Maszyneria nie niszczy, lecz tworzy, pod warunkiem że ręka, która ją
kontroluje, jest wystarczająco silna, by nad nią zapanować.
- Rivego, twórca murali ze starożytnej Ziemi
Porządek dziobania" wśród umierających i pozbawionych nadziei ludzi był dla Erazma fascynujący, a nawet zabawny.
Ich reakcje były częścią eksperymentu i uważał, że rezultaty są bardzo
interesujące.
Robot przechadzał się po korytarzach swojego starannie urządzonego
laboratorium na Corrinie, powiewając wykwintną purpurową szatą. Ten
pretensjonalny strój miał mu nadać bardziej pański wygląd. Niestety
zamknięte w celach ofiary nie zwracały uwagi na jego toaletę,
pochłonięte własnym cierpieniem. Nie można było nic na to poradzić,
ponieważ ludziom sprawiało wielką trudność skupienie się na sprawach,
które bezpośrednio ich nie dotyczyły.
Kilkadziesiąt lat wcześniej roboty budowlane wzniosły ten zwieńczony
wysoką kopułą gmach według jego dokładnych instrukcji. Liczne, dobrze
wyposażone pomieszczenia - każde całkowicie odizolowane od pozostałych i sterylne - zawierały wszystko, co potrzebne było Erazmowi do
eksperymentów.
Kontynuując regularny obchód, niezależny robot mijał plazowe okna
zamkniętych izb, w których leżały przywiązane do łóżek obiekty
eksperymentu z rozprzestrzenianiem zarazy. Niektóre bredziły już i majaczyły, zdradzając objawy zainfekowania retrowirusem, natomiast inne
były przerażone, bo miały ku temu zasadne, racjonalne powody.
Testowanie wywołanej sztucznie choroby było już prawie zakończone.
Efektywny współczynnik umieralności wynosił czterdzieści trzy procent,
co wprawdzie nie było wynikiem doskonałym, ale i tak oznaczało, że
zdołał wyhodować najbardziej zjadliwego wirusa w udokumentowanych
dziejach ludzkości. Wirus ten posłuży osiągnięciu niezbędnego celu, a Omnius nie może dłużej czekać. Trzeba szybko coś zrobić.
Święta krucjata ludzi przeciwko myślącym maszynom trwała już prawie
wiek, powodując wielkie zniszczenia i zakłócając spokój. Nieustające
fanatyczne ataki Armii Dżihadu wyrządzały imperium Zsynchronizowanych
Światów nieobliczalne szkody - statki wojenne robotów ulegały zagładzie
tak szybko, że poszczególne wcielenia Omniusa ledwie nadążały z odbudową
floty. Postępy Omniusa zostały powstrzymane, co było niewybaczalne. W końcu główny komputer zaczął się domagać rozwiązania. Bezpośrednie
zmagania okazały się niewystarczające, więc badano inne możliwości. Na
przykład broń biologiczną.
Jak wykazywały symulacje, szybko rozprzestrzeniająca się epidemia mogła
być dającą przewagę bronią, niszczącą całe populacje - włącznie z siłami
militarnymi - ale zostawiającą zwycięskim myślącym maszynom nietkniętą
infrastrukturę i zasoby naturalne planet. Kiedy specjalnie
zaprojektowana zaraza dokona dzieła, Omnius będzie mógł powiązać
pozrywane nici i przywrócić funkcjonowanie swoich systemów.
Erazm miał pewne zastrzeżenia do tej taktyki, obawiając się, że straszna
zaraza może unicestwić wszystkich ludzi. Chociaż Omnius mógłby być
zadowolony z ich całkowitej zagłady, autonomiczny robot bynajmniej nie
pragnął takiego rozwiązania. Nadal interesowały go te istoty, zwłaszcza
Gilbertus Albans, którego wychował jako zastępczego syna, zabrawszy z nędznych zagród dla niewolników. W czysto naukowym sensie Erazm
potrzebował wystarczającej ilości materiału organicznego dla swoich
badań laboratoryjnych i terenowych nad ludzką naturą.
Nie mogą zostać zabici wszyscy. Tylko większość z nich.
Ale istoty te były zadziwiająco odporne. Wątpił, by nawet najgorsza
zaraza mogła zmieść ten gatunek. Ludzie mieli intrygującą umiejętność
przystosowywania się do przeciwieństw i pokonywania ich
niekonwencjonalnymi środkami. Gdyby mogły się tego nauczyć myślące
maszyny...
Owinąwszy się ciasno swoją wytworną togą, robot o platynowej powłoce
wszedł do centralnego pomieszczenia laboratorium, w którym pojmany przez
niego Tlulaxanin stworzył doskonałego retrowirusa RNA. Myślące maszyny
były wydajne i oddane sprawie, ale do skierowania gniewu Omniusa na
całkowicie destrukcyjny tor działania potrzeba było zepsutej ludzkiej
wyobraźni. Żaden robot ani komputer nie wymyśliłby tak przerażającego
dzieła śmierci - to wymagało pałającego chęcią zemsty człowieka.
Rekur Van, biotechnolog i genetyk napiętnowany w Lidze Szlachetnych,
wiercił się w podtrzymującym życie gnieździe, nie mogąc poruszać
czymkolwiek oprócz głowy, ponieważ nie miał rąk ani nóg. Do jego tułowia
podłączone były rurki doprowadzające substancje odżywcze i usuwające
odchody. Krótko po schwytaniu genetyka Erazm usunął mu kończyny, dzięki
czemu mężczyzna stał się dużo posłuszniejszy. W przeciwieństwie do
Gilbertusa Albansa, nie można mu było ufać.
Robot przywołał na swoją elastometalową twarz radosny uśmiech.
- Dzień dobry, Kadłubku. Mamy dzisiaj dużo pracy. Może nawet zakończymy
nasze wstępne testy.
Pociągła twarz Tlulaxanina wyglądała na jeszcze bardziej wynędzniałą niż
zwykle; jego ciemne, osadzone blisko oczy były rozbiegane jak u zwierzęcia w potrzasku.
- Była już pora, żebyś tu dotarł. Nie śpię od wielu godzin i tylko
patrzę - powiedział.
- A więc miałeś mnóstwo czasu, żeby snuć nowe niezwykłe pomysły - odparł
Erazm. - Nie mogę się doczekać, kiedy o nich usłyszę.
Jeniec zmełł w ustach wulgarną zniewagę, po czym zapytał:
- A jak ci idą eksperymenty z gadzim odrastaniem kończyn? Są jakieś
postępy?
Robot nachylił się, podniósł biologiczny płat i przyjrzał się skórze na
jednym z kikutów ramion Rekura Vana.
- Jest już coś? - zapytał z niecierpliwością Tlulaxanin. Przekręcił
głowę pod osobliwym kątem, próbując dojrzeć coś na okaleczonej
kończynie.
- Z tej strony nie.
Erazm sprawdził biologiczny płat na drugim ramieniu.
- Tutaj możemy coś mieć. Wyraźnie widać guzek wzrostu na skórze.
W każdym kikucie wszczepiony był inny katalizator komórkowy, umieszczony
tam w celu regeneracji odciętych członków.
- Wyciągnij wnioski ze swoich danych, robocie. Jak długo będę musiał
czekać, aż odrosną mi ręce i nogi?
- Trudno powiedzieć. Może kilka tygodni, a może znacznie dłużej. - Erazm
potarł metalowym palcem guzek na skórze jeńca. - Zresztą ta narośl może
być czymś zupełnie innym. Ma czerwonawe zabarwienie; może to tylko
infekcja.
- Nie czuję bólu.
- Chciałbyś, żebym to podrapał?
- Nie. Poczekam, aż sam będę mógł to zrobić.
- Nie bądź nieuprzejmy. Ma to być nasz wspólny wysiłek. - Chociaż
rezultaty eksperymentu wyglądały obiecująco, nie był on priorytetem
robota. Erazm myślał o czymś dużo ważniejszym.
Pokręcił trochę zaworkiem kroplówki, co rozpogodziło pociągłą twarz
Tlulaxanina. Niewątpliwie Rekur Van miał jedną ze swoich huśtawek
nastroju. Erazm będzie go bacznie obserwował i podawał leki, by genetyk
nadal pracował wydajnie. Może uda mu się dzisiaj zapobiec napadowi
złości u Tlulaxanina. W niektóre ranki wszystko mogło wyprowadzić go z równowagi. Kiedy indziej robot celowo go prowokował, by obserwować
rezultaty.
Sterowanie ludźmi - nawet takim odrażającym osobnikiem - było zarówno
nauką, jak i sztuką. Ten poniżony jeniec był takim samym obiektem
doświadczalnym jak każdy z ludzi w zachlapanych krwią zagrodach i pomieszczeniach laboratoryjnych. Nawet kiedy Tlulaxanin był doprowadzony
do ostateczności, kiedy próbował, używając tylko zębów, oderwać rurki
systemów podtrzymywania życia, Erazm zawsze potrafił skłonić go do
podjęcia pracy nad zarazą. Na szczęście człowiek ten nienawidził
mieszkańców Ligi jeszcze bardziej niż swoich mechanicznych panów.
Kilkadziesiąt lat wcześniej, podczas wielkiego wrzenia w Lidze,
ujawniono - ku przerażeniu i odrazie wolnej ludzkości - ponure sekrety
tlulaxańskich farm narządów. Opinia publiczna na światach Ligi zapałała
oburzeniem na genetyków i rozwścieczone tłumy zniszczyły farmy.
Większość Tlulaxan, których reputacja legła w gruzach, musiała się
ukrywać.
Rekur Van uciekł w rejon kosmosu należący do Zsynchronizowanych Światów,
zabierając ze sobą coś, co uważał za dar, którego przyjęcia maszyny nie
mogą odmówić: materiał komórkowy do stworzenia doskonałego klona Sereny
Butler. Erazm, który pamiętał intrygujące dyskusje z tą kobietą, był
zachwycony. Zdesperowany Van był pewien, że robot będzie chciał ją mieć,
ale - niestety - klony, które otrzymał, nie miały żadnych wspomnień
Sereny i nie odznaczały się jej pasją. Były jedynie powierzchownymi
kopiami.
Jednak mimo bezbarwności klonów Erazm uznał, że bardzo interesujący jest
sam ich twórca - ku konsternacji tego drobnego mężczyzny. Niezależny
robot lubił jego towarzystwo. Znalazł w końcu kogoś, kto mówił jego
naukowym językiem, badacza, który mógł mu pomóc lepiej zrozumieć
niezliczone aspekty złożonych ludzkich organizmów.
Pierwsze kilka lat, nawet po amputacji rąk i nóg Tlulaxanina, było dla
Erazma nie lada wyzwaniem. Ostatecznie jednak, dzięki starannym
manipulacjom i cierpliwie stosowanemu systemowi nagród i kar,
przekształcił Rekura Vana w całkiem obiecujący obiekt eksperymentalny.
Sytuacja pozbawionego kończyn mężczyzny do złudzenia przypominała
położenie jego dawców narządów z rzekomych farm. Erazm uważał, że jest
to prawdziwa ironia losu.
- Chciałbyś dostać teraz jakiś smakołyk, żebyśmy zabrali się do pracy? -
spytał Erazm. - Może ciasteczko mięsne?
Oczy Vana zabłysły, bo była to jedna z nielicznych przyjemności, które
mu pozostały. Ciasteczka mięsne, przyrządzane z rozmaitych hodowanych w laboratoriach organizmów, w tym z "odpadów" ludzkich, uważano na
rodzinnej planecie Tlulaxanina za przysmak.
- Nakarm mnie, bo odmówię dalszej współpracy - odparł.
- Za często uciekasz się do tej groźby, Kadłubku. Jesteś podłączony do
zbiorników z roztworami odżywczymi. Nie umrzesz z głodu, nawet jeśli
odmówisz przyjmowania posiłków.
- Chcesz, bym z tobą współpracował, a nie tylko żył... i zostało ci
niewiele kart przetargowych. - Twarz genetyka wykrzywiła się w grymasie.
- Dobrze. Ciasteczka mięsne! - krzyknął Erazm. - Czwororęki, zajmij się
tym.
Wszedł jeden z jego wynaturzonych ludzkich laborantów, balansując w czterech przeszczepionych rękach tacą, na której piętrzyły się osłodzone
organiczne smakołyki. Tlulaxanin poruszył się w swoim gnieździe, by
spojrzeć na makabryczne jadło... i dodatkową parę rąk, która niegdyś była
jego.
Zgromadziwszy pewną wiedzę o metodach transplantacji używanych przez
Tlulaxan, Erazm przeszczepił ręce i nogi byłego łowcy niewolników dwóm
laborantom, dodając sztuczne mięśnie, ścięgna i kości, by miały
odpowiednią długość. Chociaż była to tylko próba i okazja do nauczenia
się czegoś, zakończyła się godnym podziwu sukcesem. Czwororęki niezwykle
sprawnie nosił różne rzeczy; Erazm miał nadzieję, że któregoś dnia
nauczy go żonglerki, co mogło się spodobać Gilbertusowi Albansowi.
Natomiast Czworonogi potrafił biec po równinie jak antylopa.
Ilekroć któryś z laborantów pojawiał się w jego polu widzenia,
Tlulaxanin przypominał sobie o swym beznadziejnym położeniu.
Rekur Van nie miał rąk, więc Czwororęki wkładał mu ciasteczka w żarłocznie otwarte usta jedną ze swoich par, akurat tą, która należała
wcześniej do jeńca. Van wyglądał jak głodny kurczak domagający się
dżdżownic od kwoki. Na okrywającą jego tułów czarną koszulę sypały się
brązowożółte okruchy; niektóre spadały do zbiornika składników
odżywczych, gdzie miały zostać powtórnie przetworzone.
Erazm podniósł rękę i laborant przerwał karmienie.
- Na razie wystarczy - powiedział. - Dostaniesz więcej, Kadłubku, ale
najpierw praca. Przejrzyjmy dzisiejsze statystyki zgonów spowodowanych
przez różne szczepy.
"To interesujące - pomyślał - że podobnego rodzaju broni użył Vorian
Atryda, syn zdrajcy, Tytana Agamemnona, wprowadzając wirusa
komputerowego do kuli aktualizacyjnej dostarczanej przez nieświadomego
niczego robota Seurata. Ale nie tylko maszyny są podatne na śmiertelne
infekcje..."
Rekur Van zrobił nadąsaną minę, ale po chwili oblizał wargi i zabrał się
do studiowania wyników. Wydawało się, że liczba ofiar sprawia mu
przyjemność.
- Wyborne - mruknął. - Te zarazy są bezwzględnie najlepszym sposobem na
zabicie milionów ludzi.
Wielkość sama w sobie jest nagrodą... ale jej koszta są straszne.
- primero Xavier Harkonnen, ostatni zapis w dzienniku dyktafonowym
Podczas swojej nadnaturalnie długiej
kariery wojskowej naczelny wódz Vorian Atryda wiele widział, ale rzadko
zdarzało mu się odwiedzić planetę piękniejszą od Kaladanu. Dla niego ten
wodny świat był skrzynią ze skarbami, pełną wspomnień i fantazji na
temat tego, jak powinno wyglądać "normalne" życie - bez maszyn, bez
wojny.
Dokądkolwiek się udał na Kaladanie, widział pamiątki złotych czasów,
które spędził tutaj z Leronicą Tergiet. Była matką jego synów bliźniaków
i od ponad siedemdziesięciu lat jego ukochaną towarzyszką życia, chociaż
nigdy oficjalnie się nie pobrali.
Teraz przebywała w ich domu na Salusie Secundusie. Mimo iż była już po
dziewięćdziesiątce, kochał ją bardziej niż kiedykolwiek. Aby dłużej
zachować młodość, mogła przyjmować regularnie dawki melanżu, który stał
się bardzo popularny wśród zamożnych szlachetnych, ale odmówiła
skorzystania z czegoś, co uważała za sztuczne wspomaganie. Taka już
była!
W przeciwieństwie do niej Vor, dzięki zabiegowi zapewnienia
nieśmiertelności, któremu siłą poddał go ojciec, nadal wyglądał młodo i można go było wziąć za jej wnuka. Aby nie uważano ich za aż tak
niedobraną parę, Vor regularnie farbował włosy na siwo. Żałował, że nie
zabrał jej ze sobą tam, gdzie się poznali.
Siedział ze swoim pełnym entuzjazmu adiutantem Abulurdem Butlerem,
najmłodszym synem Quentina Vigara i Wandry Butler, patrząc na spokojne
kaladańskie morze i statki wracające z połowów krasnorostów i ryb
maślanych. Abulurd był wnukiem bliskiego przyjaciela Vora... ale nazwisko
Xaviera Harkonnena padało rzadko, ponieważ nieodwracalnie napiętnowano
go jako tchórza i zdrajcę ludzkości. Na myśl o tej niesprawiedliwości
Vor poczuł się tak, jakby w gardle uwiązł mu jakiś kolczasty owoc, lecz
w żaden sposób nie mógł przeciwstawić się krzywdzącej legendzie. Minęło
już prawie sześćdziesiąt lat.
Znaleźli stolik w restauracji dryfowej na klifie, która przesuwała się
powoli wzdłuż brzegu, zapewniając stale zmieniający się widok na morze.
Ich wojskowe czapki leżały na szerokim parapecie okna. Fale rozbijały
się o przybrzeżne skały, a ściekająca drobnymi strumykami woda sprawiała
wrażenie, jakby ich boki pokryte były białą koronką. Na falach lśniły
refleksy późnopopołudniowego słońca.
Odziani w zielono-szkarłatne mundury, patrzyli na rozpoczynający się
przypływ i popijali wino, ciesząc się chwilą wytchnienia od trudów
ciągnącego się bez końca dżihadu. Vor nosił mundur niedbale, unikając
drażniących go odznaczeń, tymczasem mundur Abulurda wyglądał jak spod
igły, kanty jego spodni zaś były ostre jak brzytwa.
"Zupełnie jak dziadek" - pomyślał Vor.
Vorian wziął młodzieńca pod swoje skrzydła, troszczył się o niego i pomagał mu. Abulurd nie znał matki - najmłodszej córki Xaviera - która
rodząc go, doznała poważnego udaru mózgu i wpadła w katatonię. Teraz,
skończywszy osiemnaście lat, wstąpił do Armii Dżihadu. Jego ojciec i bracia zdobyli prestiż i otrzymali wiele odznaczeń. Z czasem najmłodszy
syn Quentina Butlera też się wyróżni.
Aby uniknąć piętna, jakim było nazwisko Harkonnen, ojciec Abulurda
przyjął dobrze kojarzące się nazwisko rodowe matki żony i mógł się
szczycić pielęgnowaniem dziedzictwa samej Sereny Butler. Chociaż wżenił
się w tę sławną rodzinę przed czterdziestoma dwoma laty, bohater wojenny
Quentin pozwolił sobie na refleksję nad ironicznym wydźwiękiem tego
nazwiska. "Butler było niegdyś określeniem sługi, który bez szemrania
wykonuje rozkazy swojego pana. Jednak ja ustanawiam nową dewizę rodową:
"Butlerowie nie są niczyimi sługami"". Jego dwaj starsi synowie, Faykan
i Rikov, przyjęli tę dewizę, poświęcając życie służbie w Armii Dżihadu.
"Taki szmat historii łączy się z tym nazwiskiem - pomyślał Vor. - I tak
wielki niesie ono ze sobą bagaż".
Wziąwszy głęboki oddech, przyjrzał się restauracji. Na jednej ze ścian
wisiał transparent z przedstawieniami Trójcy Męczenników: Sereny Butler,
jej niewinnego syna Maniona i Wielkiego Patriarchy Ginjo. Stojąc wobec
tak nieustępliwego wroga jak myślące maszyny, ludzie szukali ratunku w Bogu albo w Jego przedstawicielach. Jak w każdym ruchu religijnym,
również wśród czcicieli męczenników zwanych martyrystami istniał
margines fanatycznych wyznawców, którzy oddawali się surowym praktykom w imię wiary w poległą trójkę.
Vorian nie podzielał tych wierzeń, woląc polegać dla pokonania Omniusa
na sprawności bojowej, ale ludzka natura, włącznie z fanatyzmem, miała
wpływ na jego planowanie. Ludzie, którzy nie mieli ochoty walczyć w imię
Ligi, rzuciliby się z wyciem na maszyny, gdyby poproszono ich o to w imię Sereny czy jej dziecka. Jednak chociaż martyryści mogli pomóc
sprawie dżihadu, często tylko przeszkadzali...
Zachowując milczenie, Vor złożył ręce i rozejrzał się po sali. Pomimo
założonego niedawno mechanizmu dryfowego lokal wyglądał prawie tak jak
przed laty. Primero dobrze pamiętał jego wystrój. Krzesła, w stylu
klasycznym, były być może te same, ale wymieniono wytartą tapicerkę.
Spokojnie popijając wino, Vor przypomniał sobie jedną z pracujących
tutaj dawniej kelnerek, młodą emigrantkę, którą jego żołnierze uratowali
z kolonii Peridot. Straciła całą rodzinę, kiedy myślące maszyny zmiotły
z powierzchni planety wszystkie wzniesione przez ludzi budowle, a potem
otrzymała medal dla ocalałych, który Vor osobiście jej wręczył. Miał
nadzieję, że ułożyła sobie życie na Kaladanie. Tyle czasu upłynęło... być
może już zmarła albo była wiekową matroną otoczoną gromadką wnuków.
Na przestrzeni lat Vorian wielokrotnie odwiedzał Kaladan, rzekomo po to,
by kontrolować stację nasłuchową i placówkę obserwacyjną, które prawie
siedemdziesiąt lat wcześniej założyli jego żołnierze. Nadal powracał
tutaj, kiedy tylko pozwalały na to jego obowiązki, by mieć na oku ten
wodny świat.
Uważając, że dobrze robi, już dawno temu sprowadził Leronicę i jej
synów, będących wówczas jeszcze dziećmi Estesa i Kagina, na stołeczny
świat Ligi. Ich matka rozkwitała pośród cudów Zimii, ale bliźniętom
Salusa Secundus nieszczególnie się podobał. Później chłopcy Vora -
Chłopcy? Byli teraz po sześćdziesiątce! - postanowili wrócić na Kaladan,
nigdy nie oswoiwszy się ze zgiełkiem Salusy Secundusa, polityką Ligi i Armią Dżihadu. Vor, stale w misjach wojskowych, rzadko bywał w domu, a kiedy bliźniacy osiągnęli pełnoletność, wrócili na wodny świat, by
założyć tam rodziny i dochować się własnych dzieci... teraz już nawet
wnuków.
Po tak długim czasie i sporadycznych kontaktach Estes i Kagin byli dla
niego prawie obcymi ludźmi. Zaledwie wczoraj, kiedy przybyło tu jego
zgrupowanie, udał się do nich z wizytą, by się dowiedzieć, że tydzień
wcześniej spakowali się i polecieli na Salusę, chcąc spędzić kilka
miesięcy ze swoją starą matką. Nawet o tym nie wiedział! Kolejna
zmarnowana szansa.
A jednak żadna z wizyt, które złożył im w minionych latach, specjalnie
ich nie uradowała. Za każdym razem przestrzegali konwenansów, zasiadali
z ojcem do krótkiej kolacji, lecz wydawało się, że nie wiedzą, o czym
mają z nim rozmawiać. Szybko się żegnali, wymawiając obowiązkami. Czując
się głupio, Vorian ściskał im dłonie, życzył powodzenia i szedł do
swoich zadań...
- Powraca pan myślami do dawnych czasów, prawda? - Abulurd długo
zachowywał milczenie, przyglądając się dowódcy, ale w końcu stracił
cierpliwość.
- Nic nie mogę na to poradzić. Może na to nie wyglądam, ale pamiętaj, że
jestem starcem. - Vor zmarszczył brwi, pociągając łyk zincalu, jednego z najpopularniejszych kaladańskich win. Kiedy był tutaj pierwszy raz, pił
w tawernie Leroniki i jej ojca tylko mocne i gorzkie piwo krasnorostowe...
- Przeszłość jest ważna, Abulurdzie... tak samo prawda. - Odwrócił wzrok
od morza i spojrzał na adiutanta. - Jest coś, o czym od dawna chciałem
ci powiedzieć, ale musiałem poczekać, aż będziesz wystarczająco
dojrzały. Jednak może nigdy nie będziesz.
Abulurd przeczesał palcami ciemnobrązowe włosy, ukazując cynamonowe
pasemka, zupełnie jak u jego dziadka. Młodzieniec odznaczał się również,
podobnie jak Xavier, ujmującym uśmiechem i rozbrajającym spojrzeniem.
- Zawsze interesuje mnie to, czego może mnie pan nauczyć, naczelny wodzu
- odparł.
- Niektóre rzeczy nie są przyjemne. Ale zasługujesz na to, by się o nich
dowiedzieć. Co zrobisz z tą wiedzą, to już twoja sprawa.
Zakłopotany Abulurd odwrócił wzrok. Dryfowa restauracja przestała sunąć
wzdłuż brzegu i zaczęła się opuszczać po poczerniałym od ciągłych
uderzeń fal urwisku, ku powierzchni morza.
- To trudne - rzekł Vorian, westchnąwszy przeciągle. - Lepiej dokończmy
najpierw wino.
Pociągnął długi łyk treściwego trunku, wstał i chwycił czapkę z parapetu. Abulurd zrobił posłusznie to samo, biorąc czapkę i zostawiając
opróżniony do połowy kieliszek.
Po wyjściu z restauracji wspięli się utwardzoną ścieżką na szczyt
urwiska, gdzie przystanęli wśród poszarpanych przez wiatr krzewów i kęp
białych, podobnych do gwiazd kwiatów. Ogarnął ich silny podmuch słonej
bryzy i musieli przytrzymać czapki. Vor wskazał otoczoną żywopłotem
ławkę. Niebo i otwarta przestrzeń przed nimi wydawały się bezmierne, ale
w tym szczególnym miejscu primero czuł się jak w ustronnym zaciszu. Miał
poczucie wagi tej chwili.
- Czas, żebyś się dowiedział, co naprawdę stało się z twoim dziadkiem -
rzekł.
Miał szczerą nadzieję, że młodzieniec weźmie to sobie do serca, tym
bardziej że jego starsi bracia woleli oficjalną, zmyśloną historię od
niewygodnej prawdy.
Abulurd przełknął z trudem ślinę.
- Czytałem akta - powiedział. - Wiem, że zhańbił moją rodzinę.
Vorian się zachmurzył.
- Xavier był dobrym człowiekiem i moim przyjacielem - odparł. - Czasami
historia, którą znasz, niewiele się różni od propagandy wygodnej dla
tych, którzy jej uczą. - Roześmiał się gorzko. - Powinieneś był
przeczytać oryginalne pamiętniki mojego ojca.
Abulurd wydawał się skrępowany.
- Jest pan jedyną osobą, która nie spluwa na dźwięk nazwiska Harkonnen.
Ja... ja nigdy nie mogłem uwierzyć, że był tak niegodziwy. Przecież w końcu był ojcem Maniona Niewinnego.
- Xavier nas nie zdradził. Nikogo nie zdradził. To Iblis Ginjo był zły,
a Xavier złożył w ofierze własne życie, by go zniszczyć, nim zdoła
wyrządzić więcej szkód. Działania Wielkiego Patriarchy, na równi z szalonym planem pokojowym kogitorów z wieży z kości słoniowej,
doprowadziły do śmierci Sereny. - Vor zacisnął ze złością pięści. -
Xavier Harkonnen zrobił to, czego nie chciał zrobić nikt inny, i ocalił
nasze dusze, jeśli nie więcej. Nie zasłużył sobie na to, by ciążyło na
nim odium hańby. Dla dobra dżihadu Xavier gotów był zaakceptować każdy
los, nawet ten cios nożem w plecy, który zadała mu historia. Wiedział,
że gdyby zostały ujawnione zepsucie i zdrada w samym jądrze dżihadu, ta
święta krucjata rozpłynęłaby się w morzu skandali i oskarżeń i stracilibyśmy z pola widzenia prawdziwego wroga. - Spojrzał twardym
wzrokiem na Abulurda, lecz w jego szarych oczach pojawiły się łzy. -
Przez cały ten czas pozwalałem, by mojego przyjaciela nazywano zdrajcą.
Xavier wiedział, że dżihad jest ważniejszy od oczyszczenia go z zarzutów, ale ja mam już dość zmagania się z prawdą, Abulurdzie. Przed
odlotem na Corrina Serena zostawiła nam obu przesłanie, spodziewając
się, że zostanie zabita, że stanie się męczennicą. Wyjaśniła, dlaczego
dla sprawy trzeba odsunąć na bok osobiste uczucia. Xavier uważał tak
samo: nigdy nie dbał o medale czy stawiane mu pomniki ani o to, jak
zapamięta go historia. - Vorian z trudem rozprostował palce. - On
wiedział, że większość ludzi nie zrozumiałaby tego, co zrobił. Wielki
Patriarcha miał zbyt mocną pozycję, był wspierany przez potężny Dżipol i specjalistów od propagandy. Przez czterdzieści lat tworzył swój
niezniszczalny mit, tymczasem Xavier był tylko człowiekiem, który
walczył najlepiej, jak potrafił. Kiedy się dowiedział, co Iblis chce
uczynić z jeszcze jedną kolonią ludzi - kiedy odkrył intrygę, którą
Wielki Patriarcha uknuł z Tlulaxanami - pojął, co musi zrobić. I nie
dbał o konsekwencje.
Abulurd przyglądał się Vorianowi z rosnącą fascynacją, mieszaniną
przerażenia i nadziei. Wyglądał bardzo młodo.
- Xavier był wielkim człowiekiem, który zrobił to, co należało zrobić. -
Vor wzruszył lekko ramionami. - Iblis Ginjo został usunięty.
Tlulaxańskie farmy narządów zamknięto, a badaczy wpisano na czarną listę
i rozpędzono. Dżihad nabrał nowego rozmachu i od sześćdziesięciu lat
toczymy go z zapałem.
Abulurd był nadal poruszony.
- Ale co z prawdą? Skoro pan wiedział, że dziadka okryto bezpodstawnie
hańbą, dlaczego nie próbował pan tego sprostować?
Vor tylko pokręcił ze smutkiem głową.
- Nikt nie chciał tego słuchać. Zamieszanie, które by to wywołało,
odwróciłoby uwagę ludzi od dżihadu. Nawet teraz osłabiłoby nasze
zaangażowanie w wojnę. Tracilibyśmy czas, wyciągając oskarżycielsko
palec i domagając się sprawiedliwości. Rody podzieliłyby się, stając po
przeciwnych stronach, przysięgano by zemstę, a tymczasem Omnius stale by
nas atakował.
Młody oficer sprawiał wrażenie, jakby to wyjaśnienie go nie zadowalało,
ale nic nie powiedział.
- Zdaję sobie sprawę z tego, co czujesz, Abulurdzie - rzekł Vor. - Wierz
mi, sam Xavier nie chciałby, żebym się domagał rewizji historii dla
oczyszczenia go. Minęło dużo czasu. Bardzo wątpię, by komukolwiek
jeszcze na tym zależało.
- Mnie zależy.
Vor obdarzył go bladym uśmiechem.
- Tak, a teraz znasz prawdę. - Odchylił się na oparcie. - Ale nasze
długie zmagania spajają wątłe nici mitów i opowieści o bohaterach.
Historie dotyczące Sereny Butler i Iblisa Ginjo zostały starannie
spreparowane, a martyryści zrobili z nich postaci o wiele większe niż w rzeczywistości. Dla dobra ludzi i dla siły dżihadu muszą pozostać
nieskazitelni... nawet Wielki Patriarcha, chociaż na to nie zasługuje.
Dolna warga młodzieńca zadrżała.
- A więc mój dziadek nie był... tchórzem?
- Nie. Nazwałbym go wręcz bohaterem.
Abulurd zwiesił głowę.
- Nigdy nie okażę się tchórzem - powiedział, ocierając łzy.
- Wiem, że się nim nie okażesz, Abulurdzie, i chcę, żebyś wiedział, że
jesteś dla mnie jak syn. Byłem dumny z tego, że jestem przyjacielem
Xaviera, i jestem dumny, że znam ciebie. - Vor położył dłoń na ramieniu
młodzieńca. - Być może uda nam się kiedyś naprawić tę straszną
niesprawiedliwość. Ale najpierw musimy zniszczyć Omniusa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki