amek w Trzebieszowicach, tradycyjnie zwany Zamkiem na Skale, należy do
najpiękniejszych zabytków Gór Złotych. Choć nie zachowały się wykwintne
wnętrza i wspaniała kompozycja ogrodowa, jakimi słynęła twierdza w XIX
stuleciu, kiedy gościł koronowane głowy, do dziś urzeka swoją
przemyślaną bryłą i niezwykłym urokiem.
Zarys dziejów
Niemiecka nazwa Trzebieszowic - Kunzendorf - posiadała zapewne charakter
odimienny (Kunz to jedno ze zdrobnień imienia Konrad), co jest tym
bardziej prawdopodobne, że miejscowość od początku stanowiła własność
prywatną. Po raz pierwszy wspomina ją dokument z 1269 roku, w którym
pojawia się Chunchons villa. Najpewniej w XIV wieku w części osady
zwanej Kamiennym Dworem (niem. Steinhof) powstał zamek rycerski, ponad
zakolem Białej Lądeckiej, od początku zwany Zamkiem na Skale. Była to
kamienno-drewniana budowla należąca bodaj od momentu swego powstania do
rodu Reichenbachów. W XV wieku została rozbudowana i z tego okresu
pochodzą jej najstarsze zachowane partie.
Od 1550 roku trwała przebudowa średniowiecznego zamczyska na renesansową
rezydencję, którą Reichenbachowie ukończyli w 1613 roku, kiedy to
powstał wewnętrzny dziedziniec. Ostatnie prace trwały do 1625 roku. Ród
Reichenbach von der Biele nie cieszył się długo swoim zamkiem-pałacem. W XVII stuleciu kilkakrotnie zmieniał on właścicieli. W końcu od Jana
Kacpra (Johanna Caspara) Stredele von Montani warownię kupił cesarski
generał irlandzko-walijskiego pochodzenia - Jerzy Oliwier (Georg
Olivier) von Wallis. Wallisowie dokonali pod koniec XVII wieku
przebudowy renesansowej rezydencji na barokową siedzibę. Przed 1720 roku
założono również wspaniały ogród zamkowy.
W 1765 roku w Lądku-Zdroju gościł na kuracji król Prus Fryderyk II
Wielki, a Stefan Oliwier (Stephan Olivier) von Wallis "poproszony"
został urzędową drogą o wypożyczenie uzdrowisku na potrzeby monarchy
kanapy, stołów, krzeseł, firanek i innych sprzętów z trzebieszowickiej
rezydencji. W 1783 roku von Wallis sprzedał swoje posiadłości Ludwikowi
von Schlabrendorfowi. Trzydzieści lat później Hohenzollernowie
odwiedzili sam Kunzendorf an der Biale, gdy w 1813 roku Fryderyk Wilhelm
III w towarzystwie cesarza rosyjskiego Aleksandra I obchodził na zamku
swoje urodziny. W 1820 roku w trzebieszowickim majątku gościł także
królewski syn, Wilhelm von Hohenzollern.
W owym czasie barokowa rezydencja w Kunzendorf an der Biale należała już
do hrabiego von Frankenberga. Dzięki staraniom właściciela słynęła
szeroko z olśniewającego parku zamkowego. Ozdabiały go wspaniałe
cyprysiki japońskie, jesiony, klony, lipy, modrzewie, sosny i świerki.
Unikatem była jedyna na ziemi kłodzkiej sosna czarna smołowa i wypuszczający korzenie do czterech metrów nad ziemią cyprysik błotny
amerykański. Zachwyt wzbudzał również urokliwy wodospad.
W 1840 roku trzebieszowicki zamek kupiła znana z działalności
dobroczynnej wdowa - landgrafini Wilhelmina Charlotta von Fürstenberg
(notabene z domu Schlabrendorf). Po niej majątek dziedziczyła Teresa
(Theresia) von Harbuval-Chamaré (również z rodu Schlabrendorfów). Od
1898 roku właścicielem Zamku na Skale był jej syn Pius von
Harbuval-Chamaré. W latach 1902-1905 dokonano kolejnej przebudowy, która
nie ingerowała w zasadniczy kształt budowli, ale nadała jej neobarokowe
i secesyjne wnętrza i akcenty. Wewnętrzny dziedziniec nakryto szklanym
dachem, utworzono też fontannę i ogród zimowy z tropikalnymi roślinami.
Przebudowę po śmierci Piusa w 1903 roku kontynuowała wdowa po nim -
Wanda. W czasie pierwszej wojny światowej zamek w Kunzendorf an der
Biale odziedziczył Stanisław (Stanislaus) von Harbuval.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Droga Czytelniczko, Szanowny Czytelniku!
W połowie 2013 roku nakładem Wydawnictwa BOSZ ukazała się moja książka
Legendy zamków karpackich, pięknie zilustrowana przez Pawła Zycha.
Pozytywne recenzje i zainteresowanie Czytelników pozwalają wierzyć, że
tematyka i formuła tamtej publikacji nie były chybione. Dlatego
postanowiłem kontynuować ów pomysł w odniesieniu do podań związanych z zamczyskami drugiego łańcucha górskiego Polski - Sudetów. I tym razem -
analogicznie do tamtej publikacji - moim celem było literackie
opracowanie legend i podań wiążących się z zamkami polskich Sudetów oraz
osadzenie ich w kontekście historycznym i kulturowym. Koncepcja, aby
najpierw skreślić pokrótce dzieje konkretnej warowni, a następnie
przytoczyć związane z nią legendy, które nadają budowli jej własnego -
nomen omen - ducha, po czym wskazać określone wzorce niektórych motywów,
nawiązuje do sprawdzonego wzorca książki "karpackiej".
Podobnie jak w tamtej publikacji w Legendach zamków sudeckich pomijam
w zasadzie obszar Przedgórza i Pogórza Sudeckiego, skupiając się na
warowniach położonych w samych górach, w śródgórskich kotlinach i na
bezpośrednim przedpolu gór, przy czym ta ostatnia kategoria - zgodnie ze
swoją naturą - wytyczona została bardziej od poprzednich arbitralnie, za
każdym razem pozostaje bowiem pewnym kompromisem pomiędzy chęcią
uwzględnienia ważnego obiektu a utrzymaniem możliwie górskiego
charakteru całości. W przypadku zamczysk, które przetrwały jedynie w formie ruiny, istotnym kryterium wprowadzenia na karty publikacji był
stopień ich zachowania. Aby utrzymać w miarę całościowy charakter
książki, uwzględniłem niemal wszystkie, z wyłączeniem jedynie tych, po
których przetrwały nikłe ślady. Z uwagi na znacznie większą liczbę
zamczysk w Sudetach niż w Karpatach zrezygnowałem z prezentowania
obiektów o metryce późniejszej niż średniowieczna. Układ publikacji
zakłada wędrówkę ze wschodu na zachód, zatem od rejonu Gór Opawskich po
Góry Izerskie i ich okolice, z nielicznymi jedynie odstępstwami, które
wydały mi się uzasadnione.
Część sudeckich zamków przetrwało do dziś w formie dobrze
zabezpieczonych, trwałych ruin lub w całkowicie zachowanym kształcie,
pełniąc funkcje muzealne czy użytkowe. Obiekty te zwykle stanowią uznane
atrakcje turystyczne w skali regionu lub kraju. W Sudetach nie brakuje
jednak pięknych zamczysk pozbawionych należytej opieki, których losy
wciąż pozostają niepewne, a związane z nimi plany często zmieniają się z roku na rok.
Przy okazji muszę wspomnieć, że w burzliwych dziejach sudeckich
zamczysk, których nie oszczędzały dramatyczne wydarzenia (zwłaszcza
związane z wojnami husyckimi, wojnami o koronę czeską i wojną
trzydziestoletnią), nie wszystkie epizody są wystarczająco dobrze i jednoznacznie oświetlone przez historiografię. Niektóre fakty -
szczególnie dotyczące wieków średnich - wciąż wywołują dyskusje
dotyczące ich okoliczności i chronologii.
Przytoczone podania stanowią naturalnie pewien wybór. Problem pojawiał
się wówczas, kiedy jakieś zamczysko, którego żal było pominąć, nie miało
szczęścia do ludowych lub literackich legend. Wtedy pozostało mi uciec
się do narracji pośrednio z nim związanych, o ile było to choć trochę
przekonujące, mając nadzieję, że w owych szczególnych przypadkach
Czytelnik okaże się dla podobnych zabiegów wyrozumiały. Przypadki te są
jednak dość rzadkie.
Sudeckie legendy kształtowały się na styku kultur słowiańskiej i germańskiej, stąd imiona ich bohaterów były niekiedy zapisywane w różnych wariantach. W niniejszej książce przyjąłem takie ich wersje,
jakie zostały utrwalone w dawniejszej literaturze polskojęzycznej.
Natomiast w części historycznej imiona niemieckich właścicieli zamków
zwykle przytaczam w dwóch wersjach - polskiej i oryginalnej.
Po tych uwagach pozostaje mi mieć nadzieję, że książka zdoła
zainteresować Czytelników opowieściami zaklętymi w posępnych murach
sudeckich zamczysk, stanie się dobrym uzupełnieniem wycieczki - albo do
takowej zachęci. Przede wszystkim jednak dostarczy rozrywki, a przy
okazji zdoła wzbudzić kulturalną wrażliwość: literackie legendy i ludowe
podania wszak - także te, które rodziły się na skrzyżowaniu wyobrażeń
różnych nacji - stanowią integralną część naszego kulturowego
dziedzictwa.
Bartłomiej Grzegorz Sala
rólująca nad Prudnikiem wieża Woka, zwana też tradycyjnie wieżą
Pogańską, stanowi jedyną pozostałość średniowiecznego zamku.
Majestatyczna budowla, zwieńczona strzelistym hełmem, jest symbolem i główną atrakcją rozłożonego u stóp Gór Opawskich miasta. Choć nie sięga
- jak pragnęła miejscowa tradycja - przełomu X i XI stulecia i choć nie
wznieśli jej templariusze, godnie zaświadcza o bogatej przeszłości
Prudnika.
Zarys dziejów
Nad rzeką pierwotnie zwaną Prądnikiem, a później z czeska Prudnikiem,
czeski możnowładca Wok (Vok) z Rożemberka wybudował w latach 1255-1259
wspaniały gotycki zamek, stojący na straży handlowych szlaków. Od
początku zdobiła go cylindryczna wieża. Syn Woka, Henryk z Rożemberka,
podniósł osadę pod zamkiem, zwaną Polską Wsią, do rangi miasta na prawie
niemieckim, które otrzymało imię Nowego Miasta Polskiego, choć w języku
czeskim pojawia się wymiennie także miano Prudnik.
Pod władzą książąt opolskich zamek został przebudowany w XV wieku. W tym
czasie wieża Woka otrzymała nadbudowę, osiągając swój dojrzały kształt
jako stołp - miejsce ostatniego oporu. W 1532 roku na Janie II Dobrym
wymarła linia Piastów opolskich, a Nowe Miasto Polskie dostało się pod
bezpośrednią władzę królów czeskich. W 1561 roku warownia stała się
własnością miasta i mimo włączenia w system murów obronnych zaczęła
podupadać. Grodu nie oszczędziły siedemnastowieczne wojny i epidemie. U progu XVIII stulecia Nowe Miasto Polskie stało się ostatecznie Nowym
Miastem (niem. Neustadt). Po przejściu pod władzę Prus jedno z pomieszczeń podupadającego zamku przekazano w 1742 roku na potrzeby
protestantów, którzy rozbudowali jego skrzydło.
Los wciąż jednak nie był łaskawy dla pradawnej warowni. W 1806 roku
zamek Woka spłonął i obrócił się w ruinę. W 1846 roku rozpoczęto
rozbiórkę zrujnowanej budowli. Ostatecznie jednak pruskie władze, ujęte
podobno bałamutną historią o założeniu zamku przez templariuszy,
postanowiły w owej romantycznej epoce zachować wieżę Pogańską. Od tej
pory stanowić ona miała jedyny relikt średniowiecznego zamczyska.
Otoczona legendami wieża Woka cieszyć się zaczęła zainteresowaniem
historyków, krajoznawców i regionalistów.
Klęska Niemiec w 1945 roku i nastanie polskiej władzy nad północnym
skrawkiem Gór Opawskich przyniosły przemianę Nowego Miasta w Prądnik, a od 1946 roku - w Prudnik, będący nazwą dobrze utrwaloną w gwarze
śląskiej. W 2009 roku wieża Pogańska doczekała się gruntownego remontu i otrzymała gontowy dach. Rok później przekazano ją w użytkowanie Muzeum
Ziemi Prudnickiej. Pełni dziś funkcję sztandarowej atrakcji miasta,
cenionego zabytku i punktu widokowego.
Legenda
O zemście Eliasza - Potężny był zakon dzielnych rycerzy Chrystusa,
templariuszami zwanych, który miasto zwane Prudnikiem u stóp Gór
Opawskich założył na Bożą chwałę i pożytek ludzi. Rozkwitał gród ów
zacny, a dobrych rycerzy w habitach każdy wychwalał.
Wszelako chciwość francuskiego króla straszliwe terminy na zakon
zesłała. Oto bracia pobożni i waleczni, którzy wiele swej krwi w walce z Saracenami przelali, o herezję i występki gorszące kłamliwie oskarżeni
zostali. Nikt nie ujął się za zakonem rycerzy mężnych, którzy
męczennikami z woli władców tego świata się stali. Kiedy ze śląskiej
ziemi zniknęli, w Górach Opawskich rządy swoje pewien książę ustanowił.
Osadził on na prudnickim zamku w roli burgrabiego swego Obiesława von
Chrzana, który jako tyran i ciemięzca zasłynął. Ciężkie były rządy jego,
albowiem daniny nieprawne nakładał, ziemie miastu przez templariuszy
nadane przemocą odbierał, a opór wszelki bez litości tłumił. Wystąpili
mieszczanie przeciw rządcy niegodziwemu pod wodzą sprawiedliwego
Daniela, lecz Obiesław obrońców prawa jako buntowników pojmał, sam zaś
Daniel do Opola powieziony przezeń został, gdzie głowę położył.
Po kaźni małżonka wdowa po Danielu Prudnik opuściła z synem, małym
Eliaszem na ręku, z rozpaczą w sercu ziemię rodzinną żegnając. Osiadła w Ulmie, gdzie potomka na kołodzieja wyuczyć poleciła, przez lata o losach
Daniela i stronach ojczystych smętne snując mu opowieści, aby rodu swego
nie zapomniał. Eliasz wyrósł na młodzieńca roztropnego i kołodzieja
wprawnego, lecz boleść serce jego trawiła. Zrazu żałował ojca dobrego i ziemi rodzinnej, którą z opowiadań znał jeno. Później świadkiem był
zarazy, która Ulm nawiedziła i matkę jego zabrała. A kiedy tylko
ojcowska czapka na tym świecie mu się ostała, postanowił do Prudnika
powrócić, choćby nawet burgrabia zamkowy na śmierć miał go wydać.
Nacisnął przeto na głowę czapkę Danielową, która jedyną pamiątką mu była
i ku zielonym wierchom Gór Opawskich wyruszył. Nie wiedział wszakże, że
w nakrycie głowy powietrze morowe się wdało i wraz z nim pielgrzymkę ową
odbywało.
Kiedy stanął Eliasz w Prudniku, zaraz na zamek się udał, gdzie
podstarzały Obiesław wciąż rządy swe srogie sprawował. O posadę
kołodzieja poprosił przybysz i pracę rychło w warowni rozpoczął.
Jednakże pewien sługa zamkowy, stare dobrze pamiętający czasy, czapkę
Danielową rozpoznał, a utwierdziwszy się w swoich podejrzeniach, o wszystkim panu swemu doniósł. Nakazał przeto Obiesław, aby latorośl
skazańca uwięzić i dla większej sromoty jedyną pamiątkę po ojcu mu
odebrać. Tak też się stało: Eliasz w lochu ciemnym zaparty został, a nakrycie głowy jego w ręce okrutnego trafiło pana.
Kilka dni ledwie minęło, kiedy Obiesław von Chrzan życie w męczarniach
zakończył za sprawą powietrza morowego, które sam sobie w czapce
rozkazał przynieść. Zaraza prędko po prudnickim rozniosła się zamku,
zabierając sługi zmarłego, z murów zaś warownych na miasto się
rozszerzyła. Mieszczanie wdzięczni byli Bogu za ukaranie okrutnego
burgrabiego i rychło Eliasza z opustoszałego uwolnili zamczyska, kiedy
nie stało już nikogo do pilnowania więźniów, wszelako radość owa z trwogą się zmieszała, kiedy kolejno umierali w cierpieniu. Kto żyw
miasto opuszczał i w głąb gór się udawał, aż w końcu umarli jeno w nim
się ostali.
Eliasz zaś, nieświadom zemsty, jaką przez ojcowską wywarł czapkę, pod
Prudnikiem osiadł, a gdy powietrze morowe żniwo swe zakończyło, powrócił
do miasta, by wedle powinności chrześcijańskiej zmarłych pogrzebać. A kiedy pewien był końca zarazy, posłał po uchodźców, aby do grodu swego
bez obaw powrócili. Ci zaś, odwagę i poświęcenie kołodzieja w grzebaniu
umarłych ujrzawszy, za męża prawego go uznali i na wezwanie jego
odpowiedzieli. A gdy - powracając do grodu swego - Danielowego syna w nim odkryli, radośnie na cześć jego wiwatowali. Dla pewności spalili
naznaczony zarazą Prudnik, a w jego miejsce nowy gród założyli, który
otrzymał imię Nowego Miasta. Tak oto Eliasz nieświadomie pomsty swej na
okrutnym Obiesławie dokonał i - Prudnik od złych uwolniwszy rządów - do
powstania Nowego Miasta się przyczynił.
Komentarz do legendy
Legenda o Danielu, Obiesławie i Eliaszu, zapisana przeszło dwieście lat
temu, w niezwykle twórczy sposób łączy w sobie wiele wątków oraz
tłumaczy historyczną nazwę Nowego Miasta. Podanie sięga do sprawdzonego
motywu mściciela, ale posiada swój oryginalny walor, jako że Eliasz
przynosi Obiesławowi zgubę zupełnie nieświadomie. Sam von Chrzan pojawia
się w różnych wersjach jako burgrabia zamkowy i namiestnik nieznanego
bliżej księcia lub jako kasztelan. Warto zwrócić uwagę, że legenda
posiada ahistoryczny charakter - nie pada w niej imię samego księcia.
Tradycja utrzymuje jednak, że w 1373 roku Prudnik nawiedziła epidemia
dżumy. Naturalnie już w tym czasie gród nosił nazwę Nowego Miasta
Polskiego.
Niejako w formie prologu podanie zawiera w sobie wzmiankę o założeniu
Prudnika przez templariuszy, które miało mieć miejsce około 1000 roku.
Sugestia ta jest w dwójnasób nieprawdziwa, skoro Zakon Ubogich Rycerzy
Chrystusa i Świątyni Salomona powstał dopiero w 1118 roku, a początki
zamku i miasta łączą się z latami 1255-1259. Była jednak niezwykle żywa
i - jak wspomniano - przyczyniła się do zachowania wieży Woka przez
Prusaków.
amek w Łące Prudnickiej przedstawia widok ponury, lecz nadal pełen jest
majestatycznego wdzięku. Zaniedbany i zdewastowany, zachował swoją
potężną bryłę i ozdobne wieże, jakby na przekór złym czasom
przypominając o swoim znaczeniu. A choć bez wątpienia godzien jest
lepszego losu, jego rozłożone u stóp Gór Opawskich warowne mury,
pozbawione ludzkiej troski, tym bardziej tchną posępnym czarem i niepokojącym urokiem.
Zarys dziejów
Początki Łąki sięgają połowy XIII stulecia, a osada nader często
zmieniała właścicieli, dostając się w końcu w ręce książąt
niemodlińskich. To oni zapewne wznieśli w XV wieku murowany zamek.
Warownia i położona przy niej osada wciąż jednak zmieniały swych panów.
Od 1481 roku byli nimi przedstawiciele rodu von Wurben, którzy wykupili
całą kasztelanię prudnicką. Lepsze czasy przyszły wraz z rodziną
Tschentschau-Mettich, która osiadła na zamku w 1592 roku. Mettichowie
dokonali przebudowy średniowiecznego zamczyska w renesansową rezydencję.
Powstały wtedy dwukondygnacyjne zabudowania, częściowo podpiwniczone.
Całe założenie przybrało czteroskrzydłową formę, skupiając się wokół
czworokątnego dziedzińca, a w skrzydle południowym wzniesiono bramę
wjazdową. Elewacje pokryły wykwintne sgraffita. W pierwszej połowie XVII
stulecia, kiedy Joachim von Tschentschau-Mettich przeszedł na
katolicyzm, wschodnie skrzydło ozdobiła kaplica.
Mettichowie byli właścicielami Łąki - od 1742 roku, zwanej wtedy Łąką
Hrabiowską (niem. Gräflich Wiese), do 1825 roku. Później panią
rezydencji została generałowa von Colomb, która w 1830 roku sprzedała ją
Janowi Karolowi (Johannowi Karlowi) Sedlnitzky-Odrowaz von Choltitz. Ta
linia zniemczonych Odrowążów z Moraw wyburzyła dziesięć lat później
zamkową kaplicę. W latach 1875-1883 Choltitzowie dokonali gruntownej
przebudowy renesansowego zamku, nadając mu neogotycki fason. Wtedy to
powstała m.in. charakterystyczna kwadratowa wieża południowo-zachodnia.
Wiosną 1945 roku Herman (Hermann) Sedlnitzky-Odrowaz von Choltitz, na
wieść o zbliżającym się froncie, opuścił zamek wraz z całą rodziną.
Porzucona rezydencja rychło stała się ofiarą rabunków i dewastacji. Pod
polską władzą Łąka Hrabiowska stała się Łąką Prudnicką, a w latach 50.
XX wieku zamek przekazano stadninie koni w Prudniku. Początek XXI
stulecia przyniósł prywatyzację obiektu, ale nie okazała się ona dlań
szczęśliwa. Zapuszczone i mocno zdewastowane zamczysko stało się bowiem
obiektem komorniczych licytacji i świadkiem obietnic bez pokrycia.
Dziś zamek Odrowążów przedstawia obraz dewastacji i zaniedbania.
Zachował jednak swoje pełne kształty z neogotycką wieżą i okrągłą basztą
o stożkowym dachu. Ocalała też część sklepień i pozostałości
sgraffitowej dekoracji.
Legenda
O Saulu Race i początkach rodu Odrowążów
- Wielka trwoga padła na krainę przez
jednego z potomków Piasta rządzoną, kiedy olbrzym straszliwy w dobra
książęce wkroczył. Nikt sprostać mu nie mógł, chociaż Piastowicz
najtęższych swych rycerzy przeciw nieprzyjacielowi groźnemu posyłał.
Zgnębiony władca nadzieję już tracił, kiedy stanął przed nim dworzanin
jego Saul Raka. Był to człek wzrostu nikczemnego, lecz siły znacznej.
Pokłonił się władcy swemu i gotowość wyruszenia przeciw olbrzymowi
ogłosił. Westchnął ciężko książę, albowiem żal mu było dworzanina, lecz
nie mógł mu przecie wzbronić starań o chwałę. Z ciężkim wszelako żegnał
go sercem i wzrokiem niczym straceńca odprowadzał.
Raka jednak daleki był od trwogi, albowiem siłom swym ufał. Kiedy przeto
ujrzał olbrzyma, miast podchodzić doń z mieczem w dłoni łuk napiął i oko
zmrużył. Strzała zaś przez Saula wypuszczona twarzy wielkoluda dosięgła,
wąsy i wargę mu urywając, po czym w ustach jego się zanurzyła. Nie
zdążył jęknąć olbrzym groźny, kiedy ciało jego z łoskotem na ziemię się
osunęło życia pozbawione.
Uradował się wielce książę, kiedy dworzanina swego zdrowego i całego
ujrzał. A gdy Raka oderwane strzałem celnym wąsy przeciwnika jako dowód
triumfu swego okazał, dziękował mu władca długo i uroczyście za
wybawienie krainy od trwogi. A jako że Saul w walce zwycięskiej oderwał
wąs, wdzięczny Piastowicz nazwisko Odrowąż mu nadał oraz herb ze strzałą
i wąsiskiem sumiastym, aby na wieki o czynie jego przypominał. Nadał mu
też ziemie rozległe we władanie, a ród Odrowążów rozrastał się coraz
potężniejszy i zamożniejszy, wydając z siebie możnych, biskupów i świętych - po małopolskiej, śląskiej i morawskiej rozsianych ziemi.
Potomkowie zaś Saula Raki w Łące Prudnickiej osiedli i włości swych z zamku wyniosłego doglądali.
Komentarz do legendy
Zamek w Łące Prudnickiej jest ubogi w legendy i podania, dlatego też
poprzestać wypada na opowieści o początkach rodu Odrowążów - ostatnich
przedwojennych właścicieli warowni. Podanie ma charakter typowej legendy
rodowej wywodzącej szlachecką familię od mitycznego protoplasty. Zgodnie
z zasadami tłumaczy ona pochodzenie rodowego nazwiska i herbu. Legenda
posiada ahistoryczny charakter, nie wymienia bowiem z imienia księcia,
który nadać miał herb Saulowi Race, wspominając jedynie oględnie o jego
pochodzeniu z rodu Piasta.
Odrowążowie pochodzili prawdopodobnie z Czech, a różne gałęzie rodu
osiadły w Małopolsce, na Śląsku i na Morawach. Polscy Odrowążowie,
wywodzący się od Prandoty Starego, zrobili znaczącą karierę w pierwszej
połowie XIII wieku, kiedy to godność biskupów krakowskich objęli
najpierw potężny Iwo Odrowąż, a później Jan Prandota. W tym samym czasie
działał Święty Jacek Odrowąż, sławny już za życia, który stał się
bohaterem licznych podań, a spoczął u krakowskich dominikanów. Krewną
owych świątobliwych mężów była głośna krakowska norbertanka -
błogosławiona Bronisława. Natomiast żyjącemu w tym samym okresie
błogosławionemu Czesławowi Odrowążowi przypisywano cudowne ocalenie
Wrocławia przed Tatarami w 1241 roku. Losy polskich Odrowążów ściśle
związane były bowiem z Krakowem i Wrocławiem, a obie linie - małopolska
i śląska - utrzymywały ze sobą ścisłe kontakty, o czym świadczą
krakowskie losy Świętego Jacka i błogosławionej Bronisławy, wywodzących
się - jak i błogosławiony Czesław - z linii śląskiej.
Natomiast morawscy Odrowążowie, którzy przybrali przydomek Choltic,
poświadczeni byli od XV wieku jako dziedzice Sedlnic. Dlatego też wraz z postępującą germanizacją Królestwa Czech i jego bogatych rodów znani
byli pod nazwiskiem Sedlnitzky-Odrowaz von Choltitz. Także oni dzielili
się na kilka linii. Jako katolicy związali się z dworem Habsburgów. W XVII stuleciu Karol Juliusz (Karl Julius) von Choltitz posłował w imieniu Leopolda I do Rzeczypospolitej, a na początku XIX wieku Józef
(Joseph) był wicegubernatorem Lwowa. Natomiast Jan Karol
Sedlnitzky-Odrowaz von Choltitz wstąpił do pruskiej służby państwowej,
dorabiając się posady tajnego radcy rządu, i - jak wiemy - zakupił Łąkę
Hrabiowską u stóp Gór Opawskich, w symboliczny sposób wiążąc się ze
śląską ojczyzną błogosławionego Czesława Odrowąża.
uiny zamku książąt świdnicko-jaworskich i ziębickich z rodu Piastów i Podiebradów stanowią największą atrakcję Ząbkowic Śląskich. Ponure mury
zamczyska przypominają o czasach dawnej świetności, zaświadczają o bogatej polskiej i czeskiej historii Śląska. Emanując o zmroku
tajemniczą grozą, znakomicie także wpisują się w ponurą opowieść o Frankensteinie, którą dało światu położone u ich stóp miasto.
Zarys dziejów
Początki Ząbkowic Śląskich, położonych na Przedgórzu Sudeckim i swoistym
przedpolu Gór Bardzkich, sięgają drugiej połowy XIII stulecia, kiedy to
w 1287 roku po raz pierwszy pojawia się w dokumentach miasto
Frankenstein. W tym samym okresie piastowscy książęta świdnicko-jaworscy
wznieśli również górujący ponad grodem zamek, pełniący w dużej mierze
funkcję granicznej strażnicy. W 1322 roku miasto weszło w skład księstwa
ziębickiego, a warownia pod wodzą księcia Bolka II zdołała w 1335 roku
odeprzeć atak margrabiego Moraw Karola Luksemburczyka. Zamczysko stawiło
też czoła w 1428 roku wojskom husytów.
W tym czasie jednak mało kto już pamiętał piastowskich książąt, albowiem
zamek znalazł się w prywatnych rękach. Jego nowy właściciel Hinko
Kruszyna (Hynek Krušina) z Lichniowic (Lichtenbergu), wyniesiony w 1434
roku na starostwo ząbkowickie, jakby na przekór niedawnemu triumfowi
związał się z husytyzmem, a w końcu zajął się rabunkami, dokonując nawet
niszczącego napadu na klasztor w Henrykowie. Wkrótce uległ koalicji
śląskich książąt i miast, oburzonych świętokradztwem i barbarzyństwem
pana na Frankensteinie. Jednak nawet sam książę ziębicki Wilhelm okazał
się typowym dla ówczesnego Śląska awanturnikiem.
W 1452 roku panem księstwa ziębickiego został Jerzy z Podiebradów,
namiestnik Korony Świętego Wacława, który w 1458 roku sięgnął po tron w Pradze. Nowy król Czech nadał w 1462 roku księstwo ziębickie z Frankensteinem swoim synom - Wiktorynowi i Henrykowi, którzy dokonali
modernizacji umocnień zamku. Jednak już w 1468 roku jego mury nie oparły
się krewkim mieszczanom z Nysy, Świdnicy i Wrocławia, a w toku walk
warownia przechodziła kilkanaście razy z rąk do rąk. W 1489 roku uległa
z kolei gniewowi zabiegającego o tron czeski Macieja I Korwina.
Zniszczenia zakończyły losy średniowiecznego zamczyska.
Dzieło odbudowy podjął kolejny z Podiebradów - książę Karol I, który
postanowił uczynić z Frankensteinu główne centrum księstwa ziębickiego.
W latach 1524-1530 pod kierunkiem Benedykta Rejta (Rieda) ruiny
ząbkowickiego zamku (w znacznym stopniu rozebrane) przekształciły się w świetną renesansową rezydencję na planie kwadratu, zwieńczoną
wykwintnymi attykami. Powstała kwadratowa wieża bramna i dwie
cylindryczne basteje, a centralnym punktem założenia stał się
dziedziniec z imponującymi krużgankami i wewnętrzną wieżą. Prowadzone z rozmachem prace ukończono jednak pośpiesznie, kiedy Karol I uzyskał
księstwo oleśnickie i w tamtą stronę skierował swój zapał i fundusze.
Wspaniały zamek Karola I pozostał najbardziej reprezentacyjną rezydencją
książąt ziębickich, lecz zadłużeni Podiebradowie musieli go oddać po
śmierci władcy-budowniczego w 1536 roku jako zastaw Piastom legnickim, a następnie Izabeli Jagiellonce. Dopiero w 1559 roku książę Jan odzyskał
władzę nad swoim dziedzictwem. Po jego śmierci na zamku rezydowała
księżna-wdowa Małgorzata Brunszwicka, ale gdy jej pasierb, książę Karol
Krzysztof, doprowadził do wewnętrznych niepokojów i krwawej jatki
pomiędzy ziębiczanami a mieszkańcami Frankensteinu, przygnębiona
opuściła warownię. Po bezdzietnej śmierci wspomnianego księcia
ziębickiego i oleśnickiego Karola Krzysztofa z rodu Podiebradów, jego
ziębicko-ząbkowickie władanie wcielone zostało w 1569 roku do czeskiej
domeny królewskiej. W podobnym czasie warownia trafiła w ręce starosty
Fabiana von Reichenbach. Prawdopodobnie pod jego rządami dokonano
połączenia zamku z miastem i rozbudowy jego umocnień.
W 1632 roku do bram Frankensteinu dotarła wojna trzydziestoletnia, kiedy
to na gród natarły wojska cesarskie. Warowne mury zamku stawiły im opór,
ale ostatecznie Habsburgowie wzięli twierdzę głodem. W ciągu kolejnych
kilkunastu lat zamek nieszczęśliwie pozostał w spektrum zainteresowania
europejskich potęg, a armie szwedzkie i cesarskie szturmowały go
naprzemiennie. W końcu habsburscy żołnierze wysadzili w 1646 roku w powietrze basteje, zabudowania mieszkalne i gospodarcze.
Zniszczony zamek odetchnął po podpisaniu pokoju westfalskiego w 1648
roku, a już w latach 50. XVII wieku został częściowo odbudowany i przeznaczony na siedzibę starosty, tym bardziej że w 1654 roku
przywrócono księstwo ziębickie pod władzą Auerspergów. Na niewiele się
to zdało: mimo krótkotrwałego ożywienia rychło warownia znów niszczała,
a zabiegi restauracyjne z początku XVIII stulecia wielbiciela pradawnych
murów, księcia Henryka Józefa Jana Auersperga, nie powiodły się wobec
niewystarczających funduszy. Do 1728 roku zamczysko mieściło jeszcze
kancelarię starosty ziemskiego, po czym zostało definitywnie opuszczone,
co przyczyniło się do przyśpieszenia tempa obracania się budowli w ruinę. Reszty w 1784 roku dokonał pożar. Natomiast pół wieku po zajęciu
Śląska przez Prusy Karol Józef Auersperg sprzedał w 1791 roku
ostatecznie księstwo ziębickie królowi Fryderykowi Wilhelmowi II. W latach 1819-1829 wokół zamku utworzono nastrojowy park, niwelując dawne
fosy i zewnętrzne umocnienia.
Kolejnymi właścicielami zamku byli przedstawiciele rodu von Deym.
Hrabina Anna von Deym zgodziła się na zorganizowanie na dziedzińcu
niszczejącej warowni ćwiczeń strażackich i gimnastycznych, zaś w samym
zamczysku umieściła magazyn nafty. W 1929 roku hrabia Hubert von Deym
zezwolił z kolei na otwarcie w wieży muzeum regionalnego. Na terenie
ruin funkcjonowało też schronisko młodzieżowe i teatr. Po nastaniu w 1945 roku polskiej władzy wywłaszczono dotychczasowych dziedziców
zamczyska, Frankenstein przemianowano na Ząbkowice Śląskie, a muzealne
zbiory znikły z zamkowej wieży. W okresie 1958-1961 zabezpieczono w końcu ruiny książęcej warowni, zaś w latach 90. XX wieku dokonano
konserwacji i restauracji budowli.
Legendy
O złym kasztelanie, Kunegundzie i Wincentym - Na zamku
w sławnym mieście Frankenstein żył dumny i przewrotny kasztelan oraz
jego córa, imię Kunegundy nosząca. Była to dziewoja urody niezwykłej, a widok jej nikogo obojętnym nie zostawiał, u jednych szacunek aniołom
należny wzbudzając, u innych żądze dzikie i gorące. Radował się
kasztelan z tak wspaniałej latorośli i prędko za mąż wydać ją pragnął. A że serce zepsute w swojej nosił piersi, przeto nie o szczęściu córki
myślał, jeno o kandydacie, który jego samego splendorem otoczy i rodowi
świetne zapewni koligacje.
Nie brakowało amantów dobrze urodzonych i zamożnych, do których śmiały
się oczy kasztelana, o powab Kunegundy w konkury stających i krasy jej
spragnionych. Atoli kasztelanka zaloty ich odrzucała, obojętnością
karmiąc. Albowiem serce jej do prostego pasterza Wincentego należało,
który jako jedyny rozgrzać je potrafił. Dwoje młodych, ciemnością nocy
chronionych, spotykało się w tajemnicy przy bladej poświacie księżyca,
dłonie swoje wzajemnie ogrzewając i przysięgi uroczyste czyniąc. Nie
znał pan na Frankensteinie sekretu córki, lecz kiedy ta kolejnych
zalotników precz odsyłała, gniew go rozpalał okrutny.
Pewnej nocy jasnej, choć Kunegunda i Wincenty wszelką zachowywali
ostrożność, ujrzał ich pan zepsuty i z wściekłości zawył. Oto bowiem
powab córki, który bogactwo i pomyślność miał mu zapewnić, w ręce
pastucha prostego miał się dostać! W jednej chwili krzyknął pan i kochanków przeklął. A że potężnymi są ojcowskie i matczyne przekleństwa,
choćby rodzice bez czci i wiary byli, w tej oto godzinie Kunegunda i Wincenty w drzewa się zamienili. Nie wiadomo, co stało się ze złym
kasztelanem, choć dobry Bóg zapewne karę straszliwą mu przeznaczył. Lecz
piękna dziedziczka i ubogi pasterz wciąż tkwią pod drzew postacią w ząbkowickim parku.
O Piekielnym Łowcy i morowym powietrzu - Bogatym grodem
był Frankenstein, który choć od piastowskiego dziedzictwa i polskiej
oderwany ziemi, godną opiekę królów czeskich i cesarzy otrzymał. Bogacił
się gród zacny, kupieckim wrzał życiem, a mieszczanie w zamożność
wzrastali w owym mieście, którego bezpieczeństwa strzegł zamek warowny i świetny. Weseli przeto i upojeni powodzeniem mieszkańcy wielbili Boga i dzięki Mu składali za swą pomyślność i szczęście.
Nie w smak były hymny nabożne, modły żarliwe i pokój serc Piekielnemu
Łowcy, który siłą był przewrotną i złowrogą, z samych czeluści na ziemię
posłaną. On to zawładnął sercami i umysłami miejskich grabarzy, aby na
gród spokojny straszliwy los zesłać. Oto owładnięci mocą jego grabarze
proszek trujący po nocach ciemnych wytwarzali, zagładę wszelkiemu
niosący stworzeniu, nad ranem klamki, kołatki i progi domostw nim
smarując. I gdy pewnym zimowym porankiem obudził się gród do życia,
pierwsze trupy nieszczęśników na ulicach jego odnaleziono, wrzodami
plugawymi pokryte. Zadrżeli mieszczanie na ten widok straszliwy, a od
zwłok powietrze morowe dalej się niosło.
Padały jako muchy kolejne ofiary, albowiem zaraza z każdym dniem żniwo
obfitsze zbierała. Trwoga wielka lud ogarnęła, jadowite zaś wyziewy
napełniły ulice u stóp zamku, który przed takim wrogiem grodu obronić
nie zdołał. Grabarze tymczasem wciąż więcej proszku śmiertelnego z podszeptu Piekielnego Łowcy tworzyli, by dzieło swe dokończyć. Co dzień
nowe trupy poranek ogłaszały, a kiedy mrozy ustąpiły i wiosenne ciepło
nastało, powietrze morowe do reszty królowanie swe we Frankensteinie
utwierdziło. Pośród wyziewów ohydnych ulice napełniały się trupami,
podróżni zaś gród omijali, z trwogą imię Frankensteinu szepcząc. Nie
pomogły modły ni posty, nie pomogły zioła ni medykamenty, albowiem trupi
odór niósł się po mieście i coraz więcej istnień pochłaniał.
Królował przeto Piekielny Łowca nad grodem uciemiężonym, grabarze zaś
coraz większych bezeceństw się dopuszczali, najstraszliwszym podszeptom
i instynktom zadość czyniąc niby niewolnicy złego. Umierających rabowali
bez litości, a w obliczu trwogi powszechnej, gdy karność wszelka z Frankensteinu uleciała na skrzydłach śmierci, coraz śmielej sobie
poczynali. Oto sprzęty święte z przybytków Bożych wynosili, z ciał matek
brzemiennych płody wyrywali i serca dziatek małych pożerali, a w świątyniach opustoszałych ciała dziewic plugawili, mocom piekielnym
posłuszni. Nikt wszelako o owych orgiach ohydnych nie wiedział, albowiem
każdy schronienia jeno poszukiwał i bliskich swych opłakiwał, samemu
godziny ostatnie licząc. Nie umiał też rady odnaleźć starosta, który
przygnębiony na zamku przed morem się chronił.
Lecz nieostrożność w końcu zgubę na grabarzy sprowadziła. Choć każdy z mieszczan o końcu życia swego jeno myślał, przecie praktyki podejrzane
uwadze nielicznych nie uszły i wraz z zarazą domysły po udręczonym
Frankensteinie krążyć poczęły. Dotarły one do starosty i rajców, przeto
męża uczonego ze Świdnicy do miasta przez Piekielnego Łowcę opanowanego
sprowadzono. Zaraz też do sądzenia podejrzanych przystąpiono, a kiedy
grabarze w ręce sprawiedliwości trafili, zeznania z nich wydobyto i winę
orzeczono. Niegodziwców wydano na kaźń okrutną, żywcem pieczono,
rozrywano i członki im wyrywano.
Kiedy zaś tak srogą otrzymali karę, morowe powietrze ustało, gród zaś od
Piekielnego Łowcy był wolnym. Miasto od zarazy ocalone do życia wracać
poczęło, martwych zaś grzebano, Bogu dzięki zanosząc i pomyślność
odzyskując. Pozostało jednak wspomnienie trwożliwe o rządach Piekielnego
Łowcy, które myśli niespokojne o ułomności ludzkiej natury przywoływało.
Pokój wszelako powszechny gród nawiedził, a wyniosłe mury zamkowe jako
władzy królewskiej ostoja przypominały, że każda zbrodnia prędzej czy
później ukaraną zostanie.
Komentarz do legend
Opowieść o zakochanej w prostym chłopie lub więzionym na zamku jeńcu
dziedziczce i okrutnym ojcu należy do kanonu folkloru ustnego Europy i nie tylko, choć występuje w wielu wariantach. Często zły kasztelan
zabija wybranka córki, ta zaś popełnia samobójstwo, po czym odwiedza
zamek jako nieszczęśliwa zjawa, jak to miało miejsce w Odrzykoniu (zob.
Legendy zamków karpackich).
Zdarzają się jednak i bardziej szczęśliwe zakończenia. Bogumile z jurajskiego zamku Smoleń udało się bowiem uciec z tatarskim jeńcem
Selimem z ojcowskiej warowni. Tam jednak pan Pilecki okazał się zupełnie
innym typem postaci niż kasztelanowie z Ząbkowic Śląskich i Odrzykonia,
rozumiał miłość młodych i zaniechał pościgu. W podobnej sytuacji
znacznie większym okrucieństwem wykazał się Glaubitz z zamku Szczerba
(por. Gniewoszów).
Drugie przytoczone podanie - pośrednio tylko związane z zamkiem
książęcym - stanowi przerobioną przez ludowe wyobrażenia narrację opartą
na autentycznych wydarzeniach, które zapewniły Ząbkowicom Śląskim złą
sławę i otoczyły grozą imię grodu Frankenstein, przyczyniając się jednak
z czasem do owocnego wykorzystania jego złowrogiej "marki".
17 stycznia 1606 roku nawiedziła Ząbkowice Śląskie dżuma, przez przeszło
pół roku zbierając obfite żniwo. Szacuje się, że świetny dotąd gród
stracił w owym czasie prawie 2 tysiące mieszkańców. Jak zwykle w podobnej sytuacji pojawiły się pogłoski o domniemanych winnych zarazy. W atmosferze paniki podejrzenie padło na miejskich grabarzy i ich
rzekomych wspólników, tym bardziej że donos na nich złożył grabarski
parobek. We wrześniu i październiku pod zarzutem świadomego sprowadzenia
moru aresztowano grabarzy Wacława Förstera, Jerzego Freidigera i Kacpra
Schleinigera oraz byłego więźnia Weibera, żebraka Kacpra Schettsa z żoną
Małgorzatą, małżonkę Schleinigera Magdalenę Urszulę i jej córkę -
Zuzannę Maß. Specjalna komisja, na której czele stanął Jan Schweps ze
Świdnicy, odnalazła podobno w domach oskarżonych trujący proszek
sporządzany z ludzkich zwłok. Na torturach oskarżeni przyznali się do
świadomego rozprzestrzeniania moru, grabieży trupów, kradzieży
wyposażenia kościołów, a nawet zjadania na surowo serc dzieci, wyrywania
ciężarnym płodów z brzucha i świętokradczych gwałtów w niepilnowanych
świątyniach. Skazanych stracono w okrutny sposób, kastrując ich,
odrywając kciuki, wyrywając ręce, rozrywając na strzępy i gotując
żywcem. Dżuma jednak ustąpiła z miasta dopiero po kolejnych kilku
miesiącach.
Mroczne wydarzenia z Ząbkowic Śląskich i pochodzące z zeznań rewelacje
długo rozpalały wyobraźnię, domagając się jakiegoś wyjaśnienia owych
przerażających sensacji. Odpowiadając na tę potrzebę, ewangelicki
proboszcz Samuel Heinnitz wygłosił serię kazań, na bazie których trzy
lata później wydał w Lipsku Historię prawdziwą o kilku wykrytych i zniszczonych trucicielskich dziełach Diabelskiego Łowcy w czasie zarazy
roku 1606 w mieście Frankenstein na Śląsku. W niej to pojawił się
tytułowy Diabelski Łowca (Teuflisch Jäger), uosabiający zło opanowujące
ludzkie umysły, który miał być przyczyną owych makabrycznych wydarzeń.
Kreacja ta zdobyła sobie pewną popularność, a - z nią czy bez niej -
Frankenstein otoczył się wyjątkowo złą sławą, dobrze znaną w Europie. Na
tym jednak historia się nie skończyła.
Jej dalsze rozdziały dopisały deszczowe noce w Villa Diodati pod Genewą,
gdzie Jerzy (George) Byron, Mateusz (Mathew) Lewis, Jan (John) Polidori,
Percy Shelley i Maria (Mary) Wollstonecraft-Godwin raczyli się w 1816
roku wypoczynkiem, rozważaniami z pogranicza nauki i snuciem opowieści o duchach i upiorach. Poza samym nastrojem mrocznych wieczorów nie bez
znaczenia pozostawały wieści o eksperymentach Erasmusa Darwina,
pragnącego ożywiać ludzkie zwłoki, jak również wizyta przed dwoma laty
Marii i Percy'ego w zamku... Frankenstein nad Renem, gdzie w XVII wieku
alchemik Konrad Dippel próbował przywracać życie zmarłym. Być może
dotarła do nich i ponura sława śląskiego Frankensteinu. Dość powiedzieć,
że nad Jeziorem Genewskim Godwin przyśnił się odrażający żywy trup. W czasie snucia w owym towarzystwie różnych opowieści niesamowitych Maria
śmiało wykorzystała motyw z sennej wizji, a za namową Percy'ego
przystąpiła do pisania powieści o Wiktorze Frankensteinie. Wydane już
pod nazwiskiem Marii Shelley dzieło Frankenstein, czyli nowoczesny
Prometeusz jak wiele innych klasycznych powieści grozy posiadało
moralno-dydaktyczne przesłanie, a tragiczne losy naukowca, tworzącego -
w swoim pojęciu dla dobra ludzkości - ohydnego potwora z ludzkich zwłok,
stanowić miały przestrogę dla samozwańczych dobroczyńców rodzaju
ludzkiego.
Frankenstein zrobił zawrotną karierę, choć odbierany był raczej jako
mrożąca krew w żyłach powieść grozy niż moralizatorska parabola, a nazwiskiem szalonego naukowca zaczęto z czasem określać stworzonego
przez niego potwora. Ta sugestywnie nakreślona postać stała się z czasem
ważnym motywem kulturowym, wszechobecnym choćby w kinematografii. Mało
kto jednak pamięta, że swoje istnienie zawdzięcza nie tylko Villi
Diodati, ale też tajemniczemu zamkowi nad Renem, a pośrednio może i Ząbkowicom Śląskim, po których grasować miał Piekielny Łowca.