Legendy Colhanu. Muzyka nocy. Tom 2 - Aneta Sowa

Kup ebooka

44.99 zł
37.34 zł (44,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZYZaproszenie elfów

Sara przykładała ucho do drzwi, próbując uchwycić strzępki odbywającej się po drugiej stronie dyskusji. Oczywiście na próżno: doskonale wiedziała, że w drzwiach jest tylko jedno miejsce - prawdopodobnie nadpróchniałe - przez które miały prawo przeniknąć odgłosy z sąsiedniego pomieszczenia. Było ono obecnie okupowane przez brata Horacego. Kustosz Katedry Żeglarza w Anarenie posłał jej pełne politowania spojrzenie, gdy z naburmuszoną miną podnosiła się z podłogi, lecz zaraz potem wyraz jego twarzy się zmienił.

- Idzie! - szepnął z ożywieniem.

Ledwie zdążył się odsunąć, gdy drzwi otworzyły się na oścież, a w progu stanął były kapitan armii króla Irycjana Suali, a obecnie regent colhańskiego tronu, Roy Dae.

Sara nie mogła wyjść z podziwu, jak bardzo mężczyzna się zmienił w ciągu ostatnich miesięcy. Gdy jesienią poznała go w Brunatnym Piórze, był ledwie cieniem samego siebie. Teraz chodził wyprostowany, włosy miał schludnie przycięte do ramion, a zamiast wypłowiałych i wielokrotnie łatanych ubrań nosił dobrze skrojone, choć wciąż proste szaty.

- Podsłuchujemy, co? - zapytał jej ojciec głosem bardziej rozbawionym niż zirytowanym.

Ojciec. Sara wciąż zawieszała się na tym określeniu, ilekroć przewinęło się przez jej myśli. Trudno było jej się dziwić: w końcu o swoim pokrewieństwie z Royem dowiedziała się zaledwie kilka miesięcy temu. Wcześniej przez przeszło dwanaście lat żyła pod dachem zwyczajnej rodziny po Tamtej Stronie - czyli w świecie, który do niedawna uważała za jedyny realny.

A potem trafiła do Colhanu i wszystko wywróciło się do góry nogami.

- Robiłem, co mogłem, by ją powstrzymać, Royu - zapewnił brat Horacy, unosząc ręce w obronnym geście. - Nie wiem, w kogo ona się wdała...

Sara spojrzała na niego bykiem, lecz w odpowiedzi mnich tylko wyszczerzył do niej zęby.

- Jak było? - zagadnął chwilę później Roya, gdy we troje ruszyli w dół korytarza.

- Szlag mnie trafi na tego Winta Tartona - prychnął Roy. - Jestem przekonany, że ma swoje za uszami, jednakże... - Pochylił się, by nie wpaść w zwieszającą się z sufitu pajęczynę. - Niczego nie da mu się udowodnić. Żadnych zapisków, podejrzanych transakcji... Żadnych świadków. A przynajmniej takich, którzy zechcieliby zeznawać.

- To było do przewidzenia. Wint zawsze potrafił o siebie zadbać.

- Zaoferował dwieście tysięcy rietów na rzecz odbudowy lokalnego rynku, nadszarpniętego działaniami poprzedniej władzy - oświadczył kwaśno Roy.

- Łapówka?

- A jakże.

- I co zamierzasz z tym zrobić?

Mężczyzna zacisnął usta.

- Chyba nie chcesz odrzucić tej oferty, Roy? - żachnął się brat Horacy. - Dwieście tysięcy to dwieście tysięcy, niezależnie od tego, z czyjego skarbca pochodzi.

Roy nadal milczał.

- Ja wiem, że jesteś złotym chłopcem o szlachetnym sercu - kontynuował mnich. - Ale musisz zrozumieć, że życie króla...

- Regenta - poprawił automatycznie Roy.

- ...nie jest usłane różami. Czasami trzeba pójść na kompromis w imię większej sprawy.

Temat Winta Tartona i jego podejrzanej hojności ciągnęli przez całą drogę pałacowymi korytarzami. Sara dość szybko przestała słuchać - wszelkie zawiłości polityczne były daleko poza zasięgiem jej pojmowania, a co istotniejsze, niemiłosiernie ją nudziły. "To bardzo ważne, byś to zrozumiała, więc skup się - strofował ją Roy za każdym razem, gdy przyłapał ją na odpływaniu myślami podczas tego typu dyskusji. - Za kilka lat będzie to spoczywać na twoich barkach".

Za kilka lat... A dokładnie cztery lata i dwa miesiące, kiedy to osiągnie pełnoletność i zastąpi Roya na tronie Colhanu jako prawomocna władczyni.

Jak można się spodziewać, nie mieściło się jej to w głowie.

Po zaginięciu Gallen i pokonaniu kosturów Sara cieszyła się kilkoma tygodniami względnego spokoju, pomagając Lys w obsługiwaniu gości gospody. Potem jednak nadszedł ów pamiętny wtorek, po którym spokój stał się dla niej nieosiągalnym luksusem.

Tego dnia, niczego nieświadoma, wybrała się na popołudniową przechadzkę po mieście z Shaolem (koniem kameleonowym, który w teorii należał do elfów z Derrium - choć sam sprzeciwiał się idei należenia do kogokolwiek, a Sara go w tym popierała - lecz z wyboru stał się jej towarzyszem) i w niespełna pięć minut została otoczona przez tłum przechodniów. Gdy w końcu, przerażonej, udało jej się od nich uwolnić i schronić w pozornie bezpiecznych murach Stajni Stapletona, natknęła się na brata Horacego, który zdawał się równie wyprowadzony z równowagi co ona.

- Widziałaś już? - zapytał mężczyzna.

- Co widziałam?

Spojrzała na gazetę, którą mnich przyciskał do piersi, i rozpoznała zwinięty w rulon egzemplarz "Echa Colhanu", lokalnego tygodnika. Brat Horacy rozprostował magazyn i wręczył go Sarze.

