Legion Nieśmiertelnych. Tom 16. Świat Lodu - B. V. Larson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Kampania na Świecie Zieleni zakończyła się z hukiem i cieszyłem się, że mieliśmy ją już za sobą. Miasto Centralne poniosło dotkliwe straty, a wśród ofiar śmiertelnych znalazła się moja córka. To była jej pierwsza śmierć i okazała się przytłaczającym doświadczeniem dla całej naszej rodziny.

Choć normalnie McGillowie traktują śmierć jako coś rutynowego - wszak niejednokrotnie wszyscy już ginęliśmy i byliśmy wskrzeszani - tym razem stało się inaczej. Etta była po prostu za młoda i emocjonalnie niegotowa na coś takiego. W dodatku potem wróciła... inna.

Ponieważ czuła się wyobcowana, postanowiła opuścić Miasto Centralne i zamieszkać z dziadkiem na Świecie Pyłu. Wiele miesięcy później mnie i moich rodziców doszły słuchy, że wróciła na Ziemię i wybiera się do nas z wizytą. Niby się cieszyliśmy, ale mimo wszystko odczuwaliśmy pewien niepokój w związku z całą tą sytuacją. Szczególnie widać to było po mojej mamie, która do samego przyjazdu Etty nie mogła opanować nerwów.

- James - odezwała się matka, kiedy czekaliśmy na Ettę - tylko zważaj na słowa. Żadnych złośliwości pod jej adresem.

- Nie martw się, mamo. Będę ostrożny.

Następnie zwróciła się do taty, posyłając mu strofujące spojrzenie:

- Ciebie też się to tyczy, John. Ani złego słowa.

- Dlaczego się mnie czepiasz? - zaprotestował.

- Bo wiem, co ci chodzi po głowie. Podczas jej ostatniej wizyty w Georgii wręcz emanowałeś dezaprobatą.

- Pewnie, lepiej ją rozpieszczać i okłamywać, zamiast powiedzieć, co myślimy. Zrobisz z niej...

Przerwała mu, unosząc palec. Był to stanowczy gest kogoś, kto wyraźnie nie zamierza wdawać się w dyskusje.

- Niedługo stuknie mi setka. Nie chcę spędzać reszty wieczności sama, nie mając nikogo, kto by mnie odwiedził w Święto Dziękczynienia.

Tata odburknął coś, ale nie zrozumiałem.

- Dobra. Będę cicho.

Mama w typowy dla siebie sposób łypnęła na nas podejrzliwie. Hołdowała zasadzie "ufać i kontrolować".

Nasze problemy zaczęły się jakiś rok temu wraz ze zmianą zachowania Etty na gorsze. Co prawda nigdy nie była posłuszna, ale teraz wydawała się nieco mniejsza i jeszcze wredniejsza niż wcześniej. Dzień przed swoim wyjazdem zaatakowała Galinę, o czym wciąż mi przypominano.

Po tym, jak zamieszkała z dziadkiem na Świecie Pyłu, obydwoje zaczęli pracować nad czymś podejrzanym, aczkolwiek nikt, nawet ja, nie wiedział, o co chodziło.

Tak więc chociaż Etta opuściła Ziemię, bynajmniej nie przestała pakować się w kłopoty. Wzięło się to pewnie stąd, że odtworzono ją z sześciu różnych próbek genetycznych, wskutek czego jedna trzecia jej genów pochodziła ode mnie, jedna trzecia od jej matki, ­Delli, a reszta... od kogoś, o kim nie mieliśmy zielonego pojęcia.

Badacz powiedział, że wykorzystał DNA Natashy Elkin. Trudno było nam w to uwierzyć. Nie zdziwiłbym się, gdyby posłużył się jakąś spreparowaną przez siebie mieszanką, bo Etta w niczym nie przypominała Natashy. Gdyby miała jej geny, byłaby spokojniejsza. Tymczasem efekt był zupełne odwrotny: Etta stała się jeszcze bardziej szalona niż przed śmiercią.

Bardzo jej współczułem. Od początku nie miała wielkich szans wyrosnąć na kogoś normalnego. Już sam fakt, że miała mnie i Dellę - dwoje narwańców - jako rodziców, zwiastował nieszczęście. Jednak z tą szczyptą obcych genów był to zupełnie nowy poziom obłędu.

Starałem się przepędzić te chmurne myśli. Gdy tylko Etta zapowiedziała się z wizytą, mama postawiła sobie za punkt honoru sprawić, by poczuła się tu mile widziana. Powtarzałem sobie, że muszę dać dziewczynie szansę.

Obaj z tatą zerknęliśmy na siebie wymownie. Martwiliśmy się.

- Jest - wykrzyknęła mama, wyglądając przez okno. - Widzicie to latające auto? To na pewno ona.

- Nie mogła wynająć po prostu szynowca jak normalny człowiek? - rzucił marudnie tata.

W odpowiedzi dostał kuksańca od mamy.

- A to za co? - obruszył się.

- Żadnych złośliwości. Ugryź się w język. Podwozi ją dawny przyjaciel Jamesa, nie ma w tym nic złego.

Tata odburknął coś jeszcze, po czym zamilkł.

Wyszliśmy na podwórze za domem. Było spore i bez problemu mieściło zarówno moją szopę, jak i stary dom rodziców.

Choć latające samochody to rzadkość w Waycross, nasi sąsiedzi przywykli już do widoku tych lśniących maszyn sunących nad bagnem i lądujących na przesiece na północ od domu. Zwykle jednak przylatywała nimi Galina Turov. Nie dzisiaj.

- Nie rozumiem, po co Carlosowi aerowóz - odezwał się tata.

Mamę wyraźnie zaświerzbiła ręka, ale ostatecznie go nie zdzieliła. Pewnie dlatego, że tym razem uczepił się Carlosa, a ten działał na nerwy każdemu.

- Mnie też wydaje się to nieco dziwne - przytaknęła i spojrzała na mnie. - James, mam nadzieję, że ten prosiak nie interesuje się twoją córką?

Parsknąłem śmiechem.

- Wątpię. Jest od niej sześciokrotnie starszy.

- Tobie to jakoś nigdy nie przeszkadzało.

Wzruszyłem tylko ramionami, bo nie było sensu spierać się z faktami.

- Nie no, przecież wie, że bym go zabił. I to w bardzo nieprzyjemny sposób.

Ta odpowiedź zadowoliła mamę, ale nie tatę.

- Nadal nie rozumiem, jak to możliwe, że były legionista nagle szasta kredytami i szpanuje taką bryką.

- No... ja też nie. Może wykonuje jakieś fuchy dla Centrali. Sam nieraz tak dorabiałem.

- Nawet mi o tym nie przypominaj...

- Och, przymknijcie się już - upomniała nas mama, kiedy latający samochód zaczął obniżać pułap. - Nadlatują.

Auto wylądowało szybko, buchając żarem z dysz i wzbijając wokół tumany kurzu. Manewr wyglądał bardziej brawurowo niż w przypadku Galiny. Podczas gdy ona sadzała maszynę z gracją, Carlos robił to tak, jakby przerzucał oddział desantowy na teren wroga. Samochód podbił nieco w górę, po czym sfajczył trawę pod spodem.

- Zaraz wciągnie jakiś krzak we wlot powietrza - żachnął się ojciec.

Kiedy auto stało już bezpiecznie na czterech płozach, podeszliśmy do niego uśmiechnięci. Drzwi od strony pasażera się otworzyły i wyskoczyła młoda dziewczyna.

Przez sekundę - a raczej ułamek sekundy - w ogóle jej nie poznałem.

Miała dłuższe włosy i była mocniej opalona. W dodatku poruszała się inaczej, niż zapamiętałem. Zupełnie jakbym miał przed sobą siostrę Etty. Siostrę, która nigdy się nie urodziła.

Oczywiście natychmiast zdławiłem w sobie te wątpliwości. Rozłożyłem szeroko ręce - a zasięg miałem niczym cholerny kondor - i wyszczerzyłem się jak głupi.

Etta podbiegła do mnie i rzuciła mi się w ramiona. Po długim uścisku przekazałem ją moim rodzicom, którzy przytulili ją równie gorąco.

Wtedy z auta wysiadł wreszcie Carlos. Wyglądał jakoś... grubo. Bez wątpienia spasł się jeszcze bardziej od zeszłego roku. Wziął z bagażnika kilka zakurzonych toreb, ciężkim krokiem podszedł do nas i rozejrzał się zaciekawiony.

- A więc to tutaj mieszkasz, co? - rzucił. - To jest ta wielka tajemnica?

- Mój dom nigdy nie był żadną tajemnicą.

- Jakoś wcześniej nie zaprosiłeś mnie, żebym poznał twoją rodzinkę. Zawsze tylko piwko na mieście. Nie jestem godzien gościć w twoim prawdziwym domu czy jak?

- Na to wygląda.

Rechocząc złośliwie, uścisnęliśmy sobie dłonie.

- Dzięki za przywiezienie młodej z Centralnego, Carlos. Wiadomo: są bramy teleportacyjne, ale taką dostawę pod same drzwi zawsze się ceni.

Potaknął skinieniem i wskazał swój samochód.

- Piękna bryka, co nie? Nie mogę się nią nacieszyć.

- Nie dziwię się.

Zaraz potem rodzice zabrali Ettę do domu. Carlos i ja ruszyliśmy do szopy.

Na skrzypiących deskach rozpadającej się werandy zaczął cwaniakować:

- Ciekawe, co czują kobiety, kiedy przekraczają ten próg. Aż sam mam ciary...

- Chcesz to piwo czy nie?

Przymknął się wreszcie, a ja dałem mu po browarze do każdej ręki, po czym sam otworzyłem sobie dwa. Łyknęliśmy zimnego trunku ze smakiem.

- Masz tu coś jeszcze do siedzenia oprócz tej styranej kanapy? - zapytał. - Nie zamierzam tego dotykać.

- To - odparłem, przysuwając mu bujany fotel z werandy. - Może być?

- Elegancko.

Usiedliśmy wreszcie i przez chwilę pogadaliśmy o legionie. Standardowa sprawa, kiedy spotykają się trepy - chlanie i gadanie o robocie. Co innego mielibyśmy robić?

Po kilku butelkach Carlos nachylił się i zaczął przyglądać mojemu poplamionemu dywanowi.

- McGill - odezwał się w końcu - nie przyleciałem tu tylko po to, żeby wyświadczyć ci przysługę.

- Wiedziałem... O co chodzi? Jesteś spłukany? Mówiłem ci, że taka bryka ciągnie kasę jak odkurzacz. Ubezpieczenie, przeglądy, rejestracja, opłaty za korytarze powietrzne...

Popatrzył na mnie z cwanym uśmieszkiem.

- Wręcz przeciwnie, McGill. Nie chciałbyś zarobić? Jest konkretne siano.

Mrugnąłem kilka razy, a mój uśmiech przemienił się w grymas zdziwienia. O czym on, do diabła, bredził? Wyobraziłem sobie tuzin różnych scenariuszy - i wszystkie łączyło jedno: kłopoty.

Rozdział 2

Po pierwszych dwunastu piwkach byliśmy już z Carlosem w całkiem niezłych nastrojach.

- Wiesz, że odszedłem z Varusa, co nie? - spytał. - Na dobre.

- No wiem przecież. Ale co to za robota, o której wspomniałeś? Serio nie wyrabiasz się z płatnościami za auto?

Zaśmiał się.

- Gdzie tam. Zapłaciłem za nie gotówką. Z ręki do ręki, nie pakowałem się w żadne pożyczki i tym podobne.

- Hm...

Latające auto to dość nietypowa rzecz jak na legionistę. Jasne, niektórzy z nas byli dość ogarnięci, by z powodzeniem inwestować zarabiane pieniądze i po latach zgromadzić całkiem pokaźną sumkę. Ale ani ja, ani Carlos nie należeliśmy do tego grona.

- To na co przewaliłeś oszczędności? - dopytywałem się. - Dlaczego potrzebujesz nagle kasy? Zawsze możesz zostać wieprzem, jeśli trudno ci związać koniec z końcem.

- Wypchaj się - odparł. - Nigdy nie zostanę wieprzem. Ale i tak możemy nieźle zarobić, pracując dla nich od czasu do czasu.

A więc o to chodziło. Carlos wykonywał fuchy dla Centrali. Mnie też się zdarzało, ale to zawsze kończyło się źle. Zawsze.

- No nie wiem... Nie uśmiecha mi się bycie wystrzelonym prosto w środek jakiejś jatki i zarobienie permazgonu.

- To nie tak. Ta robota jest... nieoficjalna.

Zmrużyłem podejrzliwie oczy.

- Coś kręcisz. To w końcu pracujesz dla górki czy nie?

Przewrócił oczami.

- No dobra, słuchaj. Mam po prostu pewne źródło hajsu. Sekretne źródło.

- Sekretne źródło pieniędzy? Brzmi, jakbyś opychał fanty Claverowi lub coś w tym stylu.

Carlos zachowywał się podejrzanie. Zdecydowanie unikał mojego spojrzenia.

- Zaraz... serio? Claver? Ocipiałeś?

- Nie powiedziałem, że chodzi o Clavera... Nie do końca. Rzeczywiście był w to zaangażowany w pewnym momencie, ale już nie jest. Tak czy siak bystrzak z ciebie, skoro się domyśliłeś.

Całkowicie zaskoczony, rozdziawiłem gębę.

- Gadaj albo się wynoś.

Westchnął.

- Dobra, dobra. Pamiętasz nasz pobyt na Świecie Postępu? Tau Ceti?

- Noo...

- To wtedy poznaliśmy Clavera. A pamiętasz, jaki był nadziany?

Przez kilka długich sekund mierzyliśmy się wzrokiem.

- Pierdolisz - wypaliłem wreszcie. - Masz na myśli te galaktyczne monety? Wielkie złote krążki? Przecież od zawsze były nielegalne.

- Tau jakoś to nie przeszkadzało, prawda? W każdym razie możliwe, że zachowałem sobie kilka sztuk. Na pamiątkę, wiesz...

Parsknąłem śmiechem, po czym jednym haustem dopiłem piwo i rzuciłem butelkę w stronę kubła. Rozbiła się co prawda, ale większość odłamków i tak wpad­ła do środka. A ponieważ był to jeden z tych zautomatyzowanych kubłów, natychmiast wysunął niewielkie plastikowe ramiona, aby uprzątnąć bałagan.

- Chcesz mi powiedzieć, że zajumałeś trochę tego nielegalnego siana? I przez tyle lat nawet o tym nie pisnąłeś?

- No - potaknął. - Przecież nie mogłem pójść z nim ot tak do kasyna czy coś w tym stylu, prawda? Zatrzymałem monety, zaczekałem na odpowiedni moment, odszedłem z legionu i spieniężyłem kilka.

- Jasna cholera. No nie wierzę.

- To uwierz.

- No dobra - odpowiedziałem, próbując jakoś ogarnąć tę historię. - Tylko dlaczego zawracasz mi teraz głowę? Masz przecież kupca, inaczej nie byłbyś w stanie tak szastać forsą. Co więc mogę dla ciebie zrobić, panie krezusie? Poza milczeniem oczywiście.

- Byłbym wdzięczny, ale jest coś jeszcze. Bo widzisz... Możliwe, że mam małe kłopoty.

Na te słowa klepnąłem się w kolano i ryknąłem śmiechem. Carlos popatrzył na mnie z wyrzutem.

- Nawaliłeś! I to konkretnie, co? Kto się dowiedział?

- Nikt. Chyba. Ale coś podejrzewają. Pewna wścibska grupa wieprzy z Centrali zaczęła węszyć tu i tam. Otworzyli śledztwo.

- Kto konkretnie?

Pokręcił głową.

- Zawiadomienie dostałem od Drususa, to znaczy z jego biura. Z dowództwa.

Wydałem z siebie przeciągły gwizd i się zaśmiałem.

- No to masz przesrane. Nie ma co, nagrabiłeś sobie.

- No, no, śmiej się, śmiej. A wiesz, kto jeszcze został objęty śledztwem?

- Wal.

- Pewien oficerek o nazwisku James McGill.

Osłupiałem.

- Co? Dlaczego ja?

- Bo to ty dowodziłeś oddziałem, kiedy zniknęły monety. I byłeś moim dowódcą w następnych latach. Pewnie myślą, że miałeś z tym coś wspólnego.

- No bez jaj. Przecież Drusus mnie zna.

- Też byłem zaskoczony. Może jednak wcale nie jest taki w porzo.

Przemyślałem na szybko sytuację i stwierdziłem, że nie podoba mi się to, co słyszę.

- Carlos, to twój problem. Jasne, jestem twoim przyjacielem i nie raz oddałem za ciebie życie. Ale to ty nawarzyłeś tego piwa. Nie sraj tam, gdzie jesz, bo wdepniesz w gówno.

- No, niby tak... Ale musisz mi pomóc. Wystarczy jedna ekstra robota, opchnę resztę monet i zniknę.

- Niby dlaczego miałbym to zrobić?

- Bo jesteśmy starymi kumplami z wojska? Zapomniałeś już, ile razem przeszliśmy?

Pokręciłem głową z dezaprobatą.

- Tylko że tym razem to coś znacznie poważniejszego. Chyba się nie spodziewasz, że pomogę ci w czymś takim.

- No to pomóż sobie. Wieprze dopadną nas obu, masz to jak w banku. Poza tym możliwe, że nad sprawą pracują też Nairbowie.

Na tę myśl aż ścisnęło mnie w dołku. Tutejszy nadinspektor był właśnie Nairbem i szczerze mnie nienawidził. W ciągu kilku ostatnich kampanii niejednokrotnie próbował dobrać mi się do tyłka. Zwykle jednak, kiedy zjawiał się w tym celu na Ziemi, kończył martwy. A mimo to uparcie wracał. Że też wskrzeszarki radzą sobie równie skutecznie z obcymi, jak z ludźmi...

- Twoja farma, czy raczej ranczo szczurów bagiennych, jak zwał, tak zwał, jest w niebezpieczeństwie - oznajmił ostrzegawczym tonem. - Wiesz, jacy są Nair­bowie. Będziemy mieli szczęście, jeśli zadowolą się zrównaniem Waycross z ziemią.

Zerwałem się na nogi. Carlos patrzył tylko ponuro.

- Jeśli stanie się coś złego - huknąłem na niego - to będzie twoja wina. Trzeba było zostawić tę brudną forsę w cholerę.

- Wiem, wiem. Przepraszam. To wszystko z chciwości... Byłem wtedy głupim młokosem. Słuchaj, McGill, tu nie chodzi o poczucie winy, sprawiedliwość czy pokazanie, kto jest większym kozakiem. Ja po prostu naprawdę potrzebuję twojej pomocy.

Warknąłem wyraźnie poirytowany, ale usiadłem z powrotem.

- Co niby miałbym zrobić?

Jego świńskie oczka momentalnie się zaświeciły. Wiedział, że mnie przekonał.

Następnie wszystko mi wyjaśnił.

Rozdział 3

Pozbyłem się Carlosa późnym wieczorem. Najpierw powiedziałem mu, że oszalał do reszty i powinien wyhodować sobie nowy mózg. Potem jednak zapewniłem go, że przemyślę jego... nasz problem.

Gdy uzyskał to, czego chciał, wyszedł zadowolony, a ja wciąż nie do końca rozumiałem, co się właśnie stało. Carlos znał mnie niemal tak dobrze jak ja samego siebie - a pod pewnymi względami może nawet lepiej. Zapewne dlatego uznał, że złapałem się na haczyk.

Czy rzeczywiście dałem mu się urobić? Możliwe. Czy rzeczywiście zamierzałem pomóc mu z tym śledztwem? Możliwe. Cholera jasna...

O świcie obudziło mnie brzęczenie stuka. Półprzytomny uciszyłem cholerstwo klepnięciem. Na próżno: kilka minut później znowu zaczęło wibrować.

Warcząc ze zdenerwowania, usiadłem i przetarłem oczy.

Na ekranie widniała twarz. Ładna.

- Galina? Co jest, do diabła? To już ranek?

- Dziesiąta trzydzieści twojego czasu.

- Serio?

Zrobiła jeszcze bardziej zdegustowaną minę.

- Znowu piłeś? Jesteś chociaż sam?

- Niestety tak.

Zmarszczyła brwi i pokręciła głową.

- Dobra, wierzę ci. Dzwonię, bo mam dla ciebie zaproszenie, Jamesie McGill.

Nagle w mojej głowie zawyła syrena alarmowa. Zwykle kiedy Galina zaczynała rozmowę w taki sposób, miałem być aresztowany. Zamiast jednak wysyłać goryli do mojej szopy, namawiała mnie, bym poddał się dobrowolnie. Po prostu o wiele łatwiej było wziąć kogoś tak agresywnego jak ja podstępem, niż mierzyć się z nim bezpośrednio.

Pamiętając o toczącym się śledztwie, postanowiłem podejść do tej rozmowy ze szczególną ostrożnością.

- Eee... Zaproszenie na co?

- To niezwykle wyjątkowa okazja. Jeszcze nigdy nie zaprosiłam nikogo do swojego rodzinnego domu.

- Że co?

- Rany, mam ci to przeliterować?

- Tak byłoby chyba najlepiej.

Westchnęła.

- W porządku. Chcę zabrać cię do siebie, do mojego domu rodzinnego.

- Po co? - zapytałem, ziewając.

- Żebyś poznał moich rodziców, naturalnie. I resztę rodziny.

Zdębiałem. Co prawda gościłem ją nieraz u siebie - jadaliśmy nawet wspólne posiłki z rodzicami, a ona dała mojemu tacie polatać aerowozem - ale o własnej rodzinie jakoś nigdy nie wspomniała. Myślałem więc, że nie żyją. W końcu jest starsza ode mnie.

- To ty masz rodzinę? Gdzie?

- Na Białorusi.

- Co to jest?

Obnażyła swoje ładne, białe zęby, ale nie był to uśmiech.

- Białoruś, James. Taki uroczy kraik w Europie Wschodniej.

- Serio? Jakiego języka się tam używa?

- W większości standardowego. Ale niektórzy nadal posługują się rosyjskim lub białoruskim.

- Yyy... rosyjskim? A tak, coś słyszałem.

Przewróciła oczami.

- No to jak będzie?

- Z czym?

- Lecisz ze mną czy nie? Jeśli tak, to musimy już ruszać.

Całkowicie zmieniła swój słodki ton. Bez wątpienia była atrakcyjną kobietą, ale charakter miała okropny.

Choć muliło mnie jeszcze po poprzedniej nocy, rozważyłem szybko jej propozycję. Wizyta u rodziców natychmiast skojarzyła mi się z żenującymi rozmowami przy posiłkach, momentami niezręcznej ciszy, długą podróżą i ogólną nudą. Z drugiej strony facet, który poświęca czas, by poznać rodziców dziewczyny... Trudno o lepszy sposób na zdobycie u niej punktów i zapewnienie sobie nieco miłych chwil prędzej czy później.

- W porządku. Mów, o co chodzi. I tak jestem ci to winien, skoro sama tyle razy odwiedzałaś moich rodziców... Tylko dlaczego musimy lecieć akurat teraz? Skąd ten pośpiech?

- Muszę być na ślubie i potrzebuję osoby towarzyszącej. Wchodzisz w to?

Cholera, mocno naciskała. Gdybym był inteligentniejszy, zacząłbym coś podejrzewać. Tymczasem jedyne, o czym myślałem, to aby napić się kawy.

- Ślub? I chcesz mnie przedstawić jako swojego chłopaka? Serio? Od miesięcy nie zjedliśmy nawet wspólnie kolacji.

- Przestań panikować, James. To przecież nie nasz ślub.

- A czyj? - zapytałem.

- Mojej siostry.

- Masz siostrę?

- Najwyraźniej.

Wpatrywałem się w swoje ramię zdumiony.

- Wiedzą w ogóle o mnie?

- Co nieco im wspomniałam. Może nawet pokazałam im twoje zdjęcie raz czy dwa...

Nagle mnie olśniło: Galina była niezależną kobietą - być może jej rodzice wciąż liczyli, że się ustatkuje i zacznie wieść normalne życie. Z moimi starymi było przecież podobnie. Żeby więc nie robić im przykrości, wymyśliła pewnie jakąś historyjkę o nas dwojgu i pokazała moje zdjęcie. Widząc takiego przystojniaka, nie domyśliliby się, że patrzą na kompletnego kretyna.

- A czy oni w ogóle chcą mnie poznać? - zapytałem. - Wiedzą, w co się pakują?

- Nie. Ale jestem gotowa zaryzykować. To jak, zgadzasz się? Czas mija, James.

Zawahałem się.

- A co z tym twoim chłoptasiem? Garym?

Przewróciła oczami.

- To zwykły lizus. Nie ma na co u mnie liczyć. Poza tym i tak nie zrobiłby wrażenia na moich krewnych.

- Ale ja już zrobię, co? - Uśmiechnąłem się na tę myśl. - Dobra, Galina. Wchodzę w to.

- Świetnie. To zbieraj graty i wyłaź. Czekam w samochodzie przy bagnie. Pospiesz się, robi się gorąco.

Zaskoczyła mnie tym.

- Nie mogłaś przyjść do mnie jak normalny człowiek?

- Po pierwsze, nie wiedziałam, czy jesteś sam. A po drugie, ludzie, którzy wyrywają cię ze snu, zwykle giną.

- W sumie racja. No dobra, daj mi chwilę. Mogę chociaż wziąć prysznic?

- Nie. Nie mamy na to czasu. Wykąpiesz się po drodze, jak miniemy obszar podbiegunowy.

Mruknąwszy z dezaprobatą, rozłączyłem się i wstałem. Przeciągnąłem się mocno, aż otarłem palcami zasyfiony sufit mojej chaty.

- Białoruś... - powiedziałem na głos. - Ciekawe, jak tam jest.

Kilka minut później wsiadłem do jej auta z torbą wypełnioną w większości brudnymi ciuchami. Galina odruchowo zmarszczyła nos.

- Capisz piwem i niemytym dziadem.

- Mówiłem przecież, że muszę się wykąpać.

Uchyliła okno i uderzył nas powiew świeżego powietrza. Lecieliśmy szybko, a przede wszystkim nisko, aby uniknąć mandatu za prędkość. Sunęliśmy tuż nad wierzchołkami drzew, których korony tworzyły zieloną plamę falującą pod płozami. Na szczęście autopilot radził sobie dobrze i o nic nie zahaczyliśmy.

Pół godziny później dotarliśmy do portu kosmicznego w Atlancie. Niczym wierny kundel udałem się za Galiną do terminalu, gdzie czekała już sterta jej bagaży.

- Wiesz, że mogłaś uprzedzić mnie o tym wcześniej?

- Wiem - przytaknęła - ale dopiero dziś rano postanowiłam tam lecieć. Sprawy między mną a moją rodziną nie układają się zbyt dobrze.

- Skąd ja to znam.

Niedługo potem wsiedliśmy do pociągu kolei powietrznej. Ucieszyło mnie, że Galina zapłaciła również za mój bilet - przynajmniej pod tym względem wykazała się rozsądkiem.

W niespełna godzinę zasnąłem z otwartą gębą i zacząłem chrapać. Nie trwało to długo, bo zaraz dostałem łokciem w żebra.

- Idź się wykąpać.

Zwlokłem się więc z siedzenia i poszedłem pod prysznic. Kabina okazała się dość ciasna, przewidziana raczej dla ludzi o normalnych wymiarach. W dodatku słono sobie liczyli za wodę. Ostatecznie doprowadziłem się do porządku. Wiadomo: śmierdzący raczej nie miałbym co liczyć, że mi się poszczęści, nawet po weselu.

Przez kolejną godzinę udawałem, że słucham gadania Galiny, ale tak naprawdę bawiłem się tylko stukiem. Wreszcie wylądowaliśmy w jakimś mieście o nazwie Mińsk. Następnie, już pojazdem naziemnym, ruszyliśmy na południe. Gdy mijaliśmy miejscowość o jeszcze dziwniejszej nazwie Słuck, spróbowałem wymówić ją na głos, ale kiepsko mi wyszło.

- Sluk? - odezwałem się. - Jaka dziwna nazwa.

- Nie, idioto - wypaliła Galina, prawie mnie opluwając. - Słuck. To ważne miasto dla Białorusi. W przeszłości stoczono o ten teren wiele bitew.

- Dziwne - przerwałem jej. - Stuk określa ten obszar jako Sektor Zachodniorosyjski. Chcesz powiedzieć, że się myli?

Spojrzała na mnie z jadem w oczach.

- Nie brnij w to, McGill. Wystarczy, że w ciągu stuleci zginęły z tego powodu miliony ludzi.

- Dobra - odparłem, wzruszając ramionami. I tak niewiele mnie to obchodziło.

Po jakimś czasie dotarliśmy do kolejnego miasta - o jeszcze bardziej intrygującej nazwie.

- Turov? - zdziwiłem się, wskazując tablicę z napisem w języku standardowym. - Serio? Nazwali miasto na cześć twojej rodziny?

Galina zbyła mnie wzruszeniem ramion, ale widać było, że połechtałem jej ego.

- Moja rodzina odgrywa tu ważną rolę.

- No proszę.

Powoli zacząłem łączyć ze sobą fakty. Już jakiś czas temu zauważyłem, że Galina otrzymuje po kryjomu wsparcie z rządu. Początkowo myślałem, że podlizuje się komu trzeba w Europie, ale teraz... Nie zdziwiłbym się, gdyby owymi dobroczyńcami okazali się jej krewni.

Przez lata spadała na cztery łapy niezależnie od tego, co odwaliła. Jej życiorys to nieustanne próby wywołania rewolucji i jawne zdrady. Wystarczy wspomnieć choćby, że przyłączyła się do kalmarów, kiedy te najechały Ziemię. A gdy Skayowie rzucili wyzwanie Mog­wa, gotowa była zmienić strony i czcić owe bezduszne maszyny. Nie chodzi o to, że była kapitulantką. Ani trochę. Po prostu działała zgodnie ze swoimi rewolucyjnymi przekonaniami.

Taka postawa nie była przecież niczym nowym na tej nieszczęsnej planecie. Głupcy głoszący wielkie idee pojawiali się na arenie dziejów raz za razem. Zwykle jednak, kiedy ktoś taki ponosił porażkę, lądował na śmietniku historii jako parias.

Tymczasem Galinie z jakiegoś powodu wszystko uchodziło płazem. Czego dowodem był chociażby fakt, że dopiero co zwrócono jej insygnia imperatorskie: dwie złote nowe, które zdobiły teraz jej wąskie ramiona, mieniąc się jasnym blaskiem promieni słonecznych.

- To dlatego tu jesteś! - wykrzyknąłem, wskazując na jej naramienniki.

- O czym ty mówisz?

- Nigdy nie odwiedzasz rodzinnego miasta, prawda? A na pewno nie byłaś tu od lat.

Wydęła usta.

- No, trochę minęło. A co?

- Twój stopień... Znowu jesteś imperatorem. To przecież nie stało się ot tak, co nie? Ktoś musiał pociąg­nąć za sznurki.

Zmrużyła oczy.

- Nie zamierzam o tym dyskutować, James. Jeśli chcesz dzielić dziś ze mną pokój, lepiej zapomnij o tym szalonym pomyśle. Natychmiast.

- O, śpimy w jednym pokoju?

- Możliwe. Jeszcze nie zdecydowałam.

Uśmiechnąłem się.

- Właściwie skoro mam udawać twojego chłopaka, to chybaby wypadało, prawda?

- Zgadza się. Więc jak: będziesz współpracował czy zamierzasz wszystko schrzanić?

- Hm... Właśnie kupiłaś moje milczenie, Galino. Będę się szeroko uśmiechał i całował wszystkich po rękach.

- Świetnie.

Wkrótce dotarliśmy do okazałej posiadłości. Choć znajdowała się za miastem, w niczym jej to nie ujmowało. Otaczało ją żelazne ogrodzenie z automatycznymi bramami, a cały teren patrolowały roboty uzbrojone w staromodne karabiny maszynowe. Na wybrukowanym parkingu z kamienną, jakby zabytkową fontanną stało chyba z tysiąc latających samochodów.

Wysiedliśmy, a Galina chwyciła mnie za rękę.

- Jesteśmy spóźnieni. Chodź ze mną.

Biegnąc po schodach, obydwoje pospiesznie przeczesaliśmy dłońmi włosy. Strażnicy najwyraźniej rozpoznali Galinę, ponieważ wpuścili nas bez problemu.

Wydawałoby się, że skoro spóźniliśmy się na ślub, to ceremonia już trwała. Tak to przynajmniej wyglądało w Waycross, kiedy ktoś spóźniał się na jakiekolwiek ważne wydarzenie.

Tymczasem było zupełnie inaczej. Zamiast ceremonii ślubnej przywitał nas widok politycznych ważniaków siedzących przy suto zastawionych stołach. Całe zgromadzenie zabawiało się składaniem jakichś podpisów, podczas gdy wokół nich uwijała się służba w idiotycznych mundurach galowych wieprzy.

Patrzyłem na nich, z trudem powstrzymując się od komentarzy. Każdy z polityków po kolei składał swój podpis na zwoju komputerowym. Co ciekawe, nie podpisywali się całym nazwiskiem na raz, tylko kreślili rysikiem jakby jedną literę, po czym brali następny rysik, aby dopisać kolejną i tak dalej.

- Hę? - burknąłem jak typowy burak. - Dlaczego używają kilku rysików, żeby złożyć zwykły podpis?

Galina odpowiedziała szeptem:

- Bo później rysiki zostaną rozdane jako upominki. To jakieś ważne dokumenty, inaczej by tego nie robili.

- Co? Przecież to nawet nie są pióra, a zwykłe rysiki.

- Przymknij się już.

Wykonałem polecenie. Dotarło do mnie, że znalaz­łem się w zupełnie obcym mi świecie.

Kiedy wreszcie skończyło się podpisywanie, wszyscy w środku przestali nagrywać wydarzenie stukami i grzecznie nagrodzili ważniaków oklaskami. Postanowiłem pójść w ich ślady i zaklaskałem w swoje wielkie łapska. Kilka osób aż się obejrzało, obrzucając mnie pełnym obrzydzenia spojrzeniem, które tak dobrze znałem.

Miałem ochotę zagwizdać albo krzyknąć, ale ostatecznie się opamiętałem. Galinie zdecydowanie by się to nie spodobało. Podobnie jak reszcie tych sztywniaków.

Po tej dziwnej prezentacji, gdy wszyscy zajęli się już sobą, Galina podeszła do faceta siedzącego przy środkowym stoliku i uśmiechnęła się do niego. Odkładał właśnie rysiki do etui podawanych mu przez wieprzy.

- Tato? - zagaiła.

W tym momencie szczęka opadła mi niemal na marmurową posadzkę.

Rozdział 4

Pan Turov - a może arcyksiążę Turov, nie wiedziałem, jak go właściwie tytułować - podniósł surowe spojrzenie. Miał białe włosy i brodę jak u Świętego Mikołaja. Pomimo wieku jego wzrok nie stracił na bystrości. Natychmiast zauważył uśmiechniętą Galinę i stojącego u jej boku dryblasa. Uraczył nas fałszywym uśmieszkiem, a następnie wstał. Przytulił córkę, choć dość niedbale.

Potem zwrócił się do mnie. Przechylił przy tym głowę w ten sam sposób, w jaki robiła to zawsze Galina.

- Ty musisz być McGill. Och, jesteś tylko centurionem? Jak to możliwe? - Miał zabawny akcent, podobny do tego, z jakim mówiła Galina, z tym że jego było o wiele trudniej zrozumieć.

- Eee... - zacząłem - tak jest. Nazywam się James McGill. Jestem centurionem w Legionie Varus, wasza wysokość. Najlepszym legionie na Ziemi.

Galina wyraźnie się spięła, choć wciąż utrzymywała uśmiech na twarzy. Nawet nie zerknęła w moim kierunku. Wpatrywała się w swojego tatuśka, jakby był najważniejszą osobą na świecie.

- Rozumiem - odparł staruszek. Popatrzył na nią. - To by wiele tłumaczyło, moja córko. Na przykład te twoje nieustanne degradacje i awanse.

Dostrzegłem w jej oczach iskrę irytacji. Z pewnością miała ochotę wybuchnąć, ale zdołała się opanować. Wiedziałem, jak wiele ją to kosztowało. Być może właś­nie dlatego tak rzadko odwiedzała rodzinny dom.

- Ojcze, gdzie jest moja siostra? - zapytała wreszcie. - Muszę jej pogratulować.

- Naturalnie. Sophia poszła do ogrodu dopilnować aranżacji kwiatowych czy innych bzdur.

- Pójdę się z nią przywitać. Cieszę się, że znów cię widzę, ojcze.

- Cała przyjemność po mojej stronie, jak mniemam.

W tej chwili pomyślałem sobie, że to dobra okazja, aby pogadać ze starym o tym i owym. W końcu już nie raz poznawałem ojców moich dziewczyn - i z reguły robiłem na nich dobre wrażenie. Przynajmniej na początku. Podobało im się, że nie jestem typem cykora.

Poczułem jednak, jak Galina zaciska swoją dłoń na trzech palcach mojej prawej ręki - kobiecie jej rozmiarów trudno było chwycić ją w całości - i wymownie za nie ciągnie.

Mogłem oczywiście ją zignorować, ale tego nie zrobiłem. Pozwoliłem jej się odciągnąć. Zasalutowałem jeszcze jej ojcu na pożegnanie.

- Hej, może zostanę tu i pogadam z twoim tatą? Nie miałbym nic przeciwko. Pewnie chciałby mnie wypytać o różne sprawy.

- Nie wątpię. I właśnie dlatego się oddalamy.

- Daj spokój. Ojcowie zwykle mnie lubią. Za bardzo panikujesz.

- Mój ojciec nie lubi nikogo. Nawet siebie. Trzymaj się blisko mnie i nie gadaj za dużo.

Skierowaliśmy się na zewnątrz, do ogrodu, przemierzając labirynt korytarzy tego wielkiego domostwa. Po drodze co chwilę mijaliśmy roboty i ludzi z obsługi albo wieprzy pilnujących drzwi. Na widok stołu zastawionego apetycznie wyglądającymi daniami zaczęło mi burczeć w brzuchu.

- Zjadłbym coś.

- Musisz poczekać.

Mimo to wyciągnąłem rękę po pucharek z fioletowym płynem. Opróżniłem go raz-dwa i z radością przekonałem się, że to jakieś wino. Galina nawet tego nie zauważyła, zbyt pochłonięta myślą, by wyprowadzić moje przerośnięte cielsko na zewnątrz najszybciej jak to możliwe.

Tak też się zaraz stało. Aż musieliśmy przymrużyć oczy w blasku chylącego się powoli ku zachodowi słońca.

- Jest - odezwała się Galina.

- Kto?

- Moja siostra, debilu.

- A, racja. Ta w różowym?

Galina popatrzyła na mnie z rozdrażnieniem.

- Skąd wiedziałeś?

Uśmiechnąłem się.

- Bo to najładniejsza dziewczyna tutaj. Oczywiście poza tobą.

Zacisnęła na moment usta.

- Dobra odpowiedź.

- Yyy... czekaj. Jak to możliwe, że ona jest taka młoda? Przecież jej ciało nie może być wiele starsze od twojego. W dodatku ty oszukujesz.

Skrzywiła się.

- Mój ojciec urodził się prawie sto pięćdziesiąt lat temu. Sophia to moja starsza siostra. Domyśl się reszty.

Nietrudno było to ogarnąć, nawet takiemu tłumokowi jak ja. Najwyraźniej wszyscy z wyższych sfer oszukiwali, wykorzystując wskrzeszarki, aby w nienaturalny sposób przedłużać sobie życie.

Z pozoru wydawało mi się to złe. I chyba takie w istocie było. Oficjalnie tylko legioniści mieli przywilej korzystania z maszyn wskrzeszających. W końcu to my walczyliśmy i ginęliśmy, aby zapewnić Ziemi wypłacalność oraz bezpieczeństwo.

Z drugiej jednak strony wiedziałem, że również inni wykorzystywali maszyny do własnych celów. Robili to podstępnie, aranżując swoją śmierć i odrodzenie tak, aby zachować młodość oraz piastowane stanowiska. Oczywiście dało się to osiągnąć także na inne, mniej drastyczne sposoby, chociażby za pomocą opóźniających starzenie preparatów, jak Cell-stim czy Nu-cream. Moi rodzice kupowali ich zapas przy każdej wizycie w Waycross.

Jednakże środki te opracowano stosunkowo niedawno. Jeśli więc ojciec Galiny naprawdę miał ponad stówę, to... No cóż, musiał oszukiwać od bardzo, bardzo dawna. W związku z czym nasunęło mi się kolejne pytanie: jak długo pełnił funkcję publiczną na Ziemi? Pięćdziesiąt lat? Sto? I kiedy należałoby powiedzieć "dość" w takim wypadku?

Z tych niepokojących myśli wyrwała mnie nagle Galina witająca się ze swoją siostrą. Po tym, jak już się wyściskały i wypiszczały, przedstawiła nas sobie, a Sophia zmierzyła mnie zaciekawionym spojrzeniem.

- Jest jeszcze większy, niż sobie wyobrażałam - zauważyła radośnie.

- Niewątpliwie jestem duży - odparłem, śmiejąc się do niej.

Sophia była nie tylko urocza, lecz także bardzo seksowna. Aczkolwiek z Galiną łączyło ją niewielkie podobieństwo. Galina miała bowiem młodzieńczą sylwetkę, drobną, a jednocześnie o wyraźnych kształtach. Przypominała pod tym względem cheerleaderkę i wiedziała, że mi się to podoba. Na dodatek wystarczyło, że zobaczyła na swojej twarzy jedną zmarszczkę, i bez wahania dawała się zabić, aby wrócić do życia odmłodzona.

Sophia natomiast wyglądała znacznie dojrzalej i bardziej zmysłowo. Oczywiście również była młoda i pełna życia, ale w jej przypadku zdecydowanie było więcej tego, za co można złapać.

Spojrzeliśmy po sobie z Sophią uśmiechnięci, na co oblicze Galiny momentalnie się odmieniło.

- James, moja siostra bierze jutro ślub.

- Hę? Och, racja. Miło mi cię wreszcie poznać, Sophio. Galina dużo o tobie opowiadała. Mam wrażenie, jakbyśmy już się znali.

- Doprawdy? Aż trudno mi uwierzyć...

- James - zamruczała Galina - właśnie zauważyłam, że na tyłach ogrodu podają piwo. Na pewno jesteś sprag­niony po długiej podróży.

- Owszem, kruszynko.

Zrozumiawszy aluzję, odnalazłem wzrokiem barek i bez ociągania ruszyłem w jego kierunku. Ponieważ zaś było ciepło - w końcu mieliśmy lato - postanowiłem zostać tam dłużej. Zacząłem opróżniać jeden kufel po drugim.

Chwilę później wystarczyło już, że tylko pstryknąłem palcami, a robot obsługujący barek posłusznie nalewał mi następną kolejkę. Niezłe cacko. Technologia ta pochodziła z 51 Pegasi i z roku na rok ją udoskonalano, aby maszyny te stawały się coraz bystrzejsze. Obecne modele potrafiły rozpoznawać wzorce zachowań i przewidywać polecenia, jeszcze zanim się je wydało.

Jakieś dwadzieścia minut później byłem już lekko wstawiony. Galina wciąż rozmawiała z Sophią, więc nie chciałem im przeszkadzać. Moim zdaniem śluby i cała ta otoczka to najnudniejsza rzecz na świecie.

Wkrótce całe to wypite piwo nieuchronnie dało o sobie znać i poczułem parcie na pęcherz. Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu jednej z tych przenośnych toalet, które można było wynająć. Żadnej jednak nie dostrzegłem.

Niezrażony oddaliłem się w kierunku rosnących rzędami, starannie przyciętych drzewek owocowych oraz ozdobnych pnączy - w końcu nie od dziś znany jestem z inicjatywy i zdecydowania. Gdy znalazłem w miarę ustronne miejsce, odlałem się na jakąś zakwitającą dopiero gruszę. Zawsze powtarzałem, że trzeba pomagać matce naturze, kiedy tylko można.

Skupiony na swojej ekologicznej działalności, usłyszałem dobiegający z góry charakterystyczny dźwięk. Zadarłem głowę i ujrzałem nie jeden, nie dwa, lecz trzy samochody latające, które szybko zniżały lot.

W innych okolicznościach zaniepokoiłoby mnie to, ale nie dziś i nie tutaj. Wokół roiło się od grubych ryb i dygnitarzy. Dlaczego miałby mnie dziwić fakt, że jakiś urzędas podróżował z dodatkową ochroną? Zapewne nikt z obecnych nie zwrócił na to uwagi.

Auta wylądowały, a ja skończyłem swoje, po czym ruszyłem do barku po kolejne piwo. Zanim jednak wyszedłem z zarośli, wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.

Najpierw powietrze rozdarły rytmiczne trzaski, którym towarzyszyły równie miarowe rozbłyski. Na widok ognistych smug pocisków przelatujących mi nad głową błyskawicznie przykucnąłem. Potem zaś rozległy się krzyki.

Szukający schronienia goście biegali w popłochu, wrzeszcząc i padając od strzałów w plecy.

Rozdział 5

Odruchowo sięgnąłem ręką do boku, ale przecież nie miałem broni. Ani nawet noża bojowego, ponieważ wszystko zabrała mi ochrona przed wejściem do domu.

Trzymając się nisko, przedarłem się przez żywopłoty i inne krzaki. Nie wyszedłem jednak prosto na otwarty teren, lecz krążyłem ostrożnie wokół. Jednocześnie rozglądałem się za jakąkolwiek bronią, aż znalazłem szpadel. Dobre i to.

W tym momencie z domu odpowiadano już ogniem. Wewnątrz widziałem wcześniej mnóstwo wieprzy, ale zdecydowanie brakowało ich na tyłach. Dopiero teraz kilku zjawiło się na schodach prowadzących do budynku i zaczęło ostrzeliwać napastników. Wszystkie stoły, ozdoby i kwiaty zostały oczywiście zniszczone, a przerażeni cywile próbowali odczołgać się byle dalej. Niektórym nawet się udawało, podczas gdy inni ginęli w mgnieniu oka.

Wieprze bynajmniej się nie hamowali. Walili ile fabryka dała, nie patrząc, czy koszą napastników, czy postronnych na linii strzału. Posągi zdobiące ogród, altanki - wszystko obracało się w pył. Zupełnie nie liczyli się ze stratami.

Zaletą tej sytuacji było to, że atakujący skupili całą uwagę na domu. Dzięki temu mogłem zakraść się niepostrzeżenie do najbliższego i przywalić mu szpadlem. Jeden mocny cios niemal pozbawił go głowy. Z szokiem w oczach osunął się na kolana, brocząc krwią z otwartej szyi.

Zorientowałem się też, co to za jedni - Tau. Humanoidalni obcy, z którymi od lat nie miałem do czynienia.

Co oni robili na Ziemi? Dlaczego mieliby atakować wesele? Nie znałem odpowiedzi na te pytania i w tym momencie niewiele mnie to obchodziło. Zależało mi tylko na tym, by jak najszybciej odesłać ich tam, skąd przybyli.

Wyrwałem broń tkwiącą jeszcze w zesztywniałej ręce Tau - jakiś rodzaj krótkolufowego karabinu na lite pociski. Miał podobny akcelerator jak trachy, ale miotał znacznie cięższym śrutem i był o wiele bardziej szybkostrzelny. Brakowało mu co prawda celności, jednak na krótki dystans - jak w tej sytuacji - dawał radę.

Odciągnąłem zamek i skierowałem wzrok na kolejnego przeciwnika, czołgającego się akurat na gruzach ołtarza. Wypaliłem pierwszy, zanim zdążył zająć dogodną do strzału pozycję. Następnie wycelowałem w pozostałych, którzy jeszcze mnie nie zauważyli, i położyłem kilku trupem. Stało się to tak nagle, że nie zdążyli nawet zareagować lub zrobić uniku.

Tau zrozumieli chyba, że szala przechyliła się na naszą stronę, ponieważ zaczęli się wycofywać. Albo dostali taki rozkaz. Tak czy siak wszyscy jak jeden mąż zerwali się z miejsca i ruszyli biegiem do swoich samochodów.

Widząc to, posłałem za nimi serię. Mimo że trafiłem, pociski odbiły się od maszyn, zasypując ziemię mrowiem iskier. Miały osłony - jak te, które eskortowałem kiedyś na Cancri-9.

Jak tylko garstka ocalałych napastników wskoczyła do wozów, odlecieli w kierunku północnym. Oczywiście cały czas ich ostrzeliwałem, ale bez rezultatu.

Niemal w tej samej chwili nadbiegli zdyszani wieprze. Kazali mi rzucić broń, co uczyniłem bez marudzenia. Szczerze mówiąc, byłem pod wrażeniem, że nie wzięli mnie za jednego z tamtych i nie kropnęli z miejsca. Musieli chyba przejść jakieś specjalne szkolenie z panowania nad własnymi reakcjami.

- Jesteś legionistą - stwierdził jeden. Choć miał na sobie garnitur zamiast munduru, zdawał się dowodzić grupą.

- Zgadza się. Co to byli za jedni?

Zmierzył mnie wzrokiem.

- Mieliśmy nadzieję, że ty nam to wyjaśnisz, legionisto.

- A, racja... Na pewno pochodzili z Tau Ceti. Już sama ich obecność na Ziemi jest dziwna, a co dopiero ten atak. Macie jakieś podejrzenia, dlaczego zjawili się w tak morderczych nastrojach? Może dostali zlecenie na zabójstwo. Jest tu ktoś wart takiego zachodu?

Wieprz się zamyślił.

- Wielu, ale nie dla obcych. Nic z tego nie rozumiem, a nie lubię tkwić w niewiedzy. Legionisto, pozostań na terenie posiadłości, będziemy mieli do ciebie jeszcze kilka pytań.

- Jasna sprawa.

Podniosłem z powrotem broń, z której strzelałem. O dziwo nie zabrali jej.

Następnie poszedłem sprawdzić plac, gdzie miało odbywać się wesele. Był kompletnie zdewastowany. Wszędzie były rozrzucone ciała i rozwalone meble, a wszystko spływało krwią.

W samym centrum znalazłem Galinę i jej siostrę - obie zginęły. Najwyraźniej Galina próbowała osłonić Sophię własnym ciałem.

Nachmurzyłem się na widok dwóch ślicznotek, które zamiast cieszyć się spotkaniem, leżały martwe pośród zgliszczy. Zdecydowanie mi się to nie podobało.

Kiedy upewniłem się, że w niczym im już nie pomogę, zawiesiłem karabin na ramieniu i poszedłem do domu. Wieprze łypali na mnie podejrzliwie, ale żaden nie próbował zabrać mi broni. Widzieli, jak zaatakowałem napastników, i rozumieli, że w tej walce jestem po ich stronie. Gdyby tylko wieprze z Centrali byli równie rozsądni w podobnych sytuacjach.

Niedaleko wejścia natknąłem się na ojca Galiny. Stał w sali, gdzie jeszcze godzinę temu odbywał się ceremoniał podpisów. Stoły zniknęły, a w ich miejsce pojawiła się grupa facetów o ponurych minach. Mówili po rosyjsku i zdecydowanie nie wyglądali na zadowolonych.

Kiedy stary mnie zauważył, przepchnął pozostałych na bok i ruszył w moim kierunku. Nie skomentował faktu, że jestem uzbrojony, po prostu podszedł pewnym krokiem i wbił mi palec wskazujący w pierś.

- McGill - zaczął - Sophia nie żyje. Galina też. Jestem teraz w bardzo złym nastroju.

- Nie dziwię się, sir.

Popatrzył groźnie.

- Sprawdzamy właśnie nagrania z monitoringu. Cały teren jest nim objęty, jak zapewne wiesz.

- Yhm... - bąknąłem, domyślając się powoli, do czego zmierzał. Czyżby podejrzał mojego kutasa i zagotował się z zazdrości?

- Nie zaskoczę cię pewnie, jeśli powiem, że badamy twoją rolę w tym bezprecedensowym dramacie. Mam swoich wrogów, ale jeszcze żaden nie przyleciał z innego świata, by zaatakować mój dom. Ty natomiast znikasz gdzieś nagle akurat w momencie ataku, a potem pojawiasz się znowu i zgrywasz bohatera. Nie wydaje ci się to podejrzane?

- No cóż, sir... Będę szczery: poszedłem do ogrodu, żeby się odlać. Jak tylko usłyszałem strzały, wróciłem na podwórze i... po prostu zrobiłem to, do czego mnie szkolono.

Stary Turov zmarszczył brwi. Machnął ręką na jednego z wieprzy, który zaczął przeglądać nagrania z kamer na swoim stuku. Po jego minie widać było, że znalazł właśnie ujęcie mojej wyjątkowo długonogiej sylwetki i potężnego strumienia moczu spadającego na kamerę.

Stojący obok wieprze zarechotali, ale tatuśkowi Turovowi nawet powieka nie drgnęła.

- Faktycznie, to wyjaśnia twoje zachowanie. Niemniej nadal ci nie wierzę. Dobrze wiem, że twój legion tylko z pozoru przypomina zbieraninę błaznów. Podejrzewam, że wiesz więcej, niż nam mówisz.

- Panie Turov, sir... Mogę się tak do pana zwracać?

- Możesz mi mówić po imieniu. Nazywam się Alexander.

- Taajest. Tak czy siak, Alex, to nie ja zepsułem imprezę, tylko banda jakichś dupków. Załatwiłem, ilu byłem w stanie i gdybym nie zaskoczył ich w odpowiednim momencie, prawdopodobnie wdarliby się do środka.

Alexander przejrzał jeszcze kilka nagrań. Intensywnie się nad czymś zastanawiał. Wreszcie kiwnął potakująco głową.

- W porządku. Na razie uznam cię za sojusznika. Sprawa wygląda następująco: część gości zginęła bezpowrotnie. Po Galinie wszystko spłynie jak po kaczce, ale dla Sophii będzie to bardzo bolesne doświadczenie.

- Rozumiem.

- Co gorsza, ostatni skan Sophii odbył się dość dawno, więc kiedy ją przywrócą, prawdopodobnie nie będzie pamiętała własnych zaręczyn. A być może nawet i swojego narzeczonego.

- Rany... To dopiero przykre rozstanie.

Przytaknął skinieniem, choć wyraźnie już mnie nie słuchał. Patrzył jakimś nieobecnym spojrzeniem, jakby zaglądał w przyszłość.

- Rodzina pana młodego jest zdruzgotana. Część jego krewnych również zginęła na dobre.

- Bardzo mi przykro. Jak mogę pomóc?

Uniósł zakrzywiony palec i wskazał na mnie.

- Wracaj do domu. Dowiedz się, co się tu stało, lub chociaż wybadaj, co sądzą o tym ci głupcy z Centrali. Potem zaraportuj wszystko mnie. W ten sposób spłacisz swój dług.

- Eee...

Uświadomiłem sobie wtedy, jak bardzo Galina przypomina swojego ojca. Ona również uwielbiała uzależniać od siebie ludzi za pomocą przysług i długów.

Niemniej jednak czułem się niejako odpowiedzialny za tę masakrę. Jasne, to nie ja zabiłem tych ludzi, tylko Tau... Ale to mój znajomy miał z nimi na pieńku. Dlatego też postanowiłem, że po powrocie do domu spot­kam się z Carlosem na pogawędkę. Czyżby faktycznie dzisiejsze wydarzenie miało związek z jego nowym biznesikiem?

Westchnąłem ciężko i pokiwałem głową.

- Zgoda, Alexandrze Turov. Daję słowo.

Popatrzył na mnie z powagą, po czym skinął porozumiewawczo.

- Mamy zatem umowę. Idź już. I nie wracaj, dopóki nie będziesz miał czym mi zaimponować, obrońco Ziemi.

Oddałem karabin i opuściłem dom zgodnie z poleceniem. Na zewnątrz czekała już na mnie taksówka, którą dotarłem na port kosmiczny, gdzie złapałem pociąg powrotny.

Po drodze zastanawiałem się, co powie Galina, kiedy wyjdzie ze wskrzeszarki w Centrali. Zapewne nic miłego.

Rozdział 6

Niecałe czterdzieści osiem godzin po tym, jak przyjąłem zaproszenie Galiny na nieszczęsne wesele, znalazłem się przed komorą wskrzeszeń. Poczekalnia była malutka i tandetna. A ponieważ Galina zginęła poza służbą, nie spieszyli się za bardzo z przywróceniem jej do życia.

Gdy wreszcie stamtąd wyczłapała, rzuciła mi zdziwione spojrzenie. Wyprostowałem się i uraczyłem ją powitalnym uśmiechem. Oddałem jej też rzeczy odzyskane z Sektora Zachodniorosyjskiego: torebkę i tym podobne. Wyrwała mi je gniewnie z ręki.

- Co ty zrobiłeś, James? Ostatnie, co pamiętam, to strzały i chaos... Jak to możliwe? Gdzie ja jestem? Gdzie jest moja rodzina?

- Yyy...

Próbowałem jej wszystko wytłumaczyć, ale zareagowała tylko złością i niedowierzaniem. Zaczęła drzeć się na mnie jak menel podczas nocnej libacji, nie dając mi dojść do słowa. Nie muszę chyba wspominać, że swoim zachowaniem rozdrażniła biosów tyrających na tym zapuszczonym niebieskim pokładzie.

- Myślałem, że dla takich jak wy śmierć to nic nadzwyczajnego - wypalił bezdusznie wieprz biospecjalista. - To zły odrost?

Miałem ochotę mu przywalić, ale tylko bym wszystko pogorszył. Rzuciłem mu więc cynkowy żeton o wartości pięciu kredytów. Złapał go, po czym spojrzał na mnie zdumiony.

- Co to ma być, legionisto?

- Twój napiwek. Nie o niego właśnie błagałeś?

Odrzucił mi żeton w złości.

- My nie przyjmujemy napiwków, głupcze!

- A, to sorry.

Stojący za nim strażnicy trącali się łokciami ze śmiechem, a jeden pokazał mi uniesiony kciuk. Widocznie znali tego debila nie od dziś.

Gburowaty bios oddalił się wreszcie, a ja pomogłem Galinie wyjść, podtrzymując ją za wątły łokieć. Wyrywała mi się, ale obydwoje wiedzieliśmy, że nie była jeszcze w stanie sama pewnie iść.

- Co się stało? - powtórzyła.

Tym razem pozwoliła mi dokończyć. Przedstawiłem jej więc upiększoną wersję wydarzeń, powołując się przy tym na nagrania z kamer. Oczywiście nie omieszkałem przedstawić siebie w jak najkorzystniejszym świetle.

Popatrzyła podejrzliwie.

- James, wiem, że miałeś z tym coś wspólnego. Jestem tego pewna.

- Galina, przysięgam ci: poszedłem się odlać. Tylko dlatego nie zarobiłem kulki, gdy zaczęli strzelać. Mówię prawdę.

- Byłabym idiotką, gdybym wierzyła w twoją niewinność. Zawsze, kiedy jestem z tobą, dzieje się coś porąbanego. Głupio zrobiłam, zapraszając cię na to wesele. Kretynka ze mnie.

- No przestań. Przecież zabiłem kilku napastników. Sama zobacz, że pomagałem jak mogłem.

Weszliśmy do windy i już po chwili mijaliśmy kolejne piętra w drodze do kwatery głównej Varusa. Galina przeglądała w tym czasie nagrania z monitoringu, na których widać było strzelaninę. Wreszcie westchnęła, uznając, że nie kłamałem.

- W porządku. Muszę przyznać, że faktycznie nic więcej byś nie zdziałał. Ale nie rozumiem, dlaczego zgraja Tau miałaby ot tak napadać na moją rodzinę. Być może rzeczywiście nie była to do końca twoja wina.

- I tego się trzymajmy. Zacznijmy może od podstawowych faktów. Przykładowo: co to za prawo, które podpisywał twój tatuś, kiedy przyjechaliśmy?

Wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. On cały czas urządza te głupie ceremonie. Pajace, którzy na niego głosują, uwielbiają je. Kręci go to.

- Rozumiem. Może treść tego dokumentu wkurzyła Tau. Albo tego, kto ich nasłał.

Rzuciła mi poirytowane spojrzenie.

- Dlaczego więc zaatakowali akurat w momencie naszego przybycia? Przecież ojciec od pięćdziesięciu lat podpisuje ustawy. Z jakiego powodu mieliby uderzyć właśnie teraz?

- Racja... to pozostaje niewiadomą - przytaknąłem.

Dźgnęła mnie w pierś.

- Mam dla ciebie nowe rozkazy, centurionie. Masz to rozgryźć. Podobnie jak rozpracowałeś tę siatkę przemytników w zeszłym roku. Ale pamiętaj: jeśli cokolwiek schrzanisz, mój ojciec nie będzie tak wyrozumiały jak ja.

Przyjąłem te rozkazy bez większych emocji. Jasne, pomarudziłem trochę na pokaz, ale przecież to samo zlecił mi już jej tatko.

Galina zatrzymała windę i wyszła na korytarz. Chciałem ruszyć za nią, ale zatrzymała mnie swoją drobną dłonią.

- Bierz się za robotę. Codziennie oczekuję raportu.

- Ale... jest już późno, a ja padam z nóg. Może spędzimy dzisiejszą noc razem i rozładujemy nieco napięcia?

Na te słowa warknęła z obrzydzeniem.

- Zapomnij. Masz zjechać na parter, wyjść z budynku i zacząć węszyć. I nie zgub mi się w drodze na dół, bo każę cię wyprowadzić.

Słysząc jej ton, zrozumiałem, że nie żartuje.

Drzwi zamknęły mi się przed nosem, a winda ruszyła. Cholerny Carlos. Przez te wszystkie lata działał jak amulet odpychający ode mnie kobiety. Tym razem jednak przeszedł samego siebie.

Wyszedłem z budynku i skierowałem się piechotą do dzielnicy handlowej. Było tam sporo przyzwoitych knajp. Postanowiłem pomóc sobie zapomnieć o feralnej wycieczce do Europy.

Szybko znalazłem odpowiedni lokal z kilkoma znudzonymi tancerkami i w miarę dobrym piwem. Zanim jednak cokolwiek zamówiłem, wykonałem jedno połączenie przez stuka. Carlos zjawił się, gdy czekałem na jedzenie. Zawsze był łasy na żarcie, gdy to inni stawiali.

Uśmiechnięty odsunąłem mu nogą krzesło, żeby posadził tłusty tyłek.

- Cześć, podobno poszczęściło ci się z Turov. To prawda?

Zdziwił mnie tym pytaniem, ale szybko zebrałem się w sobie. Przytaknąłem skinieniem i nachyliłem się ku niemu. Chwyciłem go za nadgarstek i wygiąłem mu palce drugą ręką. Całkowicie zaskoczony, zawył z bólu.

W normalnych okolicznościach takie spięcie między legionistami skończyłoby się pojedynkiem na śmierć i życie. Jednak nas łączyła wspólna przeszłość. Doskonale wiedział, że nie dałby mi rady w uczciwej walce - szczególnie że wziąłem go z zaskoczenia.

Czułem, jak niewiele brakuje, żebym wyłamał mu palce.

- Co ty odpierdalasz, dupku? - oburzył się. - Puszczaj!

- Za chwilę. Najpierw odpowiesz mi na kilka pytań.

- Od początku to planowałeś, prawda? Chcesz dobrać się do moich monet. Nie wierzę, że posuwasz się do czegoś takiego, McGill. Ufałem ci.

- Przymknij się. Powiedz lepiej, kto chce cię dopaść. Kto wie, że je masz?

Wił się jak piskorz.

- Parę osób... Nikt miejscowy.

- Nikt miejscowy, co? Czyli obcy?

- Może...

- Nie Tau przypadkiem?

Szok na jego twarzy wystarczył mi za odpowiedź. Puściłem go i przetarłem twarz dłonią z niedowierzania. Następnie odchyliłem się na krześle i dopiłem piwo.

- Skąd wiesz, że to oni? - zapytał głośnym szeptem.

- Ponieważ, ty cholerny idioto, polecieli za mną do Europy. Zaatakowali rodzinę Turovów na ich własnym przyjęciu. Zabili niewinnych ludzi. Permanentnie.

Carlos pokręcił głową.

- Turovowie to polityczne hieny, McGill. Tacy jak oni zawsze mają coś za uszami.

- Ale to nie znaczy, że ich krewni i przyjaciele też.

- Strzelali do wszystkich bez wyjątku?

Potaknąłem skinieniem, a Carlos zniżył głos:

- Eee... W takim razie może lepiej się stąd zmywajmy, McGill.

- A co? Chcesz uciec bez płacenia?

Wskazał ręką w kierunku wejścia.

- Widzisz, kto właśnie wszedł? Ucieczka wydaje mi się w tej chwili całkiem niezłym pomysłem.

Powiodłem wzrokiem za jego spojrzeniem i ujrzałem parę najprawdziwszych Tau. Nie mogłem w to uwierzyć.