Legendy Diuny (#2). Diuna. Krucjata przeciw maszynom - Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Kup ebooka

69.00 zł
53.82 zł (37,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PODZIĘKOWANIA

Ukoń­cze­nie maszy­no­pisu tej książki było zale­d­wie począt­kiem pracy nad nią. Pat LoBrutto i Caro­lyn Cau­ghey poka­zali swój geniusz redak­cyjny, prze­pro­wa­dza­jąc nas przez liczne poprawki i udo­sko­na­le­nia, któ­rych rezul­ta­tem jest ta osta­teczna wer­sja. Od początku też poma­gali nam z entu­zja­zmem nasi agenci Robert Got­tlieb i Matt Bia­ler z Tri­dent Media Group. Tom Doherty, Linda Quin­ton, Jen­ni­fer Mar­cus, Heather Druc­ker i Paul Ste­vens z Tor Books oraz Julie Crisp z Hod­der & Sto­ugh­ton dbali z nie­słab­ną­cym zapa­łem o wszyst­kie sprawy zwią­zane z wyda­niem i pro­mo­cją powie­ści.

Cathe­rine Sidor z Word Fire, Inc. pra­co­wała - jak zawsze - nie­stru­dze­nie, prze­pi­su­jąc dzie­siątki mikro­ka­set, wpro­wa­dza­jąc poprawki i dba­jąc o spój­ność tek­stu, mimo iż par­li­śmy naprzód pełną parą i dotrzy­ma­nie nam kroku było nie lada wyzwa­niem. Diane E. Jones z kolei posłu­żyła jako czy­tel­niczka doświad­czalna, prze­ka­zu­jąc nam szczere uwagi i suge­ru­jąc doda­nie pew­nych scen, dzięki któ­rym książka ta stała się lep­sza.

Rebecca Moesta Ander­son poświę­ciła niniej­szemu dziełu mnó­stwo godzin i ener­gii, nie szczę­dząc rad ani kry­tycz­nych uwag (zawsze jed­nak łago­dzo­nych miło­ścią) i ni­gdy nie wpro­wa­dza­jąc do swo­jego słow­nika zwrotu "wystar­cza­jąco dobre". Jan Her­bert - jak zawsze - udzie­lała nam popar­cia, odno­sząc się z cier­pli­wo­ścią i zro­zu­mie­niem do nie­prze­wi­dy­wal­nych potrzeb pisar­skich.

Javier Bar­rio­pe­dro i Chri­stian Gos­sett pod­su­nęli nam pomysł zwią­zany z "mistrzem mie­cza". Na koniec maszy­no­pis wziął pod lupę dr Attila Tor­kos i pomógł nam unik­nąć pew­nych nie­kon­se­kwen­cji.

The Her­bert Limi­ted Part­ner­ship, włącz­nie z Penny i Ronem Mer­rit­tami, Davi­dem Mer­rit­tem, Byro­nem Mer­rit­tem, Julie Her­bert, Rober­tem Mer­rit­tem, Kim­berly Her­bert, Mar­gaux Her­bert i The­resą Shac­kel­ford, udzie­liło nam entu­zja­stycz­nego popar­cia, powie­rza­jąc opiekę nad wizją Franka Her­berta.

Bez wspar­cia i odda­nia Beverly Her­bert, na które mógł liczyć przez pra­wie czter­dzie­ści lat, Frank Her­bert nie stwo­rzyłby tak ogrom­nego i fascy­nu­ją­cego wszech­świata. Jeste­śmy ogrom­nie wdzięczni im obojgu.

PROLOG

Wśród histo­ry­ków nie ma zgody co do prze­ka­zów, jakie niosą pozo­sta­ło­ści daw­nych dzie­jów. Im bar­dziej zagłę­biamy się w prze­szłość - w te pra­dawne, pełne zamętu czasy! - tym bar­dziej płynne stają się fakty i tym bar­dziej sprzeczne opo­wie­ści. W oce­anie czasu i zawod­nej ludz­kiej pamięci praw­dziwi boha­te­rzy prze­mie­niają się w arche­typy, a bitwy zyskują zna­cze­nie więk­sze, niż rze­czy­wi­ście miały. Trudno pogo­dzić ze sobą legendy i prawdę.

Jako pierw­szy ofi­cjalny histo­ryk dżi­hadu muszę spo­rzą­dzić ten opis naj­le­piej, jak potra­fię, opie­ra­jąc się na tra­dy­cji ust­nej i frag­men­ta­rycz­nych doku­men­tach, które prze­trwały sto wie­ków. Co jest dokład­niej­sze: sta­ran­nie udo­ku­men­to­wana histo­ria, jaką piszę, czy zbiór mitów i opo­wie­ści ludo­wych?

Ja, Noam Star­szy, muszę pisać uczci­wie, nawet jeśli ścią­gnie to na mnie gniew prze­ło­żo­nych. Prze­czy­taj­cie tę histo­rię uważ­nie, zaczy­nam ją bowiem od przy­to­cze­nia Mani­fe­stu sprze­ciwu Ren­dika Tolu-Fara, doku­mentu, który został skon­fi­sko­wany przez Dżi­pol.

A oto on:

"Jeste­śmy znu­żeni walką... śmier­tel­nie znu­żeni! Ta kru­cjata prze­ciw myślą­cym maszy­nom pochło­nęła już miliardy ist­nień. Ofiary to nie tylko umun­du­ro­wani żoł­nie­rze dżi­hadu i najem­nicy, ale rów­nież nie­winni kolo­ni­ści i ludzie znie­wo­leni na Zsyn­chro­ni­zo­wa­nych Świa­tach. Nikt nie zadaje sobie trudu zli­cze­nia znisz­czo­nych maszyn.

Przez ponad dzie­sięć stu­leci Omnius, kom­pu­te­rowy wszech­u­mysł, pano­wał na wielu pla­ne­tach, ale dwa­dzie­ścia cztery lata temu mord popeł­niony na nie­win­nym dziecku kapłanki Sereny Butler stał się zarze­wiem powszech­nej rebe­lii ludzi. Serena Butler wyko­rzy­stała swą tra­ge­dię do wzbu­dze­nia zapału do walki w Lidze Szla­chet­nych, czego następ­stwem był zma­so­wany atak jądrowy Armady Ligi na Zie­mię i znisz­cze­nie tej pla­nety.

Ow­szem, był to cios dla Omniusa, ale w jego wyniku zgi­nęli ostatni żyjący tam ludzie, a kolebka ludz­ko­ści stała się radio­ak­tyw­nym pogo­rze­li­skiem i przez wiele stu­leci nie będzie się nada­wała do zamiesz­ka­nia. Jakiż to potworny koszt! A przy tym zwy­cię­stwo owo nie ozna­czało końca wojny, lecz dopiero począ­tek dłu­giej walki.

Święta wojna Sereny z myślą­cymi maszy­nami trwa już od ponad dwu­dzie­stu lat. Na nasze ude­rze­nia na Zsyn­chro­ni­zo­wane Światy roboty odpo­wia­dają wypa­dami prze­ciw kolo­niom Ligi. Za każ­dym razem.

Kapłanka Serena wygląda na pobożną kobietę i chciał­bym wie­rzyć w jej czy­stość i świę­tość. Wiele lat poświę­ciła stu­dio­wa­niu zacho­wa­nych pism i dok­tryn sta­ro­żyt­nych filo­zo­fów. Nikt inny nie spę­dził tyle czasu na roz­mo­wach z Kwyną, kogi­tor miesz­ka­jącą w Mie­ście Intro­spek­cji. Żar­liwe uczu­cia Sereny są oczy­wi­ste, a jej poglą­dom nie można niczego zarzu­cić, ale czy zdaje sobie ona sprawę ze wszyst­kiego, co się robi w jej imie­niu?

Serena Butler jest przy­wód­czy­nią tylko sym­bo­liczną, tak naprawdę zaś za sznurki pociąga Iblis Ginjo, jej poli­tyczny peł­no­moc­nik. Tytu­łuje się on "Wiel­kim Patriar­chą Dżi­hadu" i prze­wo­dzi Radzie Dżi­hadu, orga­nowi wła­dzy, który ma nad­zwy­czajne upraw­nie­nia i któ­rego rządy wyjęte są spod kon­troli Par­la­mentu Ligi. A my na to pozwa­lamy!

Widzia­łem, jak Wielki Patriar­cha - były nad­zorca nie­wol­ni­ków na Ziemi - wyko­rzy­stuje swe cha­ry­zma­tyczne zdol­no­ści ora­tor­skie, by prze­kuć tra­ge­dię Sereny w broń. Czy wszy­scy są ślepi i nie dostrze­gają, że buduje on wła­sną poli­tyczną potęgę? Czyż nie dla­tego pojął za żonę Camie Boro, któ­rej rodo­wód sięga tysiąca lat wstecz - do ostat­niego, sła­bego władcy Sta­rego Impe­rium? Nikt nie poślu­bia jedy­nej żyją­cej potom­kini ostat­niego Impe­ra­tora wyłącz­nie z miło­ści!

Dla tro­pie­nia zdraj­ców i sabo­ta­ży­stów Iblis Ginjo usta­no­wił swoją Poli­cję Dżi­hadu, zwaną w skró­cie Dżi­po­lem. Pomy­śl­cie o tych tysią­cach ludzi aresz­to­wa­nych w ostat­nich latach - czyż oni wszy­scy mogą być zdraj­cami na usłu­gach maszyn, jak twier­dzi Dżi­pol? Czy to czy­sty przy­pa­dek, że tak wielu z nich jest poli­tycz­nymi wro­gami Wiel­kiego Patriar­chy?

Nie kry­ty­kuję dowód­ców woj­sko­wych, dziel­nych żoł­nie­rzy ani nawet najem­ni­ków, gdyż pro­wa­dzą oni dżi­had naj­le­piej, jak potra­fią. Miesz­kańcy wszyst­kich wol­nych pla­net wyru­szyli, by nisz­czyć wysu­nięte pla­cówki maszyn i zapo­bie­gać gra­bie­żom robo­tów. Ale czy możemy mieć nadzieję, że kie­dy­kol­wiek zdo­łamy zwy­cię­żyć? Maszyny zawsze mogą zbu­do­wać następ­nych wojow­ni­ków... i cały czas wra­cają.

Jeste­śmy wyczer­pani tą nie­koń­czącą się wojną. Jaką mamy nadzieję na pokój? Czy ist­nieje w ogóle moż­li­wość zawar­cia ugody z Omniu­sem? Myślące maszyny ni­gdy się nie nużą.

I ni­gdy nie zapo­mi­nają".

Sła­bo­ścią myślą­cych maszyn jest to, że wie­rzą we wszyst­kie uzy­ski­wane infor­ma­cje i odpo­wied­nio do tego reagują.

- Vorian Atryda, czwarte prze­słu­cha­nie przed Armadą Ligi

Primero Vorian Atryda, dowódca pię­ciu balist zgru­po­wa­nych nad pożło­bioną wąwo­zami pla­netą, przy­glą­dał się badaw­czo usta­wio­nym naprze­ciwko w szyku siłom robo­tów - podob­nym do dra­pież­nych ryb, opły­wo­wym, srebr­nym stat­kom. Zapro­jek­to­wane z myślą o sku­tecz­no­ści i funk­cjo­nal­no­ści, miały nie­za­mie­rzony wdzięk ostrych noży.

Bojo­wych mon­strów Omniusa było dzie­sięć razy wię­cej niż stat­ków ludzi, ale ponie­waż jed­nostki liniowe bojow­ni­ków dżi­hadu wypo­sa­żono w zacho­dzące na sie­bie tar­cze Holt­zmana, nie­przy­ja­ciel­ska flota - mimo bom­bar­do­wa­nia - nie była w sta­nie wyrzą­dzić im krzywdy i ani tro­chę posu­nąć się ku powierzchni IV Anbusa.

Cho­ciaż obrońcy pla­nety nie dys­po­no­wali siłą ognia nie­zbędną do znisz­cze­nia czy choćby odpar­cia maszyn, dżi­ha­dy­ści mieli zamiar kon­ty­nu­ować walkę. Była to sytu­acja patowa.

W minio­nych sied­miu latach siły Omniusa odnio­sły wiele zwy­cięstw, pod­bi­ja­jąc małe, zaścian­kowe kolo­nie i zakła­da­jąc tam swoje wysu­nięte pla­cówki, z któ­rych następ­nie przy­pusz­czały nie­usta­jące ataki. Teraz jed­nak Armia Dżi­hadu przy­się­gła za wszelką cenę bro­nić tej Nie­zrze­szo­nej Pla­nety, bez względu na to, czy jej lud­ność życzy sobie tego czy nie.

Na powierzchni prze­by­wał z misją dyplo­ma­tyczną drugi pri­mero, Xavier Har­kon­nen, kolejny raz sta­ra­jąc się prze­ko­nać zen­szy­icką star­szy­znę, przy­wód­ców pry­mi­tyw­nej bud­di­slam­skiej sekty. Vor wąt­pił, by jego przy­ja­ciel osią­gnął duży postęp w tych roz­mo­wach. Xavier był za mało ela­styczny jak na nego­cja­tora; nad­rzędne zna­cze­nie miały dla niego poczu­cie obo­wiązku i ści­słe trzy­ma­nie się celów misji.

Poza tym był uprze­dzony do tych ludzi... a oni nie­wąt­pli­wie zda­wali sobie z tego sprawę.

Myślące maszyny chciały zdo­być IV Anbusa. Armia Dżi­hadu musiała temu zapo­biec. Jeśli zen­szy­ici pra­gnęli trzy­mać się z dala od galak­tycz­nego kon­fliktu i nie mieli ochoty współ­pra­co­wać z żoł­nie­rzami wal­czą­cymi o to, by rodzaj ludzki zacho­wał wol­ność, byli bez­war­to­ściowi. Pew­nego razu Vor powie­dział żar­tem Xavie­rowi, że jest podobny do maszyny, skoro widzi wszystko w czarno-bia­łych bar­wach, na co tam­ten zro­bił lodo­watą minę.

Według rapor­tów z pla­nety zen­szy­iccy przy­wódcy reli­gijni oka­zali się rów­nie uparci jak pri­mero Har­kon­nen. Obie strony zawzię­cie trwały przy swoim.

Vor nie kwe­stio­no­wał stylu dowo­dze­nia przy­ja­ciela, cho­ciaż był on zupeł­nie inny niż jego. Wycho­wany wśród myślą­cych maszyn i wyszko­lony na ich zaufa­nego, zachły­snął się czło­wie­czeń­stwem we wszyst­kich tegoż aspek­tach i upa­jał wol­no­ścią. Czuł się wyzwo­lony, kiedy upra­wiał sport i hazard lub utrzy­my­wał kon­takty towa­rzy­skie i żar­to­wał z innymi ofi­ce­rami. Tak bar­dzo róż­niło się to od tego, czego nauczył go Aga­mem­non...

Krą­żąc na orbi­cie, Vor wie­dział, że jed­nostki robo­tów nie wyco­fają się, jeśli maszyny nie będą prze­ko­nane, iż - sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc - nie mają szansy zwy­cię­żyć. W ostat­nich tygo­dniach pra­co­wał nad skom­pli­ko­wa­nym pla­nem roz­bi­cia floty Omniusa, ale nie był jesz­cze gotów wcie­lić go w życie. Nie­ba­wem jed­nak to zrobi.

Ów orbi­talny pat w niczym nie przy­po­mi­nał gier wojen­nych, które Vor lubił pro­wa­dzić w cza­sie patroli z człon­kami załogi, ani zabaw­nych wyzwań, które wiele lat temu rzu­cali sobie z robo­tem Seu­ra­tem pod­czas dłu­gich podróży mię­dzy­gwiezd­nych. W tym nużą­cym impa­sie nie było nic zabaw­nego.

W dzia­ła­niach floty robo­tów zauwa­żał pewne sche­maty. Wkrótce statki maszyn rzucą się na nich po orbi­cie wstecz­nej niczym stado pira­nii. Sto­jąc dum­nie w wypra­so­wa­nym ciem­no­zie­lo­nym mun­du­rze ze szkar­łat­nymi naszyw­kami - były to barwy dżi­hadu, sym­bo­li­zu­jące życie i prze­laną krew - wyda roz­kaz, by wszyst­kie jed­nostki liniowe jego floty war­tow­ni­czej uru­cho­miły tar­cze Holt­zmana i nie dopu­ściły do ich prze­grza­nia.

Manewry naje­żo­nych bro­nią stat­ków maszyn były żało­śnie prze­wi­dy­walne i ludzie Vora czę­sto robili zakłady o to, ile wróg wystrzeli poci­sków.

Przy­glą­dał się, jak jego siły zgod­nie z roz­ka­zami wyko­nują zwrot. Ver­gyl Tan­tor, przy­rodni brat Xaviera, który dowo­dził sta­no­wiącą straż przed­nią bali­stą, skie­ro­wał jed­nostkę na wyzna­czoną pozy­cję. Ver­gyl słu­żył w Armii Dżi­hadu od sie­dem­na­stu lat, zawsze pod bacz­nym okiem Xaviera.

Od ponad tygo­dnia nic się tutaj nie zmie­niło i żoł­nie­rze zaczy­nali się nie­cier­pli­wić. Wie­lo­krot­nie prze­la­ty­wali obok stat­ków wroga, ale mogli jedy­nie wypi­nać pierś i puszyć się niczym egzo­tyczne ptaki.

- Można by pomy­śleć, że do tej pory maszyny powinny już się cze­goś nauczyć - zrzę­dził Ver­gyl przez kom­li­nię. - Cały czas mają nadzieję, że się potkniemy?

- Tylko nas spraw­dzają, Ver­gylu. - Vor uni­kał tytu­ło­wa­nia ofi­ce­rów zgod­nie z ich stop­niami i hie­rar­chią służ­bową, bo za bar­dzo przy­po­mi­nało mu to sztywną struk­turę maszyn.

Już raz tego dnia, gdy na krótko prze­cięły się kursy wro­gich flot, jed­nostki robo­tów wystrze­liły salwę, a ich poci­ski zabęb­niły o nie­prze­ni­kalne tar­cze Holt­zmana. Vor nawet nie drgnął, patrząc na nie­szko­dliwe eks­plo­zje. Przez parę chwil statki obu stron pędziły ku sobie bez­ład­nymi chma­rami, po czym się minęły.

- No dobra, podaj­cie mi, ile tego było ogó­łem - zawo­łał.

- Dwa­dzie­ścia osiem strza­łów, pri­mero - zamel­do­wał jeden z ofi­ce­rów na mostku.

