Legenda - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LEGENDA

"Pilnuj tu, piesku, a już ci gnatów nie pożałuję!" Pogłaskał dobrotliwie biały, niedźwiedzi łeb i krzyknął jeszcze do szałasu: "Cygan! a uważaj na jagnięta i nie dopuszczaj ich do macior!" Nacisnął baranicę, dociągnął mocniej pasa i, schowawszy w zanadrze jakieś zawiniątko, puścił się w dół ku dolinie, w której majaczył wielki dwór, kościół z wieżą i wieś nad ogromnym stawem. Leciał śpiesznie, aby jeszcze zdążyć przed nocą, bowiem już pierwszy zmierzch jął przysłaniać niże modrawemi mgłami. Ciepły i wilgotny maj przystrajał już ziemię bladą zielenią i wybuchał tu i owdzie kwiatami dzikich wisien, śliw i cierni. Schodził tarasami kamienistych poletek, obrzeżonych krzakami rozkwitłych cierni. Wymyta przez deszcz biała dróżka spadała wężowemi skrętami. Na dnie rozpadlin leżały jeszcze płaty zbrukanych śniegów. Pola jeno gdzieniegdzie były tknięte pługami. Nad jarami czerniały nagie dęby, niby rzęsy stulone, z pod których przebłyskiwały siwe, błyskotliwe potoki. Od zórz, dogasających na zachodzie, świat się rdzawił i przesycił drgającą światłością. Bure chmury, niby kierdele przemoczonych owiec, leciały stadem na zielonkawem niebie, wysoko nad górami, pokrytemi czarnym borem, z którego wynosiły się potężne szczyty, jakoby zaciśnięte pięście, a rozgorzałe w łunach zachodu, niby pochodnie. W cichem, wilgotnem powietrzu dzwoniły jeno potoki, a czasem zadrgał grochot kamieni, toczonych przez wody. Stado wron zerwało mu się z pod nóg, z wrzaskiem spływając w doliny. "Gdzie? Na zbój!" zakrzyczał tak potężnie, że stado, jakby rażone gromem, ciężko opadło na ziemię. Maciej był mocno zgniewany; klął, potykając się o kamienie i głębokie wyboje. Tak go już ponosiło od paru dni, że, nie mogąc wytrzymać w samotności, wybrał się pomiędzy ludzi. Gryzła go bowiem dokuczliwie strata pięciu owiec, które, niewiadomo gdzie, były się zapodziały. Wilcy ich przecież nie porwali, piesekby coś o tem powiedział, więc nic drugiego, tylko jakiś zły człowiek porwał. A jak? Z pola czy z zagrody? I kiedy? "To jakaś nieczysta sprawa!" Splunął od uroku za siebie i biegł coraz prędzej, aż trącone nogami kamienie spadały za nim w podskokach. W jednem miejscu, nad rozstajami dróg, przemienionych po deszczach na wzburzone potoki, spadające pod dworski ogród, stała prawieczna kapliczka. Cztery jesiony, dziady olbrzymie, osłaniały ją rosochatemi konarami od burz i nawałnic. Na słupach głazów wisiał szpiczasty, okrągły dach słomiany, zielony od starości, a pod nim na ławie kamiennej siedziała Matka Boska, przy niej zaś stało Dzieciątko Jezus z rączkami, wyciągniętemi do świata. Figury były z kamienia, stare jak świat, pogryzione przez mrozy i deszcze, prawie struchlałe. Dopiero zeszłego roku przy odnawianiu kościoła dziedzic przykazał je odnowić, że już zdala ciągnęły oczy pozłociste korony, czerwony płaszcz Dzieciątka i niebieska suknia, obsypana gwiazdami, Matki Boskiej. Ale, że kapliczka stała na urwisku, którędy mało kto chodził, to i nikt o nią nie dbał. Tyle jeno, że dziedzic w czas żniwny siadywał niekiedy pod nią, żeby, naglądając żniwiarzów, i chłodu zażywać. Maciej przeszedł pobok, nie uchyliwszy nawet czapki. "Nastawiali tego po drogach, że trzaby chodzić z gołą głową", mruknął, spozierając mimowoli na twarz Dzieciątka, całą w uśmiechu, i na te jego rączyny, tak wyciągnięte, jakby chciały przygarnąć wszystek świat. "Mizerak taki, a jakby słońce w sobie zataił", pomyślał, oglądając się jeszcze raz na szarą, przegryzioną wichrami twarzyczkę, a taką dziwną radością jaśniejącą. "Żebym miał tylko klocek lipiny, wystrugałbym podobnego. Majster to był!", podziwiał nieznanego rzeźbiarza. "A możebym tak nie utrafił?" Markotno zrobiło mu się na duszy. "Ma oczy, kieby w cudzie zjawione!" myślał, ruszając w dalszą drogę. "Trzaby spróbować!" ważył się nieśmiało, choć sam był nielada majster i wyrzynał w drzewie przeróżne figury, jak mało ktoby potrafił. Zwłaszcza o jego pasyjki, rzezane w gruszkowem drzewie, ubiegano się po wszystkich okolicznych odpustach. Wiadomo było, że, gdzie taką pasyjkę mieli w chałupie, tam zły nie miał przystępu ni żadne nieszczęścia. Tak powiadali, niemało się temu zarazem dziwując, gdyż mieli go za niedowiarka, że do kościoła nie zaglądał i księżom nie czapkował. "Kto ze samym dziedzicem ma sprawy, z włodarzami się nie zadaje!" powiedział kiedyś w karczmie, gdy mu o tem napomknięto. Długo o tem deliberowano. Jakoż i teraz wyminął kościół, nie uchyliwszy czapy, i wszedł do karczmy, stojącej nad stawem. Żyd siedział za szynkwasem przy łojówce, bo izba była ogromna i mroczna, a kiwnąwszy mu głową, bez pytania postawił przed nim butelkę i kieliszek. Maciej pił, fajeczkę pykał, spluwał na środek i coś w głowie układał. "Mam zmartwienie, żydzie", rzekł po chwili. "Dajno mocniejszej..." Żyd postawił inną flaszkę, nalał mu w kieliszek i, powróciwszy za szynkwas, jął kiwać się nad wielką księgą, zcicha podśpiewując. "Obraźnik szukał Macieja!" szepnął po dłuższem milczeniu. "Wie, gdzie mnie znaleźć... Miał tu dzisiaj na mnie czekać..." "Jakiś Niemiec chciałby kupić waszych pasyjek na odpust do Słupi." "Cóż to za jeden? Lutrom nie sprzedam." "Nie znam go. Czarny, mały, kudłaty, z porcelanową fają w zębach." Maciej, machnąwszy lekceważąco ręką, wyznał swoje strapienia. "Ukradli mi pięć matek... Nie miarkujesz to, ktoby je wziął?..." "Co ja mogę wiedzieć? Dawno?" pytał żyd, żywo rozciekawiony. "Z tydzień temu. Przepadły, jak kamień we wodzie. Nawet pies nie wytropił śladów." "Jak wilcy nie zjedli, to ktoś ukradł. Przecież djabeł po nie nie przyszedł." "Właśnie. Nie ruszałem się od stada krokiem i przepadły. Byś się przewiedział." "Co ja na tem zarobię?" Weszły jakieś chłopy i piły; potem zwaliła się kupa bab i rajcowała, popijając. Maciej siedział w kącie i pił kieliszek za kieliszkiem, mocno przejęty nie tyle stratą owiec, ile tem, jakby to wyrznąć taką twarz Dzieciątka. Już w myśli ją strugał, wygładzał i dobywał z kloca. Ocknął się nagle z frasunków, gdyż jego własny pies zaskomlał mu przy nogach. "Co się stało, Białek?" porwał się wystraszony. Pies zaziajany, utytłany w błocie, spiął mu się na piersi, zajrzał mu w twarz błyszczącemi ślepiami i, warknąwszy, pociągnął go zębami za kapotę. "Wilcy przyszli brać owce, co?" Pies jeno ziajał. "Złodzieje się dobierają, co?" Pies zawarczał, jakby przytakująco, i ruszył do drzwi, oglądając się za siebie. "Białek! To czemu, ścierwo, nie pilnujesz, co? Kiełbasy ci się zachciało, hyclu jeden, i przyleciałeś mnie straszyć!" Trzasnął go wyciągniętym z za pasa batem, aż piesek okręcił się na miejscu i uciekł, boleśnie skowycząc. "Wszystko mi zarówno. Pił dzisiaj będę! Żydzie, dawaj gorzałki!" I pił, a każdego, któren przystępował do niego, ciął ozorem, niby zły pies kłami, nie bacząc, gospodarz to był, czy komornik. Pił aż do zamknięcia karczmy, że już późną nocą wracał na góry, do owiec. Pijany był i ledwie się trzymał na nogach, ale dobrze pamiętał, jako pies napróżno go nie ciągał i że tam w szałasie coś czeka przykrego. Zdumiał się wielce, bo wszystko znalazł w porządku. Cygan spał, jak zwykle, przy stadzie i nie brakowało ani jednej owcy. Jeno Białek siedział jakiś markotny przed szałasem ze zjeżoną szerścią i coś poskamływał, a na widok swojego pana ani się poruszył. "Cie, głupi, będzie tu fochy stroił!" mruknął stary, otwierając drzwi do niskiego szałasu: izba była spora, z kamienia, nakryta chrustem i głazami, jednym bokiem przyparta do skały, dosyć nawet ciepła i sucha. Maciej zapalił kaganek i miał się już rzucić na swoje posłanie, gdy pies, wyszczerzywszy kły, jął docierać zajadle w ciemnym kącie za ogromnym kominem. "Białek, do nogi!" Ale Białek nie posłuchał, szczekając coraz głośniej. Maciej z siekierą w ręku zajrzał za piec. Nie było tam nikogo, jeno w samym rogu ściany czerniała ogromna dziura, którą można było przeleźć na świat. Rzucił się do skrzyni, ukrytej pod posłaniem i dobrze okutej żelazem: rozbita była na drzazgi, rzeczy leżały pobok na kupie; przerzucił ją gorączkowo: pieniędzy, jakie chował, nie było. Zmartwiał z przerażenia. "W imię Ojca i Syna!" jął się gorączkowo żegnać. "Ki djabeł to zrobił?" Rozległ się jakby rżący śmiech, i tak wyraźnie, że Białek zawył, a Maciej, oblany zimnym potem, zaszeptał pacierze rozlatanemi wargami. "Laboga, coś mi się we łbie troi" mamrotał później i, rozebrany już do cna wódką i zmartwieniem, zwalił się, niby kłoda, na barłóg. Wstał o świcie, jak zwykle, i o białym dniu na trzeźwo stwierdził, jako istotnie go okradli. Strata była niemała, bowiem wzięli mu kilkanaście dukatów i sporo talarów. Westchnął jeno ciężko. Trudno, było i przepadło, niewiele stał o pieniądze. Męczyło go jedynie pytanie: kto to zrobił? Napróżno raz po raz oglądał wyłom i szukał śladów dokoła szałasu. I pies nic nie wytropił, tyle, że przy dziurze warczał i krótko, gniewnie naszczekiwał. Niedziela tego dnia wypadła i czas zrobił się śliczny; słońce świeciło od samego rana, skowronki wyśpiewały i świat zapachniał majem. Maciej Cyganowi przykazał wypędzić owce na zbocza południowe, gdzie się gęściej zieleniły trawy, a sam, wydobywszy pasyjki z zawiniątka, które był wczoraj nosił do karczmy, poustawiał je na słońcu pod ścianą. Wyniósł też z izby wszystkie ptaszki, zwierzęta i przeróżne figle dla dzieci, malował je w żywe farby i długo koło nich majstrował. Dopiero popołudniu poszedł za owcami. Pasły się na niższych skłonach, wiszących nad dworskim ogrodem i kapliczką. Cygan pilnował je od głębokich jarów, Maciej od strony wsi, a Białek warował na bokach i, oblatując stado raz po raz, zganiał do kupy, nieposłuszne za wełnę targnął, gdzie łbem uderzył, a gdzie było potrzeba, to i kłów używał, zaś na odpoczynek dyszał przy Macieju, który, siedząc na kamieniu, coś dłubał w drzewie, fajkę ćmił i od czasu do czasu spoglądał na wieś, leżącą w dolinie. Na świecie było cicho i słonecznie. Maj śpiewał swoją pieśń weselną. Wiosna sypała przed nim drogę zielenią i kwiatami. Od wsi niesły się wrzaski i zawodzące śpiewania dziewcząt. Granie organów z kościoła rozsiewało się w powietrzu niby brzęki pszczelnych rojów. Po nieszporach zaś długo i uroczyście biły dzwony. Niekiedy przelatywały wrony tak cicho, że zdradzał je tylko cień ich skrzydeł, migający po ugorach. Krowy ryczały po oborach. A już najgłośniej dawały się słyszeć wróble na jesionach przy kapliczce, gdzie sejmowały nieprzeliczoną chmarą i tak wrzaskliwie, aż Białek zrywał się raz po raz i gniewnie naszczekiwał. "Będziesz się kłócił z głupiemi!" upominał go Maciej i pies milknął. Przed samym zmierzchem, kiedy już Białek poleciał zganiać owce do kupy i kiedy już słowiki w dworskim ogrodzie zaczynały wyciągać swoje miłosne trele, jakaś dziwaczna figura stanęła przed owczarzem. Niski był, czarny, chuderlawy, z porcelanową fają w zębach, w pludrach do kolan i w białych pończochach. Tabaczkowy fraczek wisiał na nim niby na kiju; trójgraniasty kapelusz miał na kędzierzawym łbie, kijek pod pachą, oczy świecące i przyśmiech na sinawych, grubych wargach. Wzdrygnął się Maciej, że to zjawił się jakby z pod ziemi.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.