Rozdział 4
Kiedy wreszcie się otworzyły, omal nie strzeliłem z nerwów do jedynej osoby, która była w środku. Na szczęście pozostali dwaj wieprze też się powstrzymali.
To była primus Rossi. Od razu poznałem, że mocno oberwała. Ściana kabiny była umazana krwią, a w mundurze kobiety ziały dwie czarne dziury. Po wiązkach lasera, jeśli miałbym zgadywać. Przepaliły ją na wylot.
A jednak jakimś cudem wciąż żyła. Jedną zbielałą dłonią trzymała się poręczy, a drugą ściskała rany. Podniosła na mnie spojrzenie szeroko otwartych, szklistych oczu.
- McGill? - sapnęła.
- Ostrożnie! - warknąłem na wieprzy, którzy już chcieli wbiec do środka i jej pomóc. - To może być pułapka. Podłożyli ci bombę, primusie?
- Co? Nie... Kalmar do mnie strzelił. Uciekłam do windy i zdążyłam zamknąć drzwi, zanim mnie dobił.
Urwała i zaczęła kaszleć. Wszedłem do kabiny. Weteran Weber dołączył do mnie i wspólnymi siłami pomogliśmy jej wyjść, a potem łagodnie położyliśmy ją na podłodze. Wokół nas zaczęli zbierać się ratownicy. Zajęli się ranną.
Mogłem im powiedzieć, że to strata czasu. Jeśli na czymś się znałem, to na śmierci. Primus nie miała szans.
Skinęła na mnie głową, więc uklęknąłem obok. Miała urywany oddech.
- McGill, mój stuk przestał działać - powiedziała. - Oni coś zrobili... Nie mogłam nikogo ostrzec. Widziałam, jak kalmar wychodzi z gabinetu Nagaty. Nie rozumiem, jak się tam dostał.
- Z gabinetu Nagaty? A widziałaś Nagatę?
Pokręciła głową.
- Możemy założyć, że kalmary go załatwiły.
- Dobra, dzięki za raport. Zabiorę tych ludzi na górę i uporamy się z nimi. Teraz odpocznij.
- Nie, to nie wszystko - dodała. - Rdzeń danych... Chyba go uszkodzili.
Zmarszczyłem brwi.
- Czemu mieliby to zrobić? Myślisz, że po to przyszli?
Rossi miała już zamknięte oczy. Jej niewielki kucyk był teraz w pełni widoczny. Wydało mi się dziwne, że jeszcze dziś rano starannie umyła, uczesała i upięła włosy.
Potrząsnęła głową i coś wymamrotała. A potem jej dłoń zwiotczała. Spojrzałem na medyka. Pokręcił głową. Wiedziałem, co to oznacza. Utrata krwi, niewydolność narządów, wszystko jedno. Kalmary dorwały kolejną ofiarę.
Wstałem i odszukałem dwóch żołnierzy Hegemonii, z którymi tu przyszedłem. Rozglądali się niepewnie.
- Jakie rozkazy, chłopaki? - zapytałem.
- Kiedy ostatnio mieliśmy łączność, kazali nam utrzymać pozycję. Ale teraz stuki nie działają. Wysiadła sieć.
Sprawdziłem na własnym przedramieniu - faktycznie, u mnie to samo. Podszedłem do drzwi najbliższego gabinetu i wyważyłem je kopniakiem. Chciałem wejść do środka, ale weteran Weber stanął mi na drodze.
- To czyjś prywatny gabinet, adiunkcie.
- Co ty, kurwa, nie powiesz? Ale go potrzebuję, a sytuacja jest wyjątkowa. Centrala może mi potrącić z żołdu koszty naprawy.
Pomieszczenie było puste, ale komputer wciąż działał. Wybudziłem go ze stanu uśpienia i usiłowałem się zalogować. Na próżno.
- Ty spróbuj - rzuciłem do weterana.
On też nie mógł.
- Primus Rossi mówiła, że sieć wysiadła - powiedziałem. - To dlatego nie dostajemy rozkazów. Nasze centrum dowodzenia jest sparaliżowane.
- Myśli pan, że to część większego ataku? - zapytał Weber.
- Możliwe. Jedno wiem na pewno. Trzeba powstrzymać te kalmary.
- Standardowa procedura to odizolować budynek i zaczekać na posiłki.
- Procedura w przypadku ataku terrorystycznego?
- Tak, sir.
Roześmiałem się.
- Ten etap mamy dawno za sobą. Możliwe, że w tym momencie obcy masakrują ludzi tam, na górze. A tylko my w tym budynku mamy broń. Ja, wy i kilkuset strażników.
Weteran przytaknął nerwowo.
- W porządku - powiedziałem. - Ja tam idę. Ty możesz zaczekać na stanowisku albo mi pomóc. Twój wybór, Weber.
Po tych słowach ruszyłem do wind. Wcale mnie nie zdziwiło, że przestały działać. W budynku wciąż było zasilanie, ale wiele systemów odmówiło posłuszeństwa bez kontrolującej je sieci.
Niewiele myśląc, poszedłem w kierunku klatki schodowej i pchnąłem drzwi. Schody były nieuszkodzone. Przepastny szyb, w którym rozbrzmiewało echo, zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Światło słoneczne prześwitywało przez wąskie okienka. Od trzysta piętnastego dzieliło nas sto pięter.
Sadząc po dwa stopnie naraz, pokonałem pierwszy bieg schodów. A potem drugi. Wtedy usłyszałem poniżej czyjeś kroki. Zatrzymałem się i z bronią w ręku wychyliłem się za barierkę.
Biegli za mną weteran Weber i jego towarzysz.
- Zmieniliście zdanie? - zapytałem.
- Tam nie ma czego pilnować.
Z uśmiechem skinąłem głową i ruszyłem dalej. Biegli za mną, sapiąc z wysiłku.
W okolicach dwieście trzydziestego weteran Weber położył mi rękę na ramieniu. Ledwo oddychał.
- Następne piętro... - wydyszał. - Szafka ze sprzętem... ratunkowym.
- A co, potrzebujesz butli z tlenem? - zapytałem pół żartem, pół serio.
Wieprze nigdy nie byli w tak dobrej formie jak prawdziwi, latający w kosmos legioniści. Rzadko uczestniczyli w walce, a nawet ci, którzy nosili broń, byli względnie delikatni po dekadach służby strażniczej.
Pokręcił głową, łapczywie chwytając powietrze.
- Latające dyski - powiedział. - Trzymają ich tam kilka do ewakuacji rannych.
- Rozumiem.
Znaleźliśmy szafkę i dyski, które z kształtu przypominały raczej nosze. Wróciliśmy na klatkę schodową. Szyb był na tyle wąski, że dało się używać tylko jednego naraz.
- Ja pierwszy - oznajmiłem, kładąc się na urządzeniu jak na desce surfingowej.
Aktywowałem dysk. Lewitujące nosze uniosły się ponad poręcz. Podciągnąłem się tak, aby zawisnąć nad środkiem szybu. Musiałem ustawić maksymalną moc, żeby wznosić się, zamiast opadać, ale zadziałało.
Dyski przypominały lotnie, które znałem z domu. Spędziłem wiele letnich miesięcy, szybując jak liść na wietrze nad rzeką Satilla, dlatego czułem się całkiem komfortowo, dryfując na noszach.
Spojrzałem w dół. Weteran Weber i jego partner bynajmniej nie byli zachwyceni. Przez lata służby w legionach oswoiłem się z uczuciem latania. Ci chłopcy wyglądali na przerażonych.
- Nic wam nie będzie! - zawołałem z uśmiechem. - Po prostu nie patrzcie w dół. Dyski pewnie zabiorą nas na samą górę, zanim skończy się energia. O ile mają naładowane akumulatory.
Pokiwali głowami bez przekonania i podążyli za mną, kurczowo trzymając się noszy.
Jakieś dwie minuty później dotarliśmy na trzysta piętnaste piętro. Dzięki dyskom nie tylko zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu, ale też odzyskaliśmy oddech.
Zbliżyliśmy się do drzwi z bronią w ręku. Towarzysz Webera, specjalista o nazwisku Jacobs, sięgnął do klamki.
Ostrzegł mnie instynkt. Nie wiem, czy usłyszałem kliknięcie, czy może mój z natury podejrzliwy umysł wychwycił inną wskazówkę - na przykład odrobinę śluzu na podłodze z pastobetonu.
Odciągnąłem weterana Webera od drzwi. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
I w tym momencie wybuchła bomba. Siła eksplozji odrzuciła do tyłu specjalistę Jacobsa, który wpadł na Webera. Obaj mężczyźni omal nie wypadli za barierkę. Na szczęście wciąż trzymałem weterana. Choć detonacja była ogłuszająca, okazała się zbyt słaba, żeby zabić nas wszystkich.
Pomimo względnie małej mocy wybuch zdołał wyrwać klamkę i wbić ją Jacobsowi w twarz. Patrzyłem z niedowierzaniem, gdy osuwał się za barierkę z kawałkiem metalu w miejscu nosa. Spadł, nie wydając żadnego dźwięku, aż na parter.
Wciągnąłem weterana Webera z powrotem na podest schodów. Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem.
- Nie zgubiłeś karabinu? - zapytałem Webera.
Pokazał mi go, wciąż oszołomiony.
- Dobrze - powiedziałem. - Miej broń w gotowości. Te kalmary to pewnie komandosi. Nieliczni, ale podstępni i wredni.
Biały na twarzy wieprz pozwolił, żebym poszedł przodem. Wkroczyliśmy na trzysta piętnaste piętro.
Pierwsze, co rzucało się w oczy, to ciemność. Nie działało żadne oświetlenie. Nawet lampki awaryjne w kształcie strzałek prowadzących do wyjścia ewakuacyjnego. Korytarz był długi i wypełniony błękitnym dymem. Jego ostry zapach przywodził na myśl paloną izolację... i ciała. Tu i ówdzie były otwarte drzwi. Wyglądało na to, że kalmary chodziły od biura do biura i mordowały każdego, kogo napotkały.
Skręciłem w lewo, w stronę gabinetu Nagaty. Pomieszczenie zostało zdemolowane. Ktoś zrzucił wszystkie książki z regału. Każdy bibelot, mebel i element wyposażenia biurowego został połamany albo rozerwany.
- Czegoś szukali - stwierdził Weber.
- No, tak jak Claver.
- Claver?
- Nieważne. Ruszajmy dalej.
Opuściliśmy gabinet Nagaty i wtedy nagle natknęliśmy się na kalmara. Musiał na nas czekać na korytarzu, nie widzę innego wyjaśnienia.
- Stać! - zawołał przez aplikację tłumaczeniową. - Macie mi powiedzieć, czemu przyszliście do tego pomieszczenia!
Takie gadanie było bardzo w stylu kalmarów. Uwielbiały rozkazywać. O ile mi wiadomo, nigdy nie próbowały dyplomatycznego podejścia. Walczyłem z nimi podczas trzech kampanii i zawsze wkurzały mnie swoim nastawieniem.
- A kim ty jesteś, żeby nas rozstawiać po kątach, kalmarze? - zapytałem. - To nasz budynek i nasz świat. Tutaj to my wydajemy rozkazy.
Kosmita wydał dziwny, bulgoczący dźwięk.
- Jesteście zabawni. Śledziłem was, od kiedy wkroczyliście do strefy, którą zabezpieczyłem. Najbardziej się obawiałem, że pułapka zabije was wszystkich, zanim zbiorę informacje wywiadowcze.
Weteran Weber nareszcie wziął jaja w garść i wycelował z karabinu do obcego.
- Mamy przewagę, poddaj się albo giń! - powiedział.
- Cóż za brawura - powiedział kalmar. - Podoba mi się ten osobnik. Gdyby nie pośpiech, dołączyłbym go do swojej kolekcji niewolników.
Weber nie czekał na dalszą zachętę. Strzelił kalmarowi prosto między oczy - albo raczej spróbował, bo karabin nie wypalił.
- Ach! - Kalmar znów zabulgotał radośnie. - W czym problem? Czyżby wasza imperialna broń nie działała w mojej obecności? Jaka szkoda.
Natychmiast zrozumiałem. Zhakowali nasze uzbrojenie. Imperialna technologia często posiadała wbudowane zabezpieczenia, które miały powstrzymać pośledniejsze gatunki przed zwróceniem się przeciwko Galaktykom. Posiadała również obwody, które rozpoznawały posiadaczy tak zwanych kluczy Galaktyków i umożliwiały im nieograniczony dostęp.
Bez przekonania wycelowałem do obcego z pistoletu. Nawet nie rozległo się kliknięcie.
- Doskonale - powiedział kalmar. - Skoro wasze ułomne układy kognitywne wreszcie pojęły sytuację, zdajecie sobie sprawę, że jesteście moimi jeńcami. Musicie zatem odpowiadać na pytania albo zostaniecie ukarani.
- Ułomne układy...? - powtórzył weteran.
- Chyba właśnie nazwał nas debilami - powiedziałem.
Weber wyszarpnął z pochwy nóż bojowy i przyjął pozycję do ataku. Mogłem mu powiedzieć, że nie ma szans. Kalmary mierzyły prawie trzy metry wzrostu, a ich kończyny były tak umięśnione, że o wygraniu walki jeden na jednego mogliśmy tylko pomarzyć.
Położyłem mu rękę na ramieniu na znak, żeby odpuścił. Kalmar, który już szykował się do odparcia ataku, wydawał się rozczarowany.
- To ty kontrolujesz to zwierzę? - zapytał. - Tak, teraz widzę wyraźnie, kto tu jest panem, a kto niewolnikiem. Wyślij swojego ogara do walki ze mną! Mam ochotę go ukarać.
- Może innym razem, kalmarze - powiedziałem. - Słuchaj, będziemy współpracować. Odpowiemy na wszystkie pytania, jeśli ty najpierw powiesz nam kilka rzeczy.
- Twoje warunki są nie do przyjęcia. Wymagam pełnej uległości.
- Dostaniesz ją, zobaczysz. Chcę tylko wiedzieć, czemu tu jesteście. Ten atak wydaje się bezsensowny. Wskrzesimy swoich zmarłych. Naprawimy budynek. Traciliście czas i zasoby, atakując Centralę, i niczego nie zyskaliście.
- Wiele zyskaliśmy. Po prostu ułomność intelektualna nie pozwala ci pojąć, co właśnie zaszło.
Pokręciłem głową i zaśmiałem się.
- Nie sądzę. Myślę, że po prostu chcesz zatuszować żenującą porażkę. Ujawniliście swoją nową technologię, umiejętność infiltracji kwatery głównej wroga, a to wszystko po nic.
Kalmar nastroszył się. Był wściekły i dumny. Podobnie jak w przypadku węża, kalmara najłatwiej zmusić do ataku, szturchając go kijem. Moja taktyka działała.
- Ukarzę cię za ten bezmyślny pokaz bezczelności - powiedział. - Wasi martwi nie zostaną wskrzeszeni. Atak na waszych dowódców był zabójczy i permanentny.
Zastanowiłem się. Kalmar twierdził, że wysłał tych ludzi na permy? Ale jak?
- Nie wierzę - odparłem głośno. - Ściemniasz, przejrzałem cię. Ze strategicznego punktu widzenia Ziemia tylko zyska na waszej wpadce.
- Jak cię nazywają, człowieku?
- Jestem adiunkt James McGill. Z Legionu Varus.
Moje słowa z jakiegoś powodu zdziwiły kalmara.
- McGill? Ty jesteś istotą znaną jako McGill?
- Przecież mówię. Masz coś nie tak z mózgiem? Muszę wszystko powtarzać, żebyś zrozumiał, kretynie?
Gniew powrócił, zastępując zaskoczenie. Kalmar zbliżył się o krok, wydając dziwny chrobot. Dopiero wtedy rozpoznałem skafander, który miał na sobie. Taki sam nosił Claver, kiedy przydybałem go w gabinecie Nagaty. Ten kombinezon był sporo większy, co sugerowało, że strój jest z inteligentnej tkaniny, która potrafi zmieniać rozmiar. Ale materiał był bez wątpienia ten sam.
To tłumaczyło nadliczbowe nogawki u Clavera - włożył skafander stworzony z myślą o kalmarach. Trybiki w mojej głowie powoli obracały się i wskakiwały na odpowiednie miejsce. Kalmary musiały dysponować tą samą technologią. Możliwe, że Claver im ją wykradł. Obcy posiadali zdolność teleportacji - bo jak inaczej nazwać błyskawiczny transport na ogromną odległość? Ta technologia wprawiała w zdumienie. I wydawała się bardzo użyteczna.
- Standardowe kary cielesne nie wystarczą - ciągnął kalmar. - Trzeba ci poodcinać kończyny. Metodycznie, przy samym stawie. Tak, żebyś przeżył.
W tym momencie weteran Weber zaszarżował. Kiedy rozmawiałem z obcym, on małymi kroczkami zachodził go od flanki. Zdążył ciąć raz, głęboko raniąc jedną z macek. To było imponujące - ale nic więcej nie osiągnął. Kalmar odwinął się i pojedynczym ciosem zwalił go z nóg. Weber bezwładnie potoczył się po korytarzu.
Ta chwila nieuwagi przeciwnika wystarczyła, żebym skrócił dystans. Ale nie wyjąłem noża. Miałem inny plan.
- Ostrożnie! - syknął kalmar, oplatając mnie wijącymi się mackami. - Nie zrób sobie krzywdy! Chcę patrzeć, jak powoli konasz w męczarniach.
Unieruchamiał moje kończyny jedną po drugiej. Po krótkiej chwili skrępował mi obie nogi i prawą rękę.
Ale lewa ręka pozostała wolna.
Nie wyrwałem noża z pochwy. Nie dźgnąłem palcem wilgotnych, ruchliwych ślepi, choć bardzo chciałem. Zamiast tego sięgnąłem do wielkiego pokrętła w kształcie gwiazdy na piersi skafandra. Przekręciłem mocno, tak jak Claver.
Kalmar nie był zadowolony. Zrzucił mnie z siebie. Rąbnąłem o ścianę. Na moment świat zakryły kolorowe rozbłyski. Miałem wrażenie, że widzę krew płynącą naczynkami w moich oczach.
Tymczasem kalmar zachwiał się, bekając i popierdując w swoim języku. Siłował się z pokrętłem. Chyba nie przypadło mu do gustu ustawienie, które wybrałem.
Powietrze rozmyło się i jakby zafalowało. A potem kalmar, podobnie jak niedawno Claver, nagle zniknął. Została po nim tylko poświata.
I kałuża czarnego atramentu. Miałem nadzieję, że skurwiel zlał się z przerażenia.