Vor kiw­nął głową. Maszyny zawsze odpa­lały od dwu­dzie­stu do trzy­dzie­stu poci­sków, ale tym razem według jego obli­czeń wypu­ściły dwa­dzie­ścia dwa. Wymie­nił gra­tu­la­cje z ofi­ce­rami z innych stat­ków. Nie­któ­rzy żar­to­bli­wie narze­kali, że pomy­lili się o jeden czy dwa strzały. Zwy­cięzcy zakła­dów dostaną luk­su­sowe racje żyw­no­ściowe, prze­grani dodat­kowe godziny służby.

Takich starć było już pra­wie trzy­dzie­ści. Ale teraz, kiedy oba zgru­po­wa­nia bojowe, wyko­nu­jąc łatwe do prze­wi­dze­nia manewry, zbli­żały się do sie­bie, Vor szy­ko­wał nie­przy­ja­cie­lowi nie­spo­dziankę.

Flota dżi­hadu, rów­nie zdy­scy­pli­no­wana jak siły maszyn, utrzy­my­wała ide­alny szyk.

- No i znowu to samo. - Vorian odwró­cił się do swo­ich ludzi na mostku. - Przy­go­to­wać się do walki. Nasta­wić tar­cze na pełną moc. Wie­cie, co robić. Mamy już w tym wprawę.

Po pokła­dzie roze­szło się wibru­jące bucze­nie, od któ­rego cier­pła skóra, i sta­tek okryły drga­jące war­stwy siły ochron­nej, wytwa­rza­nej przez połą­czone z sil­ni­kami potężne gene­ra­tory. Dowódcy poszcze­gól­nych jed­no­stek będą bacz­nie wypa­try­wać oznak prze­grza­nia tarcz, ich nie­bez­piecz­nej wady, któ­rej ist­nie­nia maszyny - przy­naj­mniej na razie - nie podej­rze­wały.

Vor patrzył, jak bali­sta straży przed­niej leci orbi­tal­nym szla­kiem.

- Jesteś gotowy, Ver­gylu?

- Od wielu dni, pri­mero. Zała­twmy je!

Vor skon­tak­to­wał się ze swo­imi sape­rami i spe­cja­li­stami od tak­tyki, któ­rymi dowo­dził jeden z najem­ni­ków z Ginaza, Zon Noret.

- Mistrzu Nore­cie, zakła­dam, że roz­mie­ścił pan wszyst­kie nasze... pułapki?

- Każda jest tam, gdzie powinna być, pri­mero - nade­szła odpo­wiedź. - Prze­ka­za­łem naszym stat­kom dokładne współ­rzędne, żeby nie nadziały się na nie. Pyta­nie tylko, czy maszyny ich nie zauważą.

- Sku­pię na sobie ich uwagę, Vorze! - rzekł Ver­gyl.

Jed­nostki robo­tów rosły w oczach, zbli­ża­jąc się do punktu, w któ­rym prze­ci­nały się kursy obu flot. Cho­ciaż myślące maszyny nie miały poję­cia o este­tyce, ich obli­cze­nia i racjo­nalne pro­jekty dały w rezul­ta­cie pre­cy­zyjne krzy­wi­zny i nie­ska­zi­tel­nie gład­kie kadłuby.

- Naprzód! - rzu­cił Vor z uśmie­chem.

Kiedy zgru­po­wa­nie bojowe Omniusa nad­cią­gało niczym ławica nie­wzru­szo­nych, groź­nych ryb, bali­sta Ver­gyla rzu­ciła się nagle, z dużym przy­spie­sze­niem, do przodu. Odpa­lono poci­ski, wyko­rzy­stu­jąc nowy, pre­cy­zyj­nie sko­or­dy­no­wany układ typu "mru­gnij i strze­laj", który na tysięczne czę­ści sekundy wyłą­czał dzio­bowe tar­cze, co pozwa­lało ostrze­li­wać nie­przy­ja­ciela bez pozba­wia­nia się na dłuż­szy czas osłony.

Rakiety o dużej sile raże­nia zbom­bar­do­wały naj­bliż­szą jed­nostkę maszyn, a Ver­gyl odsko­czył, zmie­nia­jąc kurs i prze­bi­ja­jąc się niczym szar­żu­jący salu­ski byk przez rój stat­ków robo­tów.

Vor wydał roz­kaz, by flota się roz­pro­szyła, a wtedy reszta jego jed­no­stek zła­mała szyk i roz­le­ciała się w róż­nych kie­run­kach.

Sta­ra­jąc się zare­ago­wać na ten nie­ocze­ki­wany manewr, maszyny mogły tylko otwo­rzyć ogień do wypo­sa­żo­nych w tar­cze Holt­zmana stat­ków dżi­ha­dy­stów.

Ver­gyl ponow­nie ruszył do ataku. Miał roz­kaz opróż­nić w sza­leń­czym natar­ciu bate­rie arty­le­rii swo­jej bali­sty. W statki robo­tów bił pocisk za poci­skiem; ich wybu­chy wyrzą­dzały znaczne szkody, ale nie znisz­czyły żad­nej jed­nostki. Mimo to przez kom­li­nie nio­sły się wiwaty ludz­kich załóg.

Ale manewr Ver­gyla miał tylko zmy­lić maszyny. Więk­szość floty Omniusa leciała dalej poprzed­nim kur­sem... wprost na kosmiczne pola minowe, które roz­mie­ścił na orbi­cie oddział najem­ni­ków Zona Noreta.

Ogromne miny zbli­że­niowe pokryto war­stwą masku­jącą, dzięki któ­rej były pra­wie nie­wi­dzialne dla czuj­ni­ków maszyn. Mogliby je wpraw­dzie wykryć mecha­niczni zwia­dowcy, sta­ran­nie prze­cze­su­jąc prze­strzeń ska­ne­rami, ale gwał­towna i nie­spo­dzie­wana szarża Ver­gyla odwró­ciła uwagę robo­tów.

Wpadł­szy na rząd potęż­nych min, eks­plo­do­wały dwie przed­nie jed­nostki liniowe maszyn. Silne wybu­chy wyrwały dziury w ich dzio­bach, bur­tach i dol­nych osło­nach sil­ni­ków. Zba­cza­jąc z kursu, uszko­dzone statki sta­nęły w pło­mie­niach; jeden z nich nadział się na kolejną minę.

Na­dal nie zda­jąc sobie dokład­nie sprawy z tego, co się stało, na nie­wi­dzialne miny wpa­dły jesz­cze trzy jed­nostki robo­tów. Potem wszakże zgru­po­wa­nie maszyn zorien­to­wało się w sytu­acji. Igno­ru­jąc atak Ver­gyla, statki roz­pro­szyły się, zlo­ka­li­zo­wały za pomocą sen­so­rów resztę min i znisz­czyły je gra­dem pre­cy­zyj­nych strza­łów.

- Ver­gylu, prze­rwij akcję - pole­cił Vor. - Wszyst­kie pozo­stałe bali­sty: prze­gru­po­wać się. Już się zaba­wi­li­śmy. - Z pomru­kiem zado­wo­le­nia odchy­lił się do tyłu w fotelu. - Wyślij­cie cztery szyb­kie han­dżary zwia­dow­cze dla osza­co­wa­nia szkód, które wyrzą­dzi­li­śmy. - Otwo­rzył pry­watną kom­li­nię i na ekra­nie poja­wił się obraz najem­nika z Ginaza. - Mistrzu Nore­cie, pan i pań­scy ludzie otrzy­ma­cie za to medale.

Kiedy nie roz­miesz­czali min ani nie uczest­ni­czyli w innych taj­nych ope­ra­cjach, najem­nicy, zamiast zie­lono-szkar­łat­nych mun­du­rów bojow­ni­ków dżi­hadu, nosili wła­snego pomy­słu złoto-szkar­łatne uni­formy. Złoto sym­bo­li­zo­wało pokaźne sumy, które zara­biali, szkar­łat krew, którą prze­le­wali.

Za nimi, niczym wypa­tru­jące łupu rekiny, kon­ty­nu­owały orbi­talną misję patro­lową uszko­dzone, ale nie­znie­chę­cone jed­nostki Omniusa. Ze stat­ków maszyn wyro­iły się już roboty i obla­zły jak wszy ich kadłuby, doko­nu­jąc napraw.

- Wygląda to tak, jak­by­śmy nawet nie zmierz­wili im piór! - powie­dział Ver­gyl, kiedy jego bali­sta dołą­czyła do zgru­po­wa­nia dżi­hadu. W jego gło­sie brzmiało roz­cza­ro­wa­nie. - Ale na­dal nie ode­brali nam IV Anbusa - dodał nieco wesel­szym tonem.

- Święta racja. Dosyć już im odda­li­śmy w ostat­nich paru latach. Pora odmie­nić losy tej wojny.

Vor zasta­na­wiał się, dla­czego siły robo­tów cze­kają tak długo, nie sta­ra­jąc się nasi­lić dzia­łań koło tej pla­nety. Nie było to zgodne z ich sche­ma­tem postę­po­wa­nia. Jako syn Aga­mem­nona lepiej niż jaki­kol­wiek inny bojow­nik dżi­hadu rozu­miał spo­sób funk­cjo­no­wa­nia kom­pu­te­ro­wych umy­słów. Myśląc teraz o tym, nabrał nagle podej­rzeń.

"Czyż­bym to ja stał się zbyt prze­wi­dy­walny? A jeśli roboty chcą, żebym uwie­rzył, że nie zmie­nią tak­tyki?"

Zmarsz­czyw­szy czoło, połą­czył się ze sta­no­wiącą straż przed­nią bali­stą.

- Ver­gyl? Mam złe prze­czu­cie. Roze­ślij statki zwia­dow­cze, żeby zba­dały lądy pod nami i zro­biły ich mapy. Myślę, że maszyny coś knują.

Ver­gyl nie zakwe­stio­no­wał intu­icji Vora.

- Rozej­rzymy się dokład­nie na dole, pri­mero. Jeśli prze­su­nęli choćby jeden kamień, odkry­jemy to.

- Podej­rze­wam, że kryje się za tym coś wię­cej. Sta­rają się być chy­tre... na swój prze­wi­dy­walny spo­sób. - Vor zer­k­nął na chro­no­metr, wie­dząc, że minie jesz­cze wiele godzin, zanim będzie się musiał zacząć mar­twić następną orbi­talną potyczką. Był zanie­po­ko­jony. - Tym­cza­sem, Ver­gylu, prze­ka­zuję ci dowo­dze­nie zgru­po­wa­niem. Polecę na dół zoba­czyć, czy two­jemu bratu udało się wlać tro­chę oleju do głów naszych zen­szy­ic­kich przy­ja­ciół.

By pojąć zna­cze­nie zwy­cię­stwa, trzeba naj­pierw okre­ślić, kto jest twoim wro­giem... a kto sojusz­ni­kiem.

- pri­mero Xavier Har­kon­nen, wykłady stra­te­gii

Po exo­du­sie wszyst­kich sekt bud­di­slam­skich z Ligi Szla­chet­nych, do któ­rego doszło przed wie­kami, cen­trum zen­szy­ic­kiej cywi­li­za­cji stał się IV Anbus. Jego główne mia­sto, Darits, było ośrod­kiem reli­gij­nym tej nie­za­leż­nej i odizo­lo­wa­nej sekty, igno­ro­wa­nej przez miesz­kań­ców innych pla­net, dla któ­rych tutej­sze skromne zasoby bogactw natu­ral­nych i nie­zno­śni reli­gijni fana­tycy przed­sta­wiali nie­wielką war­tość.

Lądy IV Anbusa roz­dzie­lone były dużymi, płyt­kimi morzami, z któ­rych część miała słodką, część zaś bar­dzo słoną wodę. Przy­pływy wywo­ły­wane przez krą­żące bli­sko księ­życe sunęły po powierzchni pla­nety jak ścierka do szo­ro­wa­nia, spłu­ku­jąc wierzch­nią war­stwę gleby do głę­bo­kich kanio­nów o stro­mych zbo­czach i wymy­wa­jąc w mięk­kim pia­skowcu groty i amfi­te­atry. Pod dają­cymi schro­nie­nie nawi­sami zen­szy­ici zbu­do­wali swe mia­sta.

