Legendy Archeonu: Nocne słońca. Tom 2 - Thomas Arnold

-
Proszę czekać

1

Uczymy się przez całe życie.Dlaczego więc najważniejsze decyzjemusimy podejmować za młodu?

(Odd)

Las Fraboński, Zachodni Archeon2 czarny rok (314 rok ery nowoarcheońskiej)

Większe z nocnych słońc zbliżało się do pełni i jego blask umożliwiał poruszanie się po zmierzchu bez pochodni.

- Przeklęte bagno! Wracajmy, póki jeszcze żyjemy.

- Nie jęcz i zamknij się.

- A kto mnie tu usłyszy? Trupy?

- Powiedział, że przyjdzie. Wierzę mu...

- Jak byłem mały, mój ojciec też powiedział matce, że wróci, a do dziś go nie widziała.

- Miejmy więc nadzieję, że to nie jest znajomy twego ojca.

Stary Temorczyk nieufnie rozejrzał się po zapomnianym cmentarzu. Otaczały ich setki drewnianych tabliczek z wyrytymi imionami, zatkniętych na grubych patykach. Większość z nich stała przekrzywiona lub leżała na ziemi, a kilka wchłonął podmokły grunt. Już dawno nikt tutaj nie przychodził, gdyż teren był grząski i niebezpieczny. Cmentarz podtopiła jedna z zabłąkanych, stale tamujących się odnóg rzeki Frabo, a z powodu wilgoci nocą i rankiem groby często spowijała gęsta mgła. Po tym, jak matka z dwojgiem dzieci wizytę na cmentarzu przypłaciła życiem - rodzina zapadła się w grzęzawisku - postanowiono o porzuceniu tego siedliska Śmierci. Zmarłych zaczęto grzebać po drugiej stronie portu, z dala od palisady chroniącej miasto, a o dawnym miejscu pochówku z czasem zapomniano. Powracało ono jedynie w historiach, jakie po zmierzchu opowiadali sobie ludzie w karczmach.

- Przez tę mgłę nie zobaczymy go nawet, gdyby stał dziesięć kroków od nas. Przyjrzałeś mu się chociaż?

- Chyba jego kapturowi...

- Świetnie... Jesteś głupszy od dziurawego buta! Wychodzi na to, że przyszliśmy tutaj, nie wiadomo dla kogo.

- Wiesz, że nikomu nie pokazuje twarzy.

- Bo by w nią dostał! - Młody mężczyzna pociągnął nosem i wytarł go o naderwany rękaw koszuli. - Jestem zmarznięty i głodny...

- Ja też, a jakoś nie skrzeczę jak nienażarty kadawar. Jeżeli prawdą jest, co mówią, to kryjąc się po lasach i atakując z zaskoczenia, zabił już setki Venenów. Może nam pomóc...

- Chyba trafić do Czeluści... Też słyszałem te bajki, ale gdyby były prawdą, Archeon zmierzałby w stronę odrodzenia, a tymczasem popada w coraz większą ruinę. Ludzie mówią, że Mściciela już dawno pojmano, a po lasach snują się jedynie jego marni naśladowcy.

- Zawsze możesz tu podejść i się przekonać... - Usłyszeli niski męski głos dobiegający gdzieś z tyłu. Błyskawicznie się odwrócili, ale dostrzegli jedynie przewalające się po cmentarzysku obłoki ciemnoszarej mgły.

- To byty przodków - wyjąkał młody Temorczyk, któremu serce prawie wyskoczyło z piersi.

- Nie, głupcze, to on... - Wiekowy starzec ściągnął brwi. - Przyszliśmy, jak chciałeś! Pokaż się!

Obok przewróconego przez wiatr butwiejącego drzewa ukazała się mroczna postać. Osobnik miał założony kaptur i był o głowę wyższy od nich. U pasa zwisał mu długi miecz. Zauważyli też łuk, a zza pleców olbrzyma wystawały strzały. Gdy się zbliżył, dostrzegli szeroki pas ozdobiony ćwiekami, zaopatrzony w kilka miejsc na sztylety. Dwa były puste.

- Na Stwórców... To naprawdę ty...

- A kogoś się spodziewał? - mruknął tajemniczy przybysz. - Miało was być trzech...

- Ale przyszliśmy tylko my dwaj - odszczeknął młodszy.

Postawny Archeończyk obrócił się na pięcie. Już miał zamiar odejść, gdy stary Temorczyk trzepnął hardego młokosa w głowę i rzekł:

- Wybacz nieporozumienie, przyjacielu. Veneni zatrzymali naszego towarzysza na nabrzeżu. Nie wywiązał się z powierzonego mu zadania i musi dokończyć pracę w nocy.

- Nie jestem twym przyjacielem - warknął zakapturzony, nie obracając głowy.

- Kazałeś nam przyjść, więc jesteśmy. Nie traćmy czasu na słowne przepychanki. Skaczmy do gardeł Venenom, a nie sobie.

Archeończyk odwrócił się i zapytał:

- Ktoś wie, że tu jesteście? Matka? Żona? Brat? Dziecko?

- Nie... - odparli zgodnie.

Zbliżył się nieco, aby móc mówić szeptem, ale jednocześnie stanął tak, by cień rzucany przez kaptur na twarz nie ujawnił jego tożsamości.

- Powiadają, że to ty zabiłeś Hellekina.

- Ludzie wygadują różne rzeczy...

- To prawda?

- Prawda o przeszłości nie ma znaczenia. Liczy się teraźniejszość...

- Po co kazałeś nam przyjść? - wtrącił się chłystek, któremu odwaga coraz bardziej rozwiązywała język.

- Potrzebuję waszej pomocy.

Spojrzeli na siebie niepewnie.

- A czego dokładnie? - zapytał starszy.

- Chcę, żebyście mieli oczy dookoła głowy i przysłuchiwali się każdemu słowu, a zwłaszcza szeptom wędrującym pomiędzy Venenami.

- Jak sobie to wyobrażasz?

- Spotkamy się tu za trzy dni o tej samej porze, gdy większe z nocnych słońc zaświeci w pełni. Powiecie mi, czego się dowiedzieliście.

- Wybacz, przyjacielu, ale nie rozumiem.

- Chcę, żebyście szpiegowali dla mnie. Muszę wiedzieć o wszystkim. Dowiedzcie się, co Veneni planują, którędy zamierzają maszerować, dokąd chcą płynąć, ilu strażników pilnuje bramy, a ilu w tym samym czasie przebywa w koszarach, jak są uzbrojeni, kto...

- Hola! - odezwał się rozeźlony młokos.

- Nie tak głośno - stonował go Archeończyk.

- Nie będziemy dla ciebie szpiegować. Z turusa spadłeś? Jeżeli Veneni się zorientują, skończymy z mieczami w bebechach. Śmierć grozi za niewykonanie rozkazu, a co dopiero za...

- To trudne, o co prosisz - przerwał towarzyszowi starszy Temorczyk.

- Jakie czasy, takie prośby... Sam nie dam rady. Ktoś musi mi pomóc.

- Dlaczego przychodzisz z tym do nas? W porównaniu z Temor, Hira i Edefor to znacznie większe miasta. W okamgnieniu znalazłbyś w nich sojuszników. Słyszałem nawet, że nocą grasują tam skrytobójcy, czając się na veneńskich strażników.

- Więc słyszałeś jedynie o moich poczynaniach... Byłem w obydwu tych miastach i nocą bezbronny Venen może czuć się w nich bezpieczniej niż dziecko w łonie swej matki.

- Oczekujesz, że knując i donosząc, w trójkę rozprawimy się z tysięcznym oddziałem? Kim jesteś, że w to wierzysz? - zapytał ze zgrozą Temorczyk.

- Ostatnią nadzieją Archeonu... Co lepszego was tutaj czeka? Katorżnicza praca do końca życia przy ścince drzew albo przemiana i wcielenie do czarnego legionu...

- Nie każ nam wybierać...

- Proszę jedynie o pomoc.

- Widziałem, jak Veneni postępują z nieposłusznymi i...

Archeończyk uniósł dłoń.

- Zastanówcie się, po co żyjecie. Za trzy dni dacie mi odpowiedź. Niepojawienie się również będzie jasnym przekazem.

- Ale...

Starszy Temorczyk wstrzymał swego towarzysza, pozwalając Archeończykowi się oddalić. Mgła szybko otuliła olbrzyma i zostali sami.

- Chyba nie myślisz poważnie o jego prośbie?

Zmęczony życiem starzec wzruszył ramionami.

- Ma rację... Co nam pozostało?

- Wystarczy, że raz cię złapią, jak szwendasz się nocą przy siedzibie generała, a stracisz nogi. Znasz prawo...

- Rób, jak chcesz, ale ja mam zamiar mu pomóc. I tak już długo nie pożyję. Ty jesteś młody. Nie oczekuję pomocy, ale przynajmniej siedź cicho.

- A jeżeli cię złapią i zaczną wypytywać o wspólników? Niedawno poznałem tę dziewkę, o której ci mówiłem. Lubi mnie... Mam ryzykować i jej życiem?

- Nie bój się, nie zdradzę nikogo.

Młodzik chwycił towarzysza za ramię.

- Torturowany przyznasz się do czynów, których nigdy byś się nie dopuścił.

- Moje życie, moja decyzja... - Starzec odtrącił rękę i ruszył pomiędzy grobami w stronę miasta. - Idziesz?!

W młodym Temorczyku zawrzała krew. Nie mógł pozwolić towarzyszowi odejść, więc wyszarpnął z grzęzawiska najbliższy patyk z tabliczką i zapadając się w bagnie, dogonił żwawo maszerującego kompana.

- Już myślałem, że tam...

Powietrze przeciął cichy świst i twarde drewno rozłupało czaszkę sędziwego mieszkańca portu. Trafiony nawet nie jęknął. Wydając z siebie ostatnie tchnienie, osunął się na kolana, po czym upadł twarzą w błoto.

V

Archeończyk ze smutkiem patrzył, jak młodzik szarpie się z ciałem towarzysza, którego jeszcze przed zmrokiem nazywał bratem, i zaciąga je na kraniec cmentarza, gdzie grunt był najbardziej podmokły. W pierwszej chwili chciał odpłacić chudzielcowi tym samym, ale ostatecznie tylko pokręcił głową. Nie przybył tu zabijać swoich, a Venenów. Żal mu było jedynie starca, który przez niego zginął.

Często mu odmawiano, ale zazwyczaj kończyło się na krótkim Nie. Czasem bardziej wygadani mówili: Wynoś się, mamy dość własnych problemów. Temor było ostatnim miejscem, gdzie mógł liczyć na pomoc.

Miesiącami przemierzał piechotą ziemie Zachodniego Archeonu, próbując w ocalałych rozpalić płomień nadziei, ale z każdym kolejnym dniem po trochu umierała ona także w nim.

Nigdy nie zatrzymywał się w miastach. W najlepszym wypadku nocował gdzieś w lesie, milę od zabudowań, a na miejsce dłuższego postoju obierał jakąś chatę w opuszczonej wsi. Nie było to najbezpieczniejsze rozwiązanie, zwłaszcza przez kilka pierwszych miesięcy po upadku Hellekina, gdy przez Tereny Centralne przewalały się bandy szabrowników. Jednakże z czasem Veneni wyłapali także ich, wcielając ostatnich wolnych Archeończyków do swych armii i łapanki się skończyły.

Na początku Czerń nie zwracała uwagi na osamotnionego buntownika, ale gdy ten zaczął się zasadzać na rycerzy i agitować nieprzemienionych mieszkańców, Veneni musieli zareagować. Co więcej, przydomki nadane nieznanemu z twarzy skrytobójcy: Archeoński Mściciel, Ostatni Sługa Gawena, Miecz Królów, jeszcze bardziej rozsierdziły zachodnich generałów, którzy wysłali za tajemniczym wojownikiem wiele grup pościgowych.

By uciszyć szepty mieszkańców, Malduk zajmujący ze swą armią Edefor oficjalnie oznajmił, że pojmano i zabito wroga nowego porządku. Oczywiście była to nieprawda, a na oszczep zatknięty w sam środek placu targowego nabito głowę przypadkowego Archeończyka. Po ukaraniu rzekomego buntownika mordy w portach ustały, ale tylko dlatego, że Mściciel ograniczył się do polowań na Venenów poza miastami. Najczęściej jego ofiarą padali zwiadowcy oraz strażnicy przyczółków, gdyż z czasem Veneni podwoili, a nocą nawet potroili straże i ufortyfikowali bramy, mury oraz palisady, zwracając szczególną uwagę na najsłabsze punkty.

Archeończyk nigdy nie pozostawał długo w jednym rejonie. Po udanym ataku często wędrował dziesiątki mil, aby zaczaić się na rycerzy Czerni będących pod władaniem innego generała. Czasem odnajdywano jego byłe kryjówki, ale żadnemu oddziałowi nie udało się go namierzyć. Jeżeli Veneni znajdowali cokolwiek, to tylko dlatego, że on tak chciał - nieraz wykorzystywał opuszczone przez siebie miejsca, by wabić do nich wrogów.

Ludność powoli zapominała o dzielnym wojowniku, ale generałowie, choć walczyli także ze sobą o wpływy, wciąż zmagali się ze wspólnym problemem. Z czasem zaczęli się zastanawiać, czy nieuchwytny Mściciel nie jest po prostu grupą osób. Później podejrzenie padło na zbuntowanego Venena, gdyż nieuchwytny Archeończyk wydawał się równie wytrzymały jak rycerze Czerni i podobnie jak oni potrafił się poruszać po ciemnym lesie bez pochodni. Mówiono nawet, że może to być jeden z byłych dowódców Hellekina, który nie otrzymał armii lub ją stracił na skutek potyczki z innym generałem. Ta myśl długo nie dawała spokoju nowym namiestnikom, ale w którymś momencie upadła, gdyż po jednym ze starć, oprócz czterech trupów swych braci, Veneni znaleźli także ślady żywoczerwonej krwi świadczącej o tym, że ich wróg to jednak zwykły człowiek.

Pomimo wielu spekulacji, Czerni nie udało się ustalić, kogo tak naprawdę ściga. Ostatecznie postawieni pod ścianą Veneni postanowili przeciwdziałać skutkom ataków skrytobójcy na kilka sposobów, nie tylko fortyfikując miasta. Najskuteczniejszym z nich okazało się przekupywanie chłopów żyjących w swych gospodarstwach nieopodal portów. Za każdą informację o niezwyciężonym Archeończyku płacono srebrem. Mściciel nigdy nie atakował zwykłych obywateli, więc przestano się skupiać na ich obronie, a małe oddziały połączono, tworząc kilka większych. Te posunięcia nie wyeliminowały zagrożenia, ale skutecznie je zmniejszyły. Ludzie przestali pomagać Obrońcy Archeonu, a on nie miał już takiego pola manewru - ataki ograniczał do jednego lub dwóch w miesiącu i wkrótce Veneni zaczęli je przypisywać dzikim zwierzętom, próbując w ten sposób zdusić tlący się jeszcze w niektórych płomień nadziei.

Wprawdzie Archeończykowi rzucano pod nogi coraz większe kłody, jednakże tylko z jednym faktem nie mógł się pogodzić - z określeniem skrytobójca. Wszystkie inne przydomki przyjmował na chłodno, ale ten po prostu budził w nim odrazę. Od upadku Hellekina uważał, że nie ma nic przyjemniejszego, niż patrzeć swej ofierze prosto w oczy, wiercąc mieczem w jej bebechach, gdy kona. Tak nie postępowali skrytobójcy, a z niejednym w życiu miał do czynienia.

V

Zasmucony obrotem spraw, ze zrezygnowaniem pchnął rozpadające się drzwi starej chaty. Całonocna wędrówka Lasem Frabońskim do opuszczonej wsi, gdzie się przyczaił, dała mu się mocno we znaki i ledwie wlókł za sobą nogi. Zdjął łuk, kołczan, ciężki pas wraz z pochwą oraz mieczem, po czym w skórzanej zbroi padł na wyścielone futrem łoże. W tym miejscu spędził już dziesięć dni i wiedział, że wkrótce ponownie będzie musiał się przenieść.

Zamknął oczy, lecz zanim nadszedł sen, usłyszał dobiegające z sąsiedniej izby stuki, które natychmiast go rozbudziły. Po chwili ucichły. Miał nadzieję, że na dobre, ale wkrótce odgłosy pojawiły się ponownie, a co gorsza, przybrały na sile.

Ciężko westchnął. Zwlókł się z łoża, przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia, chwycił grubą gałąź i grzmotnął nią w głowę skrępowanego niczym dzieciobójca Venena. Ofiara leżała w kącie, twarzą do ściany. Od niechcenia sprawdził, czy aby nie uderzył za mocno.

Archeończykowi coraz trudniej było znaleźć sprzymierzeńców, a także zaczajać się na rycerzy wroga, dlatego też przestał się skupiać na zabijaniu jednostek i postanowił opracować skuteczniejsze metody eliminacji wroga. Wiadome było, że spalenie ciała, ucięcie głowy lub skręcenie karku to najprostsze sposoby uśmiercenia rycerza Czerni. Jednak szybko się okazało, że pchnięcie ostrzem w odpowiednie miejsce również może zakończyć żywot Venena, choć Angor nie zawsze od razu ulatywał z ciała.

Każdy schwytany jeniec dostarczał cennych informacji, więc Archeończyk zaczął regularnie eksperymentować na wrogach i niczym mędrzec analizował ich słabe strony. Na podstawie obserwacji zrozumiał, że byt zamieszkuje całe ludzkie wnętrze, a nie tylko dane miejsce w ciele. Przekonał się o tym, gdy pozbawił leżącego w kącie Venena obydwu dłoni, a ucięte kawałki ciała umieścił w dużych szklanych słojach oblepionych drobinkami imerytu wymieszanego z żywicą sosnową. Archeończyk rozpoczął to doświadczenie przed pięcioma dniami, lecz już pierwszego był pewny swego. Mimo to chciał jeszcze sprawdzić, jak długo byt jest w stanie żyć bez ciała i czy zależy to od jego ilości.

Zapalił wcześniej zerwaną kępę suchej trawy, od której odpalił pochodnię, po czym podszedł do trzech szczelnie zamkniętych naczyń. Postukał w szkło, lecz Angor nigdy nie reagował na jego zaczepki. Mimo to Archeończyk odkrył kilka ciekawych zależności. Gdy przysuwał do słoja duży kawałek imerytu, byt oddalał się w przeciwnym kierunku. Gdy zaś odsuwał błękitny minerał, czerń powracała do wcześniejszej pozycji. Co więcej, zależnie od wielkości fragmentu ciała, w naczyniu znajdowała się proporcjonalnie duża ilość Angoru. Najmniej czerni zawierał słój z jednym palcem - był to ledwie widoczny szary obłoczek wielkości paznokcia. Znacznie więcej zła zebrało się z czterech palców, a najwięcej z całej dłoni. Wniosek był prosty... Angor pomagał ciału w regeneracji, ale ucięcie kończyny osłabiało Venena. Wcześniej myślano także, że byt jest nierozerwalny, a tymczasem można go było stopniowo usuwać z ciała. Oczywiście wszystkie wysnute wnioski Archeończyk potwierdzał kolejnymi doświadczeniami, obserwując chociażby szybkość gojenia się ran - po odcięciu Venenowi drugiej dłoni Angor zasklepiał kikut nieco wolniej niż za pierwszym razem.

Po oględzinach czerni wojownik usiadł na stołku. Nogi go bolały, jakby ktoś mu je obił, ale miał jeszcze sporo do zrobienia przed udaniem się w dalszą drogę. Venen skutecznie go rozbudził, więc postanowił odłożyć sen na później. Chwycił kawałek zaostrzonego przez długotrwałe szlifowanie błękitnego minerału i zaczął go ostrożnie osadzać na prostym patyku. Nie mógł sobie pozwolić na zakucie błękitu w żelaznym grocie strzały, bo powodowałby tym zbyt wiele hałasu.

Ostatnie doświadczenia z Angorem potwierdziły, że minerał nie tylko powstrzymuje byt przed ucieczką z ciała, ale może go też z niego przegnać, gdyż najwyraźniej czerń stroniła od błękitu. Strzały z imerytem miały ostatecznie potwierdzić lub obalić tę teorię. Nie było też jasne, ile minerału należy użyć do ich wytworzenia, więc osadziwszy średniej wielkości grot, Archeończyk sięgnął po największy kawałek imerytu, jaki posiadał, i po raz czwarty rozpoczął żmudny proces szlifowania.