Legendy Diuny (#3). Diuna. Bitwa pod Corrinem - Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Kup ebooka

69.00 zł
53.82 zł (37,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Maszy­ne­ria nie nisz­czy, lecz two­rzy, pod warun­kiem że ręka, która ją kon­tro­luje, jest wystar­cza­jąco silna, by nad nią zapa­no­wać.

- Rivego, twórca murali ze sta­ro­żyt­nej Ziemi

Porzą­dek dzio­ba­nia" wśród umie­ra­ją­cych i pozba­wio­nych nadziei ludzi był dla Era­zma fascy­nu­jący, a nawet zabawny. Ich reak­cje były czę­ścią eks­pe­ry­mentu i uwa­żał, że rezul­taty są bar­dzo inte­re­su­jące.

Robot prze­cha­dzał się po kory­ta­rzach swo­jego sta­ran­nie urzą­dzo­nego labo­ra­to­rium na Cor­ri­nie, powie­wa­jąc wykwintną pur­pu­rową szatą. Ten pre­ten­sjo­nalny strój miał mu nadać bar­dziej pań­ski wygląd. Nie­stety zamknięte w celach ofiary nie zwra­cały uwagi na jego toa­letę, pochło­nięte wła­snym cier­pie­niem. Nie można było nic na to pora­dzić, ponie­waż ludziom spra­wiało wielką trud­ność sku­pie­nie się na spra­wach, które bez­po­śred­nio ich nie doty­czyły.

Kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej roboty budow­lane wznio­sły ten zwień­czony wysoką kopułą gmach według jego dokład­nych instruk­cji. Liczne, dobrze wypo­sa­żone pomiesz­cze­nia - każde cał­ko­wi­cie odizo­lo­wane od pozo­sta­łych i ste­rylne - zawie­rały wszystko, co potrzebne było Era­zmowi do eks­pe­ry­men­tów.

Kon­ty­nu­ując regu­larny obchód, nie­za­leżny robot mijał pla­zowe okna zamknię­tych izb, w któ­rych leżały przy­wią­zane do łóżek obiekty eks­pe­ry­mentu z roz­prze­strze­nia­niem zarazy. Nie­które bre­dziły już i maja­czyły, zdra­dza­jąc objawy zain­fe­ko­wa­nia retro­wi­ru­sem, nato­miast inne były prze­ra­żone, bo miały ku temu zasadne, racjo­nalne powody.

Testo­wa­nie wywo­ła­nej sztucz­nie cho­roby było już pra­wie zakoń­czone. Efek­tywny współ­czyn­nik umie­ral­no­ści wyno­sił czter­dzie­ści trzy pro­cent, co wpraw­dzie nie było wyni­kiem dosko­na­łym, ale i tak ozna­czało, że zdo­łał wyho­do­wać naj­bar­dziej zja­dli­wego wirusa w udo­ku­men­to­wa­nych dzie­jach ludz­ko­ści. Wirus ten posłuży osią­gnię­ciu nie­zbęd­nego celu, a Omnius nie może dłu­żej cze­kać. Trzeba szybko coś zro­bić.

Święta kru­cjata ludzi prze­ciwko myślą­cym maszy­nom trwała już pra­wie wiek, powo­du­jąc wiel­kie znisz­cze­nia i zakłó­ca­jąc spo­kój. Nie­usta­jące fana­tyczne ataki Armii Dżi­hadu wyrzą­dzały impe­rium Zsyn­chro­ni­zo­wa­nych Świa­tów nie­obli­czalne szkody - statki wojenne robo­tów ule­gały zagła­dzie tak szybko, że poszcze­gólne wcie­le­nia Omniusa led­wie nadą­żały z odbu­dową floty. Postępy Omniusa zostały powstrzy­mane, co było nie­wy­ba­czalne. W końcu główny kom­pu­ter zaczął się doma­gać roz­wią­za­nia. Bez­po­śred­nie zma­ga­nia oka­zały się nie­wy­star­cza­jące, więc badano inne moż­li­wo­ści. Na przy­kład broń bio­lo­giczną.

Jak wyka­zy­wały symu­la­cje, szybko roz­prze­strze­nia­jąca się epi­de­mia mogła być dającą prze­wagę bro­nią, nisz­czącą całe popu­la­cje - włącz­nie z siłami mili­tar­nymi - ale zosta­wia­jącą zwy­cię­skim myślą­cym maszy­nom nie­tkniętą infra­struk­turę i zasoby natu­ralne pla­net. Kiedy spe­cjal­nie zapro­jek­to­wana zaraza dokona dzieła, Omnius będzie mógł powią­zać pozry­wane nici i przy­wró­cić funk­cjo­no­wa­nie swo­ich sys­te­mów.

Erazm miał pewne zastrze­że­nia do tej tak­tyki, oba­wia­jąc się, że straszna zaraza może uni­ce­stwić wszyst­kich ludzi. Cho­ciaż Omnius mógłby być zado­wo­lony z ich cał­ko­wi­tej zagłady, auto­no­miczny robot by­naj­mniej nie pra­gnął takiego roz­wią­za­nia. Na­dal inte­re­so­wały go te istoty, zwłasz­cza Gil­ber­tus Albans, któ­rego wycho­wał jako zastęp­czego syna, zabraw­szy z nędz­nych zagród dla nie­wol­ni­ków. W czy­sto nauko­wym sen­sie Erazm potrze­bo­wał wystar­cza­ją­cej ilo­ści mate­riału orga­nicz­nego dla swo­ich badań labo­ra­to­ryj­nych i tere­no­wych nad ludzką naturą.

Nie mogą zostać zabici wszy­scy. Tylko więk­szość z nich.

Ale istoty te były zadzi­wia­jąco odporne. Wąt­pił, by nawet naj­gor­sza zaraza mogła zmieść ten gatu­nek. Ludzie mieli intry­gu­jącą umie­jęt­ność przy­sto­so­wy­wa­nia się do prze­ci­wieństw i poko­ny­wa­nia ich nie­kon­wen­cjo­nal­nymi środ­kami. Gdyby mogły się tego nauczyć myślące maszyny...

Owi­nąw­szy się cia­sno swoją wytworną togą, robot o pla­ty­no­wej powłoce wszedł do cen­tral­nego pomiesz­cze­nia labo­ra­to­rium, w któ­rym poj­many przez niego Tlu­la­xa­nin stwo­rzył dosko­na­łego retro­wi­rusa RNA. Myślące maszyny były wydajne i oddane spra­wie, ale do skie­ro­wa­nia gniewu Omniusa na cał­ko­wi­cie destruk­cyjny tor dzia­ła­nia potrzeba było zepsu­tej ludz­kiej wyobraźni. Żaden robot ani kom­pu­ter nie wymy­śliłby tak prze­ra­ża­ją­cego dzieła śmierci - to wyma­gało pała­ją­cego chę­cią zemsty czło­wieka.

Rekur Van, bio­tech­no­log i gene­tyk napięt­no­wany w Lidze Szla­chet­nych, wier­cił się w pod­trzy­mu­ją­cym życie gnieź­dzie, nie mogąc poru­szać czym­kol­wiek oprócz głowy, ponie­waż nie miał rąk ani nóg. Do jego tuło­wia pod­łą­czone były rurki dopro­wa­dza­jące sub­stan­cje odżyw­cze i usu­wa­jące odchody. Krótko po schwy­ta­niu gene­tyka Erazm usu­nął mu koń­czyny, dzięki czemu męż­czy­zna stał się dużo posłusz­niej­szy. W prze­ci­wień­stwie do Gil­ber­tusa Albansa, nie można mu było ufać.

Robot przy­wo­łał na swoją ela­sto­me­ta­lową twarz rado­sny uśmiech.

- Dzień dobry, Kadłubku. Mamy dzi­siaj dużo pracy. Może nawet zakoń­czymy nasze wstępne testy.

Pocią­gła twarz Tlu­la­xa­nina wyglą­dała na jesz­cze bar­dziej wynędz­niałą niż zwy­kle; jego ciemne, osa­dzone bli­sko oczy były roz­bie­gane jak u zwie­rzę­cia w potrza­sku.

- Była już pora, żebyś tu dotarł. Nie śpię od wielu godzin i tylko patrzę - powie­dział.

- A więc mia­łeś mnó­stwo czasu, żeby snuć nowe nie­zwy­kłe pomy­sły - odparł Erazm. - Nie mogę się docze­kać, kiedy o nich usły­szę.

Jeniec zmełł w ustach wul­garną znie­wagę, po czym zapy­tał:

- A jak ci idą eks­pe­ry­menty z gadzim odra­sta­niem koń­czyn? Są jakieś postępy?

Robot nachy­lił się, pod­niósł bio­lo­giczny płat i przyj­rzał się skó­rze na jed­nym z kiku­tów ramion Rekura Vana.

- Jest już coś? - zapy­tał z nie­cier­pli­wo­ścią Tlu­la­xa­nin. Prze­krę­cił głowę pod oso­bli­wym kątem, pró­bu­jąc doj­rzeć coś na oka­le­czo­nej koń­czy­nie.

- Z tej strony nie.

Erazm spraw­dził bio­lo­giczny płat na dru­gim ramie­niu.

- Tutaj możemy coś mieć. Wyraź­nie widać guzek wzro­stu na skó­rze.

W każ­dym kiku­cie wsz­cze­piony był inny kata­li­za­tor komór­kowy, umiesz­czony tam w celu rege­ne­ra­cji odcię­tych człon­ków.

- Wycią­gnij wnio­ski ze swo­ich danych, robo­cie. Jak długo będę musiał cze­kać, aż odro­sną mi ręce i nogi?

- Trudno powie­dzieć. Może kilka tygo­dni, a może znacz­nie dłu­żej. - Erazm potarł meta­lo­wym pal­cem guzek na skó­rze jeńca. - Zresztą ta narośl może być czymś zupeł­nie innym. Ma czer­wo­nawe zabar­wie­nie; może to tylko infek­cja.

- Nie czuję bólu.

- Chciał­byś, żebym to podra­pał?

- Nie. Pocze­kam, aż sam będę mógł to zro­bić.

- Nie bądź nie­uprzejmy. Ma to być nasz wspólny wysi­łek. - Cho­ciaż rezul­taty eks­pe­ry­mentu wyglą­dały obie­cu­jąco, nie był on prio­ry­te­tem robota. Erazm myślał o czymś dużo waż­niej­szym.

Pokrę­cił tro­chę zawor­kiem kro­plówki, co roz­po­go­dziło pocią­głą twarz Tlu­la­xa­nina. Nie­wąt­pli­wie Rekur Van miał jedną ze swo­ich huś­ta­wek nastroju. Erazm będzie go bacz­nie obser­wo­wał i poda­wał leki, by gene­tyk na­dal pra­co­wał wydaj­nie. Może uda mu się dzi­siaj zapo­biec napa­dowi zło­ści u Tlu­la­xa­nina. W nie­które ranki wszystko mogło wypro­wa­dzić go z rów­no­wagi. Kiedy indziej robot celowo go pro­wo­ko­wał, by obser­wo­wać rezul­taty.

Ste­ro­wa­nie ludźmi - nawet takim odra­ża­ją­cym osob­ni­kiem - było zarówno nauką, jak i sztuką. Ten poni­żony jeniec był takim samym obiek­tem doświad­czal­nym jak każdy z ludzi w zachla­pa­nych krwią zagro­dach i pomiesz­cze­niach labo­ra­to­ryj­nych. Nawet kiedy Tlu­la­xa­nin był dopro­wa­dzony do osta­tecz­no­ści, kiedy pró­bo­wał, uży­wa­jąc tylko zębów, ode­rwać rurki sys­te­mów pod­trzy­my­wa­nia życia, Erazm zawsze potra­fił skło­nić go do pod­ję­cia pracy nad zarazą. Na szczę­ście czło­wiek ten nie­na­wi­dził miesz­kań­ców Ligi jesz­cze bar­dziej niż swo­ich mecha­nicz­nych panów.

Kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej, pod­czas wiel­kiego wrze­nia w Lidze, ujaw­niono - ku prze­ra­że­niu i odra­zie wol­nej ludz­ko­ści - ponure sekrety tlu­la­xań­skich farm narzą­dów. Opi­nia publiczna na świa­tach Ligi zapa­łała obu­rze­niem na gene­ty­ków i roz­wście­czone tłumy znisz­czyły farmy. Więk­szość Tlu­la­xan, któ­rych repu­ta­cja legła w gru­zach, musiała się ukry­wać.

Rekur Van uciekł w rejon kosmosu nale­żący do Zsyn­chro­ni­zo­wa­nych Świa­tów, zabie­ra­jąc ze sobą coś, co uwa­żał za dar, któ­rego przy­ję­cia maszyny nie mogą odmó­wić: mate­riał komór­kowy do stwo­rze­nia dosko­na­łego klona Sereny Butler. Erazm, który pamię­tał intry­gu­jące dys­ku­sje z tą kobietą, był zachwy­cony. Zde­spe­ro­wany Van był pewien, że robot będzie chciał ją mieć, ale - nie­stety - klony, które otrzy­mał, nie miały żad­nych wspo­mnień Sereny i nie odzna­czały się jej pasją. Były jedy­nie powierz­chow­nymi kopiami.

Jed­nak mimo bez­barw­no­ści klo­nów Erazm uznał, że bar­dzo inte­re­su­jący jest sam ich twórca - ku kon­ster­na­cji tego drob­nego męż­czy­zny. Nie­za­leżny robot lubił jego towa­rzy­stwo. Zna­lazł w końcu kogoś, kto mówił jego nauko­wym języ­kiem, bada­cza, który mógł mu pomóc lepiej zro­zu­mieć nie­zli­czone aspekty zło­żo­nych ludz­kich orga­ni­zmów.

Pierw­sze kilka lat, nawet po ampu­ta­cji rąk i nóg Tlu­la­xa­nina, było dla Era­zma nie lada wyzwa­niem. Osta­tecz­nie jed­nak, dzięki sta­ran­nym mani­pu­la­cjom i cier­pli­wie sto­so­wa­nemu sys­te­mowi nagród i kar, prze­kształ­cił Rekura Vana w cał­kiem obie­cu­jący obiekt eks­pe­ry­men­talny. Sytu­acja pozba­wio­nego koń­czyn męż­czy­zny do złu­dze­nia przy­po­mi­nała poło­że­nie jego daw­ców narzą­dów z rze­ko­mych farm. Erazm uwa­żał, że jest to praw­dziwa iro­nia losu.

- Chciał­byś dostać teraz jakiś sma­ko­łyk, żeby­śmy zabrali się do pracy? - spy­tał Erazm. - Może cia­steczko mię­sne?

Oczy Vana zabły­sły, bo była to jedna z nie­licz­nych przy­jem­no­ści, które mu pozo­stały. Cia­steczka mię­sne, przy­rzą­dzane z roz­ma­itych hodo­wa­nych w labo­ra­to­riach orga­ni­zmów, w tym z "odpa­dów" ludz­kich, uwa­żano na rodzin­nej pla­ne­cie Tlu­la­xa­nina za przy­smak.

- Nakarm mnie, bo odmó­wię dal­szej współ­pracy - odparł.

- Za czę­sto ucie­kasz się do tej groźby, Kadłubku. Jesteś pod­łą­czony do zbior­ni­ków z roz­two­rami odżyw­czymi. Nie umrzesz z głodu, nawet jeśli odmó­wisz przyj­mo­wa­nia posił­ków.

- Chcesz, bym z tobą współ­pra­co­wał, a nie tylko żył... i zostało ci nie­wiele kart prze­tar­go­wych. - Twarz gene­tyka wykrzy­wiła się w gry­ma­sie.

- Dobrze. Cia­steczka mię­sne! - krzyk­nął Erazm. - Czwo­ro­ręki, zaj­mij się tym.

Wszedł jeden z jego wyna­tu­rzo­nych ludz­kich labo­ran­tów, balan­su­jąc w czte­rech prze­szcze­pio­nych rękach tacą, na któ­rej pię­trzyły się osło­dzone orga­niczne sma­ko­łyki. Tlu­la­xa­nin poru­szył się w swoim gnieź­dzie, by spoj­rzeć na maka­bryczne jadło... i dodat­kową parę rąk, która nie­gdyś była jego.

Zgro­ma­dziw­szy pewną wie­dzę o meto­dach trans­plan­ta­cji uży­wa­nych przez Tlu­la­xan, Erazm prze­szcze­pił ręce i nogi byłego łowcy nie­wol­ni­ków dwóm labo­ran­tom, doda­jąc sztuczne mię­śnie, ścię­gna i kości, by miały odpo­wied­nią dłu­gość. Cho­ciaż była to tylko próba i oka­zja do naucze­nia się cze­goś, zakoń­czyła się god­nym podziwu suk­ce­sem. Czwo­ro­ręki nie­zwy­kle spraw­nie nosił różne rze­czy; Erazm miał nadzieję, że któ­re­goś dnia nauczy go żon­glerki, co mogło się spodo­bać Gil­ber­tu­sowi Alban­sowi. Nato­miast Czwo­ro­nogi potra­fił biec po rów­ni­nie jak anty­lopa.

Ile­kroć któ­ryś z labo­ran­tów poja­wiał się w jego polu widze­nia, Tlu­la­xa­nin przy­po­mi­nał sobie o swym bez­na­dziej­nym poło­że­niu.

Rekur Van nie miał rąk, więc Czwo­ro­ręki wkła­dał mu cia­steczka w żar­łocz­nie otwarte usta jedną ze swo­ich par, aku­rat tą, która nale­żała wcze­śniej do jeńca. Van wyglą­dał jak głodny kur­czak doma­ga­jący się dżdżow­nic od kwoki. Na okry­wa­jącą jego tułów czarną koszulę sypały się brą­zo­wo­żółte okru­chy; nie­które spa­dały do zbior­nika skład­ni­ków odżyw­czych, gdzie miały zostać powtór­nie prze­two­rzone.

Erazm pod­niósł rękę i labo­rant prze­rwał kar­mie­nie.

- Na razie wystar­czy - powie­dział. - Dosta­niesz wię­cej, Kadłubku, ale naj­pierw praca. Przej­rzyjmy dzi­siej­sze sta­ty­styki zgo­nów spo­wo­do­wa­nych przez różne szczepy.

"To inte­re­su­jące - pomy­ślał - że podob­nego rodzaju broni użył Vorian Atryda, syn zdrajcy, Tytana Aga­mem­nona, wpro­wa­dza­jąc wirusa kom­pu­te­ro­wego do kuli aktu­ali­za­cyj­nej dostar­cza­nej przez nie­świa­do­mego niczego robota Seu­rata. Ale nie tylko maszyny są podatne na śmier­telne infek­cje..."

Rekur Van zro­bił nadą­saną minę, ale po chwili obli­zał wargi i zabrał się do stu­dio­wa­nia wyni­ków. Wyda­wało się, że liczba ofiar spra­wia mu przy­jem­ność.

- Wyborne - mruk­nął. - Te zarazy są bez­względ­nie naj­lep­szym spo­so­bem na zabi­cie milio­nów ludzi.

Wiel­kość sama w sobie jest nagrodą... ale jej koszta są straszne.

- pri­mero Xavier Har­kon­nen, ostatni zapis w dzien­niku dyk­ta­fo­no­wym

Podczas swo­jej nad­na­tu­ral­nie dłu­giej kariery woj­sko­wej naczelny wódz Vorian Atryda wiele widział, ale rzadko zda­rzało mu się odwie­dzić pla­netę pięk­niej­szą od Kala­danu. Dla niego ten wodny świat był skrzy­nią ze skar­bami, pełną wspo­mnień i fan­ta­zji na temat tego, jak powinno wyglą­dać "nor­malne" życie - bez maszyn, bez wojny.

Dokąd­kol­wiek się udał na Kala­da­nie, widział pamiątki zło­tych cza­sów, które spę­dził tutaj z Lero­nicą Ter­giet. Była matką jego synów bliź­nia­ków i od ponad sie­dem­dzie­się­ciu lat jego uko­chaną towa­rzyszką życia, cho­ciaż ni­gdy ofi­cjal­nie się nie pobrali.

Teraz prze­by­wała w ich domu na Salu­sie Secun­du­sie. Mimo iż była już po dzie­więć­dzie­siątce, kochał ją bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Aby dłu­żej zacho­wać mło­dość, mogła przyj­mo­wać regu­lar­nie dawki melanżu, który stał się bar­dzo popu­larny wśród zamoż­nych szla­chet­nych, ale odmó­wiła sko­rzy­sta­nia z cze­goś, co uwa­żała za sztuczne wspo­ma­ga­nie. Taka już była!

W prze­ci­wień­stwie do niej Vor, dzięki zabie­gowi zapew­nie­nia nie­śmier­tel­no­ści, któ­remu siłą pod­dał go ojciec, na­dal wyglą­dał młodo i można go było wziąć za jej wnuka. Aby nie uwa­żano ich za aż tak nie­do­braną parę, Vor regu­lar­nie far­bo­wał włosy na siwo. Żało­wał, że nie zabrał jej ze sobą tam, gdzie się poznali.

Sie­dział ze swoim peł­nym entu­zja­zmu adiu­tan­tem Abu­lur­dem Butle­rem, naj­młod­szym synem Quen­tina Vigara i Wan­dry Butler, patrząc na spo­kojne kala­dań­skie morze i statki wra­ca­jące z poło­wów kra­sno­ro­stów i ryb maśla­nych. Abu­lurd był wnu­kiem bli­skiego przy­ja­ciela Vora... ale nazwi­sko Xaviera Har­kon­nena padało rzadko, ponie­waż nie­od­wra­cal­nie napięt­no­wano go jako tchó­rza i zdrajcę ludz­ko­ści. Na myśl o tej nie­spra­wie­dli­wo­ści Vor poczuł się tak, jakby w gar­dle uwiązł mu jakiś kol­cza­sty owoc, lecz w żaden spo­sób nie mógł prze­ciw­sta­wić się krzyw­dzą­cej legen­dzie. Minęło już pra­wie sześć­dzie­siąt lat.

Zna­leźli sto­lik w restau­ra­cji dry­fo­wej na kli­fie, która prze­su­wała się powoli wzdłuż brzegu, zapew­nia­jąc stale zmie­nia­jący się widok na morze. Ich woj­skowe czapki leżały na sze­ro­kim para­pe­cie okna. Fale roz­bi­jały się o przy­brzeżne skały, a ście­ka­jąca drob­nymi stru­my­kami woda spra­wiała wra­że­nie, jakby ich boki pokryte były białą koronką. Na falach lśniły refleksy póź­no­po­po­łu­dnio­wego słońca.

Odziani w zie­lono-szkar­łatne mun­dury, patrzyli na roz­po­czy­na­jący się przy­pływ i popi­jali wino, cie­sząc się chwilą wytchnie­nia od tru­dów cią­gną­cego się bez końca dżi­hadu. Vor nosił mun­dur nie­dbale, uni­ka­jąc draż­nią­cych go odzna­czeń, tym­cza­sem mun­dur Abu­lurda wyglą­dał jak spod igły, kanty jego spodni zaś były ostre jak brzy­twa.

"Zupeł­nie jak dzia­dek" - pomy­ślał Vor.

Vorian wziął mło­dzieńca pod swoje skrzy­dła, trosz­czył się o niego i poma­gał mu. Abu­lurd nie znał matki - naj­młod­szej córki Xaviera - która rodząc go, doznała poważ­nego udaru mózgu i wpa­dła w kata­to­nię. Teraz, skoń­czyw­szy osiem­na­ście lat, wstą­pił do Armii Dżi­hadu. Jego ojciec i bra­cia zdo­byli pre­stiż i otrzy­mali wiele odzna­czeń. Z cza­sem naj­młod­szy syn Quen­tina Butlera też się wyróżni.

Aby unik­nąć piętna, jakim było nazwi­sko Har­kon­nen, ojciec Abu­lurda przy­jął dobrze koja­rzące się nazwi­sko rodowe matki żony i mógł się szczy­cić pie­lę­gno­wa­niem dzie­dzic­twa samej Sereny Butler. Cho­ciaż wże­nił się w tę sławną rodzinę przed czter­dzie­stoma dwoma laty, boha­ter wojenny Quen­tin pozwo­lił sobie na reflek­sję nad iro­nicz­nym wydźwię­kiem tego nazwi­ska. "Butler było nie­gdyś okre­śle­niem sługi, który bez szem­ra­nia wyko­nuje roz­kazy swo­jego pana. Jed­nak ja usta­na­wiam nową dewizę rodową: "Butle­ro­wie nie są niczy­imi słu­gami"". Jego dwaj starsi syno­wie, Fay­kan i Rikov, przy­jęli tę dewizę, poświę­ca­jąc życie służ­bie w Armii Dżi­hadu.

"Taki szmat histo­rii łączy się z tym nazwi­skiem - pomy­ślał Vor. - I tak wielki nie­sie ono ze sobą bagaż".

Wziąw­szy głę­boki oddech, przyj­rzał się restau­ra­cji. Na jed­nej ze ścian wisiał trans­pa­rent z przed­sta­wie­niami Trójcy Męczen­ni­ków: Sereny Butler, jej nie­win­nego syna Maniona i Wiel­kiego Patriar­chy Ginjo. Sto­jąc wobec tak nie­ustę­pli­wego wroga jak myślące maszyny, ludzie szu­kali ratunku w Bogu albo w Jego przed­sta­wi­cie­lach. Jak w każ­dym ruchu reli­gij­nym, rów­nież wśród czci­cieli męczen­ni­ków zwa­nych mar­ty­ry­stami ist­niał mar­gi­nes fana­tycz­nych wyznaw­ców, któ­rzy odda­wali się suro­wym prak­ty­kom w imię wiary w pole­głą trójkę.

Vorian nie podzie­lał tych wie­rzeń, woląc pole­gać dla poko­na­nia Omniusa na spraw­no­ści bojo­wej, ale ludzka natura, włącz­nie z fana­ty­zmem, miała wpływ na jego pla­no­wa­nie. Ludzie, któ­rzy nie mieli ochoty wal­czyć w imię Ligi, rzu­ci­liby się z wyciem na maszyny, gdyby popro­szono ich o to w imię Sereny czy jej dziecka. Jed­nak cho­ciaż mar­ty­ry­ści mogli pomóc spra­wie dżi­hadu, czę­sto tylko prze­szka­dzali...

Zacho­wu­jąc mil­cze­nie, Vor zło­żył ręce i rozej­rzał się po sali. Pomimo zało­żo­nego nie­dawno mecha­ni­zmu dry­fo­wego lokal wyglą­dał pra­wie tak jak przed laty. Pri­mero dobrze pamię­tał jego wystrój. Krze­sła, w stylu kla­sycz­nym, były być może te same, ale wymie­niono wytartą tapi­cerkę.

Spo­koj­nie popi­ja­jąc wino, Vor przy­po­mniał sobie jedną z pra­cu­ją­cych tutaj daw­niej kel­ne­rek, młodą emi­grantkę, którą jego żoł­nie­rze ura­to­wali z kolo­nii Peri­dot. Stra­ciła całą rodzinę, kiedy myślące maszyny zmio­tły z powierzchni pla­nety wszyst­kie wznie­sione przez ludzi budowle, a potem otrzy­mała medal dla oca­la­łych, który Vor oso­bi­ście jej wrę­czył. Miał nadzieję, że uło­żyła sobie życie na Kala­da­nie. Tyle czasu upły­nęło... być może już zmarła albo była wie­kową matroną oto­czoną gro­madką wnu­ków.

Na prze­strzeni lat Vorian wie­lo­krot­nie odwie­dzał Kala­dan, rze­komo po to, by kon­tro­lo­wać sta­cję nasłu­chową i pla­cówkę obser­wa­cyjną, które pra­wie sie­dem­dzie­siąt lat wcze­śniej zało­żyli jego żoł­nie­rze. Na­dal powra­cał tutaj, kiedy tylko pozwa­lały na to jego obo­wiązki, by mieć na oku ten wodny świat.

Uwa­ża­jąc, że dobrze robi, już dawno temu spro­wa­dził Lero­nicę i jej synów, będą­cych wów­czas jesz­cze dziećmi Estesa i Kagina, na sto­łeczny świat Ligi. Ich matka roz­kwi­tała pośród cudów Zimii, ale bliź­nię­tom Salusa Secun­dus nie­szcze­gól­nie się podo­bał. Póź­niej chłopcy Vora - Chłopcy? Byli teraz po sześć­dzie­siątce! - posta­no­wili wró­cić na Kala­dan, ni­gdy nie oswo­iw­szy się ze zgieł­kiem Salusy Secun­dusa, poli­tyką Ligi i Armią Dżi­hadu. Vor, stale w misjach woj­sko­wych, rzadko bywał w domu, a kiedy bliź­niacy osią­gnęli peł­no­let­ność, wró­cili na wodny świat, by zało­żyć tam rodziny i docho­wać się wła­snych dzieci... teraz już nawet wnu­ków.

Po tak dłu­gim cza­sie i spo­ra­dycz­nych kon­tak­tach Estes i Kagin byli dla niego pra­wie obcymi ludźmi. Zale­d­wie wczo­raj, kiedy przy­było tu jego zgru­po­wa­nie, udał się do nich z wizytą, by się dowie­dzieć, że tydzień wcze­śniej spa­ko­wali się i pole­cieli na Salusę, chcąc spę­dzić kilka mie­sięcy ze swoją starą matką. Nawet o tym nie wie­dział! Kolejna zmar­no­wana szansa.

A jed­nak żadna z wizyt, które zło­żył im w minio­nych latach, spe­cjal­nie ich nie ura­do­wała. Za każ­dym razem prze­strze­gali kon­we­nan­sów, zasia­dali z ojcem do krót­kiej kola­cji, lecz wyda­wało się, że nie wie­dzą, o czym mają z nim roz­ma­wiać. Szybko się żegnali, wyma­wia­jąc obo­wiąz­kami. Czu­jąc się głu­pio, Vorian ści­skał im dło­nie, życzył powo­dze­nia i szedł do swo­ich zadań...

- Powraca pan myślami do daw­nych cza­sów, prawda? - Abu­lurd długo zacho­wy­wał mil­cze­nie, przy­glą­da­jąc się dowódcy, ale w końcu stra­cił cier­pli­wość.

- Nic nie mogę na to pora­dzić. Może na to nie wyglą­dam, ale pamię­taj, że jestem star­cem. - Vor zmarsz­czył brwi, pocią­ga­jąc łyk zin­calu, jed­nego z naj­po­pu­lar­niej­szych kala­dań­skich win. Kiedy był tutaj pierw­szy raz, pił w tawer­nie Lero­niki i jej ojca tylko mocne i gorz­kie piwo kra­sno­ro­stowe... - Prze­szłość jest ważna, Abu­lur­dzie... tak samo prawda. - Odwró­cił wzrok od morza i spoj­rzał na adiu­tanta. - Jest coś, o czym od dawna chcia­łem ci powie­dzieć, ale musia­łem pocze­kać, aż będziesz wystar­cza­jąco doj­rzały. Jed­nak może ni­gdy nie będziesz.

Abu­lurd prze­cze­sał pal­cami ciem­no­brą­zowe włosy, uka­zu­jąc cyna­mo­nowe pasemka, zupeł­nie jak u jego dziadka. Mło­dzie­niec odzna­czał się rów­nież, podob­nie jak Xavier, ujmu­ją­cym uśmie­chem i roz­bra­ja­ją­cym spoj­rze­niem.

- Zawsze inte­re­suje mnie to, czego może mnie pan nauczyć, naczelny wodzu - odparł.

- Nie­które rze­czy nie są przy­jemne. Ale zasłu­gu­jesz na to, by się o nich dowie­dzieć. Co zro­bisz z tą wie­dzą, to już twoja sprawa.

Zakło­po­tany Abu­lurd odwró­cił wzrok. Dry­fowa restau­ra­cja prze­stała sunąć wzdłuż brzegu i zaczęła się opusz­czać po poczer­nia­łym od cią­głych ude­rzeń fal urwi­sku, ku powierzchni morza.

- To trudne - rzekł Vorian, wes­tchnąw­szy prze­cią­gle. - Lepiej dokończmy naj­pierw wino.

Pocią­gnął długi łyk tre­ści­wego trunku, wstał i chwy­cił czapkę z para­petu. Abu­lurd zro­bił posłusz­nie to samo, bio­rąc czapkę i zosta­wia­jąc opróż­niony do połowy kie­li­szek.

Po wyj­ściu z restau­ra­cji wspięli się utwar­dzoną ścieżką na szczyt urwi­ska, gdzie przy­sta­nęli wśród poszar­pa­nych przez wiatr krze­wów i kęp bia­łych, podob­nych do gwiazd kwia­tów. Ogar­nął ich silny podmuch sło­nej bryzy i musieli przy­trzy­mać czapki. Vor wska­zał oto­czoną żywo­pło­tem ławkę. Niebo i otwarta prze­strzeń przed nimi wyda­wały się bez­mierne, ale w tym szcze­gól­nym miej­scu pri­mero czuł się jak w ustron­nym zaci­szu. Miał poczu­cie wagi tej chwili.

- Czas, żebyś się dowie­dział, co naprawdę stało się z twoim dziad­kiem - rzekł.

Miał szczerą nadzieję, że mło­dzie­niec weź­mie to sobie do serca, tym bar­dziej że jego starsi bra­cia woleli ofi­cjalną, zmy­śloną histo­rię od nie­wy­god­nej prawdy.

Abu­lurd prze­łknął z tru­dem ślinę.

- Czy­ta­łem akta - powie­dział. - Wiem, że zhań­bił moją rodzinę.

Vorian się zachmu­rzył.

- Xavier był dobrym czło­wie­kiem i moim przy­ja­cie­lem - odparł. - Cza­sami histo­ria, którą znasz, nie­wiele się różni od pro­pa­gandy wygod­nej dla tych, któ­rzy jej uczą. - Roze­śmiał się gorzko. - Powi­nie­neś był prze­czy­tać ory­gi­nalne pamięt­niki mojego ojca.

Abu­lurd wyda­wał się skrę­po­wany.

- Jest pan jedyną osobą, która nie spluwa na dźwięk nazwi­ska Har­kon­nen. Ja... ja ni­gdy nie mogłem uwie­rzyć, że był tak nie­go­dziwy. Prze­cież w końcu był ojcem Maniona Nie­win­nego.

- Xavier nas nie zdra­dził. Nikogo nie zdra­dził. To Iblis Ginjo był zły, a Xavier zło­żył w ofie­rze wła­sne życie, by go znisz­czyć, nim zdoła wyrzą­dzić wię­cej szkód. Dzia­ła­nia Wiel­kiego Patriar­chy, na równi z sza­lo­nym pla­nem poko­jo­wym kogi­to­rów z wieży z kości sło­nio­wej, dopro­wa­dziły do śmierci Sereny. - Vor zaci­snął ze zło­ścią pię­ści. - Xavier Har­kon­nen zro­bił to, czego nie chciał zro­bić nikt inny, i oca­lił nasze dusze, jeśli nie wię­cej. Nie zasłu­żył sobie na to, by cią­żyło na nim odium hańby. Dla dobra dżi­hadu Xavier gotów był zaak­cep­to­wać każdy los, nawet ten cios nożem w plecy, który zadała mu histo­ria. Wie­dział, że gdyby zostały ujaw­nione zepsu­cie i zdrada w samym jądrze dżi­hadu, ta święta kru­cjata roz­pły­nę­łaby się w morzu skan­dali i oskar­żeń i stra­ci­li­by­śmy z pola widze­nia praw­dzi­wego wroga. - Spoj­rzał twar­dym wzro­kiem na Abu­lurda, lecz w jego sza­rych oczach poja­wiły się łzy. - Przez cały ten czas pozwa­la­łem, by mojego przy­ja­ciela nazy­wano zdrajcą. Xavier wie­dział, że dżi­had jest waż­niej­szy od oczysz­cze­nia go z zarzu­tów, ale ja mam już dość zma­ga­nia się z prawdą, Abu­lur­dzie. Przed odlo­tem na Cor­rina Serena zosta­wiła nam obu prze­sła­nie, spo­dzie­wa­jąc się, że zosta­nie zabita, że sta­nie się męczen­nicą. Wyja­śniła, dla­czego dla sprawy trzeba odsu­nąć na bok oso­bi­ste uczu­cia. Xavier uwa­żał tak samo: ni­gdy nie dbał o medale czy sta­wiane mu pomniki ani o to, jak zapa­mięta go histo­ria. - Vorian z tru­dem roz­pro­sto­wał palce. - On wie­dział, że więk­szość ludzi nie zro­zu­mia­łaby tego, co zro­bił. Wielki Patriar­cha miał zbyt mocną pozy­cję, był wspie­rany przez potężny Dżi­pol i spe­cja­li­stów od pro­pa­gandy. Przez czter­dzie­ści lat two­rzył swój nie­znisz­czalny mit, tym­cza­sem Xavier był tylko czło­wie­kiem, który wal­czył naj­le­piej, jak potra­fił. Kiedy się dowie­dział, co Iblis chce uczy­nić z jesz­cze jedną kolo­nią ludzi - kiedy odkrył intrygę, którą Wielki Patriar­cha uknuł z Tlu­la­xa­nami - pojął, co musi zro­bić. I nie dbał o kon­se­kwen­cje.

Abu­lurd przy­glą­dał się Voria­nowi z rosnącą fascy­na­cją, mie­sza­niną prze­ra­że­nia i nadziei. Wyglą­dał bar­dzo młodo.

- Xavier był wiel­kim czło­wie­kiem, który zro­bił to, co nale­żało zro­bić. - Vor wzru­szył lekko ramio­nami. - Iblis Ginjo został usu­nięty. Tlu­la­xań­skie farmy narzą­dów zamknięto, a bada­czy wpi­sano na czarną listę i roz­pę­dzono. Dżi­had nabrał nowego roz­ma­chu i od sześć­dzie­się­ciu lat toczymy go z zapa­łem.

Abu­lurd był na­dal poru­szony.

- Ale co z prawdą? Skoro pan wie­dział, że dziadka okryto bez­pod­staw­nie hańbą, dla­czego nie pró­bo­wał pan tego spro­sto­wać?

Vor tylko pokrę­cił ze smut­kiem głową.

- Nikt nie chciał tego słu­chać. Zamie­sza­nie, które by to wywo­łało, odwró­ci­łoby uwagę ludzi od dżi­hadu. Nawet teraz osła­bi­łoby nasze zaan­ga­żo­wa­nie w wojnę. Tra­ci­li­by­śmy czas, wycią­ga­jąc oskar­ży­ciel­sko palec i doma­ga­jąc się spra­wie­dli­wo­ści. Rody podzie­li­łyby się, sta­jąc po prze­ciw­nych stro­nach, przy­się­gano by zemstę, a tym­cza­sem Omnius stale by nas ata­ko­wał.

Młody ofi­cer spra­wiał wra­że­nie, jakby to wyja­śnie­nie go nie zado­wa­lało, ale nic nie powie­dział.

- Zdaję sobie sprawę z tego, co czu­jesz, Abu­lur­dzie - rzekł Vor. - Wierz mi, sam Xavier nie chciałby, żebym się doma­gał rewi­zji histo­rii dla oczysz­cze­nia go. Minęło dużo czasu. Bar­dzo wąt­pię, by komu­kol­wiek jesz­cze na tym zale­żało.

- Mnie zależy.

Vor obda­rzył go bla­dym uśmie­chem.

- Tak, a teraz znasz prawdę. - Odchy­lił się na opar­cie. - Ale nasze dłu­gie zma­ga­nia spa­jają wątłe nici mitów i opo­wie­ści o boha­te­rach. Histo­rie doty­czące Sereny Butler i Iblisa Ginjo zostały sta­ran­nie spre­pa­ro­wane, a mar­ty­ry­ści zro­bili z nich postaci o wiele więk­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści. Dla dobra ludzi i dla siły dżi­hadu muszą pozo­stać nie­ska­zi­telni... nawet Wielki Patriar­cha, cho­ciaż na to nie zasłu­guje.

Dolna warga mło­dzieńca zadrżała.

- A więc mój dzia­dek nie był... tchó­rzem?

- Nie. Nazwał­bym go wręcz boha­te­rem.

Abu­lurd zwie­sił głowę.

- Ni­gdy nie okażę się tchó­rzem - powie­dział, ocie­ra­jąc łzy.

- Wiem, że się nim nie oka­żesz, Abu­lur­dzie, i chcę, żebyś wie­dział, że jesteś dla mnie jak syn. Byłem dumny z tego, że jestem przy­ja­cie­lem Xaviera, i jestem dumny, że znam cie­bie. - Vor poło­żył dłoń na ramie­niu mło­dzieńca. - Być może uda nam się kie­dyś napra­wić tę straszną nie­spra­wie­dli­wość. Ale naj­pierw musimy znisz­czyć Omniusa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki