Księżna Irulana pisze:
Każdy prawdziwy badacz musi sobie uświadomić, że historia nie ma
początku. Bez względu na to, gdzie się zaczyna opowieść, zawsze są
wcześniejsi bohaterowie i wcześniejsze tragedie.
Zanim ktoś zdoła zrozumieć Muad'Diba czy obecny dżihad, który rozpoczął
się po obaleniu mojego ojca, Imperatora Szaddama IV, musi zrozumieć,
przeciwko czemu walczymy. Dlatego spójrzmy w naszą odległą o ponad
dziesięć tysięcy lat przeszłość, na to, co się działo dziesięć
tysiącleci przed narodzinami Paula Atrydy.
Ujrzymy tam narodziny Imperium, ujrzymy, jak z popiołów po bitwie pod
Corrinem powstał Imperator, by zjednoczyć poobijaną resztkę ludzi.
Zagłębimy się w najstarsze zapiski, w mity Diuny, w czasy Wielkiej
Rewolty, bardziej znanej jako Dżihad Butlerowski.
Genezą naszego polityczno-handlowego wszechświata była owa straszna
wojna z myślącymi maszynami. Wysłuchaj teraz mojej opowieści o wolnych
ludziach, buntujących się przeciwko władzy robotów, komputerów i cymeków. Zauważ, co legło u podstaw wielkiej zdrady, która sprawiła, iż
ród Atrydów i ród Harkonnenów stały się śmiertelnymi wrogami, a która to
wendeta trwa i w naszych czasach. Poznaj korzenie zgromadzenia żeńskiego
Bene Gesserit, Gildii Kosmicznej i jej nawigatorów, mistrzów miecza z Ginaza, Akademii Medycznej Suka, mentatów. Przyjrzyj się życiu
uciskanych zensunnitów, którzy uciekli na pustynną planetę Arrakis,
gdzie stali się naszymi najwspanialszymi wojownikami - Fremenami.
Wydarzenia te doprowadziły do narodzin i życia Muad'Diba.
Na długo przed Muad'Dibem, w ostatnich dniach Starego Imperium, ludzkość
straciła swoją siłę napędową. Ziemska cywilizacja rozprzestrzeniła się w systemach gwiezdnych, ale pogrążyła się w stagnacji. Mając niewielkie
ambicje, większość ludzi zdała się na wydajne maszyny, które wykonywały
za nich codzienne czynności. Stopniowo rodzaj ludzki przestał myśleć,
marzyć... a nawet żyć pełnią życia.
Potem pojawił się człowiek z odległego układu Thalimy, wizjoner, który
przybrał imię Tlaloca, starożytnego boga deszczu. Przemawiał do ospałych
tłumów, starając się ożywić ducha ludzkości, ale bez widocznych
rezultatów. Jednak paru odmiennie myślących usłyszało jego przesłanie.
Myśliciele ci spotykali się w sekrecie i dyskutowali o tym, jak
zmieniliby Imperium, gdyby tylko udało im się obalić głupich władców.
Odrzuciwszy prawdziwe imiona i nazwiska, przyjęli przydomki związane z wielkimi bogami i bohaterami starożytności. Najznamienitszymi z nich
byli generał Agamemnon i jego kochanka Junona, geniusz taktyki. Dwójka
ta zwerbowała specjalistę z zakresu programowania, Barbarossę, ten zaś
uknuł spisek w celu przekształcenia wszechobecnych w Imperium maszyn
służebnych w nieustraszonych agresorów, poprzez wszczepienie w ich
sztuczne mózgi pewnych cech ludzkich, w tym żądzy podbojów. Potem do
mających nieposkromione ambicje buntowników dołączyło jeszcze
kilkanaścioro ludzi. W sumie dwadzieścia mózgów stworzyło zarodek
rewolucji, która obaliła Stare Imperium.
Zwycięzcy nazwali się Tytanami, po najstarszych greckich bogach. Pod
przewodem wizjonera Tlaloca owa dwudziestka podzieliła między siebie
władzę nad planetami i ludami, narzucając im za pośrednictwem
agresywnych myślących maszyn Barbarossy swoje rozporządzenia. Podbili
większość znanej galaktyki.
Niektóre grupy oporu zajęły pozycje obronne na kresach Starego Imperium.
Utworzywszy konfederację - Ligę Szlachetnych - walczyły z dwudziestoma
Tytanami i po wielu krwawych bitwach zachowały wolność. Powstrzymały
napór Tytanów i odepchnęły ich.
Tlaloc przysiągł, że pewnego dnia narzuci panowanie tym niepokornym, ale
po niespełna dziesięciu latach sprawowania władzy zginął w tragicznym
wypadku. Generał Agamemnon objął po nim przywództwo, lecz zgon jego
przyjaciela i mentora był ponurym przypomnieniem, że i Tytani są
śmiertelni.
Pragnąc rządzić setki lat, Agamemnon i jego kochanka Junona zdecydowali
się na ryzykowny krok. Polecili usunąć chirurgicznie swoje mózgi i umieścić je w pojemnikach ochronnych, które można było instalować w różnych mechanicznych formach. Kiedy nad pozostałymi Tytanami zawisło
widmo starości i niedołęstwa, również oni przekształcili się, jeden po
drugim, w "cymeki" - maszyny z ludzkimi mózgami.
Epoka Tytanów trwała sto lat. Uzurpatorzy cymeki władali swoimi
planetami, wykorzystując zaawansowane komputery i roboty do utrzymywania
porządku. Jednak pewnego feralnego dnia Kserkses, Tytan o hedonistycznych skłonnościach, chcąc mieć więcej czasu na przyjemności,
dał zbyt wiele swobody swojej wszechobecnej sieci sztucznej
inteligencji.
Obdarzona czuciem sieć komputerowa opanowała całą planetę, a potem
szybko inne. Rozprzężenie szerzyło się ze świata na świat niczym zaraza,
komputerowy "wszechumysł" zaś stawał się coraz potężniejszy i coraz
bardziej zwiększał swój zasięg. Nazwawszy się Omniusem, inteligentna i potrafiąca się przystosować sieć podbiła wszystkie pozostające dotąd we
władzy Tytanów planety, zanim cymeki zdążyły ostrzec towarzyszy przed
niebezpieczeństwem.
Następnie Omnius ustanowił porządek na własny, ściśle zorganizowany
sposób, trzymając upokorzone cymeki pod pantoflem. Agamemnon i jego
kompani, ongiś władcy Imperium, stali się, choć niechętnie, sługami
szeroko rozgałęzionego wszechumysłu.
W czasach Dżihadu Butlerowskiego Omnius i jego myślące maszyny trzymali
"Zsynchronizowane Światy" w żelaznym uścisku od tysiąca lat.
Mimo to na kresach pozostały zbiorowiska wolnych ludzi, połączone dla
wspólnej obrony, tkwiąc niczym cierń w boku myślących maszyn. Ilekroć
wszechumysł atakował, Liga Szlachetnych skutecznie się broniła.
Ale zawsze powstawały nowe plany maszyn.
Kiedy ludzie stworzyli komputer, który potrafił gromadzić informacje i uczyć się na ich podstawie, podpisali wyrok na ludzkość.
- siostra Becca Skończona
Salusa Secundus zawieszony był w pustkowiach kosmosu niczym wysadzany drogocennymi kamieniami klejnot.
Była to oaza zasobów mineralnych i żyznych pól, spokojna i miła dla
sensorów optycznych. Niestety roiło się na niej od ludzkiego paskudztwa.
Flota robotów zbliżała się do stołecznej planety Ligi Szlachetnych.
Krążowniki najeżone były bronią, niesamowicie piękne ze swoimi
odbijającymi światło pancerzami kompozytowymi oraz zdobiącymi je
antenami i sensorami. Silniki rufowe zionęły czystym ogniem, nadając
statkom przyspieszenie, które zmiażdżyłoby czysto biologicznych
pasażerów. Myślące maszyny nie potrzebowały żadnych systemów
podtrzymujących życie ani fizycznej wygody. Skupiały się na zniszczeniu
resztek odwiecznego ludzkiego oporu na dzikich kresach
Zsynchronizowanych Światów.
Atak prowadził ze swego statku w kształcie piramidy generał Agamemnon.
Logicznie myślące maszyny nie dbały o chwałę ani o zemstę. Ale on na
pewno dbał. Jego w pełni sprawny mózg w pojemniku ochronnym obserwował
realizację planów.
Przed nim główna flota kierowanych przez roboty statków wnikała w głąb
opanowanego przez ludzi układu, zmiatając załogi zaskoczonych statków
wartowniczych niczym tocząca się z przestrzeni kosmicznej lawina.
Jednostki ludzi otworzyły ogień, nadciągali obrońcy, by stawić czoło
siłom maszyn. Pięć statków Ligi oddało potężne salwy, ale większość ich
pocisków była zbyt wolna, by trafić nacierającą jak błyskawica flotę.
Celne strzały zniszczyły lub uszkodziły garść statków robotów, jednak
tyle samo statków pilotowanych przez ludzi eksplodowało w jarzących się
płomieniach gazów - nie dlatego, że stanowiły jakieś szczególne
zagrożenie dla najeźdźców, lecz po prostu dlatego, że znalazły się na
ich drodze.
