Legenda. Słowiańskie opowieści - Alex Łabudek

-
Proszę czekać

Prolog

Wszechświat niejednokrotnie płatał figle swoimi kuriozalnymi zagrywkami. Maczał przebiegle palce w farbie przeznaczenia, nie zważając na konsekwencje, które za tym idą. Tym razem postanowił wyciągnąć długo przetrzymywanego asa z rękawa. O wadze jego czynów mieli się już niedługo przekonać wszyscy z nadnaturalnego świata.

Czy to możliwe, że tegoroczna jesień przyniosła ze sobą cieplejszy niż do tej pory klimat? Eterhen zawsze było inne. Czas płynął tu własnym rytmem. Czym więc ten schyłek roku miałby się różnić od pozostałych?

Damiano już czwartą godzinę poświęcał medytacji. Ostatnio miał wrażenie, że spędza w świątyni więcej czasu niż we własnym domu. Niedawno ukończył wszystkie szkolenia na wieszcza i jako najmłodszy z druidów nie znalazł jeszcze swojego powołania. Pewnie dlatego przesiadywał tutaj całymi dniami, aby udowodnić, że mimo młodego wieku wcale nie jest gorszy od pozostałych.

Z głębokiego skupienia wyrwały go plamy ciepłych barw, które nagle zatańczyły mu pod mocno zaciśniętymi powiekami. Gdy je otworzył, poczuł się jak w kalejdoskopie. Wszystko dookoła wirowało w intensywnych odcieniach fioletu, pomarańczy i błękitu.

Zapewne tak powinna wyglądać wizja, pomyślał. Rozejrzał się, nie wiedząc, czego dokładnie powinien się spodziewać, kiedy tuż przed nim wyrosła niewielka kobieca postać. Miała jasną, świetlistą cerę, a długie blond włosy o rdzawych pasmach sięgały jej do kolan. Suknia mieniła się tysiącami kryształków, sprawiając wrażenie, jakby sylwetka rozmywała się z całym otoczeniem. Mimo niewielkiej odległości, która ich dzieliła, twarz nieznajomej pozostawała dla niego nieuchwytna.

Damiano stał oszołomiony, z rozdziawionymi ustami, bo dokładnie wiedział, kto przed nim się znajduje. Była to Ana, patronka druidów, odpowiedzialna za ich połączenie z wyższym światem. Emanowała troską i ufnością, napełniając wnętrze świątyni błogim spokojem. Trwali tak w bezruchu dłuższą chwilę, obserwując się wzajemnie.

Niespodziewanie w głowie młodego druida rozbrzmiał głos, tak miękki i uroczy, a zarazem mocny i zdecydowany: Nadejdzie ten, co zmieni życia kres. Odważny on, lecz niepewny też. Zgromadzi piątkę i przemierzą cały czas, by odgrzebać legendę starą jak świat.

Obrazy przed jego oczami zmieniały się z taką prędkością, że już nie był pewien tego, co widzi. Rozległe pola z czerwonymi makami ciągnęły się całymi milami. Gdy już był gotowy zrobić krok, przemieścił się nagle nad jakąś rzekę i mógłby przysiąc, że słyszy szum wodospadu, który musiał się znajdować gdzieś blisko. Już chciał zanurzyć dłoń w krystalicznej wodzie, kiedy znowu porwał go pęd obrazów.

Nie wiedząc kiedy, znalazł się w środku lasu, a na wprost niego stał wielki biały wilk. Damiano chciał mu się przyjrzeć dokładnie, ale zwierzę znikło, a na jego miejscu pojawił się zarys postaci, ni to męskiej, ni to kobiecej. W młodego druida wpatrywały się teraz ogromne niebieskie oczy wyglądające, jakby zamknięto w nich wszystkie oceany świata wymieszane w jeden kolor.

Nagle wszystko znikło. Minęła chwila, zanim Damiano zorientował się, że znów jest w świątyni. Ale nic nie wskazywało na to, żeby ruszał się ze swojego miejsca i gdziekolwiek podróżował. On jednak nie dał się zwieść pozorom i w jego głowie pojawiła się myśl, że to nie była tylko wizja.

Rozdział 1

Telefon dzwoni już szósty raz. Jego dźwięk roznosi się po całym domu, torturując mnie przy tym nieprawdopodobnie. Specjalnie poprzedniego wieczoru go nie wyciszyłem, żeby nie zaspać pierwszego dnia szkoły. Jednak w tym momencie piekielnie żałuję tej decyzji.

Prawą ręką leniwie macam w poszukiwaniu źródła dźwięku. Nie patrząc na wyświetlacz, doskonale wiem, kto dzwoni.

- Halo, który mamy rok? - dukam ledwo słyszalnie.

- Cam! Ty jeszcze śpisz?!

- Nie... właśnie skończyłem poranną jogę.

Po drugiej stronie rozlega się cierpki śmiech, a ja momentalnie się uśmiecham. Eryk jest moim najlepszym przyjacielem i jedną z niewielu osób, które trzymają mnie przy życiu.

- Oho, widzę, że jesteś w formie, wstawaj! Jestem u ciebie za trzydzieści minut.

Słychać już jedynie trzy krótkie sygnały świadczące o tym, że połączenie zostało zakończone. Przeciągam się leniwie i uśmiecham pod nosem. Choć coś czuję, że dzisiaj to akurat może być śmiech przez łzy.

Mimowolnie rozglądam się po swoim pokoju. Światło dzienne rozjaśnia ciemnofioletowe ściany, dzięki czemu nie wygląda tu jak w grobowcu. Tak przynajmniej twierdzi ciocia Kate, która nie była zachwycona moim wyborem koloru przy remoncie. Na biurku z białego drewna stoi wielki kubek z napisem ?Moje, nie rusz? po wczorajszej herbacie, a zaraz obok leży dziennik na manifestacje i afirmację. Prawo przyciągania, dusza i wszystko inne z tym związane to coś, w co bardzo wierzę.

Resztę pomieszczenia wypełnia uporządkowany chaos, jak przystało na zodiakalną Pannę. Oczywiście nie trzeba być zodiakarą, aby odgadnąć, że tylko Panna odnalazłaby się w tym wnętrzu. Równiutko poukładane książki nijak się mają do sajgonu panującego na półkach z ubraniami. Po prostu na jedne rzeczy zwracam większą uwagę, na drugie mniejszą. Ale mimo to zawsze wiem, co gdzie znaleźć.

Szybkim krokiem zmierzam do łazienki wziąć prysznic. Zostało mi zaledwie dwadzieścia pięć minut, zanim mój przyjaciel tu wpadnie i wyciągnie mnie z domu, niezależnie od tego, w jakim stanie będzie moja egzystencja. Oj tak, Eryk jest do tego zdolny i obaj to doskonale wiemy.

Przecieram dłonią zaparowane lustro. Łapię się na tym, że próbując dostrzec w swojej twarzy polskie rysy, przyglądam się jej trochę za długo. Chyba nie wyglądam na stuprocentowego Polaka. Mam duże, kształtne usta, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe i w miarę dobrze wyprofilowany nos.

Wzrok przenoszę na swoje białe, sięgające za uszy włosy, które przefarbowałem z ciemnego brązu dwa tygodnie temu, po rozstaniu z Alexem. Stwierdziłem, że to będzie świetna zapowiedź nowego startu. Nie od dziś wiadomo, że zmiany na głowie oznaczają również zmiany w życiu. A to jest dokładnie coś, czego teraz potrzebuję. Pozostała mi jeszcze decyzja, czy silić się na układanie fryzury, bo pewnie będzie to syzyfowa praca przy angielskiej pogodzie, jaka jest za oknem. Ale w końcu postanawiam zaryzykować i poświęcić włosom dodatkowe minuty, bo jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije.

Po ogarnięciu porannej toalety wlatuję do pokoju, zgarniając przygotowane dzień wcześniej ubrania. Zwinnym ruchem wkładam je na siebie. Zostało nie więcej niż dziesięć minut.

Wchodząc do kuchni, upajam się intensywnym zapachem kawy, który było czuć już na schodach. Ciocia zawsze przed wyjściem do pracy zostawia mi dzbanek świeżo zaparzonej kawy na kuchennym blacie. Pewnie nie byłaby zadowolona, gdyby wiedziała, jak szybko jestem w stanie go opróżnić. Chwytam za kubek i wypełniam go jeszcze ciepłym smolistoczarnym napojem. Jeżeli ten wynalazek bogów nie postawi mnie na nogi, to już nic nie zdoła tego dokonać.

Zerkam na lodówkę, do której przyczepione są magnesy. Włochy, Chorwacja, Szwecja. Uśmiechają się do mnie złośliwie z przypomnieniem o minionych wakacjach. Niżej wisi zdjęcie, na którym są ciocia Kate, wujek Ben i ośmioletni ja. Zrobiliśmy je sobie na wycieczce do londyńskiego zoo. Za każdym razem, kiedy patrzę na tę fotografię, przypomina mi się smak różowej waty cukrowej, którą się wtedy objadłem. Mój wzrok pada na karteczkę przyczepioną przez ciocię.

Udanego pierwszego dnia w szkole! Nie daj się!

- kocham K

PS. Zjedz coś!!!

Jak ja uwielbiam tych ludzi. To naprawdę ogromne szczęście, że do nich trafiłem. Gdy miałem zaledwie trzy lata, doświadczyłem pierwszej w swoim życiu tragedii. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Zderzenie z tirem było tak potężne, że oboje nie mieli szans na przeżycie.

Siostra mamy, która wyszła za Anglika, przygarnęła mnie prosto z Wrocławia na londyńskie przedmieścia. Ponieważ nie ma własnych dzieci, całe pokłady swojej miłości przelała na mnie, podobnie wujek Ben. Więc zdecydowanie nie mogę narzekać. Tak jak oni są dla mnie rodzicami, tak ja jestem ich dzieckiem.

Następnie moją uwagę przykuwa wiszący obok lodówki kalendarz z zaznaczoną na czerwono datą trzynastego września i dopiskiem ?Urodziny Cama!?.

- Oczywiście w piątek. - Dziwię się na dźwięk własnego głosu.

Z zamyślenia wyrywa mnie irytujący, przyprawiający niemal o zawał serca dźwięk dzwonka do drzwi wejściowych. Już dawno mówiłem Benowi, że trzeba coś z nim zrobić. Brzmi jak skrzypiący parkiet w starym domu.

Wychodzę z salonu, w przedpokoju mijam wielkie lustro. Zatrzymuję się przed nim na chwilę, mierząc wzrokiem swój strój od góry do dołu. Zwykłe jeansy całkiem fajnie zgrywają się z conversami, niegdyś śnieżnobiałymi, teraz lekko poszarzałymi. Do tego niebieska katana mająca swoje najlepsze lata za sobą, a pod nią gładki, bez napisów czy widocznego logo, wyblakły biały T-shirt. Rozbrzmiewa kolejny dzwonek.

- No już idę! Przestań dzwonić.

Poirytowany otwieram drzwi, przed którymi stoi nikt inny, tylko mój przyjaciel w pełnej krasie. Eryk dorównuje mi wzrostem. Ma szerokie barki, ponieważ od jakiegoś czasu zaprzyjaźnił się z siłownią. Od dziecka interesował się przeróżnymi sportami, jednak to wymachiwanie ciężarami najbardziej wpłynęło na jego sylwetkę. Duże piwne oczy patrzą z ciekawością na świat, jakby Eryk każdego dnia chciał poznawać coś nowego.

Ma na sobie granatowe spodnie, idealnie dopasowane kolorem do kurtki bejsbolówki, a na głowie jak zwykle czarną czapkę z daszkiem przesuniętym do tyłu. Już dawno stwierdziłem, że przystojny z niego chłopak. Na szczęście jest dla mnie jak brat, dlatego nie patrzę na niego w takich kategoriach. Poza tym jest hetero, więc to zamyka wszelkie dywagacje na ten temat.

- Masz szczęście, obstawiałem, że będę musiał cię wyciągać z łóżka.

- Przeszło mi przez myśl, żeby z niego nie wychodzić.

- Przestań! To pierwszy dzień szkoły! Kto nie tak dawno mówił w kółko o świeżym starcie?

Przyjaciel uśmiecha się szeroko. Gdyby miał bielsze zęby, mógłby śmiało występować w reklamie pasty Colgate.

Biorę na ramię torbę, w której mam spakowane wszystko, co powinno mi się dzisiaj przydać. Przeglądam się ostatni raz w lustrze i w sumie stwierdzam, że wyglądam raczej, jakbym szedł na trening, a nie na lekcje. Nagle czuję, jak zniecierpliwiony przyjaciel wyciąga mnie za ramię z domu.

- No chodź już, pięknisiu!

W ostatniej chwili łapię wolną ręką za klamkę i zamykam za sobą drzwi. Wyciągam z kieszeni kurtki klucze i przekręcam nimi zamek dwukrotnie w prawo. Staram się przy tym ignorować miny Eryka, który przewraca oczami.

- Uważaj, bo dostaniesz zakwasów gałek ocznych. - Uśmiecham się ironicznie w jego kierunku.

- Wiesz, że jesteś jedną z nielicznych osób, które zamykają drzwi na klucz? Przecież one się zatrzaskują!

- Ben też się z tego śmieje, ale K mówi, że tak się robi w Polsce.

- Polska, ach, chciałbym kiedyś zobaczyć ten kraj! Słyszałem, że Polki należą do najpiękniejszych kobiet na świecie. - Puszcza do mnie oko. - No i oczywiście jestem strasznie ciekaw tego, jak tam się żyje.

Ja w sumie też jestem ciekaw, niewiele wiem o Polsce. Ledwie tyle, co opowiedziała mi ciocia albo co sam przeczytałem w internecie. Języka uczyłem się z rozmów w domu, a i tak mówię z angielskim akcentem, co brzmi dość zabawnie.

- Coś mi mówi, że to będzie udany rok. Czuć to w powietrzu.

- Ja tam czuję głównie wilgoć - stękam z niewyspania.

- Ale ty jesteś dziś marudny! Nie poznaję cię.

W odpowiedzi posyłam mu półuśmiech. I tak nie jestem o tej porze skory do jakichś ambitniejszych rozmów, czego nie mogę powiedzieć o moim gadatliwym przyjacielu, który od samego rana tryska energią.

Przemierzając ulice Walthamstow, dzielnicy oddalonej jakieś dziesięć mil od centrum Londynu, podziwiam, jak szybko zmienił się letni krajobraz, płynnie przechodząc w typowo jesienny. Ciepłe kolory liści, które przeważają teraz na drzewach, sprawiają, że czuję takie kojące uczucie w środku. Wrzesień to zdecydowanie mój miesiąc, i to nie tylko dlatego, że się w nim urodziłem, ale głównie z powodu pogody. Można powiedzieć, że jesienią czuję się kompletny. Jakby jakaś zagubiona część mnie wracała na swoje miejsce. Kawałek, za którym tęsknię przez resztę roku.

Na ziemię ściąga mnie monolog mojego przyjaciela i coś mi mówi, że przegapiłem jego większą część.

- Także blondynki, brunetki! Na spokojnie Errryka wystarczy dla wszystkich.

- Czekaj, co? - pytam zdezorientowany.

- Czy ty mnie w ogóle słuchałeś?

- Powiedzmy...

- Nieważne. Mów lepiej, na kim ty się skupiasz. Ktoś z drużyny pływackiej? Albo jakiś piłkarz? Nie, już wiem! Jakieś ciacho z kursu hiszpańskiego!

- Wyjaśnij mi, w jakiej części wszechświata miałbym zainteresować się którymś z nich? Doskonale wiesz, że typ Kena czy mięśniaka zupełnie nie robi na mnie wrażenia. Poza tym nie wiem, czy...

Mój przyjaciel przerywa mi, machając groźnie palcem przed oczami:

- O nie, nie, nie! Miałeś całe lato, aby przeboleć zielonookiego Alexa, który i tak na koniec okazał się dupkiem!

- Człowieku, o co ci chodzi?

- O to, że nie mam ochoty znów patrzeć, jak mój najlepszy ziomek cierpi. - W głosie Eryka pobrzmiewa dość dosadny ton, z którym już wiem, że nie wygram. - Więc z łaski swojej ogarnij się w końcu i tym razem znajdźmy ci kogoś wartego uwagi!

- Dobrze, tato...

- Lepsze to niż daddy. - Unosi zabawnie brwi do góry. - Nowy start, pamiętasz?

Wystawia do mnie mały palec prawej ręki i uśmiecha się zniecierpliwiony. To taki gest, którego zazwyczaj używamy, aby przypieczętować jakąś obietnicę. Bez zastanowienia zaciskam go ze swoim.

- Nowy start.

W szkole panuje totalny chaos. Jedni uczniowie stoją w kolejce po plan lekcji na ten rok, drudzy po nowe kody do szafek. My na szczęście to pierwsze mamy już za sobą. Są jednak jakieś pozytywy wcześniejszego wstawania.

W oddali widzę pana Henry'ego. Poczciwy jegomość po pięćdziesiątce, który jest odpowiedzialny za utrzymywanie porządku w szkole i za jej wyposażenie. Sprawuje też pieczę nad takimi wydarzeniami jak dziś. Kiedy nadchodzi nasza kolej i podchodzimy bliżej, na jego twarzy widać promienny uśmiech.

- Cameron, nowy kolor włosów? Prawie cię nie poznałem.

- Czyli będę bogaty?

- Pamiętaj, bogactwem nie są dobra materialne...

- ...A to, co nosimy w sobie, wiem!

Pan Henry towarzyszy mi praktycznie od samego początku w tej szkole. To bardzo inteligentny mężczyzna. Uwielbia grę w szachy oraz wszelaką literaturę. Często obdarowujemy się różnymi książkami i po ich przeczytaniu godzinami o nich dyskutujemy. Z tego, co wiem, pan Henry nie ma żadnej bliższej rodziny, więc z jeszcze większą przyjemnością poświęcam mu swój czas. Po odebraniu kodów wymieniamy się jeszcze szybko paroma uprzejmościami i żegnamy, nie chcąc wstrzymywać długiej kolejki za nami. Wszyscy już i tak wydają się mocno podenerwowani.

Kiedy kierujemy się w stronę sal lekcyjnych, Eryk zaszczyca mnie tym swoim durnowatym uśmieszkiem.

- Wytłumacz mi i oceń w skali od jednego do miliona, jak dziwne jest to, że masz taki kontakt z woźnym?

- Musisz go tak nazywać?

- A jak inaczej? - Eryk patrzy na mnie bykiem. - Przecież to nazwa jego stanowiska.

- Wystarczy ?pan Henry?. - Staram się na niego nie patrzeć. - Ty byś chciał, żeby nazywano cię bawidamkiem?

- Nie jestem bawidamkiem, a degustatorem! Wiedziałbyś to, gdybyś mnie słuchał!

- Dobra, lowelasie, przebieraj tymi nóżkami. - Nazywam go tak zawsze, gdy się z nim droczę.

- Tak lepiej. - Uśmiecha się szeroko. - Zmieniając temat, jaki masz numer szafki?

- Dwieście sześćdziesiąt pięć, a ty?

- Dwieście siedemdziesiąt. Nieźle, znów obok siebie!

Przybijamy piątkę, kiedy w uszach rozbrzmiewa głośny dzwonek informujący, że rozpoczyna się pierwsza lekcja. Kontrolowanym pędem kierujemy się do sali języka angielskiego. Bo przecież czym innym można zacząć rok szkolny, jak nie kolejną dawką Shakespeare'a.

Po drodze Eryk wita się z nieznanymi mi ludźmi albo wymienia promienne uśmiechy. Widać, że jest dość lubiany w tym przybytku, na czym mi totalnie nie zależy. Pod tym względem różnimy się od siebie. Ja zupełnie nie potrzebuję znać prawie każdej osoby w szkole, jemu zaś sprawia to ogromną frajdę. Jakby próbował coś sobie tym udowodnić.

Swoją drogą Eryk jest totalną mieszanką sprzecznych osobowości. Z jednej strony mamy powszechnie lubianego, zabawowego chłopaka, do tego wysportowanego. Z drugiej mega geeka z wysoką średnią ocen, którą skrupulatnie ukrywa przed resztą towarzystwa. Widocznie odnalezienie się w jednym świecie to dla niego za mało.

Wchodzimy do klasy, a moim oczom ukazują się dwie wolne ławki po prawej stronie od okna. Wymieniamy z Erykiem porozumiewawcze spojrzenia i błyskawicznie zajmujemy miejsca. Sala jest średniej wielkości i może pomieścić dwudziestu pięciu uczniów. Widać, że została odświeżona podczas wakacji, bo przy kaloryferach nie odchodzi już farba.

Prawie wszystkie miejsca są pozajmowane. W pierwszym rzędzie, niezmiennie od tylu lat, widzę Susan, drobną blondyneczkę z tak ogromnym mózgiem, że często nie mogę wyjść z podziwu, że nogi jej się nie uginają od jego ciężaru. Z tyłu, po drugiej stronie sali, usadowili się chłopacy z drużyny pływackiej, a zaraz obok wzdychająca do nich z uwielbieniem Linda. Serio, nie mogę pojąć, co ludzie widzą w tego typu gościach. Dla mnie najbardziej pociągająca jest inteligencja, a co za tym idzie - umiejętne posługiwanie się sarkazmem. Mięśnie każdy może wyćwiczyć. Najważniejsze jest, żeby facet miał to coś w sobie, cokolwiek to może znaczyć.

Do klasy wchodzi pan Wilson, z którym mamy zajęcia, od kiedy pani Brown przeszła na emeryturę. Średniego wzrostu mężczyzna o brązowych włosach miejscami pokrytych siwizną. Zdecydowanie jest to odpowiednia osoba na właściwym miejscu, niektórzy po prostu urodzili się, by nauczać.

- Dzień dobry - zaczyna nauczyciel śpiewnym tonem. - Mam nadzieję, że wszyscy są wypoczęci po wakacjach. Nie zwalniamy kroku i otwieramy książki na pierwszej stronie!

Ostatnie, co rejestruję, to pomruk niezadowolenia większości osób w klasie. Moją całą uwagę skrada jesienny krajobraz, który widać dokładnie przez klasowe okno. Saint James Park wygląda obłędnie o tej porze. Zawsze kiedy na niego patrzę, przypomina mi się, jak wuj Ben przyprowadził mnie tu po raz pierwszy i opowiedział historię, że kiedyś w tym miejscu znajdował się szpital dla trędowatych imienia św. Jakuba. I właśnie stąd wzięła się nazwa parku. Pozwalam sobie trwać w tym stanie, zapominając o całym świecie.

Po czterdziestominutowej przebieżce, kilku wzorach skróconego mnożenia i przydługim wykładzie o tym, jak ważna jest literatura w naszym życiu, w końcu opuszczamy ten nużący swoją atmosferą budynek. Oczywiście Eryk nie byłby sobą, gdyby nie kontynuował jak zdarta płyta tematu podrywów i pięknych dziewczyn w szkole.

- Ma na imię Emily i siedzi obok mnie na biologii. Słyszysz, co mówię? BIO-LO-GII! To musi być przeznaczenie.

- Jak romantycznie się zrobi, kiedy będziecie przerabiać wspólnie tematy chorób wenerycznych.

- Pomijając twój pełen sarkazmu ton, też uważam to za romantyczne!

Przewracam znacząco oczami. Zaczynam się zastanawiać, czy od zawsze brakowało mu piątej klepki.

- A ty jak tam? Jakieś ciacha na horyzoncie?

- Eryk, proszę cię. - Spoglądam na niego pobłażliwie.

- No co? Zaczynam się już martwić - przybiera rzeczowy ton. - Rozumiem, że masz poturbowane serducho i obecnie gatunek męski jest dla ciebie niczym wcielone zło, jednak istnieje coś takiego jak plasterek.

- Plasterek, serio?

- Oj, wiesz, o co mi chodzi. Taka jest kolej rzeczy, szczególnie w naszym wieku - akcentuje dobitnie ostatnie zdanie. - Musi być coś, co pomoże ci wrócić na właściwe tory. Choćby malutki szczególik pozwalający spojrzeć łaskawszym okiem na samców.

- Wystarczy mi, że tym razem będzie wyższy ode mnie. Pasuje? - rzucam na odczepnego, naprawdę znudzony już tym tematem. Nie ukrywam jednak, że fajnie by było spotkać kogoś wysokiego. Jestem jeszcze piętnastoletnim chłopakiem, mierzącym metr osiemdziesiąt, i do tej pory spotykałem się wyłącznie z niższymi od siebie osobami.

- Dość niskie wymagania jak na ciebie. - Mruga okiem przy słowie ?niskie?.

- Jak na mnie? A co to ma niby znaczyć? - unoszę się lekko gniewem.

- Stary... czy ty masz w domu lustro? Z taką buźką spokojnie możesz mierzyć wyżej!

Po raz kolejny przewracam oczami. Łagodnie mówiąc, nie przepadam za kategoryzowaniem ludzi na lepszych i gorszych. Uważam, że wszyscy mamy pełne prawo do bycia sobą. Ludzie powinni mniej skupiać się na ocenianiu innych, a bardziej na tym, jak z każdym dniem stawać się najlepszą wersją siebie. Ale rozumiem, co Eryk chciał przez to powiedzieć. Mam świadomość, że nie należę do brzydali. Jednak zdecydowanie daleko mi do tych z ?górnej półki?, jak to zwykł przesadnie komentować mój przyjaciel.

- Mówisz, jakby to były jakieś zawody. Powiedz mi, co z pożądaniem? Co ze strzałą amora czy motylami w brzuchu?

- Za dużo książek, mój drogi padawanie, za dużo książek.

- U ciebie zdecydowanie za dużo Gwiezdnych Wojen!

- Ej! Nie nabijaj się z klasyków.

Wybuchamy śmiechem w tym samym momencie. Muszę przyznać, że chociaż nie zawsze we wszystkim się zgadzamy i czasem różnie patrzymy na świat, to nie wyobrażam sobie, że mógłbym przyjaźnić się z kimkolwiek innym.

Pożegnalnym gestem przybijamy piątkę. Zostało mi do domu zaledwie dziesięć metrów, a Eryk na szczęście mieszka tuż za rogiem. Sprawdza się to w awaryjnych sytuacjach, jak właśnie wtedy, gdy rozstałem się z Alexem. Byłem tak przybity, że przez kilka dni nie miałem ochoty opuszczać łóżka. Eryk przychodził do mnie codziennie z pokaźną ilością niezdrowego jedzenia. A kiedy mój żołądek pękał w szwach, arsenał moich łez zaś przeciwnie - został wyczerpany, czytał mi najśmieszniejsze opinie wystawione przez ludzi w internecie. Naprawdę taki przyjaciel to coś więcej niż skarb.

Domyślam się, że właśnie dlatego wziął na swoje barki misję postawienia mnie na nogi. Ale ja naprawdę mam się dobrze. Przebolałem to, co musiałem, i przepracowałem to, co miałem do przerobienia, a teraz prę przed siebie. Po prostu nie uzależniam swojego istnienia od przynależności do innej osoby.

W drzwiach wita mnie przepiękny zapach zapiekanki z kurczakiem dobiegający prosto z kuchni. Dopiero teraz czuję ścisk w żołądku i dociera do mnie, jak bardzo jestem głodny. Rzucam torbę na podłogę i wiedziony zapachem zmierzam do jego źródła. Po chwili moim oczom ukazuje się krzątająca się po kuchni ciocia K. Kruczoczarne włosy związała niedbale w kok, przez co kilka niesfornych kosmyków opadało na jej twarz. Ma na sobie jasnożółty fartuch z napisem ?Pomoc domowa od zaraz?, a pod nim kremową elegancką koszulę ze złotymi guzikami w kształcie lwa. Na czarnych spodniach garniturowych widać wyraźne ślady sosu. Najwidoczniej nie zdążyła przebrać się po pracy. Na mój widok buzia jej się śmieje, a ja odpowiadam jej tym samym.

- Jak tam, kochanie, minął ci pierwszy dzień w szkole?

- Może być, nikogo nie zabiłem.

- To świetnie! - Mierzwi dłonią moje włosy. - Siadaj, pewnie jesteś głodny.

Stawia przede mną talerz po brzegi wypełniony cudownie pachnącą potrawą, a obok szklankę wody z cytryną. Sam zapach zapiekanki powoduje, że moje kubki smakowe skaczą w rytmie cha-cha. Chwytam za widelec i macham nim szybko, jak podczas wiosłowania kajakiem. Po trzech minutach talerz jest pusty.

- Oho! Naprawdę byłeś wygłodzony. Jadłeś śniadanie? Chcesz dokładkę?

- Po jednym pytaniu na minutę poproszę.

- Nie żartuj sobie z ciotki. - Grozi mi drewnianą łyżką, a uśmiech nie znika jej z twarzy. - To co, zjesz jeszcze?

- Nie, dzięki. Teraz jedyne, o czym marzę, to gorący prysznic. - Podchodzę do niej i daję jej buziaka w policzek. - Dziękuję! Było pyszne.

- Jasne, po co poświęcać starej ciotce trochę czasu! - krzyczy za mną.

Uciekam na schody prowadzące na piętro. Kiedy jestem już prawie w łazience, słyszę głos dochodzący z dołu, że mam nie zapomnieć po sobie pozmywać.

Wchodzę do mojej świątyni dumania, zrzucam z siebie ubrania i wślizguję się pod prysznic. Odkręcam wodę, nie mogąc się doczekać gorącego strumienia, który spłynie po mnie od głowy aż do pięt. Czuję, jak z każdą kroplą spływającą po mojej skórze opuszcza mnie całe napięcie. Takiego rozluźnienia w tym momencie potrzebowałem.

Po wyjściu spod prysznica wrzucam ciuchy do kosza na pranie, a resztę rzeczy zabieram do swojego pokoju. Przechodzą mnie dreszcze, kiedy idę przez chłodny korytarz. Zatrzymuję się na chwilę, wsłuchując w śmiech wujostwa dochodzący aż tutaj. Cieszę się, że tym dwojgu udało się odnaleźć. Dają mi niezły przykład partnerstwa. Nic więc dziwnego, że mam jakieś wymagania względem swojego związku. Ktoś może nazwać to wygórowanymi standardami. A ja po prostu wiem, czego nie chcę i na co nie muszę się godzić.

Podchodzę do wielkiej białej szafy stojącej w lewym rogu pokoju. Otwieram ją z nadzieją, że znajdę tam jakąś luźną koszulkę. W całym tym bałaganie natrafiam wzrokiem na znoszony szary T-shirt w rozmiarze XL i wkładam go szybkim ruchem na siebie. Mierzwię prawą ręką wciąż wilgotne włosy, leniwie rozglądając się wokół. Moją uwagę przykuwa czarny skórzany notes w złote pszczoły.

Niewiele myśląc, stwierdzam, że to dobra chwila na szybką medytację. Wyciągam spod łóżka karimatę i rozkładam pod oknem, tak aby moja twarz była skierowana w jego stronę. Sięgam do białego pudełeczka na kadzidełka i wyciągam z niego dwa. Jedno o zapachu sandałowym, a drugie waniliowym. Odpalam na Spotify playlistę z odpowiednią frekwencją i zaczynam trans.

Biorę głęboki wdech i wydech, powtarzam czynność kilkakrotnie. Czuję, jak z każdym oddechem moje serce zaczyna się uspokajać, a natłok myśli znika. Skupiam się na tym, aby skutecznie odpychać wszystkie scenariusze, które lubią do mnie przychodzić w takich chwilach. Do pewnego momentu mi się to udaje, ale nagle moją głową próbują zawładnąć niechciane myśli, które formują się w jakieś niewyraźne obrazy. Mimowolnie zanurzam się w nich. Dostrzegam zarys jakiegoś zwierzęcia. Wściekły na siebie otwieram oczy i zaczynam wszystko od początku. Zwierzę jednak nie daje za wygraną i znów pojawia się w moim umyśle. Teraz widzę je wyraźnie. To szary wilk z ogromnymi niebieskimi ślepiami. Chyba trzyma coś w pysku, ale nie jestem pewien co. Zdaje mi się, że to jakiś kwiat. Może gerbera? Nie, zdecydowanie nie. Nagle zaświtało mi, że to mak. Zupełnie nie wiem, skąd ta pewność. Nigdy nie miałem do czynienia z florystyką, ale to na pewno jest mak.

Ponownie przeganiam nic nieznaczący dla mnie obraz i jeszcze raz, wdech i wydech. Nie miałem pojęcia, o co chcę prosić wszechświat, gdy jakaś nieśmiała część mnie postanawia zebrać się na odwagę i w mojej głowie pojawia się zdecydowana myśl, że chciałbym w końcu odnaleźć siebie.