Legion - Elżbieta Cherezińska

Kup ebooka

48.00 zł
36.96 zł (32,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bocznica kolejowa w Złotnikach, poznańskie. 30 sierpnia 1939 roku

- Panie poruczniku! Mógłbym przymierzyć pański płaszcz?

Porucznik Jaxa - lat 33. Szczupły blondyn o trudnej do zapamiętania twarzy. W cywilu inżynier, współwłaściciel Zakładów Instalacyjnych Urządzeń Zdrowotnych Józef Kamler i S-ka i Wytwórni Maszyn Pralniczych DKM. Zaręczony.

- Przymierzaj, Wacek, jak ci nie gorąco.

Jaxa leży na plecach w mundurowych spodniach i podkoszulku. Słońce w ostatnim dniu sierpnia praży niemiłosiernie. Major Majewski, jego dowódca w Dywizjonie Pociągów Pancernych, podaje butelkę ciepłego piwa. Stukają się. Jaxa nie mruży oczu przed słońcem. Przeciwnie, patrzy w nie, a potem powoli przymyka powieki, jak jaszczurka.

- Opalimy się jak na wczasach. Żony nie uwierzą, że na wojnie byliśmy. No, pan, poruczniku, masz narzeczoną, to może ci jakoś ujdzie. Ale moja mnie wyspowiada jak nic - sennym głosem zagaja major.

- Panie poruczniku - Wacek, młodszy mechanik, okręca się w czarnym skórzanym płaszczu Jaxy. - Pasuje mi? Trochę jak niemiecki, co? Tylko okulary na motor by się jeszcze przydały... - Wacek zerka na Jaxę i Majewskiego, widząc, że oficerowie nie zwracają na niego uwagi i dalej opalają się z zamkniętymi oczami, pręży się pod pancerniackim płaszczem i robi sobie dla żartu Heil Hitler. Zawstydzony wkłada ręce do kieszeni, pyta: - To z przydziału oficerom takie płaszcze dają?

- Zamówiłem sobie na miarę, jak zaczęli gadać, że wojna będzie. Buty też...

- Panie majorze! - Jak spod ziemi wyrasta przy nich adiutant i trzaska obcasami nad opalającymi się. - Dzwonią ze sztabu z Poznania! Że nas znaleźli. To znaczy, że my się zgubiliśmy, chciałem powiedzieć! Strasznie klną, każą panu majorowi w te pędy się w dowództwie zameldować!

- O wojnie coś mówili? Będzie? - Major Majewski podnosi się z trawy powoli, leniwie otrzepując spodnie.

- Nie, nie mówili. Sztabowiec tak się darł, że radiotelegrafista odmeldować się zapomniał.

- To nieładnie. Nagana. - Majewski dopina guziki munduru.

- Tak jest, panie majorze! Tak właśnie mówili: nagana!

- Dla radiotelegrafisty nagana, gamoniu. Słuchaj, jak dowódca do ciebie mówi.

Adiutant stropił się.

- Tamten, co dzwonił, to też był dowódca, panie majorze...

- Ale nie twój, gamoniu, tylko mój. Z kim ja muszę pracować. - Wzdycha flegmatycznie major i prosi: - Jedź pan ze mną, poruczniku, dla podniesienia poziomu.

Po chwili Jaxa wskakiwał już do kosza motocykla. Majewski ruszył, pył wyschniętej drogi uniósł się tumanem i opadł za nimi.

- O rany! Prawdziwa wojna... - westchnął z podziwem major, kiedy zatrzymali się przed komendą w Poznaniu. Miasto było jednym wielkim obozem wojskowym. W parkach i na placach rozbite namioty. Żadnych rozpiętych mundurów, żadnych włóczących się żołnierzy. Pełna mobilizacja.

- Gdzieście się podziewali, do jasnej cholery! - wrzeszczał dowódca komendy. - Żeby pociąg pancerny się zgubił? Dziecinada, nie wojsko!

- Melduję, że po manewrach dostaliśmy rozkaz udania się na bocznicę - spokojnie odpowiedział niewzruszony major. - I rozkaz wykonaliśmy.

- Na most na Borownicy, dopływie Orli, przy granicy w Zdunach pociąg pancerny odprowadzić! Natychmiast!

- Tak jest, panie pułkowniku!

W drodze powrotnej z motocykla wycisnęli więcej. Pociąg pancerny do Zdun też jechał jakby szybciej. Maszynista w podkoszulku i wojskowej czapce. Pot po plecach. Z mijanych po drodze pól chłopi spędzają bydło.

- Zaminować most!

- Tak jest. Zaminować!

- Melduję, że po drugiej stronie rzeki widać zgromadzenie niemieckich ciężarówek.

- Wojsko?

- No tego nie widać, panie majorze!

- To czekamy.

- Poruczniku Jaxa! Poruczniku! Niech się pan zbudzi! Przyszedł rozkaz. Jest wojna!

- Wojna, Wacek?

- Tak jest! Wojna!

- No i z czego się cieszysz, głupi? - Jaxa oprzytomniał szybko.

- A, bo myślałem, że tak po próżnicy będziemy tu stali.

Potem poszło szybko. Artyleria pociągu pancernego ostrzelała ciężarówki po drugiej stronie Obry. W porannym słońcu okazało się, że wojska tam żadnego nie było, sam tabor. Dobre i to. Zaminowanego mostu wysadzić nie pozwolili.

Rozkaz: "Wycofać pociąg na Warszawę". Krotoszyn, Jarocin, Września, Kutno.

Za Kutnem samoloty niemieckie bombardują stację. Lecą nisko, gubią bombę za bombą. Major Majewski ordynuje:

- Maszynista! Cała naprzód i cała wstecz! Będziemy się bujać w przód i w tył, to nas łajzy nie trafią!

Bomby spadają na tory, na nasypy, na pola po bokach pociągu. Gruba, pancerna gąsienica unika trafień. Samoloty znikają.

- Melduję, panie majorze, że nie pojedziemy. Tory zniszczone. Znajdują dróżnika, który klnąc Niemców, reperuje tory. Spluwa przy tym raz po raz, gwiżdże cicho i się modli. Udało się. Pancerny kolos wolno rusza po załatanych torach. Lokomotywa puszcza parę, dróżnik macha na pożegnanie.

- Panie majorze! Przed nami Sochaczew, ale dalej nie pojedziemy!

- Bo co?

- Bo zator na parę kilometrów. Pięć pociągów, w tym cztery pasażerskie utknęły, ich lokomotywom zabrakło wody.

- Daj mi się wykazać, majorze. - Jaxa zapiął pas. - Jestem inżynierem od pomp. To znaczy w cywilu byłem.

- Idź, poruczniku. A jak nas odkorkujesz, stawiam piwo. Zimne! Jaxa ze swoim plutonem ochrony pociągu wyskoczył ze składu.

- Co to jest? Wojna czy piknik? - Jęknął na widok pasażerów z pociągów osobowych, którzy wylegli z wagonów przed nimi i obsiedli pobliską łąkę z koszami pełnymi jedzenia. Pokręcił głową.

- Pompy ręczne! - krzyknął, zajmując się swoją robotą.

To nie było trudne. Wsadzili pompy do płynącej obok Bzury. Tendry pociągów napełniały się wodą. Jeden po drugim, pociąg po pociągu, ze świstem pary, ruszały.

Pasażerowie w pośpiechu zbierali manatki i dzieci, biegnąc z krzykiem do swoich wagonów.

- Pan poczeka chwilę! - krzyczała do maszynisty kobieta w kapeluszu, której uciekł synek.

Na łące zostały pojedyncze zagubione koce, garstka śmieci i klatka z zapomnianą przez kogoś papugą. Po uwolnionych torach toczyły się pociągi. Pancerny ruszył z basowym sygnałem lokomotywy.

- Jaxa, twoje piwo! - Major Majewski dotrzymał słowa. - Szkoda cię na wojnę, poruczniku. W rozładowywaniu zatorów jest pan nie do zastąpienia. Może powinieneś pan karierę robić w zarządzie kolei?

- Za co toast? - Jaxa stuknął się z majorem piwem.

- Za błyskawiczną wojnę, oczywiście! Pod Ożarowem pociąg pancerny stanął.

Tym razem są bez szans. Tory zapchane. Tunel trasy średnicowej uszkodzony, nie pojadą dalej. Gdzieś z Błonia dochodzą strzały, odległe odgłosy bitwy. Majewski bierze garść żołnierzy i spieszy na pomoc.

- Jaxa, jesteś dowódcą plutonu ochrony pociągu. Ty musisz zostać! Pilnuj tu wszystkiego, a ja biegnę wygrać wojnę!

Wieczorem porucznik Jaxa zakłada swój czarny skórzany płaszcz, bo ciągnie chłodem. O zmroku przybiega zdyszany oficer łącznikowy, mówiąc:

- Major Majewski rozkazał, by wziął pan ludzi i czekał na niego rano na rozwidleniu dróg, pod krzyżem.

- Walczycie? - z zazdrością pyta Jaxa.

- Walczymy! - śmieje się oficer i znika.

Rano ich nie ma, odgłosów bitwy też. Nawet pojedyncze strzały nie dochodzą od strony Błonia. Żołnierze leżą w rowie, pod krzyżem, na rozwidleniu dróg, podsypiają. W południe następnego dnia Jaxa wie, że Majewski nie przyjdzie.

- Idziemy do Warszawy! - podrywa chłopców. Z dziesięciu zostało dwóch.

- Gdzie reszta?

- Zwiali - kiwają głową w stronę krzaków.

Idą przez Młociny, bo na głównej drodze Niemcy.

Warszawa hałaśliwa, gwarna. Wszędzie grupki żołnierzy. Większość zmierza w tym samym kierunku, do Komendy Miasta Warszawy. Ewakuowana na Pragę. Tramwaje nie chodzą. Telefony nie działają. Dziewczyny ładne, jak miesiąc temu.

- Proszę meldować się w Mińsku Mazowieckim - tak mówią w Komendzie na Pradze.

- Do Mińska!

Drogi zapchane, bo ten sam rozkaz usłyszeli wszyscy zdolni nosić broń. Furmanki, bryczki. Pojedyncze samochody. Rowery. Jakaś dama konno. Wygląda, jakby jechała na polowanie. Pył. Skwar. Śmiechy.

- Pan porucznik do Mińska? - Szofer polskiego fiata zatrzymuje się przed Jaxą. - Chętnie podwiozę.

W Mińsku już po ewakuacji; meldować się trzeba w Siedlcach.

W Siedlcach bombardowanie, komenda w schronach, zgłoszeń nie przyjmuje.

- Do pułku piechoty się pan zgłosi - pobladła urzędniczka tylko uchyliła drzwi. - Stacjonują w lesie.

- W którym lesie? - Jaxa czuje, jak narasta w nim złość.

- Nie mogę powiedzieć, to tajemnica wojskowa. - Drzwi zamykają się szybko.

Bomba spada trzy ulice dalej. Szyby lecą z okien.

- Czy ktoś wie, w którym lesie stacjonuje pułk piechoty?! - wrzeszczy Jaxa na całą ulicę. I robi mu się niedobrze, bo pierwszy raz w życiu przeklął w myślach.

Spod murów kamienic odrywają się ludzie, patrzą w niebo. Nie widząc samolotu, ruszają w swoją stronę. Nikt mu nie odpowiada.

- Czy ktoś...

- Ja wiem, proszę pana oficera, i ja chętnie zawiozę. - Żyd dorożkarz cmoka na chudą kobyłkę, uchylając czapki. - I drogo nie wezmę - zastanawia się chwilę i uśmiecha szeroko - albo i nic nie wezmę, ku chwale Ojczyzny!

Jaxa wskakuje do dorożki, przeciera spocone czoło.

- Jedź! - mówi. - Byle szybko.

I myśli zdruzgotany: Przecież ja jestem antysemitą...

Mijają rogatki, Żyd zręcznie manewruje na pełnej ludzi drodze. Przerzedza się, powietrze chłodne od majaczącego w dali lasu. Przed nimi na drodze patrol. Mundury piechoty. To już? Uff, nareszcie wojsko.

Jaxa wyskakuje z dorożki, Żyd uchyla czapki, uśmiecha się i, jak obiecał, nie bierze zapłaty.

- Niech ta panu poruczniku będzie na zdrowie! Wio!...

Ale nos miał krzywy, bardzo krzywy - myśli Jaxa na pocieszenie.

- I uśmiechał się tak jakoś. Chytrze? Uhm. Chytrze. Może to szpieg? - przychodzi mu nagle do głowy. - Może szpieg, który wywiózł mnie niby do naszych, a prosto w ręce Ruskich?

- Stój, kto idzie? - zatrzymuje go ostro dowódca patrolu.

Podporucznik Jakub - lat 27. Blondyn o atletycznej sylwetce i nieodpornej na słońce karnacji. W cywilu nauczyciel matematyki. Teraz dowódca patrolu.

- Stój, kto idzie? - zatrzymuje Jaxę ostro dowódca patrolu.

- Swój - odpowiada Jaxa niepewnie i podejrzliwie patrzy na zbudowanego niczym bokser blondyna o czerwonej twarzy.

Legitymują go, dowódca patrzy na Jaxę spode łba.

- Szef ochrony pancernego pociągu? Tutaj? - pyta nieufnie blondyn. - Proszę poczekać.

- Na co? - stara się opanować Jaxa. - Na co mam czekać? Dowódca nie odpowiada, bo właśnie od strony zabudowań nadbiega goniec, drąc się:

- Alaaarm! Alaaarm! Nieeemce idą, Nieeemce! Będziemy się bić!

- No nareszcie! - uśmiecha się do żołnierzy Jaxa i mówi:

- Postrzelam sobie, bo wojna trwa w najlepsze, a jakoś nie było okazji... Co jest? Panowie, co jest?

W jego pierś wycelowane cztery karabiny.

- Żądam oddania broni - mówi dowódca patrolu, mrużąc bardzo niebieskie oczy w bardzo czerwonej twarzy. - Uwaga pana porucznika wydaje mi się podejrzana.

Jaxa nie wierzy, że to się dzieje naprawdę. Ale żołnierze nie opuszczają luf, a dowódca wyciąga rękę po jego rewolwer takim ruchem, jakby chciał wyprowadzić prawy sierpowy.

Zgodnie z regulaminem wojskowym ma tu władzę. Jaxa oddaje mu rewolwer, kręcąc głową.

- Alarm odwołany! Odwołaaany! Niemce nie idą! Nie idą! Nie będziemy się bić! - wrzeszczy nowy goniec, choć kto wie, może to ten sam?

- Odprowadzić tego szemranego porucznika do dowódcy, ale pod bronią - mówi blondyn, ściągając brwi z powagą.

Jaxa ubliża mu w myślach.

Całą noc trzech gamoni prowadza go po lesie. Zmylili drogę, tak się złożyło. I to nie raz, niestety. Ale do dowódcy trafiają w porze śniadania.

- Pan wybaczy, poruczniku, młode, gorące głowy - uśmiecha się kapitan znad jajecznicy. - Dużo dezerterów się kręci, mętów różnych. Ostrożności nigdy za wiele, wojna jest!

Oddaje Jaxie rewolwer. Wyciera usta.

- Panu trzeba się zameldować w Brześciu. Ale od nas w południe rusza ciężarówka, nie będzie pan z buta szedł, no i zawsze to jakieś towarzystwo. Oni też z pociągów pancernych, ino z Puszczy Niepołomickiej. Spod Siedlec się wymknęli, a dalej, jak i pan, tory mieli potrzaskane w drzazgi. Będziecie jechać wolno, za pułkiem. No, to z Bogiem! - Macha mu na pożegnanie pajdą chleba z masłem.

Wśród pancerniaków z ciężarówki Jaxa jest najwyższy stopniem. Dostaje miejsce w szoferce. Kierowca pali papierosa za papierosem, a szyby w oknach się zacięły. Silnik na wolnych obrotach rzęzi, ale jadą, jak przykazano, za pułkiem piechoty.

- Jedź i jakby co, mnie budź. - Jaxa wymyka się na tył wozu. Odespać noc spędzoną na błądzeniu w lesie, uciec od papierosowego smrodu. Układa się między śpiącymi pancernikami.

Ale budzi się sam. Cisza, śpiew ptaków. Słońce praży przez plandekę ciężarówki.

Co jest, u licha? - myśli i zimny pot zalewa mu czoło, bo nie słychać warkotu silnika. Wyskakuje.

Kierowca oparł głowę o okno. Śpi, czapkę zsunął na oczy. Rozpiął mundur. Na drodze pusto. Gdzie zniknął pułk piechoty? Jaxa budzi chłopaka waleniem w drzwi.

- Do Brześcia! Człowieku! Do Brześcia!...

Kierowca otwiera oczy, nieprzytomny i odpala silnik. Jaxa wskakuje w biegu.

W Białej nie ma wojska. Za to zostały magazyny wojskowe. Szturmuje je ludność. Potem bombardowanie szosy, skręcają w las, ostro, w ostatniej chwili chowając się przed lecącymi nisko samolotami.

- Stój! Hamuj! - krzyczy Jaxa, gdy nieprzytomny kierowca skaczącą na leśnej drodze ciężarówką omal nie najeżdża na śpiących ludzi.

Bo na polanie biwak. Cywile, mężczyźni z żonami.

- Idziemy do Brześcia - machają im wesoło. - Bo było wezwanie, by każdy zdolny do służby stawił się tam, w komendzie!

Samoloty ucichły, wracają na szosę.

W Brześciu tłum mężczyzn w różnym wieku i wszyscy stoją pod komendą miasta. Komenda ewakuowana.

- Trzeba się meldować w Pińsku! - krzyczy ochrypła już kobieta w granatowej garsonce i kapeluszu. - Takie było polecenie odjeżdżającego komendanta! Wszyscy do Pińska, proszę państwa! Do Pińska!

Po drodze Kobryń, komenda przejściowa. Pułkownik Epler prosi Jaxę.

- Pan porucznik ma ciężarówkę, wróci pan do Brześcia, bo psia jucha, w twierdzy mieli wielki zapas paliwa, a nic, psia jucha, nie wzięli i my tu uziemieni, psia...

- To rozkaz? - upewnia się Jaxa.

- A jakże, rozkaz! - pułkownik Epler gładzi wąsy. Wracają. Ale benzyny w twierdzy nie ma.

- Była, ino rozkradli, jak tylko wojsko wyjechało - kiwa głową stróż. Nie zna tych, co rozkradli.

Na opuszczonej stacji benzynowej Jaxa zdobywa jeden kanister. Wiozą ją do Kobrynia. Pułkownik Epler z komendy przejściowej gładzi wąsa.

- Nie, już mi nie trzeba, weźmie ją pan porucznik do Pińska. Bo porucznikowi teraz się trzeba odmeldować do Pińska. Do Piń-ska.

Kierowca prowadzi i śpi, jednocześnie.

- Bo jak nie palę, to zaraz zasypiam - tłumaczy się Jaxie. Jaxa kaszląc, mówi:

- To już lepiej pal, wieziemy galon benzyny.