PODZIĘKOWANIA
Ukończenie maszynopisu tej książki było
zaledwie początkiem pracy nad nią. Pat LoBrutto i Carolyn Caughey
pokazali swój geniusz redakcyjny, przeprowadzając nas przez liczne
poprawki i udoskonalenia, których rezultatem jest ta ostateczna wersja.
Od początku też pomagali nam z entuzjazmem nasi agenci Robert Gottlieb i Matt Bialer z Trident Media Group. Tom Doherty, Linda Quinton, Jennifer
Marcus, Heather Drucker i Paul Stevens z Tor Books oraz Julie Crisp z Hodder & Stoughton dbali z niesłabnącym zapałem o wszystkie sprawy
związane z wydaniem i promocją powieści.
Catherine Sidor z Word Fire, Inc. pracowała - jak zawsze -
niestrudzenie, przepisując dziesiątki mikrokaset, wprowadzając poprawki
i dbając o spójność tekstu, mimo iż parliśmy naprzód pełną parą i dotrzymanie nam kroku było nie lada wyzwaniem. Diane E. Jones z kolei
posłużyła jako czytelniczka doświadczalna, przekazując nam szczere uwagi
i sugerując dodanie pewnych scen, dzięki którym książka ta stała się
lepsza.
Rebecca Moesta Anderson poświęciła niniejszemu dziełu mnóstwo godzin i energii, nie szczędząc rad ani krytycznych uwag (zawsze jednak
łagodzonych miłością) i nigdy nie wprowadzając do swojego słownika
zwrotu "wystarczająco dobre". Jan Herbert - jak zawsze - udzielała nam
poparcia, odnosząc się z cierpliwością i zrozumieniem do
nieprzewidywalnych potrzeb pisarskich.
Javier Barriopedro i Christian Gossett podsunęli nam pomysł związany z "mistrzem miecza". Na koniec maszynopis wziął pod lupę dr Attila Torkos
i pomógł nam uniknąć pewnych niekonsekwencji.
The Herbert Limited Partnership, włącznie z Penny i Ronem Merrittami,
Davidem Merrittem, Byronem Merrittem, Julie Herbert, Robertem Merrittem,
Kimberly Herbert, Margaux Herbert i Theresą Shackelford, udzieliło nam
entuzjastycznego poparcia, powierzając opiekę nad wizją Franka Herberta.
Bez wsparcia i oddania Beverly Herbert, na które mógł liczyć przez
prawie czterdzieści lat, Frank Herbert nie stworzyłby tak ogromnego i fascynującego wszechświata. Jesteśmy ogromnie wdzięczni im obojgu.
PROLOG
Wśród historyków nie ma zgody co do
przekazów, jakie niosą pozostałości dawnych dziejów. Im bardziej
zagłębiamy się w przeszłość - w te pradawne, pełne zamętu czasy! - tym
bardziej płynne stają się fakty i tym bardziej sprzeczne opowieści. W oceanie czasu i zawodnej ludzkiej pamięci prawdziwi bohaterzy
przemieniają się w archetypy, a bitwy zyskują znaczenie większe, niż
rzeczywiście miały. Trudno pogodzić ze sobą legendy i prawdę.
Jako pierwszy oficjalny historyk dżihadu muszę sporządzić ten opis
najlepiej, jak potrafię, opierając się na tradycji ustnej i fragmentarycznych dokumentach, które przetrwały sto wieków. Co jest
dokładniejsze: starannie udokumentowana historia, jaką piszę, czy zbiór
mitów i opowieści ludowych?
Ja, Noam Starszy, muszę pisać uczciwie, nawet jeśli ściągnie to na mnie
gniew przełożonych. Przeczytajcie tę historię uważnie, zaczynam ją
bowiem od przytoczenia Manifestu sprzeciwu Rendika Tolu-Fara,
dokumentu, który został skonfiskowany przez Dżipol.
A oto on:
"Jesteśmy znużeni walką... śmiertelnie znużeni! Ta krucjata przeciw
myślącym maszynom pochłonęła już miliardy istnień. Ofiary to nie tylko
umundurowani żołnierze dżihadu i najemnicy, ale również niewinni
koloniści i ludzie zniewoleni na Zsynchronizowanych Światach. Nikt nie
zadaje sobie trudu zliczenia zniszczonych maszyn.
Przez ponad dziesięć stuleci Omnius, komputerowy wszechumysł, panował na
wielu planetach, ale dwadzieścia cztery lata temu mord popełniony na
niewinnym dziecku kapłanki Sereny Butler stał się zarzewiem powszechnej
rebelii ludzi. Serena Butler wykorzystała swą tragedię do wzbudzenia
zapału do walki w Lidze Szlachetnych, czego następstwem był zmasowany
atak jądrowy Armady Ligi na Ziemię i zniszczenie tej planety.
Owszem, był to cios dla Omniusa, ale w jego wyniku zginęli ostatni
żyjący tam ludzie, a kolebka ludzkości stała się radioaktywnym
pogorzeliskiem i przez wiele stuleci nie będzie się nadawała do
zamieszkania. Jakiż to potworny koszt! A przy tym zwycięstwo owo nie
oznaczało końca wojny, lecz dopiero początek długiej walki.
Święta wojna Sereny z myślącymi maszynami trwa już od ponad dwudziestu
lat. Na nasze uderzenia na Zsynchronizowane Światy roboty odpowiadają
wypadami przeciw koloniom Ligi. Za każdym razem.
Kapłanka Serena wygląda na pobożną kobietę i chciałbym wierzyć w jej
czystość i świętość. Wiele lat poświęciła studiowaniu zachowanych pism i doktryn starożytnych filozofów. Nikt inny nie spędził tyle czasu na
rozmowach z Kwyną, kogitor mieszkającą w Mieście Introspekcji. Żarliwe
uczucia Sereny są oczywiste, a jej poglądom nie można niczego zarzucić,
ale czy zdaje sobie ona sprawę ze wszystkiego, co się robi w jej
imieniu?
Serena Butler jest przywódczynią tylko symboliczną, tak naprawdę zaś za
sznurki pociąga Iblis Ginjo, jej polityczny pełnomocnik. Tytułuje się on
"Wielkim Patriarchą Dżihadu" i przewodzi Radzie Dżihadu, organowi
władzy, który ma nadzwyczajne uprawnienia i którego rządy wyjęte są spod
kontroli Parlamentu Ligi. A my na to pozwalamy!
Widziałem, jak Wielki Patriarcha - były nadzorca niewolników na Ziemi -
wykorzystuje swe charyzmatyczne zdolności oratorskie, by przekuć
tragedię Sereny w broń. Czy wszyscy są ślepi i nie dostrzegają, że
buduje on własną polityczną potęgę? Czyż nie dlatego pojął za żonę Camie
Boro, której rodowód sięga tysiąca lat wstecz - do ostatniego, słabego
władcy Starego Imperium? Nikt nie poślubia jedynej żyjącej potomkini
ostatniego Imperatora wyłącznie z miłości!
Dla tropienia zdrajców i sabotażystów Iblis Ginjo ustanowił swoją
Policję Dżihadu, zwaną w skrócie Dżipolem. Pomyślcie o tych tysiącach
ludzi aresztowanych w ostatnich latach - czyż oni wszyscy mogą być
zdrajcami na usługach maszyn, jak twierdzi Dżipol? Czy to czysty
przypadek, że tak wielu z nich jest politycznymi wrogami Wielkiego
Patriarchy?
Nie krytykuję dowódców wojskowych, dzielnych żołnierzy ani nawet
najemników, gdyż prowadzą oni dżihad najlepiej, jak potrafią. Mieszkańcy
wszystkich wolnych planet wyruszyli, by niszczyć wysunięte placówki
maszyn i zapobiegać grabieżom robotów. Ale czy możemy mieć nadzieję, że
kiedykolwiek zdołamy zwyciężyć? Maszyny zawsze mogą zbudować następnych
wojowników... i cały czas wracają.
Jesteśmy wyczerpani tą niekończącą się wojną. Jaką mamy nadzieję na
pokój? Czy istnieje w ogóle możliwość zawarcia ugody z Omniusem? Myślące
maszyny nigdy się nie nużą.
I nigdy nie zapominają".
Słabością myślących maszyn jest to, że wierzą we wszystkie uzyskiwane
informacje i odpowiednio do tego reagują.
- Vorian Atryda, czwarte przesłuchanie przed Armadą Ligi
Primero Vorian Atryda, dowódca pięciu
balist zgrupowanych nad pożłobioną wąwozami planetą, przyglądał się
badawczo ustawionym naprzeciwko w szyku siłom robotów - podobnym do
drapieżnych ryb, opływowym, srebrnym statkom. Zaprojektowane z myślą o skuteczności i funkcjonalności, miały niezamierzony wdzięk ostrych noży.
Bojowych monstrów Omniusa było dziesięć razy więcej niż statków ludzi,
ale ponieważ jednostki liniowe bojowników dżihadu wyposażono w zachodzące na siebie tarcze Holtzmana, nieprzyjacielska flota - mimo
bombardowania - nie była w stanie wyrządzić im krzywdy i ani trochę
posunąć się ku powierzchni IV Anbusa.
Chociaż obrońcy planety nie dysponowali siłą ognia niezbędną do
zniszczenia czy choćby odparcia maszyn, dżihadyści mieli zamiar
kontynuować walkę. Była to sytuacja patowa.
W minionych siedmiu latach siły Omniusa odniosły wiele zwycięstw,
podbijając małe, zaściankowe kolonie i zakładając tam swoje wysunięte
placówki, z których następnie przypuszczały nieustające ataki. Teraz
jednak Armia Dżihadu przysięgła za wszelką cenę bronić tej Niezrzeszonej
Planety, bez względu na to, czy jej ludność życzy sobie tego czy nie.
Na powierzchni przebywał z misją dyplomatyczną drugi primero, Xavier
Harkonnen, kolejny raz starając się przekonać zenszyicką starszyznę,
przywódców prymitywnej buddislamskiej sekty. Vor wątpił, by jego
przyjaciel osiągnął duży postęp w tych rozmowach. Xavier był za mało
elastyczny jak na negocjatora; nadrzędne znaczenie miały dla niego
poczucie obowiązku i ścisłe trzymanie się celów misji.
Poza tym był uprzedzony do tych ludzi... a oni niewątpliwie zdawali sobie
z tego sprawę.
Myślące maszyny chciały zdobyć IV Anbusa. Armia Dżihadu musiała temu
zapobiec. Jeśli zenszyici pragnęli trzymać się z dala od galaktycznego
konfliktu i nie mieli ochoty współpracować z żołnierzami walczącymi o to, by rodzaj ludzki zachował wolność, byli bezwartościowi. Pewnego razu
Vor powiedział żartem Xavierowi, że jest podobny do maszyny, skoro widzi
wszystko w czarno-białych barwach, na co tamten zrobił lodowatą minę.
Według raportów z planety zenszyiccy przywódcy religijni okazali się
równie uparci jak primero Harkonnen. Obie strony zawzięcie trwały przy
swoim.
Vor nie kwestionował stylu dowodzenia przyjaciela, chociaż był on
zupełnie inny niż jego. Wychowany wśród myślących maszyn i wyszkolony na
ich zaufanego, zachłysnął się człowieczeństwem we wszystkich tegoż
aspektach i upajał wolnością. Czuł się wyzwolony, kiedy uprawiał sport i hazard lub utrzymywał kontakty towarzyskie i żartował z innymi
oficerami. Tak bardzo różniło się to od tego, czego nauczył go
Agamemnon...
Krążąc na orbicie, Vor wiedział, że jednostki robotów nie wycofają się,
jeśli maszyny nie będą przekonane, iż - statystycznie rzecz biorąc - nie
mają szansy zwyciężyć. W ostatnich tygodniach pracował nad
skomplikowanym planem rozbicia floty Omniusa, ale nie był jeszcze gotów
wcielić go w życie. Niebawem jednak to zrobi.
Ów orbitalny pat w niczym nie przypominał gier wojennych, które Vor
lubił prowadzić w czasie patroli z członkami załogi, ani zabawnych
wyzwań, które wiele lat temu rzucali sobie z robotem Seuratem podczas
długich podróży międzygwiezdnych. W tym nużącym impasie nie było nic
zabawnego.
W działaniach floty robotów zauważał pewne schematy. Wkrótce statki
maszyn rzucą się na nich po orbicie wstecznej niczym stado piranii.
Stojąc dumnie w wyprasowanym ciemnozielonym mundurze ze szkarłatnymi
naszywkami - były to barwy dżihadu, symbolizujące życie i przelaną krew
- wyda rozkaz, by wszystkie jednostki liniowe jego floty wartowniczej
uruchomiły tarcze Holtzmana i nie dopuściły do ich przegrzania.
Manewry najeżonych bronią statków maszyn były żałośnie przewidywalne i ludzie Vora często robili zakłady o to, ile wróg wystrzeli pocisków.
Przyglądał się, jak jego siły zgodnie z rozkazami wykonują zwrot. Vergyl
Tantor, przyrodni brat Xaviera, który dowodził stanowiącą straż przednią
balistą, skierował jednostkę na wyznaczoną pozycję. Vergyl służył w Armii Dżihadu od siedemnastu lat, zawsze pod bacznym okiem Xaviera.
Od ponad tygodnia nic się tutaj nie zmieniło i żołnierze zaczynali się
niecierpliwić. Wielokrotnie przelatywali obok statków wroga, ale mogli
jedynie wypinać pierś i puszyć się niczym egzotyczne ptaki.
- Można by pomyśleć, że do tej pory maszyny powinny już się czegoś
nauczyć - zrzędził Vergyl przez komlinię. - Cały czas mają nadzieję, że
się potkniemy?
- Tylko nas sprawdzają, Vergylu. - Vor unikał tytułowania oficerów
zgodnie z ich stopniami i hierarchią służbową, bo za bardzo przypominało
mu to sztywną strukturę maszyn.
Już raz tego dnia, gdy na krótko przecięły się kursy wrogich flot,
jednostki robotów wystrzeliły salwę, a ich pociski zabębniły o nieprzenikalne tarcze Holtzmana. Vor nawet nie drgnął, patrząc na
nieszkodliwe eksplozje. Przez parę chwil statki obu stron pędziły ku
sobie bezładnymi chmarami, po czym się minęły.
- No dobra, podajcie mi, ile tego było ogółem - zawołał.
- Dwadzieścia osiem strzałów, primero - zameldował jeden z oficerów na
mostku.
Vor kiwnął głową. Maszyny zawsze odpalały od dwudziestu do trzydziestu
pocisków, ale tym razem według jego obliczeń wypuściły dwadzieścia dwa.
Wymienił gratulacje z oficerami z innych statków. Niektórzy żartobliwie
narzekali, że pomylili się o jeden czy dwa strzały. Zwycięzcy zakładów
dostaną luksusowe racje żywnościowe, przegrani dodatkowe godziny służby.
Takich starć było już prawie trzydzieści. Ale teraz, kiedy oba
zgrupowania bojowe, wykonując łatwe do przewidzenia manewry, zbliżały
się do siebie, Vor szykował nieprzyjacielowi niespodziankę.
Flota dżihadu, równie zdyscyplinowana jak siły maszyn, utrzymywała
idealny szyk.
- No i znowu to samo. - Vorian odwrócił się do swoich ludzi na mostku. -
Przygotować się do walki. Nastawić tarcze na pełną moc. Wiecie, co
robić. Mamy już w tym wprawę.
Po pokładzie rozeszło się wibrujące buczenie, od którego cierpła skóra,
i statek okryły drgające warstwy siły ochronnej, wytwarzanej przez
połączone z silnikami potężne generatory. Dowódcy poszczególnych
jednostek będą bacznie wypatrywać oznak przegrzania tarcz, ich
niebezpiecznej wady, której istnienia maszyny - przynajmniej na razie -
nie podejrzewały.
Vor patrzył, jak balista straży przedniej leci orbitalnym szlakiem.
- Jesteś gotowy, Vergylu?
- Od wielu dni, primero. Załatwmy je!
Vor skontaktował się ze swoimi saperami i specjalistami od taktyki,
którymi dowodził jeden z najemników z Ginaza, Zon Noret.
- Mistrzu Norecie, zakładam, że rozmieścił pan wszystkie nasze... pułapki?
- Każda jest tam, gdzie powinna być, primero - nadeszła odpowiedź. -
Przekazałem naszym statkom dokładne współrzędne, żeby nie nadziały się
na nie. Pytanie tylko, czy maszyny ich nie zauważą.
- Skupię na sobie ich uwagę, Vorze! - rzekł Vergyl.
Jednostki robotów rosły w oczach, zbliżając się do punktu, w którym
przecinały się kursy obu flot. Chociaż myślące maszyny nie miały pojęcia
o estetyce, ich obliczenia i racjonalne projekty dały w rezultacie
precyzyjne krzywizny i nieskazitelnie gładkie kadłuby.
- Naprzód! - rzucił Vor z uśmiechem.
Kiedy zgrupowanie bojowe Omniusa nadciągało niczym ławica
niewzruszonych, groźnych ryb, balista Vergyla rzuciła się nagle, z dużym
przyspieszeniem, do przodu. Odpalono pociski, wykorzystując nowy,
precyzyjnie skoordynowany układ typu "mrugnij i strzelaj", który na
tysięczne części sekundy wyłączał dziobowe tarcze, co pozwalało
ostrzeliwać nieprzyjaciela bez pozbawiania się na dłuższy czas osłony.
Rakiety o dużej sile rażenia zbombardowały najbliższą jednostkę maszyn,
a Vergyl odskoczył, zmieniając kurs i przebijając się niczym szarżujący
saluski byk przez rój statków robotów.
Vor wydał rozkaz, by flota się rozproszyła, a wtedy reszta jego
jednostek złamała szyk i rozleciała się w różnych kierunkach.
Starając się zareagować na ten nieoczekiwany manewr, maszyny mogły tylko
otworzyć ogień do wyposażonych w tarcze Holtzmana statków dżihadystów.
Vergyl ponownie ruszył do ataku. Miał rozkaz opróżnić w szaleńczym
natarciu baterie artylerii swojej balisty. W statki robotów bił pocisk
za pociskiem; ich wybuchy wyrządzały znaczne szkody, ale nie zniszczyły
żadnej jednostki. Mimo to przez komlinie niosły się wiwaty ludzkich
załóg.
Ale manewr Vergyla miał tylko zmylić maszyny. Większość floty Omniusa
leciała dalej poprzednim kursem... wprost na kosmiczne pola minowe, które
rozmieścił na orbicie oddział najemników Zona Noreta.
Ogromne miny zbliżeniowe pokryto warstwą maskującą, dzięki której były
prawie niewidzialne dla czujników maszyn. Mogliby je wprawdzie wykryć
mechaniczni zwiadowcy, starannie przeczesując przestrzeń skanerami, ale
gwałtowna i niespodziewana szarża Vergyla odwróciła uwagę robotów.
Wpadłszy na rząd potężnych min, eksplodowały dwie przednie jednostki
liniowe maszyn. Silne wybuchy wyrwały dziury w ich dziobach, burtach i dolnych osłonach silników. Zbaczając z kursu, uszkodzone statki stanęły
w płomieniach; jeden z nich nadział się na kolejną minę.
Nadal nie zdając sobie dokładnie sprawy z tego, co się stało, na
niewidzialne miny wpadły jeszcze trzy jednostki robotów. Potem wszakże
zgrupowanie maszyn zorientowało się w sytuacji. Ignorując atak Vergyla,
statki rozproszyły się, zlokalizowały za pomocą sensorów resztę min i zniszczyły je gradem precyzyjnych strzałów.
- Vergylu, przerwij akcję - polecił Vor. - Wszystkie pozostałe balisty:
przegrupować się. Już się zabawiliśmy. - Z pomrukiem zadowolenia
odchylił się do tyłu w fotelu. - Wyślijcie cztery szybkie handżary
zwiadowcze dla oszacowania szkód, które wyrządziliśmy. - Otworzył
prywatną komlinię i na ekranie pojawił się obraz najemnika z Ginaza. -
Mistrzu Norecie, pan i pańscy ludzie otrzymacie za to medale.
Kiedy nie rozmieszczali min ani nie uczestniczyli w innych tajnych
operacjach, najemnicy, zamiast zielono-szkarłatnych mundurów bojowników
dżihadu, nosili własnego pomysłu złoto-szkarłatne uniformy. Złoto
symbolizowało pokaźne sumy, które zarabiali, szkarłat krew, którą
przelewali.
Za nimi, niczym wypatrujące łupu rekiny, kontynuowały orbitalną misję
patrolową uszkodzone, ale niezniechęcone jednostki Omniusa. Ze statków
maszyn wyroiły się już roboty i oblazły jak wszy ich kadłuby, dokonując
napraw.
- Wygląda to tak, jakbyśmy nawet nie zmierzwili im piór! - powiedział
Vergyl, kiedy jego balista dołączyła do zgrupowania dżihadu. W jego
głosie brzmiało rozczarowanie. - Ale nadal nie odebrali nam IV Anbusa -
dodał nieco weselszym tonem.
- Święta racja. Dosyć już im oddaliśmy w ostatnich paru latach. Pora
odmienić losy tej wojny.
Vor zastanawiał się, dlaczego siły robotów czekają tak długo, nie
starając się nasilić działań koło tej planety. Nie było to zgodne z ich
schematem postępowania. Jako syn Agamemnona lepiej niż jakikolwiek inny
bojownik dżihadu rozumiał sposób funkcjonowania komputerowych umysłów.
Myśląc teraz o tym, nabrał nagle podejrzeń.
"Czyżbym to ja stał się zbyt przewidywalny? A jeśli roboty chcą, żebym
uwierzył, że nie zmienią taktyki?"
Zmarszczywszy czoło, połączył się ze stanowiącą straż przednią balistą.
- Vergyl? Mam złe przeczucie. Roześlij statki zwiadowcze, żeby zbadały
lądy pod nami i zrobiły ich mapy. Myślę, że maszyny coś knują.
Vergyl nie zakwestionował intuicji Vora.
- Rozejrzymy się dokładnie na dole, primero. Jeśli przesunęli choćby
jeden kamień, odkryjemy to.
- Podejrzewam, że kryje się za tym coś więcej. Starają się być chytre...
na swój przewidywalny sposób. - Vor zerknął na chronometr, wiedząc, że
minie jeszcze wiele godzin, zanim będzie się musiał zacząć martwić
następną orbitalną potyczką. Był zaniepokojony. - Tymczasem, Vergylu,
przekazuję ci dowodzenie zgrupowaniem. Polecę na dół zobaczyć, czy
twojemu bratu udało się wlać trochę oleju do głów naszych zenszyickich
przyjaciół.
By pojąć znaczenie zwycięstwa, trzeba najpierw określić, kto jest twoim
wrogiem... a kto sojusznikiem.
- primero Xavier Harkonnen, wykłady strategii
Po exodusie wszystkich sekt buddislamskich
z Ligi Szlachetnych, do którego doszło przed wiekami, centrum
zenszyickiej cywilizacji stał się IV Anbus. Jego główne miasto, Darits,
było ośrodkiem religijnym tej niezależnej i odizolowanej sekty,
ignorowanej przez mieszkańców innych planet, dla których tutejsze
skromne zasoby bogactw naturalnych i nieznośni religijni fanatycy
przedstawiali niewielką wartość.
Lądy IV Anbusa rozdzielone były dużymi, płytkimi morzami, z których
część miała słodką, część zaś bardzo słoną wodę. Przypływy wywoływane
przez krążące blisko księżyce sunęły po powierzchni planety jak ścierka
do szorowania, spłukując wierzchnią warstwę gleby do głębokich kanionów
o stromych zboczach i wymywając w miękkim piaskowcu groty i amfiteatry.
Pod dającymi schronienie nawisami zenszyici zbudowali swe miasta.
Pływy tłoczyły naturalnymi korytami rzek wodę z jednego płytkiego morza
do drugiego. Aby przewidywać jej przybory i spadki oraz radzić sobie z tymi fluktuacjami, tubylcy rozwinęli w wyjątkowym stopniu pewne działy
matematyki, astronomii i inżynierii. Górnicy szlamowi pozyskiwali
bogactwa mineralne, przesiewając muł niesiony przez kaniony. Leżące w dole rzek niziny miały żyzną glebę, która dawała obfite plony, jeśli
tylko rolnicy przystępowali w porę do zasiewów i żniw.
W Darits zenszyici zbudowali - w wyzywającym geście, który pokazywał, że
ich wiara i pomysłowość są wystarczająco wielkie, by powstrzymać nawet
rwący nurt rzeki - potężną tamę przegradzającą wąskie gardło
wyżłobionego w czerwonej skale kanionu. Za tamą powstał ogromny zbiornik
ciemnoniebieskiej wody. Po jeziorze tym pływali lekkimi łodziami
zenszyiccy rybacy, zastawiając duże sieci, by uzupełniać dietę
składającą się z uprawianych na polach zbóż i warzyw.
Tama w Darits nie była zwykłym murem, lecz budowlą ozdobioną
strzelistymi kamiennymi posągami, wykutymi przez utalentowanych i oddanych rzemieślników. Monolity te, wysokie na kilkaset metrów,
przedstawiały wyidealizowane postaci Buddy i Mahometa, których rysy
zatarły czas, legendy i otaczająca ich cześć.
Wierni zainstalowali w tamie potężne turbiny hydroelektryczne, które
obracała siła strumienia wody. Wespół z licznymi ogniwami słonecznymi,
pokrywającymi szczyty mes, dostarczały wystarczającą ilość energii, by
zaspokoić potrzeby wszystkich, niedużych w porównaniu z aglomeracjami na
innych planetach, miast IV Anbusa. Cała planeta liczyła zaledwie
siedemdziesiąt dziewięć milionów mieszkańców. Mimo to, dzięki liniom
komunikacyjnym i energetycznym łączącym skupiska ludności, IV Anbus miał
infrastrukturę, która czyniła go najnowocześniejszym ze wszystkich
światów zasiedlonych przez buddislamskich uciekinierów.
I właśnie dlatego maszyny chciały nim zawładnąć. Minimalnym nakładem sił
Omnius mógłby przekształcić IV Anbusa w przyczółek i wyprowadzać zeń
jeszcze mocniejsze niż dotąd ataki na światy Ligi.
Dżihad Sereny Butler prowadzony był na pełną skalę już od ponad dwóch
dziesięcioleci. W ciągu dwudziestu trzech lat, które minęły od atomowej
zagłady Ziemi, losy wojny wielokrotnie przechylały się na korzyść to
jednej, to drugiej strony.
Siedem lat temu wszakże myślące maszyny zaczęły czynić celem swoich
ataków Niezrzeszone Planety, które było im łatwiej podbić niż silnie
bronione, gęsto zaludnione światy Ligi. Handlarze, górnicy, rolnicy i buddislamscy uchodźcy rozproszeni na Niezrzeszonych Planetach rzadko
byli w stanie zebrać siły wystarczające do stawienia oporu Omniusowi. W pierwszych trzech latach od zmiany strategii myślące maszyny podbiły
pięć z tych planet.
Rezydująca na Salusie Secundusie Rada Dżihadu nie mogła pojąć, dlaczego
Omnius zadaje sobie trud zdobywania tak bezwartościowych miejsc, dopóki
Vorian nie przejrzał jego planu. Otóż, kierujące się obliczeniami i przewidywaniami komputerowego wszechumysłu myślące maszyny otaczały
światy Ligi ze wszystkich stron, zaciągając coraz mocniej sieć i przygotowując się do zadania ostatecznego ciosu jej stolicy.
Krótko po tym, jak Vorian Atryda - przy poparciu Xaviera - zażądał, by
siły dżihadu skoncentrowały się na obronie Niezrzeszonych Planet,
potężne i niespodziewane kontrnatarcie ludzi zakończyło się odbiciem
Tyndalla z rąk maszyn. Liczyło się każde zwycięstwo.
Xavier cieszył się, że siły Armii Dżihadu dotarły w porę na IV Anbusa.
Stało się tak dzięki ostrzeżeniu, które przekazał Lidze tlulaxański
łowca niewolników, niejaki Rekur Van. Oddział owego handlarza żywym
towarem najechał tę planetę i uprowadził pewną liczbę zenszyitów, by
sprzedać ich na targach niewolników na Zanbarze i Poritrinie. Wracając z wyprawy, Rekur Van natknął się na patrol zwiadowczy robotów
sporządzający mapy planety, co maszyny robiły, ilekroć przygotowywały
się do podboju. Handlarz natychmiast ruszył na Salusę Secundusa, gdzie
przekazał tę ponurą wiadomość Radzie Dżihadu.
W celu zażegnania niebezpieczeństwa Wielki Patriarcha Iblis Ginjo zebrał
siły do tej pospiesznie przeprowadzonej, ale udanej operacji militarnej.
- Nie możemy dopuścić, by kolejny świat padł ofiarą diabelskich
myślących maszyn! - wołał podczas ceremonii pożegnalnej do
entuzjastycznie wiwatujących i rzucających pomarańczowe kwiaty tłumów. -
Straciliśmy już Ellram, kolonię Peridot, Bellosa i inne planety. Ale za
IV Anbusem Armia Dżihadu nakreśli w przestrzeni nieprzekraczalną
granicę!
Chociaż Xavier źle oszacował liczbę statków, które Omnius chciał wysłać
na podbój tego odległego świata, siłom dżihadu udawało się dotąd nie
dopuścić do inwazji, mimo iż nie były w stanie zmusić robotów do
odwrotu.
W przerwie rozmów z zenszyitami primero zaklął pod nosem. Ludzie,
których starał się ocalić, nie byli zainteresowani jego pomocą i uchylali się od walki z myślącymi maszynami.
W tym mieście, położonym w kanionach wyżłobionych w czerwonej skale,
znajdowały się relikwie i oryginalne, ręcznie pisane kanony zenszyickiej
interpretacji buddislamu. Mędrcy przechowywali w jaskiniach oryginalne
zwoje z sutrami Koranu i modlili się pięć razy dziennie, kiedy słyszeli
wezwania z minaretów wzniesionych na brzegach kanionu. To z Darits
starszyzna rozsyłała komentarze do świętych pism, mające prowadzić
wiernych przez gąszcz ukrytej w nich wiedzy tajemnej.
Xavier Harkonnen z trudem panował nad frustracją. Był żołnierzem,
nawykłym do toczenia bitew i wydawania rozkazów, które wykonywano bez
szemrania. Nie wiedział, co robić, kiedy ci buddislamscy pacyfiści...
odmawiali współpracy.
Na światach Ligi narastał ruch przeciw dżihadowi. Po ponad dwudziestu
latach rozlewu krwi, które nie przyniosły żadnych widocznych postępów,
ludzie byli wyczerpani. Niektórzy manifestowali nawet przed kapliczkami
zamordowanego dziecka, Maniona Niewinnego, z transparentami, na których
wypisane było żądanie: "Pokój za wszelką cenę!".
Owszem, Xavier mógł zrozumieć ich zmęczenie i rozpacz, ponieważ widzieli
wielu swoich bliskich zabitych przez myślące maszyny. Ale ci żyjący w izolacji buddislamiści nigdy nie zdobyli się nawet na to, by podnieść
rękę w geście oporu, pokazując tym samym, jakim szaleństwem jest
ideologia niestosowania przemocy.
Cel maszyn był jasny, Omnius zaś na pewno nie zważałby na preferencje
jakichkolwiek religijnych fanatyków. Xavier miał tutaj do wykonania
ważne zadanie w imię dżihadu, a wymagało ono odrobiny zdrowego rozsądku
i współpracy tubylców. Nigdy nie przypuszczał, że tak trudno będzie
sprawić, by ludzie ci docenili to, co dla ich dobra ryzykuje Armia
Dżihadu.
Do sali zebrań, w której się znajdował, pomieszczenia ozdobionego
starymi, skrzącymi się od złota i drogich kamieni utensyliami
religijnymi, wróciła, szurając nogami, zenszyicka starszyzna.
Najwyższy duchowny Rhengalid spojrzał na niego, jak robił już od wielu
godzin, kamiennym wzrokiem. Jego oblicze wyrażało tę samą nieprzejednaną
odmowę. Miał dużą, wygoloną, lśniącą od egzotycznych olejków głowę,
gęste, wyszczotkowane, poczernione brwi i równie gęstą, siwą,
przystrzyżoną pod kątem prostym brodę, którą nosił na znak dumy. Jego
jasne, szarozielone oczy ostro kontrastowały z opaloną skórą. Pomimo
wiszącej w górze złowrogiej floty myślących maszyn i imponującej siły
ognia Armii Dżihadu mężczyzna ten nie wyglądał na przestraszonego czy
poruszonego. Wydawał się nieświadomy tego, co czeka jego lud.
- Staramy się ochronić wasz świat, czcigodny Rhengalidzie. - Xavier
wkładał sporo wysiłku w to, by jego głos brzmiał spokojnie. - Gdybyśmy
tu w porę nie przybyli, gdyby nasze statki nie powstrzymywały codziennie
myślących maszyn, ty i wszyscy twoi ludzie bylibyście już niewolnikami
Omniusa. - Siedział sztywno na twardej ławie naprzeciw przywódcy
zenszyitów. Rhengalid nie zaproponował mu czegokolwiek do picia, chociaż
- jak podejrzewał Xavier - starszyzna posilała się, ilekroć żołnierze
opuszczali salę.
- Niewolnikami? Jeśli tak się troszczysz o nasze dobro, primero
Harkonnenie, to gdzie były twoje jednostki kilka miesięcy temu, kiedy
tlulaxańscy handlarze żywym towarem porywali z naszych osad rolniczych
zdrowych, młodych mężczyzn i płodne kobiety?
Xavier starał się nie okazywać przygnębienia. Nigdy nie chciał być
dyplomatą; nie miał do tego cierpliwości. Lojalnie i z poświęceniem
służył sprawie dżihadu. Szkarłat na jego mundurze symbolizował przelaną
krew ludzi, a jego niewinny Manion - który miał ledwie jedenaście
miesięcy, gdy zginął - był jednym z pierwszych nowych męczenników.
- A co ty zrobiłeś, czcigodny Rhengalidzie, by bronić swoich ludzi,
kiedy przybyli łowcy niewolników? Aż do tej chwili nie wiedziałem o tym
incydencie i nie mogę wam pomóc w sprawie tego, co się wydarzyło w przeszłości. Mogę jedynie przysiąc, że życie pod panowaniem myślących
maszyn będzie dużo gorsze.
- Tak mówisz, ale nie możesz zaprzeczyć, że w twoim społeczeństwie
panuje hipokryzja. Dlaczego mielibyśmy przedkładać słowo jednego łowcy
niewolników nad słowo drugiego?
Xavierowi rozszerzyły się nozdrza. "Nie mam na to czasu" - pomyślał.
- Skoro uparcie wracasz do przeszłości - rzekł - pamiętaj, że wasze ludy
od początku odmawiały udziału w walce z myślącymi maszynami, przez co
miliardy ludzi utraciły wolność, a niezliczone rzesze życie. Wielu
uważa, że macie wielki dług wobec naszego rodzaju.
- Nie darzymy miłością żadnej ze stron tego konfliktu - odciął mu się
siwobrody mężczyzna. - Moi ludzie nie chcą brać udziału w waszej
bezcelowej, krwawej wojnie.
- Mimo to znaleźliście się w krzyżowym ogniu i musicie stanąć po czyjejś
stronie - stwierdził Xavier, powstrzymując się od ostrej riposty.
- Czy tyrani w ludzkiej skórze są lepsi od mechanicznych? Któż to może
powiedzieć? Ale wiem, że to nie jest i nigdy nie będzie nasza wojna.
Obsługa tamy otworzyła śluzy i z otwartych dłoni gigantycznych posągów
Buddy i Mahometa popłynęły dwa widowiskowe wodospady. Usłyszawszy nagły
hałas tryskających strumieni, Xavier podniósł głowę i ze zdziwieniem
ujrzał, że skalnym chodnikiem biegnącym z lądowiska jego promu w prymitywnym porcie kosmicznym zmierza ku nim primero Vorian Atryda.
Ciemnowłosy mężczyzna zbliżył się z uśmiechem. Wyglądał nadal równie
młodo i krzepko jak przed wieloma laty, po ucieczce z Ziemi, kiedy
Xavier spotkał go pierwszy raz.
- Możesz im schlebiać, jak chcesz, Xavierze, ale zenszyici mówią
zupełnie innym językiem... i to nie tylko w sensie lingwistycznym.
Przywódca Darits zrobił oburzoną minę.
- Wasza bezbożna cywilizacja prześladuje nas. Żołnierze dżihadu nie są
tutaj, zwłaszcza w Darits, naszym świętym mieście, mile widziani.
Xavier nie spuszczał wzroku z Rhengalida.
- Muszę cię poinformować, czcigodny, że nie pozwolę myślącym maszynom
zająć tej planety, bez względu na to, czy nam pomożecie czy nie. Upadek
IV Anbusa przybliżyłby wroga o kolejny krok do światów Ligi.
- To nasza planeta, primero Harkonnenie. Nie ma tu dla ciebie miejsca.
- Ani dla myślących maszyn! - Xavier poczerwieniał.
Vorian chwycił go za ramię.
- Widzę, że odkryłeś nową metodę dyplomacji - powiedział z wyraźnym
rozbawieniem.
- Nigdy nie twierdziłem, że jestem negocjatorem.
Vor kiwnął z uśmiechem głową.
- Na pewno byłoby łatwiej, gdyby ci ludzie wiedzieli, że mają wykonywać
twoje rozkazy, prawda?
- Nie zamierzam porzucić tej planety, Vorianie.
Zatrzeszczało łącze dowódcy i dobiegła z niego wyraźna wiadomość.
- Primero Atrydo, pańskie podejrzenia się sprawdziły! - Vergyl Tantor
mówił podnieconym głosem, prawie bez tchu. - Nasza aparatura odkryła, że
myślące maszyny zakładają na płaskowyżu tajną bazę. Wygląda to na
przyczółek, z maszynami przemysłowymi, ciężką bronią i robotami
bojowymi.
- Dobra robota, Vergylu! - rzekł Vor. - Teraz zacznie się zabawa.
Xavier zerknął przez ramię na pochłoniętego własnymi myślami Rhengalida,
który wyglądał tak, jakby nie chciał już nigdy widzieć bojowników
dżihadu.
- Skończyliśmy tutaj, Vorianie. Wracajmy na statek flagowy. Mamy robotę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki