Legendy arturiańskie. Tom 5. Gawain i Zielony Rycerz - Autor nieznany


Reflow text when sidebars are open.
Boże Narodzenie w Camelocie było wydarzeniem niezwykle radosnym. Na drzwiach wieszano wiązki jemioły, a stoły przystrajano ostrokrzewem. Czas świętowania wypełniony był śmiechem i wspaniałymi ucztami, a w wolnych chwilach król Artur oddawał się ze swoimi rycerzami przyjacielskim potyczkom.
Codziennie całą drużyną udawali się też pod jego wodzą na polowania do pobliskich lasów. Każdy z rycerzy żywił nadzieję, że to on wróci z najwspanialszą zdobyczą na wieczorną ucztę. Ale to wieczerza w Nowy Rok, ostatnia w sezonie, była tą, na której wszystkim zależało najbardziej.
W noworoczny poranek przepełniony nadzieją Gawain znów wyruszył wraz z pozostałymi rycerzami do lasu. Do tej pory to on miał największe szczęście - upolowana przez niego zwierzyna stanowiła główną atrakcję niemal każdej uczty! Tego dnia nie miał więc wątpliwości, że znowu mu się powiedzie - aż do chwili, gdy Bedivere po ubiciu olbrzymiego dzika został okrzyknięty zwycięzcą.
- Ten dzik był większy nawet od Caballa! - zawołał rozentuzjazmowany Kay, opowiadając całą historię wieczorem w Wielkiej Sali.
Na dźwięk swojego imienia największy z psów myśliwskich Artura podbiegł z nadzieją na jakiś smakowity kąsek. Śmiejąc się, Kay poklepał Bedivere'a po ramieniu.
- Nawet jako jednoręki wciąż jesteś lepszym myśliwym od nas!
Sala rozbrzmiewała śmiechem. Ale Gawain sączył w milczeniu wino, wpatrując się w jasny ogień skrzący się na palenisku. Wypiwszy ostatni łyk, uniósł kubek, gestem prosząc przechodzącego służącego, by ten napełnił go ponownie.
- No już, głowa do góry. Wyglądasz jak zbity pies - zbeształ go Kay. - Niebawem nadejdzie i twój czas.
- Czyżby? - westchnął ciężko Gawain. Przybył do Camelotu pełen wielkich marzeń. Zdeterminowany okazać się godnym miejsca przy okrągłym stole, pragnął okryć swoje imię sławą - tak dla siebie, jak i dla swojego króla. Ostatnio zaczął jednak powątpiewać, że kiedykolwiek dostanie taką szansę.
Kay energicznie pokiwał głową.
- Jasne, że tak! Jesteś młody. Masz jeszcze wiele czasu na przygody.
Gawain podniósł wzrok, kiedy król raptownie wstał od stołu, przy którym ucztował w towarzystwie królowej i Merlina. Ginewra wyglądała tego dnia wyjątkowo uroczo w jedwabnej rubinowej szacie przepasanej złotym pasem.
- Dziś witamy Nowy Rok! - oznajmił radośnie Artur. Stojąc u boku swej małżonki, wyglądał na mężczyznę silnego i szczęśliwego. - A czy można to uczcić lepiej, niż opowiadając historie o bohaterach?
Przez salę przemknął pełen oczekiwania szmer, gdy zebrani poczęli rozglądać się dookoła, zastanawiając się, kto też zacznie mówić.
- Chcę usłyszeć opowieść o męstwie i sprycie któregoś z moich rycerzy! - zawołał król.
Gawain znowu podniósł kubek, żałując, że nie ma w zanadrzu żadnej wspaniałej historii.
Wtem z wielkim łoskotem drzwi otworzyły się na oścież. Przez salę przepłynął powiew lodowatego wiatru, gasząc świece palące się w kutych świecznikach. W progu zamigotała sylwetka siedzącego na koniu rycerza.
Nie, to nie był rycerz.
Gawain zmrużył oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Kiedy jednak ponownie je otworzył, przekonał się, że wzrok go nie myli. Mało tego, że w zamku zjawił się nagle obcy jeździec, mało tego, że był ogromny, to jeszcze... dziwny przybysz był cały zielony. Od stóp do głów: od wieńca wplecionego w sięgające mu do ramion włosy poprzez zbroję aż do butów. Jego skóra miała barwę młodego dębowego liścia, a broda odcień wilgotnego mchu. Nawet ostrze przypasanego do boku toporka wyglądało na szmaragdowe.
W całej postaci zielony nie był tylko jeden element: ogniste czerwone oczy, które zdawały się przedzierać w głąb dusz wszystkich zgromadzonych w Wielkiej Sali.