Legion Nieśmiertelnych. Tom 15. Świat Zieleni - B.V. Larson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Po zakończeniu naszej kampanii na Świecie Skraju przez okrągły miesiąc szwendałem się po Mieście Centralnym. Czas ten spędziłem w większości w towarzystwie Helsy, przyjaciółki poznanej na 91 Aquarii.

Nie dość, że wspólnie z matką rządziła najbardziej zaawansowanym społeczeństwem tej pechowej planety, to jeszcze otrzymała niewiarygodne zadanie przeniesienia całej ludności tu, na Ziemię. To jest dopiero robota! Tysiące uchodźców ze swoimi zwierzakami, cioteczkami i portretami przodków przeszły przez kilka przygotowanych w tym celu bram, by znaleźć się na zachodnich pustyniach - obszarach, które kiedyś nazywano Nevadą, Arizoną i Nowym Meksykiem. Teraz ludzie mówili na to zwyczajnie "Pustynia" i nie zawracali sobie głowy dokładniejszą geografią.

Ale, ale! Zanim komuś przyjdzie do głowy krytykować nasz rząd, że porzucił tych biedaków na jakimś zafajdanym pustkowiu, trzeba sobie uświadomić, że nasi nie-tak-dobrzy przyjaciele z 91 Aquarii lubili takie klimaty. Jakkolwiek by było, pochodzili ze świata spalonego bezlitosnym słońcem, które nie pozwalało uros­nąć nawet kilku marnym drzewom. Dla nich morze piasku upstrzone kolczastymi krzakami prezentowało się jako szczyt komfortu.

Po jakimś miesiącu, który - muszę przyznać - był dla mnie bardzo rozrywkowy, półdzika Helsa chyba trochę się znudziła. A może poczuła zew swojego ludu? Tak czy siak obudziłem się pewnego ranka i odkryłem, że nie ma po niej ani śladu. Najwyraźniej wyniosła się ze Wschodniego Wybrzeża i wyprowadziła na pustynię, żeby przesiadywać ze swoimi w jakimś namiocie.

Przyjąłem ten fakt ze wzruszeniem ramion. Wygramoliłem się z łóżka i poczłapałem pod prysznic. Czy byłem przybity? Nie, nieszczególnie. Ani przez chwilę nie łudziłem się, że znalazłem właśnie jedyną prawdziwą miłość mojego nazbyt długiego żucia.

- Rzuciła cię, co? - spytała Galina kilka godzin później.

Jej twarz spoglądała na mnie ze stuka, ale nie poświęcałem jej większej uwagi. Właśnie atakowałem czterojajeczne śniadanie z podwójną porcją bekonu i nie byłem w nastroju, by kogokolwiek zabawiać konwersacją.

Kusiło mnie, żeby się rozłączyć - i pewnie bym to zrobił, gdyby Galina nie była przypadkiem moją przełożoną. No i wieloletnią kochanką.

- Na to wygląda - burknąłem z gębą pełną ziemniaczanego placka.

- Mógłbyś na chwilę przestać mlaskać i pomówić ze mną jak człowiek?

- Ale ja jestem głodny... No i ten placek teraz jest najlepszy. Chrupiący. Jak go zostawię, nasiąknie mi tłuszczem.

Moja rozmówczyni prychnęła przez zaciśnięte usta.

- Nie wiem, po co ja w ogóle do ciebie dzwonię. Jeśli o mnie chodzi, możesz zapieprzać za tą dziwką przez całą pustynię. Ja...

- Hej, hej, spokojnie. Wiedziałem, że prędzej czy później da nogę. Jej ludzie są nomadami. Po trzech tygodniach widziałem już, że zaczyna się wiercić. Dla mnie było jasne, że chce ruszać dalej. No więc... o Helsie możesz zapomnieć.

Galina przez chwilę wpatrywała się we mnie w milczeniu, po czym westchnęła.

- No dobra...

- Czy to jedyny powód, dla którego do mnie dzwonisz?

Wahała się z odpowiedzią, a ja pozwoliłem, by moje pytanie na chwilę zawisło w powietrzu. Dało mi to doskonałą okazję, by podgonić wsuwanie placków. Zaczynały już trochę podmakać, a nie chciałem wrzucać ich do mikrofalówki. Takie zabiegi psują cały aromat.

- Zdajesz sobie sprawę, że nie znaleźliśmy nowej planety dla twojej kochaneczki, prawda? - Galina podjęła w końcu temat.

- No... niby tak. Ale ostatnio nie pilnowałem raportów.

- Nigdy nie czytasz żadnych raportów. Dobra, to powiem prosto z mostu: rozważamy wysadzenie ich na planecie L-374.

- Hę? Aaa... tam? A czy czasem nie mówi się na nią Świat Śmierci?

- Dość niefortunna ksywka - burknęła Galina. - Bądź łaskaw nie wspominać o tym szczególe Helsie i jej matce.

- Dobra - zgodziłem się bez wahania, bo nie spodziewałem się prędko z nimi zobaczyć. - Ale... Świat Śmierci? Serio? Chyba będą woleli koczować na naszej pustyni.

- No więc nie wolno im tego zrobić. To państwowy teren, wiesz. Co do metra.

- A na cholerę naszym rządom to pustkowie? Już całe wieki wisi tam zakaz wstępu. Czemu po prostu nie sprzedadzą tego wszystkiego? Spłacą trochę długów i po sprawie.

- To nie nasz interes, McGill.

Wzruszyłem ramionami i przeszedłem do jajek. Lubiłem zostawiać je sobie na koniec. Bekon szedł na pierwszy ogień, potem placki, a teraz jajeczny finał.

- McGill? Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

- Oczywiście. No... to co mówiłaś?

Galina przez chwilę mierzyła mnie wzrokiem.

- Mam dla ciebie nowe zadanie.

- Serio? Myślałem, że miałem zebrać jednostkę i jechać na poligon.

- A więc coś jednak do ciebie dotarło - stwierdziła ironicznie. - To nie wystarczy. Dostałam dość parszywy przydział tutaj, w Centralnym. Mam pomagać przy miejscowych dochodzeniach.

Zatkało mnie, po czym huknąłem z palcem wymierzonym w ekran stuka:

- Psia robota! Ktoś ma na ciebie z górki, co?

- Zamknij się. Skoro dostałam nowy przydział, będziesz mi pomagał. Jedno z najważniejszych dochodzeń toczy się właśnie tutaj, na północnym wschodzie.

- Że co? Ale ja miałem wracać do Georgii i...

- To trzeba było mniej czasu spędzać na tej twojej kocicy, a więcej na wycieczkach. Wakacje się skończyły.

W końcu zaczynało do mnie docierać. Galina chciała mnie "zarobić". Był to popularny i niemal niezawodny sposób, by przytrzymać gościa takiego jak ja z dala od kłopotów. Już kiedyś wywinęła podobny numer, kiedy kilka lat temu kazała mi posadzić tyłek w Izbie Werbunkowej i rekrutować kolejnych nieszczęśników do zmielenia w legionowej maszynce.

Jęknąłem niezadowolony... i natychmiast zdałem sobie sprawę, jak wielki był to błąd. Galina rozpromieniła się, wyraźnie uradowana moim nieszczęściem. Niewiele było rzeczy we wszechświecie, które wnerwiały mnie bardziej niż robota dla samej roboty, a moja miła rozmówczyni dobrze o tym wiedziała.

- Jakiego rodzaju to ma być robota, sir? Kolejny turnus w Werbunkowej?

- Och nie, nic tak ambitnego. Zrobię z ciebie inspektora terenowego.

- Że kogo?

- Inspektora. Dochodzeniowca. Kogoś, kto ma się dowiedzieć, dlaczego kluczowe dla miasta zaopatrzenie nie trafia tam, gdzie powinno.

- Kurna... Serio? To nie jest robota dla frontowego trepa. Wezwij któregoś ze swoich wieprzków. Pewnie połamaliby nogi, byle wyrwać się na dziesięć minut zza biurka.

Twarz Galiny nachmurzyła się na moment.

- Szczerze mówiąc, dokładnie tak bym zrobiła, zresztą kilka razy próbowałam. Rzecz w tym, że każdy zespół dochodzeniowy znikał bez śladu.

- Jak to?

Wzruszyła ramionami.

- Cholera wie. Ale musisz wiedzieć jedno: ostatnio przez Centralne przewija się mnóstwo sprzętu i zapasów. Ma to związek z migracją milionów mieszkańców Półmroku ze Świata Skraju. I gdzieś jakoś regularnie przepada niemała ilość tych zasobów.

