Legion Nieśmiertelnych. Tom 17. Świat Miasta - B. V. Larson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Po powrocie ze Świata Lodu przyjemnie było spędzić trochę czasu na mokradłach południowego dystryktu Georgii. Zamiast marznąć do szpiku kości, pociłem się w późnowiosennym ciepełku, a jako że tutaj się wychowałem, nie miałem nic przeciwko temu.

Jednak potem wiosna zmieniła się w lato, a przyjemne ciepło w upał z prawdziwego zdarzenia. Zaznaczę, że wciąż nie narzekałem, ale zastanawiałem się nad kupnem nowego klimatyzatora. Obecnie można było nabyć sprzęt lepszy niż kiedykolwiek - w tym nawet urządzenia korzystające z pozaziemskiej technologii, wyprawiające dziwne rzeczy z prawami fizyki.

Odkąd moją uwagę przykuła pewna reklama, rozważałem zakup małego, drogiego pudełka, które dosłownie zasysało ciepło z otoczenia, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Po wyjątkowo parnej nocy obudziłem się wcześnie, cały lepki od potu, i wtedy złożyłem zamówienie. Tego samego popołudnia latający dron dostarczył je na moją werandę.

Wizyta automatycznego dostawcy nie uszła uwadze ojca. Wpadł do szopy, w której mieszkałem, co rzadko mu się zdarzało. Oczywiście to nie tak, że się nie widywaliśmy, bo sam codziennie odwiedzałem dom rodziców, ale oni z reguły unikali mojej skromnej siedziby. W końcu nigdy nie wiadomo, na co albo na kogo mogliby się natknąć, gdyby przyszli bez zapowiedzi.

Ojciec zapukał i zajrzał z pewnym wahaniem przez moskitierę. Byłem w dobrym nastroju, więc otworzyłem szeroko drzwi i zaprosiłem go do środka, żeby zobaczył mój nowy nabytek.

Klimatyzator stał na stoliku do kawy. Jego niebieska powierzchnia błyszczała metalicznie, ale nie wiedziałem, czy to tylko lakier, czy naprawdę jest wykonany z takiego materiału.

- Widzisz, tato? Ten fikuśny dynks zużywa bardzo mało prądu, a w dotyku jest jak bryła lodu.

- Uważaj, słyszałem, że takie cholerstwo może oparzyć jak suchy lód.

- Tylko jeśli włączysz maksymalne chłodzenie. Teraz jest ustawiony na tryb zimowy, a nie arktyczny.

Mój stary ostrożnie zbliżył spracowaną dłoń do urządzenia. Pomachał palcami i chrząknął z zadowoleniem.

- Rzeczywiście, ziębi jak lód - przyznał - ale to chyba nie wystarczy, żeby ochłodzić cały pokój, prawda?

- Napisali, że jeśli włączy się go na maksa i postawi obok wentylatora, w całym mieszkaniu będzie jak w lodówce.

- No to sprawdźmy. Nie wiem, jak w ogóle mogłeś przez tyle lat mieszkać tutaj bez klimatyzacji.

Kostka miała mniej więcej rozmiar sześciopaku piwa. Ustawiliśmy przy niej dwa wiatraki, a potem włączyłem tryb arktyczny. Gdy owiały nas strumienie schłodzonego powietrza, zrobiło się całkiem przyjemnie.

Dodatkową funkcją było to, że dało się na urządzeniu stawiać napoje, co podsunęło tacie pewien pomysł. Wyskoczył do domu i po chwili wrócił z sześciopakiem. Postawił go na kostce i już po dwóch minutach mogliśmy sączyć zimne browarki.

Następne pół godziny spędziliśmy bardzo przyjemnie, ale potem znów skrzypnęły drzwi. Mama zajrzała do salonu i zmarszczyła nos. Nigdy nie nauczyła się pukać, a już na pewno nie za dnia.

- Tu jesteś, Frank. Co robicie? Ach, już rozumiem. To ta kostka chłodząca z reklamy? Dużo o nich słyszałam. Powinniśmy sobie taką kupić.

- Ale po co? - zaprotestował natychmiast tato. - Mamy zwyczajną klimatyzację, która świetnie działa. Dopiero co był przegląd.

- Jest staromodna i nudna. James, powiedz mu.

- Hę?

Zaskoczyła mnie. Do tej pory słuchałem ich rozmowy jednym uchem, bo oglądałem mecz na stuku.

Widząc, że nie może liczyć na moje wsparcie, mama podeszła do stolika, żeby obejrzeć urządzenie i go dotknąć. Szybko zmieniła zdanie na jego temat.

- Za zimne. To jest niebezpieczne. Dziecko albo zwierzę mogłoby zrobić sobie krzywdę - zawyrokowała.

- Właśnie! - podchwycił z entuzjazmem tato. Wyczuł, że niewielkim wysiłkiem może wymigać się od sporego wydatku. - To jest niebezpieczne. Co, jeśli Etta będzie miała dziecko? Maluch odmrozi sobie rękę.

Tato był gotowy posłużyć się hipotetycznym prawnukiem, żeby osiągnąć swój cel - a co jeszcze zabawniejsze, to zadziałało.

- No dobra - powiedziała mama. - Jeśli już skończyliście żłopać piwsko i się obijać, chciałabym, żebyście przed zmrokiem wyburzyli tamtą starą stodołę pod lasem.

Popatrzyliśmy po sobie. Była sobota, ale na wsi to nie oznaczało odpoczynku. Moi rodzice często wynajdywali mi w weekendy jakieś zajęcie, które nie mogło zaczekać do poniedziałku.

- Dzisiaj? - jęknął ojciec. - Przecież zleciało już pół dnia.

- Bo zbijasz bąki od kilku godzin. Przecież obiecałeś, Frank.

- W porządku. - Wstał i podszedł do drzwi. - Chodź, James.

- Co?!

Spojrzałem na niego z poczuciem zdrady. Mogłem się domyślić, że ten sześciopak nie był z czystej dobroci serca.

- Myłeś uszy, chłopcze? Idziemy zburzyć stodołę.

Zamrugałem ze zdziwieniem i z rosnącym niepokojem.

- Naprawdę?

- Naprawdę. Dzisiaj, teraz.

- Ale po co?

Mama westchnęła i oparła ręce na biodrach.

- Bo, jak mówiłam ze sto razy, chcemy sprzedać tę działkę. Już zrobili drogę i kanalizację. Ktoś zechce się tam pobudować.

- Serio? - zapytałem, autentycznie zdumiony.

Nie wiem, czy wcześniej nie słuchałem, co mówiła - wcale bym się nie zdziwił - czy po prostu o tym zapom­niałem. W każdym razie nie byłem zadowolony.

A potem zacząłem się niepokoić. Tamta stodoła... Różnie się z nią działo. Teren na tyłach posesji był podmokły. Nie myślałem, że ktoś tam kiedykolwiek zajrzy, więc ukrywałem tam różne rzeczy. Na przykład ciała.

- Yy...

- No chodź już - popędził mnie tato. - I nawet nie próbuj się wykręcać. Nie ma sensu. Słuchamy twoich wymówek od sześćdziesięciu lat i niczym nowym nas nie zaskoczysz.

- Yy...

Koniec końców poszedłem za ojcem do szopy z narzędziami, bo co innego mogłem zrobić? Wzięliśmy automatyczny wózek i piłę. Czułem, że tato nie odpuści.

- Myślę, że to naprawdę kiepski pomysł - powiedziałem. - Tam jest grząsko i niebezpiecznie. Poza tym, jeśli ktoś się tam pobuduje i wprowadzi... no, to już nie będzie to samo.

On nawet nie słuchał. Dobrze go znałem. Chciał, żeby mama porzuciła pomysł kupna pozaziemskiego klimatyzatora, dlatego tak palił się do pracy. A poza tym pewnie myślał, że się wzbogaci, sprzedając działkę, z której i tak nie miał żadnego pożytku. Taki już był. Aby poznać jego zdanie na dowolny temat, wystarczyło zadać sobie pytanie, czy będzie mógł dzięki temu zarobić albo zaoszczędzić.

Choć to wszystko wiedziałem, po drodze nadal narzekałem. Wreszcie ojciec nie zdzierżył, zatrzymał się i spojrzał na mnie ze złością.

- James, zrobię to sam, jeśli będę musiał, ale wolałbym, żebyś mi pomógł. Więc jak będzie?

Myśl, że pójdzie sam i znajdzie coś okropnego, była jeszcze gorsza. Westchnąłem i zgodziłem się mu pomóc.

- No to chodź. Ściemni się za pięć godzin, a chciałbym to dzisiaj skończyć.

Przebrnęliśmy przez błoto i chmary robactwa. Stodoła była naprawdę stara, miała może nawet ponad dwieście lat. Była ruderą z na wpół zapadniętym dachem i kamienną podmurówką ledwo widoczną spod mchu i zarośli.

- Fundamenty można zostawić, ważne, żeby zabrać drewno - rzekł tato.

- Nowi właściciele nie mogą jej sami rozebrać?

- Tak będzie łatwiej sprzedać działkę, synu. Jest masa przepisów, które chronią stare budynki. Nie wiem, czy wiesz, ale stodoła jest na liście zabytków.

Popatrzyłem na nią ze zdumieniem.

- Ja pierdzielę... Poważnie?

- Tak. Wszystko sprzed czasów Hegemonii jest chronione prawem. Ale czepiają się tylko przy zmianie właściciela. Jak ją teraz zniszczymy i powiemy, że to dla bezpieczeństwa, bo groziła zawaleniem, nikt nam nic nie zrobi. Przyjdzie inspekcja i zobaczy, że już po wszystkim. Nie będą zadawać pytań.

- A gdybyśmy sprzedali to bez rozbiórki?

- Wtedy nowy właściciel musiałby wyremontować stodołę. I jeszcze użerać się z konserwatorem zabytków.

Opadła mi szczęka. To kosztowałoby miliony kredytów, a przecież ta stodoła nie była nikomu potrzebna. Zrozumiałem, że rudera faktycznie przekreślała szanse na sprzedaż działki.

Postanowiłem ugryźć sprawę z innej strony. Szczycę się tym, że zawsze mam na podorędziu parę kłamstw na czarną godzinę.

- Hej, wiesz co? - Złapałem ojca za ramię. - Umówmy się tak. Ja dzisiaj popracuję sam, a ty wracaj do szopy i naciesz się kostką chłodzącą. Zaraz zaczynają grać.

Pokazałem mu na stuku studio przedmeczowe. Właś­nie puszczali podsumowanie najlepszych zagrywek z zeszłego tygodnia.

Ojciec zmarszczył brwi.

- Chcesz powiedzieć, że jestem za stary i do niczego się nie nadaję? O to ci chodzi, chłopcze? Naprawdę nie chcesz mojej pomocy? Dobra, jak wolisz.

Rzucił piłę, odwrócił się i poszedł w kierunku domu. Przez chwilę byłem rozdarty. Na szczęście wpadłem na pomysł, jak z tego wybrnąć.

- Zaczekaj. Oczywiście, że chcę, żebyś mi pomógł. Przecież nie dam rady tego zrobić w jedno popołud­nie. Po prostu chciałem najpierw sam uprzątnąć podwórze przed stodołą. Wiesz, tam, gdzie kiedyś była studnia. Ty możesz zająć się resztą.

Zatrzymał się i stał przez chwilę, wciąż odwrócony do mnie plecami. Nie wiedziałem, co mu chodzi po głowie, więc się nie odzywałem.

Wreszcie spojrzał na mnie. Na jego twarzy zamiast ulgi malowała się podejrzliwość. Przekrzywił głowę i zmrużył oczy.

- James. Czy jest coś, czego mi nie mówisz o tym miejscu?

Każdy potwierdzi, że jestem utalentowanym kłamcą. Prawdę mówiąc, uważałem, że opowiadanie nieprawdy jest formą sztuki, i nie spotkałem nikogo, kto mógłby mi w tej dziedzinie dorównać. Problem w tym, że rozmawiałem z własnym ojcem. Z człowiekiem, który znał mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Potrafił zwęszyć moją ściemę z kilometra. Dlatego nie ośmieliłem się opowiedzieć mu żadnej zmyślonej historyjki.

- Hm, nie - odparłem po prostu.

- Lepiej, żebyś nie ukrywał tam narkotyków albo jakiegoś statku kosmicznego, chłopcze - rzucił surowo.

- Nie, nie! Nic z tych rzeczy!

Roześmiałem się, ale ojca to nie wcale nie bawiło. Przez chwilę mierzył mnie spojrzeniem, a potem okrążył stodołę, odpalił piłę i zaczął nacinać tylną ścianę, która była najmniej nadgryziona zębem czasu.

Wykorzystałem tę szansę, żeby uprzątnąć, co trzeba. Wziąłem łopatę elektryczną i automatyczny wózek, poszedłem na drugą stronę budynku. Zacząłem w pośpiechu kruszyć kamienną cembrowinę i wrzucać odłamki do szybu studni. Uznałem, że wszystko, co będzie przysypane toną kamieni, zostanie pod ziemią już na zawsze.

Kilka minut później ktoś postukał mnie w ramię. Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem ojca. Skrzyżował ręce na piersi.

- Co jest w tej studni, chłopcze?

- Nic.

- Daj spokój. Mam ją odkopać i sam sprawdzić?

Przemknęło mi przez głowę kilka kłamstw - ale to było bez sensu. Ojciec wiedział, że coś ukrywam, i nie zamierzał odpuścić. Nie tym razem. Tym bardziej że złapał mnie na gorącym uczynku. Westchnąłem ciężko i zastanowiłem się, co jeszcze mogę zrobić.

W normalnych warunkach zabiłbym osobę, która mnie nakryła - to była sprawdzona metoda. Oczywiście ta opcja odpadała.

- Kosmici - powiedziałem, bo nie miałem innej możliwości. - Tam na dole są kosmici.

Tato zmarszczył brwi, nachylił się nad szybem studni i wciągnął nosem powietrze.

- Nie czuć żadnych dziwnych zapachów.

- Chciałem powiedzieć: martwi kosmici.

Spojrzał na mnie, unosząc wysoko brwi.

- Zabiłeś kosmitów i wrzuciłeś ich do mojej cholernej studni?!

- No tak... To było dawno. Pamiętasz tamtych Tau, którzy przylecieli na farmę i grozili naszej rodzinie?

- Jasne, że pamiętam. Rozbili się i zginęli w płomieniach. Ty zresztą też, jeśli dobrze pamiętam. Po co miałbyś wrzucać do studni ich spalone kości?

Zbliżyłem się do niego i wyjaśniłem konspiracyjnym szeptem:

- Nie wszyscy zginęli w wypadku. Niektórzy wrócili później...

Opadła mu szczęka. Wyraźnie nie wiedział, co myśleć. I bardzo dobrze, bo w studni nie było żadnych kosmitów. Trupy na dnie studni należały do ludzi.

- Ale mówiłeś, że to było dawno - zauważył tato. - A tamci goście z Tau byli tu parę miesięcy temu.

Wzruszyłem ramionami.

- "Dawno" to pojęcie względne.

Złapał mnie za koszulę i potrząsnął mną.

- Ty głupolu! Jak mam sprzedać działkę, kiedy w studni są trupy kosmitów! Inspektorzy mają takie czujniki, że wywąchają nawet rybie pierdy!

- Spokojnie, tato, przecież jesteśmy na bagnie. Tutaj wszystko śmierdzi rozkładem. Nie przejmuj się. Zajmę się tym. Daj mi tylko parę dni.

Obiecałem, że szybko uporam się z kłopotem, ale mi nie uwierzył. Był przybity, wyglądał, jakby uszło z niego powietrze. Postanowił darować sobie pracę na dzisiaj. Zabrał ze sobą kilka narzędzi, ale przekonałem go, żeby zostawił mi łopatę i automatyczny wózek.

Kiedy odszedł, zabrałem się do roboty. Powoli się ściemniało, więc włączyłem lampy na wózku i poświeciłem nimi w pewne paskudne miejsca. Czasem właś­nie po zmroku jaskrawe światło najskuteczniej ujawniało najgorsze rzeczy na Ziemi.

Minęła północ, a ja wciąż pracowałem. Nadal zostało mnóstwo do zrobienia. Koło pierwszej usłyszałem znajomy głos. Wystraszyłem się, bo w pierwszej chwili pomyślałem, że to duch, któremu zakłóciłem spoczynek.

- Co ty tu robisz, McGill?

Odwróciłem się gwałtownie i oświetliłem niespodziewanego gościa snopem ostrego światła. Zobaczyłem znajomą okrągłą twarz.

To był Carlos.

Rozdział 2

- Co robisz na mojej posesji, Carlos? - zapytałem ostro.

- Wyluzuj, kowboju. Twój ojciec powiedział, że jes­teś na moczarach. I dodał, że sam dobrze wiem, po co. A kiedy odpowiedziałem, że nie mam pojęcia, on tylko burknął coś pod nosem.

Carlos i ja przez chwilę patrzyliśmy na siebie z konsternacją. Mój zmęczony mózg potrzebował trochę czasu, żeby załapać, co się stało. Ojciec ostatecznie uwierzył w bajeczkę o trupach kosmitów i uznał, że Carlos jest w to zamieszany. W końcu był w jednym z dwóch latających aut, które się rozbiły.

Prawda była taka, że Carlos nie miał pojęcia o mojej prywatnej kostnicy na mokradłach. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co tu zaszło.

Teraz stanąłem przed nowym problemem - a co gorsza, ten problem gapił się na mnie i oczekiwał odpowiedzi.

Mój umysł automatycznie pomyślał o morderstwie. Dla mnie to było odruchowe wyjście z każdej kłopot­liwej sytuacji. Jednak po chwili namysłu odpuściłem sobie to rozwiązanie, podobnie jak w przypadku ojca. Jedno kłamstwo pociągnęło za sobą kolejne, a zabójstwa miały w zwyczaju działać podobnie.

Uznałem, że najlepiej będzie trzymać się jednej wersji.

- Chodzi o kosmitów - powiedziałem z przekonaniem.

- Co?

Opowiedziałem mu tę samą bajeczkę co ojcu. Chyba uwierzył. Dopiero po chwili otrząsnął się ze zdumienia.

- Niewiarygodne. Jak to możliwe, że zawsze wpakujesz się w najgorsze łajno, McGill?

Wzruszyłem ramionami.

- Chyba mam do tego talent. Pomożesz?

- Co?! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Przyjechałem przekazać ci, żebyś wreszcie włączył stuka. Musisz pogadać z Centralą.

Zerknąłem na swoje przedramię, na którym nadal cicho leciał mecz. Carlos podążył za moim spojrzeniem.

- Nawet nie owinąłeś go folią aluminiową? Więc czemu nikt nie może się z tobą skontaktować?

- No bo... Możliwe, że... no, trochę przy nim pomajstrowałem.

- Nic więcej nie mów. Nie chcę, żeby uznali mnie za współwinnego.

- Dobra. Ale i tak nigdzie się stąd nie ruszysz.

Odwrócił się, żeby odejść, ale gdy usłyszał ostatnich kilka słów, z poirytowaną miną obejrzał się przez ramię.

- A to czemu?

- Bo pomożesz mi ukryć ciała. Znasz prawdę, co czyni cię współsprawcą. Jesteś winny tak samo jak ja.

Zmarszczył brwi.

- A co, jeśli komuś pisnę słówko? - zapytał, unosząc stuka. - Zadzwonię do Turov albo do Gravesa, albo...?

Zakryłem dłonią ekran jego stuka.

- Nawet tak nie żartuj. Nic nie piśniesz. Nie dzisiaj. Chyba że chcesz piszczeć, spadając na dno studni.

Spojrzał w ciemny, okrągły szyb.

- Więc jak będzie, pomożesz czy nie? - zapytałem.

Wzruszył ramionami.

- No dobrze, już dobrze. Nie musisz mnie przymuszać. Pomogę.

Wspólnie zabraliśmy się do pracy. Po chwili zapytałem, czemu ludzie z Centrali postanowili wysłać człowieka o jego reputacji na mokradła Georgii.

- Bo na orbicie mamy krążownik Mogwa - odparł, grubym palcem wskazując czarne niebo. - Podobno wymienili twoje nazwisko.

Zakryłem usta brudną ręką i jęknąłem głośno. Jeszcze kilka dni temu spodziewałem się leniwego lata i jeszcze bardziej leniwej jesieni. Byłem w trybie wakacyjnym i cieszyłem się każdym dniem nicnierobienia. A dziś ziemia uciekała mi spod stóp. Z każdą godziną coraz bardziej wątpiłem, że w najbliższej przyszłości zaznam choć trochę spokoju.

- Dobra, pomóż mi to skończyć - powiedziałem. - I lepiej się pospieszmy. Trzeba wrzucić do środka wszystkie kamienie i tyle błota z bagna, żeby całkiem wypełnić studnię.

- Więc po to jest tamta kałuża szlamu?

- Tak.

Carlos zmarszczył nos.

- Cuchnie. Naprawdę cuchnie. Są w niej patyki i w ogóle.

Zaczął gmerać w stercie błota i zanim zdążyłem go powstrzymać, wyjął ze szlamu podłużną kość.

- Hej, to przypomina...

Wyrwałem mu ją z ręki i wrzuciłem do studni. Przez moment odbijała się z grzechotem od ścian szybu.

- To nie była kość Tau - burknął.

- Jasne, że była. A od kiedy to się znasz na kosmitach?

- Jestem biosem, pamiętasz? Uczyłem się anatomii i takich tam.

- No racja.

Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Wziąłem głęboki wdech.

- Dobra, chcesz całej prawdy? - zapytałem. - Włączę stuka, żeby wszystko zarejestrował. Dowiesz się o każdej zbrodni, jaka miała miejsce na tym bagnie od czasów wojny o zjednoczenie. Tego chcesz? Naprawdę?

Carlos zamrugał i rozejrzał się wokoło. Wyglądał tak, jakby miał sto myśli na minutę.

- Od czasów wojny? Cholera, nie. Nie chcę już o tym słyszeć ani jednego słowa.

- Tak myślałem.

Wróciliśmy do zgarniania mułu łopatami, ale Carlos ciągle rozglądał się z niepokojem.

- Chyba lepiej, żeby nikt się nigdy nie dowiedział, że tu byłem.

- Nie dowiedzą się ode mnie - zapewniłem. - Ale przecież tu jesteś. Każdy, kto zechce to sprawdzić, pozna prawdę. Twój stuk ją zna.

Dysząc ciężko, uniósł przedramię i popatrzył na zdradzieckie urządzenie.

- Owiń go czymś. Albo zhakuj. Albo przebij nożem. Wszystko jedno.

Uśmiechnąłem się szeroko. Carlos szybko zmienił zdanie. Zrozumiał, że donosząc na mnie, nie tylko zys­kałby wroga, ale naraził siebie na niebezpieczeństwo - swoje życie, zdrowie i ubezpieczenie. Obecnie nie miało znaczenia, czy ktoś po prostu znalazł się w nieodpowiednim czasie tam, gdzie popełniano zbrodnię przeciwko Hegemonii. Z automatu stawał się współsprawcą, a niewinność nic nie znaczyła. W takiej sytua­cji człowieka mogły ocalić jedynie osoby na wysokich stanowiskach, jak na przykład ojciec Galiny.

Carlos nie miał takich znajomości, a nawet jeśli czasem spotkał kogoś wpływowego, ten ktoś szybko miał go dość.

- Pospiesz się - syknął, gdy owijałem mu przedramię taśmą. - Zakopmy to wszystko w cholerę. Miałeś rację, McGill. To jedyny sposób. A przy okazji, dzięki, że znowu wplątałeś mnie w swój bajzel.

- Do usług. - Wzruszyłem ramionami. - Przypominam tylko, że wcale cię tu nie zapraszałem.

Carlos odetchnął spokojniej, gdy popatrzył na swojego szczelnie owiniętego stuka, który teraz na pewno nie emitował żadnych sygnałów.

Jakieś dwie godziny później wyprostował plecy i jęknął.

- Co jeszcze mogę zrobić? Wszystkie kamienie są już w studni.

Kazałem mu przerzucić do środka resztę szlamu. To była najgorsza i najbrudniejsza robota, jaką umiałem sobie wyobrazić. Od czasu do czasu w błocku odkrywaliśmy czaszki. W większości ludzkie, każdy by to dostrzegł. A jednak Carlos powstrzymywał się od komentarza. Jasne, krzywił się, spluwał i przeklinał, ale nie gadał. Oszczędzał oddech.

Godzinę przed świtem skończyliśmy robotę i zawlekliśmy się do mojej szopy. Umyliśmy się wodą z węża ogrodowego i usiedliśmy, żeby napić się piwa na werandzie.

- Hej! - Carlos wstał nagle, wyszedł na zachwaszczone podwórko i wskazał na niebo. - Spójrz tam, na północny wschód.

Podszedłem do niego i popatrzyłem w górę. Zmrużyłem oczy i wtedy to zobaczyłem. Na niebie wisiał romb. Musiał być dość wysoko, bo padało na niego światło słońca zza krzywizny planety. Krawędzie kształtu były srebrnoszare i nienaturalnie proste.

- Krążownik obcych - powiedział Carlos. - Ci z Centrali myślą, że przysłali go Galaktycy.

- Co on tu robi?

Carlos uśmiechnął się ponuro.

- Drususa ciekawi to jeszcze bardziej niż ciebie. Dlatego masz na stuku pełno pilnych wiadomości.

I faktycznie, gdy spojrzałem na przedramię, zobaczyłem czerwone litery. Tutaj, bliżej domu, znaleźli mnie pomimo hakerskich sztuczek.

- Szlag - mruknąłem.

Carlos klepnął mnie w plecy.

- Chodź. Zawiozę cię do Centrali, prześpisz się w aucie. Ale obiecasz, że kiedy dotrzemy na miejsce, nie wspomnisz o mnie ani słowem?

- Załatwione. Pod warunkiem że ty zapomnisz, co widziałeś dzisiaj na bagnie.

Carlos obejrzał się w tamtą stronę i skrzywił się z obrzydzeniem.

- Nic nie pamiętam. Dosypałeś mi coś do piwa?

Z oskarżycielską miną uniósł puszkę. Uśmiechnęliśmy się obaj ze zmęczeniem i poszliśmy do samochodu. Nie było czasu na porządny prysznic ani śniadanie. Okręt wisiał na orbicie, a jego załoga z pewnością nie lubiła czekać na żałosne formy życia, takie jak ludzie.

Rozdział 3

Po drodze do Centrali w końcu zajrzałem do skrzynki odbiorczej, do której z każdą minutą napływały kolejne gorączkowe wiadomości. Wyłączyłem nielegalne programy blokujące. Wiedziałem, że tylko pogorszą sprawę.

- Coś takiego! - wykrzyknął Carlos. Zauważyłem, że na jego stuka też ciągle coś przychodziło. - Oskarżają mnie, że się obijałem, zamiast cię szukać. Banda zasranych lachociągów.

- Jesteśmy poszukiwani, Carlos. Przynajmniej nie próbowali do nas dzwonić. Pewnie siedzą na spotkaniu.

Popatrzył ze złością na stuka, a potem westchnął i opuścił rękę, nie czytając reszty wiadomości.

- Ulżyło mi, że dopiero teraz dostaję ten spam.

- Czemu?

- Bo to znaczy, że kiedy sobie... hm, spacerowaliśmy po mokradłach, byliśmy poza zasięgiem sieci.

Przytaknąłem bez zdziwienia. Obecnie na większości powierzchni Ziemi można było złapać zasięg, jednak nie wszędzie. Jednym z takich odludnych miejsc było, jak widać, bagno na skraju posesji rodziców.

Zdrzemnąłem się trochę, a potem z nudów zacząłem czytać wiadomości na stuku. Większość była od Gravesa, Winslade'a i Turov. W końcu moją uwagę przykuło ciekawe nazwisko.

- Drusus we własnej osobie? - zdziwił się Carlos, który pozostawał wścibskim dupkiem, nawet kiedy prowadził.

- Odwal się - burknąłem, zakrywając przedramię.

Otworzyłem wiadomość od pretora:

"McGill, skontaktuj się ze mną, zanim porozmawiasz z pozostałymi".

- Niech mnie cholera... - mruknąłem.

Od razu nawiązałem bezpośrednie połączenie i syknąłem do Carlosa, żeby siedział cicho.

Na ekranie pojawił się primus Bob, łysy i jak zawsze ze skwaszoną miną.

- Hej, primusie! - powiedziałem radośnie. - Dostałem wiadomość od pańskiego szefa. Proszę mu powiedzieć, że będę w Centrali za godzinę. Na bank.

- To nie wystarczy, McGill. Spotkanie zaczęło się o siódmej, czyli czternaście minut temu. W związku z tym zostałem upoważniony do podjęcia radykalnych kroków.

- Ale jakich?

Primus Bob uśmiechnął się, i to nie był sympatyczny uśmiech.

- Widzę, że znajduje się pan w latającym aucie. Proszę wylądować i zaczekać na transport.

Po tych tajemniczych słowach rozłączył się.

- O co mu chodziło? - zapytał Carlos, który oczywiście i tak podsłuchiwał.

- Nie wiem. Ale lepiej wyląduj.

- To szaleństwo. Szybciej dolecimy na miejsce, jeśli przycisnę gaz do dechy.

Wbiłem spojrzenie w ciemny ekran stuka. Nadal myślałem o tym, co powiedział primus Bob.

- Chyba będzie lepiej, jeżeli wylądujesz. Oni coś planują.

Carlos rozejrzał się.

- Nie widzę myśliwców ani niczego w tym stylu.

- Po prostu wyląduj, do cholery!

- Dobra, dobra.

Zniżyliśmy lot po helisie i zatrzymaliśmy się na łące. Byliśmy gdzieś w dystrykcie Wirginii. Z zadartymi głowami patrzyliśmy w niebo, ale niepotrzebnie. Tuż nad maską auta rozbłysło niebieskie światło, a potem dwa ciężkie buty łupnęły o karoserię, zostawiając głębokie wgniecenia.

- No ja pierdolę! - krzyknął Carlos i pospiesznie wysiadł.

Skoczek teleportacyjny był wieprzem, weteranem w szarym mundurze. Miał na sobie uprząż z modułem teleportacyjnym. Podał mi drugą taką samą.

- Wgniotłeś mi maskę, dupku! - wrzasnął na niego Carlos.

Wieprz zignorował biosa, co moim zdaniem było błędem. Wziąłem uprząż i ją włożyłem. Na module był tylko jeden przycisk. Nawet największy kretyn nie mógł się pomylić.

- Niech zgadnę, trzeba wcisnąć tutaj? - upewniłem się. - Dokąd mnie przeniesie?

Wieprz, zamiast odpowiedzieć, bezceremonialnie wcisnął guzik na mojej uprzęży. Moje kontury zaczęły się rozmywać. Chętnie wygarnąłbym facetowi, że to było bardzo nieuprzejme, ale trudno coś powiedzieć, gdy człowiek zmienia się w czystą energię.

Odrobinę radości dało mi to, że w ostatniej chwili zobaczyłem, jak Carlos skrada się do bezmyślnego wieprza z kluczem do kół w dłoni.

Z uśmiechem pomachałem skoczkowi i zniknąłem.

Pojawiłem się chwilę później w Centrali. Stałem na okrągłym lądowisku na szarym pokładzie. Cze­kali na mnie wieprze z poważnymi minami. Nie próbo­wali mnie złapać - i tym lepiej dla nich. Może ktoś ich ostrzegł.

- Centurion McGill? Proszę tędy, sir.

Potraktowali mnie ze względnym szacunkiem, więc podążyłem za nimi, nie wdając się w bójkę. Właśnie dzięki takim chwilom powściągliwości mogłem przekonywać innych, że nie stanowię zagrożenia - pomimo różnych nieporozumień, jakie miały miejsce w przeszłości.

Szliśmy szybkim tempem i wkrótce dotarliśmy do wind. Pomknęliśmy jedną z nich na górę. Zabijałem czas, pogwizdując zakazane melodie.

- Khem - odchrząknął jeden z wieprzy. - Nie da się nie zauważyć, że czuć od pana pewien intensywny zapach, sir. To na pańskich rękach to błoto... czy obornik?

- Pewnie trochę tego i trochę tego. Wezwano mnie bez ostrzeżenia.

- Rozumiem. Czy chciałby pan zrobić sobie krótką przerwę na umycie się?

Rozważyłem jego wspaniałomyślną propozycję, ale ostatecznie pokręciłem głową.

- Nie. Obowiązek wzywa, a ja i bez tego jestem spóźniony. Trochę brudu to nie jest coś, czego dowódcy nigdy nie widzieli. Tu, w Centrali, wszyscy jesteśmy żołnierzami.

- No dobrze.

Dwaj wieprze popatrzyli po sobie niepewnie i wzruszyli ramionami.

Gdy parę minut później wszedłem do królestwa primusa Boba, uśmiechnął się szeroko na powitanie. Pewnie myślał, że zrobił mi niezły kawał z tą teleportacją.

Ale kiedy podszedłem bliżej, zrzedła mu mina.

- Co pan ma na sobie, McGill? Czy to brudna flanelowa koszula? I co tak cuchnie?

- Żyzna gleba z południowego dystryktu Georgii, panie primusie. Nie miałem czasu się umyć i przebrać, bo ktoś mnie porwał.

- Dobry Boże! Nie mogę tak pana wpuścić. Proszę za mną.

Primus Bob poprowadził mnie w stronę łazienki. Niechętnie podążyłem za nim. Ledwo przeszliśmy sześć kroków, otworzyły się drzwi do głównej sali konferencyjnej, zza których wyłoniła się marsowa twarz Drususa.

- Bob? Pisałeś, że on już jest w Centrali. Na co czekamy? Ach, tu jesteś, McGill! Chodź tu natychmiast.

- Ależ, sir... - zaczął Bob, ale Drusus go zignorował i dał znak, żebym podążył za nim.

Pretor był postawiony o wiele wyżej od swojego łysego przydupasa, więc oczywiste, kogo posłuchałem. Po drodze klepnąłem Boba w ramię.

- Dzięki za wszystko. Szkoda, że przełożonym tak bardzo się spieszy.

Primus nie odpowiedział, tylko sterczał z otwartymi ustami. A potem zmarszczył brwi i z odrazą powąchał miejsce, w którym dotknąłem jego munduru. Nie zobaczyłem jednak jego reakcji na to, co wyniuchał, bo w tym momencie zamknęły się za mną drzwi.

Znalazłem się w towarzystwie pretora Drususa, pretora Wurtenbergera oraz kilku asystujących im trybunów i imperatorów. Jednak moje spojrzenie skupiło się na jedynej osobie, która nie miała na sobie munduru - nie licząc mnie, oczywiście. U szczytu stołu siedział, ubrany w ceremonialną czarną togę, zarządca sektora Alexander Turov.

Alexander był starszym mężczyzną o poznaczonej zmarszczkami twarzy, siwej brodzie i bystrym spojrzeniu. Miał wyraźny wschodnioeuropejski akcent. Wystarczył rzut oka, żeby zauważyć, że to on przewodzi zebraniu.

- Widzę, że McGill wreszcie się zjawił - oznajmił. - Dobrze. Możemy zaczynać.

- Miło pana widzieć, zarządco Turov! - powiedziałem z entuzjazmem.

Podszedłem bliżej i podałem mu rękę. Stary Alexander nie był głupi. Popatrzył na moją dłoń jak na psią kupę - i w sumie niewiele się pomylił.

- Zabierz ode mnie tę brudną łapę. Drususie? McGill to pański podwładny. Niech usiądzie obok pana.

Nie przestając się uśmiechać, poszedłem na przeciwległy koniec stołu i wcisnąłem się między obu pretorów. Drusus i Wurtenberger zrobili przerażone miny, a ja wyszczerzyłem zęby i skinąłem im na powitanie.

Stary Alexander wykonał nad stołem konferencyjnym serię wyćwiczonych gestów, a wtedy na wyświetlaczu pokazał się krążownik wiszący nad naszą planetą. Był imponujący, wręcz majestatyczny. Słońce przeglądało się w jego lśniącym kadłubie, tworząc srebrzystą obwódkę.

- Przybył wysłannik z prowincji pośrednich - zaczął Turov. - Wszyscy przywykliśmy do lokalnych barbarzyńskich watażków, takich jak Rigelianie. Często również gościliśmy naszych władców z Układów Centralnych. Jednak ten okręt przyleciał ze Strefy Pośredniej.

Moja brudna ręka już była w powietrzu. Odpadło z niej parę kawałków zaschniętego błota, ale co mog­łem na to poradzić?

Alexander spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- Pytanie? Tak szybko? W porządku, jakoś zniosę twoje istnienie, McGill. O co chodzi?

- Sir, co to, kurna, jest Strefa Pośrednia? Oni są ze zwykłej planety, takiej jak Ziemia, czy z jakiejś wyjątkowej, jak Trantor?

