Rozdział 3
Pewien zły człowiek powiedział kiedyś, że przyjaciół należy trzymać blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Teraz znalazłem się w podobnej sytuacji. Obok mnie siedział zmartwiony i zdezorientowany Winslade.
- Co dokładnie zdarzyło się na Świecie Klonów? - zapytał.
- No cóż, w Centrali na pewno opowiedzą ci ze szczegółami - odparłem najbardziej przyjaznym tonem, na jaki mogłem się zdobyć.
- Mylisz się. Jestem żywy już od pół roku. Codziennie pracuję w Centrali i nikt nie potrafił udzielić mi zadowalających odpowiedzi. To bardzo frustrujące.
- Naprawdę? I myślisz, że ja potrafię ci pomóc, jeśli oni nie mogli?
- Wiem, że to mało prawdopodobne, McGill, ale tonący brzytwy się chwyta.
- A jak mnie w ogóle znalazłeś?
Wzruszył wąskimi ramionami.
- Nadal dostaję powiadomienia dotyczące harmonogramu Turov. Zauważyłem, że wpisała cię dzisiaj na listę odwiedzających.
- Poważnie? Odkryłeś, że mam się spotkać z Galiną, więc poleciałeś nad ranem do Atlanty i z powrotem do Miasta Centralnego? I to wszystko tylko po to, żeby mnie znaleźć?
- Jak widzisz, tak - przytaknął niechętnie.
- Ale czemu po prostu nie zadzwoniłeś?
Odsłonił przedramię. Miał stuka owiniętego folią aluminiową.
- Może wyda ci się to zaskakujące... Może nawet pomyślisz, że mam paranoję, ale odnoszę wrażenie, że szpieguje mnie mój własny stuk. Odkąd wskrzesili mnie na Ziemi, ciągle zdarzają się dziwne zbiegi okoliczności.
Pokiwałem głową.
- Pewnie masz rację. Nie ufaj mu. Jeśli dowództwo chce cię inwigilować, na pewno mają taką możliwość.
Winslade przyjrzał mi się uważnie spod zmrużonych powiek.
- Wiesz, to przynajmniej jest szczera odpowiedź. Każdy inny się śmiał albo rzucał jakimś frazesem. Ale ty często byłeś ofiarą podobnego polowania na czarownice. Dlatego przyjechałem, żeby się z tobą spotkać.
Nerwowo poprawiłem się w fotelu. Nigdy za bardzo nie lubiłem Winslade'a - ale nie przepadałem też za rządowymi szpiclami wtykającymi nos w nie swoje sprawy. Czułem, że stoję przed dylematem natury etycznej. Winslade ewidentnie nie wiedział, czemu z dnia na dzień stał się wyrzutkiem. To wydało mi się nie w porządku. Człowiek zasługiwał na to, żeby wiedzieć, o co się go oskarża.
Podjąłem decyzję.
- Winslade... Powiem ci coś, choć nie powinienem.
Ożywił się jak pies, który zwęszył bekon.
- Co takiego?
- Nie ekscytuj się tak, bo wiem pewnie niewiele więcej niż ty. Ale wiem jedno. Zrobiłeś coś złego na Świecie Klonów.
- Ale oni mówili, że nawet tam nie dotarłem! Że zginąłem podczas szkolenia i z powodu komplikacji zdołali wskrzesić mnie dopiero na Ziemi. I że to dlatego nic nie pamiętam z tej kampanii. Jak mogłem zrobić coś złego, jeżeli nawet nie byłem wtedy wśród żywych?
Uniosłem rękę w uspokajającym geście.
- Posłuchaj. Tak jak wspomniałem, nie znam całej historii. Ale wiem, że wkurzyłeś przełożonych i dlatego wskrzesili cię dopiero po powrocie.
- Ale jakim potwornym czynem mógłbym zasłużyć sobie na takie traktowanie? - zapytał, spoglądając na mnie błagalnym wzrokiem.
Pokręciłem głową i skłamałem w żywe oczy:
- Nie mam pojęcia.
Odchylił się w fotelu i westchnął.
- W takim razie czemu mi cokolwiek mówisz?
- Bo uważam, że nie wolno karać człowieka, który, przynajmniej z własnego punktu widzenia, nie zrobił jeszcze nic złego.
Winslade wolno pokiwał głową.
- Rozumiem. Ty pewnie też byłeś w podobnej sytuacji?
- Więcej niż raz. To nie w porządku. To tak, jakby policja cofnęła się w czasie i zastrzeliła dziecko, które w przyszłości zostanie seryjnym mordercą. Tak nie wolno.
- Hmm, no dobrze. Dziękuję za pomoc, choć raczej niewielką. Rozgryzę tę sprawę, a potem poinformuję cię o wynikach mojego śledztwa. W ramach zapłaty.
- To bardzo miło z twojej strony... centurionie.
Dotarło do mnie, że nigdy wcześniej nie nosiliśmy tego samego stopnia. Zawsze był co najmniej o szczebel nade mną.
Winslade zrobił jeszcze bardziej skwaszoną minę niż zazwyczaj. Przez resztę lotu raczył mnie przypuszczeniami na temat przyczyn swojej sytuacji. Prawie nie słuchałem, ale byłem pod wrażeniem, że dowództwo osiągnęło rezultat, na który liczyło. Chodziło o to, żeby wskrzesić niektórych zdrajców z kampanii na Świecie Klonów, a później uważnie ich obserwować. Jeżeli utrzymywali kontakt z agentami Clavera na Ziemi, rozsądnie było założyć, że skontaktują się z nimi i zażądają wyjaśnień.
Zdaje się, że przynajmniej w przypadku Winslade'a to działało. Usilnie szukał odpowiedzi. Strzelał oczami na boki za każdym razem, gdy do głowy wpadała mu nowa, przebiegła myśl.
Wreszcie wylądowaliśmy w Mieście Centralnym.
- Co powiesz na podwózkę, McGill? - zapytał Winslade.
- Jasne.
Z jakiegoś powodu spodziewałem się, że wezwie prywatne auto latające, ale tak się nie stało. Zamówił taksówkę. Gdy wsiedliśmy, zapłacił połowę kwoty i popatrzył na mnie wyczekująco. Chrząknąłem z niezadowoleniem i przyłożyłem stuka do panelu płatniczego. Podział pół na pół chyba miał sens - w końcu byliśmy sobie teraz równi stopniem.
Automatyczna taksówka ruszyła. Podróż do Centrali nie była zbyt komfortowa. Rzucało nami na każdym zakręcie, a wnętrze pojazdu śmierdziało ozonem, moczem i rozgrzanym olejem silnikowym.
Wylądowaliśmy na jednej z bocznych platform i każdy z nas wszedł do budynku osobno. Parę chwil później jechałem windą do biura Turov. Dowódczyni mojego legionu koniecznie chciała odegrać rolę pośrednika, a nowe oprogramowanie stuka sprawiało, że nie miałem wyboru i musiałem się zgodzić. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że Galina będzie usiłowała przypisać sobie całą zasługę. Nie zamierzałem na to pozwolić.
- Nie ma mowy. - Skrzyżowałem ręce na piersi. - Powiem to wyłącznie Drususowi i nikomu innemu.
Galina, która wcześniej oplotła moje przedramię palcami, teraz wbiła mi paznokcie w skórę.
- Posłuchaj, McGill. Nie pozwolę zepchnąć się na boczny tor. Chcę być częścią tego układu.
- Jakiego układu? To raport, a nie żaden układ.
- Nazywaj to jak chcesz - syknęła. - W każdym razie złożysz ten raport albo mnie, albo w ogóle.
W tym momencie wcisnąłem przycisk awaryjnego zatrzymania windy. Galina zachwiała się i zaklęła, gdy kabina ze zgrzytem wyhamowała między piętrami.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała ostro.
- Wracam. Postanowiłem, że dzisiaj jednak nie złożę tego raportu.
- Co? Nie możesz. Jesteś zobowiązany rozkazem!
Wzruszyłem ramionami i wcisnąłem przycisk z symbolem lobby na parterze.
- W porządku, niech ci będzie! - wykrzyknęła ze złością. - Pójdziemy razem i osobiście powiesz, co masz do przekazania!
Znowu zmieniliśmy kierunek i po paru minutach dotarliśmy na jedno z najwyższych pięter budynku. Przemierzyliśmy wyłożony dywanem korytarz i dotarliśmy do eleganckiego biura Drususa. Gabinet wyglądał coraz wytworniej za każdym razem, gdy odwiedzałem pretora. Zacznijmy od tego, że pośrodku stał zaparkowany samochód latający. Nad nim znajdował się specjalny szyb służący za prywatne wejście. Nieco dalej znajdował się przestronny hol z wygodnymi meblami. Może to była poczekalna dla VIP-ów albo miejsce nieformalnych spotkań. W głębi stało ogromne biurko. Wiedziałem, że jego blat potrafi zmienić się w holoprojektor bitewny.
Wymieniliśmy saluty, po których padł rozkaz "spocznij". Drusus stał pośrodku okręgu wygodnych krzeseł. Uśmiechnął się ozięble i dał znak, żebyśmy usiedli. Zająłem miejsce na największym fotelu i przeciągnąłem się porządnie.
- A niech mnie, pretorze! Ten gabinet ma większą powierzchnię niż dom moich staruszków!
- Miło, że ci się podoba, McGill.
Galina usiadła naprzeciw mnie, najdalej jak się dało. Spochmurniałem. Liczyłem na to, że namówię ją na bardziej nieformalne spotkanie dziś wieczorem, tylko we dwójkę. Ale szanse były najwyraźniej niewielkie.
Drusus usiadł między nami i nachylił się w moją stronę.
- Co masz dla mnie, McGill? Cokolwiek to jest, oby było dobre.
- Owszem, i to bardzo - wtrąciła Turov, która również się nachyliła.
Zerknęliśmy na nią obaj, ale nikt nic nie powiedział. Trybun i pretor spoglądali na mnie wyczekująco. Wyszczerzyłem się jak dziecko, które właśnie dostało batonika.
- No dalej, słucham! - Drusus wyrzucił ręce w powietrze. - Szkoda czasu. O trzeciej mam spotkanie.
Wskazałem na Galinę.
- Może pani powinna zacząć, trybunie - zasugerowałem.
Przez sekundę na twarzy Galiny malowało się osłupienie, ale zaraz się opanowała. Nie miała o niczym pojęcia, ale przyszła tu, żeby coś ugrać. Nie mogła się teraz przyznać do niewiedzy.
Przez moment intensywnie myślała, skacząc wzrokiem raz na mnie, raz na pretora.
- Chodzi o Winslade'a - wykrztusiła wreszcie. - McGill przyleciał z nim dziś rano do Centrali.
Drusus spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Miałem wrażenie, że za sobą nie przepadacie. Czy on w końcu się złamał? Wyjawił, w jaki sposób Claver go zrekrutował?
Kompletnie nie o to chodziło, więc łagodnie wyprowadziłem ich z błędu.
- Nie, sir. Winslade nie ma o niczym pojęcia, jest zagubiony i skołowany. Ale mam panu coś innego do pokazania. Proszę spojrzeć.
Ruchem palca wysłałem podany przez Abigail ciąg liczb na blat stolika, przy którym siedzieliśmy. Ekran rozświetlił się, powiększył cyfry i obrócił je tak, żebyśmy wszyscy je widzieli. Galina zacisnęła wargi - zirytowana, że ujawniłem jej blef - a z kolei Drusus wydawał się zaintrygowany. Z namysłem wpatrywał się w ciąg liczb.
- Współrzędne galaktyczne?
- Zgadza się - przytaknąłem.
- To dosyć daleko - zauważył z rezerwą. - Nawet nie w naszej prowincji. Co tam jest?
- Pamięta pan tamte wraki Skayów na orbicie Świata Klonów? I te okręty z Rigela, które sobie "pożyczyliśmy" do zbadania?
Drusus zawahał się.
- To niczym nieuzasadnione pogłoski, McGill.
- Oczywiście. To miejsce jest wyjątkowe. Znajduje się tam inny zaawansowany okręt. Według mojego źródła jest w dużo lepszym stanie niż tamte.
Oboje wytrzeszczyli oczy ze zdumienia, bo takie znalezisko otworzyłoby przed nami zupełnie nowe możliwości.
- Wrak pozaziemskiej jednostki? - upewnił się Drusus. - Kto o nim wie? W jaki sposób wszedłeś w posiadanie tych informacji?
Wzruszyłem ramionami.
- Powiedzmy, że skontaktował się ze mną odkrywca wraku. Oferuje go nam na wyłączność.
- I czego ta osoba chce w zamian? - zapytał Drusus.
- A co ważniejsze - wtrąciła się Galina - co w ogóle powstrzymuje nas przed tym, żeby po prostu zgarnąć wrak i nie zgadzać się na żaden układ? Który, jeśli wolno dodać, chciałeś zawrzeć bez uzgodnienia z przełożonymi.
Drusus spojrzał na nią badawczo.
- Myślałem, że miała pani swój udział w zdobyciu tej informacji.
Galina zawahała się, zbita z tropu.
- Chodziło mi o to, że McGill posunął się za daleko. W przeciwieństwie do niego nie zawarłam w imieniu Ziemi żadnej umowy.
Drusus zmrużył oczy. Słusznie podejrzewał, że Turov kłamie. Odchrząknąłem i nachyliłem się do niego.
- Już wyjaśniam, w czym rzecz. Jeśli informacja okaże się prawdziwa i cenna, informator żąda w zamian immunitetu dyplomatycznego.
- Chodzi o istotę z innej planety?
- Powiedzmy, że to osoba, która potrzebuje naszej ochrony.
- Hmm. - Drusus zamyślił się. - Oczywiście najpierw musimy to sprawdzić. Ale jeśli namiar okaże się prawdziwy... Takie znalezisko byłoby niezwykle cenne.
- Tylko czemu mielibyśmy cokolwiek robić dla tej osoby? - zapytała Galina. - Przecież już dostaliśmy współrzędne.
- Dlatego że ten ktoś może posiadać inne przydatne dane - wyjaśnił cierpliwie pretor. - Informatorom trzeba płacić i ich chronić, bo w przeciwnym razie szybko przestaną się do nas zgłaszać.
- W porządku. - Znów przyjrzała mi się uważnie. - Ale jakim cudem nawiązałeś kontakt z tym kimś? Przecież mieszkasz w szopie!
- I bardzo ją sobie chwalę. Więc umowa stoi?
Patrzyłem Drususowi prosto w oczy. Po chwili skinął głową.
- Stoi. Jeśli to się uda, McGill... Cóż, dobra robota.
- Dziękuję, sir.
Galina wyglądała na przybitą. Drusus skierował pochwałę tylko do mnie. Nie urodził się wczoraj i szybko połapał się, co jest grane.
- Ktoś powinien zweryfikować te informacje - rzuciła nagle Turov. - Ktoś musi odwiedzić to miejsce, zanim wyślemy okręty w potencjalną pułapkę.
- Ma pani na myśli kogoś konkretnego? - zapytał Drusus.
Wskazała na mnie palcem.
- To ma sens - zgodził się Drusus. - McGill już wie o znalezisku. W ten sposób maksymalnie ograniczymy liczbę zaangażowanych osób.
- No cóż... - zaczęła Galina.
- Zrobię to - wyrwało mi się. - Ale to strasznie długi skok.
- Rzeczywiście - zgodził się Drusus. - Przekażę technikom, żeby wpisali teleportację do harmonogramu.
Po tych słowach oznajmił, że to już wszystko, więc wyszedłem. Westchnąłem ciężko. Przemierzając korytarz, zastanawiałem się, na jakiego rodzaju potworności zgłosiłem się tym razem.