Tylko kilku odległym zwiadowcom udało się przesłać ostrzeżenie na
bezbronnego Salusę Secundusa. Statki robotów rozbiły w pył przerzedzoną
wewnętrzną linię obronną ludzi, nie zwalniając nawet w pędzie ku swojemu
prawdziwemu celowi. Trzęsąc się pod wpływem ogromnego, spowodowanego
hamowaniem przeciążenia, pojawią się niedługo po dotarciu do stołecznej
planety sygnału ostrzegawczego.
Ludzkość nie będzie miała dosyć czasu, by się przygotować.
Flota robotów była dziesięciokrotnie liczniejsza i potężniejsza niż
siły, które Omnius kiedykolwiek wysłał przeciwko Lidze Szlachetnych.
Ludzkość stała się zbyt pewna siebie, nie spotkawszy się w ciągu
ostatniego stulecia niepewnej zimnej wojny ze skoncentrowanym atakiem
robotów. Ale maszyny mogły długo czekać, a teraz Agamemnon i pozostali
Tytani mieli dostać swoją szansę.
Jak odkryła chmara małych sond szpiegowskich maszyn, Liga zainstalowała
niedawno rzekomo niemożliwe do pokonania systemy obronne przeciw opartym
na obwodach żelowych myślącym maszynom. Potężna flota robotów będzie
więc czekała w bezpiecznej odległości, aż Agamemnon i jego mała grupa
cymeków, prąc naprzód w samobójczej być może misji, otworzy drogę do
Salusy Secundusa.
Agamemnon upajał się myślą o tym, co się stanie. Nieszczęsne istoty
biologiczne włączają już alarmy, przygotowują obronę... Kulą się ze
strachu. Przez elektrofluid, który utrzymywał przy życiu jego pozbawiony
ciała mózg, przekazał rozkaz swojemu oddziałowi szturmowemu cymeków:
- Zniszczmy centrum ludzkiego oporu. Naprzód!
Od tysiąca piekielnych lat Agamemnon i jego Tytani zmuszeni byli służyć
komputerowemu wszechumysłowi - Omniusowi. Zirytowane tym poddaństwem,
ambitne, lecz pokonane cymeki zwróciły teraz swoją złość przeciwko Lidze
Szlachetnych. Pokonany przez maszyny generał żywił nadzieję, że pewnego
dnia zwróci się przeciwko samemu Omniusowi, ale dotąd nie dostrzegł ku
temu okazji.
Liga wzniosła wokół Salusy Secundusa nowe ekrany smażące. Pola te
zniszczyłyby finezyjne obwody żelowe wszystkich komputerów, ale umysły
ludzkie mogły przebyć je bez szkody. A chociaż cymeki miały mechaniczne
układy i wymienialne ciała robotów, ich mózgi nadal były ludzkie.
A zatem mogły przeniknąć przez ekrany obronne nietknięte.
Salusa Secundus wypełnił pole widzenia Agamemnona jak cel za krzyżem w obiektywie lunety. Generał studiował taktyczne projekcje, poświęcając
dużo uwagi szczegółom. Wykorzystywał umiejętności militarne, które
rozwinął w ciągu wieków, oraz intuicyjną wiedzę o sztuce podboju.
Zdolności te pozwoliły niegdyś dwudziestu zaledwie buntownikom przejąć
władzę nad Imperium i sprawować ją... dopóki nie stracili wszystkiego na
rzecz Omniusa.
Przed przystąpieniem do tego ważnego ataku komputerowy wszechumysł
nalegał na wykonanie szeregu symulacji, starając się opracować plan na
każdą ewentualność. Jednak Agamemnon wiedział, że jeśli chodzi o nieprzewidywalnych ludzi, zbyt precyzyjne planowanie nie ma sensu.
Teraz, kiedy ogromna flota robotów ścierała się z obroną orbitalną i jednostkami straży granicznej Ligi, umysł Agamemnona wychynął z połączonego z sensorami pojemnika i poczuł, że statek flagowy jest
przedłużeniem jego dawno utraconego ludzkiego ciała. Uzbrojenie statku
było jego częścią. Widział tysiącem oczu, a potężne silniki sprawiały,
że czuł, jakby znowu miał umięśnione nogi i mógł biec z szybkością
wiatru.
- Przygotować się do desantu. Musimy uderzyć szybko i mocno, gdy tylko
nasze lądowniki przenikną przez saluską obronę. - Przypomniawszy sobie,
że patrzydła będą rejestrować każdy moment bitwy, by wszechumysł mógł ją
przeanalizować po powrocie floty, dodał: - Wytrzebimy życie na tej
paskudnej planecie na chwałę Omniusa! - Zmniejszył szybkość
podchodzącego do lądowania statku, a pozostali poszli za jego
przykładem. - Kserksesie, obejmij prowadzenie. Wyślij swoje neocymeki,
by ściągnęły na siebie ogień, i zmieć Salusan.
Jak zwykle niezdecydowany, Kserkses zaczął narzekać.
- Udzielicie mi pełnego wsparcia, kiedy ruszę? To najbardziej
niebezpieczna część...
- Ciesz się, że masz szansę się wykazać - uciszył go Agamemnon. -
Naprzód! Każda sekunda twojej zwłoki daje więcej czasu hrethgirom. -
Tym obraźliwym słowem inteligentne maszyny i ich sługusy, cymeki,
określały ludzkie robactwo.
Łącze zatrzeszczało i dobiegł z niego głos robota łącznościowego floty
maszyn szturmującej siły obronne ludzi wokół Salusy.
- Czekamy na twój sygnał, generale Agamemnonie. Opór ludzi się wzmaga.
- Jesteśmy w drodze - odparł Agamemnon. - Kserksesie, rób, co ci
kazałem!
Kserkses, który zawsze unikał całkowitego nieposłuszeństwa, powstrzymał
się od uwag i wezwał trzy neocymeki, późniejszej generacji maszyny z ludzkimi mózgami. Cztery piramidalne statki wyłączyły układy
wspomagające i ich opancerzone lądowniki wpadły w atmosferę planety bez
naprowadzania. Przez kilka niebezpiecznych chwil będą łatwymi celami;
obrona powietrzna Ligi może trafić kilka z nich. Jednak sporządzona z materiału o dużej gęstości osłona lądowników ochroni je przed
poważniejszymi szkodami, które mógłby wyrządzić ostrzał, a nawet sprawi,
że wyjdą nietknięte z gwałtownego zetknięcia z ziemią podczas lądowania
na peryferiach najważniejszego miasta Salusy, Zimii, gdzie znajdują się
główne wieże wytwarzające pole ochronne wokół planety.
Liga Szlachetnych broniła dotąd niesforną ludzkość przed zorganizowaną
sprawnością Omniusa, ale zdziczałe istoty biologiczne rządziły się
nieudolnie i często nie potrafiły dojść do zgody w sprawie ważnych
decyzji. Kiedy zostanie zmiażdżony Salusa Secundus, rozpadnie się w panicznym strachu ten niestabilny sojusz i załamie się opór.
Ale najpierw cymeki Agamemnona będą musiały wyłączyć ekrany smażące.
Wtedy Salusa stanie się bezbronny, jego mieszkańcy będą się trząść ze
strachu, a główna flota robotów zada, niczym ogromny mechaniczny but
rozgniatający owada, śmiertelny cios.
Wódz cymeków ustawił swój lądownik w pozycji do ataku, gotów poprowadzić
drugie uderzenie resztą floty eksterminacyjnej. Wyłączył wszystkie
skomputeryzowane układy i podążył w dół za Kserksesem. Jego mózg unosił
się w cieczy w pojemniku ochronnym, pozbawiony dopływu jakichkolwiek
bodźców.
Ślepy i głuchy generał nie czuł ani żaru, ani gwałtownych wibracji,
kiedy jego opancerzony pojazd zmierzał z rykiem w kierunku
niepodejrzewającego niczego celu.
Inteligentna maszyna jest złym dżinem, który uciekł z butelki.
- Barbarossa, Anatomia rebelii
Kiedy sieć czujników Salusy wykryła
nadciągającą flotę robotów, Xavier Harkonnen natychmiast przystąpił do
działania. Myślące maszyny raz jeszcze chciały sprawdzić siły obronne
wolnej ludzkości.
Chociaż Xavier miał stopień tercero saluskiej milicji - miejscowego,
niezależnego oddziału Armady Ligi - podczas ostatnich prawdziwych
wypadów Omniusa przeciwko zrzeszonym w Lidze planetom nie było go
jeszcze na świecie. Ostatnia wielka bitwa rozegrała się prawie przed
stoma laty. Po takim czasie myślące maszyny mogły liczyć na to, że siły
obronne ludzi osłabły, ale Xavier przysiągłby, że są w błędzie.
- Primero Meachu, odebraliśmy pilne ostrzeżenie i przekaz wideo od
jednego z naszych zwiadowców - powiedział do swojego dowódcy - ale
transmisja została przerwana.
- Popatrzcie na nich! - wrzasnął quinto Wilby, przeglądając obrazy
dostarczane przez odległą sieć czujników. Niski rangą oficer stał z innymi żołnierzami przed rzędami pulpitów w zwieńczonym kopułą budynku.
- Nigdy wcześniej Omnius nie wysłał tak wielkich sił.
Vannibal Meach, niski, ale obdarzony tubalnym głosem primero saluskiej
milicji, stał w centrum dowodzenia obroną planety i spokojnie przyjmował
napływające wieści.
- Z powodu opóźnienia sygnału ostatni meldunek wysłany z obrzeży układu
opisuje sytuację sprzed kilku godzin - rzekł. - Teraz podjęli walkę z naszymi pikietami i będą się starali podejść bliżej. Oczywiście nie uda
im się.
Chociaż było to pierwsze ostrzeżenie o zbliżającej się inwazji, jakie
dostał, zareagował tak, jakby cały czas spodziewał się, że maszyny lada
chwila zaatakują.
W oświetleniu centrum dowodzenia ciemnobrązowe włosy Xaviera lśniły
cynamonową barwą. Był poważnym młodym mężczyzną, uczciwym do szpiku
kości i mającym skłonność do postrzegania świata w czerni i bieli. Jako
wojskowy trzeciej rangi tercero Harkonnen był zastępcą Meacha na
stanowisku dowódcy miejscowych placówek obrony. Bardzo podziwiany przez
zwierzchników, szybko awansował, równie zaś poważany przez żołnierzy,
był człowiekiem, za którym bez wahania poszliby w bój.
Mimo wielkości floty robotów i jej siły ognia zmusił się do zachowania
spokoju, po czym wezwał najbliższe statki wartownicze do przekazania
raportów i postawił flotę obronną na bliskiej orbicie w stan najwyższego
pogotowia. Dowódcy statków zarządzili gotowość bojową na swoich
jednostkach, gdy tylko dotarły do nich pilne przekazy ze zniszczonych
już statków zwiadowczych.
Wokół Xaviera buczały zautomatyzowane układy. Słuchając oscylujących
syren, gwaru rozkazów i raportów o sytuacji w sali dowodzenia, wziął
głęboki wdech i zaczął ustalać kolejność zadań.
- Możemy ich powstrzymać - rzekł. - I powstrzymamy.
W jego głosie słychać było stanowczość dowódcy, jakby był dużo starszy i przywykł do codziennych walk z Omniusem. W rzeczywistości miało to być
jego pierwsze starcie z myślącymi maszynami.
Wiele lat temu, wracając z inspekcji posiadłości rodowych na Hagalu,
jego rodzice i starszy brat zginęli wskutek ataku cymeków. Siły
bezdusznych maszyn zawsze stanowiły zagrożenie dla światów Ligi, ale od
dziesiątków lat między ludźmi i Omniusem panował niepewny pokój.
Ścienna mapa układu Gammy Waipinga pokazywała orbitalne pozycje Salusy
Secundusa i sześciu innych planet oraz rozmieszczenie szesnastu
patrolowych grup bojowych i losowo rozproszonych czujnych statków
wartowniczych. Cuarto Steff Young pospiesznie uaktualniła przewidywania
taktyczne, starając się domyślić, gdzie znajduje się nadciągająca grupa
uderzeniowa robotów.
- Nawiąż kontakt z segundo Lauderdalem i wezwij wszystkie statki
przebywające na obrzeżach układu. Każ im atakować i niszczyć każdego
napotkanego nieprzyjaciela - powiedział primero Meach, a potem
westchnął. - Wycofanie naszych zgrupowań ciężkich jednostek z kresów
zajmie przy maksymalnym przyspieszeniu pół dnia, ale maszyny mogą mimo
to próbować przebić się przez nie. Może to być ciężki dzień dla naszych
chłopców.
Cuarto Young sprawnie wykonała rozkaz, wysyłając wiadomość, która miała
dotrzeć na obrzeża układu dopiero za kilka godzin.
Meach skinął głową, wykonując kolejne etapy dobrze przećwiczonej
procedury. Żyjąc nieustannie w cieniu maszyn, saluska milicja ćwiczyła
regularnie i przygotowywała się na dowolny scenariusz, podobnie jak
oddziały Armady wyznaczone do obrony każdego większego układu Ligi.
- Włączyć ekrany smażące Holtzmana wokół planety i wysłać ostrzeżenie do
wszystkich statków handlowych w powietrzu i w przestrzeni. Chcę, żeby za
dziesięć minut miejski przekaźnik ekranu pracował pełną mocą.
- To powinno upiec obwody żelowe każdej myślącej maszyny - rzekł Xavier
z wymuszoną pewnością siebie. - Wszyscy widzieliśmy próby - dodał.
"Jednak tym razem to nie próba" - pomyślał.
Miał nadzieję, że kiedy nieprzyjaciel natknie się na zainstalowane przez
Salusan środki obrony, obliczy, że poniesie zbyt ciężkie straty, i zarządzi odwrót. Myślące maszyny nie lubiły podejmować ryzyka.
Popatrzył na ekran. "Ale jest ich tak wiele" - stwierdził.
Potem wyprostował się i oderwał od pełnych złych wieści monitorów.
- Primero Meachu, jeśli nasze dane na temat prędkości floty maszyn są
poprawne, to nawet hamując, lecą prawie tak szybko jak sygnał
ostrzegawczy, który odebraliśmy od zwiadowców.
- Mogą więc być już tutaj! - powiedział quinto Wilby.
Tym razem Meach zareagował z wielkim niepokojem, ogłaszając stan
najwyższego pogotowia.
- Dać sygnały do ewakuacji! Otworzyć podziemne schrony!
- Ewakuacja w toku - zameldowała parę chwil później cuarto Young,
przebierając palcami po włącznikach na pulpicie. Dotknęła w skupieniu
przewodu komunikacyjnego przy uchu. - Przesyłamy wicekrólowi Butlerowi
wszystkie informacje, które mamy.
"W gmachu Parlamentu jest z nim Serena" - uświadomił sobie Xavier,
myśląc o dziewiętnastoletniej córce wicekróla. Jego serce ścisnął strach
o nią, ale nie śmiał wyjawić rodakom swych obaw. Wszystko w swoim czasie
i miejscu.
Pomyślał o tych wszystkich nitkach, które musiał spleść, wykonując to,
co należało do jego obowiązków, podczas gdy primero Meach kierował całą
obroną.
- Cuarto Chiry, weź dywizjon i osłaniaj ewakuację wicekróla Butlera,
jego córki i wszystkich przedstawicieli Ligi do podziemnych schronów.
- Powinni już tam zmierzać - odparł oficer.
Xavier uśmiechnął się do niego cierpko.
- Ufasz, że politycy zrobią najpierw to, co rozsądne?
Cuarto wybiegł wykonać rozkaz.
Większość historii piszą zwycięzcy konfliktów, ale te pisane przez
zwyciężonych - jeśli przetrwają - są często o wiele ciekawsze.
- Iblis Ginjo, Krajobraz ludzkości
Salusa Secundus był zieloną planetą o umiarkowanym klimacie, ojczyzną setek milionów wolnych ludzi z Ligi
Szlachetnych. Otwartymi akweduktami płynęła tam obficie woda.
Pofałdowane wzgórza wokół Zimii, ośrodka kultury i władzy, pokryte były
winnicami i gajami oliwnymi.
Na parę chwil przed atakiem na mównicę w wielkim budynku Parlamentu
weszła Serena Butler. Tę okazję zwrócenia się do przedstawicieli planet
zrzeszonych w Lidze otrzymała dzięki pełnej poświęcenia służbie
publicznej oraz zabiegom ojca.
Wicekról Manion Butler doradził jej w rozmowie w cztery oczy, by starała
się mówić w wyważony sposób i prosto przedstawiać swoje uwagi.
- Krok po kroku, moja droga. Naszą Ligę spaja zagrożenie ze strony
wspólnego wroga, a nie zbiór wspólnych wartości czy przekonań. Nigdy nie
atakuj stylu życia szlachetnych.
Było to dopiero trzecie wystąpienie w jej krótkiej karierze politycznej.
We wcześniejszych używała zbyt ostrych sformułowań - nie rozumiejąc
jeszcze, na czym polega balet polityki - więc jej pomysły spotkały się z mieszaniną ziewania i dobrodusznego chichotu z jej naiwności. Chciała
położyć kres niewolnictwu, praktykowanemu sporadycznie przez niektóre z planet Ligi, chciała, by wszyscy ludzie byli równi, by każdy był syty i chroniony.
- Może prawda boli. Starałam się, by poczuli się winni.
- Osiągnęłaś tylko tyle, że pozostali głusi na twoje słowa.
Serena wygładziła przemówienie zgodnie z radą ojca, trzymając się nadal
swoich zasad. "Krok po kroku". Ona też będzie się uczyła z każdym
krokiem. Jak poradził jej ojciec, porozmawiała również z podobnie
myślącymi przedstawicielami, zapewniając sobie zawczasu pewne poparcie i zyskując kilku sojuszników.
Podniósłszy brodę i przybrawszy minę nadającą jej wygląd osoby raczej
zdecydowanej niż podekscytowanej, Serena ulokowała się w muszli
nagrywającej, która otaczała podium niczym kopuła geodezyjna. Serce
rosło jej na myśl o dobru, które może zdoła wyświadczyć. Poczuła ciepłe
światło, kiedy mechanizm projekcyjny przekazywał jej powiększone ujęcia
poza muszlę.
Niewielki ekran na pulpicie podium pozwalał jej widzieć siebie tak, jak
widzieli ją zebrani w sali: łagodna twarz o klasycznej urodzie, z hipnotyzującymi lawendowymi oczami, bursztynowobrązowe włosy rozjaśnione
naturalnymi złotymi pasemkami. W lewej klapie miała małą białą różę z własnego, pieczołowicie pielęgnowanego ogrodu. Na obrazie projektora
wyglądała na jeszcze młodszą, ponieważ szlachetni nastawili aparat tak,
by tuszował ślady, które na ich rysach pozostawił upływ czasu.
Krągłolicy wicekról Butler, w najokazalszych złoto-czarnych szatach,
uśmiechał się z dumą do córki ze swojej pozłacanej loży na przodzie
widowni. Jego klapę zdobił znak Ligi Szlachetnych - złoty kontur
symbolizującej wolność otwartej dłoni.
Rozumiał optymizm Sereny, pamiętając, że sam miał podobne ambicje.
Zawsze cierpliwie znosił jej krucjaty, wspierając córkę w dziele
organizowania pomocy dla uchodźców z zaatakowanych przez maszyny planet,
pozwalając jej latać tam, by mogła opiekować się rannymi albo
przekopywać przez rumowiska i pomagać w odbudowie spalonych domów.
Serena nigdy się nie bała splamić rąk fizyczną pracą.
"Ograniczony umysł wznosi trudne do pokonania bariery - powiedziała jej
kiedyś matka - ale słowa są znakomitą bronią do ich przełamywania".
Zebrani w sali dygnitarze rozmawiali ściszonymi głosami. Kilku sączyło
napoje albo żuło kanapki, które im przyniesiono. Po prostu kolejny dzień
w Parlamencie. Mieszkając wygodnie w swoich willach i rezydencjach, nie
przyjmą chętnie propozycji zmian. Jednak możliwość zranienia ich ego nie
powstrzymywała Sereny przed powiedzeniem tego, co trzeba było
powiedzieć.
Włączyła system przekazu.
- Wielu z was sądzi, że mam niemądre pomysły, ponieważ jestem młoda, ale
może młodzi widzą ostrzej, podczas gdy starzy z wolna ślepną. Czy jestem
głupia i naiwna, czy też może niektórzy z was, pogrążeni w gnuśnym
samozadowoleniu, odsunęli się od ludzkości? Gdzie się plasujecie na
kontinuum dobra i zła?
Zobaczyła wśród zebranych oznaki oburzenia zmieszane z wyrazami
lekceważenia. Wicekról Butler rzucił jej ostre, pełne dezaprobaty
spojrzenie, ale szybko upomniał salę, by wysłuchała jej z uwagą i szacunkiem należnymi każdemu mówcy.
Udała, że tego nie zauważyła. Czyżby nie potrafili ujrzeć rzeczywistości
w szerszej perspektywie?
- Jeśli mamy przetrwać jako gatunek, każdy z nas musi patrzeć poza
koniuszek własnego nosa. Nie czas na egoizm. Od setek lat ograniczamy
nasze linie obronne do garści kluczowych planet. Chociaż przez kilka
dziesięcioleci Omnius nie przypuścił ataku na szeroką skalę, żyjemy w ustawicznym zagrożeniu ze strony maszyn.
Dotykając poduszek przyciskowych, Serena rzutowała na wysoki sufit obraz
mapy gwiezdnej, wyglądającej jak zbiór klejnotów. Świetlnym wskaźnikiem
pokazała wolne planety Ligi i rządzone przez myślące maszyny
Zsynchronizowane Światy. Potem przesunęła wskaźnik na bardziej odległe
rejony galaktyki, nad którymi nie mieli kontroli ani zorganizowani
ludzie, ani maszyny.
- Spójrzcie na te biedne Niezrzeszone Planety, na rozproszone światy,
takie jak Harmonthep, Tlulax, Arrakis, IV Anbus i Kaladan. Ponieważ te
rozrzucone w przestrzeni, zaściankowe ludzkie osady nie są członkami
Ligi, nie mogą liczyć na naszą pełną ochronę, gdyby kiedykolwiek stanęły
w obliczu zagrożenia: ze strony maszyn albo innych ludzi. - Przerwała,
by do zebranych dotarł sens jej słów. - Ba, planety te łupią nasi
ludzie, najeżdżając je w celu zdobycia niewolników dostarczanych na
niektóre światy Ligi.
Pochwyciła spojrzenie przedstawiciela Poritrina, który zrobił gniewną
minę, wiedząc, że mówi o nim.
- Niewolnictwo jest w Lidze przyjętą praktyką - zareagował głośno,
przerywając jej. - Skoro brakuje nam złożonych maszyn, nie mamy innych
możliwości powiększenia siły roboczej. - Przybrał zadowolony z siebie
wyraz twarzy. - Poza tym, Salusa Secundus sam miał przez dwieście lat
populację zensunnickich niewolników.
- Położyliśmy kres tym praktykom - odparła Serena z żarem. - Zmiana ta
wymagała nieco wyobraźni i chęci, ale...
Wicekról podniósł się, starając przerwać kłótnię.
- Każda planeta Ligi sama decyduje o miejscowych zwyczajach, technologii
i prawach. I bez wszczynania wojny domowej między naszymi planetami mamy
wystarczająco groźnego wroga w myślących maszynach.
Mówił ojcowskim tonem, napominając ją łagodnie, by wróciła do swojej
głównej tezy.
Serena westchnęła, ale się nie poddała. Przestawiła wskaźnik tak, że na
suficie zaświeciły się Niezrzeszone Planety.
- Mimo to nie możemy ignorować tych wszystkich światów: pełnych surowców
idealnych celów ataku, planet, które tylko czekają na to, aż podbije je
Omnius.
Marszałek Parlamentu, siedzący z boku na wysokim fotelu, stuknął laską w podłogę.
- Czas. - Łatwo się nudził, więc rzadko słuchał przemówień.
- Wiemy - ciągnęła w pośpiechu Serena, starając się dokończyć
wystąpienie bez wpadania w ostry ton - że myślące maszyny chcą zapanować
nad całą galaktyką, mimo iż od prawie stu lat dają nam w zasadzie
spokój. Systematycznie przejęły wszystkie światy w zsynchronizowanych
układach gwiezdnych. Nie dajcie się uśpić ich pozornym brakiem
zainteresowania nami. Wiemy, że znowu uderzą... ale jak i gdzie? Czy nie
powinniśmy wykonać ruchu przed Omniusem?
- Czego pani chce, pani Butler? - zapytał ze zniecierpliwieniem jeden z dygnitarzy, podnosząc głos, ale wbrew zwyczajowi nie wstając. -
Postuluje pani jakiegoś rodzaju uderzenie wyprzedzające na myślące
maszyny?
- Musimy postarać się przyłączyć Niezrzeszone Planety do Ligi i przestać
najeżdżać je w celu zdobycia niewolników. - Machnęła świetlnym
wskaźnikiem w stronę obrazu na suficie. - Wziąć je pod skrzydła, żeby
powiększyć nasze i ich siły. Wszyscy skorzystalibyśmy na tym! Proponuję,
byśmy wysłali tam ambasadorów i attaché kulturalnych z wyraźnym zamiarem
zawiązania nowych sojuszy militarnych i politycznych. Tylu, ile będziemy
w stanie.
- A kto zapłaci za tę całą dyplomację?
- Czas - powtórzył marszałek.
- Przyznaje się jej dodatkowe trzy minuty na odpowiedź, ponieważ
przedstawiciel Hagala zadał pytanie - powiedział kategorycznym tonem
wicekról Butler.
Serenę ogarnęła złość. Jak ów przedstawiciel mógł się martwić o drobne
koszta, skoro ostateczny koszt był tak wysoki?
- Zapłacimy wszyscy - krwią - jeśli tego nie zrobimy. Musimy wzmocnić
Ligę i rodzaj ludzki.
Niektórzy spośród szlachetnych zaczęli klaskać: sprzymierzeńcy, których
pozyskała przed wystąpieniem. Nagle w budynku i na ulicach rozległy się
syreny. Wyły przejmującym dreszczem, znanym tonem - zwykle słyszanym
tylko podczas planowanych próbnych alarmów - wzywając wszystkich
rezerwistów saluskiej milicji.
- Myślące maszyny weszły do układu saluskiego - oznajmił głos z wbudowanych w ściany głośników. Podobne komunikaty rozbrzmiewały w całej
Zimii. - Zaalarmowały nas statki zwiadowcze z obrzeży i wartownicze
zgrupowania bojowe.
Stojąc obok ojca, Serena zapoznała się ze szczegółami, kiedy wicekrólowi
doręczono krótkie i pilne streszczenie.
- Nigdy nie widzieliśmy tak wielkiej floty robotów! - powiedział. -
Kiedy przysłali ostrzeżenie pierwsi zwiadowcy? Ile mamy czasu?
- Zostaliśmy zaatakowani! - krzyknął jakiś człowiek.
Delegaci poderwali się na równe nogi i rozproszyli jak zaniepokojone
mrówki.
- Przygotować się do ewakuacji gmachu Parlamentu. - Marszałek gwałtownie
się rozruszał. - Wszystkie pancerne schrony są otwarte. Przedstawiciele,
zameldujcie się w wyznaczonych rejonach.
Wicekról Butler krzyknął do kłębiącego się tłumu, starając się, by w jego głosie brzmiała pewność:
- Ochronią nas tarcze Holtzmana!
Serena wyczuła niepokój ojca, chociaż dobrze go ukrywał.
Wśród krzyków paniki przedstawiciele zrzeszonych w Lidze planet rzucili
się do wyjść. Przybyli bezlitośni wrogowie ludzkości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki