Lech Kaczyński portret - Michał Karnowski

Reflow text when sidebars are open.
fragment książki
Alfabet braci Kaczyńskich, Kraków 2005
Mama pochodziła z inteligenckiej rodziny Jasiewiczów. Oni się wywodzili z Kresów, gdzieś znad Dźwiny. Jej dziadek był, przykro mówić, rosyjskim pułkownikiem. Zaginął w zawierusze rewolucji październikowej. Jego synowie byli oficerami - poza moim dziadkiem, inżynierem. Wyśmiewał się on ze swoich braci, a także ze swego szwagra, też oficera. Tego ostatniego pytał, czy zakłada ordery, kiedy idzie się kąpać. Oni wszyscy walczyli z bolszewikami w 1920 roku. Dziadek nabawił się w okopach gruźlicy. Mieszkał już przed wojną na Żoliborzu - był członkiem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, lewicowcem, który gniewał się na swoją żonę, kiedy śpiewała Pierwszą Brygadę. Mówił do niej: Stefcia, idź pod Belweder zaśpiewać Piłsudskiemu.
Dziadek Jasiewicz w latach 30. miał własną firmę, coraz lepiej mu się powodziło. Ani do swojego najbliższego współpracownika, ani do zięcia, mojego taty, nie chciał mówić per "ty". Przed wojną mieszkał w tym samym domu, co później Kuroń. Po wojnie mieli też na Żoliborzu małe mieszkanko, które dostali od WSM. Ja tego dziadka niestety nie znałem, urodziliśmy się w 1949, on umarł w 1951.
Babcia Stefcia pochodziła z rodziny Szydłowskich. Jej bracia byli inżynierami-rolnikami - nie mieszkali w Warszawie. Rodzina z dużymi tradycjami: powstanie listopadowe, styczniowe...
Moja mama podczas wojny mieszkała trochę w Warszawie, trochę w Starachowicach u rodziny swojej mamy. Była w konspiracji od 14 roku życia. W Szarych Szeregach miała pseudonim "Bratek", brała udział jako sanitariuszka w akcji "Burza". Po wojnie poszła na polonistykę.
Jej przyrodni brat, syn babci z pierwszego małżeństwa, chciał się przedrzeć w 1939 roku na Zachód, dalej walczyć. Wpadł w ręce Sowietów, został ranny w głowę. Dostał się do łagru i tam umarł,zresztą podobno w stanie kompletnej amnezji. Bardzo długo po wojnie pamiętam nadzieję mamy, że on wciąż żyje.
Mama miała też siostrę. Moja ciocia była w Narodowych Siłach Zbrojnych. Nie myślcie, panowie, że z powodu jakichś wyborów ideowych. Zdecydowały znajomości wśród chłopaków. Mieszkały z moją mamą w jednym pokoju, spały w jednym łóżku, a jedna nie wiedziała o konspiracyjnej działalności drugiej.
Mama jest z wykształcenia polonistką. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam, jak chodziła do pracy na Uniwersytet. Była bardzo młodą matką, świeżo po studiach. Potem pracowała w Instytucie Badań Literackich, potem w szkole, wreszcie znów wróciła do IBL. Studiowała z Janem Józefem Lipskim, pracowała z nim w jednym pokoju i to dzięki niemu trafiłem do KOR.
To rodzina mamy.
Ze strony taty wyglądało to tak: dziadek Kaczyński był kolejarzem wysokiego szczebla. Pełnił funkcję szefa ekspedycji w Grajewie i w Baranowiczach. W 1918 roku napadł z jednym kolegą na niemiecki pociąg, sterroryzował załogę i zabrał broń. Z tego powodu miał pistolet. Jego za to, inaczej niż drugiego dziadka, pamiętam bardzo dobrze. Zabierał mnie i brata na spacer na Dworzec Gdański, gdzie pracował podczas wojny. W 1939 roku miał zostać szefem węzła w Brześciu. Nie został, bo przyszli Sowieci. Rosjanin, który objął funkcję dziadka, powiedział mu po kilku miesiącach: "Aleksandrze Pietrowiczu, uchaditie". Uciekli przez zieloną granicę przed wysyłką na Syberię. Tacy jak mój dziadek, wysoki urzędnik kolejowy, byli zsyłani w pierwszej kolejności. Na szczęście zachowali trochę majątku. Babcia Franciszka najlepiej z mojej rodziny umiała zadbać o pieniądze. Mówiła świetnie po rosyjsku, znała się na pieniądzach. Ciekawa postać. W dodatku pochodziła spod Odessy, z terenów, gdzie Polaków w zasadzie nie było. Wydaje mi się, że pochodziła ze szlachty gołoty, którą przesiedlano nad Morze Czarne - na nowo zajęte przez Rosję tereny. Za czasów jej młodości jej rodzina miała już dużo ziemi. To były rodziny częściowo zruszczone, ale też bardzo katolickie. Babcia opowiadała o niesłychanej pobożności jej ojca, mojego pradziadka Franciszka Świątkowskiego. To nie przeszkadzało, że jego brat był wysokim urzędnikiem carskim i przeszedł na prawosławie. Babcia trochę się tym chwaliła, a trochę potępiała. W każdym razie w czasach bolszewickich z tej rodziny nikt nie ocalał - poza moją babcią, która wyszła za mąż za dziadka i wyjechała do Polski. To potworne, bo w tej rodzinie było mnóstwo dzieci. Ostatni członkowie tej mocno rozrośniętej rodziny zginęli podobno w latach 30. To był naprawdę zaginiony świat.
Tata miał brata i siostrę, którzy zmarli w młodości. To się z kolei położyło cieniem na losach moich i mojego brata. Ojciec panicznie bał się o nasze zdrowie. Lekarze musieli stwierdzać, ile czasu dziennie mam prawo jeździć na rowerze - po 45 minut. Ciągle zresztą posyłał nas do lekarzy. Wcale nie dlatego, że byliśmy chorzy.
Opisuję rodzinę, w której byli patrioci i byli carscy oficerowie. Tu trzeba dodać, że ojciec był w Armii Krajowej, walczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie skończył Politechnikę.
fragment książki
Alfabet braci Kaczyńskich, Kraków 2005
Moje pierwsze, naprawdę najstarsze wspomnienie z dzieciństwa jest takie: Wychodzimy od wujostwa Tomaszewskich na Saskiej Kępie w Warszawie - mieszkali wtedy na Zwycięzców - i wiem, że mam trzy lata. Jesteśmy wszyscy razem: my dwaj i rodzice.
Jak sięgam pamięcią wstecz, zawsze widzę nas dwóch. Czasem się tłukliśmy, ale byliśmy zawsze we dwóch. Nie potrafię wyobrazić sobie innego, oddzielnego życia. Dla nas nie istniał nigdy problem samotności, częsty wśród dzieci i młodzieży. Nawet gdyby nie było kolegów, poradzilibyśmy sobie. Co nie znaczy, że ich nie mieliśmy. W dzieciństwie - Tomka Grzywacza, strasznego chuligana, Jacka Jackiewicza, braci Strawińskich. "Kaczorami" albo "Kaczkami" zostaliśmy dopiero w szkole. Toczyliśmy także bitwy na kamienie. Jarek kiedyś w czasie jednej z nich mocno oberwał w ucho. Największa była wojna między ulicą Lisa Kuli i blokiem nazywanym "trójką" na placu Inwalidów. Chodziliśmy się bawić pod trójkę, a potem nagle wybuchła wielka wojna. Byliśmy słabsi, bo na Lisa Kuli mieszkało mniej dzieci niż w tym bloku. Nasz starszy o dwa lata kolega Jackiewicz naprawdę miał na imię Marek, a nie Jacek, najpierw był marszałkiem, ale potem awansowaliśmy go na króla. Jarek został hetmanem, ja - hetmanem polnym. Inni koledzy byli marszałkami i generałami. Typowo oficerska armia.
Bawiliśmy się w tak zwanych "murowankach" - to był niedokończony dom, rozwalony podczas powstania, na rogu Felińskiego i Pochyłej (dawniej Lisa Kuli). To tam Jarek z Tomkiem Grzywaczem wyciągnęli w 1957 roku pociski moździerzowe i zamierzali nimi walić o ziemię. Ale pamiętam też Jarka z granatem w ręku. Kiedy indziej znów znaleźliśmy bagnet.
Z zabawek pamiętam przede wszystkim całą masę misiów. Ustawialiśmy je w rzędy na szafce nawet wtedy, kiedy się już nimi nie bawiliśmy. Chcieliśmy, żeby miały dobrze, więc je odkurzaliśmy. W pewnym momencie doszło do eksmisji misiów. Kiedy -nie pamiętam. W 1957 roku dostaliśmy kolejkę elektryczną. Tata chciał nas nauczyć oszczędności - nie bardzo to wyszło, zwłaszcza w przypadku Jarka, ale zbieraliśmy jakieś sumy do skarbonki. Wystarczyły na jakieś 30 procent kolejki. Mieliśmy dwa konie na biegunach, dwa rowery na trzech kołach, potem już normalne rowery. Żołnierzyki też były, ale jakoś bardzo się nimi nie bawiliśmy. Marzeniem niezrealizowanym był samochód na pedały -taki, jaki widzieliśmy w Centralnym Domu Dziecka.
Najczęściej jednak bawiliśmy się w wojnę. Wojna towarzyszyła nam od najmłodszych lat. Byłem zdziwiony, kiedy się dowiedziałem, że trwała wiele lat. Skądinąd stałym elementem naszego dzieciństwa było przekonanie, że wojna może znowu wybuchnąć. Przekonanie najsilniejsze podczas kryzysu kubańskiego, ale tak naprawdę ciągle nam towarzyszące. Mnie to w ogóle nie dziwiło, że robi się w domu zapasy, że przychodzi sąsiadka - lekarka i proponuje pomoc w zgromadzeniu rezerw leków.
Mama opowiadała nam wieczorem bajki, które często sama wymyślała. Rano wstawaliśmy na śniadanie, a potem się bawiliśmy. Zaczęliśmy wychodzić na podwórko w 1955 roku i nie musieliśmy wracać na określoną godzinę. A jak zaczęły się wojny na kamienie, to często w ogóle zapominaliśmy o domu.
Czasem groziło nam lanie, bo bywaliśmy dziećmi niegrzecznymi. Na przykład ja dostawałem ataków złości. Ale żeby wracać w domu o siódmej dla zasady? Nie. To nie był dom surowy. To był przede wszystkim dom starannego wychowania. Dom, w którym głośno się czyta ważne lektury, rozmawia z dziećmi o świecie. Mama wpływała na nasze decyzje, ale tak, żebyśmy sądzili, że inicjatywa należy do nas. Tak było na przykład z przekonaniem,
że trzeba robić karierę naukową, pisać doktorat. Nam to wszczepiono, ale ja to uważałem za własny pomysł. Z wieloma innymi wyborami życiowymi też tak było.
Na podstawie wywiadów z Jadwigą Kaczyńską ("VIVA!", "Super Express", "Wprost") opracował Michał Karnowski
Nie wyszłam za mąż z rozsądku, ale chyba też nie z jakiejś wielkiej miłości. Oczywiście zakochałam się w moim mężu. Rajmund zakochał się, ale potem rozmyślał. Ja także. Ale potem pobraliśmy się i myślę, że dobrze się stało. To był rok 1948. Nie mieliśmy nic, bo nasi rodzice stracili wszystko w czasie wojny i po wojnie.
*
Dzieci urodziłam w domu, bo panowała wtedy epidemia pęcherzycy i pani doktor powiedziała, że w domu będzie bezpieczniej. Nie wiem, czy wiedziała, że to będą bliźniaki. Pierwsza zakomunikowała mi to położna - pani Gajcy - matka znanego poety Tadeusza Gajcego, najlepsza akuszerka na świecie. Tak naprawdę to ona uratowała moich synów. Poród trwał całą dobę. Gdy pojawiły się problemy, pani Gajcy kazała mi wypić spirytus z kawą, żebym nabrała sił do parcia. Najpierw zobaczyłam Jarka, który był cały niebieski. Pamiętam, że powiedziałam do niego: "Jesteś niebieski, ale i tak cię kocham". Po prostu poród był długi i ciężki, dzieciom brakowało tlenu. Czterdzieści pięć minut później urodził się Leszek. Tak naprawdę chciałam mieć córeczkę - Magdalenę. Wybrałam to imię, sama nie wiedząc, że w przyszłości będzie takie modne. Zresztą Jarosław też było imieniem wybranym przeze mnie. Zdawałam wtedy egzamin u profesora Doroszewskie-go - Jarosława - i bardzo mi się spodobało. Wtedy wszyscy byli zdumieni: jak to Jarosław? Ale mój mąż powiedział: "Ona urodziła, więc niech sobie daje imię, jakie chce". Dla Lecha wybrał imię Rajnold, podobne do tego, jakie sam nosił. Ale zaprotestowałam.
*
Jak się urodzi dziecko, to czuje się euforię. A jak dwoje - podwójną. Pamiętam, jak leżeli koło mnie, w becikach. Jeden mieliśmy przygotowany, a drugi pożyczyliśmy. I było takie zamieszanie! Czułam ulgę, że już po wszystkim. Dziś dwojaczki to normalne, wtedy nie. Kobiety rodzą pięcioraczki i tego bałabym się. Pierwszy rok był ciężki, potem było już łatwiej, bo bawili się razem. I razem się też bili.
To byli normalni, żywi chłopcy. Byłam na trzecim roku polonistyki, kiedy się urodzili. Potem kończyłam studia. Pracę pisałam u profesora Juliana Krzyżanowskiego. W dodatku wykonywałam jakieś prace zlecone, na takich karteluszkach, fiszkach. Chłopcy podpatrywali i też robili takie karteczki. To była świetna zabawa. Do dziś mam całe pudełko tych karteczek. W każdym razie, gdy dzisiaj tak sobie wspominam, to nie miałam z nimi żadnych zasadniczych kłopotów. Nawet jak już dorastali. Nie było alkoholu, a przynajmniej mnie się tak zdawało, bo większą część dnia spędzaliśmy osobno. Leszek raz po maturze trochę wypił z kolegą, ale potem dostał mdłości, bo nie był wprawiony.
*
Jako nastolatkowie byli raczej spokojni. Były jakieś incydenty, jakieś wino, skok z pierwszego piętra podczas lekcji, jakieś pochody, ale razem wziąwszy, nic bardzo poważnego. Baliśmy się o nich, zwłaszcza mąż. Jego rodzeństwo umarło w młodym wieku - sześcioletni brat i dziewiętnastoletnia siostra. Bardzo więc był ostrożny wobec naszych dzieci. Ciągle chodziliśmy z nimi do doktora Kokoszki - świetnego pediatry. Chłopcy tak się do tego przyzwyczaili, że Leszek zbierał nawet pieniądze na wizytę u Kokoszki. Ja wtedy dużo pracowałam - przez osiem lat w szkole, potem w Instytucie Badań Literackich PAN. Z chłopcami zostawałam sama tylko latem, bo wyjeżdżaliśmy zawsze na dwa miesiące, a mąż musiał być w Warszawie. I wtedy dawałam im swobodę. Uważałam, że mają za mało wolności, a byłam na tyle młoda, że rozumiałam tę potrzebę. Używali więc sobie na wakacjach, a mnie traktowali trochę jak koleżankę. "Mama,zrobimy tratwę". Dziś myślę, że byłam bezmyślna, że im pozwoliłam. W każdym razie oni płynęli tą tratwą, a ja biegłam za nimi brzegiem, chowając się za krzakami, żeby mnie nie widzieli. Nic się, Bogu dzięki, nie stało. Innym razem na wsi spuścili wszystkie gospodarskie psy z łańcuchów i zaprowadzili do rzeki, aby je wykąpać, bo miały pchły.
*
Czytałam im do trzynastego roku życia. Sami też czytali bardzo dużo. Do dziś czytają. A ja też bez lektury nie zasnę. Pamiętam, jak Jan Józef Lipski, z którym byłam w bliskich kontaktach, zwykł pytać chłopców: "A czytaliście to czy tamto?". Był też okres, gdy bardzo dużo chodzili do kina. I do teatru. Leszek, po raz pierwszy zaprowadzony do teatru dla dzieci, nie chciał w ogóle stamtąd wyjść. Miał wtedy kilka lat. Kupiłam im bajki Brzechwy, jak mieli po 4 lata. Pamiętam, na placu Wilsona był wówczas taki trawnik z ławeczką. Czytaliśmy tam aż do zmroku.
Często czytałam synom Trylogię. Mieli po 9 lat. Pamiętam, że poszli wtedy pewnego razu do biblioteki i pani dała im tam książeczkę o przygodach Pchełki... Oni z tej biblioteki wyszli.
*
To byli żywi chłopcy, ale jak byli mali, to ich po prostu kładłam spać i spali. Chociaż musiałam im śpiewać. Czasem nawet półtorej godziny. My zresztą całą rodziną byliśmy nocnymi markami.
Od początku z moimi synami był problem z dbałością o wygląd. Nie dbali o to - ani jeden, ani drugi. Potem to się na szczęście zmieniło. Chociaż, jak kiedyś kupiłam im zielone wiatrówki -a trzeba pamiętać, że wtedy wszyscy chodzili na buro - to oni powiedzieli, że są zbyt kolorowe. Potem jeszcze pojechałam do Anglii i kupiłam im wiatrówki beżowo-brązowe. Wydawały mi się piękne. Musiałam oddać, bo też podziękowali.
Święta zawsze spędzaliśmy razem. Szczególnie Wigilię. Niezależnie, kim synowie byli, zbieraliśmy się u mnie albo u mojej siostry na Saskiej Kępie. Zwłaszcza tam - u Tomaszewskich, gdzie często, na przykład na imieniny, przychodziło wielu artystów. To były bardzo miłe spotkania. Czasami panowie kłócili się zawzięcie o politykę i trzeba było ich godzić. Czasami spotykamy się też u Konrada, czyli brata mojej synowej. On i jego żona Teresa mieszkają na Zaciszu. Bardzo ich lubię.
*
Lubię jeździć do Juraty. Tam jest taki spokój! To miejsce, w którym fizycznie czuję się dużo lepiej. Widocznie jest tam dobre powietrze. W Juracie jest pięknie. Jest tam mały kościółek. Lubię go. Ładnie w nim śpiewają. Ja zresztą bardzo lubię atmosferę kościoła. Od dziecka - tak mnie wychowano, jeszcze w domu u dziadków -mam poczucie, że kościół to takie szczególne miejsce, w którym łatwiej uwierzyć, że wszystko będzie dobrze.
*
Leszek był bardziej okrągły, a Jarek miał podłużną buzię. Nie musiałam im wiązać żadnej wstążeczki, rozpoznawałam ich od razu. Twórcy filmu O dwóch takich, co ukradli księżyc też nie mieli z tym problemów, po prostu trzeba umieć patrzeć. Jarek ma silny charakter, ale Leszek też jest silny, tylko ma w sobie więcej łagodności. Kiedy byli mali, stworzyli na naszej ulicy wojsko. Generałem był Jarek, a marszałkiem Jacek Jackiewicz - syn znanego filmologa. Leszek chciał iść w środku. Potem jednak wyrósł z tego środka.
*
Leszek zakładał na Wybrzeżu wolne związki. Pojechałam tam, a Marylka mówi, że on jest w stoczni. I choćby nie wiem co zrobiła, to tak, jakby chcieć zamknąć wiatr w walizce. I tak by poleciał.
Synowie dbają o mnie. Dzwonią w ciągu dnia, pytają, jak się czuję. Jestem z nich bardzo dumna, ale staram się mieć dystans. Bez dystansu to ja bym w ogóle nie wytrzymała tego wszystkiego, chociaż jestem chyba dosyć twarda. Oglądam telewizję, czytam prasę. Niektóre komentarze, ataki mnie bolą. Takiego ataku, takiej furii jeszcze nie było. Chcę tylko, żeby osądzano sprawiedliwie.
fragment książki
Alfabet braci Kaczyńskich, Kraków 2005
W 1961 roku nasz wuj przeczytał w gazecie, że poszukują bliźniaków do roli Jacka i Placka w filmie O dwóch takich, co ukradli księżyc Jana Batorego. Napisał list, nie wysłał zdjęć. A jednak wezwano nas na eliminacje na ulicę Puławską. Przyjechało z siedemdziesiąt par bliźniaków i kierownictwo produkcji narzekało nawet, że nie zaproszono Kroniki Filmowej.
Po eliminacjach pojechaliśmy spokojnie na wakacje. Jak wróciliśmy, mama miała już depeszę - to było 26 lipca.
Wybuchła olbrzymia radość. Ale sam film znosiłem już gorzej, bo okazało się, że to uciążliwa praca, powtarzanie ujęć po dziesięć razy - kiedy na przykład osioł nie chciał nas zrzucać z grzbietu. Kręciliśmy początkowo w Łebie. Atrakcją było zamieszkanie w wojskowym osiedlu. Tam rozgrywały się sceny na pustyni. Potem, po pewnej przerwie w Warszawie, pojechaliśmy na zdjęcia do Łodzi. To mnie szczególnie cieszyło, bo zaczynał się rok szkolny. Ale wieczorami przychodzili nauczyciele, żebyśmy nie stracili roku szkolnego. Mieszkaliśmy w hotelu, z mamą, która dostała urlop bezpłatny, a potem z babcią Franią.
Kiedyś Jarek odpalił w tym hotelu świecę dymną. Na szczęście następnego dnia napięcie związane ze zdjęciami było za duże, żeby ktoś o tym pamiętał. Ale drugą świecę mama skonfiskowała.
Inna zabawna sytuacja. Jarek zrobił coś złego i wezwano go do pana Petersille. To był jeszcze przedwojenny filmowiec, kierownik produkcji. Jarek wysłuchał nagany, a wszystko to działo się w nowym gmachu, prawie zupełnie pustym. Jarek pokiwał głową, wyszedł, a potem... przekręcił klucz w drzwiach. Zamknął pana Petersille i sekretarkę. Wynikła z tego wielka draka, oni wezwali kogoś przez telefon. Petersille rozwścieczony znów woła Jarka. On przeprasza, po czym wychodzi i. znów przekręca ten klucz. Do dziś twierdzi, że bezwiednie.
Zdjęcia miały trwać do grudnia, a trwały do lutego. Najgorszy był ostatni okres, kiedy to musieliśmy latać na sztucznych pelikanach, w strugach wody. Pelikany ciągle się psuły, był taki moment, że Jarek polany gorącą wodą skoczył z wysokości pierwszego piętra. To był bardzo nerwowy okres. W końcu pelikany zaczęły cuchnąć.
Nasi filmowcy okazali się grupą sympatycznych ludzi, trochę dziwaków: Grocholski, charakteryzator Szosler, operator Lam-bach. Najsłabiej poznaliśmy aktorów, chociaż pamiętam oczywiście Ludwika Benoit, Halinę Grossównę oraz gwiazdę Popiołu i diamentu Adama Pawlikowskiego. W pewnym momencie na plan w Łodzi wszedł sam Roman Polański. To wywołało zamieszanie, traktowano go jako młodą gwiazdę - po Nożu w wodzie. Reżyser Jan Batory był spokojnym, zażywnym trzydziestoparo-latkiem. Miał za sobą film Podhale w ogniu o rozbójniku Kostce-Napierskim. To był jak najsłuszniejszy klasowo film, ale mimo to jego twórca popadł w niełaskę u władz. Po prostu czymś musiał podpaść. Potem zrobił film Odwiedziny prezydenta, który odniósł sukces. Także O dwóch takich... okazał się sukcesem. Potem robił mniej udane filmy o miłości nastolatków.
W sumie była to ciekawa przygoda, ale aktorami nie chcieliśmy zostać. Zaskoczę panów, ale właśnie wtedy postanowiłem zostać politykiem. Nie potrafię powiedzieć, jaki to miało związek z Jackiem i Plackiem, zresztą jeszcze w rok później mówiliśmy sobie z Jarkiem, że zostaniemy archeologami. Chcieliśmy odkrywać zaginione kontynenty, Atlantydę. Ale polityką się obaj już wtedy bardzo interesowaliśmy. Ten pomysł na politykę wiązał się z wizją wolnej Polski. Ta z kolei z wojną - zapewne przeciw Rosji. To wszystko było jednak jeszcze bardzo niejasne. Może na moją decyzję wpłynął też operator Lambach, który opowiadał nam dużo o XXII Zjeździe KPZR. To był ten zjazd, na którym Chruszczow zarządził drugą fazę destalinizacji, a trumnę Stalina wyrzucono z mauzoleum. Lambach powtarzał: jak ja będę starszym panem z laseczką, ty zostaniesz premierem.
Z Lechem Kaczyńskim chodziłem do jednej szkoły, warszawskiego Liceum nr 41 imienia Joachima Lelewela. Trafiłem tam, bo wyrzucono mnie z liceum mokotowskiego. A udało się to dzięki panie Annie Radziwiłł, wspaniałej nauczycielce historii, która się mną zaopiekowała, wzięła mnie do swojej klasy. Ta późniejsza minister edukacji, autorka podręczników, miała dość duży wpływ i na mnie, i na braci Kaczyńskich. I na nasze losy, bo kiedy pojawiłem się w Lelewelu, posadziła mnie w jednej ławce z Leszkiem Kaczyńskim. Nie wiedziałem wtedy, że jest ich dwóch. Przywitałem się, rozmawialiśmy chwilę. A potem się odwracam i prze-żywam zdziwienie, bo Leszek siedzi w jednej z tylnych ławek. Patrzę na bok - też siedzi. Zastanawiam się, dlaczego widzę podwójnie? Klasa patrzy na mnie i się śmieje. Tak się dowiedziałem, że jest ich dwóch, że oprócz Leszka jest Jarek.
Kumplowałem się z oboma, ale nieco bliżej byłem z Leszkiem, który odwiedzał mnie nawet w domu. Leszek, Jarek i ja interesowaliśmy się historią. Mówili do mnie "Lońka". I szybko zafascynowaliśmy się własną odmiennością, tym jak bardzo się różnimy, jak inne światy reprezentujemy. Ja wychowałem się w mieście, w dzielnicy, gdzie żyli niemal sami Żydzi. To było też środowisko robotnicze, moja mama była krawcową w fabryce. Potem przeniosłem się do Warszawy, na Mokotów. Wtedy trafiłem na braci, najbliżej Leszka. To są zupełnie inne chłopaki niż ja, inaczej myślą, zupełnie inaczej znają historię, prezentują odmienne podejście. Na przykład o Katyniu dowiedziałem się od nich. Jeden z chłopaków z klasy zaczął o tym opowiadać, mówić, że to zbrodnia Rosjan. Inny jednak zaczął to kwestionować. Pamiętam, że bracia zareagowali ostro, prawie doszło do bójki, a potem opowiedzieli mi wszystko, co o tym wiedzieli, a wiedzieli sporo.
Po raz pierwszy spotkałem ludzi, którzy byli polskimi patriotami, przywiązanymi do tradycji, a jednocześnie bardzo otwartymi na inne poglądy, inne doświadczenia, bez żadnego endeckiego nalotu. I ja z kolei dla nich byłem otwarciem na nowy, nieznany świat. Jeździłem wtedy na żydowskie obozy dla młodzieży, gdzie dużo dyskutowano o filozofii, historii, polityce. Tę moją wiedzę w naszych rozmowach przyjmowali z ciekawością. Zderzały się nasze dwa światy i wzajemnie się sobą fascynowaliśmy. Czasem oczywiście w sporze, a nawet niekiedy wzajemnie się świadomie prowokowaliśmy. Lubiliśmy dyskusje.
Te wspomnienia wracają, coraz bardziej tę obopólną fascynację sobie uświadamiam, chociaż już w lutym 1969 roku wyjechałem z Polski do Stanów Zjednoczonych. Wróciłem do Polski po ponad 20 latach, ze słabym w międzyczasie kontaktem ze sprawami polskimi. Ale kiedy czytam ich wspomnienia, wypowiedzi, w tym Alfabet braci Kaczyńskich, uświadamiam sobie, że i dla nich kontakt ze mną był mocnym przeżyciem. Pewnie jeszcze mocniejszym niż dla mnie, bo ja potem szybko wszedłem w zupełnie inny, amerykański, świat. Tym bardziej, że PRL była krajem, w którym każda inność była rzadkością, nowością, budziła ciekawość. Znaleźliśmy więc wspólny język, zaprzyjaźniliśmy się, byliśmy sobą zafascynowani.
Gdy spotkaliśmy się ponownie, Leszek był dla mnie serdeczny. Rozmawialiśmy zawsze jak koledzy z liceum, nawet kiedy już był prezydentem. Kilka razy w takiej rozmowie klepnąłem go w plecy, szturchałem, jak to robiliśmy w młodości, jak robią kumple. Łapałem wtedy zdziwiony wzrok jego otoczenia, bo to przecież prezydent Polski. Ale dla mnie na zawsze pozostał Leszkiem z ławki licealnej i ze studiów.
Przez rok studiowaliśmy razem prawo na Uniwersytecie Warszawskim, w pamiętnym roku 1968. Pamiętam z tego okresu obóz przysposobienia wojskowego, gdzie robiłem mu różne dowcipy, jak przydeptywanie jego długiego płaszcza, kościuszkowskiego szynela wojskowego, którego poły sięgały mu aż do ziemi. Popychałem wtedy Leszka, płaszcz trzymałem nogą i on wypadał z szeregu, co powodowało wrzask prowadzącego zajęcia pułkownika. Zresztą Kaczyńscy, niezależni z natury, ciągle na tych zajęciach wpadali w jakieś tarapaty. Raz wpadliśmy w kłopoty razem, bo wspólnie, z dwoma czy trzema innymi kolegami, odmówiliśmy podpisania deklaracji wsparcia dla inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.
To byli chłopcy roztargnieni, zwłaszcza Leszek był trochę takim gapą. Co nie znaczy, że byli frajerami. Jak ktoś im podskakiwał, próbował fikać, to miał zawsze do czynienia z dwoma. Jeden łapał wtedy z przodu, drugi z tyłu i napastnik nie miał szans. Wszyscy szybko się o tym przekonali.
Zwłaszcza że byli niesamowicie inteligentni. Leszek miał niezwykłą pamięć do szczegółów, potrafił przypominać mi o urodzinach członków mojej rodziny, co dla mnie było trudne do spamiętania.
I takimi kumplami z dzieciństwa dla mnie pozostali. Ciężko mi było na nich patrzeć jako na poważnych polityków. Pewnie dlatego, że funkcjonowaliśmy w zupełnie innych rzeczywistościach. Kiedy spotykaliśmy się potem, to rozmawialiśmy, choć może trudno w to uwierzyć, o filozofii, ekonomii, polityce. No i oczywiście o dawnych, pięknych czasach w Liceum imienia Lelewela i na Uniwersytecie Warszawskim. Dla mnie to zawsze był Leszek, nawet jeśli prezydent, to tak serdeczny, że bez żadnej korony na głowie.
Marię Kaczyńską spotkałam tylko kilka razy w życiu i to zawsze przy okazjach oficjalnych: promocji książki, majówki w Pałacu, pięciolecia Muzeum Powstania Warszawskiego, obchodów Dnia Dziecka itp. Rozmawiałyśmy krótko, to właściwie były niezobowiązujące pogawędki, ale każda z tych rozmów zapadała mocno w pamięć. Co więcej - zawsze była to wielka przyjemność. Bo Pierwsza Dama uśmiechała się szczerze, była bezpośrednia i naturalna, bez odrobiny napuszenia czy udawania, bez próby sztucznej autokreacji. Chyba każdy, kto ją spotkał osobiście, miał wrażenie, że zna ją od dawna, i że ona na to przypadkowe spotkanie czekała, ciesząc się z odnowienia kontaktu. To ważne: nie była wyniosła, choć życie wyniosło ją wysoko. Nawet przygodne relacje umiała pielęgnować. Umiała w kilkadziesiąt sekund zbudować więź na tyle swobodną, by rozmówca miał poczucie, że jego słowa mają znaczenie, że jest słuchany. A wiemy przecież, że umiejętność słuchania jest trudniejsza niż umiejętność mówienia, zwłaszcza w czasach, w których "ja" wybija się na plan pierwszy.
Tym, co mnie najbardziej urzekało, były właśnie wyjątkowa naturalność i autentyzm jej osobowości. Autentyzm nie zaburzony ani pychą, ani narcyzmem. To dlatego możemy mówić, iż nie udawała pierwszej damy, ale po prostu nią była. Nie udawała żony prezydenta Rzeczypospolitej - była żoną Lecha Kaczyńskiego. Nie udawała zainteresowania rozmówcą, bo zawsze rozmawiała po partnersku i słuchała z uwagą. Pierwszy raz spotkałam ją na promocji książki Michała Karnowskiego i Piotra Zaremby Alfabet braci Kaczyńskich. Po wystąpieniach autorskich w wąskim gronie opowiadała o pierwszych miesiącach w Pałacu Prezydenckim, o tym, jak ciężko przenieść się z ukochanego mieszkania na Powiślu do wielkiego Pałacu, wreszcie o tym, że ma sporo nowych, bardzo ciekawych, ale i zajmujących obowiązków. Opowiadała o tym z ogromną radością i szczególną dumą z męża; dumą, która wyróżnia kobiety kochające mężów, widzące w ich sukcesach sukces własny. Już wtedy, a było to tuż po wyborach, zastanawiała się, dlaczego media tak bardzo atakują jej męża i ją samą. Traktowała te ataki jako tajemnicę, bo zupełnie nie rozumiała, dlaczego najprostsze, najbanalniejsze zdarzenie może stać się pretekstem do iście furiackiej szarży. Chyba nie wierzyła, że można wydać na kogoś medialny wyrok. Szybko przekonała się, że to nie przelewki.
Boleśnie przeżyła słynną sprawę reklamówki wnoszonej do rządowego samolotu. Wyśmiano ją wówczas za to, że rzekomo nie potrafiła należycie się zachować, że nie zna etykiety, że jest "prowincjonalna" i "mało światowa". Ogłoszono, że nie nadaje się do roli Pierwszej Damy, powtarzając to później do znudzenia, bez oglądania się na rzeczywistość. W kuluarach cierpliwie tłumaczyła, że reklamówka pojawiła się, ponieważ Lech Kaczyński bardzo chorował. To była przewlekła grypa i lekarze zalecali odwołanie wizyty zagranicznej do Stanów Zjednoczonych, ale on nie chciał o tym słyszeć. Maria Kaczyńska, jak każda opiekuńcza żona, w drodze na lotnisko wstąpiła więc do pierwszego lepszego sklepu i kupiła golf. Bała się, że w klimatyzowanym samolocie prezydent rozchoruje się na dobre. Zapakowała sweter w reklamówkę, taką torbę miała pod ręką. Reakcja na to "wydarzenie" była wyjątkowo brutalna: reklamówka stała się medialnym tematem miesiąca. Ale nawet wówczas Maria Kaczyńska pokazała klasę. W obliczu fali ostrych kpin nie straciła wewnętrznego spokoju ani dystansu do siebie. Satyrykowi Szymonowi Majewskiemu, w odpowiedzi na jego żart prześwietlający reklamówkę, przysłała do programu taką samą foliówkę z kanapkami w środku. Czyż to nie jest zachowanie świadczące o wielkiej klasie?
Maria Kaczyńska miała też, o czym już wspominałam, niezwykły dar nawiązywania bezpośrednich relacji z ludźmi. Szybko skracała dystans. Każdy, kto ją spotkał i mógł choć chwilę z nią porozmawiać, widział, że jej ciepło i serdeczność są naturalne, że ona się z tych emocji wręcz składa. I co ważne: że nie dzieli ludzi na tych lepszych i gorszych, na tych z wysokich sfer i tych zwykłych zjadaczy chleba. Jedna z młodych mam zaproszonych do Pałacu Prezydenckiego na uroczystość z okazji Dnia Dziecka opowiadała mi taką oto scenkę. Gdy podeszła ze swoim synkiem Aleksem do Prezydentowej po autograf, Maria Kaczyńska pogłaskała i przytuliła malca, pytając, czy jest zdrowy i czy nie choruje. Usłyszawszy, że chłopiec ma sporo problemów zdrowotnych, przejęła się tak mocno, jakby była jego babcią. Matce, której nigdy wcześniej nie znała, opowiedziała o cudownym syropie z cebuli, opisała ze szczegółami, jak go przyrządzić i zapewniała, że będzie doskonałym lekarstwem. Kilkanaście minut później temu samemu chłopcu - a było to wśród setek dzieci - w specjalnej dedykacji w książeczce napisała życzenia zdrowia i mnóstwa lodów na co dzień. Ona taka była - lubiła ludzi. Ci, którzy mieli kiedykolwiek z nią jakiś kontakt, też ją lubili. Dobre serce stało się jej wizytówką.
Zadziwiła także niezwykłą pamięcią do ludzi i ich życiorysów. Pamiętam, jak rok temu na majówce, gdy została poproszona o zdjęcie z moim malutkim synkiem, zaimponowała mi znajomością imienia chłopca. Mimo zmęczenia oficjalnymi uroczystościami, wzięła go na ręce, a nawet zabawiała. Zrobiła to, przełamując opór towarzyszącej jej śp. Izy Tomaszewskiej, która stanowczym głosem oponowała, napominając nas, że Prezydentowa jest bardzo zmęczona. Oczywiście, napomnienia pani Tomaszewskiej wynikały ze szczerej troski i ze świadomości, że Pre-zydentowa może "utknąć" wśród dzieci i ich rodziców do późnego wieczoru. Bo Maria Kaczyńska zawsze pozostawała sobą i mimo widocznego zmęczenia nie odmówiła nikomu chwili rozmowy ani uśmiechu. To tak niewiele, a jednocześnie tak dużo. Dużo, bo umiejętność dostrzeżenia każdego człowieka, umiejętność pamiętania o wyjątkowości każdego rozmówcy to wielka sztuka.
Często zarzucano Prezydentowej zbytnią prostolinijność, sugerując między wierszami brak salonowego wyrobienia. Uważam, że to wyjątkowo niesprawiedliwa ocena. W jej prostocie i oczywistości zachowań mieściły się cechy prawdziwie wielkiej damy. Miała swoje poglądy, z którymi można się zgadzać bądź nie - ale zawsze umiała w ładnym stylu ich bronić i uszanować to, że ktoś myśli inaczej. Gdy trzeba było wycofać się z własnych ocen ze względu na interes męża, robiła to bez wahania. Stanowcza i delikatna zarazem.
Mówi się, że nie ma małżeństw idealnych. Zaryzykuję jednak opinię, iż Państwo Kaczyńscy mogą uchodzić za przykład związku idealnego. Bo jak inaczej nazwać te dziesiątki drobnych gestów, spojrzeń czy wreszcie tę ujmującą harmonię, jaka panowała między nimi. To się czuło - oni byli jedno. Każde było indywidualistą - ale razem stanowili jedność. Maluszek, Babusik, Babiszo-nek, Maleńka, kochanie - tak do Pierwszej Damy mówił jej mąż. Jest w tym tyle ciepła, miłości i uczucia, że trudno o piękniejszą wizytówkę jej osoby. Czy poprawianie krawata, strzepywanie pyłków z ramienia, podpowiedzi na ucho to coś rzeczywiście tak niestosownego, jak w owym czasie było to widziane i opisywane? To chyba częsty widok: lekko nadopiekuńcza żona i zakochany w niej po uszy mąż. Zawsze u jego boku, ale nigdy jako ktoś, kto chce dominować. To ona była jednak bezdyskusyjną panią domu, zgodnie z dobrą zasadą, iż to kobieta tworzy atmosferę, że to ona nadaje styl i ton małżeństwu. Maria Kaczyńska sprawiała, że ich małżeństwo było harmonijne i prawdziwie szczęśliwe. Być może ktoś uzna, że każdy mąż zwraca się do żony tak ciepłymi zdrobnieniami, ale przecież po ponad trzydziestu latach małżeństwa jest to jednak wyjątkowa relacja. Bo Maria była wyjątkowa.
Była też idealną matką i babcią. Idealną także dlatego, że - jak sama o sobie mówiła - potrafiła zdobyć się również na surowość. Uwielbiała swoją rodzinę, to było widać, ale uwielbiała mądrze. Co więcej, wszystko, co udało jej się zrobić dla potrzebujących, wynikało z tej naturalnej dla niej postawy opiekunki.
Maria Kaczyńska konsekwentnie też trzymała się swojego stylu i zasad. Ubierała się w małym lokalnym butiku na Powiślu, szybko stała się ikoną stylu i smaku, pomimo "inauguracyjnych" ataków. Sama zapracowała na wizerunek osoby o wyjątkowym szyku i nawet porównywana z księżną Kornwalii była podawana jako wzór dla koronowanej głowy. Długo trwało, nim wszyscy uznali, że w tych sprawach jest niekwestionowanym autorytetem. Zawsze nienagannie ubrana, w świetnie dopasowanych garsonkach lub sukniach była prawdziwą ozdobą salonów.
Chyba już na zawsze pozostaną nam w głowach "flesze" i zdjęcia z nią w roli głównej: Prezydentowa w kimonie, Prezydentowa z figlarnym uśmiechem na ustach, Prezydentowa ciesząca się z tulipana swojego imienia... Takich momentów było wiele i choć rzadko miałam z nią osobistą relację, dziś, gdy myślę o niej, realnie odczuwam pustkę. Tłumy żegnających ją ludzi, dywan kwiatów (ukochanych tulipanów) i zniczy, wszechobecny smutek i łzy to cząstkowy dowód na to, jak bardzo wdarła się w serca Polaków. Maria Kaczyńska była wielką damą, wielką postacią. Nigdy nie pyszniła się sobą, nie chciała wysuwać się przed męża. Pamiętam, jak podczas odbierania SuperWiktora Kaczyńska dziękowała właśnie mężowi, mówiąc, że bez niego nie byłoby jej w tym miejscu.
W jednym z ostatnich wywiadów prasowych opowiadała, jak bardzo jej relacja z mężem jest głęboka. Dodała, że ma nadzieję, że odejdą razem. Któż spodziewał się, iż nastąpi to tak szybko i w tak dramatycznych okolicznościach.
Pozostali wierni przysiędze małżeńskiej, słowom: "i nie opuszczę Cię aż do śmierci". Pewnie dziś, tam w górze, Maria Kaczyńska, z obowiązkowym uroczym uśmiechem, kładzie głowę na ramieniu męża, strzepując pyłek z ramienia, szepcząc mu do ucha tajemnicze słowa.
Genius loci Gdańska i jego fascynujące historyczno-społeczne źródła opisywane były wielokrotnie. Sopot, choć w ciągu połowy swego ponadstuletniego istnienia należał właśnie do Gdańska, jest swoisty i odrębny - malowniczo, bajkowo, urokliwie. W ten piękny pejzaż przyrody i architektury, inkrustowany smaczkami holenderskiej secesji, wplecione zostało życie Lecha Kaczyńskiego - na bardzo długi czas.
Zima przełomu 1977/1978 chyliła się ku końcowi, lecz w lesie leżało jeszcze sporo śniegu. Po wyjątkowo brutalnym aresztowaniu Bogdana Borusewicza zebraliśmy się w moim mieszkaniu na Bocznej - garstka działaczy startującego od 1,5 roku ruchu protestu - aby radzić, co dalej. Terrorystyczny telefon z milicji wypłoszył nas z domu. Uciekając przez las, dotarliśmy do mieszkania Róży i Janusza Brzozowskich na osiedlu Mickiewicza obok Łysej Góry, najważniejszego wzgórza morenowego wśród wielu zamykających miasto, spływające barwnym potokiem ła-manych dachów, zaskakujących wieżyczek i drewnianych werand do martwej wtedy Zatoki. Byli bracia Wyszkowscy, Olek Hall, Ania Młynik - reszty nie pamiętam. U Brzozowskich napisaliśmy oświadczenie w imieniu wszystkich rodzących się instytucji opozycji, niezależnie od zabarwienia ideowego.
W trakcie pisania zauważyłem niską, dość krępą postać, przechadzającą się w milczeniu tygrysimi krokami. Był to Leszek Kaczyński. Wtedy się poznaliśmy.
Po uzyskaniu akceptacji osób nieobecnych (m.in. Andrzeja Gwiazdy, Piotra Dyka, Tadeusza Szczudłowskiego i Danki Kędzierskiej, obecnie Sadowskiej) oświadczenie musiało zostać przetransportowane do Warszawy. Tego zadania podjął się kompletnie zakonspirowany wówczas Leszek, któremu końcowy tekst zaniósł Jurek Kuniewski - dziś adiunkt na Uniwersytecie.
Wszystko odbywało się w promieniu kilkuset metrów, bo Leszek mieszkał wtedy na Czerwonej Armii (dziś Armii Krajowej), u wylotu uliczki Krasickiego, a Jurek, tak jak dziś, dwie ulice dalej, na Kochanowskiego. Wczesnym rankiem następnego dnia udałem się bezczelnie na pociąg do Warszawy, ogniskując na sobie potężną obstawę esbeków. Z daleka widziałem samotną postać Leszka. Jak się później okazało, poszedł w Warszawie prosto do Kuronia. Pozostałe egzemplarze oświadczenia dotarły do stolicy innymi drogami, ale egzemplarz przywieziony przez Leszka był pierwszy.
Kiedy następnego dnia wieczorem, po różnych przygodach z bezpieką, wróciłem do domu w Sopocie, na progu usłyszałem tekst naszego oświadczenia, odczytywany w Radiu Wolna Europa. To wtedy rozpoczęła się nasza przyjaźń trwająca aż do tragicznego 10 kwietnia, choć od wielu lat, wskutek geograficznego oddalenia, nie widywaliśmy się. Gdy jednak dwa lata temu mój syn zaginął w Dakarze, Prezydent zbudzony nocą sprawił, że w ciągu kilku godzin dostałem wiarygodną informację. Być może uratował w ten sposób życie mej żony, poważnie chorej na serce.
Z pierwszego okresu naszej przyjaźni, jeszcze przed Sierpniem, przypominam sobie dwie migawki. Jedna - w tym samym mieszkaniu na Czerwonej Armii. Leszek i Jarek urządzili sobie. spontaniczną, żywiołową kabaretową scenkę. Jeden przez drugiego wymyślali niestworzone rzeczy, jakie każdy z nich urządzi. będąc w przyszłości starostą jakiegoś powiatu. Pachniało Piwnicą pod Baranami. Tarzałem się ze śmiechu.
Półtora roku później w tym samym miejscu doszło do zupełnie innego spotkania.
Pozbawiony pracy jeździłem pod Tczew, zatrudniony dorywczo przy zbiorze jabłek. Było to już po pierwszej wizycie Papieża w Ojczyźnie. Obserwując ludzi w pociągach, zauważyłem ogromną energię, erupcję nastrojów protestu, śmiałość, otwartość, poczucie siły. Poszedłem do Leszka i opowiedziałem mu o swoich spostrzeżeniach. Prosiłem go, aby przekazał je do Warszawy do "centrali" KOR wraz z komentarzem, że trzeba uważać, aby społeczny wybuch nie nastąpił za wcześnie i tym samym nie spalił na panewce. (W tym czasie moje bezpośrednie kontakty z KOR-owską Warszawą przestały już istnieć ze względu na moje niepodległościowe "odchylenie"). Leszek wysłuchał mnie bardzo uważnie i poważnie, a następnie zapewnił, iż na pewno spełni moją prośbę. Od tamtej pory nigdy nie lekceważył moich potocznych socjologicznych intuicji, a szczególnie była ich ciekawa jego żona.
Nasze miasteczko w latach siedemdziesiątych nie błyszczało już takim blaskiem "Perły Bałtyku" jak w połowie lat sześćdziesiątych, lecz jego immanentny urok był niezmienny. Za wczesnego Gierka pomalowano kolorowo elewacje, uwydatniając wdzięk unikalnej architektury, choć oczywiście był to zabieg "potiomki-nowski", gdyż wewnątrz budynków sytuacja była fatalna.
Zajęci do imentu działalnością wywrotową, nie bardzo zwracaliśmy na te uroki uwagę. Nad Zatokę też nie było po co chodzić, bo właśnie na długie lata zabroniono kąpieli. Pozostawał las - świetnie nadający się do gubienia esbeckich ogonów, las ciągle do końca nie rozpoznany, choć przecież zapamiętany jeszcze od czasów dziecinnych zabaw w Indian.
W latach 80-81 Kaczyńscy mieszkali najpierw w willi na rogu Abrahama i Mickiewicza - naprzeciw żłobka nr 4, który potem stał się pierwszą tymczasową siedzibą prezydenta Wałęsy. Oczywiście odwiedzaliśmy ich tam całą rodziną, a mój 7-letni synek gimnastykował się na ich trzepaku. Naprzeciw budynku, w którym wynajmowali locum, stała luksusowa rezydencja - siedziba ówczesnych wojewodów, a nieco wyżej betonowa twierdza podejrzewana o to, że jest nielegalnym kasynem - zbudowana na miejscu, gdzie poprzednio, w "chatce na kurzej nóżce", mieszkała para bajkowych staruszków. Sopot (zwłaszcza Górny) pełen jest takich zaczarowanych "legend", znaczonych śladami tajemniczych, niezwykłych postaci. Jest on dyskretny, cichy i dostojny - jakże inny od Sopotu Dolnego, z hałaśliwym Monciakiem i królującymi na nim latem oszałamiającymi dziewczynami, czyli laskami (zwanymi w tamtych czasach "kociakami"), z drogowskazem informującym o odległości do Zakopanego. Unikalne kabriolety przemykają ulicami z nastawioną na maksa pop-muzyką, a zimą widać tam tylko emerytowanych cinkciarzy, obojętnie mijających skulonych żebraków.
W tym Dolnym zawsze było można spotkać ekscentrycznych klownów - kloszardów, od subtelnego parasolnika, poprzez "ali-ganckiego" barowego dyskutanta Dżordża Kanadę, do ordynarnego Petera Konfederata czy nieśmiertelnego Bogusia, a teraz Rowerzysty z Kalifornii. Na progu zimy na Monciaku zjawiał się w stanie wojennym nieprzytomny od wódki "Związek Radziecki", pomstujący na naszego okupanta i w ten sposób zapewniający sobie ciepło, wikt i opierunek do wiosny. w areszcie. Po wyjściu z "internatu" opiekowałem się nim przez jakiś czas, a potem załatwiłem mu miejsce. w Strzebielinku, bo nasze więzienie z czasów internowania po stanie wojennym zamieniono wkrótce na dom pomocy społecznej. Może mnie ten człowiek, niegdyś znakomity sopocki rzemieślnik, czasem przeklinał jako komunistycznego oprawcę, który nie pozwolił mu umrzeć na wolności. Cóż - byłem wtedy zbyt młody, aby zrozumieć zawiłości ludzkiego losu. W Sopocie Górnym takich ruchomych atrakcji nigdy nie było - tylko granat morza wspinający się jakby pionowo do niebiańskiego błękitu.
W owym Strzebielinku Leszek siedział najdłużej ze wszystkich (chyba wyszedł jako przedostatni, a wypuszczano partiami, aby osłabić naszą więź). Gdy już znalazł się na wolności, solidarnościowe podziemie zorganizowane zostało przez byłych działaczy WZZ, odsuniętych w 81 roku przez Wałęsę (do tej grupy należeli wtedy także Borusewicz i Lis) oraz przez tych, którzy pozostali w konspiracji (na wszelki wypadek) przez cały czas działania legalnego Związku. Leszek oczywiście stał się jedną z najważniejszych postaci tej struktury, choć nie był za-konspirowany w sensie ścisłym. Mieszkał "naziemnie" na ulicy Mierosławskiego, w parafii św. Michała w rejonie Sopotu Wyścigi, tuż obok dzisiejszego mieszkania Donalda Tuska i klimatycznego ryneczku, na którym nieraz można było spotkać żonę Leszka, którą nazywaliśmy Marylką. Na ryneczku tym zawsze można było w kilkanaście minut poznać jak w soczewce cały polski naród posilający się w barze "Co nieco", poprzez swych reprezentantów skierowanych tam w drodze zziębniętego losu, kupić za grosze najmodniejszą paryską marynarkę, toaletkę z dziewiętnastego wieku albo kieł słonia, no i oczywiście dowiedzieć się wszystkiego z kraju i zagranicy. Marylka przepadała za ryneczkiem tak jak my wszyscy i czuła się tam jak motyl na wiosnę.
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych Leszek stał na czele RKK, czyli wojewódzkiej podziemnej centrali Solidarności. Wtedy "z urzędu" znalazł się w kontakcie z Lechem Wałęsą. Na początku roku 87 postanowiłem wykorzystać ten fakt. Otóż znany pisarz katolicki - Piotr Wojciechowski (autor między innymi Jajka w jajku) zwrócił się do mnie o pomoc w sprawie powołania Bractw Trzeźwości. Ponieważ miał kłopoty z uzyskaniem poparcia dla tej idei ze strony Kościoła, wpadł na pomysł uzyskania takiego wsparcia od Wałęsy. Leszek załatwił mi audiencję u Lecha i Przewodniczący wstępnie się zgodził. W Wielki Piątek Leszek zawiózł do niego zredagowany przeze mnie tekst apelu antyalkoholowego, z którym Przewodniczący miałby wystąpić przed zbliżającą się wizytą Papieża w Gdańsku i tym samym zapoczątkować kampanię tworzenia Bractw. Żadnej reakcji Wałęsy jednak nie było i cała inicjatywa Wojciechowskiego upadła.
Inne ciekawe zdarzenie z końca roku 1988. Zaproponowałem Leszkowi wspólne pójście do teatru na spektakl prezentowany gościnnie przez jakiś zespół z Warszawy (a wiedziałem, że Leszek pochodzi z tego miasta). Nagle zauważyłem u niego jakąś dziwną konsternację. Po długiej, krępującej chwili okazało się, że szefa RKK, przez którego ręce przechodzą znaczne sumy dla podziemnej Solidarności, po prostu nie stać na drogi bilet. Czy wszyscy byli wtedy tak krystalicznie uczciwi?
W latach dziewięćdziesiątych, gdy wszyscy przesiadali się do zachodnich wozów, Kaczyńscy weszli w posiadanie stareńkiej rozklekotanej skody. Używaną hondę civic kupili dopiero tuż przed awansem na ministra sprawiedliwości w roku 98. Mieszkali wtedy już przy Armii Krajowej (dawniej Czerwonej). Mieszkałem kilka kroków od nich i niejeden raz zachodziłem z prośbą o pomoc prawną dla jakichś zwykłych, nieznanych Leszkowi osób, czasem nawet z marginesu społecznego, którzy zwracali się do mnie. Leszek odkładał wtedy pracę (a pracował intensywnie zawsze) i sporządzał dla mnie ekspertyzę. Tak w praktyce wyglądała ta starointeligencka misja, która teraz uzmysławiana jest ludziom powszechnie w mediach. Tak było zarówno przed preze-sowaniem NIK-owi, jak i po nim. Ta "starointeligenckość" znajduje odbicie w społecznej tkance obszaru, na którym znajduje się mieszkanie u zbiegu Armii Krajowej i Kopernika.
Obszar Górnego Sopotu stanowi bowiem od 1945 roku rzadki rezerwuar klasycznej polskiej inteligencji. Prowadząc kiedyś tutaj badania socjologiczne, zdumiony byłem "stężeniem" profesorów, a także innej kadry naukowej oraz artystów. Nie ma tu żadnych punktów, w których to zjawisko ogniskowałoby się gdzieś namacalnie - klubów, kawiarni, obiektów kultury (może z wyjątkiem powstałej niedawno Spółdzielni Literackiej niedaleko kościoła św. Michała). A jednak obłok prawdziwej elity ducha unosi się nad tą niewielką przestrzenią i wszyscy go wyczuwają. W jego uskrzydlającym łuku rozwinęło się w ciągu 20 lat życie Leszka, niosąc w sobie profetyczne przesłanie i zarazem realizując je.
W czasie jakichś hucznych braw na I Zjeździe Solidarności w hali Oliwii jesienią 81 roku wsunąłem zdziwionemu Leszkowi do ręki wiersz jemu dedykowany. Był tam następujący werset: "Niech drży zwalisty tyran - już niedługo księżyc podniosą bez wysiłku bracia jednoskrzydli...".
Myślę, że nie znamy jeszcze pełnej prawdy o doniosłej roli obu braci w tym, co się stało w roku 1989. W owym czasie Leszka i moje ideowe wizje już się częściowo istotnie rozeszły, lecz przyjaźń pozostała do końca.
W roku stanu wojennego zima była strasznie sroga, podobna do tej ostatniej, choć jeszcze gorsza. Pamiętam, że Marylka Kaczyńska kupiła wtedy córce Marcie, na jakimś rynku, używany amerykański kożuszek. Do dziś pamiętam scenę, kiedy idziemy na spacer, razem z ubraną w kożuszek Martą. Trzymam ją za rękę, ale ona wciąż się wywraca. Na ziemi leży śnieg, ale ona jest dzielna: co chwilę upada, ale zawsze sama się wygrzebuje, bez płaczu, i próbuje iść dalej. Marta Kaczyńska to była dzielna dziewczynka. Nawet do obcych psów podchodziła bez obaw, nie bała się ich. Nie była zastraszonym dzieckiem, bo też nikt do niej nie mówił: "Tego nie rusz, a tego nie dotykaj". W domu Marii i Lecha Ka-czyńskich nie biło się dzieci. To był normalny dom. Nawet kiedy wybuchał spór, to spokojny, bez awantur i trzaskania drzwiami. Odbywała się wtedy dyskusja, bo rodzice zawsze mieli dla Marty czas. I chyba dlatego była zaprzyjaźniona z rodzicami. Ale to ich zasługa, ich dorobek - oni świetnie ją prowadzili.
Rodzice Marty dość często się przeprowadzali, bo a to Lech Kaczyński był na jakimś świeczniku, a to z dnia na dzień z niego spadał. Marta szybko zaczynała rozumieć sytuację i starała się nie dokładać trosk rodzicom. W tamtym czasie najgorsza w Polsce była szarość, choć przecież Marta nie miała żadnych porównań, nie była na Zachodzie, zresztą dosyć późno wyjechała pierwszy raz za granicę, chyba po 1989 roku. Ale dobrze też pamięta wakacje w Bukowcu, u mojej siostry bliźniaczki. Myślę, że była tam szczęśliwa. Dom był odsunięty od wsi, pełno w nim było zwierząt. Po trawniku chodziła kawka, którą nazwaliśmy Franz Kafka, a Marta z francuska wymawiała wtedy literkę "r". Śmialiśmy się, że "grasejuje", kiedy woła za kawką "Frrranz!". Próbowała z koleżankami ubrać Franza w ubranka lalek, on im się nie dawał i dziobem walił po głowach. A potem, z roku na rok Marta stawała się coraz bardziej poważna. Teraz myślę, że nawet zbyt poważna.
To był dom z tradycjami. Obowiązywały normy obyczajowe, przestrzegano form zachowania się przy stole, grzecznego odzywania się do dorosłych. Cała kindersztuba była ważna. Marta nie była traktowana jak jedynaczka, której wszystko wolno. Marylka była zawsze damą, więc Marta była też taka "damowa". Jednak kiedy weszła w okres dojrzewania, nie wszystko przechodziło gładko. Jak to nastolatka, lubiła postawić się nauczycielom. Zaczęła ubierać się na czarno, nosić glany, agrafki wpinane w klapę. Miała wtedy 15 lat. Marylka nie była tym oczywiście zachwycona, ale też rozumiała, że nie ma potrzeby z tym walczyć, bo dzieci mają to do siebie, że dorastają, więc i Marta w końcu sama się przejrzy w lustrze i uzna, że może się inaczej ubrać. No i miała rację, jak dziewczyna poszła na studia, wszystko się zmieniło. Pozostała pewność siebie, ale nie zarozumialstwo.
To efekt pracy jej rodziców. Oczywiście, jak każda młoda dziewczyna, miała pewne kompleksy. Był taki moment, że się sobie nie podobała. Ostatnio rozmowa zeszła na te tematy i zapytałam ją o to. Odpowiedziała, że tak, że w tej chwili jest zadowolona ze swojego wyglądu. "Lepiej nie będzie" - dodała, bezwiednie przytaczając moje powiedzenie, które sobie przyswoiła. Nie lubi jednak zamieszania wokół siebie. Ostatnio pojechała do supermarketu po zakupy. Zadzwoniła potem do mnie i powiedziała, że gdy stała wybierając pietruszkę i sałatę, to zorientowała się, że ludzie robią jej zdjęcia telefonami komórkowymi. Podeszła do jednej z tych osób ze słowami: "Proszę pani, ja też jestem człowiekiem, proszę zaprzestać robienia mi zdjęć". Kobieta na to: "Ale ja dla rodziny".
Rodzice niczego jej nie narzucali. Sama sobie na przykład wymyśliła ukochany balet. Poszła do szkoły baletowej, choć Marylka i Leszek mieli świadomość, że może potem zmienić zainteresowania, co u dzieci zdarza się często. Niestety, marzenia o balecie zakończyła kontuzja kolana. Po balecie zostało jej to, że pięknie się porusza. Chodzi tak, jakby tańczyła. Ma w sobie wielki wdzięk. Sama też, dość wcześnie, zdecydowała o tym, że będzie studiować prawo, jak tata.
Miała zawsze mnóstwo przyjaciół. Ona przyciąga do siebie ludzi. Tak też było w szkole: była tam gwiazdą, jak to nazywam, "socjometryczną" - była liderem. Do dzisiaj ma mnóstwo przyjaciółek. W ostatnich dniach to przyjaciółki ją uratowały. Przyjeżdżały do niej z garnkami, z jedzeniem i wspierały jak mogły. To mnie cieszy, bo Marta nie ma w Trójmieście żadnej rodziny. Jestem tylko ja i cieszy mnie, że mówi do mnie "ciociu Haniu".
Wyznała niedawno: "Ciociu, jak już wieczorem wszystko posprzątam, dzieci położę spać, poczytam książkę, to łapię za telefon i chcę dzwonić do mamy". Ostatnio ze zrozumiałych względów rzadziej się widywały, ale ten codzienny kontakt z matką był dla niej wielką przyjemnością. Nic go nie zastąpi. Z taty była zawsze ogromnie dumna. Powiedziała mi: "Moi rodzice umieli słuchać. Za to ich tak strasznie kocham".
Niestety, już nic nie będzie takie samo, takie jak przedtem. W tej chwili całym jej światem są dziewczynki, córki Ewa i Mar-tynka. Mówi, że nie wyprowadzi się stąd, bo z domu do szkoły muzycznej, do której chodzi Ewa, ma 10 minut, obok jest przedszkole Martynki. Córki dają jej radość życia. Cieszę się, że ma też dobry kontakt ze stryjem, Jarosławem Kaczyńskim. Wczoraj wieczorem próbowałam się do niej dodzwonić, przez pół godziny telefon był zajęty. Zastanawiałam się, z kim ona tak gada? Kiedy się w końcu dodzwoniłam, okazało się, że ze stryjem.
Ich dom był gościnny i otwarty
Krystyna Olszewska
Więzy między Nim a bratem były niezwykle silne, wyczuwali się wręcz telepatycznie. Leszek był bardzo rodzinny. Niezależnie od codziennego, ogromnego nawału pracy w Solidarności, zawsze znajdował czas na to, aby parę razy dziennie zatelefonować do rodziny: do żony Marylki, córki Marty, brata, mamy. Musiał mieć taki bliski kontakt i upewnić się, czy wszystko w domu w porządku, bo przecież od rana do wieczora, a nawet w nocy był w pracy.
Na początku wydawało mi się to dziwne, gdy podczas "pań-stwowotwórczych dyskusji" w Solidarności dzwoniła Marylka i przypominała Leszkowi, żeby po drodze do domu kupił mięso czy chleb. "Oczywiście, Marylko, nie zapomnę", odpowiadał Leszek. Potem dopiero zrozumiałam, że tak właśnie miało być, że ważne są zarówno rzeczy wielkie, jak i małe, i że bez tego proporcje między pracą a rodziną byłyby zupełnie zachwiane.
Marylka była świetną panią domu. Doskonale gotowała, przeważnie tradycyjne polskie potrawy. Była bardzo praktyczna. To ona siadała za kierownicą małego fiata, ona przeprowadzała wszystkie naprawy i remonty w domu, bo Leszek nie miał takich zdolności technicznych. Niczego nie marnowała, nie wyrzucała. Moja córka Hania odziedziczyła po Marcie ubranka i książeczki, które Marylka przechowywała chyba 10 lat z myślą, że może komuś się przydadzą.
W domu Marylki i Leszka przywiązywało się wielką wagę do tradycji. Choinka bożonarodzeniowa zazwyczaj stała w wodzie, utrzymywała w ten sposób zapach i świeżość przez bardzo długi czas, puszczając nawet dziesięciocentymetrowe pędy.
Marylka była niezwykłą żoną, bardzo cierpliwą, godzącą się z tym, że mąż całymi latami wraca z pracy wieczorem. Zawsze bardzo Go wspierała, stała wiernie u Jego boku. Bolała nad tym, gdy przeżywał okres, jak to sam nazywał, "politycznej emerytury".
Ale nawet wówczas nie ustawał w pracy. Siedząc w domu, w Sopocie, pisali dziesiątki projektów prawniczych na przyszłość.
Marylka i Leszek prowadzili bardzo gościnny i otwarty dom. Obydwoje byli ludźmi niezwykle ciepłymi, towarzyskimi i mieli szeroki krąg znajomych. Leszek był wspaniałym gawędziarzem. Obydwoje mieli poczucie humoru i potrafili się śmiać z samych siebie. Było tak na przykład, gdy Marylka opowiadała o początkach ich znajomości, kiedy dostała od Leszka wisiorek, który jej się spodobał. Za jakiś czas, przy innej okazji dostała od Leszka inny wisiorek. Z powodu kolejnych imienin znowu pojawił się wisiorek. Przy czwartej okazji nie wytrzymała i powiedziała: "Leszku, mógłbyś się postarać o coś bardziej oryginalnego". "Jak to, Marylko -odrzekł Leszek - ja myślałem, że wisiorki ci się podobają".
Wpadałam do Marylki i Leszka bez zapowiedzi. Czekał mnie tam poczęstunek i miła, ciekawa rozmowa. Był to bardzo przytulny, rodzinny dom, po którym przechadzały się psy i koty. Znałam zarówno mieszkanie w Dolnym, jak i w Górnym Sopocie. W mieszkaniu w Dolnym Sopocie Marylka pokazywała mi meble - okrągły stół, szafkę, żyrandol, które otrzymali od różnych znajomych. Była to zbieranina rozmaitych mebli, doskonale jednak ze osobą zharmonizowanych. Był tam również stary, kaflowy piec, w którym trzeba było palić węglem, o czym przekonałam się, gdy przez parę dni mieszkałam razem z Martą po tym, jak jej rodzice ulegli wypadkowi. Leszek, jadąc samochodem na lotnisko, rozbił sobie staw barkowy, Marylka zaś miała lekki wstrząs mózgu. Oboje przebywali parę dni w szpitalu. Marta, mająca wówczas 9 lat, zachowywała się bardzo dzielnie i rozsądnie. Choć mnie praktycznie nie znała, zaakceptowała moją obecność. Była przesympatyczną dziewczynką, z którą nie miałam najmniejszych problemów, a przebywanie z nią sprawiało mi wielką przyjemność. Marta zbierała wówczas koniki, którymi się bardzo interesowała, zgromadziła sporą ich kolekcję. Pilnie odrabiała lekcje i zjadała wszystko, co jej przygotowałam, choć nie jestem bynajmniej uzdolniona kulinarnie. Potem przyjechała ukochana babcia i zaczęły się długie opowieści wieczorne o różnych członkach rodziny i wydarzeniach z nimi związanych, których obie z Martą słuchałyśmy z wielkim zaciekawieniem, tym bardziej że Babcia potrafiła pięknie opowiadać. Pracowała wówczas w Instytucie Badań Literackich w Warszawie.
Gdy wspólnie odwiedziłyśmy Leszka w szpitalu, Jego mama przyniosła mu do poczytania Trylogię Sienkiewicza. Dowiedziałam się wtedy, że często do niej wracał, gdy był chory lub smutny. Była to Jego ulubiona lektura, bardzo się rozpromienił, gdy ją dostał.
Ogromnie bolało mnie to, że media przedstawiają tak fałszywy, tak negatywny obraz Leszka, wręcz szydząc z Niego i obrażając Go. Wyobrażałam sobie, jak musi to być przykre dla Niego, który całe swoje życie poświęcił walce o wolną Polskę i dobro Polaków. Przekazywałam Mu wiadomości o znajomych i sąsiadach, którzy bardzo Go popierali lub informacje z miejsc, które odwiedzałam przypadkowo, jak na przykład Ursus, gdzie tuż po wyborach prezydenckich codziennie w kościele modlono się za "naszego Prezydenta Elekta Lecha Kaczyńskiego". Myślę, że świadomość tego oddolnego poparcia zwykłych ludzi była dla Leszka bardzo ważna.
Ostatnią piękną kartkę od Marylki i Leszka, z Pałacem Prezydenckim i powiewającą na nim biało-czerwoną flagą, z ośnieżoną choinką, dostałyśmy na Boże Narodzenie ubiegłego roku. Oprócz życzeń świątecznych, dopytywali o Hanię i prosili o przesłanie zdjęć z Indii. Marylka pisała m.in., jakie wrażenie wywarł na niej film Slumdog: "Szczerze mówiąc, przerażona byłam sytuacją ludzi tam żyjących". Nawiązała też do wizyty Prezydent Indii Pratibhy Patel w Polsce w 2009 roku: "Wizytę z Indii wspominamy bardzo miło".
Przez te wszystkie lata ponaddwudziestoletniej przyjaźni z Marylką i Leszkiem, niezależnie od zajmowanych przez nich stanowisk, pozostawali oni zawsze takimi samymi serdecznymi, otwartymi, szczerymi ludźmi, z którymi mogłam się dzielić swoimi radościami i problemami. Nigdy nie zapomnę dobroci i opieki, którą otaczali mnie i moją córkę. Będę przechowywała w swoim sercu obraz Leszka wożącego Hanię w wózku, gdy miała parę miesięcy..
Ludzie, z którymi wiąże mnie najwięcej wspomnień, to Ania Walentynowicz i Lech Kaczyński oraz Marylka Kaczyńska. Proszę mi wybaczyć poufały ton, ale nigdy o tej Trójce nie potrafiłam myśleć inaczej, jak tylko o przyjaciołach z trudnych czasów wspólnego działania w WZZ (Wolne Związki Zawodowe).
Anię poznałam przez znajomych ze studiów, Joannę i Andrzeja Gwiazdów, kiedy ci rozpoczęli działalność opozycyjną. Z czasem włączyliśmy się z mężem do tej działalności, chociaż nigdy nie byliśmy tak aktywni jak oni. Moim głównym zadaniem było tłumaczenie rozmów z przybyłymi dziennikarzami zagranicznymi. Mile wspominam niekończące się dyskusje przy herbacie, często bez cukru, bo zabrakło przydziałowych kartek. Ania była osobą uroczą, zawsze uśmiechniętą, dowcipną, niezwykle szczerą i skromną. Z wrodzonym, właściwym sobie taktem umiała znaleźć się w każdej sytuacji, pomimo że na zdobywanie książkowej wiedzy, na szlifowanie manier życie nie dało jej czasu. Pamiętam, jak opowiadała, że kiedy jako dziecko straciła rodziców, przyjęto ją na służbę do jakiegoś domu. Ci ludzie - niby opiekunowie sieroty - kazali jej tak ciężko pracować, że wieczorem z powodu bólu opuchniętych dłoni nie mogła zasnąć. Do trudów życie przyzwyczajało ją od dzieciństwa, więc zmuszenie jej do zgięcia karku z powodu niedostatku było właściwie nierealnym marzeniem tych, przed którymi miała kark zgiąć. Po wojnie przyjechała do Gdańska i podjęła pracę w Stoczni - najpierw jako spawaczka, potem suwnicowa. Tu poznała swojego męża, tu urodziła syna. Stratę męża bardzo przeżywała. Zwolnienie z pracy, które w 1980 r. otrzymała, było powodem wybuchu strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Robotnicy wystąpili w obronie swojej koleżanki. Dowodzi to, jak ogromnym cieszyła się poważaniem. 21 kwietnia 2010 r. pochowaliśmy ją na cmentarzu na Srebrzysku.
Spoczęła obok męża. Anię żegnali górnicy, hutnicy, stoczniowcy i wiele delegacji z całej Polski. Przybyli ze sztandarami, transparentami, kwiatami. Splendoru dodawała wojskowa kompania honorowa i wojskowa orkiestra. Kto widział ten pogrzeb, choćby na telewizyjnym ekranie, musiał się zastanowić nad tym, kim była Ania dla Polaków, że na Jej pogrzeb z własnej woli przybyły takie tłumy z całej Polski!
Na spotkaniu towarzyskim u Ani H. poznaliśmy Marylkę -dziewczynę drobną, szczuplutką, niewysoką, sympatyczną. W oczy rzucał się jej kok upięty z pięknych, gęstych, ciemnych włosów. Mieszkaliśmy w Sopocie przy ul. Mickiewicza 57. Marylka wynajmowała wówczas pokój na piętrze willi przy ul. Armii Czerwonej (obecnie Armii Krajowej) 73. Co najmniej dwa razy dziennie przechodziliśmy obok jej domu, idąc do i z pracy. Zapraszała, żeby ją odwiedzić. Kiedyś to zrobiliśmy. Siedzimy przy herbacie i rozmawiamy, a tu pukanie do drzwi. Młody mężczyzna prosił o pożyczenie cukru. Marylka przedstawiła go jako Leszka i zaprosiła do rozmowy. Leszek był prawnikiem zatrudnionym na Wydziale Prawa UG. Pracował nad doktoratem z prawa pracy. Był fachowcem w dziedzinie bardzo mi obcej. Zawsze jakoś tak lepiej rozumiałam, co to jest bezprawie niż co to jest prawo. Moje odczucia w tym względzie właściwie niewiele się zmieniły. W trakcie rozmowy zorientował się, że wybrzeżowa opozycja nie jest nam obca. Gdy okazało się, że znamy Bogdana Borusewicza, jedynego wówczas na Wybrzeżu członka KSS KOR, bardzo zapragnął go poznać. Obiecaliśmy zorganizować spotkanie u nas w domu i tak się też stało. Leszek wpadł w opozycję po uszy. Marylka nie była z tego zadowolona, bała się o Leszkowy doktorat. Okazało się, że na wyrost, bo Leszek znakomicie pogodził działalność opozycyjną z pracą naukową, poślubił Marylkę i został ojcem ślicznej Marty.
Dla WZZ Leszek był niezwykle cennym nabytkiem, ponieważ w tej grupie opozycyjnej skupili się głównie ludzie techniki i nikt tak do końca nie znał się na prawie. Leszek nie tylko prawo znał jak nikt inny, ale był człowiekiem bardzo uczynnym, chętnie pomagającym potrzebującym. Niezwykłej biegłości w poruszaniu się w gąszczu przepisów prawnych zawdzięcza, że nazywaliśmy go "Paragrafem". Mnie również Leszek pomógł wygrać z zakładem pracy, kiedy otrzymałam wypowiedzenie. W WZZ prowadził biuro interwencyjne.
Kiedyś wysłał nas pod Iławę do pani Krysi, która szukała kontaktu z opozycją. Nie miała żadnych szczególnych problemów, ale chciała się włączyć do działania. Z radości, że wzbudziła zainteresowanie opozycji, podarowała nam kurę, co w czasach kartek na mięso było rzeczą nie do przecenienia. Ugotowaliśmy rosół i zaprosiliśmy całe towarzystwo na wyżerkę. Leszek często jeździł do rodziny do Warszawy. Przy tej okazji pełnił rolę kuriera. Kurierem był doskonałym, bo zamiast zabierać pismo, czytał je ze dwa razy, zapamiętywał, a papier zostawiał. Co było w pamięci, tego w razie zatrzymania nie dało się znaleźć. Pamięć miał doprawdy zdumiewającą...
Wiedzieliśmy, że Leszek ma brata bliźniaka, bo czasem bezpieka miała z nimi kłopot. Chcieli zatrzymać Jarka, a zatrzymali Leszka albo odwrotnie i cała robota na nic. Kiedyś Leszek poprosił, żebyśmy wpadli w odwiedziny po pracy. Drzwi otworzył nam on sam i powiedział: "Leszka nie ma, ale zaraz wróci. Prosił, żebyście poczekali". To był początek szoku. Ciąg dalszy przeżyliśmy po przyjściu Leszka. Obydwaj, mówiąc, chodzili i to w tym samym tempie, w tę samą stronę. W tym samym momencie pod-nosili tę samą rękę w tym samym geście, nie patrząc na siebie, albo zmieniali kierunek marszu. Ten sam tembr głosu. Gdybym wcześniej wypiła choć gram alkoholu, myślałabym, że mi się w oczach dwoi. Czasami Leszek robił nam wykład na temat strategii działania politycznego. Po pierwszych kilku zdaniach gubiłam się w tym wszystkim.
Po jakimś czasie państwo Kaczyńscy wynajęli małe mieszkanie w bloku przy ul. Mickiewicza 55 - w naszym najbliższym sąsiedztwie. Tam zastał ich stan wojenny. W Stoczni obradowała Komisja Krajowa, a my dyskutowaliśmy u Wandy Słomowskiej w Kamiennym Potoku, co teraz będzie się działo. Około północy wracaliśmy od niej przez cmentarz i las. Musieliśmy przechodzić obok domu przy ul. 23 Marca, w którym mieszkał Borusewicz. Zdziwiło nas, że naprzeciw jego domu stała ogromna suka milicyjna, a wzdłuż ściany domu przesuwał się gęsiego sznureczek cywilów. Zaszyliśmy się w lesie po drugiej stronie ulicy i obserwowaliśmy, czy Bogdana aresztują. Trwało to dość długo, więc skierowaliśmy się w stronę Łysej, czyli do domu. Kiedy dochodziliśmy do przełączki, usłyszeliśmy dwa strzały. Po powrocie do domu w tę pamiętną noc 13 grudnia 1981 roku, już po północy, rozległ się u nas dzwonek. Przyszła Marylka z prośbą, żeby Janusz przyszedł do nich. Odwiedziła ją Terenia Muskat, której męża aresztowano, i trzeba odprowadzić ją do domu, gdzie czeka dwoje dzieci. Leszka też aresztowano. Janusz odprowadził ciężarną Terenię i poszedł do pani Taylor. Tam zastał rozbite drzwi wejściowe i dwie stare kobiety siedzące w przedpokoju na krzesełkach, opatulone w koce, pilnujące mieszkania. Potem był u Marusczyków. Konrad był jeszcze w domu, ale się pakował. Chciano go zabrać, jednak będący w gościnie teść - mecenas Siła-Nowicki - wymusił dostarczenie nakazu aresztowania. Janusz wrócił około trzeciej nad ranem. W chwilę potem usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Sądziłam, że idą po nas, ale była to Wanda, z którą spędziliśmy ostatni "wieczór wolności". Przyszła nas ostrzec i radziła uciekać z domu. Na tym zakończyły się nasze nocne przygody. W niedzielę przed południem poszliśmy razem do pani Taylor. Janusz wziął narzędzia i doprowadził drzwi do stanu pozwalającego je zamknąć.
Marta była już podlotkiem, kiedy Kaczyńscy zamieszkali na Mierosławskiego, a potem przeprowadzili się na Armii Krajowej 55. Kiedy Leszek wspiął się na wysokie szczeble drabiny administracyjnej, czasami tylko spotykałam Marylkę, a Martę zdarzało mi się spotykać jeszcze do niedawna.
Z dawnej przyjaźni pozostały nam drobne pamiątki i stolik, przy którym Leszek poznał Borusewicza.
W tajnym dokumencie SB Dane osobopoznawcze elementów antysocjalistycznych KSS-KOR, ROPCiO, SKS i WZZ z lipca 1978 r. zawarte są następujące informacje: "Kaczyński Lech s. Rajmunda, ur. 18.06.1949 r. w Warszawie, wykształcenie wyższe, bezpartyjny, zatrudniony na Wydziale Prawa Uniwersytetu Gdańskiego. Zam. Sopot, ul. Armii Czerwonej 73. Związany z elementami antysocjalistycznymi od kwietnia 1978 r. Zaangażowany w działalność KSS KOR. Kolporter nielegalnych wydawnictw i publikacji. Umieszczony w wykazie elementów antysocjalistycznych część I, str. 21, poz. 20". Informacje te dowodzą, że SB nie była wszechwiedząca, ponieważ Lech kontakt z ruchem antykomunistycznym nawiązał dużo wcześniej i była to współpraca dużo szersza niż kolportaż pism i ulotek.
Poznałem Lecha jeszcze przed utworzeniem WZZ Wybrzeża, podczas spotkania z grupą robotników wyrzuconych ze Stoczni Gdańskiej za udział w strajku z Czerwca'76. Spotkanie odbywało się w Oliwie, w mieszkaniu Kazimierza Szołocha, jednego z przywódców Grudnia'70 w Gdańsku, członka komitetu strajkowego Stoczni Gdańskiej. Szołoch był wielkim, zwalistym mężczyzną o tubalnym głosie, a i inni robotnicy nie zaliczali się do ułomków. Gdy snuli realistyczne opisy krwawych walk ulicznych, skóra cierpła na plecach i czuło się strach przed samym wysłuchiwaniem tych opowieści. Wtedy do mieszkania wszedł młody człowiek, jak mi się wydawało, prawie chłopak, tak spokojny, cichy i delikatny, że kontrast z robotnikami wyglądał jak zderzenie. Przedstawił się jako pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego i powiedział, że ma tu wygłosić pogadankę o prawie pracy, by wesprzeć swoją fachowością ludzi objętych represjami. Widziałem, że cała sytuacja przyprawiała go o silne napięcie wewnętrzne, ale jako zawodowy wykładowca, w miarę rozwoju tematu szybko się odprężał.
Po wykładzie robotnicy zasypali Lecha pytaniami w konkretnych, osobistych sprawach. I nagle sytuacja się odwróciła - to Lech z werwą i animuszem tłumaczył, jak walczyć z systemem na drodze prawnej, a robotnicy słuchali w skupieniu. On sam tak te spotkania wspominał: "Zdarzało się, że cały pokój pani Ani Walentynowicz był tak zajęty, że oni siedzieli już na podłodze, że tam nie było miejsca, tam było już ponad trzydzieści osób".
Oczywiście trzeba było napisać te podania, odwołania czy wnioski i w ten sposób w następnych miesiącach Lech stał się nadwornym specjalistą WZZ w sprawach pracy, a właściwie wyrzucania z pracy. Udzielał też pomocy prawnej robotnikom stawianym przed kolegiami i sądami. Mówiła o tym Anna Walentynowicz, którą Lech Kaczyński opiekował się szczególnie z powodu stosowanych wobec niej nieustających represji: "Uczył nas korzystania z prawa pracy, wskazywał i omawiał paragrafy gwarantujące robotnikom pewne przywileje i możliwości obrony przy zatargach z pracodawcą. Wielokrotnie korzystaliśmy potem z jego pomocy prawnej".
Podobnie pamiętają udział Lecha Kaczyńskiego w WZZ Joanna i Andrzej Gwiazdowie: "Obrona działaczy była ogromnym ryzykiem. Tłumaczył, jak korzystać z prawa pracy i jakie daje ono możliwości obrony. Wydawałoby się, że praca w takich małych grupach jest robotą szlachetną, ale o znikomej skuteczności. Efekt można było dostrzec dopiero w czasie strajku w 1980 r. (...) W tym ogromna zasługa Leszka Kaczyńskiego". Pytałem Lecha wówczas, czy wejdzie w skład grupy kierującej pracami WZZ, ale odpowiedział, że właśnie jest w trakcie pisania doktoratu, a uzyskanie tytułu naukowego jest warunkiem dalszego zatrudnienia w Uniwersytecie. Uznaliśmy, że możliwość utrzymania tej pracy, a zatem kontaktów w opiniotwórczym i dobrze poinformowanym środowisku, jest naszym dobrem wspólnym, więc lepiej będzie, jeżeli nasza współpraca nie będzie rozgłaszana publicznie.
Utrzymanie całkowitej poufności wokół współpracy Lecha Kaczyńskiego z WZZ nie było możliwe i Służba Bezpieczeństwa rozpoczęła jego inwigilację na podstawie Sprawy Operacyjnego Rozpracowania pod - skądinąd całkiem trafnym - kryptonimem "Radca". Liczne grono agentów SB kontrolowało zachowanie "Radcy" w Uniwersytecie i usiłowało uniemożliwić mu kontakty z WZZ i całym ruchem wolnościowym. Lechowi udawało się jednak, również dzięki pomocy żony, tę współpracę utrzymywać stale i systematycznie. Wcześniej od udziału w WZZ, bo już od 1977 r. Lech był pilnym kurierem przywożącym z Warszawy do Gdańska paki z bibułą, którą odbierał wraz z bratem Jarosławem jako współpracownik Biura Interwencji Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. Ponieważ od wiosny 1978 r. większość tej bibuły stanowiły, przeznaczone dla WZZ, przesyłki "Robotnika", jego związki z Joanną i Andrzejem Gwiazdami, Anną Walentynowicz i innymi wybitnymi działaczami WZZ bardzo się pogłębiły.
Lech był uczuciowy, ale nie sentymentalny. Był umysłem wyjątkowo racjonalnym i osobowością wybitnie trzeźwą. Jego nieufność wobec teorii spiskowych, które analizował, ale którym nie ufał bez przeprowadzenia dowodu prawdy, ujawniła się w przypadku śmierci Tadeusza Szczepańskiego, młodego działacza WZZ, który w styczniu 1980 r. zaginął, a po trzech miesiącach jego okaleczone zwłoki odnalazły się w kanale Motławy. Lech, mimo że zagrożenie mogło dotyczyć również jego, rozumował w ten sposób: "Tam są poszlaki, że to było zabójstwo przez SB, głównie z tego powodu, że przedtem go prześladowano. (.) są trzy wersje: zabójstwo przez Służbę Bezpieczeństwa, zabójstwo kryminalne i wypadek. Opozycja miała tego rodzaju skłonność, że jak się coś stało, to zawsze. w skrajnych wypadkach, że w ogóle wszelkie przestępstwa, jakie były - to bezpieka dokonywała, to taka neurotyczna reakcja. Wersja wypadku, to powiedziałbym -jest 20 procent, wersja, że bezpieka - 50 procent, wersja, że sprawa kryminalna - 30 procent".
Szczególną osobistą cechą Lecha w środowisku WZZ było wrażenie jego młodzieńczości i delikatności, które powodowało, że w środowisku ruchu antykomunistycznego, gdzie wiele było twardych, ekspansywnych osobowości, dochodziło czasem do zdumienia, gdy trafiała kosa na kamień - ten niepozorny Leszek nagle okazywał się waleczny i nieustępliwy jak mało kto. Lech był doskonałym przykładem polskiego inteligenta, który czuł się wśród prostych robotników tak samo dobrze, jak wśród wyrafinowanych akademików. Jego osobiste ciepło i wielkie poczucie humoru rozpraszało każdą "klasową" nieufność, a kultura oso-bista skutecznie łagodziła, nieuniknione wśród ludzi twardych i prześladowanych, animozje.
Miał wielkie wyczucie strategiczne - nie spierał się o rzeczy drugorzędne i dlatego miano go czasem za ustępliwego, ale gdy uznał, że sprawa ma znaczenie fundamentalne, jego upór stawał się nie do przezwyciężenia. I jako analityk, i jako strateg umiał pomijać drobiazgi, a skupiać się na tym, co było dla ruchu niepodległościowego ważne. Dlatego w sierpniu 1980 r. wchodził do strajkującej Stoczni Gdańskiej jako doświadczony działacz WZZ, stanowiący bezpośrednie wsparcie dla przyjaciół kierujących Wielkim Strajkiem.
Moje kontakty z Lechem Kaczyńskim nie były liczne. W okresie opozycji przedsierpniowej On mieszkał na Wybrzeżu, ja w Warszawie. Leszek uczestniczył w Wolnych Związkach Zawodowych (WZZ), a my wraz z żoną prowadziliśmy Biuro Interwencji Komitetu Samoobrony Społecznej KOR (KSS KOR). Tym, co nas łączyło, było przeciwdziałanie represjom, jakim podlegała opozycja z rąk Służby Bezpieczeństwa.
Z rodziną Kaczyńskich zetknęliśmy się pod koniec 1977 roku, kiedy to Jan Józef Lipski pracujący z panią Jadwigą Kaczyńską w Instytucie Badań Literackich zarekomendował nam Jarka do pracy w Biurze Interwencji. Jarek zatrudniony był wtedy w filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku i z tego tytułu przypadały mu głównie sprawy z Podlasia. W różnych trudnych sprawach jeździł również po Polsce, pamiętam na przykład sprawę zabójstwa milicyjnego pod Tarnowem, którą on prowadził.
0 jego bracie nie wiedzieliśmy jednak nic.
O tym, że ma brata bliźniaka, dowiedziałem się dopiero w nie-codziennych okolicznościach 11 listopada 1978 roku. Wtedy to KSS KOR podjął inicjatywę przypomnienia 60. rocznicy odzyskania niepodległości. Przygotowaliśmy odpowiednią odezwę, która miała być kolportowana w formie ulotek wśród ludzi wychodzących z sumy w katedrze św. Jana w Warszawie. Kolportować miał cały KOR, na czele z dziewięćdziesięcioletnim prof. Lipińskim, Antonim Pajdakiem z moskiewskiego procesu Szesnastu, dr. Józefem Rybickim, dowódcą Warszawskiego Kedywu. Ulotki przygotował Mirek Chojecki, a ja miałem je dostarczyć i rozprowadzić między kolporterów. Ulotki odbierałem od Basi Sadowskiej, matki Grzesia Przemyka. Kiedy wyszedłem od niej z mieszkania, zorientowałem się, że jestem śledzony. Inwigilacja była prowadzona jawnie, esbecy szli w odległości paru metrów, wsiadali i wysiadali z autobusu, po prostu na moich plecach. Tak dotarliśmy przed katedrę. Sytuacja bez wyjścia. W tym momencie z kościoła zaczęli wychodzić ludzie z wcześniejszej mszy. Rzuciłem się w poprzek tłumu. Tłum się za mną zamknął, a esbecy pozostali po drugiej stronie. W lewej nawie kościoła zobaczyłem Jarka. Podszedłem do niego i powiedziałem, że jestem śledzony, udało mi się wymknąć inwigilacji i poprosiłem, żeby wziął ode mnie torbę z ulotkami i dostarczył ją do kościoła św. Marcina. Po kilku minutach Jarek z torbą dotarł na umówione miejsce i ku mojemu zaskoczeniu powiedział: "Ale ja nie jestem Jarek, ja jestem Leszek". W ten sposób dowiedziałem się, że Jarek ma brata bliźniaka Leszka.
Kontakt ten okazał się niezwykle pożyteczny, kiedy w drugiej połowie 1979 roku na WZZ runęła fala represji, zatrzymania, areszty, zwolnienia z pracy. My, jako Biuro Interwencji, organizowaliśmy pomoc prawną i materialną, jeździliśmy na procesy, a Leszek zgodnie ze swoimi kwalifikacjami zajmował się sprawami pracy.
Jego doktorat z prawa pracy był bardzo pomocny w negocjacjach sierpnia 1980 roku. Ratyfikowana przez PRL 87. Konwencja Międzynarodowej Organizacji Pracy (MOP), zezwalająca na powoływanie związku zawodowego bez zgody administracji państwowej, okazała się nieodpartym argumentem pozwalającym na powołanie Solidarności. W jakiej mierze Solidarność tamtych lat była związkiem zawodowym, a w jakiej mierze ruchem wolnościowym, niepodległościowym - o tym zadecydowało społeczeństwo.
Totalitarna władza mnożyła przeszkody, urządzała prowokacje, siała dezinformację, rozwijała system infiltrowania Solidarności. Żona prowadziła Biuro Interwencji Solidarności Regionu Mazowsze, ja organizowałem szkolenia i koordynowałem działania Biur Interwencyjnych na terenie kraju. Leszek zajmował się podobną działalnością z ramienia Międzyzakładowej Komisji Koordynacyjnej w Gdańsku. W tym okresie nasze kontakty dotyczyły dziesiątków doraźnych spraw, które podsuwało życie.
Spotkaliśmy się na I Krajowym Walnym Zjeździe Delegatów Solidarności. Z jednej strony przeżywaliśmy radość sukcesu z powołania dziesięciomilionowej organizacji, z drugiej odczuwaliśmy rosnące napięcie powodowane sytuacją polityczną i agenturalną infiltracją Zjazdu. Zadanie eliminowania z Ruchu ludzi posiadających jakąś odwagę i doświadczenie w działalności społecznej, SB wykonywała bardzo sprawnie. Spośród ludzi, którzy tworzyli WZZ na Wybrzeżu i organizowali strajk sierpniowy, poza Wałęsą, delegatami na Zjazd byli chyba tylko Andrzej Gwiazda i Leszek Kaczyński. Annę Walentynowicz, Bogdana Borusewicza, Joannę Gwiazdową i Alinkę Pieńkowską udało się SB, wykorzystując manię wielkości Wałęsy, wyeliminować. W wyborach do Komisji Krajowej NSZZ Solidarność mnie udało się prześlizgnąć w piątym głosowaniu, Leszek odpadł w szóstym. Ale sukces SB był tylko połowiczny, bo potrzeba było jeszcze stanu wojennego, aby Solidarność złamać, a i tak okazało się, że nie do końca - po prostu zeszła do podziemia.
W tym okresie każdy robił, co mógł i do czego znajdował partnerów. Ostatecznie my z żoną powróciliśmy na naszą działkę praw człowieka, zaś Leszek i Jarek budowali wokół Wałęsy podziemne struktury Związku. W tym czasie oznaczało to występowanie do sądu o rejestrację poszczególnych zakładowych organizacji związkowych. Sądy oczywiście te wnioski odrzucały, a więc pisano odwołania itd. Tu Leszek był po prostu niezastąpiony w swoich kompetencjach.
Drogi nasze zeszły się ponownie, gdy w 1988 roku, po strajkach należało wypłacać rekompensaty postrajkowe. Zorganizowana przez nas Komisja Interwencji i Praworządności NSZZ Solidarność okazała się, poprzez swoje kontakty, niezwykle efektywnym narzędziem realizacji tego celu. Tak wprowadzaliśmy na powrót Solidarność do zakładów pracy.
W związku z jednoznacznym veto ze strony rządowej, w Okrągłym Stole nie uczestniczyłem. Zostałem wykorzystany w charakterze eksperta w podstoliku do spraw praworządności. Leszek uczestniczył w negocjacjach dotyczących reaktywacji Związku. Zaczynała się nowa era.
W wyborach 1989 roku zarówno ja, jak i obaj bracia Kaczyńscy zostaliśmy wybrani do Senatu. Mnie powierzono przewodnictwo Komisji Praw Człowieka i Praworządności, do której zapisali się zarówno Leszek, jak i Jarek. Niestety, ich obecność nie spełniła oczekiwań. Obaj byli doktorami prawa, Jarek - konstytucyjnego, Leszek - prawa pracy. Obaj byli jednak pochłonięci innymi zajęciami. Jarek budował koalicję OKP, ZSL i SD, która pozwoliła na powołanie rządu Mazowieckiego, zaś Leszek, objąwszy funkcję zastępcy Lecha Wałęsy w Związku, odbudowywał jego struktury organizacyjne. Trudno więc było mieć do nich pretensje. Nie zmienia to postaci rzeczy, że obaj odegrali istotną rolę na przykład przy uchwalaniu ustawy o partiach politycznych. To dzięki ich krytyce zostaliśmy zachęceni do pełnej demolki nadesłanej z Sejmu, mętnej w swym kompromisie ustawy. Ostatecznie przy pomocy Wiesława Chrzanowskiego napisaliśmy praktycznie nową ustawę, która z licznymi nowelizacjami dotrwała do dziś. Były i takie czasy w Senacie, że mógł on w istotny sposób kształtować prawo.
Ale powracając do roli Leszka jako wiceprzewodniczącego So-lidarności, należy zdać sobie sprawę, że była to bardzo trudna rola. Po stanie wojennym i rozbiciu struktur związkowych następowała transformacja ustrojowa państwa. Przed ludźmi Solidarności otwierały się nowe drogi. Ze Związku odeszły pierwszoplanowe postacie, jedni do polityki, inni do biznesu. Część stała się "liberałami", zapominając, że miała coś wspólnego z Solidarnością i że to właśnie związkowi zawodowemu zawdzięcza swój sukces. Jednocześnie rozpad ZSRR zniósł granice dla kapitału i otworzył drogę globalizacji. Związki zawodowe na całym świecie traciły swą siłę. Produkcję w każdej chwili można było przenieść do Azji, gdzie ludzie czekali na pracę i gotowi byli ją przyjąć na dowolnych warunkach. Potem Lech Wałęsa odbudowywał lewą nogę i pozbywał się tych, którym się wydawało, że budowali wraz z nim Solidarność i co gorsza nie chcieli tego zaprzestać. Dla Jarka nastąpiły ciężkie czasy rządów postkomunistycznych. Leszek wcześniej został wybrany prezesem NIK i utraciliśmy na jakiś czas kontakt.
Potem Leszek został powołany na ministra sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, co pozwoliło mi załatwić dwie czy trzy sprawy interwencyjne, które ugrzęzły w trybach zgrzytającej machiny wymiaru sprawiedliwości. Jarek zaczął budować PiS.
Z Leszkiem spotkałem się latem 2005 roku, kiedy jako Prezydent miasta st. Warszawy wydawał bankiet, chyba z okazji otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego. Wtedy miałem okazję dłużej z nim porozmawiać. Przedmiotem naszej rozmowy był przygotowany przez PiS projekt konstytucji. Wyrażaliśmy swoje wątpliwości i zastrzeżenia. W pewnym momencie Leszek powiedział: "Bo wiesz, ja właściwie jestem lewicowy". Powiedziałem mu, żeby się tym nie martwił, bo ja chyba też, a poza tym mamy całkiem przyzwoite towarzystwo. Jeśli tak rozumieć lewi-cowość, to mieści się w niej prawie zapomniana biblia Solidarności: encyklika Jana Pawła II Laborem exercens i cała przedwojenna działalność Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który budował chrześcijańskie Związki Zawodowe. Solidarność to przecież taki związek. Za zamęt semantyczny trudno przyjmować odpowiedzialność, lepiej jednak mówić o wrażliwości społecznej, która przeniosła się na prawo.
W tragicznych dniach, które nastąpiły po katastrofie prezydenckiego samolotu jedna rzecz uszła uwagi lub też nikt nie potrafił jej wytłumaczyć. Kiedy nasi zachodni sąsiedzi toczyli na łamach prasy, zupełnie jak w czasach Hansa Franka, debatę, czy należy prezydencką parę pochować na Wawelu, czy nie, odległa Brazylia ogłosiła żałobę narodową. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Otóż prezydent Brazylii Lula da Silva to również związkowiec, który spotykał się z Leszkiem Kaczyńskim w Genewie na posiedzeniach MOP, który wysoko cenił jego kompetencje, intelekt i solidaryzm jego przekonań. Ta odległa żałoba to najwyższy hołd dla Leszka Kaczyńskiego Prezydenta RP - związkowca wiernego ideałom Solidarności aż do końca.
"Jedziemy do zakładu karnego" - odezwał się do mnie cicho mundurowy, z lekko wyczuwalnym odcieniem życzliwości w głosie. Suka minęła z pędem granice Wejherowa, do głowy przychodziła mi tylko myśl o bliskim rozstrzelaniu. Słowa milicjanta oznaczały życie i były jedną z najradośniejszych informacji, jakie kiedykolwiek usłyszałem.
Ta radość nie przysłoniła mi jednak świadomości, że obok siedzi dwóch esbeków, więc lepiej było nie dziękować, by nie dekon-spirować tej subtelnej nici porozumienia, jaka rozsnuła się między mną a człowiekiem w milicyjnej czapce. Wcześniej, jeszcze w czasie aresztowania w domu, poradził szeptem na osobności żonie, aby dała mi ciepłe buty, ale wtedy, w suce, ja o tym jeszcze nie wiedziałem.
W środku nocy z 12 na 13 grudnia 1981 ujrzałem, przebijające się przez zaspy, rozmaite wozy, a w każdym siedział tylko jeden aresztant. "A więc nie jestem sam", pomyślałem i było to dla mnie dość irracjonalnym źródłem ulgi.
Brama więzienia to nie była dla mnie pierwszyzna, ale potem jakoś dziwnie staliśmy bardzo długo stłoczeni w korytarzu, czekając nie wiadomo na co. Od razu spostrzegłem Leszka Kaczyńskiego. Mówiliśmy do niego i na niego "Leszek", co w tamtych latach było wygodne, bo odróżniało go od Lecha Wałęsy. A zatem Leszek nie stał, lecz przykucnął pod ścianą, jakby przyczajony do skoku. (Wcześniej i później nieraz widziałem tę jego specyficzną pozycję, przyjmowaną w chwilach szczególnego napięcia). Widząc, że intensywnie myśli, postanowiłem nie przeszkadzać mu pochopnymi pytaniami. Właściwie wszyscy milczeliśmy, tkwiąc tam nieruchomo. Nie wiedzieliśmy przecież, co się tak naprawdę stało w sensie polityczno-prawnym, ani też co stanie się z nami samymi. Przytłaczał nas ogromny niepokój. I wtedy na końcu korytarza otworzyły się z trzaskiem drzwi i w asyście kilku panów w cywilu wkroczył zamaszyście... Mietek Wachowski, kierowca Wałęsy i mój zastępca w komisji zakładowej pracowników centrali Solidarności.
Rzucił pojedyncze hasła do swych kompanów i nie zważając na nas, wtarabanił się z rozmachem najpierw w jedne drzwi, potem w drugie. Ta szokująca scena, w naszym otępieniu i stuporze, jakoś do nas nie dotarła, zaś rano Mietka w obozie już nie było, a my mieliśmy w głowach inne sprawy - radosne i smutne. Wieścią niewątpliwie radosną była ta, że to tylko internowanie, ale smutkiem napawał fakt, że nie wiadomo na jak długo i że nic nie wiedzieliśmy rodzinach.
Tymczasem jeszcze nocą moja brzemienna żona dotarła do Maryli Kaczyńskiej, szukając pomocy - do ich mieszkania na osiedlu Mickiewicza. Tam dowiedziała się, że Leszka też zabrali i obie dziewczyny musiały się wzajem pocieszać.
Nad ranem wylądowaliśmy wreszcie w kilkunastoosobowych celach. Byłem razem z Leszkiem. "To logiczne", pomyślałem. W Solidarności pracowaliśmy w jednym pokoju, a on był moim formalnym zwierzchnikiem jako szef Ośrodka Prac Społeczno-Zawodowych, choć zajmowaliśmy się odmiennymi kwestiami -Leszek analizami prawnymi, a ja moderowaniem obiegu informacji. Tak było do lata '81, bo wtedy Kaczyński demonstracyjnie zrezygnował ze stanowiska i wrócił na Uniwersytet. Działo się to w związku z wyborami do regionalnych władz Związku, kiedy Wałęsa zastosował wybór etatowego Prezydium w drodze. samoz-głaszania. Dzięki takiemu zaskakującemu trickowi wyeliminował wszystkich dawnych działaczy WZZ i przeciw temu właśnie za-protestował Leszek. Pozostawał jednak dalej członkiem Zarządu Regionu, czyli działającego bezetatowo ciała uchwałodawczego.
Przez jakiś czas potem pełniłem jego dotychczasową funkcję jako p.o., ale musiałem w końcu odejść, mimo protestów Leszka na forum Zarządu. Tak to rewolucja zjadała swe dzieci, cofając się na pozycje biurokratyczno-ugodowe. Na szczęście udało się do końca pilotować zakładanie Rad Pracowniczych w zakładach. No i jakimś cudem odejść na wyższe stanowisko - szefa działu propagandy i informacji Komisji Krajowej - 1 grudnia 1981.
Wracajmy jednak do naszej celi. Był tam śp. Jan Samsonowicz (działacz służby zdrowia związany z RMP) znaleziony potem bez życia na jakimś płocie w Gdańsku, był śp. Andrzej Butkiewicz, wybitnie inteligentny i znający języki szef naszej drukarni, wyrzucony ze studiów przed Sierpniem przez Aleksandra Kwaśniewskiego, był ofiarny drukarz i działacz WZZ, a wcześniej KOR--owiec Tomasz Wojdakowski, dziś bezrobotny w USA, było wielu przyjaciół i towarzyszy wspólnej walki, w zdecydowanej większości całkiem zapomnianych. W celi zaś naprzeciwko - pomnikowa postać ROPCiO, wielce zasłużony w Sierpniu Tadeusz Szczud-łowski, z którym wkrótce napisałem nowe słowa do Pierwszej Brygady, dzięki czemu mieliśmy pieśń do marszu na spacerniku.
Więzienie w Strzebielinku miało status tzw. Zakładu Zewnętrznego, czyli o reżimie łagodnym. Pierwotnie mieliśmy się znaleźć w surowym więzieniu w Czarnem, położonym na ziemi koszalińskiej, a więc ta zmiana była dla nas bardzo korzystna. Okna oczywiście zakratowane, ale normalnej wielkości i na normalnej wysokości, godzinne spacery całego obozu razem, swobodny dostęp do paczek, możliwość przechodzenia z celi do celi itd.
Niemniej jednak pierwszą ideą była oczywiście myśl o ucieczce. Nasza cela była ostatnia w baraku. Dalej znajdowało się tylko pomieszczenie strażników, puste przez większą część dnia i w nocy. Wystarczyło wybić metalowymi nogami od stołków dziurę do tego pomieszczenia, wyjść z niego na zewnątrz i wspiąć się po wygodnej kracie na daszek baraku, po czym zeskoczyć z niego już na wolności. Na przeszkodzie temu prostemu pomysłowi stanął uporczywie zalegający wysoki śnieg. Uniemożliwiał on szybkie, a przede wszystkim w miarę bezśladowe poruszanie się po lesie. Z małego radyjka, przemyconego w jakiejś paczce, mieliśmy informacje reżimowe, natomiast prawdziwe relacje z Trójmiasta docierały z gabinetu lekarskiego, do którego sprowadzani byli specjaliści z miasta. Stamtąd wiedzieliśmy, że w Trójmieście trwa masowy opór i tak było przez kilka tygodni, w różnych formach. Morale mieliśmy więc dobre - obniżane tylko przez niepewność o rodziny, z którymi nie było żadnego kontaktu aż do stycznia, kiedy to zaczęły się odwiedziny i problem zniknął.
Rozmowy dzieliły się na dwa rodzaje. Pierwszy typ to były barwne wspomnienia, najczęściej nie związane z walką. W tym prym wiedli marynarze. Drugi typ rozmów to były dyskusje poważne i często programowe. Tutaj Leszek był autorytetem. Leszek Kaczyński jak zwykle imponował spokojem i zdeterminowaną wytrwałością. Imponował perfekcyjną znajomością wszystkich polskich politycznych personaliów, bodaj od roku 1945. Robiła wrażenie jego znajomość dawnej historii. Rzecz jasna, nasze rozmowy nie miały charakteru tylko samokształceniowego. Dyskutowaliśmy o słusznych i sprawiedliwych rozwiązaniach ekonomicznych, politycznych, socjalnych, jakie należałoby wprowadzić po upadku komuny. (Szkoda, że takie rozważania ustały w następnych latach i w roku 1989 byliśmy kompletnie nieprzygotowani do zmian).
Leszek był jednak największym autorytetem na gruncie prawa pracy i w Solidarności ktoś taki był prawdziwym skarbem. Dziś już nie pamięta się - albo nie chce pamiętać - że pierwszej
Solidarności w całokształcie wyzwoleńczej misji chodziło także 0 godność, wszechstronnie ludzkie warunki pracy i życia dla zwykłych ludzi. Leszek miał nie tylko ogromną wiedzę teoretyczną na ten temat, podbudowaną świetnym przygotowaniem historycznym, ale także liczne informacje praktyczne, pozyskane w czasie szkoleń robotniczych, jakie prowadził w ramach WZZ. Jeśli dodamy do tego jego pochodzenie środowiskowe - Żoliborskie Sady zbudowane przez polską przedwojenną spółdzielczość - to zrozumiemy, że mieliśmy do czynienia z inteligentem przenikniętym poczuciem misji na rzecz warstw ubogich w najlepszym, oryginalnym polskim stylu, wymykającym się stereotypowemu podziałowi na lewicę i prawicę, ponieważ był to jednocześnie człowiek głęboko religijny, zaś w sprawach obyczajowych wyważony, wyrozumiały i nieskłonny do ekstremizmu w żadną stronę.
Niestety, po dziesięciu latach ten zupełnie niepasujący do polskich realiów podział polityczny został jednak wprowadzony i pokutuje do dziś z wielką szkodą dla kraju, a przy okazji jest to niezasłużony prezent dla postkomunistów, którym podarowano miano europejskiej lewicy.
Leszek był taki jak cała ówczesna Solidarność. Był w niej potężny splot chrześcijańskiej nauki społecznej (encyklika Laborem exercens) z radykalną ludową potrzebą ekonomicznej i społecznej emancypacji, owianą marzeniem o niepodległości. Ten ostatni motyw zagrał w czasie Krajowego Zjazdu, kiedy to dowiedziałem się, że Leszek należy do ugrupowania Wolność-Sprawiedliwość--Niepodległość. (Potem usłyszałem te same trzy słowa wykrzyczane przez kobietę na filmie Solidarni 2010).
Wspomniałem o jego religijności. Nie chodzi tu tylko o samą wiarę, ale także o wiedzę. Jest jasne, że więzienie sprzyja rozważaniom tego typu, zarówno w aspekcie metafizycznym, jak moralnym, a także erudycyjnym. Gdy ktoś rozwijał w dyskusji religijnej jakieś tezy, Leszek od razu potrafił wskazać, gdzie taki pogląd sytuuje się w historii religii, przypisać do konkretnego nurtu, pokazać kontekst powstania idei i skomentować ją. Czasem różniłem się z nim, ale nie na płaszczyźnie wartości, lecz raczej metod.
Wynikało to z różnicy w wykształceniu - on był prawnikiem, a ja socjologiem. Prawnik bowiem myśli apriorycznie, a socjolog - empirycznie.
Było coś jeszcze, co nas łączyło. On miał już maleńką córkę, Martę. Ja, jako starszy, miałem dwoje dzieci i żonę w ciąży. Nasza tęsknota była szczególnie dotkliwa właśnie ze względu na dzieci. Byłem też starszy od większości kolegów z celi, a ponadto miałem za sobą więzienie w roku 1968. Te "prestiżowe" przewagi wykorzystywałem czasem wcześniej w Związku czy przed Sierpniem - świadomie i nieświadomie.
W kontaktach z Leszkiem nigdy by mi to nie przyszło do głowy. Budził wielki respekt swą powagą i autorytetem ponad swój wiek.
Dlatego, gdy po kilku miesiącach, będąc już via szpital na wolności, odwiedziłem go leżącego w szpitalu w Wejherowie, wręczyłem mu w prezencie dedykowany mu wiersz kończący się słowami: "Czy pozwoli Pan Minister? - córeczka Cię pyta". Zdarzenia przyszłości przerosły moje proroctwo. Czy ta "przyszłość" jeszcze nadal trwa?
Czekałem, że może wróci po prezydenturze do Sopotu, że znowu będziemy godzinami dyskutować przy dobrym winie, a Marylka będzie nas raczyć wykwintnym humorem.
Kiedy szukam w myślach pierwszego wspomnienia o Lechu Kaczyńskim, przypomina mi się maj 1988 roku. Mam wtedy 23 lata, mieszkam w Gdańsku, moim rodzinnym mieście. Od dwóch dni trwa strajk w Stoczni Gdańskiej, wtedy imienia Lenina. Maciej Łopiński, mój szef z biuletynu gdańskiego regionu Solidarności, każe nam wejść na teren stoczni i pomóc stworzyć gazetę strajkową. Udaje nam się zdobyć miejsce na redakcję, to część kuchni słynnej stoczniowej stołówki. Najświętsze miejsce tej niepowtarzalnej stoczniowej republiki, jaka wtedy tam powstała. Dbamy, by mogli tu wejść tylko i wyłącznie nasi ludzie. Przed drzwiami stoją zaufani stoczniowcy i odsyłają z kwitkiem cie-kawskich. Inaczej nie dałoby się normalnie pracować, bo co chwilę ktoś wchodzi i przeszkadza.
Nagle w drzwiach pojawia się nowa twarz i czuję, że zaraz krzyknę zdenerwowany na ochronę, że znowu wpuścili kogoś z zewnątrz.
- Na ile dni macie papieru? - pyta bez ceregieli młody wąsacz w zielonej kurtce, z papierosem w dłoni.
- To Leszek Kaczyński, kieruje wszystkim - subtelny, ale ściszony głos Maćka Łopińskiego uprzedza moje pytania. Mimo wszystko odpowiadam na fachowe pytania niechętnie, rozdrażniony bezceremonialnym stylem faceta, którego nazwisko znane z oświadczeń TKK Solidarności łączę teraz z niewysoką postacią z zabawnym wąsikiem.
W kolejnych dniach strajku zauważamy, jak ważne miejsce u boku Lecha Wałęsy zajmuje człowiek wyglądający w stoczni troszeczkę jak młody inżynier lub inteligent z miasta. Doradcy Wałęsy - cały wachlarz nazwisk, o których z nabożeństwem słuchamy w zagranicznych stacjach - w stoczni debatują najchętniej na świeżym powietrzu. To ma zabezpieczać przed podsłuchami.
Wszystko to wygląda dosyć groteskowo, gdy Wałęsa w towarzystwie Lecha Kaczyńskiego, Aleksandra Halla czy Tadeusza Mazowieckiego siedzi na stercie betonowych słupów czy też wokół szpul z izolacyjnym kablem.
Jak wszyscy polityczni laicy - muszę dopiero odkryć, że Kaczyńskich jest dwóch. Ten drugi to Jarosław, który dopiero przyjechał z Warszawy. W porównaniu z Lechem Jarosław jest jakiś mniej stylowy - nosi lekko znoszone marynarki i koszule w kratę. Gdy pierwszy raz widzę obu braci razem, wskutek oczywistego impulsu robię im zdjęcie. Jarek gniewnie prycha. Tym razem to Leszek uspokaja brata: - Spokojnie, on jest od nas. Potem Jarek reaguje już mniej nerwowo. Jacek Kurski, mój towarzysz z podziemnej pracy, jak zwykle jest bardziej bezczelny ode mnie i natychmiast zaczyna wyciągać Leszka i Jarka na analizowanie sytuacji w oblężonej przez ZOMO stoczni. Jacek ma "przody", bo Leszek doskonale zna jego mamę Annę Kurską, która przed 13 grudnia była w Zarządzie Gdańskiego Regionu Solidarności.
Po latach Jacek powie, że jedna rozmowa z Kaczyńskimi dawała mu więcej wiedzy o polityce niż długie wykłady z politologii. Coś w tym było. Ale to pewnie urok dyskusji z braćmi w trakcie spacerów po stoczniowych alejach. Wspominam to troszeczkę jak dziwny film. Zasypywaliśmy ich pytaniami o taktykę związku, a w scenerii mijaliśmy zamarłe puste hale i dźwigi, wyglądające w nocy jak fantastyczne dekoracje filmowe. Leszek ćmił jak lokomotywa, choć z zabawnym, wyniosłym gestem podnosił papierosa do ust. Bardziej majestatycznie palił od niego chyba tylko sam Tadeusz Mazowiecki. Za plecami Leszka śmialiśmy się, że od końcówki jednego papierosa zapala drugiego, zupełnie jak nasz ówczesny idol argentyński trener Cesar Luis Menotti.
Czy Leszka i potem Jarka irytowały nasze pytania? Może nie do końca, bo udawało się nam wyciągać ich na dłuższe dysputy. Obaj bracia tłumaczyli nam cierpliwie, jak głęboko PZPR zabrnęła w ślepy zaułek. Brzmiało to nieco surrealistycznie, bo po drugiej stronie stoczniowego płotu słyszeliśmy dowcipkujące patrole ZOMO. Już wtedy wyczuwaliśmy między braćmi różny styl. Leszek był jakoś po sopocku elegancki, wyluzowany. Ta jego zielona kurtka "US Army" była już wtedy troszeczkę demode, ale wciąż jeszcze nadawała mu nieco młodzieżowy wygląd. Co rusz na jego ustach wykwitał ironiczny uśmieszek, gdy snuliśmy ko-gucikowate teorie, że trzeba postawić wszystko na jedną kartę, że "Krajówka" musi wydać apel o strajk generalny, a ludzie koniec końców znów się ruszą. Leszek pamiętał dobrze mizerny poziom oporu zakładów po 13 grudnia 1981 roku i porażki apeli podziemia Solidarności z lat 1982-1983. Ale dość łagodnie studził nasze zapały. Jarek miał najwyraźniej mniej cierpliwości do "młodych". -Skąd ty wziąłeś tych wariatów - pytał brata, a ten bronił się: - To nie ja, to Maciek Łopiński ich wypatrzył w jakimś liceum, gdzie robili własną gazetkę.
Ponownie spotkaliśmy się w Stoczni Gdańskiej na strajku w sierpniu 1988 roku. Wtedy jeszcze mocniej było widać, jak kluczową pozycję Leszek zajmuje u boku Wałęsy. W najważniejszą noc z 31 sierpnia na 1 września Wałęsa wrócił z Warszawy po rozmowach z Kiszczakiem. Ogłosił: - Albo kończycie strajk i razem podejmujemy negocjacje Okrągłego Stołu, albo strajkujcie, ile chcecie, a ja strajk opuszczam. Razem z Jackiem stoimy przed zamkniętą salą, gdzie debatuje czołówka strajku. Bogdan Boru-sewicz ostrzega, że władza wystrychnie jeszcze Solidarność na dudka. Lech Kaczyński dla odmiany broni linii Wałęsy zębami i pazurami. My, młodzi z redakcji gdańskiej "Regionówki", nie wierzyliśmy w dobre intencje szefa MSW. Gdy skończyła się narada i wiadomo już było, że następnego dnia opuścimy stocznię - spróbowaliśmy jakoś dać do zrozumienia naszemu nowemu mentorowi, że nas rozczarował.
- Puknijcie się w głowę, mało kto w Polsce podjął strajk. Pójdźcie na świeże powietrze, to może trochę otrzeźwiejecie - rzucił w odpowiedzi zmęczony i rozdrażniony Leszek. Już podążał za Wałęsą na jakąś kolejną i jeszcze bardziej wąską naradę. Tym razem nie było mowy o ironicznym uśmiechu. Leszek sam w sobie zagłuszał jakieś wątpliwości. Nasi stoczniowi drukarze - chłopy jak dęby - płakali przed bramą z bezsilnej złości. Strajk był skończony.
Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
ks. Jan Twardowski
Po raz pierwszy spotkałam Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego latem 1989 roku. Był wówczas wiceprzewodniczącym NSZZ Solidarność i zastępcą Lecha Wałęsy.
Leszek, jak nazywali go wszyscy znajomi, przeprowadzał rozmowy z osobami, które wówczas miały być zatrudnione w Solidarności.
Sądziłam, że może mam szansę na zatrudnienie w dziale za-granicznym, ale Leszek, ku mojemu zaskoczeniu, zaproponował mi pracę u siebie, w sekretariacie. Bardzo się z tego ucieszyłam, choć obawiałam się, że moje kwalifikacje nie są wystarczające.
Pamiętam dokładnie ten upalny czerwcowy dzień. Rozmowa odbywała się w gabinecie Lecha Wałęsy. Stało tam jedno potężne biurko przy oknie i rozłożysta kanapa po prawej stronie. Jak się potem zorientowałam, inne pomieszczenia były prawie puste. Budynek został dopiero co przydzielony Solidarności. Brakowało biurek, nie było krzeseł do siedzenia, nie mówiąc już o telefonach, które były wielkim luksusem i praktycznie nie istniały.
Uderzyła mnie jednak atmosfera panująca w budynku. Było tak, jakbym wkroczyła do innego świata - ludzie, chociaż w nieco zniszczonych ubraniach, zachowywali się bardzo elegancko, wręcz wytwornie. Poczułam się jak w przedwojennej Polsce.
Język, którym się posługiwali, był zupełnie inny od tego, jaki słyszało się w zakładach komunistycznych - słownictwo było nadzwyczaj bogate, wolne od wulgaryzmów, jakie szerzyły się w naszym kraju na co dzień. Temu wszystkiemu ton nadawał Leszek, który w dodatku był bardzo wyczulony na to, aby darzyć kobiety należytym szacunkiem. Przywoływał do porządku młodych pracowników, którzy temu uchybiali.
Wymagał rzetelności i pracowitości od innych, ale najbardziej od siebie. Patrzyłam na niego ze zdumieniem i podziwem. Nigdy przedtem nie spotkałam tak pracowitego i kompetentnego człowieka. Nie był to zryw intensywnej pracy, który trwał parę dni czy tygodni. Tak było zawsze. Nie wiem, jak wytrzymywał takie tempo, w dodatku palił bardzo dużo papierosów, odpalał jeden od drugiego.
W ciągu dnia prawie nie jadł. Gdy zakładowy bar w budynku Solidarności był nieczynny lub wykupiono już wszystkie dania barowe, wówczas biegłam do pobliskiego baru "Krewetka", w którym wieczorem często udawało mi się dostać dla paru osób, które najpóźniej kończyły pracę w Solidarności, ostatnie porcje ryb, ziemniaki i surówkę. Leszek zjadał wszystko, nie był wybredny.
Bardzo dbał o to, aby każdy, kto przychodzi do Solidarności, z jakimkolwiek problemem, był dobrze i uprzejmie przyjęty, żeby każdy czuł, że jego sprawa jest dla nas ważna. Nie wszyscy, którzy przychodzili do Solidarności, aby załatwić jakąś sprawę, byli przychylnie nastawieni do Leszka, ale nawet oni, po bezpośredniej rozmowie, diametralnie zmieniali zdanie na jego temat.
Leszek był dla nas wszystkich, zatrudnionych w Solidarności, wielkim autorytetem. Do dzisiaj w różnych trudnych sytuacjach zastanawiam się nad tym, jak by Leszek postąpił w danej sytuacji, co zrobiłby lub czemu by się sprzeciwił.
Wydobywał z ludzi to, co w nich najlepsze, "ciągnął ich w górę". W Solidarności pracowało wówczas wiele młodych, niezmiernie zaangażowanych osób. Niektóre z nich objęły potem ważne stanowiska w kraju. To również była szkoła Leszka. Doceniał ich potencjał, widział w nich przyszłych polityków.
Lubił młodzież, lubił dyskusje z nią, chętnie dzielił się swoją wiedzą. Wszyscy mieliśmy to szczęście, że mogliśmy uczyć się od niego. Czasem mówił o młodych, dobrze zapowiadających się osobach: "Jestem pod wrażeniem, że w tak młodym wieku tyle już potrafią, zachowują się tak, jak zachowałby się doświadczony polityk".
Leszek był nie tylko profesorem, świetnym wykładowcą akademickim, niezwykłym politykiem, wybitnym prawnikiem specjalizującym się w prawie pracy (dwa lata temu usłyszałam od osoby z grona prawników, że gdyby nie został prezydentem, byłby najlepszym prawnikiem w dziedzinie prawa pracy w całej Polsce), ale przede wszystkim prawym, szlachetnym, wrażliwym człowiekiem o wielkim uroku osobistym.
Nigdy nie zdradził swoich ideałów i twardo bronił tradycyjnych zasad moralnych. Był głęboko wierzący. Nigdy nie kłamał, można mu było do końca zaufać. Kochał wolność i sprawiedliwość, kochał Polskę.
Zawsze stawał po stronie biednych i pokrzywdzonych. Pamiętam, że gdy w 1989 r. była mowa o niezwykle radykalnej reformie Balcerowicza, bardzo martwił się o jej realizację i mówił, że ludzie tego nie wytrzymają, że trzeba im stworzyć jakąś ochronę socjalną.
Podziwiałam ogromną wiedzę i wszechstronność Leszka. To on był mózgiem Solidarności, on wymyślił struktury wszystkich biur Solidarności oraz zasady ich funkcjonowania. Codziennie przez te biura przewijały się dziesiątki osób. Każda z nich chciała przedstawić swoje problemy, znaleźć rozwiązanie dla jej konkretnego zakładu pracy. Leszek w lot chwytał problemy, które dotyczyły tak różnych dziedzin, jak na przykład system opieki zdrowotnej, kolejnictwo czy gospodarka morska. Błyskawicznie uczył się i uważnie słuchał relacji osób, które do niego przychodziły. Czasem wydawał się nieco roztargniony, jakby rozmyślał nad czymś innym, ale były to tylko pozory. W rzeczywistości słuchał bardzo uważnie, zadając potem kilka pytań trafiających w sedno sprawy. Gdy intensywnie nad czymś rozmyślał, chodził po pokoju.
Przemówienia publiczne wygłaszał z pamięci. Miał fenomenalną pamięć. Gdy podało mu się datę urodzenia, w pamięci mógł bardzo szybko określić, jaki był to dzień tygodnia. Zdumiewało mnie to, że nie zapisywał numerów telefonów. Zapamiętywał je na zasadzie słuchowej, nie wzrokowej. Gdy pytałam, czy chce zapisać dany numer, odpowiadał, że nie trzeba, że już go zapamiętał. Rzeczywiście po kilku miesiącach był w stanie bez problemu odtworzyć wszystkie znane mu numery telefoniczne.
Nie znał języków obcych, ale dzięki swej rozległej wiedzy me-rytorycznej był w stanie wychwycić błędy tłumaczy, gdy niepoprawnie lub nieprecyzyjnie tłumaczyli to, co chciał wyrazić. Do pewnego stopnia znał biernie język angielski. Nigdy nie posługiwał się nim czynnie, nie silił się na to.
Pamiętam, że rozmawiając z gośćmi zagranicznymi, często podkreślał zasługi Lecha Wałęsy, szczególnie te dotyczące okresu tworzenia Solidarności w 1980 r. Później, gdy konflikt między nimi narastał, nigdy nie ujmował mu jego zasług, lecz je przypominał.
Troszczył się bardzo o swoich współpracowników. Pamiętam, jak zaprosił nas na obiad i mówił o tym, że jeszcze do końca nie wiadomo, jak się rozwinie sytuacja polityczna w kraju. Martwił się o nasze bezpieczeństwo, chociaż wiedział, że zrobimy dla niego wszystko. Byłam wtedy zatrudniona na pół etatu na Uniwersytecie Gdańskim. Leszek uzgodnił to w rozmowie z rektorem (objęcie całego etatu było praktycznie niemożliwe). Widziałam, jaki jest ogrom pracy w Solidarności - zazwyczaj siedzieliśmy w biurze od rana do późnych godzin wieczornych - i chciałam się zwolnić z Uniwersytetu, jednakże Leszek odradzał mi to, abym na wypadek innego biegu wydarzeń miała do czego wrócić. Sam też był związany z Uniwersytetem Gdańskim i mówił, że ma zawsze możliwość powrotu na uczelnię. Martwił się jednak o swojego brata Jarka, który, jak mówił, "jest związany z polityką na śmierć i życie" i nie ma takiego pola manewru.
Pracując w Indiach od 2008 r., z uwagą śledziłam losy Polski, losy naszego Prezydenta. Byłam dumna, że tuż po przyjeździe do Delhi mogłam informować przedstawicieli różnych ambasad o dokonaniach Prezydenta RP Pana Lecha Kaczyńskiego w Gruzji, o jego niezwykłej odwadze i obronie tego małego państwa przed imperializmem rosyjskim. Udając się na terytorium, które mogło być i było ostrzeliwane, ujął się za tym niewielkim krajem. Dokonał heroicznych, wspaniałych rzeczy nie tylko w Gruzji. Zawsze stawał po stronie prawdy i sprawiedliwości, i bronił tego do końca.
Walczył o to, aby Polska zajęła należne jej w Europie i w świecie miejsce. Przełamał panujący stereotyp, że Polska jest państwem nieliczącym się na arenie międzynarodowej, przywracał godność naszemu krajowi. Podkreślał, że Polska jest dużym krajem środkowej Europy. Wówczas sami spojrzeliśmy inaczej na siebie.
Leszku kochany, Ty chroniłeś całą Polskę, a my nie zdołaliśmy ochronić Ciebie.
Wśród tysięcy Polaków oddających hołd Prezydentowi RP, jego Żonie i Wszystkim, którzy zginęli w katastrofie, jeden transparent rzucił mi się w oczy: "Panie Prezydencie, zwyciężymy!".
- No wie pani... Czy nie był na przykład porywczy?
23 grudnia 2005. Trudny czas po podwójnych wyborach. IV Rzeczpospolita wygrała, PO-PiS się nie udał. Ale dziś zaprzysiężenie nowego Prezydenta Polski, Lecha Kaczyńskiego. Bliźniak na prezydenta! Niebywałe.
Jutro Wigilia. Popatrzę w telewizji, znad karpia i maku w kuchni.
Zbliża się dziesiąta rano. Już widać salę sejmową, zbierają się posłowie.
Dzwoni telefon. W takiej chwili!?
- Dzień dobry, tu Mikołaj Kunica z Wiadomości, Program I. Pani zna nowego prezydenta, prawda? Współpracowała pani z nim w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Pisała z nim książkę - wywiad. Potrzebuję do wieczornych Wiadomości 40 sekund, jaki on wtedy był?
Za chwilę na salę wejdzie Prezydent. Patrzę jednym okiem.
- Pracowałam w Kancelarii Wałęsy z Jarosławem, a nie z Lechem w BBN, i to z tamtym robiłam wywiad. Wbrew powszechnemu mniemaniu to dwie zupełnie różne osoby. Lecha - tyle że poznałam.
Na ekranie nowy Prezydent zbliża się do trybuny sejmowej.
- No, ale Lech Kaczyński też tam był. Prezydent właśnie zaprzysięga, Kunica naciska.
- Jak traktował ludzi, co pani widziała? Przepadło. Już zaprzysiągł.
- Ale o co panu chodzi? Zwyczajnie, jak szef.
- Ale czy nie robił czegoś. czegoś. Czy nie był. Zaczynam się domyślać, co w ten uroczysty wieczór Kunica
ma zamiar zaserwować w wieczornym dzienniku telewizji publicznej paru milionom widzów.
- Czy nie robił czego?
- No wie pani, czy nie był na przykład porywczy! Może wrzeszczał?
- Nie. A taka wiadomość pana zdaniem byłaby dziś obywatelom najpotrzebniejsza?
Latem 1991 roku kończyłam właśnie wywiad rzekę z Jarosławem Kaczyńskim, senatorem OKP, w malowniczo położonej tzw. "rządówce" w Lucieniu. Jezioro, las, zaskrońce, małe domki z wygodami. "Państwo dawniej przyjeżdżało razem z kucharką i nie musiało chodzić na jadalnię" - wyjaśniała kelnerka. Spędzały tu teraz wakacje rodziny polityków solidarnościowych z kontraktowych wyborów z czerwca 1989. Małgosia Jedynak z dzieckiem, żona późniejszego wojewody mazowieckiego Antoniego Pietkiewicza, Ludwik Dorn z nową żoną, Lech Kaczyński z żoną Marią, nazywaną Marylą, i prawie dziesięcioletnią córeczką. Ministrowie i posłowie OKP kręcili się między Warszawą a Lucieniem, wypoczywali po 3-4 godziny.
Nie za bardzo czuliśmy się wśród obsługi złożonej z milicjantów i esbeków na rencie, choć kierowniczka powiedziała kiedyś o nas życzliwie: "Państwo to są całkiem inne państwo niż tamte państwo".
Umówiliśmy się, że mój gotowy już wywiad rzekę z Jarosławem przeczyta jego brat Lech, także senator OKP, ponadto szef BBN przy Kancelarii Wałęsy. Jego żona Maryla niepokoiła się, czy aby książka nie ośmiesza Jarosława. Doświadczenia z dziennikarzami z ostatnich dwóch lat miała jak najgorsze. To bowiem, co potem przeżywaliśmy w latach 2008-2010 w zakresie traktowania Kaczyńskich przez media, było tylko powtórką z przełomu lat 80. i 90.
Lato było gorące, upały. Co chwilę nowa afera polityczna. Dopiero co zginął w wypadku Michał Falzmann z NIK, odkrywca afery FOZZ, w której Polska straciła może nawet 4 mld dolarów.
Umorzono aferę "Żelazo", czyli esbeccy sprawcy napadów, kradzieży i morderstw w latach 70. na zachodzie Europy nie mieli być już ukarani.
Afery docierały do nas razem z przyjazdem ministrów i posłów. Odpływały, gdy wyjeżdżali, a my na plaży plotkowałyśmy sobie o niedawnych czasach podziemia i kolportażu bibuły, i rozmyślałyśmy, co przyniosą wybory najbliższej jesieni.
Lech Kaczyński, gdy przyjeżdżał, siadywał ze mną pod wieczór i czytał, czytał, czytał.
Co chwilę podchodziła pani Maryla.
- Kochanie, jak myślisz, czy kolację zrobić o szóstej, czy czekać do wpół do siódmej na Jarka?
Lech odrywał się od maszynopisu, opuszczał go na kolana i patrzył z czułością na żonę.
- Hm. Poczekajmy. Dalej czytał. Po chwili:
- A jak myślisz, wędlinę podać na zimno, czy podsmażyć? Opuszczał maszynopis, gładził rękę żony.
- Hm. Chyba wystarczy na zimno. Podbiegała córeczka.
- Tato, zobacz, jak się opaliłam.
Opuszczał maszynopis na kolana, oglądał opaleniznę, nową lalkę, wyciętą z kory zabawkę, nowy fartuszek. Odpowiadał na tysiąc pytań.
- A dlaczego węże tutaj w jeziorze mają zielone okulary?
Omawiał ze mną tekst. Wskazywał braki, niezrozumiałe skróty myślowe, od czasu do czasu prostował pamięć brata. Cierpliwie, z szacunkiem dla mojej pracy.
Przyjeżdżał Jarosław, siadaliśmy do kolacji. Pani Maryla kręciła się między stołem a kuchenką we wnęce, dbała o gościa, o apetyt męża i szwagra. Rozmowa toczyła się głównie o polityce. Same zdumienia. Wałęsa w Brukseli nie zadeklarował chęci przystąpienia Polski do NATO, a jego "kapciowy" usunął mu z przemówienia zdanie o trudnościach z wyprowadzeniem wojsk sowieckich z Polski. Generał z peerelowskim rodowodem rozpoczął porządki w "służbach". Postkomuniści nie tylko przejęli znaczną część gospodarki, ale przegrupowali się przed wyborami - powstało SLD. Lech uważał, że powinni dostać zakaz pełnienia funkcji państwowych na 10 lat. Obaj bracia wspominali o swoich rysujących się coraz wyraźniej konfliktach z Wałęsą.
Były też bardziej osobiste tematy rozmów. Kuroń powiedział w prasie olsztyńskiej, że "podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu, bo podał ją również szefowi gestapo, z którym siedział kiedyś w więzieniu". Nie dalej niż 6 tygodni wcześniej, gdy Lech wyjeżdżał do USA z innym ministrem z BBN, korespondent "Gazety Wyborczej" ujawnił, w jakim będą mieszkali hotelu i że będą mieli tylko dwie osoby ochrony; jakby zaproszenie do zamachu.
Ot, lekkie, kolacyjne tematy.
Lech robił wrażenie bezgranicznie cierpliwego, oddanego rodzinie człowieka. Widać było, jak bardzo jest szczęśliwy.
Wyjechałam do Warszawy z postanowieniem, że jeszcze tu wrócę.
19 sierpnia w Moskwie ogłoszono stan wyjątkowy. Wiceprezydent Giennadij Janajew dokonał puczu przeciwko prezydentowi Jelcynowi. Pucz został krwawo stłumiony, ostrzelano parlament. Wygrał Jelcyn. Kolejne państwa b. ZSRR w ciągu paru dni ogłosiły niepodległość. Przed końcem sierpnia Rada Najwyższa ZSRR zakazała dalszej działalności partii komunistycznej. A w Polsce PZPR tylko się przepoczwarzyła.
Przy kolejnym spotkaniu Lech opowiedział, że Wałęsa zaraz po informacji o puczu Janajewa zadzwonił do Jaruzelskiego, pytając go o radę. Lech nie posiadał się z oburzenia.
Nie wróciliśmy już do Lucienia. Miałam matkę w szpitalu, polityków porwała bieżąca rzeczywistość. Książka wywiad z Jarosławem ukazała się tuż przed wyborami; za chwilę Wałęsa wyrzuci obu braci z Kancelarii i BBN.
I tylko nieraz wspominałam te ciche wieczory nad jeziorem, gdzie ten bezgranicznie cierpliwy i oddany mąż odpowiadał na każde, najbłahsze pytanie żony lub córki, z cierpliwością i uwagą równą tej, jaką poświęcał wielkiej polityce.
*
- Panie Kunica, niech chociaż dzisiaj da mu pan spokój. Przecież to jego wielki dzień, nasz wielki dzień.
Lecha Kaczyńskiego poznałem na przełomie lat 1983/1984, kilka miesięcy po moim wyjściu z więzienia. Poznałem go przez Krzysztofa Dowgiałło. To było przy okazji drukowania jakichś podziemnych wydawnictw, wtedy głównie tym zajmowałem się w podziemiu. Potem organizowałem kolportaż, nadawałem też radiowe audycje Solidarności na telewizyjnych częstotliwościach. Leszek wchodził wtedy w skład Regionalnego Komitetu Koordynacyjnego, co dowodziło jego wysokiej pozycji w związku, należał do ścisłego grona kilku osób kierujących regionem Solidarności. Potem te spotkania stały się częstsze, odbywały się albo u Leszka w domu, choć tam dość rzadko, albo u Krzyśka Dowgiałło. Czasem w zaprzyjaźnionych mieszkaniach. Nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń, zaczęliśmy spotykać się także towarzysko.
Leszek palił wtedy papierosy i to palił dosyć dużo. Był energiczny, dynamiczny i wyjątkowo konsekwentny. Ale przede wszystkim imponował mi rozległością wiedzy, zwłaszcza historycznej.
Wszyscy wiedzieliśmy, że walczymy o wolną Polskę, ale Leszek nie nadużywał wielkich słów. Na co dzień mówiło się raczej o sprawie Solidarności. Nie umiem dziś powiedzieć czy wierzył, że doczeka wolnej i niepodległej Polski. Chyba tak, ale rzadko mówił o tym wprost. Gdy w 1989 roku Solidarność została ponownie zalegalizowana, miałem poczucie, że moja rola się skończyła. Chciałem odejść, bo nigdy nie byłem zapalonym działaczem politycznym. Ale Leszek mnie zatrzymał, przekonał, żebym popracował jeszcze trochę przy organizacji biura Komisji Krajowej, już na normalną umowę o pracę. Tak się stało. Wtedy Leszek kierował de facto związkiem, pracowaliśmy w jednym pokoju. Zajmował się praktycznie wszystkim, to był straszny kocioł, gorący czas. Organizował kontakty ze strukturami związku w kraju,nawiązywał relacje ze związkami zagranicznymi. Angażował się w tę pracę, lubił ją. Czas był ciekawy, nie do końca było wiadomo, jak Solidarność się przeobrazi. Leszek był przeciwny temu, by Solidarność przerodziła się w wielką partię polityczną, a takie koncepcje się pojawiały. Obawiał się, że to oznaczałoby wejście związku w buty PZPR.
A potem już poszło. Kiedy Lech Kaczyński przenosił się do Warszawy, do Biura Bezpieczeństwa Narodowego, przeniosłem się wraz z nim. To było specyficzne, trudne miejsce. BBN działało w ramach uprawnień prezydenta, tak jak dziś. Ale wtedy faktyczne możliwości działania prezydenta były dużo większe i Biuro mogło odegrać dobrą, pozytywną rolę. Ale szybko okazało się, że prezydent Lech Wałęsa widzi to inaczej, inne ma cele i doszło do konfliktu. Kaczyński złożył dymisję, ja odszedłem razem z nim.
Dużo rozmawialiśmy w tym BBN-owskim okresie. Zwłaszcza o tym, w jakim stanie są służby państwowe, przede wszystkim mundurowe i specjalne, co trzeba zrobić, żeby je uzdrowić. Lech Kaczyński jasno opowiadał się za głębokimi zmianami, wiedział, że musimy budować nowe państwo. Że nie wystarczy przemalować PRL i uznać, że wszystko jest już pięknie. Ale to było dla nas wszystkich oczywiste, dyskutowaliśmy głównie o tym, jakimi środkami osiągnąć ten cel.
Potem próbowaliśmy robić to wspólnie w Najwyższej Izbie Kontroli i w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy. Z NIK zapamiętałem jego niesamowitą umiejętność wykrywania błędów w raportach kontrolnych, tylko na podstawie analizy. Bardzo precyzyjnie i szybko liczył, na podstawie logicznego wnioskowania umiał znaleźć błąd. Potrafił powiedzieć: "Ktoś się pomylił o rząd wielkości, to niemożliwe, żeby wychodził taki wynik". I zazwyczaj był to dobry wniosek.
Podziwiałem jego przenikliwość polityczną. Wielokrotnie wydawało mi się, że w jakichś koncepcjach przesadza, myli się, ale po czasie z reguły okazywało się, że to on miał rację. Właściwie odczytywał zagrożenia.
Media pokazywały go jako człowieka kostycznego, chłodnego w stosunku do ludzi. Tak naprawdę było dokładnie odwrotnie. Lubił ludzi, a ci, którzy go znali, bardzo lubili jego.
Z Lechem Kaczyńskim moje losy splatały się kilkakrotnie. Najlepiej oczywiście pamiętam okres wspólnej pracy w rządzie Jerzego Buzka, kiedy na radzie ministrów siedzieliśmy niedaleko siebie i w przerwach często rozmawialiśmy. Często wracam pamięcią także do czasów, gdy Lech Kaczyński był prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Zwracałem się wtedy, jako poseł, kilkakrotnie do niego z trudnymi sprawami, interwencjami, których nikt inny nie chciał podjąć. Nigdy się na nim ani ja, ani ci, którzy prosili o pomoc, nie zawiedli. Zawsze miał czas na spotkanie, zawsze pilnował, by zrobić co możliwe, by te sprawy wyjaśnić.
Tak samo postępował jako minister sprawiedliwości. Byłem wtedy ministrem rolnictwa i kilkakrotnie prosiłem go o pomoc w wyjaśnieniu kilku afer. Jedną pamiętam szczególnie, bo dotyczyła obszaru cukrownictwa, szczególnie w tym czasie narażonego na patologie. Jeden z szefów cukrowni zgłosił się do mnie z następującą sprawą: w prywatnych magazynach przechowywano cukier należący do kierowanej przez niego firmy. Został on sprzedany bez zgody właściciela cukru, bez wiedzy samej cukrowni. Czyli zwykła kradzież, przestępstwo. Ale kiedy szef cukrowni próbował zgłosić sprawę do prokuratury, odbijał się od muru niechęci. Wmawiano mu, że takie rzeczy się zdarzają, że może warto poczekać, aż cukier się odnajdzie. Poprosił więc mnie o pomoc. Doprowadziłem do jego spotkania z ministrem Kaczyńskim. Okazało się szybko, że za firmą zajmującą się rzekomo przechowywaniem, a de facto kradzieżą cukru stoją służby specjalne, konkretnie ludzie powiązani z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. To tłumaczyło bezwładność prokuratury, pomimo ewidentnych przecież cech przestępstwa. Po interwencji ministra Lecha Kaczyńskiego sprawa ruszyła z miejsca. Właściciel magazynów został nawet skazany prawomocnym wyrokiem. Sukces nie był jednak pełny, bo zmieniła się ekipa rządząca, stare układy znów zaczęły działać i cukrownia nie odzyskała swoich pieniędzy. A nawet więcej, próbowano zmusić jej dyrektora, żeby firma uznała się za winną straty. W końcu dyrektora usunięto, skarb państwa poniósł straty. Na tym tle widać było stanowczość i determinację Lecha Kaczyńskiego w zwalczaniu patologii i zwykłego złodziejstwa w państwie. Bez względu na to, jak silni byli ludzie chroniący sprawców przestępstw, Kaczyński uważał, że prawo musi zwyciężyć, i robił wszystko, by tak się stało.
Drugi przypadek dotyczył sprawy niezwykle bulwersującej. Zgłosiły się do mnie na dyżur poselski trzy rodziny, które twierdziły, że ich nieletnie, jedenasto-, dwunasto- i trzynastoletnie córki były wykorzystywane seksualnie przez znanego szczecińskiego dziennikarza. Rodziny próbowały zgłosić sprawę policji, prokuraturze, ale bezskutecznie. Wyglądało to tak, jakby potężne siły dbały o bezkarność tego człowieka. Opowiedziałem o tej sprawie ministrowi Kaczyńskiemu, poprosiłem o pomoc. Nie zawiodłem się i wtedy. Śledztwo ruszyło dynamicznie, szybko zaczęły wychodzić na jaw nowe fakty, jak powiązania tego dziennikarza ze służbami specjalnymi PRL. To tłumaczyło jego nietykalność, bo przecież wiele tych powiązań przetrwało do dzisiaj. Niestety, także i w tej sprawie odejście Lecha Kaczyńskiego ze stanowiska ministra sprawiedliwości oznaczało regres. Sprawie znowu zaczęto ukręcać łeb, skończyła się determinacja w dochodzeniu i do dzisiaj nie została wyjaśniona. To zresztą dość częsty mechanizm, że służby specjalne wywodzące się z komunizmu chronią w Polsce zwykłych łajdaków.
Takich przykładów, kiedy Lech Kaczyński okazał się wrażliwy na ludzką krzywdę, kiedy okazywał stanowczość w pozornie nie kluczowych, ale ważnych dla ludzi sprawach, pamiętam wiele. Takiego ministra sprawiedliwości, tak zdeterminowanego w ściganiu przestępców, nieważne jak bardzo potężnych mieli obrońców, nie mieliśmy wcześniej i nie było także później.
Może niezręcznie mówić w tej chwili o sobie, ale nie mogę nie podziękować Lechowi Kaczyńskiemu za pomoc, jaką okazał mnie osobiście, kiedy w czasach rządów SLD dokonano przeciwko mnie prowokacji, gdy służby specjalne (zresztą reprezentowane niekiedy przez tych samych ludzi, esbeków, którzy walczyli ze mną w czasach opozycji antykomunistycznej) wymuszały na ludziach zeznania mające mnie skompromitować i wsadzić do więzienia. Wtedy bardzo pomógł mi także Jarosław Kaczyński. Gdyby nie on i jego brat, służby specjalne nadzorowane politycznie przez Leszka Millera wsadziłyby mnie pewnie do więzienia, bo nie chciałem się ich liderowi podporządkować politycznie, nie chciałem mu służyć. Co warto podkreślić, Kaczyńscy robili to bezinteresownie, bo nie byłem politykiem ich obozu. Ale tu zno-wu, kiedy zmienił się polityczny układ, determinacja w wyjaśnianiu prawdy się skończyła. Więcej - zaczęto skutecznie niszczyć tych prokuratorów, którzy próbowali dojść prawdy.
Dlatego właśnie świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego będę pamiętał jako człowieka o największym możliwym standardzie osobistej uczciwości. Polityka o wyjątkowej odwadze. Nie bał się szarej strefy służb specjalnych, która w politykach budzi największe ze wszystkich zagrożeń przerażenie. Lech Kaczyński tego się w ogóle nie bał, nie zwracał uwagi na to, co tak często i ze szkodą dla państwa paraliżowało innych. Jego poczucie sprawiedliwości i wola napiętnowania przestępców, wyjątkowa prawość i szlachetność, czynią z niego wzorzec dla kolejnych pokoleń.
Zaproszenie mnie przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Belwederu na uroczystości obchodów 80. rocznicy urodzin Anny Walentynowicz było dla mnie bardzo miłą niespodzianką. Jak się później okazało, znalazłem się na liście gości zaproszonych przez Jubilatkę, a listę tę prezydent w całości uhonorował. Nie wiedziałem, że Anna Walentynowicz czyta moje felietony. "Panie Wojciechu, musimy jeszcze raz zacząć rewolucję Solidarności - powiedziała mi na powitanie i to z taką siłą i przekonaniem w głosie, że miałem oczywiste potwierdzenie, w czym tkwiła wielkość tej drobnej, delikatnej kobiety.
Jestem wdzięczny prof. Lechowi Kaczyńskiemu za to, że zorganizował to okolicznościowe przyjęcie, że patronował sesji naukowej poświęconej roli Anny Walentynowicz w ruchu solidarnościowym.
Jak to dobrze, że 15 sierpnia 2009 roku, w dniu swoich 80. urodzin, wielka Anna Walentynowicz doczekała się tak wspaniałej, godnej Jej uroczystości.
Dziś wszyscy jesteśmy wdzięczni Prezydentowi za to, że przez cały okres swojej prezydentury pamiętał nie tylko o Annie Walentynowicz, ale o bardzo wielu innych, najczęściej zupełnie zapomnianych, bohaterach Polski międzywojennej, opozycji antykomunistycznej, Sierpnia 1980 czy stanu wojennego.
Sesję poprzedziła msza św. w kaplicy prezydenckiej, podczas której ks. Ryszard Umański mówił do Anny Walentynowicz: "Zawsze wierzyłaś, że będzie sprawiedliwość i prawda zwycięży". Inaugurując zaś sesję naukową, prof. Lech Kaczyński powiedział: "Jeden z oficerów SB szydził, że nigdy nie będzie Pani w encyklopediach. Jest Pani i będzie Pani także w encyklopediach pisanych przez naszych prawnuków".
Lech Kaczyński ukończył Wydział Prawa na Uniwersytecie Warszawskim. W 1980 roku obronił pracę doktorską, a dziewięć lat później uzyskał habilitację na Uniwersytecie Gdańskim. Mało kto dziś pamięta, że kiedy na początku sierpnia 1980 roku wyrzucono Annę Walentynowicz ze Stoczni Gdańskiej, co stało się głównym powodem strajku stoczniowców, Lech Kaczyński był tym, który pisał w imieniu Anny Walentynowicz jej odwołanie od decyzji dyrekcji stoczni.
Choć w czasie uroczystości nie było sposobności osobistej rozmowy z prezydentem, odniosłem wrażenie, że mimo upływu czasu przypomina mnie sobie. Czternaście lat wcześniej miałem okazję bardzo długo rozmawiać z Lechem Kaczyńskim. Było to wtedy, kiedy zdecydował się po raz pierwszy kandydować na urząd Prezydenta RP.
Trzy nasze spotkania miały miejsce późnym latem 1995 roku na Dolnym Mokotowie w Warszawie, przy ul. Powsińskiej w wy-najmowanym dla potrzeb Porozumienia Centrum skromnym segmencie. Spotkania przeciągały się do późnych godzin nocnych, gdyż okazało się, że pasją Lecha Kaczyńskiego, jak i moją, jest historia. Wywiad przerywały więc przeróżne historyczne dywagacje. Moim zadaniem było postawienie ponad setki pytań do powstającej wówczas książki Wygrać prezydenta. Pytania dotyczyły bardzo wielu zagadnień natury politycznej, gospodarczej i społecznej. Pytałem także o miejsce Polski w Europie i świecie, politykę zagraniczną, szanse i zagrożenia, jakie stoją przed Polską.
Były też pytania dotyczące zagadnień światopoglądowych, religijnych, ale pierwsze pytanie dotyczyło domu rodzinnego Lecha Kaczyńskiego, miejsca, w którym kształtuje się postawa i osobowość człowieka.
"Pochodzę z Żoliborza, z rodziny inteligenckiej, AK-owskiej" -rozpoczął swoją opowieść Lech Kaczyński. "Muszę Panu powiedzieć, tak zupełnie szczerze, że im dłużej żyję, tym bardziej się orientuję, że standardy, w których zostałem wychowany, są bardzo ekskluzywne. W domu interesowano się polityką. Swoje pierwsze quantum wiedzy o przeszłości odebrałem właśnie w domu rodzinnym. To, że po wojnie Polska znalazła się w sytuacji opresyj-nej, że system monopartyjny, komunistyczny jest z natury zły, to wszystko były dla mnie rzeczy z natury oczywiste. To, że patriotyzm jest jedną z podstawowych wartości, to również była rzecz oczywista. Sądzę, że najistotniejsze standardy, które wyniosłem z domu, to była sprawa osobistej uczciwości".
Do startu w wyborach prezydenckich 1995 roku stanęło siedemnastu kandydatów. Był to rekord w tej kategorii. Jednak nieoczekiwanie, tuż przed pierwszą turą wyborów, Lech Kaczyński zrezygnował z kandydowania. Nie wiemy, jak wielu Polaków by go wtedy poparło, jak bardzo różniłaby się liczba głosujących wtedy na niego od tej ponadośmiomilionowej grupy w zwycięskich wyborach prezydenckich dziesięć lat później. Ale rezygnując wówczas ze startu w wyborach, zostawił swoim potencjalnym wyborcom bardzo charakterystyczną wskazówkę, mówiąc, że poza kandydatami z obozu postkomunistycznego należy poprzeć każdą osobę, która miałaby szansę pokonać Lecha Wałęsę. Wymienił wówczas Hannę Gronkiewicz-Waltz, Jana Olszewskiego oraz Jacka Kuronia. Już się nie dowiemy, czy proponował Kuronia, dlatego że - tak jak i on - pochodził z inteligenckiego Żoliborza...
Lech Kaczyński otwarcie deklarował swój patriotyzm, przywiązanie do tradycji i do katolickiej wiary, akceptując wyjątkowe miejsce, jakie zajmuje w Polsce Kościół katolicki.
"W wymiarze ostatecznym, jeżeli jest się człowiekiem wierzącym - mówił - celem życia jest uzyskanie zbawienia". Swoją religijność określał jako "pozbawioną ostentacji". Nie czuł się też nigdy, jak mówił, "człowiekiem ideologicznym". Do tego trzeba dodać jego zdecydowany antykomunizm, źródło wielu jego kłopotów.
Wracając do mojej rozmowy sprzed lat. Jednym z trudniejszych pytań, u niektórych rozmówców wywołującym wręcz popłoch, było pytanie o zagadnienia wiary, religii i o to, kim jest dla kandydata Jezus Chrystus. Z odpowiedzią na to pytanie Lech Kaczyński nie miał jednak żadnych problemów.
"Jestem człowiekiem wierzącym, praktykującym. Kim dla mnie jest Jezus Chrystus? To zależy, w jakiej płaszczyźnie na to spojrzymy. Oczywiście Jezus Chrystus jest przede wszystkim założycielem Kościoła i zgodnie z naszą wiarą Odkupicielem ludzkości. W innym modelu, zeświecczonym, Jezus Chrystus jest człowiekiem, twórcą pewnej moralności, moralności chrześcijańskiej. Jeżeli wiara chrześcijańska, zresztą jak każda wielka historyczna religia, wiąże się z wiarą w osobowego Boga, to w naszej wierze Chrystus jest Osobą najbardziej bezpośrednio daną".
Było oczywiste, że na pytanie o największy autorytet Lech Kaczyński wymieni papieża Jana Pawła II. Ale przy okazji pytania o autorytety w dziedzinie moralności i prawa wyszła na jaw ta cecha Jego charakteru, która świadczyła o silnym poczuciu własnej wartości i godności. "Muszę powiedzieć, że pod tym względem jestem człowiekiem dosyć trudnym, któremu dla poczucia psychicznej równowagi mało są potrzebne autorytety, choć zdaję sobie sprawę z ich społecznej roli".
Charakterystyczne także było Jego zestawienie najwybitniejszych postaci z historii i kultury polskiej, o które pytałem, prosząc, by wymienił co najmniej trzy takie sylwetki. Wymienił cztery: Romualda Traugutta, Józefa Piłsudskiego, biskupa Zbigniewa Oleśnickiego i Jana Sobieskiego. Poza Trauguttem, trzej pozostali spoczywają na Wawelu. Wszyscy oni mieli wizję Polski wolnej i niezależnej, wielkiej i dumnej.
Lech Kaczyński stał się wrogiem postkomunistów, którzy w okresie tzw. transformacji ustrojowej byli najlepiej umocowaną klasą polityczną, społeczną i gospodarczą. To w ich rękach znalazły się media, to im z pełnym przekonaniem służą funkcjonariusze dziennikarscy, którzy wyrośli na podobnej lewicowej glebie.
"Weźmy pod uwagę, że partia komunistyczna, postkomuniści są dzisiaj najpotężniej umocowani w wyższej klasie społecznej, wśród kapitalistów, a już w sensie klasycznym nie jest to lewicowa cecha. Natomiast u nas tak jest" - mówił mi Lech Kaczyński w 1995 roku, ale prosiłem wówczas, by rozwinął ten temat. Zapytałem o lewicę i prawicę - jak rozumieć te pojęcia w polskich warunkach? Sądzę, że dziś powiedziałby to samo.
"Po pierwsze, prawicą są ci, którzy są zdecydowanymi anty-komunistami; i w tym sensie jestem prawicowy. Prawicą są też ci, którzy mają szacunek dla religii i tradycji. Pod tym względem też jestem prawicowcem. Po trzecie, prawicą są ci, którzy wyznają pewien niezwykle tradycyjny pogląd na obyczajowość".
Zdefiniowanie lewicy nie było dla Lecha Kaczyńskiego prostym przeciwstawieniem prawicowości. "Istotny punkt identyfikacji (lewicy - przyp. WR) to jest co najmniej głęboka niechęć do Kościoła i co najmniej głęboki antyklerykalizm. Nie musi to być koniecznie ateizm".
W czasie Jego tragicznie przerwanej prezydentury największy niepokój niektórych wpływowych środowisk i mediów budziła Jego, jak to niekiedy niesprawiedliwie określano, "rosyjska fobia". Lech Kaczyński problem Rosji widział jednak w szerszym kontekście, nie tylko w kontekście NATO i Unii Europejskiej. Dlatego tak usilnie zabiegał o wspólną politykę państw Europy
Środkowej i Wschodniej oraz tych krajów, które leżały jeszcze dalej na południowy wschód Europy, a przed wiekami nie były Polsce ani obce, ani odległe. Stąd wyprawa do zagrożonej rosyjską ekspansją Gruzji, co wymagało nie lada odwagi, tak potem ośmieszana w polskich mediach przez polityków i dziennikarzy. Koncepcja polityki zagranicznej Lecha Kaczyńskiego, bliska koncepcji Józefa Piłsudskiego, potwierdzała, że decyzje, jakie chciał podejmować, będą autonomiczne, nie dyktowane z zewnątrz. To nie mogło się podobać żadnemu z politycznych lobby ulokowanych dobrze w Polsce i w polskich mediach.
Ważne wydaje się dziś, kiedy Polska w pewnym sensie ponownie stanęła na rozdrożu w swojej polityce zagranicznej, historyczne przypomnienie trzech głównych tradycyjnych "szlaków" Polski wobec Rosji. Lech Kaczyński ujął to tak: "Pierwsza tradycja, jurgieltnicza, to Targowica, to są zjawiska od początku wieku XVIII, w jakimś sensie nawet XVII wieku. Tradycja niejako fascynująca, to jest Mickiewicza Do przyjaciół Moskali, jako pewien symbol. Tradycja antyrosyjska, to jest tradycja polskiego romantyzmu, w znacznym stopniu niezależna od Mickiewicza, tradycja powstania styczniowego, wcześniej konfederacji barskiej, w końcu cała tradycja piłsudczykowska. Dla mnie ważna jest ta tradycja trzecia, ale z odpowiednią korektą. Nie jestem antyrosyjski w sensie odczuwania jakichś głębokich antyrosyjskich emocji. Rosjan, tych, których spotkałem, raczej lubię. Natomiast chodzi o to, żeby patrzeć na Rosję realistycznie; widzieć konieczność współpracy, ale i niebezpieczeństwa".
Lech Kaczyński spoczął na Wawelu, wśród grobów i nagrobków królów: Kazimierza Wielkiego, Jana Sobieskiego, Stefana Batorego, Kazimierza Jagiellończyka, ale także wśród męczenników za wiarę, jak św. Stanisław, obok poetów: Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego, jak i obrońców Ojczyzny: Tadeusza Kościuszki, twórcy niepodległego państwa Józefa Piłsudskiego i gen. Władysława Sikorskiego, który jak On zginął tragicznie w wypadku samolotowym.
Lech Kaczyński był jednym z nas i to Jemu zawdzięczamy, że po 20 latach od odzyskania niepodległości, także dzięki utworzonemu za Jego sprawą Muzeum Powstania Warszawskiego, udało się przywrócić naszą wiarę w patriotyzm, w poczucie dumy z faktu bycia Polakiem. To odczucie jest silne i uodparnia na działania tych, którzy wolą Polskę słabą i skłóconą.
Musimy jeszcze raz zacząć rewolucję Solidarności - tak jak powiedziała Anna Walentynowicz - którą prezydent Lech Kaczyński tak szczególnie cenił i wyróżnił.