Pływy tło­czyły natu­ral­nymi kory­tami rzek wodę z jed­nego płyt­kiego morza do dru­giego. Aby prze­wi­dy­wać jej przy­bory i spadki oraz radzić sobie z tymi fluk­tu­acjami, tubylcy roz­wi­nęli w wyjąt­ko­wym stop­niu pewne działy mate­ma­tyki, astro­no­mii i inży­nie­rii. Gór­nicy szla­mowi pozy­ski­wali bogac­twa mine­ralne, prze­sie­wa­jąc muł nie­siony przez kaniony. Leżące w dole rzek niziny miały żyzną glebę, która dawała obfite plony, jeśli tylko rol­nicy przy­stę­po­wali w porę do zasie­wów i żniw.

W Darits zen­szy­ici zbu­do­wali - w wyzy­wa­ją­cym geście, który poka­zy­wał, że ich wiara i pomy­sło­wość są wystar­cza­jąco wiel­kie, by powstrzy­mać nawet rwący nurt rzeki - potężną tamę prze­gra­dza­jącą wąskie gar­dło wyżło­bio­nego w czer­wo­nej skale kanionu. Za tamą powstał ogromny zbior­nik ciem­no­nie­bie­skiej wody. Po jezio­rze tym pły­wali lek­kimi łodziami zen­szy­iccy rybacy, zasta­wia­jąc duże sieci, by uzu­peł­niać dietę skła­da­jącą się z upra­wia­nych na polach zbóż i warzyw.

Tama w Darits nie była zwy­kłym murem, lecz budowlą ozdo­bioną strze­li­stymi kamien­nymi posą­gami, wyku­tymi przez uta­len­to­wa­nych i odda­nych rze­mieśl­ni­ków. Mono­lity te, wyso­kie na kil­ka­set metrów, przed­sta­wiały wyide­ali­zo­wane postaci Buddy i Maho­meta, któ­rych rysy zatarły czas, legendy i ota­cza­jąca ich cześć.

Wierni zain­sta­lo­wali w tamie potężne tur­biny hydro­elek­tryczne, które obra­cała siła stru­mie­nia wody. Wespół z licz­nymi ogni­wami sło­necz­nymi, pokry­wa­ją­cymi szczyty mes, dostar­czały wystar­cza­jącą ilość ener­gii, by zaspo­koić potrzeby wszyst­kich, nie­du­żych w porów­na­niu z aglo­me­ra­cjami na innych pla­ne­tach, miast IV Anbusa. Cała pla­neta liczyła zale­d­wie sie­dem­dzie­siąt dzie­więć milio­nów miesz­kań­ców. Mimo to, dzięki liniom komu­ni­ka­cyj­nym i ener­ge­tycz­nym łączą­cym sku­pi­ska lud­no­ści, IV Anbus miał infra­struk­turę, która czy­niła go naj­no­wo­cze­śniej­szym ze wszyst­kich świa­tów zasie­dlo­nych przez bud­di­slam­skich ucie­ki­nie­rów.

I wła­śnie dla­tego maszyny chciały nim zawład­nąć. Mini­mal­nym nakła­dem sił Omnius mógłby prze­kształ­cić IV Anbusa w przy­czó­łek i wypro­wa­dzać zeń jesz­cze moc­niej­sze niż dotąd ataki na światy Ligi.

Dżi­had Sereny Butler pro­wa­dzony był na pełną skalę już od ponad dwóch dzie­się­cio­leci. W ciągu dwu­dzie­stu trzech lat, które minęły od ato­mo­wej zagłady Ziemi, losy wojny wie­lo­krot­nie prze­chy­lały się na korzyść to jed­nej, to dru­giej strony.

Sie­dem lat temu wszakże myślące maszyny zaczęły czy­nić celem swo­ich ata­ków Nie­zrze­szone Pla­nety, które było im łatwiej pod­bić niż sil­nie bro­nione, gęsto zalud­nione światy Ligi. Han­dla­rze, gór­nicy, rol­nicy i bud­di­slam­scy uchodźcy roz­pro­szeni na Nie­zrze­szo­nych Pla­ne­tach rzadko byli w sta­nie zebrać siły wystar­cza­jące do sta­wie­nia oporu Omniu­sowi. W pierw­szych trzech latach od zmiany stra­te­gii myślące maszyny pod­biły pięć z tych pla­net.

Rezy­du­jąca na Salu­sie Secun­du­sie Rada Dżi­hadu nie mogła pojąć, dla­czego Omnius zadaje sobie trud zdo­by­wa­nia tak bez­war­to­ścio­wych miejsc, dopóki Vorian nie przej­rzał jego planu. Otóż, kie­ru­jące się obli­cze­niami i prze­wi­dy­wa­niami kom­pu­te­ro­wego wszech­u­my­słu myślące maszyny ota­czały światy Ligi ze wszyst­kich stron, zacią­ga­jąc coraz moc­niej sieć i przy­go­to­wu­jąc się do zada­nia osta­tecz­nego ciosu jej sto­licy.

Krótko po tym, jak Vorian Atryda - przy popar­ciu Xaviera - zażą­dał, by siły dżi­hadu skon­cen­tro­wały się na obro­nie Nie­zrze­szo­nych Pla­net, potężne i nie­spo­dzie­wane kontr­na­tar­cie ludzi zakoń­czyło się odbi­ciem Tyn­dalla z rąk maszyn. Liczyło się każde zwy­cię­stwo.

Xavier cie­szył się, że siły Armii Dżi­hadu dotarły w porę na IV Anbusa. Stało się tak dzięki ostrze­że­niu, które prze­ka­zał Lidze tlu­la­xań­ski łowca nie­wol­ni­ków, nie­jaki Rekur Van. Oddział owego han­dla­rza żywym towa­rem naje­chał tę pla­netę i upro­wa­dził pewną liczbę zen­szy­itów, by sprze­dać ich na tar­gach nie­wol­ni­ków na Zan­ba­rze i Pori­tri­nie. Wra­ca­jąc z wyprawy, Rekur Van natknął się na patrol zwia­dow­czy robo­tów spo­rzą­dza­jący mapy pla­nety, co maszyny robiły, ile­kroć przy­go­to­wy­wały się do pod­boju. Han­dlarz natych­miast ruszył na Salusę Secun­dusa, gdzie prze­ka­zał tę ponurą wia­do­mość Radzie Dżi­hadu.

W celu zaże­gna­nia nie­bez­pie­czeń­stwa Wielki Patriar­cha Iblis Ginjo zebrał siły do tej pospiesz­nie prze­pro­wa­dzo­nej, ale uda­nej ope­ra­cji mili­tar­nej.

- Nie możemy dopu­ścić, by kolejny świat padł ofiarą dia­bel­skich myślą­cych maszyn! - wołał pod­czas cere­mo­nii poże­gnal­nej do entu­zja­stycz­nie wiwa­tu­ją­cych i rzu­ca­ją­cych poma­rań­czowe kwiaty tłu­mów. - Stra­ci­li­śmy już Ell­ram, kolo­nię Peri­dot, Bel­losa i inne pla­nety. Ale za IV Anbu­sem Armia Dżi­hadu nakre­śli w prze­strzeni nie­prze­kra­czalną gra­nicę!

Cho­ciaż Xavier źle osza­co­wał liczbę stat­ków, które Omnius chciał wysłać na pod­bój tego odle­głego świata, siłom dżi­hadu uda­wało się dotąd nie dopu­ścić do inwa­zji, mimo iż nie były w sta­nie zmu­sić robo­tów do odwrotu.

W prze­rwie roz­mów z zen­szy­itami pri­mero zaklął pod nosem. Ludzie, któ­rych sta­rał się oca­lić, nie byli zain­te­re­so­wani jego pomocą i uchy­lali się od walki z myślą­cymi maszy­nami.

W tym mie­ście, poło­żo­nym w kanio­nach wyżło­bio­nych w czer­wo­nej skale, znaj­do­wały się reli­kwie i ory­gi­nalne, ręcz­nie pisane kanony zen­szy­ic­kiej inter­pre­ta­cji bud­di­slamu. Mędrcy prze­cho­wy­wali w jaski­niach ory­gi­nalne zwoje z sutrami Koranu i modlili się pięć razy dzien­nie, kiedy sły­szeli wezwa­nia z mina­re­tów wznie­sio­nych na brze­gach kanionu. To z Darits star­szy­zna roz­sy­łała komen­ta­rze do świę­tych pism, mające pro­wa­dzić wier­nych przez gąszcz ukry­tej w nich wie­dzy tajem­nej.

Xavier Har­kon­nen z tru­dem pano­wał nad fru­stra­cją. Był żoł­nie­rzem, nawy­kłym do tocze­nia bitew i wyda­wa­nia roz­ka­zów, które wyko­ny­wano bez szem­ra­nia. Nie wie­dział, co robić, kiedy ci bud­di­slam­scy pacy­fi­ści... odma­wiali współ­pracy.

Na świa­tach Ligi nara­stał ruch prze­ciw dżi­ha­dowi. Po ponad dwu­dzie­stu latach roz­lewu krwi, które nie przy­nio­sły żad­nych widocz­nych postę­pów, ludzie byli wyczer­pani. Nie­któ­rzy mani­fe­sto­wali nawet przed kaplicz­kami zamor­do­wa­nego dziecka, Maniona Nie­win­nego, z trans­pa­ren­tami, na któ­rych wypi­sane było żąda­nie: "Pokój za wszelką cenę!".

Ow­szem, Xavier mógł zro­zu­mieć ich zmę­cze­nie i roz­pacz, ponie­waż widzieli wielu swo­ich bli­skich zabi­tych przez myślące maszyny. Ale ci żyjący w izo­la­cji bud­di­sla­mi­ści ni­gdy nie zdo­byli się nawet na to, by pod­nieść rękę w geście oporu, poka­zu­jąc tym samym, jakim sza­leń­stwem jest ide­olo­gia nie­sto­so­wa­nia prze­mocy.

Cel maszyn był jasny, Omnius zaś na pewno nie zwa­żałby na pre­fe­ren­cje jakich­kol­wiek reli­gij­nych fana­ty­ków. Xavier miał tutaj do wyko­na­nia ważne zada­nie w imię dżi­hadu, a wyma­gało ono odro­biny zdro­wego roz­sądku i współ­pracy tubyl­ców. Ni­gdy nie przy­pusz­czał, że tak trudno będzie spra­wić, by ludzie ci doce­nili to, co dla ich dobra ryzy­kuje Armia Dżi­hadu.

Do sali zebrań, w któ­rej się znaj­do­wał, pomiesz­cze­nia ozdo­bio­nego sta­rymi, skrzą­cymi się od złota i dro­gich kamieni uten­sy­liami reli­gij­nymi, wró­ciła, szu­ra­jąc nogami, zen­szy­icka star­szy­zna.

Naj­wyż­szy duchowny Rhen­ga­lid spoj­rzał na niego, jak robił już od wielu godzin, kamien­nym wzro­kiem. Jego obli­cze wyra­żało tę samą nie­prze­jed­naną odmowę. Miał dużą, wygo­loną, lśniącą od egzo­tycz­nych olej­ków głowę, gęste, wyszczot­ko­wane, poczer­nione brwi i rów­nie gęstą, siwą, przy­strzy­żoną pod kątem pro­stym brodę, którą nosił na znak dumy. Jego jasne, sza­ro­zie­lone oczy ostro kon­tra­sto­wały z opa­loną skórą. Pomimo wiszą­cej w górze zło­wro­giej floty myślą­cych maszyn i impo­nu­ją­cej siły ognia Armii Dżi­hadu męż­czy­zna ten nie wyglą­dał na prze­stra­szo­nego czy poru­szo­nego. Wyda­wał się nie­świa­domy tego, co czeka jego lud.

- Sta­ramy się ochro­nić wasz świat, czci­godny Rhen­ga­li­dzie. - Xavier wkła­dał sporo wysiłku w to, by jego głos brzmiał spo­koj­nie. - Gdy­by­śmy tu w porę nie przy­byli, gdyby nasze statki nie powstrzy­my­wały codzien­nie myślą­cych maszyn, ty i wszy­scy twoi ludzie byli­by­ście już nie­wol­ni­kami Omniusa. - Sie­dział sztywno na twar­dej ławie naprze­ciw przy­wódcy zen­szy­itów. Rhen­ga­lid nie zapro­po­no­wał mu cze­go­kol­wiek do picia, cho­ciaż - jak podej­rze­wał Xavier - star­szy­zna posi­lała się, ile­kroć żoł­nie­rze opusz­czali salę.

- Nie­wol­ni­kami? Jeśli tak się trosz­czysz o nasze dobro, pri­mero Har­kon­ne­nie, to gdzie były twoje jed­nostki kilka mie­sięcy temu, kiedy tlu­la­xań­scy han­dla­rze żywym towa­rem pory­wali z naszych osad rol­ni­czych zdro­wych, mło­dych męż­czyzn i płodne kobiety?

Xavier sta­rał się nie oka­zy­wać przy­gnę­bie­nia. Ni­gdy nie chciał być dyplo­matą; nie miał do tego cier­pli­wo­ści. Lojal­nie i z poświę­ce­niem słu­żył spra­wie dżi­hadu. Szkar­łat na jego mun­du­rze sym­bo­li­zo­wał prze­laną krew ludzi, a jego nie­winny Manion - który miał led­wie jede­na­ście mie­sięcy, gdy zgi­nął - był jed­nym z pierw­szych nowych męczen­ni­ków.

- A co ty zro­bi­łeś, czci­godny Rhen­ga­li­dzie, by bro­nić swo­ich ludzi, kiedy przy­byli łowcy nie­wol­ni­ków? Aż do tej chwili nie wie­dzia­łem o tym incy­den­cie i nie mogę wam pomóc w spra­wie tego, co się wyda­rzyło w prze­szło­ści. Mogę jedy­nie przy­siąc, że życie pod pano­wa­niem myślą­cych maszyn będzie dużo gor­sze.

- Tak mówisz, ale nie możesz zaprze­czyć, że w twoim spo­łe­czeń­stwie panuje hipo­kry­zja. Dla­czego mie­li­by­śmy przed­kła­dać słowo jed­nego łowcy nie­wol­ni­ków nad słowo dru­giego?

Xavie­rowi roz­sze­rzyły się noz­drza. "Nie mam na to czasu" - pomy­ślał.

- Skoro upar­cie wra­casz do prze­szło­ści - rzekł - pamię­taj, że wasze ludy od początku odma­wiały udziału w walce z myślą­cymi maszy­nami, przez co miliardy ludzi utra­ciły wol­ność, a nie­zli­czone rze­sze życie. Wielu uważa, że macie wielki dług wobec naszego rodzaju.

- Nie darzymy miło­ścią żad­nej ze stron tego kon­fliktu - odciął mu się siwo­brody męż­czy­zna. - Moi ludzie nie chcą brać udziału w waszej bez­ce­lo­wej, krwa­wej woj­nie.

- Mimo to zna­leź­li­ście się w krzy­żo­wym ogniu i musi­cie sta­nąć po czy­jejś stro­nie - stwier­dził Xavier, powstrzy­mu­jąc się od ostrej ripo­sty.

- Czy tyrani w ludz­kiej skó­rze są lepsi od mecha­nicz­nych? Któż to może powie­dzieć? Ale wiem, że to nie jest i ni­gdy nie będzie nasza wojna.

Obsługa tamy otwo­rzyła śluzy i z otwar­tych dłoni gigan­tycz­nych posą­gów Buddy i Maho­meta popły­nęły dwa wido­wi­skowe wodo­spady. Usły­szaw­szy nagły hałas try­ska­ją­cych stru­mieni, Xavier pod­niósł głowę i ze zdzi­wie­niem ujrzał, że skal­nym chod­ni­kiem bie­gną­cym z lądo­wi­ska jego promu w pry­mi­tyw­nym por­cie kosmicz­nym zmie­rza ku nim pri­mero Vorian Atryda. Ciem­no­włosy męż­czy­zna zbli­żył się z uśmie­chem. Wyglą­dał na­dal rów­nie młodo i krzepko jak przed wie­loma laty, po ucieczce z Ziemi, kiedy Xavier spo­tkał go pierw­szy raz.

- Możesz im schle­biać, jak chcesz, Xavie­rze, ale zen­szy­ici mówią zupeł­nie innym języ­kiem... i to nie tylko w sen­sie lin­gwi­stycz­nym.

Przy­wódca Darits zro­bił obu­rzoną minę.

- Wasza bez­bożna cywi­li­za­cja prze­śla­duje nas. Żoł­nie­rze dżi­hadu nie są tutaj, zwłasz­cza w Darits, naszym świę­tym mie­ście, mile widziani.

Xavier nie spusz­czał wzroku z Rhen­ga­lida.

- Muszę cię poin­for­mo­wać, czci­godny, że nie pozwolę myślą­cym maszy­nom zająć tej pla­nety, bez względu na to, czy nam pomo­że­cie czy nie. Upa­dek IV Anbusa przy­bli­żyłby wroga o kolejny krok do świa­tów Ligi.

- To nasza pla­neta, pri­mero Har­kon­ne­nie. Nie ma tu dla cie­bie miej­sca.

- Ani dla myślą­cych maszyn! - Xavier poczer­wie­niał.

Vorian chwy­cił go za ramię.

- Widzę, że odkry­łeś nową metodę dyplo­ma­cji - powie­dział z wyraź­nym roz­ba­wie­niem.

- Ni­gdy nie twier­dzi­łem, że jestem nego­cja­to­rem.

Vor kiw­nął z uśmie­chem głową.

- Na pewno byłoby łatwiej, gdyby ci ludzie wie­dzieli, że mają wyko­ny­wać twoje roz­kazy, prawda?

- Nie zamie­rzam porzu­cić tej pla­nety, Voria­nie.

Zatrzesz­czało łącze dowódcy i dobie­gła z niego wyraźna wia­do­mość.

- Pri­mero Atrydo, pań­skie podej­rze­nia się spraw­dziły! - Ver­gyl Tan­tor mówił pod­nie­co­nym gło­sem, pra­wie bez tchu. - Nasza apa­ra­tura odkryła, że myślące maszyny zakła­dają na pła­sko­wyżu tajną bazę. Wygląda to na przy­czó­łek, z maszy­nami prze­my­sło­wymi, ciężką bro­nią i robo­tami bojo­wymi.

- Dobra robota, Ver­gylu! - rzekł Vor. - Teraz zacznie się zabawa.

Xavier zer­k­nął przez ramię na pochło­nię­tego wła­snymi myślami Rhen­ga­lida, który wyglą­dał tak, jakby nie chciał już ni­gdy widzieć bojow­ni­ków dżi­hadu.

- Skoń­czy­li­śmy tutaj, Voria­nie. Wra­cajmy na sta­tek fla­gowy. Mamy robotę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki