o królewskim zamku w Radoszycach ostał się jedynie budynek tzw.
Winiarni. I choć ta skromna budowla nie pozwala na wyobrażenie sobie
świetności dawnego gotyckiego zamczyska, to trudno odmówić jej pewnej
atrakcyjności. Tym bardziej że w jej mizernej, lecz nastrojowej bryle
zaklęta została pamięć o burzliwym życiu uczuciowym Jagiellonów.
Zarys dziejów
Pierwsza wzmianka o Radoszycach pochodzi z 1369 roku. Już wtedy była
mowa o niewielkim dworze królewskim, wedle tradycji założonym przez
Kazimierza III Wielkiego, który miał również lokować miasto. Pod koniec
stulecia budowla ta została rozebrana, zaś u północnego skraja Radoszyc
powstał wśród mokradeł gotycki zamek Władysława II Jagiełły. Królewska
rezydencja, posiadająca wybitne walory obronne, składała się z dwóch
podpiwniczonych kondygnacji zwieńczonych wieżą. Źródła wspominają o dwóch dużych salach, kaplicy i sześciu izbach. Podmokły charakter terenu
wykorzystano do zasilenia w wodę fosy.
Władysław II Jagiełło chętnie bywał w Radoszycach, nadając im przy
okazji prawo magdeburskie i przywilej organizowania dwóch jarmarków.
Sentyment do miasta i zamku zachował także Kazimierz IV Jagiellończyk,
zwalniając mieszczan z wszelkich ceł. Zamek w kwitnącym grodzie, w otoczeniu którego funkcjonowały młyny i królewskie huty, odwiedzał m.in.
Zygmunt II August.
Królowie elekcyjni mieli mniej sentymentu do Radoszyc. Zamek był często
zastawiany, a w końcu stał się siedzibą starostwa radoszyckiego. Budowla
ucierpiała w dobie targających Rzecząpospolitą wojen, zaś w 1768 roku
rozpoczęto rozbiórkę znacznych partii zapuszczonej warowni. W jej
trakcie miało miejsce przekazanie Radoszyc na własność rodowi
Małachowskich i wizyta w mieście Stanisława II Augusta. Do 1789 roku
zamek rozebrano do tego stopnia, że ostał się jedynie budynek zwany
Winiarnią. Jesienią roku 1794 w pobliżu kapitulowała Armia Narodowa
generała Tomasza Wawrzeckiego, zapisując ostatni rozdział insurekcji
kościuszkowskiej. W 1869 roku władze rosyjskie odebrały Radoszycom prawa
miejskie.
Badania archeologiczne pozwoliły ustalić, że budynek zwany tradycyjnie
Winiarnią w rzeczywistości stanowi pozostałość zachodniej części dawnego
zamku.
O królu Władysławie i Annie Cylejskiej - Zasmucił się wielce król Władysław, z Litwy na tron polski powołany,
kiedy połowica jego Jadwiga, której koronę zawdzięczał, zmarła, córkę na
świat wydając. Monarcha łzy za małżonką drogą wylewał, atoli o dziedzica
starać się nadal musiał. Wybór jego padł na hrabiankę z kraju dalekiego
Annę Cylejską, w której żyłach płynęła droga krew piastowska. W dwa lata
tedy po śmierci Jadwigi nowa oblubienica progi Wawelu przekroczyła i do
roli królowej sposobić się poczęła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Droga Czytelniczko, Szanowny Czytelniku!
Gdy w 2013 roku nakładem Wydawnictwa BOSZ ukazywały się moje Legendy
zamków karpackich, byłem przekonany o potrzebie takiej książki, nie
przewidywałem jednak kontynuacji. Miał to być projekt zamknięty i jednorazowy. Po dwóch latach doszedłem jednak do przekonania, że warto w podobnej formule - która została w tym czasie doceniona przez
Czytelników - zająć się również podaniami zaklętymi w murach zamczysk
drugiego polskiego łańcucha górskiego - Sudetów. Pisząc Legendy zamków
sudeckich, byłem już z kolei pewien, że prędzej czy później przyjdzie
mi zająć się również dawnymi opowieściami związanymi z warowniami
trzeciego z nich - Gór Świętokrzyskich.
I oto oddaję w ręce Czytelników Legendy zamków świętokrzyskich. Mają
one dokładnie tę samą formułę co dwie poprzednie publikacje. Każdy
rozdział poświęcony jest innemu zamczysku. Otwiera go kilka słów
poświęconych danej warowni, po czym nakreślony zostaje zarys jej dziejów
aż po opis obecnego stanu. Zasadniczą część rozdziału stanowią zamkowe
legendy opracowane przeze mnie archaizującym językiem na kształt dawnej
gawędy. Wreszcie rodzajem podsumowania pozostają komentarze do
przytoczonych podań, osadzające je w kontekście historycznym i kulturowym, opisujące pochodzenia poszczególnych wątków.
Kryterium doboru samych zamków pozostało niezmienne - zdecydowałem się
na przedstawienie wszystkich obiektów, zarówno tych zachowanych w pełnym
blasku, jak i owych przetrwałych w romantycznej ruinie, z wyjątkiem
budowli, po których pozostały już tylko nikłe ślady.
Legendy zamków świętokrzyskich różnią się jednak pod jednym względem
od dwóch poprzednich publikacji. W Legendach zamków karpackich i Legendach zamków sudeckich skupiłem się bowiem jedynie na zamczyskach
położonych w samych górach, na ich w miarę bezpośrednim przedpolu lub w śródgórskich obniżeniach, by - pomijając obszar pogórzy i przedgórzy -
zachować sensu stricto "górski" charakter publikacji. W tym przypadku
podobnego manewru nie mogłem zastosować. Góry Świętokrzyskie w porównaniu z polskimi Karpatami i Sudetami zajmują bowiem bardzo
niewielki obszar, a co za tym idzie, położone na ich terenie zamki -
jakkolwiek piękne i warte omówienia - są znacznie mniej liczne niż
równie atrakcyjne obiekty leżące w ich okolicy. Dlatego odstąpiłem od
"górskiego" rygoryzmu i do Gór Świętokrzyskich włączyłem otaczające je
pogórza i przedgórza.
Dodatkowo do tej decyzji skłonił mnie fakt, że Góry Świętokrzyskie
(stanowiące część Wyżyny Małopolskiej) tworzą skomplikowany konglomerat
gór i wzniesień. Inaczej niż w Karpatach czy Sudetach, na Góry
Świętokrzyskie składa się kilkanaście pasm, spośród których tylko te
najwyższe w rzeczywistości pasują do fizyczno-geograficznej definicji
gór. Przy tego typu nieostrych kryteriach, uświęconych krajoznawczą
tradycją, uzasadnione wydało mi się zakreślenie granic Gór
Świętokrzyskich na tyle szeroko, aby opisany obszar pokrył się mniej
więcej z terytorium całej Wyżyny Kielecko-Sandomierskiej, której
kulminację tworzą "właściwe" Góry Świętokrzyskie. Ostatecznie za
północno-zachodnią część omawianego regionu uznałem Wzgórza Opoczyńskie,
jego północne krańce wyznaczyłem u północnych granic Przedgórza
Iłżeckiego, południowe zaś po zewnętrznej stronie Pogórza Szydłowskiego.
Wreszcie, za wschodnią i południowo-wschodnią rubież uznałem linię
Wisły, nad którą geologicznym przedłużeniem Gór Świętokrzyskich są
sandomierskie Góry Pieprzowe. Za dogodną oś książkowej wędrówki obrałem
główną grań świętokrzyską oraz linie stanowiące jej przedłużenie, choć i tutaj nie zabrakło znaczących odstępstw. Zasadniczo jednak obrany
kierunek prowadzi nas z północnego zachodu na południowy wschód - od
Wzgórz Opoczyńskich po rejon Sandomierza z jego Górami Pieprzowymi.
Mając nadzieję, że powyższe wyjaśnienia Czytelnikom wystarczą, zapraszam
na wędrówkę po zamczyskach szeroko pojętych Gór Świętokrzyskich i zaklętych w ich murach legendach. Będę niezwykle rad, jeśli niniejsza
książka zachęci do wycieczki lub dopełni wyprawy już zaplanowanej,
dostarczy nieszablonowej rozrywki, a nade wszystko rozbudzi kulturową
wrażliwość. Bowiem zarówno ludowe, jak i literackie podania i klechdy, w których odbijają się burzliwe dzieje miejsc i regionów oraz świat
dawnych wyobrażeń, stanowią przecież istotną część naszego dziedzictwa.
Bartłomiej Grzegorz Sala
hoć zamek w Drzewicy przetrwał jedynie w postaci ruin, do dziś zachował
wiele ze swojego majestatu. Wciąż widoczne pozostaje subtelne połączenie
elementów gotyckich z renesansowymi, a dotknięte zębem czasu mury
zachwycają romantyczną atmosferą. Nic dziwnego, że drzewicki zamek
uznawany jest powszechnie za jeden z największych skarbów Wzgórz
Opoczyńskich.
Zarys dziejów
Początki Drzewicy sięgają co najmniej XIII wieku, kiedy to książę Konrad
I Mazowiecki nadał ją komesowi Gosławowi. Od niego wywodzi się ród panów
na Drzewicy - Drzewickich herbu Ciołek. Wybudowali oni nad nurtem
Drzewiczki warowną siedzibę, o której nie wiadomo jednak zbyt wiele.
W miejscu tej pierwotnej siedziby Maciej Drzewicki wzniósł w latach
1527-1535 na planie prostokąta wspaniały zamek z kamienia łączący cechy
gotyku i renesansu. W trakcie budowy Drzewicki doczekał się w 1531 roku
godności arcybiskupa gnieźnieńskiego oraz prymasa Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nic więc dziwnego, że wedle jego
zamysłów nowa rezydencja rodowa nie miała ustępować królewskiemu
Wawelowi, który Zygmunt I Stary zaczął przebudowywać na renesansową
modłę. Zamek w Drzewicy przybrał monumentalne rozmiary, na który składał
się trzykondygnacyjny budynek mieszkalny z balkonami, rzeźbionymi
balustradami i szczytami oraz cztery narożne wieże. Wjazd prowadził
przez most nad fosą zasilaną wodą Drzewiczki, przed wspaniałą rezydencją
rozciągało się przedzamcze stanowiące zaplecze gospodarcze warowni. Od
wschodu do zamku przylegał dwupiętrowy budynek dla służby.
Zachwycająca warownia służyła Drzewickim do XVIII wieku, kiedy to
odziedziczyli ją Sołtykowie, a później Szaniawscy. W drugiej połowie
stulecia ów monumentalny pomnik architektury polskiej przekazali
Szaniawscy bernardynkom. W zamku urządzono klasztor, a dawny budynek dla
służby zamieniono w kaplicę.
Zamek w Drzewicy zachował swą świetność do 1814 roku, kiedy to strawił
go pożar. Jego potężne, wypalone mury zachwycały jednak nadal malarzy i rysowników, krajoznawców oraz wszelkich wielbicieli piękna. W latach
1948-1949 przeprowadzono w warowni pierwsze prace archeologiczne, które
odsłoniły fundamenty pierwotnego budynku. Kolejne badania przypadły na
lata 1985-1986. Zamek do dziś zachwyca imponującą i wysublimowaną bryłą.
W dobrym stanie zachowały się jego mury i wieże, których urok ściąga w to miejsce turystów podziwiających jeden z najwspanialszych obiektów i chlubę Wzgórz Opoczyńskich.
O Białej Damie - Gdy szwedzkie zastępy natarły
na Rzeczpospolitą, zalewając ją niczym fale potopu, szczęk oręża dotarł
i do drzewickiego zamku. Groźni Skandynawowie podeszli pod warownię, a choć dzielnie stawali jej obrońcy, szwedzkie armaty zdruzgotały bramę,
zaś rajtarzy do szturmu się sposobili.
Z trwogą spoglądała na to córka ukochana Adama Drzewickiego. A kiedy
zmagania straszliwe nadziei obrońcom nie dawały, zadrżała dziewoja,
niewoli srogiej się obawiając. Nie chciała w ręce najeźdźców plugawych
się dostać, przeto żałobną białą suknię nałożyła i do wieży się udała,
by życie swe zakończyć. Runęło życie młode z murów zamkowych do
wieczności, przed niewolą uchodząc. Od tej pory wielu na zamku w Drzewicy Białą Damę widywało, nocą mury posępne przemierzającą. I choć
minęły wieki, duch nieszczęśliwy wciąż smutnie pośród fortyfikacji
zamkowych się snuje, o losie swym przypominając.
O powstańczych armatach - Wiele Prusakom i Rosjanom krwi napsuł generał Tadeusz Kościuszko, kiedy prawa
Rzeczypospolitej łamiąc, władzę niepodzielną przejął i przeciw owym
nieprzyjaciołom, bezkarnym dotąd, śmiało wystąpił. Gromił ich srodze
wódz zacny, nim pod Maciejowicami w niewolę popadł. Gdy zaś jego nie
stało, armia polska pod Radoszycami kapitulować musiała. Atoli Mikołaj
Zawadzki w pobliżu zamku w Drzewicy dwanaście armat ukrył, by w ręce
najeźdźców wiarołomnych nie wpadły. Tam też do dziś zakopane w ziemi
trwają, dawne boje w pamięci mając.
O pokutujących zakonnicach - Dobrze żyło się
bernardynkom w murach drzewickiego zamku, którym państwo Szaniawscy
godnie je uposażyli. Dbały przeto o tę warownię wspaniałą, jaka za
sprawą Opatrzności i ludzkiej hojności we władanie im się dostała.
Atoli pewnego dnia zimowego po roratach ukończonych jednej świecy
siostry ugasić zapomniały. Buchnął ogień na kotary, które zajęły się
jasnym płomieniem. Chwile jeno upłynęły, gdy rude języki ognia i dym
gryzący zamek wypełniły. Kto mógł, z życiem umykał, jednak nie było
ratunku dla warowni, która jak pochodnia okolicę blaskiem złowrogim
oświetliła. Tego dnia zakończyły się rządy bernardynek na drzewickim
zamku.
Od tej pory w noc gwiaździstą duchy sióstr, za nieostrożność swą
pokutujące, wędrują z procesją po dawnej siedzibie. Ze spuszczonymi
głowami obchodzą mury i komnaty, ciche modlitwy i jęki z siebie
dobywając. Stają w końcu w kaplicy, skąd klęska na rezydencję wyszła, i tutaj do północy trwają, o przebaczenie błagając, nim dwunasta godzina
zjaw nieszczęśliwych nie rozgoni.
Komentarz do legend
Motyw zamkowego ducha, a zwłaszcza Białej lub Czarnej Damy, jest w Europie szeroko rozpowszechniony. Znamy go też z wielu miejsc w Polsce.
Legenda o Białej Damie z Drzewicy, narracyjnie dość uboga, nawiązuje do
częstego motywu nieszczęśliwej panny, która wybiera samobójczą śmierć,
by ustrzec się przed niewolą lub pohańbieniem. W tym przypadku zjawa po
części pokutuje za samobójstwo, przede wszystkim jednak swoją obecnością
zaświadcza o własnym nieszczęśliwym losie. Podanie wskazuje jako Białą
Damę niewymienioną z imienia córkę Adama Drzewickiego z czasów
szwedzkiego najazdu w połowie XVII wieku.
Opowieść o zakopanych przez powstańców armatach nawiązuje do wydarzeń
podobno autentycznych. Po kapitulacji pod Radoszycami Mikołaj Zawadzki
miał rzeczywiście rozkazać żołnierzom ukryć w pobliżu zamku w Drzewicy
dwanaście armat, obłożonych szmatami i niedźwiedzimi skórami. Historia
ta odżyła w latach 70. XX wieku, kiedy jeden z miejscowych rolników
odkopał przypadkiem czaszkę niedźwiedzia. Mimo poszukiwań nie udało się
jednak nigdy odnaleźć domniemanych powstańczych dział.
Opowieści o ukrytej powstańczej broni czy zgoła zakopanych przez
powstańców skarbach są na ziemiach polskich dość powszechne, wiążą się
jednak zwykle z insurekcją styczniową. Powstańcy styczniowi istotnie
zwykli po nieudanych bataliach zakopywać swój oręż (często znacznie
lepszy od rosyjskiego), by nie dostał się w ręce nieprzyjaciela. Stąd
wzięły się popularne ludowe legendy. W odniesieniu do innych zrywów tego
typu historie są znacznie rzadsze, a opowieść o ukrytych przez
Zawadzkiego armatach funkcjonuje na pograniczu faktów i podań.
Z kolei legenda o pokutujących zakonnicach nawiązuje do tragicznego
pożaru z 1814 roku, który ostatecznie obrócił kwitnący zamek w Drzewicy
w ruinę. Najprawdopodobniej ogień został zaprószony w dworze
Szaniawskich i przeniósł się na warownię bez winy bernardynek. Pożar
przypisano jednak ich niefrasobliwości, być może również dlatego, że
pamiętano o pożogach, jakie znacznie wcześniej strawiły ich konwenty w Sandomierzu i Świętej Katarzynie (śląskiej). Inne wersje podania mówiły
o winie jednej zakonnicy, która nie wygasiła świec i samotnie pokutuje
za ów czyn. Na drzewickim zamku słychać podobno nocą jej jęki. Jeszcze
inny wariant sugerował, że pochodzą one od zamurowanej żywcem siostry,
która złamała śluby czystości. Wszystkie te historie łączą się jednak z niezmiennym i mocno utrwalonym w tradycji motywem zakonnic pokutujących
na zamku w Drzewicy.
hoć położona przy placu Zamkowym w Opocznie budowla w obecnym kształcie
posiada XIX-wieczną metrykę, jej korzenie sięgają czasów
średniowiecznego zamczyska. Dawna warownia reprezentowała typ zamku
miejskiego połączonego z systemem strzegących grodu murów i fortyfikacji. Jej obecna bryła posiada neorenesansowy fason, pełny
finezji i uroku, nawiązujący do czasów świetności polskiej monarchii. I choć na pozór niewiele łączy ją z gotyckim zamczyskiem sprzed wieków,
stoi ona wciąż na straży pamięci o istniejącej w tym miejscu królewskiej
rezydencji, osadzona na tych samych, piastowskich fundamentach.
Zarys dziejów
Zamek królewski w Opocznie po raz pierwszy wzmiankowany był w 1365 roku,
stąd jego budowę łączy się z czasami Kazimierza III Wielkiego. Jako typ
zamku miejskiego wpisywał się w system fortyfikacji średniowiecznego
Opoczna. Na co dzień rezydował w nim królewski starosta. Brak źródeł
uniemożliwia odtworzenie jego pierwotnego wyglądu, można się jednak
domyślać istnienia wieży, bramy wjazdowej i fosy. Królewska rezydencja
spłonęła prawdopodobnie już w XV stuleciu, w czasie doświadczających
Opoczno pożarów. Zgodę na wykorzystanie jej pozostałości dla umocnienia
murów miejskich wydał Zygmunt III Waza w 1599 roku, kiedy to przebito
nowy otwór wjazdowy, a przez zamkowy dziedziniec poprowadzono ulicę.
Zniszczony zamek stał opuszczony aż do lat 20. XVII wieku, kiedy to
zamieszkał w nim wzmiankowany w 1629 roku królewski burgrabia. W owym
czasie górowała nad nim wieża Szlachecka, pozbawiona wszakże schodów.
Przywracaniu budowli dawnego znaczenia przeszkodzili Szwedzi, którzy w 1655 roku obrócili ją w ostateczną ruinę. W niszczejących murach
podejmowano jednak w 1787 roku Stanisława II Augusta.
Malownicze pozostałości królewskiego zamku wzbudzały w XIX wieku zachwyt
rysowników i romantycznych dusz, aż w drugiej połowie stulecia
postanowiono dokonać rekonstrukcji owego zabytku dawnej chwały. Prace
wykonano w latach 1874-1875 z godnym podziwu efektem. Z braku źródeł
warownia została jednak odbudowana w sposób dość dowolny, przybierając
neorenesansowe kształty. Gdyby nie średniowieczne fundamenty, można by
mówić o zupełnie nowej, dwuskrzydłowej budowli, której nie można jednak
odmówić uroku.
W 1927 roku dokonano remontu, który nadał budowli dalsze
pseudorenesansowe elementy z pięknymi attykami, portalem i kartuszem
herbowym. W zabudowaniach zamku mieściła się siedziba starostwa
powiatowego. Pełen elegancji zamek ucierpiał podczas niemieckiej
okupacji, kiedy wyburzono skrzydło południowe, a w budynku umieszczono
szpital. Po wojnie królewska rezydencja służyła różnym instytucjom
publicznym.
W 1976 roku zamek został wyremontowany i przekazany Muzeum Regionalnemu.
Do dziś jego neorenesansowa bryła, zachwycająca harmonijnymi kształtami,
służy tej placówce, stanowiąc jednocześnie jedną z wizytówek Opoczna.
O królu Kazimierzu, Esterce i początkach
zamku - Król Kazimierz słusznie przydomku Wielkiego się doczekał,
albowiem miasta zakładał, zamki wznosił, o skarb dbał, pieniądz i prawa
reformował, mądrą i rozważną politykę prowadził, bez krwi przelewu nowe
ziemie przyłączając. A że mężem był jurnym i temperamentnym, tedy
kilkakrotnie na małżeńskim stawał kobiercu, zaś od kolejnych, nazbyt
oziębłych królowych rad odstępował, by w ramionach pięknych kochanek
ukojenia i szczęścia szukać.
Pewnego dnia, wracając z polowania, spotkał na swej drodze piękną
Żydówkę Esterkę. Oniemiał król na widok urody dziewoi, krew zawrzała mu
w żyłach, gdy wpatrywał się w lico gładkie, pierś wypukłą i talię
zgrabną. O całym świecie zapomniał, a Esterka stała się jego kochanką.
Ognisty temperament Żydówki pragnienia króla Kazimierza zaspokajał, ona
zaś swym ciałem ponętnym, cnotami duszy, wiernością, gorącym uczuciem i pokorą władcę radowała. Zaszczytów nie pragnęła, a jedynie ukochanego,
dostojnego wybranka. Ze spełnianiem przezeń małżeńskich obowiązków i pozostawaniem w cieniu się godziła, a on każdą wolną chwilę z nią
szczęśliwie spędzał, zaś z wdzięczności Bogu za miłość czystą i wspaniałą Żydom liczne nadał przywileje.
Zżymali się możni na królewskie upodobania, na faworyzowanie przezeń
rodaków kochanki, na permanentny stan małżeńskiej zdrady, lecz
Piastowicz do respektowania swojej żelaznej woli wszystkich
przyzwyczaił. Musieli ścierpieć królewskie nawyki dumni panowie świeccy
i duchowni, musiała upokorzenia ścierpieć królowa Jadwiga, ciesząc się
tylko tym, że oblubienicy król na Wawelu nie trzyma i sekretów swego
związku strzeże. Z dala od królowej, biskupów, wojewodów i kasztelanów
zaszywał się Kazimierz z Esterką na zamkach swoich, gdzie pełne radości
i zmysłowego upojenia dnie i noce spędzali. Esterka urodziła królowi
kilkoro dzieci, a pośród nich synów upragnionych: Niemierzę i Pełkę,
których Kazimierz ochrzcił i ziemie godne im nadał, dziedzicami korony
wszelako uczynić nie mógł.
Spędzał król chwile upojne z oblubienicą swą w murach łobzowskiego
zamku, warownię w Bochotnicy jej ofiarował, lecz i w Opocznie kąt ciepły
dla swej miłości odnaleźć zapragnął, bo piękna Żydówka stąd się
wywodziła i tu zakątek jej był najmilszy. Dla swej Esterki dom godny
król wznieść rozkazał, a dla siebie zamek wybudować, by mieszkaniem
wspólnym poczciwych mieszczan nie gorszyć. Atoli zamek ów w samym
grodzie wystawił, w bliskości domostwa niewiasty umiłowanej. Zamek zaś i dom Żydówki podziemnymi przejściami rozkazał połączyć, drogę kochankom
wskazującymi. Tak dzięki Esterce Opoczno królewska ozdobiła siedziba, a sam wielki monarcha rad w mieście bywał.
Komentarz do legendy
Postać Esterki - prawdopodobnie zupełnie fikcyjną - po raz pierwszy
wspominał w swoich rocznikach Jan Długosz. Zapewne nie rozumiejąc racji
ekonomicznych, kronikarz próbował w ten sposób wytłumaczyć łaskę i przywileje Kazimierza III Wielkiego dla Żydów. Wedle Długosza, który
wspominał również synów władcy i Esterki, gorący romans (a monarcha był
z takowych szeroko znany) miał miejsce w czasie małżeństwa ostatniego
Piasta z Jadwigą żagańską. Należy przy tym dodać, że Długosz opisał
piękną Żydówkę w samych superlatywach.
Żydowska kochanka króla stała się z czasem ważnym motywem kulturowym, a jej postać spopularyzowali m.in. biskup Ignacy Krasicki, Tomasz
Święcicki, Aleksander Bronikowski i Feliks Bernatowicz. O Esterce
krążyło wiele legend i opowieści łączących ją - jak przytoczone podanie
- z Opocznem, zamkiem w Bochotnicy oraz królewską rezydencją w podkrakowskim Łobzowie. Istniejący w łobzowskich ogrodach niewielki
kopiec o niejasnej genezie nazywano nawet kopcem Esterki i uważano za
miejsce spoczynku pięknej kochanki Kazimierza III Wielkiego. Oskar
Kolberg zanotował miejscowe podanie o samobójczej śmierci dziewczyny,
która miała się rzucić z okna łobzowskiego zamku do ogrodowej sadzawki
na wieść o niewierności królewskiego kochanka, a zrozpaczony król usypał
dla niej tę wyjątkową mogiłę. Stanisław II August nakazał nawet w 1787
roku rozkopać kurhan, nie odnaleziono w nim jednak żadnych śladów
pochówku. Bezcenny zabytek przeszłości przestał istnieć w 1950 roku,
kiedy z polecenia komunistycznych władz zniszczono zupełnie królewskie
ogrody w Łobzowie, by w ich miejscu wybudować... stadion sportowy.
W samym Opocznie dumni mieszczanie utrzymywali, że właśnie ich miasto
było rodzinnym grodem poczciwej Żydówki, która miała być córką
miejscowego szynkarza Mardocheusza Beniamina.
Legenda o początkach opoczyńskiego zamku jest dość dobrze osadzona
chronologicznie, skoro powstanie królewskiej warowni istotnie łączy się
z Kazimierzem III Wielkim. Mniej jasna jest geneza tzw. domu Esterki w Opocznie, który w obecnym kształcie pochodzi prawdopodobnie z XVI wieku,
a w późniejszym czasie był wielokrotnie przebudowywany, m.in. w drugiej
połowie XIX stulecia oraz w 1927 roku. Warto zaznaczyć, że ta ostatnia
przebudowa, która nadała kamienicy archaizujący fason, dokonała się w tym samym czasie i pod tym samym kierownictwem co ostatnie prace na
zamku królewskim. W ten sposób obie budowle, połączone romantyczną
legendą, raz jeszcze spotkał wspólny los.
Z Esterką związana jest także jedna z legend szydłowskich (zob. s. 80),
a bardzo podobne podanie o żydowskiej kochance Henryka I Sandomierskiego
znane jest z Sandomierza (zob. s. 131). Natomiast opowieści o łączących
ważne budowle podziemnych korytarzach obecne były m.in. w Szydłowcu
(zob. s. 36-37), Chęcinach (zob. s. 68) i Ujeździe (zob. s. 96).
ołożone na skraju Wzgórz Opoczyńskich zarastające ruiny zamku w Fałkowie
kryją w swych murach wiele wdzięku. Musi zatem dziwić, że obiekt ten
jest tak mało znany i odwiedzają go tylko nieliczni goście. Tymczasem
skrywający do dziś wiele tajemnic zamek w pełni zasługuje na rangę
jednej z największych atrakcji regionu.
Zarys dziejów
Dzieje zamku w Fałkowie są słabo opisane przez źródła historyczne. Od
końca XIII wieku osada należała do potężnego i rozgałęzionego rodu
Odrowążów, których tutejsza linia przybrała nazwisko Fałkowskich vel
Falkowskich. W 1340 roku Kazimierz III Wielki zezwolił Jakubowi i Piotrowi Fałkowskim na lokowanie miasta na prawie magdeburskim. Pierwsze
wzmianki o zamku lub warownym dworze w Fałkowie pochodzą z końca XIV
stulecia, choć nie jest znany jego ówczesny kształt. Na początku XV
wieku miasto i rezydencja trafiły w ręce Giżyckich.
Na przełomie XVI i XVII wieku fałkowski zamek został przebudowany w potężną warownię, a nad otaczającą ją fosą przerzucono drewniany most
zwodzony. Niewielka liczba źródeł i brak badań archeologicznych
sprawiają, że ówczesnego wyglądu warowni nie sposób odtworzyć, jedynie
zachowane ruiny świadczą o jej znacznych rozmiarach. Niewątpliwie jednak
w owym czasie skromna siedziba Fałkowskich przekształcona została w imponujący zespół obronno-rezydencjonalny.
W XVII wieku zamek często zmieniał właścicieli - rezydowali w nim
kolejno Lasoccy, Stadniccy i Jakubowscy. W połowie stulecia warownia
ucierpiała mocno od wojsk szwedzkich, pozostając od tej pory w formie
coraz bardziej zapuszczonej ruiny. Także dzisiaj ruiny zamku w Fałkowie
tkwią zapomniane i rzadko odwiedzane pośród parkowych drzew i bujnych
latem zarośli, zdając się oczekiwać na archeologiczne badania, które
mogłyby wyjawić wiele niejasności w ich dziejach, oraz na turystów,
łatwo mogących wpaść w zachwyt nad romantycznymi pozostałościami mało
znanej budowli. Do dziś zachowały się mury pierwszej kondygnacji z bramą
wjazdową i oknami, piwnice, a nawet wypełniona wodą fosa, pozwalające
wyobrazić sobie świetność dawnej rezydencji. Fantazyjne ruiny czekają
zatem na lepszy los, a ich nastrojowe tchnienie hojnie nagradza
dociekliwych, którzy wbrew szczupłości informacji dotrą na spotkanie
tajemniczego zamczyska.
O Saulu Race i początkach rodu Odrowążów - Wielka trwoga padła na
krainę przez jednego z potomków Piasta rządzoną, kiedy olbrzym
straszliwy w dobra książęce wkroczył. Nikt sprostać mu nie mógł, chociaż
Piastowicz najtęższych swych rycerzy przeciw nieprzyjacielowi groźnemu
posyłał. Zgnębiony władca nadzieję już tracił, kiedy stanął przed nim
dworzanin jego Saul Raka. Był to człek wzrostu nikczemnego, lecz siły
znacznej. Pokłonił się władcy swemu i gotowość wyruszenia przeciw
olbrzymowi zgłosił. Westchnął ciężko książę, albowiem żal mu było
dworzanina swego, lecz nie mógł mu przecie starań o chwałę wzbronić. Z ciężkim wszelako żegnał go sercem i wzrokiem niczym straceńca
odprowadzał.
Atoli Raka dalekim był od trwogi, albowiem siłom swym ufał. Kiedy przeto
ujrzał olbrzyma, miast podchodzić doń z mieczem w dłoni łuk napiął i oko
zmrużył. Strzała zaś przez Saula wypuszczona twarzy wielkoluda dosięgła,
wąsy i wargę mu urywając, po czym w ustach jego się zanurzyła. Nie
zdążył jęknąć olbrzym groźny, kiedy ciało jego z łoskotem na ziemię się
osunęło życia pozbawione.
Uradował się wielce książę, kiedy dworzanina swego zdrowego i całego
ujrzał. A gdy Raka oderwane strzałem celnym wąsy przeciwnika jako dowód
triumfu swego okazał, dziękował mu władca długo i uroczyście za
wybawienie krainy od trwogi. A jako że Saul w walce zwycięskiej oderwał
wąs, wdzięczny Piastowicz nazwisko Odrowąż mu nadał oraz herb ze strzałą
i wąsiskiem sumiastym, aby na wieki o czynie jego przypominał. Nadał mu
też ziemie rozległe we władanie, a ród Odrowążów rozrastał się coraz
potężniejszy i zamożniejszy, wydając z siebie możnych, biskupów i świętych po krakowskiej, sandomierskiej, śląskiej i morawskiej
rozsianych ziemi. Potomkowie zaś Saula Raki w Fałkowie osiedli, zamek
dla siebie wznieśli i nazwisko Fałkowskich przybrawszy, włości swych z niego doglądali.
Komentarz do legendy
Zamek w Fałkowie jest niezwykle ubogi w legendy i podania, dlatego też
poprzestać musimy na opowieści o początkach rodu Odrowążów, z którego
wywodzili się założyciele warowni - Fałkowscy. Przytoczone podanie ma
charakter typowej legendy rodowej wywodzącej szlachecką familię od
mitycznego protoplasty. Zgodnie z zasadami sztuki tłumaczyć ona miała
pochodzenie rodowego nazwiska i herbu. Warto zwrócić uwagę, że posiada
ona dość ahistoryczny charakter, nie wymienia bowiem z imienia księcia,
który nadać miał herb Saulowi Race, wspominając jedynie oględnie o jego
pochodzeniu z rodu Piasta.
Odrowążowie pochodzili prawdopodobnie z Czech, a różne gałęzie rodu
osiadły w Małopolsce, na Śląsku i na Morawach. Polscy Odrowążowie,
wywodzący się od Prandoty Starego, zrobili znaczącą karierę w pierwszej
połowie XIII wieku, kiedy to godność biskupów krakowskich objęli
najpierw potężny Iwo Odrowąż, a później Jan Prandota. W tym samym czasie
działał święty Jacek Odrowąż, sławny już za życia, który stał się
bohaterem licznych podań, a spoczął u krakowskich dominikanów. Krewną
owych świątobliwych mężów była głośna krakowska norbertanka -
błogosławiona Bronisława. Natomiast żyjącemu w tym samym okresie
błogosławionemu Czesławowi Odrowążowi przypisywano cudowne ocalenie
Wrocławia przed Tatarami w 1241 roku. Losy polskich Odrowążów ściśle
wiązały się bowiem z Krakowem i Wrocławiem, a obie linie - małopolska i śląska - utrzymywały ze sobą ścisłe kontakty, o czym świadczą krakowskie
losy świętego Jacka i błogosławionej Bronisławy, wywodzących się, jak
błogosławiony Czesław, z linii śląskiej.
Jak wiemy, jedna z bocznych linii Odrowążów otrzymała Fałków w końcu
XIII wieku, przybierając nazwisko Fałkowskich alias Falkowskich i wznosząc w kolejnym stuleciu zamek. Należał do niej także Piotr z Fałkowa, zwany Szyrzykiem i Falkowskim, który w 1347 roku został obrany
biskupem krakowskim. Występując na dworze papieskim jako reprezentant
Kazimierza III Wielkiego, w 1348 roku padł ofiarą dżumy. Fałkowscy
pieczętowali się już jednak herbem Doliwa.
O znaczeniu rodu Odrowążów w regionie świętokrzyskim świadczy niedaleka
miejscowość Odrowąż, położona między Końskimi a Skarżyskiem-Kamienną,
oraz fakt, że wywodziło się od nich kilka znaczących w okolicy familii -
obok Fałkowskich Chlewiccy, Szydłowieccy i Chlewiczewscy (zob. też
Rembów i Podgrodzie).