To, co ujrzała, przerosło jej najgorsze oczekiwania. Całą tytułową stronę gazety zajmowała jej podobizna. Poniżej tłustą czcionką dodano: "Zaginiona księżniczka powraca! (czyt. s. 2)".

Gdy przewróciła stronę, poczuła, że robi jej się słabo.

- Jak to się stało? - jęknęła Sara, nieświadomie mnąc gazetę. - Co my teraz zrobimy?

Przeniosła wzrok na kapłana i dotarło do niej, że wcześniej źle zinterpretowała jego reakcję. Brat Horacy wcale nie wyglądał na wyprowadzonego z równowagi, a raczej na podekscytowanego. Zmarszczyła brwi.

- Trzeba to pokazać Royowi - odparł kapłan.

Gdy Roy czytał artykuł z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, trybiki w głowie Sary kręciły się bez ustanku. Dlaczego nagle zaczęto o niej pisać w lokalnych brukowcach? To fakt, że po zniknięciu kosturów stała się dość rozpoznawalną postacią, szczególnie wśród stałych bywalców gospody, jednakże aż do tej pory nikt tak otwarcie nie spekulował o jej pochodzeniu. Ale... czy to na pewno była zła wiadomość? W gruncie rzeczy przecież Roy chciał, by jej tożsamość nie budziła w nikim wątpliwości. Z tego, co wiedziała, zaświadczył nawet o pochodzeniu Sary na posiedzeniu reaktywowanej Królewskiej Rady - choć fakt, że nikt nie zakwestionował pomysłu, by za kilka lat władzę w królestwie objęła nastolatka znikąd, miał raczej mało wspólnego z szacunkiem do jej osoby, bardzo wiele zaś z autorytetem, jakim cieszył się wśród ludzi legendarny kapitan Dae.

Spojrzała na Roya spod zmarszczonych brwi. Czy to możliwe, by to on poinformował o jej pochodzeniu dziennikarzy? Od razu odrzuciła od siebie tę myśl. Choć Roy bardzo poważnie podchodził do kwestii zagwarantowania jej sukcesji, to z jeszcze większą rozwagą traktował jej bezpieczeństwo. Na pewno nie zrobiłby niczego, co postawiłoby ją na świeczniku i naraziło na nieprzyjemne sytuacje. Jego kolejne słowa tylko utwierdziły Sarę w tym przekonaniu:

- Za wcześnie to wypłynęło - mruknął ze zmarszczonym czołem.

- Rada nie potrafi utrzymać języka za zębami, dobrze o tym wiesz - odparł mnich. - Ale, Royu, czy to nie lepiej? Być może rozgłos jest właśnie tym, czego nasza księżniczka potrzebuje, by zapewnić sobie miejsce na tronie.

Mężczyzna zignorował jego komentarz i zwrócił się wprost do Sary:

- Uważam, że powinnaś rozważyć przeniesienie się do pałacu.

- Przecież nikt nie wie, że tu mieszkam, prawda?

Roy uniósł brew, co w zupełności wystarczyło za odpowiedź. Nie zmieniało to jednak faktu, że w oczach Sary podziemia pod Stajnią Stapletona pozostawały najbezpieczniejszym miejscem w Anarenie, o niebo lepszym niż zimny zamek. Za panowania Gallen podziemia te stanowiły przystań dla wszystkich, którzy chcieli schronić się przed wzrokiem królowej, a i teraz świadoma ich istnienia była tylko garstka osób. Zamienić to na przepastną Fortecę Snów, nawet jeśli chroniło ją wielu żołnierzy? Sara nie chciała o tym słyszeć.

Choć, trzeba przyznać, pałac królewski nie był już tak przygnębiającym miejscem jak wtedy, gdy Sara znalazła się w nim po raz pierwszy. Przy okazji przeszukania zamku przeprowadzono w nim gruntowne porządki. Wielu mieszkańców Anarenu - głównie tych, którym za rządów Gallen wiodło się szczególnie źle - zgłosiło się do pomocy, a każdy z nich otrzymał za to uczciwą zapłatę. Powiedzieć, że Forteca Snów tętniła życiem, byłoby wciąż przesadą, lecz wyglądało na to, że wreszcie - powoli - zaczynała budzić się ze snu.

- Przynajmniej nie wypuszczaj się na samodzielne spacery po mieście - poprosił Roy w ramach kompromisu.

Dziedziniec rozświetlony był blaskiem gwiazd. Dobiegał właśnie końca drugi tydzień lutego: miasto wciąż okrywała pierzyna ze śniegu, a zimowe mrozy nie chciały ustąpić. Sara pożałowała, że gdy przed dwiema godzinami opuszczała podziemia Stajni Stapletona, zostawiła szalik w pokoju. Roztarła zziębnięte dłonie i schowała je głęboko w kieszeniach płaszcza. Pod palcami wyczuła krawędź listu, z którym nie rozstawała się od tygodnia.

Kiedy znaleźli się w parku, chciała odruchowo skręcić w stronę tunelu pod Rzeką Początku i Końca, czyli przejścia, z którego korzystała za każdym razem, gdy pojawiała się w pałacu. Roy i Horacy jednak ruszyli przed siebie, więc poszła za nimi.

"Tak jest lepiej" - pomyślała, wdychając rześkie nocne powietrze.

Oszukiwała się, że korzysta z sekretnego przejścia głównie po to, by omijać szczególnie tłoczne uliczki Anarenu, lecz w głębi serca wiedziała, że jej motywacja była zupełnie inna.

Za każdym razem, gdy znalazła się w tunelu, miała cichą nadzieję, że drzwi prowadzące na Tamtą Stronę znów się jej pokażą. W końcu to tutaj widziała je po raz ostatni. Czy Strażnik nie mógł się mylić, gdy twierdził, że nigdy więcej nie uda jej się z nich skorzystać? Może wciąż istniał cień szansy?

Strażnik... Jego również nie widziała od tamtej chwili. Poniekąd było to uspokajające - w końcu ile tak naprawdę wiedziała na jego temat? - nie mogła jednak stłumić rozczarowania. Miała tyle pytań, a zdawało się, że Strażnik był jedyną osobą, która mogłaby jej udzielić satysfakcjonujących odpowiedzi.

Zbliżali się właśnie do bramy pałacowej, gdy z cienia wyłonił się Luc i ruszył za nimi. Jego nagłe pojawienie się w otoczeniu Roya stanowiło zjawisko na tyle powszechne, że na nikim nie zrobiło wrażenia. Luc zwykł plątać się w okolicy regenta jak zbłąkany pies, jednakże poza tym trudno było stwierdzić, czym się zajmował - w każdym razie Sara nie przyłapała go na żadnym pożytecznym zajęciu, odkąd zjawiła się w Anarenie.

Rzuciła mu przez ramię pogardliwe spojrzenie, na co chłopak zmrużył oczy i wyniośle odwrócił głowę. Stanowiło to swoisty rytuał, który powtarzali za każdym razem, gdy znaleźli się w swoim towarzystwie.

W gospodzie pod Stajnią Stapletona panował spory ruch, jak zwykle o tej porze.

Roy, brat Horacy oraz drepczący za nimi Luc skierowali się od razu ku środkowi pomieszczenia, witani radosnymi okrzykami gości (a przynajmniej niektórzy z nich, bo trudno było sobie wyobrazić, by ktokolwiek w taki sposób reagował na widok Luca), Sara jednak zatrzymała się w wejściu, wypatrując Lys. Kobieta odbierała właśnie z rąk Namisa, który tego wieczoru pełnił dyżur w kuchni, naczynia wypełnione parującym jadłem.

- I jak? - mruknęła, gdy Sara dołączyła do niej za kontuarem i opasała się fartuchem. Pomaganie Lys w obsłudze gości tak bardzo weszło jej w krew, że za każdym razem, gdy znalazła się w gospodzie, automatycznie kierowała się ku zapleczu, niezależnie od tego, czy akurat wypadała jej zmiana, czy też nie.

- Jeszcze go nie pytałam - odparła, przygryzając wargę.

Barmanka westchnęła.

- Zanieś im to - powiedziała, wskazując brodą na tackę z napojami. - I nie waż się wracać bez odpowiedzi.

Sara spojrzała przez ramię na stolik zajmowany przez Roya. Na prawo od mężczyzny siedział, naturalnie, brat Horacy, dwa miejsca dalej zaś pan Trewis, starszy, sympatyczny jegomość, który zarządzał śródmiejskim portem. Pozostałe miejsca pozostawały wolne, jednakże sąsiedni stół, okupowany przez - jakżeby inaczej - Luca i jego świtę, znajdował się tak blisko Roya, że nikt nie mógłby przypuszczać, że znalazł się tam przypadkiem.

Sara odetchnęła głęboko i ruszyła w stronę mężczyzn.

- Mówię tylko, że nie zaszkodzi spróbować - twierdził zachrypniętym głosem pan Trewis. - Nie sądzę, by zdecydowali się na przepłynięcie przez Anaren, ale jeszcze tydzień temu nie zakładałbym też, że ośmielą się pojawić w Stiwrze. Och, dziękuję uprzejmie, panienko - wtrącił, gdy postawiła przed nim szklankę soku żurawinowego.

- Anaren to jedno - oświadczył Roy. - Ale z całą pewnością trzeba kontrolować Meldor.

- Kierują się na Morze Arakańskie? - zapytał brat Horacy, ochoczo pociągnąwszy łyk ze swojego kufla. - Po co?

- Interesy Gildii trudno przewidzieć - odparł Roy, wzruszając ramionami.

Sara nadstawiła uszu.

- Gildii? - wtrąciła. - Tej Gildii, na którą natknęliśmy się w Zatoce Trzech Mgieł?

Roy skinął głową.

- Po upadku Gallen na długo rozpłynęli się w powietrzu, lecz niedawno znajomy pana Trewisa wypatrzył dwoje z nich w porcie w Stiwrze. Spodziewamy się, że mogą chcieć się dostać na Archipelag.

Sara ze zgrozą przypomniała sobie swoje pierwsze - i ostatnie, jak do tej pory - spotkanie z Gildią, podczas którego Wertes i Azala, elfowie towarzyszący jej w drodze z Derrium do Anarenu, ledwie uszli z życiem. Nie wiedziała, czym dokładnie zajmują się członkowie tego stowarzyszenia oprócz tego, że są to niecne interesy, lecz miała szczerą nadzieję, że jej i ich ścieżki już nigdy się nie skrzyżują.

- Poprosiłbym jeszcze zupę. - Głos brata Horacego sprowadził ją na ziemię. - Dużą porcję, jeśli łaska.

Przytaknęła na znak, że przyjęła zamówienie, odwróciła się i zamierzała odejść, ale dojrzała wlepione w nią spojrzenie Lys, która musiała ją przez cały czas obserwować zza kontuaru. Barmanka niecierpliwie skinęła jej głową.

- Właściwie to mam do ciebie sprawę, Roy - powiedziała Sara, robiąc zwrot. Przełknęła ślinę i utkwiła wzrok w podłodze. - Chciałabym pojechać do Derrium. Tydzień temu dostałam oficjalne zaproszenie od księżniczki Mirien. Zaproponowała mi, bym przez najbliższy rok uczyła się w ich szkole, i pomyślałam, że szkoda byłoby nie skorzystać. Chętnie spotkam się znowu z Wertesem, a podobno mają się też pojawić elfowie od Tristana, więc nie tylko ja zaczynałabym od zera. Wiem, że nie lubisz elfów, i w ogóle, ale według mnie naprawdę nie są tacy, jak ci się wydaje, i myślę, że mogłabym się sporo od nich nauczyć.

Obracała te wszystkie argumenty w myślach, odkąd dostała list od Mirien, więc wyrecytowała je teraz niemal jednym tchem. Oczywiście miała w zanadrzu jeszcze najbardziej ważki: "Chciałabym wyjechać z Anarenu, dopóki nie przycichnie ta okropna sytuacja z "Echem Colhanu"". Zamierzała jednak posłużyć się nim dopiero w ostateczności.

Zagryzła wargę, szykując się na wyrok.

- W porządku - stwierdził po prostu Roy.

Sara nabierała już powietrza w płuca, gotowa polemizować, lecz wówczas dotarł do niej sens odpowiedzi mężczyzny.

- W porządku? - powtórzyła w osłupieniu.

- Tak, w porządku. Zgadzam się - przytaknął i lekko się uśmiechnął. - Oczywiście uważam, że Uniwersytet w Searanie jest o niebo lepszy od tej leśnej szkółki elfów, ale w końcu mówimy tu jedynie o roku...

Sara nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Roy naprawdę nie miał nic przeciwko? Niepotrzebnie się zamartwiała przez cały ostatni tydzień? Czuła się tak lekka, jak bodaj jeszcze nigdy w życiu. Jechała do Derrium!

- W gruncie rzeczy dobrze się składa, bo i tak miałem nadzieję znaleźć kogoś, kto donosiłby mi o poczynaniach Ceruliona, szczególnie w obliczu ich rzekomego pojednania z Upadłymi - kontynuował Roy.

Sara poczuła, jak cały entuzjazm z niej wyparowuje.

- Nie będę dla ciebie szpiegować elfów - oświadczyła, zszokowana.

- Oczywiście, że nie - przytaknął lekko Roy, jakby nawet nie brał tej opcji pod uwagę. - Luc będzie - wyjaśnił, skinąwszy głową ku młodzieńcowi przy sąsiednim stoliku.

W innych warunkach Sara patrzyłaby z rozbawieniem, jak z twarzy chłopca odpływa krew, lecz tym razem wcale nie było jej do śmiechu.

- K... kapitanie? - zająknął się Luc, równie zdębiały jak Sara.

- Dlaczego akurat on? - zapytała.

Roy uśmiechnął się z satysfakcją.

- Bo jest na tyle młody, by nikt nie brał go na poważnie. Ja jednak wiem, jak wiele potrafi.

Chłopak wyglądał, jakby walczyły w nim dwie osoby: jedna chciała się płaszczyć u stóp Roya w podzięce za ten nieoczekiwany komplement, druga zaś zrobiłaby wszystko, by nie spędzić kolejnych kilku miesięcy z dala od swego mentora i, na dodatek, w towarzystwie Sary.

- Skoro już wszystko ustalone, to wróćmy do tematu Gildii - oświadczył brat Horacy, zacierając ręce.

Sara spojrzała na Luca. Chłopak odwzajemnił spojrzenie, lecz tym razem zamiast wrogości dojrzała w jego oczach jedynie niedowierzanie porównywalne z tym, które sama odczuwała.

- Jak poszło? - zapytała Lys, gdy Sara dołączyła do niej za kontuarem. - Jedziesz do Derrium?

- Mhm - mruknęła.

Nie ma co, zapowiadał się ciekawy rok.

ROZDZIAŁ DRUGIStepy Alkazam

Wyjazd został zaplanowany za dwa tygodnie, co dawało Sarze złudne poczucie, że na przygotowanie się do niego ma dużo czasu. Nic bardziej mylnego.

Gdy następnego dnia wracała do pokoju po wysłaniu odpowiedzi do Mirien - zadowolona, że uwinęła się z tym tak szybko - natknęła się na Roya, który zapowiedział, że co drugi wieczór będzie udzielał jej instrukcji, jak ma się zachowywać w obecności elfów.

- Jak mam się zachowywać w obecności elfów? - powtórzyła, zaskoczona. - Co to w ogóle znaczy?

Roy zrobił zdziwioną minę.

- Przecież wiesz, że elfowie to... specyficzna rasa. Dbają przede wszystkim o własne interesy. Mimo wieloletnich sojuszy z ludźmi nigdy nie mogliśmy im w pełni ufać, więc istotne jest, byś trzymała przy nich buzię na kłódkę. Szczególnie w przypadku spraw najwyższej wagi.

- Tak jakbym sama coś o nich wiedziała! - zawołała za nim, lecz Roy już zniknął w głębi korytarza.

Niedługo później wpadła do niej Lys. Po szybkiej inwentaryzacji dobytku Sary oznajmiła, że ta nie posiada wystarczająco dużo ubrań, przyborów piśmienniczych i w ogóle wszystkiego, by swobodnie przeżyć rok w Derrium. Choć Sara zapewniała, że elfowie również mają sklepy, w których będzie mogła kupić cokolwiek, czego dusza zapragnie, Lys spojrzała na nią tylko pobłażliwie i zapowiedziała, że następnego dnia wybierają się na zakupy.

W pierwszej chwili wizja opuszczenia podziemi Stajni Stapletona - i to w biały dzień! - wywołała w Sarze niemałą euforię. Od czasu ukazania się artykułu obwieszczającego całemu Anarenowi (a może nawet Colhanowi), że jest zaginioną księżniczką, Sara ograniczyła swoje kontakty ze światem zewnętrznym do rzadkich wizyt w pałacu, zwykle wymuszanych na niej przez Roya. Czyniła tak głównie dlatego, że nie chciała się nikomu narzucać, a samodzielne wędrowanie po mieście nie wchodziło w rachubę. Dlatego też tej nocy długo nie mogła zasnąć z podekscytowania.

Pożałowała tego jeszcze przed południem.

Lys była niezmordowana. Zdawało się, że niemalże żaden z oferowanych przez sprzedawców towarów nie spełnia jej wymogów - i zamiast pójść na kompromis, nie ustępowała w poszukiwaniach czegoś, co w końcu ją zadowoli.

Gdy Sara zatrzymała się przy pierwszym lepszym straganie, oferującym wiązane na rzemyk buty, Lys bez słowa odciągnęła ją za rękaw na drugą stronę ulicy.

- Choć Roy myli się w wielu kwestiach, w tej jednej muszę przyznać mu rację - stwierdziła barmanka kamiennym tonem. - Nie możemy wysłać cię do elfów w czymś, co nie jest najwyższej jakości.

- Roy tak powiedział? - zdziwiła się Sara. - Od kiedy zna się na modzie?

- Nie na modzie, głuptasie - poprawiła ją Lys z uśmiechem. Dzień wolny od pracy w gospodzie najwyraźniej jej służył. - Na polityce.

Okazało się, że musiały przemaszerować przez niemal pół miasta, zanim natknęły się na coś, co w końcu było najwyższej jakości.

Choć Sara wciąż nie znała się zbyt dobrze na walutach Colhanu, nawet ona wiedziała, że dwieście rietów za kawałek materiału to nie lada wydatek.

- Czy aby na pewno... - zaczęła, lecz Lys od razu uciszyła ją spojrzeniem.

- Patrz i ucz się - mruknęła, odwracając się w stronę sprzedawcy, mężczyzny w średnim wieku z podkręconym wąsikiem.

"Czego niby mam się uczyć?" - chciała zapytać Sara, lecz po chwili stało się to oczywiste.

W ciągu trzech minut pierwotna cena zmalała pięciokrotnie - jedynie za sprawą ostrego jak brzytwa spojrzenia barmanki.

Gdy w końcu wyszły ze sklepu, Sara czuła się rozdarta. Z jednej strony naprawdę cieszyła się na perspektywę nowych ubrań, lecz z drugiej... Czy musiały pozbawiać tego mężczyznę uczciwego zarobku?

- Nie rób takiej skwaszonej miny - upomniała ją Lys. - Wiem, co ci chodzi po głowie, i zapewniam, że ktoś, kto wystawia towary po takich cenach, nie cierpiał biedy za czasów Gallen. Tkaniny, które tu sprzedają, sprowadzane są bezpośrednio z Archipelagu, a żeby utrzymać stosunki handlowe z tak dalekimi producentami, trzeba mieć odpowiednie koneksje.

- Myślisz, że współpracował z Gallen? - zapytała szeptem Sara, zerkając niepewnie przez ramię.

- Och, nie - zaśmiała się barmanka. - Ale na pewno nie próbował jej wchodzić w drogę. Jeśli ci to poprawi humor - dodała po chwili - to do uszycia odzieży z tych tkanin zatrudnimy krawcową z gminu. Ma na imię Iris, ledwie skończyła dwadzieścia lat, a już jest prawdziwą geniuszką.

Odwiedziły jeszcze z tuzin sklepów, w których zakupiły zapas papieru (grubego i żółtawego) oraz piór, kilka książek (w tym dwie autorstwa Perola Wyrwijgrosza), trzy pary butów i najpotrzebniejsze przybory kosmetyczne.

Wieczorem, gdy wreszcie znalazła się we własnym pokoju, Sara miała pęcherze na stopach, zakwasy w łydkach, a jej ręce były tak osłabione od noszenia pakunków z zakupami, że trzęsły się, gdy próbowała zapalić świecę.

Tej nocy spała jak zabita.

Nadszedł dzień wyjazdu. Sara była już tak zmęczona przygotowaniami, że nagle perspektywa spędzania czternastu godzin na dobę w siodle wydała jej się nader kusząca.

Szczególnie że jej wierzchowcem był Shaol.

"Cieszysz się na powrót do Derrium?" - zapytała nugla w myślach. Konie kameleonowe potrafiły komunikować się telepatycznie z wybranymi przez siebie ludźmi.

"Cieszę się na przygodę - odparł. - Elfów akurat mi nie brakowało".

Sara zachichotała. Shaol nigdy nie krył się ze swym brakiem sympatii do mieszkańców Derrium. Podejrzewała jednak, że musiał się czuć samotny przez ostatnie miesiące w Anarenie, kiedy inni przedstawiciele jego gatunku, nawet Otis i Dekarun, wrócili z elfami do ich stolicy.

Wyruszyli ośmioosobową grupą: Sara, Roy, pan Gortel - wesoły, barczysty mężczyzna, który często pełnił straż przy bramie pałacowej, dwóch innych wartowników oraz Luc w towarzystwie swoich przyjaciół. Połowa z nich miała jednak pozostać w Bukowym Grodzie, który wciąż zmagał się ze skutkami pożaru, jaki minionej jesieni sprowadzili na mieszkańców żołnierze Gallen.

Pierwszą noc spędzili w katedrze ojca Estocha. Kustosz zdawał się bardzo podekscytowany ich przyjazdem - zastali go bowiem na dziedzińcu, przebierającego z radości nogami.

- Dobrze cię widzieć, moje dziecko - powitał Sarę, zamykając ją w żelaznym uścisku (o ile ledwie wyczuwalny uścisk ducha można określić mianem żelaznego), co było gestem równie miłym, jak niespodziewanym.

"To mój praprapradziadek" - uświadomiła sobie, odwzajemniając uścisk.

Dwie stolice Colhanu: ludzki Anaren oraz elfie Derrium łączył Królewski Dukt, czyli szeroka brukowana droga. Oni jednak poruszali się Starym Szlakiem, podróż przebiegała więc spokojniej, choć zdecydowanie bardziej monotonnie. Stary Szlak był umowną nazwą na dawną dolinę Rzeki Początku i Końca; przebiegał w przybliżeniu równolegle do Duktu, ale pozwalał na ominięcie wszystkich większych miast.

Kiedy opuszczali Anaren, ten wciąż nie otrząsnął się z zimowego snu - uliczki zasnuwała szara mgła, a na ziemi trudno było się doszukać śladów wiosny. Jednakże tu, na zachodzie, przyroda powoli zaczynała budzić się do życia. Końskie kopyta tonęły w mchu, a w powietrzu unosił się lekko wyczuwalny, słodki zapach pierwszych kwiatów.

Gdy przed południem trzeciego dnia dotarli do rozwidlenia dróg, Sara nie mogła pohamować podekscytowania. Zbliżali się właśnie do nadprogramowego punktu podróży, o którego odwiedzenie zawczasu poprosiła Roya. Początkowo był dość sceptycznie nastawiony do jej pomysłu, lecz uległ, gdy wyjaśniła, jak duże znaczenie miało to dla jej przyjaciela.

- Kapitanie? - zdziwił się Luc, gdy zamiast w szeroką i jasną prawą odnogę skręcili w lewą, gęściej porośniętą drzewami.

Sara uśmiechnęła się pod nosem na myśl, że przynajmniej raz wiedziała o czymś, co nie dotarło do uszu chłopaka.

- Wszystko w porządku, Luc - uspokoił go Roy. - Musimy udać się w jedno miejsce, potem wracamy na Szlak.

Jechali przeszło godzinę, nim drzewa w końcu zaczęły się przerzedzać. Shaol od dłuższej chwili poruszał nerwowo chrapami i próbował dociec, dokąd zmierzają, lecz Sara cierpliwie głaskała go po szyi, tłumacząc, że dowie się tego w swoim czasie.

"Niemożliwe... - westchnął, gdy wyjechali na otwartą przestrzeń, porośniętą sięgającymi kolan, suchymi trawami. - Czy to...?"

"Witaj na Stepach Alkazam!" - odparła Sara w myślach.

Koń zarżał radośnie i puścił się galopem przed siebie.

- Nie jedźcie dalej niż do Czerwonych Skał! - krzyknął za nimi Roy.

Sara pośpiesznie pomachała mu ręką, lecz zaraz musiała mocniej chwycić wodze, by nie zsunąć się z grzbietu rozentuzjazmowanego nugla.

"Marzyłem o tym od źrebaka - tłumaczył Shaol, a w jego głosie słychać było tak obce mu rozrzewnienie. - To najpiękniejsze miejsce na świecie, Saro. Widzisz, jak słońce muska grzbiety Czerwonych Skał? Czujesz, jak zapach traw wypełnia ci nozdrza? To uczta dla zmysłów, nektar życia w najczystszej formie".

Sara nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc tylko skinęła głową i dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że koń nie mógł dostrzec jej gestu.

Czerwone Skały w istocie majaczyły przed nimi, rozświetlone blaskiem wiosennego słońca. Była to formacja wysokich na co najmniej siedem metrów i połączonych ze sobą głazów, które zawdzięczały swoją nazwę charakterystycznej ciemnopomarańczowej barwie. Podobno na południowy wschód od nich znajdowały się bliźniacze Rdzawe Skały.

"Mamy taką pieśń o Stepach Alkazam - zaczął niepewnie Shaol po dłuższej chwili milczenia. - Chcesz posłuchać?"

"Z przyjemnością" - odparła szczerze.

Shaol zaczął nucić. Początkowo był to tylko łagodny pomruk, który w przedziwny sposób rezonował w jej głowie i zdawał się łaskotać mieszki włosowe, lecz niedługo potem koń zaśpiewał pełnym głosem:

Trawy, co ścielą wschodni szlak,

Gwiazd mają blask, księżyca smak.

Skosztujesz raz - już zawsze brak

Traw, które ścielą wschodni szlak.

Trawy, co ścielą wschodni szlak,

Wezwą cię znów, a ty, ot tak,

Porzucisz trakt, by paść na wznak

W grób traw, co ścielą wschodni szlak.

Ledwie zakończył pieśń, gdy wysokie trawy przed nimi zafalowały, a ponad ich czubki wyrosła kobieca postać.

"Trzymaj się, Saro! - wykrzyknął Shaol, biorąc ostry zakręt, by nie wpaść na dziewczynę. - Co ty sobie wyobrażasz! - oburzył się, gdy się zatrzymali. - Mogliśmy zrobić ci krzywdę!"

Dziewczyna w żaden sposób nie zareagowała na jego słowa. Wyglądała na cztery, może pięć lat starszą od Sary. Odziana była w prostą, żółtawą sukienkę sięgającą kostek, a jej długie, splątane włosy wieńczył wianek z ostów. Mimo chłodu stopy miała bose. Nuciła pod nosem jakąś dziwną, monotonną melodię - coś na wzór kołysanki - jakby zupełnie nieświadoma niebezpieczeństwa, w jakim chwilę temu się znalazła.

- Wszystko w porządku? - zapytała Sara, zsuwając się na ziemię.

Dopiero wówczas dziewczyna umilkła i skierowała głowę w jej stronę. Ruch ten był tak gwałtowny, że Sara musiała zwalczyć odruch cofnięcia się.

Jednak to nie wszystko. Oczy dziewczyny były całkiem białe - jakby nie miała źrenic. Biel oczu kontrastowała z jej ciemnymi rzęsami i falującymi na wietrze włosami w sposób tak niespodziewany, że Sara poczuła, jak oddech jej przyśpiesza, a na ramiona wstępuje gęsia skórka.

Dziewczyna zrobiła krok w jej stronę i wyciągnęła ręce. Jej twarz zdradzała nagłą desperację.

Na ten widok Sara niechybnie rzuciłaby się do ucieczki, gdyby nogi ze strachu nie wrosły jej w ziemię.

- To jego rok - wychrypiała dziewczyna. - Uważaj.

Następnie zaczęła recytować:

Gdy upał zwilży drzewa,

gdy krótki księżyc wschodzi,

niech strzeże się, kto śpiewa,

nie zbliża się do łodzi.

Sara wpatrywała się w nią w osłupieniu. Słowa te brzmiały dziwnie złowieszczo, szczególnie w połączeniu ze szczególnym wyglądem osoby, która je wypowiedziała.

"Co masz na myśli?" - chciała zapytać, ale w ustach wyschło jej na wiór.

Kątem oka dojrzała ruch za plecami dziewczyny. W ich stronę kuśtykała starsza kobieta, z takimi samymi rozwianymi włosami i w liliowej szacie po kostki.

- Co ty wyprawiasz, głupia dziewucho?! - wrzeszczała.

W pierwszej chwili Sara przeraziła się, że te krzyki skierowane są do niej, lecz reakcja dziewczyny nie pozostawiła złudzeń, że było inaczej: schowała głowę w ramionach i zakryła uszy dłońmi.

- Cokolwiek zrobisz, nie śpiewaj! - wyszeptała jeszcze, zanim znalazła się w zasięgu słuchu nowo przybyłej.

Kobieta, choć ledwo mogła złapać dech po wysiłku, zamachnęła się jeszcze, by zdzielić towarzyszkę ręką w czubek głowy, ta jednak schyliła się, unikając ciosu.

- Co ja ci mówiłam o bieganiu samopas?! - kontynuowała połajankę, łapiąc dziewczynę za nadgarstek i przyciągając do własnego boku. - Mało mam z tobą kłopotów?

Mówiła szybko, z obcym akcentem, tak że niektóre słowa zlewały się ze sobą i czyniły jej wypowiedź trudną do zrozumienia.

- Wybacz, dziecko - odezwała się do Sary, gdy już zapanowała nad złością. - Lesha nie wystraszyła cię za bardzo, co?

Sara pokręciła głową, nie chcąc sprawiać dziewczynie - Leshy - jeszcze więcej kłopotów.

- To my o mało co na nią nie wpadliśmy - wyjaśniła, zezując na kobiety. - Przepraszam za to.

- Nie ma o czym mówić. - Starsza z nich machnęła ręką. - To dziewuszysko już ma to do siebie, że plącze się bez powodu pod nogami. Kocham ją jak własną córkę, ale, na me kości, czasami mam wrażenie, że naprawdę brakuje jej piątej klepki.

Sara zmarszczyła brwi. Czemu ta kobieta mówiła takie okropne rzeczy?

- Lesha nigdy nie miała lekko, to fakt - ciągnęła, niezrażona milczeniem Sary. - Najpierw Zeł pozbawił ją mamuśki i tatuśka, a potem jeszcze odebrał jej oczy.

- Odebrał jej oczy?

Staruszka pokiwała głową, ciężko wzdychając.

- A z wiekiem coraz częściej przychodzi po jej umysł - dodała, czule gładząc dziewczynę po włosach, jakby jeszcze przed chwilą nie miała zamiaru jej uderzyć.

Nagle Sara usłyszała za sobą tętent kopyt. Odwróciła się z przestrachem, lecz okazało się, że to tylko Roy, zapewne zaalarmowany jej dłuższą nieobecnością.

Staruszki najwyraźniej nie uspokoił ten widok, bo zrobiła kilka kroków w tył, ciągnąc za sobą Leshę.

- Proszę się nie obawiać - wyjaśniła szybko Sara, unosząc dłonie. - To mój... - zająknęła się, nie wiedząc, jak dokończyć zdanie. - Nic wam nie grozi - rzuciła w końcu.

Kobieta nie wyglądała na przekonaną, ale przynajmniej przestała się cofać. Wspólnie obserwowały, jak czarny koń zbliża się do nich i zatrzymuje obok Shaola.

- Jakiś problem? - zapytał Roy z grzbietu Płomienia.

Sara zaprzeczyła ruchem głowy, starając się uśmiechem dodać kobiecie otuchy.

- Po prostu trochę się zagadałyśmy - wyjaśniła.

Roy z uwagą przyjrzał się nieznajomym, a na jego twarzy pojawił się cień zrozumienia.

- Co robicie tak daleko na północy, tiravi-sal?

Na te słowa z oczu staruszki zniknęła obawa. Skinęła Royowi głową, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że zauważyła tytuł, jakim się do niej zwrócił.

- Zbieramy zioła, dobry panie - odparła, gestem wskazując na kosz, który miała przewieszony przez ramię. - Pora pierwszego kwitnienia to najlepszy moment na zbiory piżmażki glinowatej, korzeń ma wtedy jędrny i słodki. Uparte z niej zielsko; rośnie tylko na tej suchej, niełaskawej ziemi.

- Przygotowujecie z niej napar na bóle zębów? - zapytał ze znawstwem Roy.

- To... I wiele więcej - rzekła z dziwnym błyskiem w oku. Oczywiste było, że nie zamierza zdradzać mężczyźnie swych sekretów.

- A więc nie będziemy wam przeszkadzać. Zbieramy się - zawyrokował, a Sara bez słowa wykonała jego polecenie.

- Do widzenia! - powiedziała, gdy wspięła się na grzbiet Shaola.

- Do zobaczenia, dziecko - odparła staruszka z tym samym ognikiem w spojrzeniu.

Już miała się odwrócić, gdy zorientowała się, że Lesha znów wbija w nią spojrzenie niewidzących oczu. Wychrypiała coś, co brzmiało niebezpiecznie podobnie do "bywaj, Sa-a-Ral". Sarze przebiegł dreszcz po plecach.

Gdy zostawili Czerwone Skały daleko w tyle, zdobyła się na pytanie:

- Kim były te kobiety?

- Należą do Termurów, dość... uprzedzonego klanu z południa. Rzadko można ich spotkać tak daleko od rodzimych terenów. Sam nie widziałem żadnego z nich od przeszło dwudziestu lat. Mieszkają na skraju Dzikiej Puszczy, dlatego są, jacy są. - Gdy w spojrzeniu Sary nie znalazł zrozumienia, wyjaśnił: - To... dziwne miejsce. Mówi się, że miesza ludziom w głowach.

Jeszcze na długo po tym, gdy dołączyli do grupy i kontynuowali podróż wzdłuż północnej granicy stepów, w myślach Sary krążyła białooka Lesha i jej dziwne ostrzeżenie.

ROZDZIAŁ TRZECIPowrót na arenę

Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy między drzewami Sara ujrzała znajome budynki. Tym razem, przekraczając granicę miasteczka, nie wyczuła bariery ochronnej, która jeszcze pół roku temu udaremniała kosturom dostanie się do środka. Uśmiechnęła się lekko. Kolejny dowód na to, że wszystko wracało do normy.

Pojawienie się podróżnych nie pozostało bez echa. Ledwie zsiedli z koni, gdy otoczyła ich gromadka mieszkańców - niektórych z nich Sara kojarzyła z czasu swego tygodniowego pobytu, lecz pojawiło się także sporo nowych twarzy. Większość ludzi kierowała uwagę, co zrozumiałe, ku Royowi, ale zauważyła też kilka małych dziewczynek, które spoglądały ciekawie na nią. Pomachała im, na co ich buzie rozjaśniły szerokie uśmiechy.

Zbliżali się już do Brunatnego Pióra, gdy drogę zagrodził im mały człowieczek z pokaźnym wąsem.

- A kogóż to widzą moje piękne oczy?! - wykrzyknął Mistrz Benovi.

Sara nie pałała do niego jakąś przesadną sympatią, lecz i tak ucieszyła się na jego widok.

Mistrz Benovi trudnił się organizowaniem pojedynków na broń białą, w których można było obstawiać wyniki, a prowizja od zakładów trafiała prosto do jego kieszeni. Raz nawet Sara wzięła udział w walce - i przegrała z kretesem. Ostatecznie miało to pozytywny skutek: poznała Roya, dzięki któremu znalazła się w Anarenie i mogła wypełnić przepowiednię, jednakże i tak wciąż czuła zażenowanie na wspomnienie swojej sromotnej klęski.

- Moi dobrodzieje! - kontynuował Benovi, otaczając ramionami najpierw Roya, a potem Sarę. - Nieźle się musiałem przez ciebie nagimnastykować, niecnoto - zbeształ ją, tarmosząc jej grzywkę. Nagle źrenice mu się rozszerzyły, a uśmiech zamarł na ustach, zupełnie jakby mężczyzna przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym. - To znaczy, naturalnie, wasza wysokość - poprawił się, zginając plecy w głębokim ukłonie. Zaraz jednak kontynuował lekkim tonem: - Ale nie ma wielu rzeczy, z którymi Mistrz Benovi by sobie nie poradził. Tak między nami, to udało mi się ulokować większość funduszy, zanim zaczęły się kłopoty - dodał, puszczając do niej oko.

"Nie wątpię" - mruknęła w duchu Sara, lecz Benovi już kręcił się koło Roya.

- Może wpadniecie jutro po południu na arenę, co? - zachęcał. - Przez wzgląd na stare czasy?

- Jutro po południu już nas tu nie będzie, Atisie - wyjaśnił Roy. - Skoro świt wyruszamy do Bukowego Grodu.

- To może jeszcze dzisiaj? - nie ustępował mistrz areny. - Wcale nie jest tak późno. Rozstawi się kilka lamp, żaden problem! To jak, widzimy się, powiedzmy, za godzinkę?

Kapitan Dae rozejrzał się po twarzach towarzyszy.

- Ale na chwilę - zawyrokował w końcu.

- Fantastycznie! - Benovi aż zatarł ręce z podekscytowania i zaraz zniknął im z oczu.

Ledwie Roy nacisnął klamkę od drzwi gospody, gdy po drugiej stronie rozległ się głośny chrobot, a następnie słodki, dziewczęcy głos oznajmił:

- Chwała Żeglarzowi, myślałam, że to Ciocia Pustułka!

Sara zajrzała do środka zza pleców pana Gortela. Sala była zupełnie pusta, nie licząc jasnowłosej dziewczyny przy kontuarze, która właśnie schylała się po leżącą na podłodze książkę.

- Przepraszam najmocniej, ale dzisiaj zamknięte! - zawołała, prostując się, a Sara rozpoznała w niej Molę. - Ciocia Pustułka jest w Grodzie, a ja robię tu tylko małe porządki...

Urwała, rozglądając się po pomieszczeniu, o którym można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że było uporządkowane. Na ławach wciąż piętrzyły się brudne naczynia, zapomniana miotła stała oparta o ścianę, a wosk ze świec spokojnie kapał na podłogę.

- Ojej, chyba się troszkę zaczytałam! - stwierdziła z chichotem Mola, powracając spojrzeniem do drzwi. Nagle jej oczy powiększyły się do rozmiaru spodków. - O ja cię, pan Roy! Dawno pana u nas nie było! Jak tam Płomień? - zapytała na jednym wydechu, podbiegając do nich. Książka znów wysunęła jej się z rąk i wylądowała na podłodze. - Wchodźcie, śmiało, zaraz zrobię tu trochę miejsca. Ojej! - wykrzyknęła, dostrzegając Sarę. - I księżniczka Inesis! Nie mogłam uwierzyć, jak wyczytałam o tobie w "Echu Colhanu"! Słowo daję, chwaliłam się wszystkim przyjezdnym, że pracowałyśmy razem u Cioci Pustułki, ale mało kto chciał mi wierzyć... A gdzie twój kuzyn? Wiesz, ten, z którym byłaś tu ostatnio?

"No i to by było na tyle" - pomyślała Sara, czując, jak krew odpływa z jej twarzy.

Przez ostatnie miesiące robiła wszystko, absolutnie wszystko, by nie myśleć o Bartku. Czytała książki, które znalazła w bibliotece w Fortecy Snów, zaharowywała się w knajpie Lys, wymiatała kurze z niezliczonych komnat zamkowych, ślęczała nad mapami krain, których pewnie i tak nigdy nie odwiedzi, uczyła się gotować pod okiem Namisa, prosiła Roya o lekcje walki na miecze, a czasami nawet starała się słuchać, gdy w gospodzie rozmawiano na poważne tematy (ze średnim powodzeniem). I co jej z tego przyszło? Na pierwsze wspomnienie o dawnym przyjacielu wszystkie te wysiłki odpłynęły w niebyt, a ona czuła się, jakby trac?iła grunt pod nogami.