- Przepada jak? Gdzie?

- Tego nie wiem i prawdę mówiąc, gówno mnie to obchodzi. Po prostu ma się to skończyć. Masz wybrać się do doków i wykombinować, co się tam dzieje.

- Kiedy zaczynam?

- Przy dokach znajdziesz kogoś o nazwisku Dross. Nikogo innego nie znam.

- Ale ja nie pytałem, u kogo zacząć, tylko kiedy.

Odpowiedziało mi prychnięcie.

- Oficjalnie zacząłeś już wczoraj. A teraz ruchy!

- Cudownie... - burknąłem.

Galina zakończyła połączenie, a ja dojadłem końcówkę czwartego jajka. Po skończonym posiłku wstałem, żeby się przeciągnąć, i z rozdziawioną od ziewania gębą polazłem do garderoby. Ostatnimi czasy za moje lokum w Centralnym służył hotel o wątpliwej renomie. Miałem tu ze sobą cały komplet sprzętu na wszelki wypadek.

Po kilku minutach siłowania się z ciuchami u mojego boku wisiała już ciężka kabura, a na łbie tkwiła czapka z emblematem Legionu Varus, przekrzywiona pod ściśle określonym kątem. Właśnie podziwiałem się w łazienkowym lustrze, trzymając szczoteczkę do zębów, kiedy mój stuk znów zamigotał.

To była Galina - najwyraźniej dzisiaj grała na bis. Nie miałem nawet szansy odrzucić połączenia, bo jako moja przełożona w godzinach służby miała prawo nagabywać mnie bez mojej zgody. Niedawno zresztą był o to proces, ale bohaterowie ludu polegli przed sądem.

- James? Czemu jeszcze snujesz się po hotelu?

- Właśnie wychodzę, sir.

Błyskawicznie omiotła wzrokiem odbicie mojej przerośniętej sylwetki w lustrze. Syknęła, gdy jej spojrzenie padło na broń przy moim biodrze.

- Czy ja mówiłam, że możesz targać broń na miasto?

- Nie słyszałem, że mi nie wolno.

- No to mówię ci teraz. Żadnego pokazu siły. Masz przeprowadzić śledztwo bez zastraszania świadków. A, i czapka też ma zniknąć. Żadnych insygniów. Wchodzisz tam jako szeregowy obywatel, nie legionista.

Moje spojrzenie powędrowało ku górze i utkwiło w suficie. Jeśli wymarzyła sobie jakieś subtelne podejście, to zdecydowanie trafiła pod zły adres.

- W porządku, sir. Na razie się pożegnam.

Gestem zmazałem ją z ekranu i odczekałem kilka krytycznych sekund, by zobaczyć, czy oddzwoni jeszcze raz, ziejąc ogniem.

Nic takiego nie nastąpiło, przynajmniej nie od razu, więc skorzystałem z chwili spokoju, żeby przemyśleć sytuację.

Broń u mojego boku wydawała się wybitnie na miejscu. Nie chciałem się z nią rozstawać. Miałem rzecz jasna swój nóż bojowy, ale mimo wszystko nie mógł się równać ze służbowym pistoletem. Kurde, jakbym mógł postawić na swoim, to paradowałbym po okolicy z pieprzonym karabinem metamorficznym.

Po chwili namysłu wróciłem do garderoby i wyszperałem z niej długi zimowy płaszcz. Może i był już marzec, a płaszcz był za gruby, ale kto niby miałby się mnie czepiać?

Trochę mi to zajęło, ale w końcu udało mi się przymocować pistolet taśmą do wnętrza otworu, który wyciąłem w podszewce. Po namyśle dorzuciłem jeszcze wrednego małego igłowca, który wylądował w zewnętrznej kieszeni płaszcza. W końcu Galina wspominała coś o zaginięciach.

Czy to znaczyło, że wszyscy ci ludzie zginęli bez możliwości powrotu? Nie miałem pojęcia, ale na pewno nie zamierzałem tego sprawdzać, błąkając się bezbronny po dokach.

Rozdział 2

Może i nie pozwoliła mi na to tylko głupia duma, ale nie zadzwoniłem do nikogo po pomoc. Godzinę drogi od Centralnego bez trudu znalazłbym kilku co lepszych żołnierzy Varusa. Gdybym poprosił, pewnie rzuciliby cywilne nudy i wpadli dotrzymać mi towarzystwa. Cała ta sprawa brzmiała ciekawie i tajemniczo.

Jeden telefon - może trzy - i na pewno miałbym całą ekipę jako wsparcie... ale to olałem. Jak się później okazało, ten wybór miał mi się jeszcze długo odbijać czkawką. Czy byłem zbyt pewny siebie? A może po prostu bezdennie głupi? Chyba i to, i to - z naciskiem na to drugie.

W każdym razie wysiadłem z taksówki i przytknąłem stuka do klamki w drzwiach pojazdu. Pozbyłem się w ten sposób około dwustu kredytów, a auto pomknęło z powrotem w stronę centrum miasta.

Wędrując po opustoszałych, brudnych ulicach, zwróciłem uwagę na sam chodnik. Nosił wyraźne ślady burz­liwej historii. Przez tę okolicę przetoczyło się kilka wojenek, pozostawiając po sobie osmalone plamy i poszarpane, błyszczące łaty w miejscach, gdzie stary pastobeton był nieco nadtopiony. To musiała być pamiątka po bombardowaniu przez Skayów podczas kampanii na Świecie Pancerza.

- Te, dziwoląg!

Uniosłem głowę. Krzyczał do mnie koleś, który przykucnął na szczycie jakiejś beczki. Siedział tak z rękoma wetkniętymi w kieszenie kurtki. Większość twarzy zakrywał mu kaptur, ale wystawał spod niego nos i nieogolona gęba.

Nie robił zbyt imponującego wrażenia, więc trochę mnie zdziwiło, że miał odwagę wołać do mnie w tak nieprzyjemny sposób. Koniec końców przewyższałem go chyba o głowę.

Wymuszając przyjazny uśmiech, odwróciłem się w jego stronę. Gość obserwował mnie przez kilka pierwszych kroków, po czym nagle jakby zrzucił maskę - nie udawał już spokoju, ale zeskoczył na ziemię i biegiem rzucił się do ucieczki.

- Pokraka! - wrzasnął jeszcze przez ramię. - Nie masz tu czego szukać!

Zastanawiałem się, czy nie rzucić się za nim w pościg, ale zrezygnowałem. W końcu wydawał się raczej nieszkodliwy. Może to tylko jakiś bezdomny świr, których nie brakowało w okolicy doków.

Zbliżałem się już do ogromnych magazynów. Wszystkie tkwiły przy spękanym nabrzeżu, tworząc długi szereg. Same magazyny stanowiły chaotyczną mieszankę nowych i starych konstrukcji. Bomby Skayów rozwaliły przynajmniej połowę z nich. Granica zniszczeń wciąż była wyraźna, a za tą linią nie widziałem już nowych budynków - tylko zapuszczone chodniki i tłuczone szkło.

Po chwili znalazłem się na otwartej przestrzeni, skąd rozciągał się widok na port. Barierki kiedyś pewnie były pomalowane, ale teraz błyszczały, zdarte do gołego metalu. Oparłem dłonie na zapaskudzonej przez mewy stali i omiotłem wzrokiem przycumowane jednostki.

Dawno, dawno temu ludzie zaczęli budować wielkie statki. Supertankowce, transatlantyki, pancerniki i tym podobne. Ale te monstra... To zupełnie inna bajka.

Bliżej było im do jakichś mitycznych lewiatanów. Największe jednostki miały ponad dwa kilometry długości. W górę też były niemałe - nadbudówki kołysały się na wysokości dwudziestu pięter, może nawet wyżej.

Zagwizdałem z podziwem, nisko i przeciągle.

- Cudne są, prawda? - spytał znikąd kobiecy głos.

Nie zdawałem sobie sprawy, że mam towarzystwo. Jasne, po magazynach szwendali się robotnicy. Było też głośno, bo w pobliżu zasuwały czteroramienne holowniki i grupki zaaferowanych ludzi w drelichach. Ale tutaj, przy obsranej barierce, spodziewałem się być sam.

Varusowy instynkt kazał mi obrócić się błyskawicznie w niskim przyklęku. Jeśli moja nieoczekiwana rozmówczyni znalazłaby się zbyt blisko i miała złe zamiary, łatwo mogłaby się znaleźć w chlupoczącej kilka metrów niżej oleistej wodzie.

Powstrzymałem się jednak. Zamiast tych manewrów zwyczajnie włożyłem ręce do kieszeni - chwytając za igłowca - i przywitałem ją skinieniem głowy.

- Cudne? Tak. Z całą pewnością.

Kobieta spoglądała w dal, w stronę gigantycznych statków. Powolnym krokiem podeszła do balustrady, nie odrywając wzroku od morza. Nawet na mnie nie spojrzała.

- Wiesz, z czego są zrobione? - spytała. - I jak to jest, że mimo rozmiaru potrafią unosić się na wodzie?

- Hm... Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.

- W zasadzie buduje się je z pastobetonu. Większość ludzi myśli, że paston nadaje się tylko na drogi albo do wznoszenia wieżowców, ale to nieprawda. To bardzo wszechstronny budulec.

- Taa... Znam jednego takiego, nazywa się Bevan. Spędził większą część życia, studiując ten materiał.

Po raz pierwszy spojrzała na mnie.

- Bevan...? Nie znam.

- Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej.

Przez chwilę przypatrywaliśmy się sobie w milczeniu. Była nieco ode mnie starsza, na oko trzydzieści ileś lat. I całkiem atrakcyjna, gdyby nie trochę zbyt twardy wyraz twarzy. Zbyt umęczony.

- Przyszedłeś sobie pozwiedzać, żołnierzu?

W tej samej chwili poczułem po raz pierwszy niepokój. Skąd wiedziała?

Prawda, że w mieście były nas tysiące. W Centralnym praktycznie roiło się od wszelkiej maści wojskowych, ale i tak...

- Skąd wiedziałaś, że jestem legionistą? - spytałem wprost.

Wydawało się, że trochę się rozluźniła. Przyjrzała mi się znowu i pokiwała głową.

- Legionista, tak? Nie z Hegemonii...?

- Wypraszam sobie! Czy ja wyglądam na zagubionego wieprzka?

Zwilżyła usta z namysłem.

- No dobra. Wierzę ci. Chcesz wiedzieć, skąd się domyśliłam? Przede wszystkim wy, wojskowi, łazicie wszędzie marszowym krokiem. No i rzadko was tu widać.

- W to uwierzę. Statki są super, ale same doki nudne jak cholera.

- Jak się nazywasz, żołnierzu?

Zawahałem się, ale ostatecznie zdałem się na instynkt.

- James McGill, centurion. Z Legionu Varus.

Pokiwała głową i spojrzała na mnie otwarcie. Czy dobrze widziałem, że w jej oczach pojawił się... jakby błysk? Podobali jej się wojskowi? Tak mi się właśnie zdawało.

W tej samej chwili usłyszałem coś za plecami. Na nieszczęście mojego niedoszłego zamachowca tutejszy paston najlepsze lata miał już dawno za sobą. Chodnik był zmurszały i nierówny, a gdzieniegdzie po prostu rozwalony w pył. W okolicy było mnóstwo takich poszarpanych plam, na nawierzchni drogi także. Utworzyły je kawałki płonącego gruzu, które doleciały tu z miasta i wytopiły swoje ślady w pastonie.

Jedna z takich wypalonych blizn była akurat tuż za mną. Kiedy skradający się za moimi plecami mężczyzna stanął na lśniącej plamie, wydała z siebie chrzęst niczym pękający lód.

Będąc już w pół obrotu, nie miałem czasu rejestrować szczegółów, ale i tak poznałem napastnika. Był nim ten bezdomny, który nieco wcześniej pokrzykiwał na mnie ze swojej beczki. Tak, ten sam, który mnie zwyzywał i uciekł. Musiał robić tu za jakąś czujkę.

Zdążyłem jeszcze zauważyć, że trzyma coś w dłoniach - paralizator neuronowy w prawej, a kajdanki grawitacyjne w lewej.

Gdy wyciągnąłem ku niemu ręce, zawahał się i zaczął wycofywać. Zły wybór. Gdyby musnął mnie paralizatorem, sprawy nie potoczyłyby się tak miło. Mój napastnik zamiast tego uniósł broń przed siebie, jakby chciał mnie odstraszyć. Zignorowałem to i wykonałem swój ruch.

Nie zawracałem sobie głowy pytaniem, co wyprawia i dlaczego próbuje bawić się w obezwładnianie takich jak ja - po prostu chwyciłem dupka i posłałem go w powietrze. Gdy przelatywał nad barierką, usłyszałem trzask paralizatora. Musiał sam się porazić, bo mi nic się nie stało.

Zanim delikwent zdążył wylądować w zimnej, czarnej wodzie, obracałem się już ku mojej rozmówczyni. Powitał mnie widok olbrzymiej spluwy wycelowanej prosto w moją twarz.

Kobieta spoglądała na mnie zimnym wzrokiem, który jasno dawał do zrozumienia, że definitywnie skończył jej się dobry humor.

- Ty bydlaku - powiedziała, dysząc z gniewu. Rzuciła okiem za barierkę, gdzie nieporadnie rzucał się jej wspólnik. - On jest sparaliżowany... Zaraz tam utonie.

Próbowałem wydusić z siebie choć krztynę fałszywego współczucia, ale jakoś nie umiałem się na nie zdobyć. Wzruszyłem więc ramionami.

- Nie można ot tak skradać się za legionistą. Chyba każdy kretyn to wie.

- Zaraz ustrzelę cię na miejscu. Turov chyba odbiło, żeby posyłać mi takiego bezmózgiego goryla.

- Yyy... - mruknąłem, bo wszystko powoli zaczynało mi się układać. - Nie nazywasz się przypadkiem Dross, co?

Warknęła z obrzydzeniem.

- Beznadzieja. Żadnego polotu, tylko brutalna siła. Nic mi po tobie. Niczego nie wytropisz, będziesz walił na oślep.

Wyprostowałem się, uśmiechnięty od ucha do ucha.

- Ma pani całkowitą rację. Chyba powinna pani skontaktować się z Turov i raz-dwa odrzucić moją kandydaturę. Musi się dowiedzieć, jak bardzo nie nadaję się do tego zadania.

Nie dając jej szansy na zmianę frontu, obróciłem się na pięcie i ruszyłem tam, skąd przyszedłem.

Za plecami słyszałem, jak Dross dobiera się do swojego stuka. Czy naprawdę wywali mnie z ekipy? Pozwoliłem sobie na cień nadziei. Myśl, że może udało mi się wykpić z beznadziejnej roboty, dosłownie mnie uskrzydlała.

- McGill! Zawracaj tyłek!

Odwróciłem się z ciężkim westchnieniem. Dross oparła dłonie na biodrach i nerwowo kręciła ogonem... Może za dużo przebywam z kotami, ale tak sobie to wyobrażałem.

- Turov mówi, że nikogo innego nie dostanę. Za mną.

Z rezygnacją poczłapałem za Dross do najbliższego magazynu. Napotkałem spojrzenia kilku robotników, ale tylko w milczeniu kręcili głowami. Nikt nie wzywał glin... zresztą oni i tak nie fatygowaliby się tu z powodu jakiegoś tam morderstwa.

Gdy mijałem barierki, rzuciłem okiem w dół, na chudzielca w kapturze. Nie wyglądał najlepiej. Unosił się twarzą w dół na falach. Każda z nich pchała jego ciało na sterczące z wody pale, kołysząc nim jak jakąś makabryczną laleczką.

Chyba poznałem właśnie kilku nowych przyjaciół - w swój zwyczajowy sposób.

Rozdział 3

- No więc, tego... Dross - podjąłem, idąc za wściek­łą babką przez magazyn - czy wy tu jesteście wieprz... znaczy pracujecie dla Hegemonii czy co?

Zatrzymała się gwałtownie i spiorunowała mnie wzrokiem.

- Czy Turov nic ci nie powiedziała? Technicznie rzecz biorąc, to ona dowodzi tą operacją... Bóg raczy wiedzieć dlaczego.

- Nic.

- Pięknie. Po prostu pięknie. Chodź.

Dross zaprowadziła mnie na zaplecze magazynu, do jakiejś budy robiącej za biuro, z oknami tak usmarowanymi, że zrobiły się nieprzezroczyste.

Za drzwiami krył się pokój z trzema biurkami i czterema krzesłami. Wskazała palcem na osamotnione krzesło.

- To twoje. Billington siedział tam.

- A to czwarte miejsce? To przy biurku?

- To Katriny. Zaginęła.

Pokiwałem głową.

- Jak się mam zwracać? Sir?

