, oburzona.
- To nie byłoby to samo. Sam popatrz na ślady na żuchwie. Leżała w bagnie od lat.
Obejrzeliśmy czaszkę i obaj musieliśmy przyznać, że dziewczynka ma rację.
- Co z nią zrobisz? - zapytał ojciec.
- Myślałam, żeby go zrekonstruować. I może ustawić szkielet w ciekawej pozycji.
- Tiaaa... - powiedział tato.
Etta, podobnie jak Della, nie rozumiała, czemu Ziemianie uważali kości i zwłoki za obrzydliwe. Chyba nawet nie zauważyła, że dziadek podchodzi z dystansem do jej zainteresowań. Była tak zafascynowana swoją kolekcją, że nawet nie przyszło jej do głowy, że komuś mogłaby ona przeszkadzać.
Rzuciłem ręcznik na kupkę jej mokrych ubrań, a potem zaprowadziłem córkę do domu.
Zjedliśmy kolację i wszystko wydawało się w porządku. Jasne, mama mało się odzywała, a tato wyglądał na pogrążonego w myślach, ale powtarzali z uporem, że nic się nie dzieje, więc nie pozwoliłem, żeby udzielił mi się ich nastrój.
Dopiero rano sprawy przybrały zły obrót.
O świcie poczułem dotyk drobnej dłoni, która potrząsała mnie za ramię.
To może wydawać się normalne, ale dla mnie było dziwne. Nikomu nie udało się wejść do mojej szopy tak, żebym się nie obudził. No, prawie nikomu. Claver tego dokonał, ale on się teleportował. Della też się tu zakradła, ale złapałem ją, zanim zdążyła mnie tknąć.
Jako człowiek, który ostatnią dekadę spędził zabijany i wskrzeszany na nowo, wyrobiłem sobie szósty zmysł, silnie wyczulony na zagrożenia. Nawet we śnie nigdy nie opuszczałem gardy. Część mózgu zawsze pozostawała czujna.
Dlatego gdy tylko poczułem dotyk, zerwałem się z kanapy i wyciągnąłem nóż bojowy.
- Cicho, to ja - powiedziała Etta.
Zmrużyłem oczy i opuściłem broń.
- Już ci mówiłem, dziewczyno, żebyś się do mnie nie zakradała. To niezdrowe, dla ciebie i wszystkich dookoła.
Jak zwykle nie słuchała. Stała przy oknie i wyglądała przez szczelinę między framugą a zasłoną.
- Co się dzieje? - zapytałem.
- Przed domem są jacyś ludzie. Wymknęłam się przez okno i poszłam po ciebie. Źle zrobiłam? Miałam z nimi sama walczyć?
- O czym ty, do cholery...?
Nachyliłem się obok niej i też wyjrzałem na zewnątrz. Etta miała rację - na podjeździe stał biały samochód latający. Tego rodzaju maszyny były drogie i stanowiły rzadki widok w Waycross. Ciężarówka rodziców kosztowała może jeden procent wartości takiego cacka prosto z salonu.
- Nawet nie słyszałem, jak lądowali - powiedziałem.
- Musisz uciekać - odparła z poważną miną. - Poprowadzę cię. Mam w lesie kilka kryjówek. Zaczekamy, aż odlecą.
- Zakładasz, że przyszli po mnie?
Wzruszyła ramionami.
- Czy oni zawsze nie przychodzą po ciebie?
Faktycznie, zwykle tak właśnie było. Jako jedyny w tej rodzinie miałem w zwyczaju załazić za skórę stróżom prawa, choć podejrzewałem, że w przyszłości Etta nabierze podobnych nawyków.
- Tamten symbol oznacza, że są z Hegemonii - powiedziałem, wskazując umieszczony na drzwiach niebiesko-zielony znak ze stylizowaną Ziemią. - Władze lokalne, może dystryktu, albo nawet sektora.
- Czego chcą?
Westchnąłem, włożyłem koszulę i schowałem nóż.
- Pora się dowiedzieć.
Ruszyłem w kierunku auta najkrótszą drogą od szopy. Próbowałem ochłonąć. Nie miałem powodu zakładać, że te wieprze zagrożą mojej rodzinie. A jednak po licznych złych doświadczeniach z tego rodzaju urzędnikami tlił się we mnie niepowstrzymany gniew. Stawiając kroki, mówiłem sobie, że nikogo dzisiaj nie zabiję. Powtarzałem to jak mantrę.
Gdy ją zobaczyłem, natychmiast zapomniałem o tym postanowieniu. Rzuciłem się naprzód z oszalałym spojrzeniem.
Mama leżała na latających noszach, które dryfowały jakiś metr nad ziemią. Obok szedł mężczyzna w niebieskim uniformie. Mama wyglądała na chorą - bardziej niż kiedykolwiek. Miała otwarte oczy, ale mrużyła je w porannym słońcu, jakby światło sprawiało jej ból.
- Ręce precz od mojej mamy, ty wieprzu! - krzyknąłem.
Urzędniczyna drgnął, odwrócił głowę i wytrzeszczył oczy. W ręku trzymałem włączony nóż bojowy. Bliźniacze ząbkowane ostrza przesuwały się z cichym szumem w przeciwnych kierunkach, gotowe przejść przez ciało i kości jak przez masło.
- Kim pan jest? - wykrztusił.
Nie wyjął broni ani nawet nie uciekł. Po prostu gapił się na mnie w bezbrzeżnym zdumieniu. Wydawał się tak wystraszony, że nawet nie miałem ochoty go zabić.
- Mamo, wszystko w porządku? - zapytałem.
- Uspokój się, James - powiedziała. - Oni tylko odwieźli mnie do domu.
Głos miała słaby i chrapliwy. Nie podobało mi się to. Ani trochę.
- Co jej zrobiliście? - warknąłem do medyka w niebieskim uniformie.
Trzymał w rękach jeden z tych komputerów, które wyglądają jak notatnik. Nagrywał mnie.
- Wszystko transmituję - oznajmił nerwowo. - Jeśli mnie pan zaatakuje...
- ...dla ciebie i tak będzie za późno - dokończyłem. - A teraz gadaj.
Oblizał wargi, spoglądając na nóż. Wyłączyłem go i opuściłem, ale nadal ściskałem rękojeść w pobielałych palcach.
Zanim odpowiedział, zerknął na swój samochód, który - jak dopiero teraz zauważyłem - przenosił lewitujące nosze. Facet zrobił zdziwioną minę, bo między nim a pojazdem stała Etta, odcinając mu drogę ucieczki. Była drobna, ale ona też miała nóż. Wprawdzie zwykły, ale bez wątpienia potwornie ostry.
- To jakiś obłęd - powiedział medyk. - Ja to zgłoszę! Jesteście szaleni. Ja tylko odwiozłem pacjentkę, która przyjechała do nas karetką ubiegłej nocy. A dzisiaj wypuściliśmy ją ze szpitala w Albany. Więcej nie wiem.
Spojrzałem na mamę.
- To prawda?
- Tak, ty wielki głupolu. Poniosło cię. Zabierzcie mnie.
Przeprosiła medyka, a my zdjęliśmy ją z noszy i zaprowadziliśmy do domu. Facet tymczasem uciekł swoim latającym samochodem, jakby goniły go wszystkie zastępy piekieł.
- Nie potrafię się na ciebie długo złościć - powiedziała mama. - To byłoby nieuczciwe. Żałuję, że nie powiedziałam ci prawdy.
- Co się dzieje? Jesteś chora?
- Tak - rzucił siedzący na werandzie ojciec.
Wydawał się smutny i stary, podobnie jak ona. Oboje mieli koło sześćdziesiątki, a nic tak nie postarza jak światło poranka.
Weszliśmy do środka. Pomogłem tacie zrobić śniadanie. Kiedy przygotowywaliśmy posiłek, rodzice zaczęli wyjaśniać.
- Twoja matka złapała jakieś paskudne choróbsko na Świecie Pyłu - powiedział tato. - Może się zatruła. A może to zakażenie nanitami, które kalmary zrzucały na tę planetę.
- Czemu nic nie mówiliście?
- A cokolwiek byś na to poradził? - zapytała mama.
- Nie wiem. Może.
- A byłbyś szczęśliwszy, gdybyś wiedział?
Milczałem, bo odpowiedź była oczywista.
- No cóż - powiedział tato - cokolwiek to jest, powoli ją zabija.
- Mam lepsze i gorsze dni - dodała mama. - Czasem muszę jechać do Albany na całkowitą transfuzję krwi.
Uznałem, że to musi być horrendalnie drogie.
- Przecież wieprze potrafią wyleczyć cokolwiek - powiedziałem. - Chyba nie ma choroby, której nie zdołaliśmy pokonać. Cholera, przecież w razie potrzeby umieją wyhodować nowe ciało.
Mama wzruszyła ramionami.
- Może i tak, James. Ale wszystko ma swoją cenę. Nie ma nic za darmo.
Po śniadaniu byłem w parszywym nastroju. Chodziłem po salonie i mruczałem coś pod nosem. Obserwowali mnie z niepokojem. Dobrze, że Etta znów poszła na bagno. Lepiej, żeby nie widziała swojego ojca w takim stanie.
- Synu? - odezwał się ostrożnie tato. - Ale nie rób niczego szalonego, słyszysz?
- Nie przeszło mi to nawet przez myśl - zapewniłem.
Uwiarygodniłem swoje kłamstwo uspokajającym uśmiechem, ale widziałem, że mi nie uwierzył. Zbyt dobrze mnie znał.