- Są ze świata, który jest czymś pomiędzy - odparł po chwili namysłu. - Jak wszyscy wiemy, Imperium rozciąga się od centrum Galaktyki i obejmuje dwie trzecie układów w całej Drodze Mlecznej. W gorącym centralnym skupisku są niezliczone gwiazdy okrążane przez planety starsze o miliardy lat od naszej ukochanej Ziemi. Tam właśnie mieszkają Galaktycy.

Pokiwałem głową. Wiedziałem to wszystko ze szkoły.

- Cywilizacje takie jak ludzkość są o wiele mniej znaczące. Mieszkamy na obrzeżach Imperium. Prowincje na rubieżach, na przykład nasza z numerem 921, są dla nich niemal bezwartościowe. Jednak istnieją również liczne prowincje średniego szczebla. Znajdują się na obszarach pomiędzy Układami Centralnymi a Rubieżami.

Wstał i wykonał nad blatem szybki ruch obiema rękami. Skojarzył mi się z czarodziejem przywołującym demona. Wprawdzie nie ukazał nam się Belzebub, ale widok i tak się okazał imponujący. Pozostali też byli pod wrażeniem.

Na blacie pojawił się model całej Galaktyki. Był niesamowicie szczegółowy - na tyle, że gwiazdy wyglądały jak migoczące drobinki diamentowego pyłu. Już unosiłem swoje pokryte zaschniętym szlamem ręce, żeby zacząć bić brawo, lecz wtedy zaczęły dziać się naprawdę ciekawe rzeczy. Światła przygasły, a Galaktyka podniosła się ponad stół i zawisła między uczestnikami spotkania jako trójwymiarowy hologram. Zaczęła wolno obracać się w powietrzu. Paru oficerów odchyliło się odruchowo, gdy ich twarze musnęły półprzejrzyste ramiona Drogi Mlecznej. Wyglądało to tak, jakby dotknął ich wielki, kosmiczny duch.

- Ooo, tak! - wykrzyknąłem, wstając i bijąc brawo. - W życiu nie widziałem lepszej sztuczki!

- Siadaj i zamknij się, McGill - rozkazał pretor Wur­tenberger.

Pociągnął mnie za nogawkę, ale szybko pożałował. Zabrał rękę i z przerażeniem popatrzył na brud na swoich palcach.

Posłuchałem, chociaż niechętnie. Zerknąłem na Alexandra i uspokoiłem się, że nie mam kłopotów. Uśmiechnął się chłodno i choć na mnie nie patrzył, czułem, że rozbawił go mój entuzjazm. Był dumny ze swojego ogromnego hologramu. Moim zdaniem słusznie.

Oczywiście model Drogi Mlecznej był nie tylko ładny, ale też pouczający. Nasza Galaktyka miała podobny kształt, jak układ planetarny Saturna - duża masa pośrodku i opasujące ją względnie rzadkie pierścienie. Tyle że zamiast gazowego olbrzyma otoczonego pyłem mieliśmy miliardy gwiazd.

Pośrodku jaśniało zwarte skupisko słońc. Te gwiazdy były większe i bardziej zagęszczone niż wszystkie wokół, które stawały się coraz bardziej i bardziej rozproszone na obrzeżach ogromnego dysku.

Alexander rzucił kolejny czar. Sprawił, że poszczególne obszary mapy zaczęły zmieniać kolor. Dotknął środka, a wtedy kuliste skupisko gwiazd o rozmiarach piłki do koszykówki zaświeciło na złoto. Pojawiła się etykieta: "Układy Centralne".

Kościsty palec dotknął obrzeży. Szeroki pas na krawędziach dysku rozświetlił się na rdzawoczerwony kolor. Napis głosił: "Nieznane".

Potem Turov zaznaczył podobny pas, położony nieco bliżej niż poprzedni. Ten był niebieski i oznaczony etykietą: "Rubieże". Dotknął jednego punktu tuż przy granicy między Rubieżami a niezbadanym obszarem. Kropka zaświeciła na zielono, a obok wyświetliła się nazwa: "Ziemia".

- Jak panowie widzą, nasze położenie jest niebezpieczne - powiedział Alexander Turov. - Znajdujemy się na samej granicy znanej przestrzeni. Ramię Galaktyki, które zamieszkujemy, wcina się w niezbadany obszar i jest jak latarnia morska na brzegu niespokojnego morza. W tym miejscu stosunkowo cywilizowane i pokojowo nastawione formy życia ustępują tym zupełnie barbarzyńskim.

Znowu podniosłem rękę. Alexander z lekkim wahaniem udzielił mi głosu.

- Tak? Co tym razem, McGill? Potrzebujesz się załatwić?

- Co? No nie... To znaczy, może... Nieważne. Przerywam panu, bo jeszcze nie skończył pan opisywać mapy. Co to za szeroki pas gwiazd między pomarańczową kulą pośrodku a niebieskimi Rubieżami?

Alexander posłał mi kolejny chłodny uśmiech.

- Nazywamy to Strefą Pośrednią. - Dotknął tego obszaru, podświetlając go zgniłą zielenią. - Mieszkańcy tych prowincji stoją w hierarchii wyżej od istot pokroju ludzi, uważanych za dzikusów z Rubieży. Oni są uznawani za dość ważnych, ale nie tak ważnych jak sami Galaktycy. Wiele z tych cywilizacji składa się ze skolonizowanych światów. Ich mieszkańcy, choć żyją poza Układami Centralnymi, nadal cieszą się pewną dozą szacunku.

Znowu podniosłem rękę. Gdy tylko na mnie wskazał, zadałem pytanie:

- Ale, sir, czy oni są niewolnikami, tak jak my, czy pełnoprawnymi obywatelami?

Alexander skinął głową.

- Kolejne bardzo dobre pytanie. Są czymś pomiędzy. W swojej odległej przeszłości mieliśmy system znany jako feudalizm. W takim społeczeństwie arystokracja była na szczycie piramidy społecznej, a chłopstwo na samym dole. - Wskazał na niebieskie rubieże. - Istniała jednak warstwa pomiędzy nimi, złożona z kupców, rzemieślników i biurokratów.

Teraz to pretor Wurtenberger podniósł rękę. Alexander natychmiast udzielił mu głosu.

- Wspomniał pan o biurokratach? Czy możemy założyć, że nasi lokalni urzędnicy mogą pochodzić z tego obszaru? Oczywiście mam na myśli Nairbów.

- Owszem, pretorze, zgadza się. Jeszcze nie ustaliliśmy, z jakiej planety się wywodzą, ale zdecydowanie znajduje się ona w tym regionie.

Opadła mi szczęka. Od dawna zastanawiałem się, skąd wzięli się Nairbowie. Przecież nie byli Galaktykami, ale zdecydowanie byli ważniejsi od ludzi. A teraz, patrząc na zielony pas Strefy Pośredniej, wreszcie poznałem prawdę.

Nagle wpadłem na nowy pomysł.

- Chwileczkę! Chce pan powiedzieć, że tym krążownikiem przylecieli Nairbowie? Że spotulnieli i chcą nas prosić o pomoc?

Wszyscy jednocześnie popatrzyli wyczekująco na Drususa. Pretor przez chwilę namyślał się, zanim odpowiedział.

- To byłaby ciekawa sytuacja. Prawdę mówiąc, chciałbym, żeby tak było. Chcielibyśmy, żeby Nairbowie stali się naszymi dłużnikami, nieprawdaż? Jednak niestety tak nie jest. Nairbowie są zdolni do wielu rzeczy, ale nie konstruują imponujących okrętów wojennych. A przynajmniej jak dotąd nie udowodnili, że potrafią i są do tego skłonni.

Zadałem sobie pytanie, kto to więc był? Kto przyleciał ze Strefy Pośredniej? Kto przebył taki szmat drogi, żeby skrócić mi wakacje?

Stary Alexander trzymał nas teraz w garści. Wszystkie spojrzenia skupiały się na jego pomarszczonych dłoniach, gdy znów wykonywał serię gestów nad blatem.

Szybkim ruchem unicestwił mapę gwiazd. Zamiast niej ponownie pojawił się krążownik na orbicie Ziemi. Wydawał się tajemniczy i dziwnie zaprojektowany. Przypominał jednostki imperialne, ale odróżniały go szczegóły. Trochę znałem się na okrętach, a ten nie wyglądał jak skonstruowany w Układach Centralnych.

- A więc dotarliśmy do sedna. Zebraliśmy się po to, aby omówić to, kim są nasi goście z gwiazd - powiedział Alexander. - Nie, to nie są Nairbowie. Nie pochodzą z żadnej znanej nam planety, ani jeszcze się nie zidentyfikowali.

- Nasza flota jest gotowa, panie zarządco - zapewnił pretor Wurtenberger. - Jeszcze nie otoczyliśmy naszego gościa, ale jeśli zachowa się agresywnie, jesteśmy gotowi zaatakować.

- To pocieszające - powiedział Alexander. - Wątpię jednak, czy reakcja floty będzie na tyle szybka, aby uratować osoby zebrane w tym pomieszczeniu.

Byłem pod lekkim wrażeniem. Jasne, stary Alexander pewnie miał gdzieś w Sektorze Zachodniorosyjskim ukryte kopie zapasowe swoich plików, ale to nie zmieniało faktu, że musiał mieć odwagę, żeby stanąć tutaj z nami i pchać się pod lufę wielkiemu okrętowi, który najprawdopodobniej miał wrogie zamiary.

Zwróciłem uwagę, że przy stole brakowało wielu osób, które spodziewałbym się zobaczyć na takim spotkaniu. Zaliczała się do nich na przykład imperator Galina Turov albo trybun Winslade. Pewnie na wszelki wypadek woleli trzymać się z dala od Centrali.

Alexander znowu coś mówił, więc zmusiłem się do skupienia. Tego rodzaju zgromadzenia zwykle okropnie mnie nudziły, ale dzisiaj było inaczej.

- Oczywiście poczyniliśmy próby nawiązania kontaktu - mówił Turov. - Nasi goście jeszcze nie odpowiedzieli, jeśli nie liczyć jednego impulsu. Odszyfrowaliśmy tę krótką transmisję zapisaną w formacie zbliżonym do standardu imperialnego. Zawierała jedno słowo.

Alexander w tym momencie popatrzył na mnie. Jego wzrok był przeszywający. Mężczyzna był stary jak świat, ale umysł wciąż miał bystry.

- Yy... - wydusiłem z siebie, zachodząc w głowę, czy coś mi umknęło.

Podczas spotkań często wyłączałem się na kwadrans albo dwa. Być może zebrani oczekiwali, że coś powiem, a ja nie miałem pojęcia, o co chodzi. To nie byłby pierwszy raz. Odruchowo zrobiłem minę zdezorientowanego głupka. Liczyłem na małą podpowiedź, ale nikt się pokwapił, żeby mi pomóc. Po prostu gapili się na mnie.

W końcu Alexander zapytał:

- Jakieś pomysły, centurionie? Jakie to mogło być słowo?

- Och, nie, proszę pana, nie mam pojęcia.

Ulżyło mi. Źle zinterpretowałem sytuację. Alexander po prostu był podejrzliwy. Pewnie dlatego, że często miałem jakiś związek z wizytami obcych, a ludzie opacznie to rozumieli. Nie miałem zielonego pojęcia, kim są nasi goście, więc pomyślałem, że nic mi nie grozi. Jednak stary Alexander wciąż wpatrywał się we mnie wyczekująco. Z jego twarzy trudno było coś odczytać. Przez większość czasu wyglądał jak niezadowolona jaszczurka.

Znowu postanowiłem zastosować strategię w stylu "udawaj tępego jak noga stołowa". Przychodziło mi to naturalnie. W końcu Alexander przerwał niezręczną ciszę:

- Słowo, które nadali, brzmiało tak.

Dotknął holograficznego przycisku, a wtedy w powietrzu zawisł odtwarzacz z czerwoną linią spektrogramu. Rozległ się niepokojący, obcy głos, który wypowiedział jedno bardzo ważne słowo:

- McGill.

Rozdział 4

Wszystkie spojrzenia skupiły się na mnie. Oczy patrzących były szeroko otwarte. Niektóre przekrwione. Niektóre pełne złości. A prawie wszystkie zdradzały nieufność i niechęć.

- Jasna cholera, czy wy to słyszeliście?! - wykrzyknąłem. - To brzmiało prawie jak moje nazwisko.

Oczywiście nikt się na to nie nabrał. Nikt też nie odpowiedział. Wszyscy nabrali powietrza i zaszemrali między sobą. Wychwyciłem takie słowa jak "zdrajca" i "na permy".

- Ej, chłopaki, no weźcie! - Zmusiłem się do udawanego śmiechu. - Chyba tak naprawdę nie wierzycie, że mam z tym coś wspólnego, prawda? Jestem nikim, durnym wsiokiem, który siedzi na bagnie i żłopie piwo. Zapytajcie kogokolwiek.

Alexander podwinął rękaw, odsłaniając przedramię ze stukiem. Wyrastały z niego liczne kręcone, siwe włoski. Wyglądało to dość ohydnie.

- Pozwoliłem sobie prześledzić twoją lokalizację z ostatnich kilku dni. Często znikasz z radaru, a ubieg­ła noc nie należała do wyjątków. Okręt pojawił się w Układzie Słonecznym późnym wieczorem, a ty nie tylko ignorowałeś wszelkie próby kontaktu, ale byłeś wręcz poza zasięgiem sieci.

- No tak, zdarza mi się. Jak chyba każdemu.

Zgromadzeni oficerowie pokręcili głowami.

- Nie - odpowiedział Alexander. - Nikt z tutaj obecnych nie staje się nieosiągalny. Jedyny wyjątek stanowię ja sam, a i to tylko na czas obrad z udziałem innych urzędników państwowych wysokiego szczebla.

- Och. Wielka szkoda. Mogę panu pokazać sztuczkę z folią aluminiową. Naprawdę polecam. Miło jest czasem odpocząć.

Uśmiechnął się bez cienia wesołości.

- To bardzo uprzejmie z twojej strony, McGill, ale podziękuję. Skupmy się na wydarzeniach z ubiegłej nocy. Przebywałeś wtedy na Ziemi?

Zamrugałem ze zdziwieniem.

- Oczywiście, że tak.

- Zdajesz sobie sprawę, że nie mogły namierzyć cię ani drony, ani programy śledzące?

- Serio? No cóż, mieszkam pod Waycross. Mamy tam słaby zasięg.

W tym momencie pretor Drusus stracił cierpliwość. Wstał i rąbnął pięścią w blat, aż zadrżał hologram krążownika.

- McGill, jestem na szczycie twojego łańcucha dowodzenia. Rozkazuję, żebyś przestał nam mydlić oczy i przyznał się, o co w tym wszystkim chodzi.

- Sir, ale ja naprawdę próbuję pomóc, jak tylko mogę. Stary McGill nigdy nie kłamie, każdy to wie.

- Po prostu powiedz, co się dzieje - jęknął błagalnie Drusus. - Przylecieli, żeby cię znaleźć i aresztować. Albo może zawarłeś z nimi na boku jakąś umowę? A może to preludium do kolejnej inwazji?

- Naprawdę nie wiem, pretorze. Mówię poważnie, całą noc spędziłem z dziewczyną na bagnie. Stoi tam taka rudera, do której czasem chodzę, żeby mieć odrobinę prywatności.

Wszyscy spojrzeli na mnie nieufnie. Drusus nalegał dalej:

- Chcesz mi powiedzieć, że pieprzyłeś się z jakąś kobietą i nie masz pojęcia o kosmitach, którzy zapukali do naszych drzwi, wypowiadając twoje nazwisko?

- Właśnie tak, sir. Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia, kim są i czego chcą. To nie może być okręt należący do Nairbów. Do Mogwa też nie. Wygląda podobnie, ale różni się projektem.

- Wszyscy to wiemy. Dziękuję za te zupełnie niepomocne uwagi.

Drusus usiadł, prychając z rozdrażnieniem. Z moich doświadczeń wynika, że gdy ktoś się na mnie złości, nie należy mu się ani podlizywać, ani patrzeć z wrogością. Trzeba kogoś takiego zignorować i robić swoje. Wtedy z reguły najszybciej się uspokaja.

Stary Alexander przysłuchiwał się z uwagą tej wymianie zdań. Ostatnio poznaliśmy się trochę lepiej i nie wszystkie nasze spotkania przebiegły w serdecznej atmosferze. Zacznijmy od tego, że od lat sypiałem z jego córką i...

O cholera!

Do mojego tępego mózgu wreszcie dotarło, że sam siebie wepchnąłem na minę, odruchowo kłamiąc, że spędziłem noc z dziewczyną w ruderze na bagnie. W normalnych warunkach ta bajeczka świetnie by się sprawdziła, bo w legionach byłem szeroko znany jako kobieciarz. Zapomniałem jednak, że Galina Turov, córka starego Alexandra, była - a przynajmniej powinna być - moją stałą partnerką. Przyznanie się do niewierności z pewnością nie sprawiło, że starszy mężczyzna polubił mnie choć odrobinę bardziej.

- To znaczy chciałem powiedzieć... - wyjąkałem. - Że poszedłem na bagno, bo byłem... niedysponowany. Coś mi zaszkodziło. Musicie mi uwierzyć.

- To do niczego nie prowadzi - skwitował pretor Wurtenberger. - Proponuję porzucić nadzieję, że McGill w czymkolwiek nam pomoże. Co zrobimy w sprawie okrętu? Jako przedstawiciel ziemskiej floty mogę powiedzieć bez cienia wątpliwości, że z łatwością możemy go zniszczyć.

- Nie - odpowiedział Alexander Turov. Z jego tonu jasno wynikało, że decyzja jest nieodwołalna.

Wurtenberger wyrzucił ręce w powietrze.

- Więc co robimy? Mamy czekać, aż powiedzą drugie słowo? Albo zrzucą na Ziemię kilkanaście żarbomb?

Alexander pokręcił głową.

- Nie będziemy czekać. Pozostaje tylko jedna opcja. Każemy McGillowi wysłać im wiadomość. Jeśli to też nie pomoże, McGill poleci na pokładzie nieuzbrojonego wahadłowca i będzie pukał do ich drzwi, aż go zniszczą albo wpuszczą do środka.

Zmarszczyłem brwi. Czy to tylko moja wyobraźnia, czy stary Turov nagle mnie znienawidził? Czy to z powodu jego córki? To możliwe - i moim zdaniem, bardzo nieuczciwe. Przecież nie byliśmy nawet zaręczeni.

- Hmm, a co miałbym im powiedzieć, szanowni panowie? - zapytałem.

Drusus z zaniepokojoną miną uniósł otwarte dłonie.

- Panie Turov, nie mogę zgodzić się na coś takiego. McGill nie jest dyplomatą. Przez większość czasu nie zachowuje się nawet jak oficer z prawdziwego zdarzenia.

- Zauważyłem. Ale oni już zbyt długo nas ignorowali. Skoro prosili o McGilla, to go dostaną. Proszę o to zadbać.

Drusus zgarbił się w poczuciu porażki i podrapał się w kark. Ja tymczasem dostałem mikrofon, a łącznościowcy otworzyli kanał. Odchrząknąłem i zacząłem mówić:

- Witajcie, bracia z kosmosu. Jestem centurion James McGill z Legionu Varus. Przepraszam za opóźnienie, ale teraz już tu jestem i możemy porozmawiać. Jeśli przybywacie w pokoju, aby przynosić radość i oświecenie, zamieniamy się w słuch.

Odpowiedź nie nadeszła. Powtórzyłem swoją transmisję jeszcze parę razy w kilku różnych wersjach, ale tamci nie zareagowali. Po trzech minutach poddałem się.

- Nie rozumiem - powiedziałem. - Może to wszystko jest jednym wielkim nieporozumieniem. Może chcieli powiedzieć coś w stylu "McGillicuddy", ale w połowie stracili sygnał. W mojej rodzinnej miejscowości często tak się zdarza.

Pozostali nawet na mnie nie patrzyli. Wyda­wali się bardziej przybici i zmartwieni niż kiedykolwiek. Ja z kolei dostrzegłem w tym okazję do ulotnienia się. Udałem, że ziewam, i podrapałem się po brzuchu.

- To ja już bym poszedł, jeśli to panom nie przeszkadza. Przykro mi, że nie mogłem pomóc, ale trochę zgłodniałem i...

- Zamknij się - warknął nagle Drusus. - Patrzcie!

Spojrzałem tam, gdzie wskazał. Z kosmosu spadał jakiś obiekt - niewielki, ciemny, trochę błyszczący.

- Czy to bomba? - Wurtenberger zerwał się z siedzenia.

Drusus pokręcił głową.

- Nie, widzicie te silniki odrzutowe? Wyłoniły się z kadłuba. Wyznaczyć trajektorię!

Na ekranie pojawiła się czerwona parabola łącząca obiekt z dachem Centrali. Czymkolwiek była ta dziwna niby-rakieta, wkrótce miała spaść nam na głowy.

- Ewakuować budynek - rozkazał Drusus.

- To niemożliwe, nie zdążymy - zaoponował Wurtenberger. - Musimy zestrzelić ten obiekt.

- Nie.

Obaj wbili spojrzenia w Alexandra Turova. Kiedy mówił, ludzie zawsze słuchali. Palcem wskazującym jednej ręki wskazał na mnie, a drugiej - Drususa.

- Wy dwaj pójdziecie ze mną na dach. Pozostali mogą się ewakuować, jeśli taka wasza wola. Ale niech nikt nie robi nic agresywnego, dopóki zamiary naszych gości nie staną się jasne.

- Jeśli zrzucą na miasto głowicę jądrową, czy to będzie pańskim zdaniem wystarczająca prowokacja, żeby uzasadnić odwet? - zapytał Wurtenberger sarkastycznym tonem, jednak Alexander się nie oburzył.

- Myślę, że tak. W takiej sytuacji to pan będzie odpowiedzialny za obronę. Pozostali z nas zginą.

Turov wyszedł, a my z Drususem podążyliśmy za nim jak kaczątka za mamą.

- Więc jak pan myśli, panie zarządco? - zapytałem. - Wysłali na powierzchnię statek? Jakąś delegację?

- To możliwe. Taki jest najlepszy scenariusz i tego się na razie trzymam. Módlcie się, żebym miał rację.

- Modlę się, proszę pana. Cały czas.

Wjechaliśmy windą na samą górę. Wyszliśmy na lądowisko na dachu Centrali. Wiał silny wiatr, ale na szczęście nie musieliśmy długo czekać.

- Cokolwiek to jest, włączyło silniki hamujące - zauważyłem. - To dobry znak.

Paru wieprzy stanęło między nami a lądującym statkiem. W pierwszej chwili kazali nam schować się do środka, ale gdy rozpoznali Drususa i Turova, rozbiegli się w pośpiechu.

Tymczasem statek wylądował na słupie ognia. Gdy się zatrzymał, podeszliśmy trochę bliżej, wciąż jednak zachowując pełen szacunku dystans. Niecałą minutę później otworzył się właz, a wtedy wszyscy otworzyliśmy szeroko oczy ze zdumienia.

Rozdział 5

Ze środka wyszło dwóch marines - a konkretniej Mog­wa w pancerzach wspomaganych. Nasi władcy z centrum Galaktyki często mieli ich na swoich jednostkach. Ale ci żołnierze trochę różnili się od marines, których widzieliśmy w przeszłości. Trudno to określić, ale wydawali się bardziej brutalni albo nieokrzesani. Ich wielonogie maszyny kroczące były takie same, ale pancerze miały inny kształt. Tak czy inaczej, siedzieli w jednoosobowych miniaturowych czołgach, które przywodziły na myśl ziemskie smoki i które zmiażdżyłyby ludzką stopę, gdyby na nią nadepnęły.

Marines stanęli po bokach włazu, a wtedy z ciemnego wnętrza wyłonił się inny Mogwa. Ten nosił mundur marynarki wojennej. W pierwszej chwili go nie rozpoznałem. Był młody i szedł dumnie na sześciu odnóżach, charakterystycznym dla swojego gatunku dziwacznym krokiem.

Przyjrzałem mu się uważnie, a on odwzajemnił spojrzenie. Wreszcie z translatora padły słowa:

- Ach, chyba poznaję swojego ulubionego niewolnika z przeszłości. Czy nazywasz się McGill?

Opadła mi szczęka. Nie mogłem w to uwierzyć.

- Wielki admirał Sateekas? A niech mnie, to naprawdę pan! Wygląda pan tak młodo i zdrowo, sir!

- Rzeczywiście. Przywrócono mnie do stanu z lat świetności.

Sateekas był jedynym Mogwa, którego mogłem określić jako przyjaciela - a przynajmniej w pewnym sensie. Mogwa z reguły nie dawali się lubić. Byli aroganccy, egocentryczni i przez większość czasu zwyczajnie wredni. Jednak Sateekas i ja stoczyliśmy razem wiele bitew i przeżyliśmy wspólnie trudne chwile. Zaczęliśmy się rozumieć.

Nigdy nie miał szczęścia jako admirał. W Rubieży 921 więcej niż raz stracił powierzoną mu flotę. Z powodu tych kosztownych porażek zmuszono go do przejścia na emeryturę.

- Nie widzieliśmy się chyba od czasu, gdy wspólnie walczyliśmy ze Skayami podczas kampanii na Świecie Klonów, prawda? - zapytałem.

Sateekas skrzywił się.

- Nawet nie wspominaj o Skayach, McGill. To przez nich wszystko straciłem.

- Ale przecież koniec końców wygraliśmy bitwę!

Sateekas wykonał przednimi odnóżami gest, który oznaczał tyle, co wzruszenie ramionami.

- Być może, ale to zwycięstwo miało cenę, która dla admiralicji była nie do przyjęcia. Nie ma dnia, w którym ktoś nie przypomniałby mi, że cała ta prowincja jest warta mniej niż okręty, które straciłem, broniąc tego bezużytecznego skrawka kosmosu.

Zadałem sobie pytanie, czy to prawda. I uznałem, że pewnie tak.

Drusus odchrząknął, a wtedy wszyscy na niego popatrzyliśmy. Co ciekawe, Turov milczał.

- McGill, może wypadałoby nas sobie przedstawić - powiedział pretor.

- Oczywiście. Admirale Sateekas, oto pretor Drusus i zarządca sektora Turov. Wielka szycha w ziemskim rządzie.

- Ekscytujące - mruknął Sateekas bez cienia entuzjazmu.

Spojrzałem na Drususa i Turova. Żaden nie palił się, żeby zabrać głos. W końcu Drusus zacisnął wargi i skinął mi głową. Wiedział z doświadczenia, że - choć to dla wielu niepokojące - jako jedyny umiałem nawiązać jakie takie relacje z elitami Mogwa.

- No cóż, wasza admiralska mość - zacząłem - czy wolno zapytać, co możemy dla pana zrobić? Oczywiście jest pan zawsze mile widzianym gościem, ale z pewnością musi istnieć poważny powód dla takiej wizyty.

- Poważny i smutny - uściślił Sateekas. - Przyznam, że już wiele lat temu uznałem Rubież 921 za ciemną i zacofaną prowincję. Kolebkę łotrów i źródło wszelkich nieszczęść.

- Wcale się pan nie pomylił, sir.

- Owszem. Jednak teraz, z powodu nieprzewidzianych okoliczności, jestem zmuszony wrócić z emerytury i ponownie stanąć na pokładzie okrętu wojennego.

- Jak to, admirale?

Mogwa lekceważąco machnął odnóżem.

- Wszystko zostanie wyjaśnione w stosownym czasie. Najpierw jednak muszę zaznaczyć swoją władzę.

Popatrzyliśmy po sobie wszyscy trzej. "Zaznaczyć swoją władzę"? Zachodziłem w głowę, co to mogło oznaczać. Turov i Drusus też na pewno się zastana­wiali, o co mogło mu chodzić.

Tymczasem Sateekas odwrócił się do ciemnego włazu i dał komuś znać, że może już wyjść. Po chwili na progu pojawiła się postać, którą natychmiast rozpoznałem.

- Gubernator Nox?

Kobieta Mogwa zignorowała mnie i spojrzała z pogardą na zasnute chmurami niebo.

- Na tej koszmarnej planecie zawsze jest zimno - poskarżyła się i odruchowo położyła odnóże na swojej niby-kangurzej torbie, której zawartość poruszyła się. - Ostry wiatr. Nawet tutaj go czuję.

Wijąca się w torbie istota wprawiła mnie w osłupienie. Wiedziałem, że Nox miała dziecko z Sateekasem, ale powinno być już dość duże. Czyżby spłodzili kolejne?

Choć gdy znów popatrzyłem na Sateekasa w jego odmłodzonej formie, zacząłem rozumieć. Starzec z obwis­łą skórą zmienił się w młodzieńca u szczytu sił, który mógł wydawać się Nox całkiem atrakcyjny.

- Chodź, moja droga - ponaglił ją Sateekas. - Powiedz tym niewolnikom, że muszą mnie słuchać.

Nox zeszła po rampie i zmierzyła wzrokiem zachmurzone niebo. Prawdę mówiąc, pogoda była całkiem niezła jak na ludzkie standardy. Nadchodził koniec lata i choć znajdowaliśmy się dość wysoko, gdzie wiał silny wiatr, nie było aż tak chłodno. Może po prostu instynkt macierzyński nakazywał jej dbać, żeby dziecko nie zmarzło.

- Mieszkańcy Ziemi - odezwała się do nas Nox - jesteście gatunkiem, który w imieniu Imperium egzekwuje prawo Galaktyków w Rubieży 921. Potwierdzacie ten fakt?

- Oczywiście - przytaknął Drusus. - Dodam, że jestem najwyżej postawionym oficerem odpowiedzialnym za...

- Tak, tak, wszystko jedno - przerwała mu. - Potwierdzacie również, że ja, gubernator Nox, jestem prawowitą władczynią tej żałosnej prowincji?

Ponownie wymieniliśmy spojrzenia. Wszyscy trzej podejrzewaliśmy, że Nox szykuje się do powiedzenia czegoś okropnego.

- Owszem - przytaknął w końcu Turov.

Gubernator zmierzyła go wzrokiem, obejmując swoją torbę obiema skórzastymi, pokrytymi szczeciną niby­-dłońmi.

- Kim albo czym ty jesteś? - zapytała. - Znam Drususa i tę przerośniętą, gadającą małpę o nazwisku McGill. Ale ty jesteś nowością dla moich oczu.

- Reprezentuję władze cywilne. O ile pretor Drusus jest przedstawicielem sił zbrojnych Ziemi, o tyle ja w tym momencie reprezentuję Hegemonię jako całość.

Przez chwilę przyglądała mu się spod zmrużonych powiek.

- Rozumiem. Myślę, że będę w stanie znieść twoją obecność. A teraz słuchajcie, niewolnicy. Zaraz wydam oficjalny dekret i nie zamierzam się powtarzać.

Wpatrywaliśmy się w nią, bardzo zaniepokojeni. Nikt się nie odezwał.

- Niniejszym przejmuję wasze siły zbrojne i przekazuję je pod dowództwo admirała Sateekasa. Wasze armie i floty będą mu służyły, dopóki nie zażegnamy kryzysu.

Drusus aż się zakrztusił. Alexander Turov trwał nieruchomy jak głaz.

- Yy, przepraszam bardzo - ośmieliłem się odezwać. - Czy mogę zapytać, o jakiego rodzaju kryzysie mówimy?

Nox wycofała się na pokład i machnęła tylnym odnóżem. Sateekas odprowadził ją wzrokiem, a potem spojrzał na nas wyczekująco.

- No i? Gdzie wasza odpowiedź?

- Hmm, oczywiście postąpimy zgodnie z wolą Imperium - powiedział Drusus.

Sateekas skrzywił się.

- Oczekiwałem więcej entuzjazmu i lepszych manier. I choć uważam, że wasza odpowiedź pozostawia wiele do życzenia, przyjmuję ją. A teraz zorganizujcie ucztę powitalną, która rozpocznie się za godzinę.

- Och. Tak, sir. Oczywiście - wydukał zaskoczony Drusus.

Sateekas odwrócił się i ruszył w stronę rampy, ale zatrzymał się.

- Aha, i nie zapomnijcie, że bardzo smakują mi te wasze duże, latające insekty. Dawno temu Xlur podzielił się ze mną kilkoma takimi pieczonymi pysznościami i chciałbym znów cieszyć się ich smakiem.

- Duże, latające insekty? - zdziwił się Drusus.

- Młode gołębie, sir - wtrąciłem się. - Pamiętam, że Xlur objadał się nimi któregoś razu. Zdaje się, że Mog­wa je uwielbiają.

- Ekhm... Tak, oczywiście. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, admirale...

W tym momencie za Sateekasem zatrzasnął się właz.

Gdy tylko odeszliśmy od promu i stanęliśmy przy windach, Drusus i Turov zaczęli nerwowo szeptać między sobą. Byli w podłych nastrojach.

- W moim bardzo długim życiu nikt nie potraktował mnie tak obcesowo - poskarżył się zarządca.

- Uczta z młodych gołębi? - jęknął pretor. - Bankiet zaplanowany i przygotowany w mniej niż godzinę? Jak to załatwimy?

Zdaje się, że nie patrzyli na rozmowę z szerszej perspektywy.

- Przepraszam, ale o co chodzi z tym rekwirowaniem sił zbrojnych?

Drusus wzruszył ramionami.

- Niestety, Galaktycy mają prawo to zrobić. Mogą zażądać naszych okrętów i żołnierzy.

Zmarszczyłem brwi tak mocno, że mnie zabolała skóra na twarzy. Nie podobało mi się to ani trochę. Cokolwiek by mówić, Sateekas jako oficer słynął z talentu do ponoszenia ogromnych strat. Jeśli zamierzał wciąg­nąć nas w jakiś konflikt w Układach Centralnych, mog­ło się zrobić bardzo niebezpiecznie.

Kiedy Drusus zaczął wydzwaniać tu i tam, próbując na szybko zorganizować bankiet, ja intensywnie rozmyślałem o nowej sytuacji, w której się znaleźliśmy. Zauważyłem, że stary Alexander mi się przygląda. Gdy winda stanęła, a Drusus oddalił się truchtem, starszy mężczyz­na klepnął mnie w ramię i odciągnął w boczny korytarz.

- McGill? O czym teraz myślisz?

Na moich ustach pojawił się udawany uśmiech.

- O pieczonych gołębiach, proszę pana. Uwielbiam je. Co prawda kaczka jest smaczniejsza, ale...

Starzec pokręcił głową.

- Nie. Nie rozmyślałeś o ptactwie. Nie rób ze mnie idioty, bo w ten sposób ośmieszasz nas obu.

- Yy...

- O czym myślisz? - powtórzył, przeszywając mnie intensywnym spojrzeniem.

Zawahałem się, zanim odpowiedziałem. Jasne, mog­łem wymyślić inne kłamstwo. Przemknęło mi przez głowę coś w stylu "o tym, jak pięknie wygląda pańska córka w blasku zachodzącego słońca". Ale darowałem sobie te bzdury, bo nagle zrozumiałem, że on już wyczuł, co mi chodzi po głowie. To niedobrze. Ten stary drań był tak inteligentny, że aż straszny.

- No cóż, panie zarządco, prawdę mówiąc, myślałem o tym, jak sprawić, żeby Mogwa zmienili swoje plany, zanim wprowadzą je w życie.

Alexander skinął głową.

- Tak się składa, że myślałem mniej więcej to samo. Czy to jest wykonalne?

Wzruszyłem ramionami.

- Jasne, że tak. Wiele razy udało mi się wyperswadować obcemu jakiś głupi pomysł.

Uśmiechnął się.

- Zazwyczaj jesteś raczej człowiekiem czynu. Powiedz, co tak naprawdę rozważałeś.

- Hmm... No cóż, to nie tak, że...

- Ilu Mogwa zabiłeś, McGill?

To pytanie kompletnie zbiło mnie z tropu. Nigdy wcześniej nawet nie ośmieliłem się tego liczyć. Przecież z moich rąk zginęło ich całkiem sporo - w tym niektórzy na dobre.

- Nieważne - powiedział Alexander, gdy moje milczenie się przedłużało. - Zdarzyło nam się już współpracować dla dobra planety. Jeśli nadarzy się okazja, by naprawić sytuację, chcę, żebyś ją wykorzystał. Zażeg­naj to zagrożenie dla naszej floty i legionów. Rozumiesz, o czym mówię, centurionie?

- Myślę, że rozumiem.

- To dobrze.

Oddalił się szybkim krokiem za Drususem. Mieli ucztę do zorganizowania i siły zbrojne do zmobilizowania. Izba Werbunkowa wkrótce miała zapełnić się żołnierzami, a potem na niebie miało zaroić się od okrętów.

Ziemia znowu szła na wojnę - chyba że znajdę sposób, aby temu zapobiec.