- Jestem naczelnikiem wydziału. To tak oficjalnie. Ale dla ciebie mogę być "panią bogiem".

- Zrozumiano. Co miałbym robić?

- Proszę. - Wręczyła mi paralizator i kajdanki, identyczne jak te, które trzymał biedny Billington, zanim go utopiłem. - Jesteś uzbrojony?

- Nie - skłamałem przekonująco.

- Dobrze. Nie wolno ci stosować śmiercionośnej siły.

- Nawet... no... takiej jak grawitacja albo morska woda?

Dross utkwiła we mnie lodowate spojrzenie.

- Twoim zadaniem jest wejść na pokład każdego z tych statków tuż po zadokowaniu. Dostaniesz czytnik z wykazem zawartości każdego kontenera na każdym statku. Każda taka inspekcja ma trwać jedną, dwie godziny, a wtedy wędrujesz po statku bez towarzystwa. Otwieraj losowe kontenery i sprawdzaj ich zawartość. Jeśli będą zgodne z wykazem ładunku, możesz odprawić statek i opuścić pokład.

Na te słowa zdębiałem. Spojrzałem przez najczystsze z okien biura. Przy dokach cumowało właśnie kilka monstrualnych jednostek.

- Spytam tylko dla pewności... Mam w kilka godzin zrobić inspekcję statku wielkości lodowca? To będzie ślepy traf, jeśli w ogóle coś znajdę.

Dross wzruszyła ramionami.

- Mamy za mało ludzi i jeszcze mniejszy budżet. Zrób, co się da. Ale to nie jest twoje najważniejsze zadanie, McGill.

- Dla mnie zawsze jest jakiś bonus...

- Zgadza się. Chcę się dowiedzieć, co dzieje się z moimi inspektorami. W ostatnim miesiącu straciłam aż siedmiu. Wchodzą na statek, przeszukują go... i bywa, że nie wracają do biura. Wzywałam już policję, nawet zarząd Centralnego.

- I co zrobili?

Jej wzrok mógłby zabić.

- Przysłali mi ciebie.

- Aha. No to rozumiem, że jest pani zawiedziona. Hmm... Zobaczę, co da się zrobić.

Dross odprowadziła mnie wzrokiem, gdy skierowałem się do drzwi.

- Nie chcesz zobaczyć swojego pierwszego zadania?

Machnąłem ręką przez ramię.

- Lepiej podesłać mi to na stuka. Przejrzę je, mam do takich rzeczy fotograficzną pamięć.

Mamrocząc pod nosem przekleństwa, pozwoliła mi odejść. Chwilę później, kiedy obijałem się przy dokach, dotarła do mnie priorytetowa wiadomość.

Prawie wyleciało mi z głowy, że miałem dostać wykaz towaru, więc od razu wrzuciłem go do folderu ze spamem. Zaraz zdałem sobie sprawę z pomyłki, ale wzruszyłem na to ramionami - w końcu w tytule wiadomości mignęła mi nazwa statku. "Władczyni Mórz". To powinno mi wystarczyć.

Dwadzieścia minut później stałem już pod zacumowaną "Władczynią". Był to naprawdę imponujący kolos. Dosłownie przysłaniał cały nieboskłon, a w jego cieniu chłodny marcowy wiatr zamieniał się w lodowaty podmuch.

Gdy zbliżałem się do statku, przyglądało mi się kilku gburowatych załogantów.

- Ostatnia wycieczka już sobie dawno poszła, chłopcze! - odezwał się jeden, gdy ich mijałem.

Drugi wydał z siebie świszczący rechot.

- Taa... Przewodnik się zgubił! Dobre, Merron.

- Przymknij się - rzucił ten, którego nazywali Merronem, po czym zwrócił się do mnie. - Czego tu szukasz, synku?

- Jestem nowym inspektorem.

Uroczyście pokazałem im otrzymany od Dross identyfikator.

- No i rychło, kurde, w czas! Siedzimy tu już siedem godzin. Może jak pan inspektor rzuci szybko okiem, to zdąży jeszcze na piwko?

Minąłem go bez słowa, a dwóch załogantów ruszyło niechętnie w ślad za mną.

Przez kilka godzin krążyłem po wielkiej, dudniącej echem jednostce. Była nawet większa, niż mi się początkowo wydawało, i wkrótce dotarł do mnie bezsens tej całej zabawy. Postanowiłem to sobie odpuścić.

Z ciężkim westchnieniem zamknąłem na stuku nieistniejący plik, do którego zerkałem niby co kilka minut. Dwaj marynarze, teraz już porządnie wynudzeni, spojrzeli na mnie znużonym wzrokiem.

- Hej. Może pójdziemy we trójkę na to piwo, co?

Natychmiast się ożywili.

- Skończone?

- Pewnie, zwłaszcza jeśli dzięki temu wypijemy razem jeden czy dwa browary.

- Świetny pomysł! - oświadczył Merron z zachwytem.

Jego pomagier Lenny najwyraźniej niczego nie mógł zrobić bez jego zgody, ale tym razem nie zmilczał.

- Ten drugi, no, Billington... Jak on robi inspekcję, to stoimy tu ze dwa razy dłużej.

Merron klepnął go w ramię. Wyglądało to niby przyjaźnie, ale mina Lenny'ego zdradzała, że dłoń trafiła z zaskakującą siłą.

- Eee tam, skończ już marudzić, stary. Jeśli miły pan twierdzi, że skończył, to skończył, i tyle.

- E... no, tak.

Zaprowadzili mnie do kajut, gdzie gmerałem przez chwilę w moim stuku i osuszyłem cztery butelki ich sikacza. Piwo było zimne, ale gorzkie i tanie. Miałem to gdzieś.

- Słyszeliście coś może o zaginięciach wśród inspektorów? Na pokładzie tych kolosów?

Merron wyglądał na zszokowanego.

- Że co? Ale skąd... Superkontenerowce to najnudniejsze miejsca na Ziemi, McGill. Chyba zresztą już się o tym przekonałeś.

Uśmiechnąłem się.

- Prawda, że wieje tu nudą, a jednak... kilku ludzi zniknęło bez śladu. Dziwne, nie?

Lenny cały się nachmurzył, ale niewzruszony uśmiech Merrona tkwił twardo na miejscu.

- To tylko plotki, chłopie. Nie daj się nastraszyć. Wiem, że jesteś nowy, ale po pierwszych kilkuset inspekcjach będziesz równie obyty jak każdy z nas.

- Racja...

Moja uwaga wkrótce skupiła się na Lennym. To on był tu kandydatem na rozmówcę, jeśli chciałem się czegoś dowiedzieć. Było oczywiste, że ten drugi chce mieć mnie z głowy jak najszybciej.

Kiedy Merron się oddalił, wzywany przez te czy inne obowiązki - albo i matkę naturę - postanowiłem przycisnąć Lenny'ego.

- Hej, to co chciałeś mi powiedzieć?

Lenny zagapił się na mnie z niezrozumieniem, które zaraz przerodziło się w niepokój.

- Nic takiego.

Pokiwałem głową powoli z wielką powagą.

- Dobrze, niech ci będzie. Szkoda, że będę musiał was zawrócić po tej inspekcji.

- Ale że jak?

- Dobrze słyszałeś. Za dużo uchybień.

- Odbiło ci, McGill? Nie było mowy o żadnych uchybieniach! Mówiłeś, że wszystko w porządku...

Pokręciłem głową i znacząco postukałem w ekran na mojej ręce.

- Mam tu wszystko. Zagrożenie pożarowe, nieprawidłowa konserwacja kontenerów, burdel w papierach... Kiedy powiedziałem, że skończyłem inspekcję, to wcale nie oznaczało, żeście ją przeszli. Chodziło mi o to, że mam już dość powodów, żeby wstrzymać rozładunek.

- Tylko... to jest...

- Ale moment - powiedziałem, pochylając się ku niemu, jakbym nagle zdał sobie z czegoś sprawę - kapitan chyba nie będzie was z Merronem winił za całą tę sytuację, nie? To byłoby nie fair.

- Winił? Czemu?

- No wiesz, wasze imiona są na każdej stronie mojego raportu. Czeka was tutaj sporo roboty... oj, sporo.

- Słuchaj, McGill, to jakieś szaleństwo. Przybijamy tutaj od lat. Praktycznie miesiąc w miesiąc. Nigdy nie oblaliśmy inspekcji. Nigdy.

Wzruszyłem ramionami i nonszalancko otwarłem kolejną butelkę chmielowych szczyn.

- Bardzo mi przykro, ale ja jestem tu nowy. Świeżo upieczony inspektor. Muszę się wykazać, rozumiesz.

- No nie, właśnie w ogóle nie rozumiem.

- Hmm... - mruknąłem. - Jest taka jedna sprawa... Ale nie, w sumie nic ci do tego.

Lenny gapił się na mnie przez kilka boleśnie długich sekund. Rozumem to on nie grzeszył.

- Do czego?

- Tego, żeby wyjaśnić, co naprawdę dzieje się na tej łajbie. Sprawdziłem. Jeden z inspektorów, mój kolega, zniknął właśnie tutaj. Wiesz o tym, prawda?

Lenny intensywnie wpatrywał się w pokład. W końcu przytaknął z wyrazem głębokiego nieszczęścia na gębie.

W tej właśnie chwili zjawił się Merron, czym zupełnie popsuł mi szyki.

- A tu co się wyrabia? - huknął. - Urządzacie jakieś zaręczyny czy ki cholera?

W odpowiedzi uśmiechnąłem się i pociągnąłem długi łyk piwa.

- Trafiłeś. Ale Lenny dał mi kosza.

Merron najwyraźniej uznał to za dowcip dnia, bo śmiał się do rozpuku i nie umiał przestać. Nasza wesołość nie trwała jednak długo, bo Lenny w końcu nie wytrzymał.

- Zrobię, jak pan prosił, panie inspektorze - wypalił.

Jego twarz wyrażała coś pomiędzy rezygnacją a przerażeniem.

Teraz to Merron gapił się na nas tępo, patrząc to na mnie, to na Lenny'ego z absolutnym niezrozumieniem.

Rozdział 4

Lenny prowadził mnie głęboko w czeluści statku. Merron podążał za nami. Nieustannie gderał, że zawoła kapitana, ale jakoś nie spełnił swojej groźby.

- Nas tu nie powinno być. Kapitan Logan i cała reszta będą wściekli jak diabli.

- Nie przejmuj się, Merron - powiedziałem. - Skoro się ich tak boisz, to ja się nimi zajmę.

Posłałem mu wilczy uśmiech, ale nie odwzajemnił go. Rozglądał się wokół - patrzył wszędzie, tylko nie na mnie. Dyszał ciężko i studiował pokład, grodzie, kontenery... Widziałem już niejednego przestraszonego faceta, któremu chodziło po głowie morderstwo. Postanowiłem mieć oko na tego gościa.

Lenny ciągnął nas jeszcze głębiej. Byliśmy już poniżej linii wody, a i tak wciąż schodziliśmy, od jednych rozklekotanych schodów do drugich.

Merron w końcu nie wytrzymał. Zatrzymał się i chwy­cił barierkę obiema rękoma, jakby miała odfrunąć.

- Lenny, zatrzymaj się natychmiast - powiedział.

Lenny obejrzał się przez ramię.

- Już prawie jesteśmy na miejscu. Inspektor...

- To żaden inspektor. Sprawdziłem go. Kapitan też. Nawet nie ma go na liście urzędu. Kim ty właściwie jesteś, co, McGill?

Obydwaj mężczyźni wpatrywali się we mnie nieustępliwie. Lenny trzymał latarkę, którą teraz świecił mi po twarzy w niezwykle irytujący sposób.

- Tym się nie przejmujcie. Jestem nowy.

- Jesteś jakimś szpiegiem. Albo prędzej pokraką z miasta.

- Pokraką? Czemu w dokach bez przerwy to słyszę?

Lenny wyglądał na zakłopotanego.

- Na mnie też tak wołali. Mamy tu dostawy... specjalnych prochów. Od czasu do czasu przechodzą przez ten port, ale ja nigdy tego nie brałem. Ludzie po prostu tak sobie myśleli, bo...

Lenny urwał w pół słowa i wrzasnął. Najwyraźniej oberwał kluczem francuskim. Narzędzie pofrunęło od strony schodów i trafiło go z zaskakującą precyzją.

- No, no, no... - powiedziałem, podnosząc klucz z pokładu. - Załoga pełna niespodzianek, hm? Mogłeś rozwalić mu tym głowę.

Lenny klęczał na podłodze, a spomiędzy palców sączyła mu się krew.

Merron odpowiedział ściszonym głosem, w którym pobrzmiewała skrucha:

- On nie ma pojęcia, o czym mówi. Pokraki to ćpuny, nic więcej. Lenny, trzymasz się tam?

- Skurrw... - wysapał Lenny, wciąż ściskając głowę.

Zakręciłem kluczem w dłoni i przez chwilę przyglądałem się Merronowi. W końcu postanowiłem udać, że zmieniłem zdanie.

- Wiesz co, chyba jednak wrócimy. Rozmówimy się z kapitanem. U niego wszystko się wyjaśni.

Merron odrobinę się rozluźnił. Wziął głęboki oddech i zawrócił.

- Proszę za mną, McGill.

Przeszedłem za nim z tuzin stopni, po czym zdzieliłem go w łeb. Dostało mu się mocniej niż Lenny'emu, ale uznałem, że przeżyje. Najpewniej.

Merron osunął się na pokład, a ja wcisnąłem zakrwawiony klucz w jego szponiastą dłoń. Wróciłem do Lenny'ego.

Wciąż trzymał się za obolałą czaszkę.

- Co...? A gdzie...?

- Merron poszedł sprowadzić dla ciebie pomoc. Może w międzyczasie mnie oprowadzisz?

Oczy Lenny'ego wypełniał ból i strach. Przytaknął, ale nie odezwał się ani słowem.

Zeszliśmy razem kolejnych sześćdziesiąt stopni. Na samym dole znajdowały się ciężkie drzwi okrętowe. Lenny złapał za koło zamka, jego mięśnie napięły się jak postronki.

- Zacięło się - wydusił.

Ruszyłem z pomocą. Razem solidnie się nastękaliśmy, ale mechanizm w końcu puścił, a drzwi z jękiem otwarły się na oścież.

- Proszę przodem - powiedziałem.

Lenny poprowadził mnie do wnętrza ciemnej ładowni. Było tu mniej kontenerów. Zamiast niekończących się wieżyc pełnych towaru stały platformy z mnóstwem łańcuchów i zębatek.

- To są windy. Możemy sprowadzić tu kontenery z wyższych poziomów i posyłać je z powrotem na górę.

- To gdzie teraz jesteśmy? W najniższym lochu?

- Tak. To taka dolna ładownia. Zazwyczaj trzyma się tutaj ciężkie towary. Równoważą to, co poukłada się na górnych pokładach.

- Super. To teraz pokaż mi coś ciekawego.

Lenny przyglądał mi się przez chwilę.

- Potem mnie zabijesz? Jak Merrona?

- Nie, jeśli spodoba mi się to, co mi pokażesz.

Lenny przybrał konspiracyjny ton.

- Spodobać to ci się nie spodoba, ale i tak ci pokażę.

Ruszył między kontenery, a ja podążyłem ostrożnie za nim. Zachowywał się równie podejrzanie jak wszyscy na tym statku i wcale mi się to nie podobało.

Czy powody tych zaginięć naprawdę miały być tak banalne? Wścibscy inspektorzy natykali się na handlarzy narkotyków w głębi przepastnych ładowni? Chciałbym, żeby to było tak proste - ale właśnie czekał mnie wielki zawód.

Lenny zaprowadził mnie do jakiegoś... ustrojstwa. Ktoś taki jak mój ojciec pewnie nazwałby to maszynerią. Rozmiary sprzętu i jego ogólny kształt przypominały rentgen u dentysty. Wyrastały z niego grube przewody, które rozchodziły się spiralnie na boki. Całość stwarzała wrażenie prototypu wykonanego przez bandę szalonych inżynierów.

Ze środka sterczało ruchome ramię zakończone dużą, błyszczącą głowicą. Po bokach głowicy znajdowały się uchwyty - Lenny pociągnął za jeden z nich i przesunął stożkowatą głowicę tak, aby wycelować w jeden z kontenerów, niemal przystawiając ją do ścianki skrzyni.

Obserwowałem go przy pracy. Kiedy był już zadowolony z ustawienia głowicy, Lenny nacisnął jakiś przycisk. Rozległo się buczenie, a w powietrzu niebawem błysnął jarzący się na biało łuk elektryczny.

- Ożeż ku...! - zacząłem, ale urwałem w pół słowa.

Maszyna miała też ekran. Kiedy Lenny aktywował głowico-obiektyw czy co to tam było, pojawił się również obraz. Przedstawiał zawartość skrzyni z towarem. Zajęło mi to chwilkę, ale gdy zajarzyłem, o co chodzi, roześmiałem się z ulgą.

- Kapuję, kapuję. To fluoroskop czy inny rentgen. Używacie go, żeby zerknąć do środka kontenerów, tak?

Lenny spojrzał na mnie przekrwionymi oczami. Po jego lewym policzku spłynęła kropla krwi, zostawiając zakrzepły, rdzawy ślad.

- Nie całkiem.

Na moich oczach sięgnął do konsoli "rentgena" i nacisnął kolejny przycisk. Rozległ się trzask, a halę rozjaś­niła jakby błyskawica.

Z początku nie wiedziałem, co zaszło. Wszystko wyglądało po staremu, ale nagle spostrzegłem, że ze środka kontenera czegoś ubyło.

- Co tam było? Coś ty właśnie ustrzelił tym ustrojstwem?

- Nie wiem. Nie było tego na liście płac, to na pewno.

- Liście płac?

- No - burknął i ponownie utkwił wzrok w pokładzie. - Dostajemy taką listę towarów, co nie? Narzędzia. Kontenery z surowcami. Sprzęt, technologia, byle co. No więc znajdujemy taki kontener, sprowadzamy go tu na dół i wyciągamy towar z pudła. Potem odsyłamy je do górnej ładowni.

- Co ty nie powiesz? - mruknąłem z fascynacją. - Czyli tutaj kradniecie? Tak to się odbywa? I nikt nie umie tego rozgryźć, bo kontenery są nietknięte i zaplombowane, kiedy docierają na miejsce?

- Tak. Tam są inteligentne zamki. Każdy kontener pamięta, co weszło i co wyszło przez jego drzwi. I bardzo się tego pilnuje, ale tak nikt nie może obwinić armatora, kiedy coś nie dotrze do celu.

- Dobra, posłuchaj, Lenny. Mam do ciebie tylko dwa pytania.

Spojrzał na mnie blado i zastygł w milczeniu. Na jego twarzy krew mieszała się z potem.

- Po pierwsze, chcę się dowiedzieć, co się stało z resztą inspektorów. Z zaginionymi.

Lenny wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Nigdy nie widziałem, żeby któryś tu schodził.

- A co z tym, który zniknął tu na pokładzie?

Lenny nerwowo oblizał wargi.

- Ja... Wtedy mnie tu nie było.

- Naturalnie. Powiem nawet, że przysiągłbym to choćby i przed sądem.

- Naprawdę?

Teatralnym gestem położyłem dłoń na sercu, drugą unosząc przed sobą.

- Jak Boga kocham.

- Nooo... powiedzmy, że gdyby jakiś koleś... taki, co wtyka nos w nie swoje sprawy... No więc gdyby tutaj taki zszedł...

- Nie chcę tu stać do jutra, Lenny.

- ...taki ktoś mógłby dostać się między kontener a ten promień, wiesz, i wtedy by go przeniosło.

- Przeniosło gdzie?

Lenny znów wzruszył ramionami.

- Tam gdzie to wszystko idzie. Pewnie w jakąś niefajną okolicę.

Pokiwałem głową.

- Nieźle kombinujesz, Lenny. A teraz moje drugie pytanie. Dlaczego mi to wszystko mówisz?

Przez lewy policzek Lenny'ego przebiegł krótki tik. Był to najmarniejszy skrawek uśmiechu, jaki widziałem w życiu.

- Żebyś mnie nie ukatrupił. Wiem, skąd się tu wziąłeś, McGill. Byłem kiedyś w legionach.

Przyglądałem mu się przez chwilę.

- Varus?

Lenny kiwnął głową twierdząco, co przyjąłem z uśmiechem. Może i brakowało mu kilku klepek, ale z miejsca mu uwierzyłem. Miał ten sterany wygląd, który zdradzał byłych legionistów... Wygląd kogoś, kto zobaczył gwiazdy, ale potem kopnął w kalendarz o kilkanaście razy za dużo i wrócił na Ziemię jako wrak człowieka. Stara śpiewka. Nie każdy jest stworzony do takiego życia.

Informacje od Lenny'ego poprawiły mi humor. W końcu odkryłem tajemnicę i rozwiązałem sprawę w rekordowym czasie! Dross na pewno zasypie mnie pochwałami i szybciutko odeśle do domu. Może nawet zdążę wybrać się do Georgii.

Żeby przyspieszyć sprawę, uniosłem ramię ze stukiem i zrobiłem trochę nagrań, w tym z demonstracją działania machiny. Potem spróbowałem wysłać cały ten materiał dowodowy nie tylko do naczelnik Dross, ale i samej Galiny.

Coś jednak blokowało mój sygnał.

Mniej więcej w tej samej chwili oddalone o sto metrów drzwi niemal wypadły z zawiasów. Otwarły się z łoskotem, rąbiąc stalą w stal i dudniąc po całej hali niczym dzwon zagłady.

Do ładowni zaczęli wpadać uzbrojeni ludzie z latarkami. Wyciągnąłem pistolet i wziąłem ich na cel, ale wpadało ich coraz więcej i więcej. Było ich już coś koło dwudziestu i rozproszyli się po całej szerokości ładowni.

Przyszpiliłem wzrokiem Lenny'ego.

- Wystawiłeś mnie?

Wzruszył ramionami. W odpowiedzi wymierzyłem do niego z pistoletu.

- Powiedz mi, dlaczego nie miałbym cię sprzątnąć.

- Bo pokazałem ci, co chciałeś. I obydwaj jesteśmy z Varusa, no, byliśmy.

- Hmm. Wiesz co, dobra. Zrobimy tak. Wyceluj we mnie tą kamerą.

Lenny zamrugał zaskoczony.

- Ale... to nie jest bezpieczne. Musi tam być jakieś promieniowanie, coś...

Roześmiałem się mu w twarz.

- Ściga nas ze trzydziestu chłopa, a dojdzie pewnie więcej. No dawaj, varusowcy powinni trzymać się razem.

Po krótkiej chwili wahania Lenny się zgodził. Wycelował we mnie głowicę i uruchomił maszynę.

Ładownię rozświetliła kula plazmy. Blask był oślepiający, tym razem nie ukrywały go ściany kontenera.

Usłyszałem krzyki, potem strzały. Lenny oberwał raz, potem jeszcze dwukrotnie. Próbowałem sięgnąć do panelu, żeby uruchomić przycisk transportu, ale za nic w świecie nie mogłem się ruszyć. Coś w tym polu energii trzymało mnie w zawieszeniu albo czymś na wzór spowolnienia czasu.

Potem zobaczyłem, że Lenny z trudem zbiera się na kolana i uderza w przycisk.

Podbiegło do nas kilkunastu ludzi, wszyscy wrzeszczeli wściekle. Nafaszerowali Lenny'ego pociskami, całą salwą.

Do mnie też strzelali, ale już zaczynałem znikać. Byłem jakby w rozkroku między obskurnym wnętrzem statku tu, na Ziemi, a tym drugim miejscem, gdziekolwiek ono było.

W swoim długim życiu już nieraz byłem teleportowany na różne sposoby i do różnych, nieraz egzotycznych miejsc. Czułem w kościach, że teraz będzie tak samo.

Mogłem tylko mieć nadzieję, że miejscówka okaże się w miarę przyjemna, ale nie powiem, żebym mocno na to liczył.

Rozdział 5

Kiedy dotarłem do celu, z całych sił próbowałem się nie zakrztusić. Nic z tego.

Podróż w nadprzestrzeni nie należała do krótkich. Spędziłem kilka minut w stanie zawieszenia, bez szans na mentalne przygotowanie. Już wcześniej odkryłem, że taka podróż między dwoma odległymi punktami zajmuje około sekundę na rok świetlny. Przez dziesięciolecia udało mi się nieźle wyszkolić w zliczaniu tych sekund, żeby oszacować, jak długo mnie nie było - ale nie tym razem. W tym całym zamieszaniu zapomniałem to zrobić. Miałem jedynie ogólne wrażenie, że podróż była długa, pewnie coś koło pięciuset lat świetlnych.

W rezultacie po dotarciu na miejsce padłem na ziemię, dławiąc się i desperacko łapiąc powietrze. Prawie się porzygałem. Przy dalekiej teleportacji człowiek zawsze ma odruch, by zaczerpnąć powietrza, chociaż tak naprawdę nie trzeba. Wrażenie jest takie jak przy torturach z waterboardingiem, kiedy wydaje się, że zaraz utoniesz.

Kiedy zwalczyłem już pierwszy napad duszności, udało mi się wstać i rozejrzeć.

Tutejsza atmosfera - gdziekolwiek było to "tutaj" - najwyraźniej nie była toksyczna. A przynajmniej nie zabiła mnie od razu. Zawsze mogło tu jednak być coś podstępnego, jak wysokie stężenie tlenku węgla czy czegoś takiego, co dawałoby mi jakieś dziesięć minut życia. Pozostawało mi trzymać kciuki.

Tak, wiedziałem, że najpewniej wysłałem się właśnie na permy. Nie jestem takim durniem, jak się większości wydaje. Rzecz w tym, że chwilę temu miałem dość ponury dylemat - mogłem zostać na Ziemi i złapać kilka kulek, licząc na wskrzeszenie. To pewnie trochę by trwało, bo w końcu ja również zostałbym uznany jedynie za zaginionego, tak jak kilku poprzednich "inspektorów". Może kolejny nieszczęśnik, który zasłużyłby sobie na zesłanie do doków, poradziłby sobie lepiej ode mnie i wyjaśnił tę całą aferę. Ale nawet wtedy mogłem leżeć trupem całe lata, a może i na zawsze.

Nie zachwycała mnie perspektywa śmierci w ciemnej, zatęchłej ładowni "Władczyni Mórz", więc postanowiłem złapać byka za rogi i wystrzelić się stamtąd. Ryzykowny manewr, wiem, ale przynajmniej miałem pewność, że dowiem się więcej o tej mafii, zanim zupełnie skończy mi się szczęście.

Odkryłem, że znajduję się w jakimś budynku. Wysoki sufit zakrzywiał się u szczytu. Każdy metr powierzchni wokół mnie był zastawiony badziewiem. Stały tam beczki chemikaliów, skrzynie z aparaturą, zbiorniki z tlenem i innymi gazami... Same rozmaitości. Na moje oko były to rzeczy przydatne w przemyśle albo w jakiejś placówce badawczej. Nie widziałem tam niczego w stylu ubrań, żywności czy zwykłych artykułów.

No tak, brak żywności... To nie brzmiało zbyt dobrze. Jeśli w tej bazie - czy czymś tam - nie było żadnych ludzi ani nikogo innego, kto ma choć trochę podobny układ pokarmowy, dłuższy pobyt stawał pod znakiem zapytania.

Powietrze było wilgotne i pachniało morzem. Z początku myślałem, że przywlokłem ten zapach z Ziemi, ale po chwili dotarło do mnie coś innego.

Powietrze było jakieś... nie takie. Znajome, ale inne. Trochę metaliczne w zapachu, jak krew. Zdecydowanie nie byłem już na Wschodnim Wybrzeżu Sektora Północnoamerykańskiego.

Kiedy ktoś był wystarczająco obyty w podróżach międzygwiezdnych, takie rzeczy przestawały dziwić. Wiele planet miało spore zasoby słonej wody. Dziwnych zapachów też należało się spodziewać. Planety często miały własny, unikatowy smak i zapach, a to miejsce nie było wyjątkiem.

Kiedy zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu czegoś większego niż służbowy pistolet, po mojej głowie kołatała się jedna uparta myśl - ten zapach nie był tak zupełnie obcy. Skądś już go znałem.

Na razie jednak nie umiałem go skojarzyć, więc wzruszyłem ramionami i skierowałem uwagę na jedną ze ścian. Tknięty impulsem sięgnąłem, by jej dotknąć, ale zaraz cofnąłem dłoń z obrzydzeniem. Ściana była wilgotna i trochę uginała się pod palcami. Czy stworzono ją z żywej tkanki? Mogłem tylko mieć nadzieję, że nie.

Nie chcąc błądzić wśród stosów wszelkiego śmiecia, poszedłem wzdłuż ściany i po chwili odnalazłem drzwi. Te również mocno odbiegały od normy. Wyglądały, jakby wykuto je z kamienia. Osadzono w nich gałkę, która była zdecydowanie za duża dla ludzkich dłoni - mniej więcej wielkości głowy.

Ale coś w jej wyglądzie... Czy gdzieś już takie widziałem? Nie byłem pewien, ale rzeczywiście coś mi świtało.

Nie mając lepszego pomysłu, chwyciłem za klamkę i spróbowałem przekręcić. Równie dobrze mogłem próbować wyżymać dębowy pień.

Nie należę do facetów, którzy łatwo się poddają. Kiedy zawiodły dłonie, spróbowałem objąć gałkę całymi ramionami, a w końcu praktycznie owinąłem się wokół tego cholerstwa i zapierałem z całych sił.

Z dłoni zaczęła sączyć się krew, a ramiona zapiekły od szorstkiego kamienia, ale nie zamierzałem dawać za wygraną. Nie chciałem utknąć tak blisko miejsca, w którym wylądowałem. Marynarze mogli w końcu zebrać się na odwagę i zorganizować pościg. Nawet gdyby było inaczej, zawsze mógł tu przyjść ktoś miejscowy, żeby sprawdzić dostawę. Niemal na pewno moje przybycie uruchomiło jakiś tam alarm. Musiałem założyć, że to tylko kwestia czasu, nim będę miał tu niechciane towarzystwo.

Rozejrzałem się po najbliższym otoczeniu i znalazłem coś w rodzaju brezentu. Owinąłem go ciasno wokół gałki i pociągnąłem ile pary w łapach.

Mechanizm w końcu ustąpił z donośnym zgrzytem. Drzwi otworzyły się, rozwierając się na zewnątrz pomieszczenia.

Jasna cholera! Teraz dopiero zobaczyłem, że były olbrzymie. Cztery metry wysokości jak nic! Ktokolwiek to budował, należał chyba do rasy gigantów.

Za wrotami rozciągała się otwarta przestrzeń, tylko piasek i skały. Dalej burzyło się zielone morze, obmywając zmurszałe głazy. Uderzało w brzeg wielkimi, potężnymi falami.

Gdy skierowałem wzrok na niebo, wszystko zrozumiałem. Wisiało na nim sporo szarych kłębów. Gdzieś za nimi kryło się słońce, rozświetlając krawędzie ciężkich chmur bladym blaskiem.

Ale to nie słońce ani chmury zwróciły moją uwagę. Nie, moje spojrzenie utknęło na dziurach w tej szarości, fragmentach otwartego nieba.

Przywitało mnie kolorem głębokiej zieleni. W samym nasyceniu barwy i sposobie rozpraszania światła ta zieleń przypominała nieco nasz ziemski błękit. Przez chwilę zastanawiałem się, jakie mieszanki w atmosferze mogły tworzyć raz błękit, raz czerwień - a raz zieleń, jak tutaj.

Ten kolor był kluczem do wszystkiego. Czułem się jak skończony idiota. Przecież to było oczywiste! Widywałem to miejsce przez całe lata. Kilka razy nawet byłem na powierzchni. Kilkadziesiąt lat wcześniej prowadziłem cichą misję na tych wyspach, gdzie sprzątnęliśmy coś w rodzaju naukowca Wurów.

- Zielone niebo, zielone morze... - mruknąłem sam do siebie. - Świat Zieleni.

Przede mną rozciągał się bezkresny ocean. Nigdzie nie było widać żadnego innego skrawka lądu, jak zawsze, kiedy tu byłem.

O ile dobrze pamiętałem, na tej planecie nie było zbyt wiele stałego lądu. Zawsze miałem wrażenie, że to praktycznie jeden wielki ocean.

Kiedy udało mi się oderwać wzrok od morza i nieboskłonu, zacząłem uważniej przyglądać się plażom. Nie widziałem tu żywej duszy, a jednak ktoś przecież musiał tu być.

W pobliżu widziałem więcej olbrzymich budowli. Każda z nich dorównywała rozmiarem magazynom w dokach Miasta Centralnego. Czy wszystkie były wypchane skradzionym towarem? Cóż, był tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ściskając mocno pistolet - i próbując rozglądać się na wszystkie strony naraz - pokonałem połać piasku i skał dzielącą mnie od następnego gmachu. Wrota tego budynku były akurat otwarte, odsłaniały ziejące za nimi przepastne wnętrze. Przekradłem się za olbrzymie drzwi, uważając, by nie wydały żadnego dźwięku, i zanurzyłem się w chłodny półmrok magazynu.

Rozdział 6

Drugi magazyn także był wypchany po brzegi. Sama skala tej kradzieży zdradzała cel inny niż po prostu łatwy zysk - zgromadzone tu zapasy konkurowały ze składami zaopatrzenia, które widywałem w bazach legionów.

Bardziej zainteresował mnie jednak rodzaj sprzętu, jaki przechowywano w tym drugim budynku. Zamiast aparatury naukowej znalazłem tu broń. Sporo broni - i to nieraz naprawdę dziwacznej.

Ogólnie rzecz biorąc, tutejsze karabiny były zbliżone rozmiarem do wyrzutni rakietowych. Na oko stwierdziłem, że miotają chyba strugami plazmy, ale zrezyg­nowałem z próbnej strzelanki. Właściciel tego arsenału na pewno nie byłby uradowany, gdyby nakrył mnie w trakcie zabawy.

Były tu też aparaty oddechowe, sprzęt do pracy pod wodą. A do tego jeszcze wielkie, automatyczne wieżyczki strzelnicze. Te znałem z doświadczenia. Można było je rozstawiać jak ogrodowe zraszacze, które wyczuwają, śledzą i unicestwiają wszystko, co nie nadaje odpowiedniego kodu identyfikacyjnego. Paskudne cholerstwa. Byłem dumnym przedstawicielem piechoty, więc nienawidziłem ich już z zasady.

Po półgodzinnym gmeraniu w różnorakim sprzęcie uświadomiłem sobie, że żaden jego element nie nadawał się dla ludzkiej armii. Był zdecydowanie zbyt nieporęczny. Nawet ciężkozbrojny ze Świata Krwi miałby nie lada problem, żeby coś takiego dźwigać. Same karabiny musiały ważyć chyba ze sto kilo.

- Wybrałeś sobie coś ładnego? - spytał kobiecy głos zza moich pleców.

Obróciłem się błyskawicznie, unosząc pistolet, ale trzymała mnie już na muszce.

- Nie, nie, nie - zaintonowała słodko, celując prosto w moją twarz. - Nie każ mi się zastrzelić, James. Byłoby mi przykro.

Była to Abigail Claver, kobieta owiana niewątpliwie złą sławą. Przez lata wliczałem ją w poczet przyjaciół, ale dzisiaj...

- Dla kogo to wszystko, hm? - spytałem. - Masz tu dość złomu, żeby wyposażyć całą armię. I to olbrzymów.

Twarz Abigail przybrała zatroskany wyraz.

- Ze wszystkich ludzi, których nie spodziewałam się znaleźć w moim magazynie, ty jesteś na szczycie listy. Widziałam odczyt z czujników, że wylądował tu człowiek, ale musiałam się przekonać na własne oczy.

Uśmiechnąłem się i ze wzruszeniem ramion unios­łem dłonie.

- No cóż... Trochę się wożę, to tu, to tam...

- Bez wątpienia. Dobrze, a teraz, zanim odeślę cię z powrotem do tej trumny, z której wylazłeś, chciałabym zadać ci kilka pytań.

- Hm, na przykład?

- Czy obserwują nas właśnie ludzie z Centrali?

W jej głosie zabrzmiała fałszywa nuta, dla mnie czytelna jak na dłoni. Próbowała powiedzieć to z nonszalancją, ale dla kłamcy z takim stażem jak ja było oczywiste, że to ściema.

Była naprawdę zaniepokojona. Problem polegał na tym, że nie wiedziałem, co właściwie odpowiedzieć. Gdybym wcisnął jej bujdę, że Centrala rzeczywiście mnie śledzi, nie miałaby żadnych skrupułów, by zabić mnie na miejscu. Tak się to robiło. Przy pomocy transmitera materii wysyłało się szpiegów w jakieś zapomniane przez Boga odmęty, a potem drukowało się świeżaka, kiedy potwierdzono śmierć pierwszego agenta.

Przykra część była taka, że dzisiaj nikt mnie nie pilnował. Żaden anioł stróż nie zerkał mi przez ramię. Gdyby przyszło mi zginąć tu, na Świecie Zieleni, to byłby mój koniec. Poza Abigail nikt nie wiedział, że tu jestem, a nie mogłem liczyć na jej wielkoduszność po tym, jak się tu włamałem i wtykałem nos w jej sprawy.

Chociaż łeb mnie bolał na samą myśl o tym, doszed­łem do wniosku, że chyba będę musiał powiedzieć jej prawdę. A przynajmniej większą część prawdy.

- No widzisz... jest taki szkopuł. Mnie tu w ogóle nie powinno być. Tyle że nakryłem wasz biznes w dokach przy Centralnym. Potem musiałem trochę... porozumować... z waszymi ludźmi, ale w końcu zmusiłem marynarza z jednego kolosa, żeby mnie tu wysłał.

- Doprawdy? A można wiedzieć, po co?

Wzruszyłem ramionami.

- To chyba oczywiste. Zwinęliście sporo rzeczy, Abigail. Służby tego nie przegapiły. Dochodzeniowcy rozgryźli wasz plan z kontenerami i tym rentgenopodobnym sprzętem. Ja w każdym razie dostałem zadanie sprawdzenia, kto siedzi po drugiej stronie tego interesu. Muszę powiedzieć, że skala robi wrażenie. Naprawdę zwinęłaś wszystkie te rzeczy?

Abigail wpatrywała się we mnie spod zmrużonych powiek. Wiedziałem, że waży moje słowa i ocenia, gdzie leży prawda, a gdzie blef.

- Czyli... w Centralnym wiedzą, że gdzieś przepad­łeś, ale nie mają pojęcia, gdzie dokładnie?

- Chyba tak.

Westchnęła ciężko i zdecydowanym ruchem uniosła pistolet.

- Psiakrew, James. Tego miałeś mi nie mówić. Kłamiesz czy nie, znaczy to tyle, że muszę spalić twoje przerośnięte cielsko.

- Yyy... Serio?

- Oczywiście. Zastanów się nad tym z mojej strony, bez urazy.

- No właśnie próbuję. Pomóż mi trochę.

Machnęła lekko pistoletem, każąc mi się odsunąć od skrzyń z bronią.

- Najpierw krótki spacer po plaży.

Rzuciłem okiem przez ramię. Za nami było mnóstwo wartościowego sprzętu. Może nie chciała go osmalić. Zamiast posłusznie się oddalić, oparłem ramię o najdrożej wyglądający emiter, jaki miałem pod ręką. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.

- Przepraszam, ale mi się tu podoba.

Abigail znów westchnęła i pokręciła głową z rezyg­nacją.

- Dobrze, jak tam sobie chcesz.

- Ale chwila, chwilunia. Co ci to właściwie da, jak mnie tu sprzątniesz?

- Zawsze miło pozbyć się złodzieja.

- Ja nic nie wziąłem!

- Dobra, dobra. No to szpiega. Nie mogę pozwolić, żebyś zdał raport w Centralnym z tego, co tu zobaczyłeś.

Zdobyłem się na lekceważące prychnięcie.

- Posłuchaj, zabawimy się chwilę w zagadki logiczne, dobra? Załóżmy, że ekipa z Centralnego postanowiła zaryzykować skórę drogiego McGilla i w ramach eksperymentu przepuścili mnie przez jedną z waszych maszyn.

- Mm-hmm.

- Jakie byłoby ich następne posunięcie? - spytałem i natychmiast podsunąłem jej odpowiedź, nie czekając na jej wnioski. Była trochę za sprytna. - Przysłać więcej agentów, ot co. Może cała drużyna z uprzężami teleportacyjnymi, żeby błyskawicznie ściągnąć ich na Ziemię.

Twarz Abigail zdradzała niepokój. Przeniosła spojrzenie na wejście do magazynu.

- Nie rzuciło cię prosto do tego magazynu, prawda?

Pokręciłem głową przecząco.

- Wylądowałeś w budynku numer sześć... Teraz może tam być więcej ludzi. Szlag.

- Dziewczyno, to właśnie próbuję ci powiedzieć. To chcesz wysłuchać mojej propozycji?

Teraz to ona parsknęła.

- A niby jakiej?

- Zmywajmy się stąd, ty i ja. Interes diabli wzięli, no trudno. Zgarnij swoją dolę i ulotnij się. Czy nie tak się to robi w klanie Clavera?

- James... Bardzo mi przykro. Naprawdę. Ale ja tutaj nie rządzę. Nie bawię się w jakąś drobną kradzież. Ja tu po prostu pracuję.

Zamrugałem w zaskoczeniu, nie mając pojęcia, o czym ona mówi. O co mogło tutaj chodzić, skoro nie o zyski dla Claverów?

Niestety, zanim zdążyłem zadać kolejne pytanie, zarobiłem kulę w łeb.